Podpowiedź dla Polski?

Rola protestantów w zachowaniu słowackiej tożsamości narodowej.

Zanim przejdę do spraw polskich, pozwolę sobie na dłuższą słowacką dygresję. Przed I wojną światową Słowacy wchodząc w skład Węgier znajdowali się na drodze do szybkiego wynarodowienia i madziaryzacji.
Wśród Słowaków lat dziewięćdziesiątych XIX wieku, a lata te charakteryzowały się wzmożoną madziaryzacją, nie tylko w warstwach ludowych, ale wśród duchowieństwa katolickiego, nauczycielstwa, drobnego ziemiaństwa i mieszczaństwa – z górą 90 proc. uważało się za Węgrów, nie odróżniając przynależności narodowej od państwowej. Słowacy nie mieli do roku 1918 – z wyjątkiem jednego dziesięciolecia – szkół średnich, prawie żadnych instytucji kulturalnych, naukowych, teatrów, bibliotek i wydawnictw.
Większość Słowaków było katolikami, ale ruch narodowy inspirowali przede wszystkim ewangelicy, zwłaszcza duchowni lub ich dzieci, którzy studiowali najczęściej na dobrych zagranicznych uczelniach. Pastorzy protestanccy mieli możliwość wpajania świadomości narodowej swej najbliższej rodzinie i swemu potomstwu. Księża katoliccy – co niby oczywiste – ale warte przypomnienia, byli tej ostatniej możliwości pozbawieni. Kształcili się przy tym zazwyczaj w prowincjonalnych, stojących na niskim poziomie seminariach, a w Kościele dominowały wpływy węgierskie, co nie sprzyjało walce słowackich katolików o słowacką tożsamość narodową.
Znaczenie protestantów w budzeniu słowackiego ducha narodowego polegało i na tym, że w przeciwieństwie do katolików (łacina), posługiwali się w liturgii i literaturze biblijną czeszczyzną oraz językiem słowackim, skodyfikowanym – trzeba to przyznać – przede wszystkim przez słowackich katolików, jeszcze u schyłku XVII wieku. Kodyfikacja ta została uznana przez oba obozy wyznaniowe.

Chodzi o to, żeby nie być idiotą”
Agnieszka Osiecka


Słowackim ewangelikom walczącym o emancypację Słowaków łatwo było też nawiązać nić porozumienia z czeskimi, protestanckim na ogół działaczami politycznymi (lub obojętnymi religijnie) oraz uzyskać ich wsparcie. Powstanie Czechosłowacji w 1918 roku zahamowało proces madziaryzacji Słowaków. Na Słowację ruszyły tysiące czeskich nauczycieli, pracowników administracji i ludzi różnych specjalności. W większości były to osoby prezentujące tradycję protestancką. Nie znaczy to, że już przed powstaniem Czechosłowacji nie istniała na Słowacji licząca się liczba słowackich protestantów, znaczących wiele w życiu politycznym Austro-Węgier.
Do nich należał Milan Hodža, który w roku powstania Czechosłowacji liczył sobie 40 lat. Urodził się w rodzinie protestanckiego pastora lub jak podkreślają inni – w ewangelickiej rodzinie ziemiańskiej. Do rozwoju intelektualnego młodego Hodžy przyczynił się właśnie fakt, że jego ojcem był protestancki pastor. W tym środowisku przywiązywano wielka wagę do wykształcenia. Takie szczęście jak Miian miało wiele dzieci z protestanckich rodzin.
Natomiast celibat panujący w kościele katolickim uniemożliwiał przekazanie potomstwu wiedzy i szacunku do nauki. Zresztą przejmowanie po 1918 roku katolickich parafii przez słowackich księży, słabo początkowo wykształconych, od księży węgierskich nie było łatwym zadaniem.
Te różnice na Słowacji w poziomie wykształcenia protestanckich i katolickich elit politycznych znalazły później swe odzwierciedlenie w życiu politycznym Czechosłowacji w okresie międzywojnia. Słowaccy protestanci odgrywali ważne polityczne role nie tylko na Słowacji, ale także w strukturach państwowych i partyjnych czechosłowackiego państwa federalnego.
Tak np. Milan Hodža był najwybitniejszym przywódcą oraz ideologiem Czechosłowackiej Partii Agrarnej. Równocześnie należał do grona najwybitniejszych czechosłowackich mężów stanu. Jako przedstawiciel partii agrarnej pełnił w wielu rządach funkcję ministra odpowiedzialnego za różne resorty (ds. unifikacji praw, oświaty, rolnictwa).
W roku 1935 jako pierwszy Słowak został premierem Czechosłowacji, a na przełomie 1935 i 1936 roku przez krótki okres sprawował funkcję ministra spraw zagranicznych. Na wiele lat przed powstaniem Czechosłowacji był już znanym działaczem ludowym na Słowacji, gdzie założył partię chłopską reprezentującą program czechosłowacki i konkurującą już wtedy z partią chłopską księdza Andreja Hlinki.
Partia Milana Hodžy działała w sojuszu z agrariuszami czeskimi Antonina Švehli, a w 1922 r. połączyła się z nimi. Hodža stał się jedną z czołowych postaci Republikańskiej Partii Ludu Wiejskiego i Małorolnego działającej na obszarze całej Czechosłowacji. W jego działalności politycznej i publicystycznej problematyka narodowa wiązała się w sposób naturalny z federalnym wątkiem środkowoeuropejskim.
Uważał on, że swe interesy narodowe Słowacja może zabezpieczyć tylko w środkowoeuropejskich strukturach federalnych. Nasuwa się pytanie, jak to możliwe, że ewangelik Hodža stał się wybitną postacią życia politycznego w przeważającej mierze katolickiej Słowacji, gdzie 80 proc. populacji (obecnie ok. 60 proc. ) to katolicy.
Trzeba przyznać, że pod tym względem Hodża nie był na Słowacji wyjątkiem. Ważną rolę, jaką spełniali protestanci słowaccy w życiu I Republiki (okres międzywojnia) podkreśla fakt, że na czele większości partii politycznych Słowacji stali protestanci: partii agrariuszy. – Milan Hodža, socjaldemokratycznej Ivan Dérer, narodowosocjalistycznej – E.B. Lukáč, narodowo-demokratycznej – M. Ivanka, prywatnych przedsiębiorców – J. Liška, komunistycznej Vladimir Clementis, a partii narodowej – ewangelicki pastor – Martin Rázus.
Przywódcy wyznania protestanckiego byli ludźmi świetnie wykształconymi. Np. dr Hodža, przywódca agrariuszy, niezależnie od dobrego wykształcenia, znał 8 języków, w tym język polski. Na przeciwnym biegunie stał słabo wykształcony katolik, przywódca ludaków – A. Hlinka, jednak polityk o niezwykłej sile oddziaływania i charyzmie, popularny zwłaszcza wśród niewykształconych mas. Doskonale wykształconym był natomiast kolejny przywódca ludaków ksiądz Jozef Tiso, który w pewnym momencie historycznym nie wykorzystał niestety swych talentów po właściwej stronie, współpracując z hitlerowcami.
I co to wszystko ma wspólnego z polskimi, współczesnymi w dodatku, sprawami? Wydaje mi się, że częściowo ma. Polakom nie zagraża wynarodowienie, ale o wyższy poziom wykształcenia społeczeństwa należy dbać. Zacznijmy od naszych elit.
Z góry zastrzegam się, że wcale nie uważam, by wyższe wykształcenie dawało pewność, że dany polityk zasługuje na pozytywną ocenę. Nie chcę wymieniać tu polityków bez wyższego wykształcenia (w naszej niedawnej historii byli tacy), którzy przewyższali swymi umiejętnościami i rozumieniem rzeczywistości swych wykształconych formalnie kolegów. I nie chodzi tu też wyłącznie o polityków, ale i o poziom elektoratu i całego społeczeństwa. Przypomnijmy sobie: ilość przechodzi w jakość, ale indywidualne przypadki mogą odbiegać od generalnej zasady.
Wyjątki potwierdzają regułę. Fenomenem głupoty w Polsce zajmowało się wiele znanych osób. Ale nas interesuje tu raczej poziom kultury umysłowej naszego społeczeństwa, jakkolwiek głupota idzie często w parze z niskim poziomem tej kultury, a tej sprzyja brak solidnego wykształcenia. Stanem kultury umysłowej polskiego społeczeństwa na przestrzeni wieków zajął się profesor Andrzej Zybała w swej pracy „Polski umysł na rozdrożu”.
Dowodzi on, że część składników polskiej kultury umysłowej ogółu społeczeństwa – widocznej zwłaszcza w debatach publicznych – nie jest kompatybilna z cechami nowoczesnej umysłowości, w której znaczenie ma otwartość na argumenty, weryfikowanie sądów, odróżnianie faktów od opinii itp.
Wiele niekorzystnych cech w naszej kulturze umysłowej powstało wskutek oddziaływania ideologii romantycznej; prymat czynu nad myślą, pierwiastków irracjonalnych w ludzkiej osobowości nad racjonalnymi. Inne przyczyny to: rola sarmatyzmu, niskiego poziomu kształcenia warstw szlacheckich, izolacji kulturowej warstwy włościańskiej, rola niektórych nurtów religijności (to ostatnie aktualne do dziś, M.P.). Autor zamieszcza tabelę (United Nations Statistical Yearbook 1948) wskazującą na odsetek analfabetów w Polsce i w innych krajach europejskich przed II wojną światową. Porównajmy tylko 3 kraje należące obecnie do Grupy Wyszehradzkiej: Polska w 1931 roku miała 23,1 proc. analfabetów, Czechosłowacja w 1930 roku – 4,1 proc. analfabetów, Węgry w 1930 roku – 8,8 proc. analfabetów. Wspólną cechą Czechosłowacji i Węgier, w odróżnieniu od Polski, było znaczenie i waga protestantów w życiu umysłowym i działalności publicznej.
Profesor Zybała wkładem protestantów w rozwój umysłowy społeczeństwa polskiego w zasadzie się nie zajmuje. Przy czym, trzeba to przypomnieć, wkład protestantów w rozwój Polski jest oczywiście olbrzymi. A ich szkolnictwo było, podobnie jak w innych krajach, na wysokim poziomie.
Generalnie jednak na przestrzeni wieków polskie szkolnictwo trapione było najczęściej przez niski poziom swych nauczycieli, czemu towarzyszyły, zresztą do dzisiaj – bardzo niskie. płace. Dostępne dane wskazują, że przeważająca część naszych nauczycieli kształcona jest także obecnie według modelu pochodzącego z XIX wieku – oznacza to nacisk na przekazywane encyklopedycznej wiedzy. Pedagog Bogusław Śliwerski, twierdzi że obecnie 30 proc. nauczycieli zagraża uczniom i sobie samym.
Cechuje ich najwyższy wskaźnik wypalenia zawodowego, są znerwicowani, niekiedy nawet sadystyczni. (Może to mieć niekorzystne następstwa zwłaszcza obecnie – w dobie pandemii korona wirusa, M.P.). Kariera nauczyciela nie przyciąga najzdolniejszych i tak jest od wieków. Nauczyciele – zauważa profesor Zybała – wywodzą się wciąż z grupy dość słabych absolwentów. Edyta Gruszczyk-Kolczyńska, profesor pedagogiki, oceniła z kolei na podstawie wyników badań, że polskie szkoły są rzeźnią talentów matematycznych.
Polscy nauczyciele zawsze byli słabo wynagradzani, mimo to jednak poziom nauczania był niekiedy zadziwiająco wysoki. Wspomnieć tu należy np. o okresie panowania króla Stanisława Augusta i założonej przez niego Szkole Rycerskiej w Warszawie oraz o jej utalentowanych absolwentach.
Intelektualna atmosfera towarzysząca panowaniu tego władcy sprzyjała wzrostowi poziomu wykształcenia i kultury. Dość wspomnieć, że na początku zaboru rosyjskiego na ziemiach polskich, większość piśmiennych obywateli Rosji stanowili Polacy. Pod koniec zaboru rosyjskiego natomiast, w rezultacie świadomego działania władz carskich, sytuacja polskich szkół była dramatyczna, najgorsza, jak zauważa profesor Zybała, ze wszystkich 3 zaborów,(co rzutowało na poziom polskiego szkolnictwa w okresie międzywojennym). Innym wartym odnotowania zjawiskiem była widoczna twórcza działalność polskich uczonych na rosyjskich wyższych uczelniach oraz ich udział w tworzeniu nowych, a także na Dalekiej Syberii, dokąd byli skazywani na „zsyłkę”.
Wielką zasługą Polski Ludowej było pokonanie analfabetyzmu, dziedzictwa Polski przedwojennej i II wojny światowej, podczas której zginęły setki tysięcy przedstawicieli polskiej inteligencji. Lata wojny to dla znakomitej większości młodych ludzi przerwa w nauce.
Po wojnie studia wyższe ukończyło miliony osób. Stanowili oni około 10 proc. społeczeństwa. Tworzenie nowej elity kraju trwało długo i można zaryzykować twierdzenie, że dopiero pod koniec istnienia PRL osiągnęła ona przyzwoity poziom. Przy zmianie systemu na kapitalistyczny okazało się jednak, że 10 proc. to za mało by zarówno elity, jak i społeczeństwo (elektorat) odrzuciło neoliberalne poglądy ekonomiczne, które – jak powiedział to, przy być może innej okazji, znany polityk – „kupił głupi lud”. Nowe, wykształcone w PRL elity, dobierane przecież na studia według kryteriów klasowych, nie obroniły systemu, który je stworzył.
Wręcz przeciwnie, wraz z tzw. wielkoprzemysłową klasą robotniczą przyczyniły się do jego obalenia. Nie zdała egzaminu przede wszystkim ówczesna elita polityczna kraju. Zarówno ta PRL-owska, jak i powstająca z niej nowa elita neoliberalna. Ta „stara” mogła przynajmniej spróbować zapoznać się z wzorcami chińskimi i starać się je naśladować. Inna sprawa, że ratowanie socjalizmu i pójście chińską drogą skończyło by się raczej niepowodzeniem, bo Rosja (dawny ZSRR) wybrała rozwiązania kapitalistyczne, a Polska kopiująca wzory chińskie pozostałaby w Europie osamotniona i niezrozumiana.
Ta „nowa” elita natomiast wykazała się kompletnym analfabetyzmem ekonomicznym przyjmując bez żadnej głębszej dyskusji doktrynę neoliberalną; wiadomo, że po roku 1989 należało wobec Zachodu, a szczególnie wobec Stanów, zastosować pewną dawkę „wazeliny”, ale było jej wtedy stanowczo za dużo. Po roku 1989 nie spisały się też elity polskiego kościoła katolickiego, nie próbując nawet podjąć rozważań na temat katolickiej nauki społecznej, nie mówiąc już o jej wdrażaniu. Nauk, jakie można wyciągnąć z historii naszej transformacji jest zapewne wiele, ale na plan pierwszy wysuwa się chyba potrzeba podnoszenia w społeczeństwie wiedzy ekonomicznej.
Według statystyki OECD obecnie odsetek Polaków z wyższym wykształceniem wynosi ok. 50 proc. i stale rośnie. (Dane OECD z 2016 roku – Polska 44,6 proc. , Czechy – 32,8 proc. , Słowacja – 31,5 proc. ,, Węgry – 33 proc. ). Na zjawisko wzrostu poziomu wykształcenie światowej młodzieży zwrócił uwagę Zbigniew Brzeziński, w czym, obok kilku innych czynników dostrzegał zagrożenie dla amerykańskiej supremacji na świecie. (Inne zagrożenia to jego zdaniem: ekspansja demograficzna w wielu regionach globu, błyskawiczne połączenia komunikacyjne, telefon komórkowy, internet, telewizja). Brzeziński obawiał się politycznego przebudzenia; „politycznie niespokojnych studentów oraz społecznie wykluczonych bezrobotnych.” „W dużej części dzisiejszego świata, pisał, miliony studentów uniwersytetów są zatem odpowiednikiem tego, co we wczesnym okresie industrializacji Marks określił mianem proletariatu.”
Pewnym bolesnym paradoksem jest uświadomienie sobie, że w sprawiedliwym ustroju, jakim miał być socjalizm, tylko 10 proc. społeczeństwa legitymizowało się wyższym wykształceniem (tutaj nasuwa się porównanie/analogia do 10 proc. szlachty w okresie I Rzeczpospolitej), podczas gdy obecnie, w ustroju kapitalistycznym, prawie co drugi Polak jest magistrem, (co prawda płacąc za to niekiedy duże pieniądze). Osobiście nic przeciwko temu nie mam, a nawet popieram. Chciałbym nawet, aby w Polsce, podobnie jak w niektórych innych krajach (np. skandynawskich-i znów kraje protestanckie!) ekspedienci w sklepach znali obce języka (choć prawdę mówiąc Skandynawom wystarczy do tego szkoła średnia, a niekiedy nawet podstawowa, przy może mniejszej niż u nas znajomości gramatyki). Mam też pewne podejrzenia co do nauki przedmiotów ścisłych w szkołach podstawowych; obawiam się, że nie wszystkie szkoły posiadają pracownie biologiczne, fizyczne czy chemiczne, a niektóre nie mają ich wcale. W tych warunkach nie ma mowy o właściwym przygotowaniu absolwentów dla szkół średnich, które z kolei przygotować powinny młodzież do podjęcia studiów na kierunkach ścisłych, bo tego przede wszystkim krajowi potrzeba.
Przeciwnicy upowszechnienia w Polsce szkolnictwa wyższego wskazują na niski poziom kandydatów do szkół wyższych, ale przyczyna tego stanu rzeczy tkwi zupełnie gdzie indziej, a mianowicie w niskim poziomie nauczania w szkołach podstawowych i średnich. I nie chodzi tu o to, że mamy niezdolną młodzież, natomiast mamy wielu nieudolnych nauczycieli. Posłużę się znów przykładem krajów skandynawskich, tam za poziom nauczana odpowiada nauczyciel, a nie uczeń. I nie wystarczy od uczniów wymagać wiedzy, trzeba potrafić jeszcze ich nauczyć. Wyjście jest niezwykle proste, jakkolwiek w Polsce od setek lat trudne do realizacji; dobrym nauczycielom trzeba bardzo dobrze płacić. (Podobnie zresztą jak lekarzom i pielęgniarkom pracującym w państwowej służbie zdrowia. Gdyby było ich więcej i zarabiali dobrze, nie byłoby teraz kłopotów z personelem w trakcie pandemii. Przepraszam, że piszę o tak oczywistych sprawach.
Mała ilość lekarzy sprzyja być może praktyce prywatnej, ale nie społeczeństwu. Trzeba więcej młodych przyjmować na studia medyczne. Jakie to proste!).
Rosnący poziom wykształcenia polskiego społeczeństwa dobrze wróży przyszłości państwa polskiego, przy czym nauka powinna mieć świecki charakter.
Nie katolicki i nie protestancki, ani prawosławny, lecz świecki. (Jakkolwiek szkoda, że w ciągu ostatnich 100 lat chociaż przez kilka lat nie rządzili nami protestanci). Ma to zasadnicze znaczenie zarówno dla mądrego rozwiązywania naszych spraw wewnętrznych, jak na forum międzynarodowym; jeśli chce się odgrywać poważną rolę w Unii Europejskiej, NATO i Środkowej Europie (Grupa Wyszehradzka i Trójmorze).
Polską nie może kierować fundamentalizm religijny, bo nie znajdzie to zrozumienia ani w Europie, ani w regionie. Na zakończenie uwaga: nie uda się żadnej partii stworzyć własnej elity władzy, takie próby już były i skończyły się niepowodzeniem. Młodzież w Polsce wybiera studia nie dla określonej koncepcji politycznej lecz dla siebie i dla dobra kraju.
Poza tym – inteligentni ludzie czasem zmieniają poglądy, szczególnie na studiach. Ponadto, studia wyższe w Polsce kończą przede wszystkim kobiety (ok.60 proc. absolwentów), onegdaj były zacofane, teraz wychowywać będą nasze wnuki w szacunku dla nauki i kultury.

Literatura:

– Andrzej Zybała, Polski Umysł na Rozdrożu, SGH, Warszawa 2016

– Zbigniew Brzeziński, Strategiczna Wizja, Wydawnictwo Literackie, 2013

– Maksymilian Podstawski, Milan Hodža – ideolog i przywódca agrariuszy czechosłowackich, Dzieje partii i stronnictw chłopskich w Europie, Tom 1, Pułtusk – Warszawa, 2007

– Maksymilian Podstawski, Milan Hodža – ideologist and leader of Czechoslovakian agrarians, Myśl Ludowa, Warszawa 2017, Nr 10/2018

Koniec ery Roberta Ficy

Wyniki wyborów w 2020 ukształtują słowacką politykę prawdopodobnie na dłużej niż do następnego roku przestępnego. Po raz pierwszy od 2012 centrolewicowa partia Smer nie będzie tworzyć rządu.

Największym przegranym jest oczywiście partia Kierunek – Socjalna Demokracja kierowana przez byłego premiera Roberta Fico. Jej wynik jest o 10 punktów procentowych niższy, niż ten sprzed czterech lat. Największym zwycięzcą są zaś konserwatywni liberałowie z partii OL’aNO, czyli Zwyczajni Ludzie i Niezależne Osobowości, którzy pomnożyli swój wcześniejszy wynik prawie 2,5-krotnie. Wzrosty mniejsze lub większe zaliczyły również wszystkie inne partie o podobnym profilu, które przed wyborami nie wchodziły w skład rządu.
Najbardziej nieprzyjemną wiadomością jest wzrost notowań tzw. Kotlebowców, czyli skrajnie prawicowych nacjonalistów odnoszących się w swoich wypowiedziach do katolicko-faszystowskiej dyktatury Józefa Fiso.
Kurica nie ptica, Smer nie lewica
Pomimo faktu, iż Kierunek – Socjalna Demokracja należy do centrolewicowej frakcji Socjalistów i Demokratów w Europarlamencie, trudno ich nazwać lewicowcami. Smer powstał w roku 1999 po rozłamie w Partii Demokratycznej Lewicy o profilu socjaldemokratycznym oraz demokratyczno socjalistycznym. Kryzys europejskiej socjaldemokracji w tamtym czasie doprowadził jednak do obrania przez Smer socjalliberalnego kursu odwołującego się do trzeciej drogi utworzonej przez byłego premiera Wielkiej Brytanii Tony’ego Blaira oraz 42. Prezydenta Stanów Zjednoczonych, Billa Clintona. W latach 1999-2005 głównie absorbowała inne lewicowe partie oraz organizacje działające na Słowacji. Wszystko się jednak zmieniło, gdy w 2006 roku partia rządzona wówczas przez Roberta Fico wygrała wybory i zajęła 50 ze 150 miejsc w słowackim parlamencie. Smer weszło w koalicję z centroprawicową formacją HZDS oraz skrajną prawicą z SNS. To zaś, doprowadziło do zamrożenia członkostwa Smeru w PES (Partii Europejskich Socjalistów, dziś S&D). Powodem było poważne naruszenie jednej z fundamentalnych podstaw programowych eurofrakcji, czyli walki o Europę nowoczesną, pluralistyczną oraz tolerancyjną. Smer powrócił do łask w roku 2008, gdy Robert Fico podpisał specjalny list formacji odnoszący się do poszanowania praw człowieka oraz lewicowych wartości.
Dalszy okres działalności Smer nie obfitował w lewicowe decyzje. W 2010 stracił władzę na okres dwóch lat, po tym, jak nie byli w stanie utworzyć rządu koalicyjnego pomimo zwycięstwa w wyborach. W 2012, Smer zdobył władzę ponownie osiągając samodzielną większość (83 miejsca ze 150). Z racji tego, iż umowy koalicyjne z KDH oraz SDKU upadły, Fico utworzył pierwszy jednopartyjny rząd po 1993 roku. Smer tracił zaufanie nie tylko wśród Słowaków, ale także wśród “lewicowej bańki”. Pierwszym dobitnym przykładem na potwierdzenie tej tezy, były przegrane przez Fico wybory prezydenckie w roku 2014.
W wyborach parlamentarnych z roku 2016 przewaga Smer znacznie zmalała. Brak możliwości zawiązania lewicowego rządu doprowadził do sytuacji, w której prawicowy prezydent Andriej Kiska zaprosił liderów wszystkich formacji do wielostronnych negocjacji. Jedynym ugrupowaniem, które Kiska wykluczył była skrajna prawica Mariana Kotleby. Owocem negocjacji było utworzenie czteropartyjnego rządu pod wodzą Roberta Fico.
Wielki Kryzys
Początek roku 2018 na Słowacji upłynął pod znakiem potężnej afery związanej z morderstwem dziennikarza śledczego, Jana Kuciaka. Kuciak pracował dla niezależnej platformy internetowej Aktuality.sk i zajmował się badaniem powiązań korupcyjnych wśród osób zajmujących najwyższe stanowiska w słowackim rządzie. Najpoważniejszym zarzutem wobec rządu Fico był fakt, iż jego członkowie dopuszczali się nie tylko korupcji, ale także oszustw podatkowych. Tarcia w słowackim społeczeństwie zdawały się potwierdzać przypuszczenia, że dojdzie do przedterminowych wyborów. Tak się jednak nie stało. Fico, aby “zapobiec dalszej eskalacji kryzysu” podał się do dymisji, a jego miejsce na czele rządu zajął Peter Pellegrini, czyli jedna z osób, na którą nie było poważnych dowodów w śledztwie Kuciaka.
Społeczeństwo jednak nie zadowoliło się zmianą. Ingerencje Kierunku – Socjalna Demokracja w praworządność oraz kolejno wypływające informacje prasowe o nielegalnych przeszukaniach ze strony służb społeczeństwa doprowadziły do kolejnych spadków w poparciu dla Smer-SD. Na kryzysie słowackiej “socjaldemokracji” zyskali właśnie konserwatywni liberałowie oraz, niestety, skrajna prawica.
Na przestrzeni ostatnich dwóch lat widać wyraźny spadek zaufania dla partii tworzących radę ministrów, czyli Smer, SNS oraz MOST-Hid. W górę poszła prawica, ale o znacznie mniej radykalnym charakterze, niż ta, będąca u władzy. Sytuację można porównać do alternatywnej rzeczywistości, w której PiS zostaje skompromitowany, a chadecka, centroprawicowa opozycja o charakterze prounijnym zdobywa zaufanie.
Jedyna partia, którą można w dzisiejszych słowackich warunkach nazwać w jakimś sensie lewicową, czyli DOBRA VO’LBA jest centrolewicowym, socjaldemokratycznym big-tentem nazwanym przez Roberta Fico “kawiorowymi liberałami”. Negatywny stosunek DV do Smer i vice versa nie wziął się znikąd. DOBRA VO’LBA powstała właśnie jako rozłam z Kierunku – Socjalna Demokracja w sierpniu 2019 roku. Zabrakło jej dwóch punktów procentowych by wejść do parlamentu.
Dziś słowackiej lewicy nie przystoi płakać. Muszą zakasać rękawy i zabrać się do roboty aby odzyskać zaufanie ludzi pracy do swoich postulatów. Plotki mówią, iż można spodziewać się albo tego, że Smer zmieni swój stosunek do polityki i stanie się centrolewicową, socjaldemokratyczną formacją, albo rozpadnie się na kolejne kilka partii, takich jak DOBRA VO’LBA. Obie opcje są wykonalne i zaabsorbują dużo wysiłku oraz nakładów finansowych, ale jedno jest pewne – walka klas trwa, a wraz z nią lewica musi z powrotem stać się pierwszym wyborem klasy robotniczej.

Polska-Rosja. Rozgrywki, animozje czy złudzenia

Najłatwiej mieć przyjaciół daleko. Francja, Węgry, czy nawet USA to od zawsze wprost wymarzeni przyjaciele Polski.

 

Trudne sąsiedztwo

Czy mieliśmy kiedyś z tymi krajami kiedyś jakieś spory graniczne? Nigdy. Najtrudniej bywało nam zawsze z Niemcami, Rosją i Ukrainą, (choć trudno zaprzeczyć, że ta ostatnia funkcjonuje w naszej historii, jako część dawnej Rzeczypospolitej). Przelano tam mnóstwo krwi – ale jednak trzeba przyznać, że to podobna do naszej mentalność i kultura. Pretensje do Polski miewa też Litwa, choć nasz naród nie wie do końca, o co właściwie Litwinom chodzi.
Oczywiście wszyscy wolimy tłumaczyć sobie, że po prostu mamy, „wrednych” sąsiadów. Szkopuł w tym, że oni mniemają o nas to samo. Napoleon mawiał, że aby prowadzić politykę, należy siąść nad mapą i popatrzeć, gdzie jesteśmy – bo właśnie to określa politykę państwa. Nasza aktualna klasa polityczna stara się mniemać, że „wrednych” sąsiadów da się może odsunąć lub napuścić na nich mocniejsze państwa.
Co do „odsuwania” sąsiadów: śmiem wątpić, by komuś się to udało. W przypadku naszych stosunków z Rosją winne jest budzenie zjaw, animozji i lęków, które dawno winny być pogrzebane. Wielkie historyczne krzywdy – choć prawdziwe – nie powinny jednak aż tak ciążyć na naszych wzajemnych odnoszenia. Rzeczywiste problemy między Polską i Rosją znajdują się dziś w zupełnie innych sferach, natomiast budzenie złych duchów przeszłości tylko utrudnia ich rozwiązywanie na bieżąco. Przepędźmy zjawy ciemnych nocy, budzenie tych potworów służy wyłącznie politykierstwu do osiągania drobnych wiktorii.

 

Wspólny wróg

W czym jak, w czym, ale nasza współczesna „grupa trzymająca władzę” w znajdowaniu wrogów spisuje się akurat na piątkę.
Józef Stalin powiedział kiedyś do swojego Biura Politycznego: „Jesteście jak ślepe kocięta, nie potraficie znaleźć wroga,, – on to potrafił. Wiadomo, nic tak nie jednoczy układu jak wspólny, wróg. Dlatego, gdy ongiś rozstrzeliwano wrogów bolszewizmu, ci umierali z imieniem Stalina na ustach. Nie przypuszczali , że zaliczono ich do kategorię wrogów, bo taki był polityczny zamysł ,,Ojca Narodów,,.
W tej chwili Rosja ma realne problemy z granicami – ale nie na zachodzie, ale na południu i dalekim wschodzie. Zbrojny, fanatyczny islam już od dawno prowadzi z nią otwartą wojnę. Zaś daleki wschód to wielkie Chiny, których rosnący potencjał burzy równowagę sił na przedpolach wielkiej Syberii.. Brak przyrostu naturalnego nawet w Polsce jest problemem, a co dopiero w Rosji – to już wręcz narodowa tragedia. Wielkie obszary Syberii wyludniają się. A co będzie za 20 lat, gdy większość kraju Chabarowskiego będą stanowić Chińczycy, którzy demokratycznie wybiorą swojego własnego gubernatora? Od lat już tam, rosyjskie kobiety chętniej wychodzą tam za mąż za Chińczyków, bo to po prostu robotne chłopy. Z tego powodu Putin ma słaby sen.
Gdyby nie polskie podjudzanie przeciw Rosji, Żyrinowski i jego wielkoruscy pobratymcy nie mieliby ze swoim ultra nacjonalizmem racji bytu, a tak dostarczamy im oręża. Nasza napuszona wrogość zasadza się przede wszystkim na budowaniu szowinizmu poprzez upraszczanie historii, to budują do nas wrogość i scala putinowski blok polityczny trzymający władzę. Prawda jest jednak taka, że mamy dziś wprost wymarzoną sytuację geopolityczną. Między nami a Rosją powstały państwa buforowe, które w swoim własnym interesie blokują ewentualne imperialne zapędy wielkiego sąsiada.

 

Ktoś zapyta: „a co z Bratnią Ukrainą”?

Przecież została ona rozgrabiona przez Rosję. Cóż, to nie my dawaliśmy jej gwarancje bezpieczeństwa i zwartości terytorialnej. To wielcy tego świata podjęli się tej roli, z której dziś nie kwapią się wywiązać. By wystąpić na Mundialu, trzeba pokazać umiejętności i wiarę we własne siły. By rozwiązywać skutecznie problemy naszego Ukraińskiego sąsiada, trzeba mieć pieniądze i sprawną armię. Nie mamy sprawnej i wyposażonej armii, ale za to nie mamy własnych pieniędzy. Tymczasem szczęśliwie, choć wstydliwie wykluczono Polskę z grupy państw negocjujących układ pokojowy dla Ukrainy. Sami Ukraińcy zresztą to zrobili. Nasze paternalistyczne ciągoty, że będziemy Ukrainę promować i ją wprowadzać do europejskich struktur, sama Ukraina już dawno „olała”. I dobrze, bo tu nie da się wynegocjować dobrego układu.
Popatrzmy na innych naszych sąsiadów: Węgry, Słowację, Czechy. Te państwa również są Ukrainie życzliwe, ale nie narzucają się jej jak Polska. Problem ukraiński jest złożony i tak jak każdy konflikt małżeński – nie da się rozwiązać z zewnątrz. Kto za mocno miesza się do sporów małżeńskich, może dostać po głowie i od jednej i od drugiej strony.
Złożoność problemu ukraińskiego polega na tym, że żyją tam miliony obywateli tego kraju, etnicznie będący Rosjanami. Tak jak Słowacja i Czechy dokonały rozwodu swoimi własnymi siłami, tak podobny podział musi dokonać się również na Ukrainie. Jeżeli brak takiej woli na miejscu – należy pomóc w utrzymaniu separacji i na tym poprzestać.
Straszenie nas przez polską prawicę i obóz władzy, że Rosja zajmie Ukrainę i później zajmie też Polskę – jest właśnie esencją polityki szukania wroga. Rosja nie podejmuje nawet wysiłku, by zajmować po kolei etniczne ukraińskie części tego państwa. Wcale nie jest zainteresowana „zjadaniem Ukrainy po kawałku”, ów konflikt traktuje teraz wręcz, jako drugorzędny wobec swojego zaangażowania w Syrii. Ta opinia jest tylko moja, bo cała polska klasa polityczna twierdzi inaczej, budzenie strachów zjednuje każdemu politykowi nimb zapobiegliwego męża stanu, a ja jestem skromnym mężem swojej żony i to mi wystarcza.
Polska nie ma z Rosją żadnych własnych bieżących geopolitycznych sporów. Nasze pretensje w większości kręcą się wokół przeszłości – i to głownie tej stalinowskiej. Łatwo oskarżamy Rosjan o wszelkie niegodziwości i wrogość, ale zdajmy sobie sprawę, że nie jest to takie proste, ten bolszewicki krwawy reżim tworzyli też Polacy, Dzierżyński wręcz zbudował fundament trwałości tego systemu. Zresztą największą ofiarą tej rewolucji byli sami Rosjanie i Ukraińcy. My Polacy wiele ucierpieliśmy od bolszewizmu, ale nie można wszystkich win automatycznie przenosić na Rosjan. Niemcy jednak potrafią to rozróżnić. W tej chwili nasze napięcie w stosunkach Z Federacją Rosyjską wynika z faktu, że Rosja działa w Syrii i jest to wyzwaniem dla USA. Czy my mamy środki i wolę polityczną by wikłać się tą rywalizację. Konflikt wynika z tego, że USA rywalizują w Syrii z Federacją Rosyjską, więc korzystają z napuszonej polskiej wrogości do Rosji, umieszczając na naszym terenie swoje siły zbrojne. Węgry, Słowacja, Czechy już nie okazują takiego nastawienia. W moim przekonaniu rozgrywki na tym poziomie nie są naszą domeną, nie jest to nasz wagomiar.. Tylko współpraca z Unią gwarantuje nam stabilną przyszłość, a właśnie Unię najbardziej lekceważymy. Mimo wszystkich słabości Unii sytuacja jest jak w starym przysłowiu ,,lepiej z mądrym zgubić niż z głupim znaleźć”.
Tak jak rozgrywki mundialowi szybko pokazały, gdzie nasze miejsce, tak i aktualna rozgrywka polityczna daleko przekracza nasze możliwości i zdolności. Sztuką jest budowanie relacji z bliskimi sąsiadami, z dalekimi one zawsze same z siebie się ułożą.