Śląskie opowieści PiS-u

Obecny rząd wykazuje się bardzo dobrą skutecznością w składaniu obietnic i snuciu rozmaitych planów.

Rząd PiS chwali się, że w „realizację Programu dla Śląska zostało zaangażowane już 42 miliardy złotych”.
Nie bardzo wiadomo, co w użytym przez rząd kontekście oznacza słowo „zaangażowane”?. Czy są to pieniądze, które zostały już wydane, czy może takie, które w jakimś planie dopiero przeznaczono perspektywicznie na rozwój Śląska?

Strategia bez efektów

W każdym razie pewne jest to, że żadnych 42 mld zł dotychczas nie wydano na Program dla Śląska.
A ile konkretnie dotychczas wydano? Nie wiadomo, bo tym akurat rząd PiS się nie chwali. Chwali się natomiast tym, że stworzył strategię dla Śląska i są tego efekty.
Rządowy slogan reklamowy brzmi właśnie: „Program dla Śląska. Jest strategia są efekty”.
Co do strategii, to trudno się do niej odnieść. Wiadomo natomiast, że w rzeczywistości efektów nie ma. PiS-owski wojewoda śląski już w połowie ubiegłego roku zapewniał, iż rządowy Program dla Śląska jest realizowany. Może i jest – tyle, że póki co, niczego nie zrealizowano.
Rząd PiS za strategię uważa zwykle zestaw obietnic, odpowiadających potrzebom danego regionu. Przygotowywanie takich „strategii” jest więc proste i łatwe – toteż nic dziwnego, że rząd stworzył ich już wiele. Program dla Śląska nie wyróżnia się tu niczym szczególnym.

Dofinansowanie wirtualne

Wiadomo, że na Śląsku palącym (nomen omen) problemem jest walka z zanieczyszczeniem powietrza. Gdzie na Śląsku to zanieczyszczenie się zmniejszyło? Nigdzie!.
Rzecz w tym, że rządowy progam Stop Smog to przede wszystkim propagandowa lipa, a Śląsk jest jednym z tego przykładów.
Istnieje w tym regionie lokalny program, stanowiący odnogę rządowego Stop Smogu. Nosi nazwę: program kompleksowej likwidacji niskiej emisji na terenie województwa śląskiego. Realne efekty tego programu? Oczywiście brak!.
Zgodnie z obietnicami, ów śląski program antysmogowy ma dofinansowywać termomodernizację wielorodzinnych budynków mieszkaniowych, wymianę przestarzałych pieców i modernizację sieci ciepłowniczych oraz promować nowoczesne metody produkcji energii elektrycznej i ciepła.
Zainteresowanie społeczności lokalnych było, co zrozumiałe, bardzo duże. Mieszkańcy Śląska, nie mogąc się doczekać wsparcia ze strony rządu, na własną rękę postanowili realizować różne inwestycje służące walce ze smogiem. Gdy więc wreszcie władza centralna obiecała dofinansowanie, to rząd otrzymał 98 wniosków o dofinansowanie.
Łączny koszt śląskich działań , które miały być objęte dofinansowaniem to 913 milionów złotych, z czego wysokość dofinansowania unijnego ma stanowić 500 milionów złotych.
Rząd chwali się, że ma około 1 miliarda złotych tylko na poprawę jakości powietrza w województwie śląskim. Wydanie 913 mln zł nie byłoby więc żadnym problemem.
To jednak tylko teoria, bo nikt nie dostał żadnych pieniędzy, a dofinansowanie, tak jak było, pozostaje w sferze obietnic (w składaniu obietnic PiS jest rzeczywiście dobry).

Nie traćcie nadziei

O tym, że rządowe obietnice walki ze smogiem były fikcją, świadczy to, iż dotychczas o fundusze na termomodernizację mogły starać się tylko wspólnoty i spółdzielnie mieszkaniowe. O wsparcie nie mogły ubiegać się samorządy lokalne – choć to przede wszystkim one planują, przygotowują i wykonują takie inwestycje na swoim terenie. Odcięcie władz lokalnych od wsparcia ze strony państwa było jednak zgodne z PiS-owską polityką ograniczania samorządności.
Dopiero w pierwszej połowie tego roku rząd ugiął się pod falą krytyki i zezwolił samorządom na ubieganie się o wsparcie z centralnej kasy – co wszakże wciąż pozostaje w sferze obietnic, bo realnie jeszcze żaden śląski samorząd nie dostał ani grosza na termomodernizację.
Rząd PiS już wcześniej obiecywał, że kilka najbardziej zanieczyszczonych miast w województwie śląskim (wytypowano Żywiec, Żory, Pszczyna, Knurów, Myszków, Wodzisław Śląski i Godów) będzie mogło uzyskać dofinansowanie w ramach programu Stop Smog.
Tu się nic nie zmieniło. Nadal obiecuje się, że te miasta będą mogły uzyskać dofinansowanie. Kiedyś…

Wszystko dla programu

Program dla Śląska to oczywiście nie tylko obietnice dotyczące czystszego powietrza. Przykładowo, Narodowe Centrum Badań i Rozwoju przeznacza prawie 220 milionów złotych na 42 innowacyjne inwestycje z obszarów: przemysł stalowy, energetyka, motoryzacja, medycyna i farmaceutyka.
O efektach tego finansowania oczywiście głucho. Tak jak i głucho o najważniejszej innowacyjnej śląskiej inwestycji (o której mówiono od lat), czyli o produkcji metanu w wyniku podziemnego zgazowania węgla.
Przede wszystkim zaś, do wspomnianego programu wpisano działania, które i tak byłyby wykonywane w ramach normalnych planów działania. Tyle, że teraz nazywa się, iż są one podejmowane w ramach Programu dla Śląska.
Na przykład, dwadzieścia parę tysięcy młodych ludzi po ukończeniu szkół rozpoczęło pracę w śląskich zakładach i instytucjach – podjęli ją oczywiście w ramach Programu dla Śląska. Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad w województwie śląskim powoli kontynuuje budowę autostrady A1 i nieco innych dróg – to także Program dla Śląska. I tak dalej.

Przede wszystkim, jest Rada

Jest jednak jeden ewidentny konkret, całkowicie związany z Programem dla Śląska i będący jego wyłącznym, stuprocentowym efektem. Otóż, w kwietniu tego roku premier Mateusz Morawiecki wydał zarządzenie, powołujące Radę Wykonawczą do spraw Programu dla Śląska.
Rada , jak zapowiada rząd, ma „wzmocnić koordynację działań podejmowanych przez rząd w ramach programu i zapewnić konsekwentną realizację planowanych inwestycji”.
Czyżby więc dotychczas koordynacja działań podejmowanych przez rząd PiS w ramach programu była za słaba, a planowane inwestycje nie były konsekwentnie realizowane?. Aż nie chce się w to wierzyć…
W każdym razie – i to jest najważniejsze – w skład Rady Wykonawczej do spraw Programu dla Śląska weszło zacne, wieloosobowe grono krewnych i znajomych królika, którzy oczywiście nie pełnią społecznie tych niezwykle odpowiedzialnych obowiązków, jakie wiążą się z zasiadaniem w Radzie Wykonawczej.
Należy oczekiwać, że przed tegorocznymi wyborami PiS ogłosi Program dla Śląska Plus. Tam dopiero będzie się roić od nowych obietnic. I zapewne potrzebna będzie kolejna Rada Wykonawcza.

Śpiące wulkany własnego wyrobu

Mamy w Polsce kilkaset hałd. Niejednokrotnie stanowią tykające bomby ekologiczne, ale nie bardzo wiadomo co z nimi robić.

Hałdy powstają w wyniku składowania odpadów górniczych, hutniczych czy chemicznych. Jedna z najnowszych, a na pewno największa i najwyższa, to hałda Góra Kamieńsk koło Bełchatowa, usypana 26 lat temu w wyniku odkrywkowej eksploatacji węgla brunatnego. Od podstawy (zajmującej 1500 hektarów) do szczytu ma 195 metrów w pionie.
Węgiel brunatny, choć jest surowcem mało ekologicznym, nie pozostawia po wydobyciu szczególnie kłopotliwych substancji. Dlatego Górę Kamieńsk udało się zagospodarować bez większych problemów. Jest na niej sztucznie naśnieżany i oświetlony stok narciarski, czteroosobowy wyciąg krzesełkowy, dwa orczyki, kilka tras rowerowych o różnym stopniu trudności. Na płaskim szczycie postawiono zaś farmę wiatrową.
Natomiast najstarsza chyba hałda w Polsce, w Tarnowskich Górach, którą zaczęto usypywać około 1830 r., a zakończono w 1912 r, została nawet wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO. W czasie II wojny światowej Niemcy zbudowali na niej bunkry i okopy. Hałda w Tarnowskich Górach ma w sobie odpady wydobywanych tam rud srebra, żelaza, cynku i ołowiu, zmieszane ze skała dolomitową. Dzięki temu powstała gleba o szczególnych właściwościach. Z czasem wyrosły na niej rzadkie rośliny, tzw. galmanowe, odporne na wysokie stężenie metali ciężkich, a także wiązy, lipy, brzozy i jarzębiny; zagnieździły się zające, bażanty, kuropatwy, jaszczurki.
Groźne piramidy
Hałdy, powstałe w wyniku wydobycia węgla kamiennego, stanowiące element śląskiego krajobrazu, na listę dziedzictwa UNESCO raczej nie trafią. To często niebezpieczne, strome piramidy – najwyższa, w Rydułtowach, ma 134 m. wysokości względnej. Na niektórych z nich w ogóle nich nic nie rośnie, bo dopóki grunt solidnie nie osiądzie, na zboczach nie wolno sadzić żadnych roślin.
W Polsce są 153 hałdy, usypane z odpadów węgla kamiennego – 138 na Górnym Sląsku, 12 na Dolnym, dwie w woj. małopolskim i jedna w lubelskim. Najwyższa Izba Kontroli stwierdza, że „narażają środowisko i ludzi mieszkających w pobliżu na zagrożenia wynikające z sąsiedztwa odpadów pogórniczych: zatrucie wód podziemnych przez odcieki z hałd, zapylenie i dzikie pożary. Stosowane metody odzyskiwania odpadów nie gwarantują skutecznej ochrony przed tymi zagrożeniami”.
Wspomniane „dzikie” pożary, wynikają z tego, że hałdy niekiedy traktowane są nielegalnie jako wysypiska śmieci – które się „utylizuje” poprzez podpalenie, by nie można było ustalić, kto je wysypał. Jeszcze groźniejsze są pożary we wnętrzu hałd, wynikające z samozapłonu odpadów. Trwają przez dziesięciolecia, przez szczeliny wydobywają się gorące, trujące dymy. W latach 2015-2018 tylko na terenie województwa śląskiego straż pożarna musiała sto kilkanaście razy interweniować na hałdach.
Państwowy Instytut Geologiczny wpisał część hałd na listę „Zamkniętych i opuszczonych obiektów unieszkodliwiania odpadów wydobywczych, które wywierają negatywny wpływ na środowisko lub mogą stać się w średnio lub krótkoterminowej perspektywie poważnym zagrożeniem dla zdrowia i życia ludzi lub dla środowiska”.
Coś można odzyskać
Są w Polsce firmy zajmujące się przerobem odpadów górniczych. Najbardziej znana to Haldex, bodaj pierwsza w powojennej Polsce międzynarodowa spółka akcyjna, utworzona w 1959 r. przez rządy Polski i Węgier (każdy menedżer i specjalista ze strony polskiej miał swojego równorzędnego węgierskiego kolegę). W 2005 r. oba rządy rozwiązały spółkę, ale Haldex przetrwał i ostatecznie znalazł się w strukturach państwowego holdingu KW spółka z o.o., utworzonego po likwidacji Kompanii Węglowej.
W tym roku Haldex obchodził 60-lecie nieprzerwanej działalności. Pierwszy zakład przeróbczy spółki zbudowano przy kopalni „Michał” w Siemianowicach Śląskich, potem powstało ich jeszcze sześć. Pięć lat temu podsumowano, że przez 55 lat Haldex przerobił 160 mln ton odpadów i gdyby je wszystkie załadować na pociąg, mierzyłby tyle, co równik.
Spółka odzyskała m. in. 19 mln ton węgla, 17 mln ton kamienia do przemysłu ceramicznego i cementowego, 75 mln ton kamienia łamanego do podsadzek, 5 mln ton kruszyw. Wytwarza też glebę, którą można stosować w rekultywacji biologicznej. Haldex wciąż pracuje – ale nie da się powiedzieć, że zbija kokosy na swym funkcjonowaniu.
Teoretycznie, także i z hałd można by wydobywać pozostałości surowców. W sumie w Polsce odzyskiwanych jest jednak tylko niespełna 2,5 proc. odpadów pogórniczych. „Ze względu na właściwości fizykochemiczne zainteresowanie ich wykorzystaniem jest śladowe” – stwierdza NIK.
Wyniki analiz wykazały, że kruszywa powstałe na bazie odpadów wydobywczych mogą być wykorzystywane wprawdzie w pracach inżynieryjno-budowlanych ale w ograniczonym stopniu. Z powodu niewystarczającej mrozoodporności nie można ich dodawać do betonu, nie nadają się też do budowy dróg i robót ziemnych.
Dosypywać czy rozbierać?
Owszem, tym co jest w hałdach interesują się grupy kopaczy, działające na zasadach biedaszybów, wciąż funkcjonujących w naszym kraju. Im się jakoś opłaca. Jest to jednak dzialalność nielegalna, niebezpieczna, szkodliwa dla środowiska, a ze względu na małą skalę nie rozwiązująca problemu. Wydobycie resztek surowców na dużą skalę, z zachowaniem wszelkich zasad ochrony środowiska, bezpieczeństwa i wymogów technologicznych, byłoby już nieopłacalne.
Na część hałd nie wolno wchodzić, właśnie z powodu podziemnych pożarów i trujących dymów – a także dlatego, że z powodu aktywności termicznej hałd (w ich wnętrzu temperatura przekracza 300 stopni) można wpaść w jakąś szczelinę, pokrytą cienką warstwą gruntu.
Niektóre niewyjaśnione zaginięcia ludzi na Śląsku można zapewne przypisać właśnie wypadkom na hałdach. Zakazy wstępu są bowiem notorycznie łamane, a hałdy są tak rozległe, że trudno je kontrolować. Ponadto, „nieskuteczny nadzór nad składowiskami może zachęcać do lokowania w nich wszelkiego typu odpadów, w tym niebezpiecznych” – wskazuje NIK.
Te najgroźniejsze hałdy, przypominające uśpione ale wciąż czynne wulkany, można by rozbierać. Tak na przykład chce postąpić Polska Grupa Górnicza z niebezpieczną hałdą w Rydułtowach. To właśnie jedna z tych, na które nie wolno wchodzić z powodu podziemnych pożarów i dymów, wydobywajacych się przez szczeliny. Hałda ma być stopniowo odkrywana, rozbierana i gaszona. Będzie to jednak proces bardzo żmudny, kosztowny i szkodliwy dla środowiska, bo z tym co zostanie po rozbiórce hałdy też coś przecież trzeba będzie zrobić. Dlatego mieszkańcy okolicznych osiedli protestują, obawiajac się katastrofy ekologicznej.
W Polsce jeszcze nigdy nie rozbierano tak wielkiej hałdy. Jedna z prób, podjęta w Rybniku zakończyła się niepowodzeniem, bo zapylenie i zadymienie będące efektem rozkopywania hałdy, stały się nie do wytrzymania, więc z powrotem ją usypano.
Alternatywa to stały nadzór nad niebezpiecznymi hałdami i zasypywanie ich ziemią, by utrudnić dopływ tlenu oraz zmniejszyć podziemne pożary. To także robota kosztowna, żmudna, niezbyt skuteczna i nieobojętna dla środowiska, która w dodatku może trwać w nieskończoność.
Wygląda więc na to, że i hałdy będą w nieskończoność dominować nad śląskim krajobrazem.

Wałbrzych – tajemnicze miasto

To bogato ilustrowana opowieść o fascynującym, dziwnym mieście polskim-niepolskim, o Wałbrzychu (niemiecki Waldenburg). Polskim – bo należy do Polski od ponad siedemdziesięciu lat. A jednak nie polskim, tak jak na wskroś polskim miastem jest choćby Kalisz czy Warszawa, bo Wałbrzych był przez stulecia dolnośląskim miastem władanym przez dynastie niemieckie i tym sensie do 1000-letniej historii Polski (wyłączając okres po 1945 roku) nie przynależy. „Sekrety Wałbrzycha” nie są linearną opowieścią rozpoczynającą się od pradziejów miasta, lecz serią frapujących, bogato ilustrowanych gawęd (edycja w swojej formie zewnętrznej, łącznie z okładką, nawiązuje do graficznego stylu edytorstwa przedwojennego). Otwiera zbiór opowieść o sławnej wałbrzyskiej palmiarni (mniej znanej niż palmiarnia poznańska), której powstanie było owocem pewnej miłości w wysokich, arystokratycznych sferach. Możemy też poznać dzieje markowego wałbrzyskiego przemysłu spirytusowego oraz cieszącej się światową renomą „wałbrzyskiej porcelany”, losy „wałbrzyskiego Cyganiewicza”, siłacza-atlety Rajmunda Niwińskiego, dokonania wałbrzyskiego sportu, w tym losy o najbardziej znanego wałbrzyskiego piłkarza Włodzimierza Ciołka. Wałbrzych to także miasto górnicze, więc historiom kopalnianym oraz innym podziemnym historiom wałbrzyskim poświęcona jest spora część zbioru. Bo Wałbrzych to miasto podziemnych tuneli, korytarzy, labiryntów (n.p. hitlerowski kompleks Riese czy dotąd nieodkryty „złoty pociąg”, najbardziej sensacyjna zagadka miasta), które już to pobudzały mroczną wyobraźnię, już to prowokowały do realnych poszukiwań tego, co w podziemnych trzewiach Wałbrzycha może się znajdować. Są też opowieści z czasów wojennego, hitlerowskiego Waldenburga, w tym o waldenburskich hitlerowcach i o pompatycznym mauzoleum-świątyni nazistów, której nędzne pozostałości (doszczętnie zniszczono ją po wejściu Armii Czerwonej), niczym ruiny Akropolu, można do dziś oglądać. Do tego dochodzą ponure kryminalne zagadki miasta, w tym historia „bestii”, seryjnego mordercy, a także na poły groteskowa historia działalności Czesława-Śliwy vel Silbersteina, „największego oszusta PRL” (zekranizowana jako film „Konsul” przez Mirosława Borka (1989), z Piotrem Fronczewskim w roli tytułowej). I oczywiście opowieść o najsławniejszym zabytku Wałbrzycha, okazałym Zamku Książ, z którym związana jest m.in. historia legendarnej Bursztynowej Komnaty i w którego scenerii, głównie we wnętrzach, kręcono szereg filmów historycznych, w tym reżyser Jerzy Antczak „Hrabinę Cosel”.

Na koniec przyznam, że nigdy nie byłem w Wałbrzychu, ale lektura „Sekretów” skłoniła mnie ostatecznie do podjęcia decyzji o dość dalekiej (jak na krajowe warunki) podróży do tego miasta. Kto wie, może zbiegnie się to z premierą kręconego obecnie filmu według głośnej przed kilku laty powieści Joanny Bator, „Ciemno, prawie noc” (2012), jedynego dotąd utworu literackiego, dla którego inspiracją był mroczny, tajemniczy i fascynujący genius loci tego niezwykłego miasta.

Artur Szałkowski – „Sekrety Wałbrzycha”, Księży Młyn Dom Wydawniczy, Łódź 2017, str. 167, ISBN 978-83-7729-398-0.

Kałuża czyli polityka III RP

Jeżeli przez trzydzieści lat III RP w polskiej polityce tolerowano szambo, to jedna kałuża nie powinna dziwić.

 

Moje najgłębsze zdumienie wzbudziło zachowanie radnych Koalicji Obywatelskiej, którzy pod adresem swojego byłego kolegi partyjnego, radnego Wojciecha Kałuży podczas pierwszej sesji Sejmiku Województwa Śląskiego krzyczeli „zdrajca”, „Judasz”, „sprzedawczyk”.
Wojciech Kałuża poprzednio był radnym i wiceprezydentem Żor , do Sejmiku Województwa Śląskiego dostał się z listy Koalicji Obywatelskiej, na którą został rekomendowany przez Nowoczesną. Kałuża był pierwszy na liście KO w swoim okręgu – co świadczy o jego silnej pozycji wśród śląskich liberałów i dzięki temu zdobył 25 tysięcy głosów.
W 45 osobowym śląskim Sejmiku decyduje jeden głos – do czasu jak Kałuża zmienił barwy klubowe 22 głosy miało Prawo i Sprawiedliwość a 23 głosy porozumienie Koalicji Obywatelskiej (PO plus Nowoczesna – 20 mandatów), Sojuszu Lewicy Demokratycznej (2 mandaty) i Polskiego Stronnictwa Ludowego (1 mandat). Porozumienie KO-SLD-PSL „już było w ogródku i witało się z gąską” – ustalili kto będzie marszałkiem Sejmiku, kto we władzach województwa. A tu nagle jeden radny Kałuża zmienił polityczną rzeczywistość na Śląsku o 180 stopni, stąd te okrzyki rozgoryczonych radnych pod adresem Kałuży na pierwszej sesji Sejmiku. W nagrodę Kałuża został wybrany głosami PiS wicemarszałkiem województwa, a partyjni koledzy oświadczyli, że złożą na niego doniesienie do prokuratury w związku z „możliwością zaistnienia korupcji politycznej”.

 

Polityczny „brak wartości”

Najbardziej mnie ubawiło, że szefowa Nowoczesnej Katarzyna Lubnauer zarzuciła Kałuży „kłamstwo, brak wartości, oszustwo”. Zwłaszcza ten „brak wartości” mnie wzruszył. Bo rzeczywiście pomiędzy PiS-em a Nowoczesną jest ogromna programowa przepaść, dzieli ich wszystko co może dzielić. Nowoczesna to partia liberalna, PiS to konserwatywni chrześcijańscy demokraci, Nowoczesna jest raczej za państwem neutralnym światopoglądowo, jest liberalna zarówno w kwestiach gospodarczych, jak i obyczajowych. W PiS-ie wszystko na odwrót – konserwatyzm obyczajowy, etatystyczna, centralnie kierowana gospodarka z dużym udziałem państwa, aktywna polityka społeczna i udział kościoła w życiu publicznym. Jak radnemu Kałuży udała się w jedną noc tak radykalna przemiana? I rozumiem, że musiał zostać wicemarszałkiem województwa żeby mu rozchwiana psychika wróciła do właściwego stanu.
Ale już zupełnie na poważnie – wypowiedź Katarzyny Lubnauer oczywiście w złym świetle stawia Kałużę, ale przecież w nie lepszym ja samą i innych członków Nowoczesnej. Przecież Kałuża był wpływowym członkiem Nowoczesnej, radnym i wiceprezydentem miasta, a Nowoczesna wywalczyła dla niego możliwość startu w wyborach z prestiżowego, pierwszego miejsca na liście wyborczej Koalicji Obywatelskiej. Stąd zapewne te 25 tysięcy głosów. Czy Lubnauer i władze Nowoczesnej nie wiedziały kto to jest Kałuża i do czego jest zdolny w imię osobistej kariery? Bo przecież gdyby nie przeszedł do PiS to i tak byłby w obozie władzy w ramach bloku KO-SLD-PSL, ale zapewne nie na tak eksponowanym stanowisku. Co dla Kałuży znaczą wszystkie programowe założenia Nowoczesnej w obliczu osobistej kariery? Jeżeli tak prominentny działacz Nowoczesnej ma takie podejście do własnej partii to co można powiedzieć o szarych członkach? Rzeczywiście Katarzyna Lubnauer i władze Nowoczesnej mają problem, bo może przy tworzeniu Nowoczesnej nie chodziło o robienie „lepszej”, „prawdziwej” Platformy Obywatelskiej, ale tylko o to żeby był „ruch w interesie” i żeby w nowych strukturach poszczególni działacze uzyskali lepsze pozycje i stanowiska niż w Platformie Obywatelskiej, gdzie układ personalny był już w miarę stabilny?

 

Nie jeden Kałuża

Zmiana poglądów politycznych i co za tym idzie barw partyjnych w jedną noc oczywiście musi budzić co najmniej zdziwienie, zażenowanie czy wręcz oburzenie. Musi rodzić pytanie o kondycję już nawet nie tylko polityczną, ale wręcz moralno-etyczną człowieka. Ale to nie wszystko – przecież gdyby system był zdrowy to nikomu do głowy by nie przyszło zrobienie czegoś takiego. Ale system od dawna jest chory i polityczne wolty, takie jak radnego Kałuży, od lat są elementem polskiej sceny politycznej i są jak najbardziej tolerowane, a nawet pochwalane. Warto przypomnieć, że w chwili rozpadu Akcji Wyborczej „Solidarność” kwestia wyboru pomiędzy PO a PiS dla wielu działaczy politycznych była wielokrotnie sprawą przypadku, a nie poglądów politycznych. Przecież najpierw była koncepcja koalicji PO-PiS, a dopiero później nastąpiło wykrystalizowanie się polityczne tych partii. Więc skąd to zdziwienie i oburzenie na czyn radnego Kałuży? Jego działanie nie odbiegało od normy, tylko było wyjątkowo widowiskowe, bo decyzją jednego człowieka na kilka lat zmieniła się sytuacja polityczna w jednym z największych regionów Polski.
Ale spójrzmy na losy polityczne wybitnych polskich polityków i proszę mi powiedzieć czym się one różnią od politycznych losów radnego Kałuży?
Na początek polityczny życiorys konserwatywnego liberała, prezydenta RP, który raczej nie jest i nie był widziany jako polityczny awanturnik. Bronisław Komorowski – w okresie PRL był związany z Ruchem Obrony Praw Człowieka i Obywatela, od 1980 członek NSZZ „Solidarność”. W 1981 sygnatariusz deklaracji założycielskiej Klubów Służby Niepodległości. Pełnił różne funkcje w rządach Tadeusza Mazowieckiego, Jana Krzysztofa Bieleckiego i Hanny Suchockiej. Jako bezpartyjny kandydat był posłem z listy Unii Demokratycznej w 1991 i 1993. Od 1994 w Unii Wolności m.in. sekretarz generalny. Wewnątrz UW w 1997 razem z Janem Marią Rokitą współtworzył Koło Konserwatywno-Ludowe. W tym samym roku razem z KKL współtworzył Stronnictwo Konserwatywno-Ludowe, które przystąpiło do Akcji Wyborczej „Solidarność”. W SKL był sekretarzem generalnym i wiceprezesem. W 1997 został posłem z listy AW„S”. W 2001 razem z grupą działaczy SKL związał się z Platformą Obywatelską, z jej listy uzyskał mandat poselski, wystąpił z SKL i przystąpił do PO. Gdzie był m.in. członkiem Zarządu Krajowego i wiceprzewodniczącym. Z ramienia tej partii był marszałkiem Sejmu i w 2010 z powodzeniem kandydował na urząd prezydenta RP. Po wyborze na urząd prezydenta RP zrezygnował z członkostwa w PO.
Dla odmiany barwny polityczny życiorys człowieka związanego z prawą stroną sceny politycznej, przez wielu ludzi widziany jako polityczny awanturnik, co nie przeszkadza, że dziś jest prezesem Telewizji Polskiej. Jacek Kurski – od połowy lat 80. związany z NSZZ Solidarność”, w pierwszej połowie lat 90. związany z Porozumieniem Centrum Jarosława Kaczyńskiego, potem związany z Ruchem Odbudowy Polski byłego premiera Jana Olszewskiego. Po 1997 związany ze Zjednoczeniem Chrześcijańsko-Narodowym, które wchodziło w skład Akcji Wyborczej „Solidarność”, za manipulacje przy liście wyborczej w 2001 został usunięty z ZChN, w związku z tym wstąpił do Prawa i Sprawiedliwości. Ponieważ w wyborach samorządowych w 2002 nie został umieszczony na listach PiS, wstąpił do Ligi Polskich Rodzin. W 2004 w wyniku lokalnego konfliktu w LPR wystąpił z tejn partii i ponownie wstąpił do PiS. W 2005 wykluczony z PiS za słynny tekst o „dziadku z wehrmachtu” Donalda Tuska, wkrótce jednak został przywrócony. W 2011 ponownie wykluczony z PiS. Od 2012 związany z partią Solidarna Polska Zbigniewa Ziobry, z której został wykluczony w lipcu 2014. Potem formalnie bezpartyjny. Od 2016 prezes TVP.
Powyższe dwa życiorysy, ludzi związanych z PO i z PiS, są charakterystyczne dla polityków tych formacji i bez żadnego trudu można przytoczyć polityczne losy jeszcze bardziej pokomplikowane niż dwa powyższe.

 

***

Tak wygląda polska polityka i losy jej bohaterów. Politycy zmieniają przynależność partyjną jak przysłowiowe rękawiczki, zakładają kolejne partie i koalicje partyjne tylko po to żeby je wkrótce opuścić w poszukiwaniu kolejnej „szalupy ratunkowej”. Polska polityka wytworzyła klasę polityczną – ludzi, którzy w rubryce „zawód” powinni wpisywać „polityk”. Bo to jest jedyne co potrafią. Dla tych ludzi wypadnięcie z polityki to śmierć życiowa, więc polityki muszą się trzymać za wszelką cenę, niezależnie od posiadanych poglądów i wyznawanych wartości.
Dlatego też działanie radnego Kałuży nie powinno dziwić, bo przecież jest tylko fragmentem większej całości.

Lewicowa samorządność Wywiad

Z Wojciechem Koniecznym, kandydatem na radnego do Sejmiku Województwa Śląskiego z listy nr 5 SLD – Lewica Razem rozmawia Przemysław Prekiel.

 

Wojciech Konieczny ubiega się o elekcję w Częstochowie i powiatach: częstochowskim, kłobuckim i myszkowskim.

 

Dlaczego zdecydowałeś się walczyć o mandat radnego do sejmiku woj. śląskiego?

Z racji zawodu, jestem lekarzem i dyrektorem szpitala, zwracam szczególną uwagę na ochronę służby zdrowia. Będę próbował zatrzymać coś, co zaczęło się wówczas, gdy zniknęło województwo częstochowskie. To obniżyło potencjał Częstochowy jako miasta wojewódzkiego, zmniejszyła się m.in. liczba oddziałów w częstochowskich szpitalach.
Zauważam, że od tego momentu częstochowska służba zdrowia przestała się rozwijać. Północne obszary województwa śląskiego są gorzej traktowane niż część środkowa. W Częstochowie ubywa lekarzy, pielęgniarek, innych fachowców medycznych.
Startuję z listy SLD Lewica Razem z drugiej pozycji.

 

Jesteś socjalistą, członkiem PPS. Dla wielu socjalista to synonim obciachu.

Dla mnie wręcz przeciwnie. Jestem dumny, że jestem socjalistą. To brzmi dużo lepiej niż narodowiec w samorządzie. Samorządność jest wpisana w ruch lewicowy i etos PPS. Dziwię się z kolei wszystkim prawicowcom, którzy garną się do samorządu, choć dążą oni przede wszystkim do centralizacji i zarządzania odgórnego, rządzenia bez lokalnych struktur. To dzięki PPS w ogromnej mierze odzyskaliśmy niepodległość i tę tradycję musimy przypominać, zwłaszcza dla młodszego pokolenia, tak zindoktrynowanego w kierunku narodowym.

 

Gdzie szukać sojuszników w tych wyborach a gdzie główni przeciwnicy?

Startujemy z koalicji SLD Lewica Razem, której PPS jest członkiem. Tam jest też Unia Pracy, OPZZ, stowarzyszenia i ruchy lewicowe. Kilkanaście podmiotów. To są nasi naturalni sojusznicy polityczni.

 

Większym zagrożeniem dla lewicy w tych wyborach jest Zjednoczona Prawica czy Koalicja Obywatelska?

Oba te bloki stanowią zagrożenie dla lewicy, każdy jednak z innych powodów. Zjednoczona Prawica zagraża praworządności i wolnościom obywatelskim. Walczy z Konstytucją, łamię ustawę zasadniczą. I to niestety prowadzi w kierunku dyktatury. Koalicja Obywatelska z kolei to symbol powrotu do tego, co było, czyli walką z ustawodawstwem socjalnym, to koalicja antyspołeczna, która istniała już za czasów rządów PO-PSL, odrzucenie państwa jako stabilizatora w życiu publicznym. Oba te bloki stanowić powinny dla lewicy zagrożenie, każdy jednak w innym obszarze. Nie ma bowiem państwa prawa bez sprawiedliwości społecznej i odwrotnie.