Niech wreszcie zaczną mniej truć

Na razie rzekome starania rządu o wyeliminowanie „kopciuchów”
sprowadzają się głównie do działań propagandowych.

Rządy Prawa i Sprawiedliwości doprowadziły do tego, że mieszkańcy Polski muszą oddychać najbardziej zanieczyszczonym powietrzem w Europie.
Wprawdzie, jeżeli chodzi tylko o zatrucie powietrza w samych miastach, z wyłączeniem wszelkich obszarów pozamiejskich, to nieco gorzej od nas wypada Bułgaria – tam procentowo, zanotowano przekroczenie norm w większym odsetku miast niż w Polsce. Gdy jednak wziąć pod uwagę wielkość tych przekroczeń, jesteśmy absolutnie bezkonkurencyjni.
Wedle statystyk Światowej Organizacji Zdrowia (WHO), obecnie wśród 50 miast w Unii Europejskiej z najbardziej skażonym powietrzem aż 36 leży w naszym kraju (wśród nich na niechlubnym podium jest kolejno Opoczno, Żywiec i Rybnik), a tylko 7 w Bułgarii. A przecież jeszcze bardziej trującym powietrzem często oddychają mieszkańcy małych polskich miejscowości.

Martwi ludzie

Skutki tego wszystkiego widzimy już w postaci zwiększonej umieralności. Podawane są różne liczby, mówiące o skali zgonów z powodu smogu: w 2017 r. wymieniano liczby 30 – 35 tys, obecnie mówi się już o prawie 70 tys. ofiar śmiertelnych rocznie.
Dokładniej zbadał to Narodowy Fundusz Zdrowia, który przeanalizował przyczyny wzrostu liczby zgonów w 2017 r. Okazało się, że szczególnie duża śmiertelność panowała w styczniu i lutym – dwóch miesiącach, w których najbardziej intensywnie pracuje system grzewczy, a ludzie najczęściej palą w piecach.
Najbardziej tragiczny był styczeń – w pierwszym miesiącu 2017 r. w Polsce zmarło o 23,5 proc. więcej ludzi, niż w styczniu rok wcześniej. Analiza tych zgonów dokonana przez specjalistów z NFZ dała jednoznaczny wynik. Narodowy Fundusz Zdrowia stwierdził w swym raporcie: „Średnie natężenie pyłów PM10 w powietrzu dla Polski w styczniu 2017 r. było na rekordowym poziomie. Ponadto w styczniu 2017 roku odnotowano najniższą średnią temperaturę powietrza w porównaniu do analogicznych okresów z zeszłych lat (..)Potencjalną przyczyną wzrostu liczby zgonów w styczniu 2017 r. jest skokowe pogorszenie jakości powietrza, które może rodzić gwałtowne konsekwencje zdrowotne u osób szczególnie podatnych”.
Te osoby szczególnie podatne to przede wszystkim dzieci i seniorzy, a także ludzie z dolegliwościami układu krążeniowo-oddechowego. To oni w pierwszej kolejności umierają z powodu zatrutego powietrza.

Martwe przepisy

Liderzy Prawa i Sprawiedliwości oczywiście nie poniosą żadnej realnej odpowiedzialności za śmierć kilkudziesięciu tysięcy Polaków. Ciąży na nich wprawdzie odpowiedzialność moralna, ale tym naturalnie nikt się nie przejmuje.
W Polsce od 1 lipca 2018 r. nie wolno sprzedawać pieców grzewczych na paliwo stałe nie spełniających wymogów najwyższej, piątej klasy ekologicznej.
Zakaz był tylko pustym przepisem, którego nikt nie egzekwował, toteż naturalnie pozostał na papierze.
Obecna ekipa wprawdzie się tym nie przejmowała – ale trudno było wciąż ignorować rosnące niezadowolenie elektoratu z powodu coraz bardziej zatrutego powietrza.Jadwiga Emilewicz, wcześniej minister przedsiębiorczości i technologii, a obecnie minister rozwoju oświadczyła więc: – Z obserwacji rynku kotłów na paliwo stałe wynika, że sprzedawcy nadal oferują urządzenia niespełniające wymagań rozporządzenia. To wpływa negatywnie nie tylko na jakość powietrza, a co za tym idzie na nasze zdrowie, ale jest także elementem nieuczciwej konkurencji. Nie zgadzamy się na reklamowanie urządzeń wysokoemisyjnych jako niskoemisyjnych, posługiwanie się fałszywymi świadectwami jakości lub sprzedaż kotłów bezklasowych pod innymi nazwami.

Może UE wymusi zmiany?

Kilka dni temu, 23 listopada weszła w życie znowelizowana ustawa Prawo Ochrony Środowiska. Nowelizacja ma wreszcie spowodować możliwość egzekwowania, martwego dotychczas, zakazu sprzedaży kopciuchów obowiązującego od 1 lipca ubiegłego roku.
Poniekąd wymusiła to na polskiej władzy Unia Europejska, bo od 1 stycznia 2020 r. kraje członkowskie będą musiały przestrzegać tzw. ekoprojektu, czyli proekologicznego rozporządzenia Komisji Europejskiej. Dzięki UE pojawił się więc cień szansy, że kiedyś powietrze w Polsce będzie nieco czystsze.
Nowelizacja Prawa Ochrony Środowiska ma wzmocnić uprawnienia organów Inspekcji Handlowej do sprawdzania, czy oferowane przez przedsiębiorców kotły na paliwo stałe o znamionowej mocy cieplnej nie większej niż 500 kilowatów (czyli używane do ogrzewania pomieszczeń przez gospodarstwa domowe oraz małe i średnie zakłady ) spełniają stosowne wymagania czystości emisji.
Zgodność tych pieców z wymaganiami będzie sprawdzania poprzez badania laboratoryjne oraz posiadanie odpowiedniej dokumentacji, świadectw i certyfikatów. Nowelizacja przydziela także instytucjom kontrolnym więcej kasy na przeprowadzanie laboratoryjnej weryfikacji oraz wprowadza bardziej szczegółowe definicje „kotła na paliwo stałe” oraz „wprowadzenia do obrotu” takiego kotła. Ma to utrudnić indywidualne sprowadzanie do Polski kopciuchów z innych państw.
Organy Inspekcji Handlowej będą mogły nakładać kary na firmy sprzedające takie piece – ale już nie na osoby prywatne. Oznacza to, że teoretycznie żaden przedsiębiorca nie ma prawa oferować pieców nie spełniających wymogów, ale każdy człowiek ma prawo taki piec kupić – i go używać (choć oczywiście nie ma prawa go używać tam, gdzie samorządy wprowadziły zakaz palenia paliwem stałym).

Żeby pokazać, że coś się robi

W rządzie postanowiono też wykonać dodatkowe propagandowe gesty, świadczące o tym, że władza jednak trochę stara się o promowanie czystszych źródeł ciepła.
Sprawa jest dosłownie paląca, bo na polski rynek trafia rocznie, wedle różnych szacunków od ponad 100 tys do prawie 250 tys. pieców na paliwa stałe. Ponieważ rządu to nie interesowało, to nie ma też żadnych dokładniejszych danych o ich sprzedaży. Organizacje pozarządowe oceniają jednak, że 20 – 25 proc. tych kotłów grzewczych to kopciuchy niespełniające żadnych wymagań.
Trudno całkowicie przejść nad tym do porządku dziennego, toteż rząd postanowił pokazać, że coś się robi. Na zlecenie Ministerstwa Rozwoju powstało więc oprogramowanie, które pozwoli Inspekcji Handlowej analizować oferty sprzedaży kotłów na paliwo stałe w internecie. Dzięki temu teoretycznie ma być łatwiej „namierzyć” sprzedawane kopciuchy.
Oprogramowanie umożliwi zautomatyzowaną weryfikację ogłoszeń o sprzedaży kotłów, zamieszczanych na portalach internetowych. Program ma wyłapywać te oferty, z których wynika, że urządzenie nie spełnia wymagań określonych w przepisach. Formalny dostęp do niego będą mieć pracownicy Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów oraz wojewódzkich inspekcji handlowych.
Aplikacja ma wyszukiwać podejrzane oferty na podstawie następujących zwrotów, wskazujących na istnienie sprzeczności słów oferty z przepisami, np. „kocioł klasy 5 i inne parametry emisyjne”, „kocioł na zamówienie” czy „określona klasa kotła inna niż klasa 5”. Przypomnijmy, że piąta klasa to ta najczystsza, jedyna, której urządzenia teoretycznie można sprzedawać.
Wyłapywane też będą pojedyncze, podejrzane słowa, np. „ ruszty, ręczne” (nie mają ich piece na dozwolone paliwo płynne czy lotne), czy zakazany rodzaj paliwa (węgiel lub drewno).
Pierwsze kontrole ruszą już w grudniu. Inspekcja Handlowa będzie sprawdzać kotły na paliwo stałe o mocy cieplnej do 500 kW, dostępne w sklepach, hurtowniach, u producentów czy importerów.
Skontrolują najwyżej etykietki
Na razie, ponieważ pieniądze na kontrole zaplanowano w budżecie dopiero od 2020 r., IH skontroluje tylko dokumentację. W przyszłym roku będzie też zlecać badania laboratoryjne. Co roku ma dostawać na ten cel 900 tys. zł. Pozwoli to zbadać w laboratorium ok. 50 kotłów rocznie.
– Inspektorzy zostali odpowiednio przeszkoleni do kontroli kotłów. Wkrótce ogłosimy przetarg na wybór specjalistycznego laboratorium, które będzie je badać. Jednocześnie upowszechniamy wśród przedsiębiorców wiedzę o wymaganiach wobec kotłów na paliwo stałe. Na początku listopada wysłaliśmy pismo z wyjaśnieniami do dużych sieci marketów budowlanych oraz do stowarzyszeń producentów. Przygotowaliśmy także na naszej stronie internetowej kompendium wiedzy na ten temat – mówi Tomasz Chróstny, wiceprezes UOKiK.
Te 50 kotłów, które będzie można badać laboratoryjnie w ciągu roku to liczba śmiesznie mała, w porównaniu z ponad 100 tysiącami (najskromniej licząc) corocznie wprowadzanymi do obrotu.
Nikt zresztą nie ma specjalnych złudzeń, że nowe przepisy cokolwiek zmienią, jeśli rząd PiS nie wprowadzi pełnej rekompensaty za wymianę kopciucha na nowy, czysty piec.
A nie wprowadzi, bo ma w niewielkim poważaniu zdrowie i życie Polaków. Ważniejsze są wydatki na czczenie żołnierzy wyklętych i finansowanie propagandy sukcesu w rządowych mediach.
Na razie więc, żeby pokazać jakąś aktywność, UOKiK prowadzi wyrywkową kontrolę etykiet energetycznych na kotłach. Bada się, czy te etykiety są i czy zawierają prawidłowe sformułowania – ale już nie to, czy sformułowania na etykietach są zgodne z faktycznymi parametrami kotła…

Na trudnym rynku nad Renem

Niemiecka gospodarka zwalnia tempo, ale to nie odstrasza naszych firm.

Połowa polskich firm działających w Niemczech ocenia stan tamtejszej gospodarki wciąż jako „dobry”, zaś około 24 proc. jako „zadowalający”.

Mniej optymistów

W porównaniu z ubiegłorocznymi badaniami już znacznie mniejszy odsetek ankietowanych (21 proc.) mówi, że gospodarka Niemiec jest w „bardzo dobrej” kondycji. Przed rokiem taki pogląd prezentowało aż 40 proc. naszych przedsiębiorców.
27 proc. polskich spółek przewiduje spowolnienie gospodarcze w Niemczech w kolejnym roku. To najsilniejszy sygnał schłodzenia koniunktury od 2016 r.
Takie wyniki przynosi badanie polskich firm w Niemczech przeprowadzone jesienią tego roku na zlecenie Polsko-Niemieckiej Izby Przemysłowo-Handlowej. Firmy te reprezentują przemysł przetwórczy, usługi, handel, budownictwo, zaopatrzenie w energię elektryczną i wodę oraz utylizację odpadów.
Celem badania była ocena niemieckiej koniunktury gospodarczej oraz uwarunkowań prowadzenia biznesu przez przedstawicieli polskich firm działających za Odrą

Nie boją się spowolnienia

Polscy przedsiębiorcy pozostają mimo wszystko optymistami w ocenach aktualnej sytuacji własnych firm. Jedna czwarta ocenia ją jako „bardzo dobrą”, a 43 proc. jako „dobrą”.
Odsetek firm opisujących swoją kondycję jako „zadowalającą” pozostaje na podobnym poziomie (ok. 30 proc. ) od trzech lat.
Mimo prognozowanego spowolnienia, większość ankietowanych firm deklaruje, że utrzyma, bądź zwiększy sprzedaż, zatrudnienie i inwestycje.
W opinii polskich przedsiębiorców, wśród zalet niemieckiego rynku należy przede wszystkim wymienić jakość infrastruktury (transportowej, komunikacyjnej, informatycznej i energetycznej), dyscyplinę płatniczą kontrahentów, przewidywalność polityki gospodarczej Niemiec oraz przychylność administracji w obsłudze przedsiębiorców.
Największy odsetek przedsiębiorców narzeka na koszty pracy, wysokości podatków i brak dostępu do wykwalifikowanych kadr.
Profity wyraźnie przewyższają jednak wszelkie trudności. Dlatego 93 proc. badanych firm potwierdza, że powtórzyłoby decyzję o wejściu na rynek niemiecki – choć w ubiegłym roku mówiło tak aż 97 proc.

Zimny prysznic

W ubiegłym roku polskie firmy funkcjonujące nad Renem prezentowały rekordowe prognozy wzrostu sprzedaży. Wówczas wzrost sprzedaży w kolejnych miesiącach zapowiadało trzy czwarte ankietowanych spółek.
Rzeczywistość niejednokrotnie przyniosła zimny prysznic, toteż w bieżącej edycji badania tylko około połowa ankietowanych mówi o wzroście sprzedaży w najbliższym roku. Niespełna 40 proc. przewiduje obrót na niezmienionym poziomie. Co dziesiąta firma zapowiada zaś obecnie spadek sprzedaży. Wszystko to przekłada się na plany rozwojowe. Niemal 70 proc. badanych firm z Polski prognozuje, że liczba pracowników w kolejnych miesiącach nie ulegnie zmianie. O wzroście zatrudnienia mówi tylko 20 proc. przedstawicieli przedsiębiorstw.
Na te wyniki można jednak patrzeć dość optymistycznie, gdyż w sumie 90 proc. przedsiębiorstw zamierza utrzymać lub zwiększyć zatrudnienie.

Pierwszy zagraniczny rynek

Dosyć pozytywnym sygnałem są deklaracje zwiększania nakładów inwestycyjnych, złożone przez 40 proc. ankietowanych. Połowa firm podaje zaś, że utrzyma wydatki inwestycyjne na dotychczasowym poziomie. Ciąć swe inwestycje zamierza więc tylko 10 proc. naszych firm działających w Niemczech. Nasz wielki zachodni sąsiad to zwykle pierwszy zagraniczny rynek dla polskich firm, zwłaszcza z sektora małych i średnich przedsiębiorstw.
Ponad połowa tych firm zdecydowała się na ekspansję na ten rynek w celu uzyskania dostępu do nowych klientów. 44 proc. chciało zwiększenia skali działania. Prawie co trzecia liczyła na doskonalenie swojej produkcji, zaś co piąta wskazywała na osiągnięcie granicy rozwojowej na polskim rynku.

Kryzys puka do drzwi

Hongkong zmierza w kierunku głębokiej recesji. Trwające tam od pięciu miesięcy protesty powodują, że gospodarka tego regionu skurczyła się o ponad 3 proc. zaledwie w ciągu jednego kwartału.

Protesty na szeroką skalę rozpoczęły się w Hongkongu w połowie bieżącego roku. Chociaż mają one głównie podłoże polityczne, to jednak demonstracje młodych ludzi są również związane z pogarszającym się standardem życia (nastąpił tam olbrzymi wzrost cen nieruchomości) oraz silnymi nierównościami dochodowymi panującymi w tym Specjalnym Regionie Administracyjnym.
Niepokoje społeczne zbiegły się też z niekorzystnymi warunkami ekonomicznymi w Azji. Wojna celna między USA i Chinami, jeszcze przed wyjściem milionów obywateli na ulicę tej byłej brytyjskiej kolonii, powodowała redukcję wymiany handlowej Hongkongu ze światem.
Zarówno eksport, jak i import zaczęły się kurczyć już pod koniec 2018 r. Sierpień i wrzesień bieżącego roku pokazują ogólny spadek wymiany handlowej już wynoszący około 8 proc. (w porównaniu z tym samym okresem ubiegłego roku), co oznacza najgorszy wynik od kryzysu finansowego panującego ponad dekadę temu.

Konsumpcja w odwrocie

Nie tylko handel, ale i inwestycje idą ostro w dół. Redukcja wymiany handlowej i niepewność związana z kondycją globalnej gospodarki przyczyniły się do ich znacznego zmniejszenia.
Według urzędu statystycznego dla Specjalnego Regionu Administracyjnego Hongkong, już w II kwartale bieżącego roku inwestycje skurczyły się o ponad 10 proc.
W kolejnym kwartale, według wstępnych danych opublikowanych niedawno, udział inwestycji w produkcie krajowym brutto spadł o 16,3 proc. w porównaniu z trzecim kwartałem ubiegłego roku.
Jak wskazuje Cinkciarz.pl, w ciągu ostatnich 45 lat tylko jeden raz inwestycje uległy tam silniejszemu spadkowi. Były to kwartały samego szczytu kryzysu azjatyckiego pod koniec ubiegłego stulecia.
Regionalny rząd starał się w ostatnich miesiącach ratować sytuację, zwiększając wydatki publiczne aż o 5,3 proc. (rok do roku) w III kwartale – najwięcej od 15 lat – ale i tak nie zapobiegło to załamaniu się całego wzrostu PKB.
Zamknięte ulice czy interwencje policji nie sprzyjają zakupom. Dotyczy to zwłaszcza towarów innych niż żywność i napoje. Sprzedaż zanurkowała o jedną czwartą. Turystów jest mniej o połowę
Ogólny poziom sprzedaży detalicznej obniżył się o 11,5 proc. w lipcu i 23 proc. w sierpniu (obie wartości w ujęciu do roku ubiegłego).
Sprzedaż dóbr trwałego użytku (elektronika, pojazdy, meble) spadła o 14,3 proc r/r w sierpniu, a ubrań o 32,1 proc r/r w tym samym miesiącu. O prawie jedną trzecią obniżyła się wartość sprzedaży w galeriach handlowych, a popyt generowany przez konsumentów na biżuterię, zegarki czy inne luksusowe towary spadł o 47,4 proc. w sierpniu – według oficjalnych danych tamtejszego urzędu statystycznego.
Ta ostatnia kategoria zakupów jest także dobrym miernikiem wydatków turystów, których ubywa.

Coraz rzadziej przyjeżdżają

Dane Rady Turystyki Hongkongu pokazują, że liczba odwiedzających Specjalny Region Administracyjny spadła we wrześniu o ponad 34 proc. – do 3,1 miliona. To drugi z rzędu po sierpniowym, ponad 30-procentowy spadek w ujęciu rok do roku.
Gros turystów odwiedzających Hongkong to obywatele Chin (70-80 proc.). Według Departamentu Handlu Hongkongu turysta wizytujący ten region wydaje średnio 6,6 tys. hongkońskich dolarów (ok. 3,3 tys. zł) na osobę podczas jednej wizyty (w 2018 r.), a w sumie ich wydatki sięgnęły w ubiegłym roku 328 mld dol. hongkońskich.
Na razie nie ma żadnych sygnałów, by sytuacja w turystyce ulegała poprawie. Bloomberg zacytował wypowiedź szefowej administracji Hongkongu Carrie Lam, mówiącej, że w pierwszej połowie października liczba osób odwiedzających region zmniejszyła się o około połowę w porównaniu z analogicznym okresem ubiegłego roku.
Uwzględniając olbrzymi udział turystyki w sprzedaży detalicznej, można oczekiwać, że tempo jej spadku utrzyma się na poziomie ok. 25 proc. w kolejnych miesiącach. Szacunki ekonomistów Bloomberga pokazują, że we wrześniu sprzedaż mogła zanurkować o 28,5 proc rok do roku.
Nałożenie się na siebie trzech negatywnych czynników – dramatu w handlu zagranicznym, załamania się inwestycji i spektakularnego spadku sprzedaży detalicznej – sprawia, że w ciągu III kwartału bieżącego roku PKB obniżył się o 3,2 w porównaniu z drugim kwartałem i o 2,9 proc. w porównaniu z tym samym okresem ubiegłego roku.

Raz już był tam kryzys

W ciągu ostatnich 30 lat Hongkong raz doświadczył głębszego spowolnienia – o 3,4 proc. na początku 2009 r. – ale kolejny kwartał to był już wzrost o 3,6 proc.
Biorąc pod uwagę, że dotychczasowe wstępne dane nie obejmują jeszcze wrześniowej sprzedaży detalicznej (publikacja na początku listopada), można oczekiwać, że zostaną one zrewidowane jeszcze w dół.
Nie ma też co liczyć na szybkie odbicie koniunktury w najbliższych tygodniach, tak jak to miało miejsce w 2009 r. Protesty trwają, inwestycję spadają, turyści wystrzegają się regionu. Obecna sytuacja może być zatem znacznie trudniejsza niż w szczycie kryzysu finansowego. Dane Banku Światowego z lat 1960-1990 pokazują, że Hongkong ani razu nie był wtedy w recesji. Również w latach 50. ze względu na niezwykle szybki rozwój i napływ siły roboczej, najprawdopodobniej także był to okres bez spadku PKB.
W rezultacie jest bardzo prawdopodobne, że obecny spadek aktywności gospodarczej będzie najsilniejszy od momentu okupacji Hongkongu przez Japonię i migracji ponad połowy ludności z tego regionu w pierwszej połowie lat 40. ubiegłego stulecia.
Biorąc pod uwagę skalę słabnięcia eksportu, zmniejszające się inwestycje czy spadek liczby turystów, trudno oczekiwać szybkiego powrotu na ścieżkę wzrostu produktu krajowego brutto.

Przedsiębiorcy wierzą w rozwój

Wiara góry przenosi, więc należy oczekiwać, że nieuchronne spowolnienie nieprędko dotrze do naszej gospodarki.

Przedsiębiorcy nie tracą dobrego nastroju. W III kwartale nastąpiła dalsza poprawa w ocenie sytuacji wśród firm produkcyjnych oraz budowlanych (którym sprzyja suche lato). Tu wskaźniki są wyższe, niż średnia (52,2 pkt.) i wynoszą odpowiednio 57,3 pkt. oraz 56,6 pkt.
W przypadku pozostałych czterech branż nastroje są mniej optymistyczne. Odczyt dla hotelarstwa i gastronomii wyniósł 55 pkt. (ubyło 8 pkt.), dla usług 49,5 pkt. (ubyło 4,9), a dla handlu 48,9 pkt. (ubyło 2,9 pkt.).
Różnicą między poprzednim pomiarem (z drugiego kwartału) a obecnym jest także to, że wówczas wartość indeksu dla każdej branży była wyższa niż 50 pkt. Teraz zaś nastroje są nieco bardziej zróżnicowane.
Takie rezultaty pokazuje „Barometr Europejskiego Funduszu Leasingowego”.
Barometr EFL jest syntetycznym wskaźnikiem informującym o skłonności małych i średnich firm do rozwoju (rozumianego jako wzrost sprzedaży i produkcji, ekspansja na nowe rynki, maksymalizacja zysków oraz inwestycje w środki trwałe).
Prognozowana na dany kwartał kondycja firm pozwala ocenić czy ich sytuacja będzie sprzyjać wzrostowi bądź działać hamująco.

Wyprodukujemy więcej

Istotny wzrost optymizmu można zaobserwować w branży produkcyjnej (o 5,5 pkt). Wartość indeksu dla produkcji wyniosła w III kwartale br. wyniosła 56,6 pkt., podczas gdy kwartał wcześniej 51,1 pkt. Wynik należy wszakże do jednych z niższych w historii pomiaru i daleko mu do rekordowego odczytu z II kwartału 2017 roku (69 pkt.).
Nieco bardziej optymistyczna ocena koniunktury w produkcji to przede wszystkim wynik pozytywnych prognoz co do inwestycji. Niemal 36 proc. zarządzających małym lub średnim biznesem produkcyjnym planuje więcej inwestować. Kwartał wcześniej taką deklarację złożył tylko co dziesiąty zapytany. W porównaniu do II kwartału spadł natomiast nieco odsetek osób liczących na wzrost zamówień – z 40 proc. do 36 proc.
Utrzymuje się popyt na usługi budowlane. W III kwartale br. indeks dla branży budowlanej wyniósł 57 pkt., czyli prawie tyle samo, co kwartał wcześniej (57,3 pkt.).
Ten dobry wynik notuje branża, o której od lat się mówi, że stoi na krawędzi bankructwa. Jest to najwyższy odczyt branżowy w tym kwartale, jednak pozostaje daleko od rekordowego wyniku z IV kwartału 2017 roku (66,7 pkt.). Na dobry wynik, podobnie jak w II kwartale, wpływ miał głównie sprzedażowy optymizm wśród firm budowlanych. Ponad 41 proc. spodziewa się wzrostu obrotów.
Co więcej, przewaga optymistów nad pesymistami, którzy obawiają się wyhamowania sprzedaży, wynosi aż 36,3 proc. Firmy budowlane mają take większy niż w poprzednim pomiarze apetyt na inwestycje. Ich wzrost planuje blisko 28 proc. zapytanych, w II kwartale wskaźnik ten wyniósł ponad 17 proc.

Obawy transportowców

Tradycyjnie, latem, gdy ludzie są na wakacjach i wozi się mniej towarów, najgorzej swoją sytuację oceniają firmy transportowe. Ich indeks wyniósł tylko 47,3 pkt., czyli o 6,5 pkt. mniej niż w poprzednim kwartale.
Jest to nie tylko najsłabszy wynik dla transportu w historii pomiaru (czyli od stycznia 2015 roku), ale również najniższy, biorąc pod uwagę wszystkie badane branże. Wpływa na to z pewnością obawa właścicieli polskich firm transportowych, że już wkrótce, zgodnie z normami unijnymi, będą musieli płacić swoim kierowcom tyle, ile się płaci na zachodzie.
Do tak słabego rezultatu przyczyniły się także prognozy dotyczące inwestycji. Tylko 8 proc. firm transportowych liczy na ich wzrost (w II kwartale br. 22 proc.). To najniższy wynik wśród wszystkich 6 branż. Natomiast spadku inwestycji spodziewa się aż 28 proc. przedsiębiorców. Mniej niż w poprzednim pomiarze jest również sprzedażowych optymistów – niecałe 29 proc., podczas gdy w drugim kwartale było ich prawie 38 proc.

Rozwój i stagnacja

– W grupie, w której znajdują się budownictwo, gastronomia i hotelarstwo oraz produkcja, został wyraźnie przekroczony tzw. próg ograniczonego rozwoju. To bardzo dobra wiadomość, w szczególności w przypadku produkcji przemysłowej, która jak wynika z ostatnich danych GUS, wyhamowała dosyć mocno w czerwcu. Drugą grupę, w której nie udało się osiągnąć poziomu 50 pkt. (wskazującego na rozwój), tworzą handel, transport i usługi. Tutaj przede wszystkim firmy transportowe coraz mocniej zaciągają hamulec – mówi Radosław Woźniak, wiceprezes EFL.
Także jednak i firmy handlowe zaczynają szukać „dna”. W III kwartale indeks barometru EFL dla handlu wyniósł 48,9 pkt. Jest to wynik słabszy niż w poprzednim kwartale (ubyło 2,9 pkt.). Jeszcze gorszy był jednak w I kwartale br. (48,2 pkt.). Tylko 18 proc. firm handlowych spodziewa się więcej inwestować, zaś przedstawiciele branży handlowej sygnalizują spadek zamówień.
W przypadku hotelarstwa i gastronomii branża, jak zawsze o tej porze, widzi koniec sezonu. W III kwartale jej indeks wyniósł 55 pkt. i był o 8 pkt. niższy niż w II kwartale br. Odsetek inwestycyjnych optymistów jest tu zaś o 5 pkt. niższy niż kwartał wcześniej.
W stagnacji są także firmy usługowe. Indeks barometru EFL dla usług wyniósł 49,5 pkt. i był o 4,9 pkt. niższy niż kwartał wcześniej. Jest to także jeden z najsłabszych wyników w historii pomiaru. Większe inwestycje planuje tylko 11 proc. firm usługowych, podczas gdy kwartał wcześniej mówiło o nich 33 proc. Na więcej zamówień liczy zaś ok. 29 proc. – w II kwartale odsetek ten był nieco wyższy i wyniósł 31 proc.

Mali widzą gorzej

Generalnie, im mniejsza firma, tym gorszy nastrój jej przedstawicieli. Indeks barometru EFL dla mikrofirm (najmniejszych przedsiębiorców zatrudniających do 9 osób) na III kwartał br. wyniósł tylko 49,8 pkt. i był niższy aż o 5,8 pkt. w porównaniu do II kwartału. Jest to już trzeci w ciągu 12 miesięcy pomiar, gdy wynik dla tej grupy przedsiębiorstw osiąga wartość poniżej progu rozwoju.
Tak niskich wyników „maluchy” nie odnotowały od początku realizacji badania (od stycznia 2015 roku) i bardziej niż firmy małe i średnie obawiają się pogorszenia własnej sytuacji finansowej w przyszłości. Odczyty dla małych i średnich firm wyniosły odpowiednio 51,8 pkt. oraz 56,1 pkt.
– Martwi to, że na przestrzeni ostatnich czterech kwartałów, w aż trzech indeksy dla „maluchów” nie osiągnęły wartości 50 punktów, czyli progu ograniczonego rozwoju. Takie zjawisko obserwujemy po raz pierwszy wśród wszystkich trzech grup. A w IV kwartale wskaźnik może być jeszcze niższy – mówi Radosław Woźniak.
Najmniejsze firmy obawiają się pogorszenia własnej sytuacji finansowej zwłaszcza wtedy, gdy widzą problemy u swoich większych kolegów, będących ich klientami. Docierają też do nich informacje z Niemiec, których gospodarka dostała lekkiej zadyszki.

Czas na zniesienie restrykcji w obrocie ziemią

Trzy lata temu działacze PiS wprowadzili, dla celów propagandowych, ustawę ograniczającą handel gruntami rolnymi. Szkody, jakie wciąż ona przynosi są jednak jak najbardziej realne.

Prawo i Sprawiedliwość nie jest ugrupowaniem, które przyznawałoby się do popełnionych błędów. Bodaj pierwszym przypadkiem, gdy tak się stało, jest obecna nowelizacja ustawy z 14 kwietnia 2016 r., bardzo ograniczającej obrót ziemią w Polsce.
Nowelizacja, łagodząca restrykcyjne regulacje wprowadzone w 2016 roku trafiła właśnie na biurko prezydenta RP.

Żeby pokazać jak PiS się troszczy

Jeśli prezydent podpisze nową ustawę – a na pewno tak się stanie – to działki rolne do 1 hektara i znajdujące się w obrębie miast będą mogły być kupowane bez ograniczeń przez osoby, które nie są rolnikami.
Obecna nowelizacja ustawy zakłada, że nie będzie ograniczeń co do liczby kupowanych działek w mieście, natomiast na terenie wiejskim na cele nierolne będzie można kupić tylko jedną działkę do 1 ha bez posiadania uprawnień rolniczych (zamiast 0,3 ha, jak dotychczas).
Gdy natomiast powierzchnia nabytej ziemi przekroczy 1 ha, trzeba będzie prowadzić działalność rolniczą. Takiej nieruchomości nie będzie można zbyć przez 5 lat (a nie przez 10 lat jak obecnie).
Tak więc, nowelizacja przywraca normalność w obrocie ziemią, którą całkowicie zlikwidowała PiS-owska ustawa z 2016 r. Tamta ustawa była przyjęta tylko i wyłącznie w celach propagandowych, po by pokazać publiczności, jak to rzekomo PiS dba o to, by polska, święta ziemia nie przechodziła w obce ręce.
Wszyscy poważni eksperci przestrzegali, że przyjęte wtedy rozwiązania są szkodliwe, ale to dla PiS nie miało żadnego znaczenia, bo nie chodziło o przyjęcie rozumnych i potrzebnych przepisów, lecz o uzyskanie odpowiedniego efektu na słupkach sondażowych.

Minister i tak wie lepiej

Wprowadzone w 2016 r. nowe przepisy praktycznie uniemożliwiły racjonalne gospodarowanie ziemią rolną w Polsce. Przede wszystkim na pięć lat wstrzymano sprzedaż nieruchomości rolnych z Zasobu Własności Rolnej Skarbu Państwa o powierzchni powyżej 2 ha, a dominującą formą dysponowania państwową ziemią stała się dzierżawa.
Osoba fizyczna chcąca kupić gospodarstwo rolne musiała być rolnikiem. W przypadku nie-rolników wymagana była zgoda dyrektora generalnego Krajowego Ośrodka Wsparcia Rolnictwa (dotychczas rozpatrzono 24 tysięcy wniosków o zgodę na zakup, dotyczących nieruchomości rolnych o łącznej powierzchni ok. 70 tys. ha, a pozytywne decyzje wydano w prawie 90% przypadków).
Nabywca musiał osobiście prowadzić gospodarstwo przez co najmniej 10 lat i zamieszkiwać na terenie gminy w której było położone. Jeśli chciał sprzedać kupioną ziemię przed upływem 10 lat, wymagana była zgoda sądu.
Ograniczenia te spotkały się z powszechną i ostrą krytyką. Konsultacje społeczne, które PiS przez zapomnienie nieopatrznie przeprowadził w 2016 r. potwierdzały zbyt restrykcyjny charakter przepisów regulujących obrót nieruchomościami rolnymi. Minister Rolnictwa i Rozwoju Wsi po prostu nie uwzględnił więc tych opinii.

Pisanie na Berdyczów

Rzecznik Praw Obywatelskich także już na etapie prac legislacyjnych zwracał uwagę na niekonstytucyjność części obowiązujących przepisów, ponieważ jego zdaniem naruszały one wolność gospodarczą i majątkową obywateli.
W 2016 r. Rzecznik Praw Obywatelskich skierował wniosek do Trybunału Konstytucyjnego o stwierdzenie niezgodności niektórych zapisów ustawy z Konstytucją RP. Pod rządami PiS odwoływanie się do Trybunału Konstytucyjnego jest jednak pisaniem na Berdyczów – więc wniosek Rzecznika wciąż czeka na rozpatrzenie.
Niejako w zastępstwie RPO wypowiedział się Minister Rolnictwa i Rozwoju Wsi – który odrzucił zarzuty Rzecznika, stwierdzając, że wprowadzone zmiany w prawie są „zgodne z krajowym porządkiem prawnym”. I koniec. Roma locuta causa finita.
I oczywiście spełniły się wówczas wszystkie najgorsze przewidywania specjalistów. Niekorzystne zmiany w przepisach regulujących obrót ziemią zahamowały tempo wzrostu cen gruntów rolnych i spowodowały zmniejszenie liczby transakcji sprzedaży oraz obniżenie wysokości czynszu dzierżawnego, także i gruntów z Zasobu Własności Rolnej Skarbu Państwa. Nie tylko wstrzymano sprzedaż gruntów należących do ZWRSP, ale też wprowadzono ograniczenia w obrocie prywatnym.
Wszyscy na tym stracili, a niekorzystna struktura obszarowa w rolnictwie, która pod rządami PO zaczynała sie stopniowo zmieniać na lepsze, od 2016 r. została zabetonowana.

Przywracanie normalności

Widząc, jakie skutki przynosi funkcjonowanie przepisów z 2016 r., ekipa rządząca zaczęła skłaniać się ku poglądowi, że konieczne jest złagodzenie ograniczeń.
Najwyższa Izba Kontroli zbadała, jak wyglądało gospodarowanie ziemią w Polsce pod rządami restrykcyjnych (wciąż obowiązujących) przepisów wprowadzonych trzy lata temu.
W okresie od 1 stycznia 2016 r. do 30 czerwca 2018 r., w Zasobie Własności Rolnej Skarbu Państwa znajdowało się około 10% użytków rolnych w Polsce.
Agencja Nieruchomości Rolnych od początku swojej działalności, czyli od 1992 roku, przejęła ze wszystkich źródeł do ZWRSP nieco mniej niż 5 mln ha, w tym głównie z byłych PGR-ów – prawie 4 mln ha (80%).
Na koniec 2018 r. Krajowy Ośrodek Wsparcia Rolnictwa dysponował 1,4 mln ha, z tego w dzierżawie znajdowało się około 73% (1 mln ha).
W ciągu 26 lat, to jest od 1992 do końca 2018 r. z ZWRSP sprzedano prawie 3 mln ha gruntów, czyli 57% powierzchni przejętej do Zasobu od czasu jego utworzenia.
Największa sprzedaż gruntów Zasobu miała miejsce w 1996 r. (prawie 193 tys. ha).
W 2016 r. sprzedano 17 tys. ha ziem należących do Skarbu Państwa, w 2017 r. sprzedaż spadła do 3,5 tys. ha, a w 2018 r. do zaledwie 2,5 tys. ha.
W latach 1992-2018 cena gruntów rolnych ZWRSP wzrosła ponad 50-krotnie, od 500 zł za hektar w 1992 r. do ponad 32 tys. zł za hektar w 2016 r. Ograniczenie sprzedaży sprawiło, że cena gruntów rolnych ZWRSP w ubiegłym roku w porównaniu do 2016 r. spadła o 15%, do około 26 tys. zł za ha.
Handel ziemią zaczął być prowadzony „na gębę”, bez zawierania umów notarialnych. W połowie 2018 r. ponad 18 tys. ha nieruchomości ZWRSP użytkowano bez tytułu prawnego – o ponad połowę więcej niż w 2016 r. Coraz trudniej jest też wyegzekwować należności z tytułu bezumownego użytkowania gruntów.
W przyszłości, gdy znowelizowana ustawa wejdzie w życie, zacznie się wreszcie powolne naprawianie nieprawidłowości w gospodarowaniu ziemią, do których doprowadziła ekipa z PiS.

Gdzie są „Dzwony”?

Recenzowana u nas książka Sławomira J. Tabkowskiego „A dzwony dzwonią, dzwonią” wzbudziła wielkie zainteresowanie naszych Czytelników. A także pytania gdzie ją można nabyć, bo trudno ją kupić w wielkich sieciach księgarskich. Cóż komercyjne sieci nie są zainteresowane „białymi krukami czerwonej publicystyki”.

Dlatego w odpowiedzi na liczne telefony informujemy, że budzący publikacja Sławomira J. Tabkowksiego dostępna jest w Wydawnictwie Naukowym Śląsk, Katowice ulica Ligonia 7 – zamówienia internetowe oraz w Głównych Księgarniach Naukowych:
Warszawa im. Bolesława Prusa ul Krakowskie Przedmieście 7, oraz Kraków ul. Podwale 6.
W razie trudności w nabyciu książki prosimy o kontakt listowny z redakcją „Trybuny”. Proszę podać numer telefonu kontaktowego.

Rozmowy przy wycinaniu lasów

To ile drewna sprzedają nasze nadleśnictwa odbiorcom prywatnym budzi wielkie emocje – więc zaczyna być traktowane niemal jak tajemnica państwowa.

Lasy Państwowe nie przepadają raczej za jawnością. Właśnie zasugerowały swoim kontrahentom, by ci zastrzegali tajemnicę przedsiębiorcy – bo do jednostek Lasów Państwowych wpływają wnioski różnych osób o udostępnienie w trybie dostępu do informacji publiczne,j szczegółowych danych o sprzedaży drewna w poszczególnych nadleśnictwach.
Lasy Państwowe załączają nawet wzór takiego oświadczenia.

Wiemy ale nie powiemy

Wszystko zaczęło się od wniosku sieci Watchdog o informację publiczną, wysłanego do wszystkich nadleśnictw. Pytano w nim o ilość sprzedanego drewna, listę odbiorców i skany umów z nimi.
Najpierw wszystkie nadleśnictwa odpowiedziały w identyczny sposób, przedłużając czas odpowiedzi.
Następnie przesłały informacje na temat ilości pozyskanego drewna i listę firm kupujących drewno. Pominięto jednak odbiorców prywatnych (może to dotyczyć kilkudziesięciu tysiecy firm) i odmówiono udostępnienia skanów umów.
W niemal 15 wyrokach, które zapadły po skargach na odmowę, stwierdzono, że nadleśnictwa nie uargumentowały w wystarczającym stopniu konieczności ograniczenia dostępu do informacji publicznej.
Na przykład Wojewódzki Sąd Administracyjny w Gliwicach wskazał m.in.: „Nie wystarczy samo przekonanie podmiotu dysponującego informacją o działalności przedsiębiorcy, że posiadane przez niego dane mają charakter poufny. Poufność danych musi być wyraźnie lub w sposób dorozumiany zamanifestowana przez samego przedsiębiorcę. To on powinien podjąć w stosunku do danych informacji niezbędne działania w celu zachowania ich poufności, ponieważ to na nim spoczywa w razie sporu ciężar wykazania, że określone dane stanowiły tajemnicę przedsiębiorcy”.

Bo ja jestem z lasu

Warto zwrócić uwagę na komentarze, jaki pojawiły się po tych sprawach.
Na przykład Nadleśnictwo Białowieża stwierdziło: „Uważamy, że życie publiczne powinno być w możliwie jak największym stopniu jawne. Jednak tu mamy do czynienia z interesami innych podmiotów. Wielu z przedstawicieli firm, które odbierały od nas drewno, było szykanowanych, a pod adresem niektórych kierowane były wręcz groźby karalne. Nie uważamy, że mamy prawo narażać ich na takie działania”.
Natomiast Lasy Państwowe zaczęły wysyłać do przedsiębiorców maila o takiej treści:
„Szanowni Państwo, pragniemy poinformować, że do jednostek Lasów Państwowych wpływają wnioski różnych osób o udostępnienie w trybie dostępu do informacji publicznej szczegółowych danych dotyczących Państwa relacji kontraktowych z Lasami Państwowymi takich jak np. indywidualne dane o wielkości historii zakupów, ilości zakupionego drewna czy nawet pełnej treści zawieranych umów. Lasy Państwowe konsekwentnie uznają takie informacje za tajemnicę przedsiębiorcy przysługującą każdemu z Klientów Lasów Państwowych jak również samym Lasom Państwowym – i nie zamierzają tych informacji udostępniać w żadnym przypadku. Lasy Państwowe stoją na stanowisku, że obowiązek ochrony takich informacji wynika z przepisów prawa a także z treści umów sprzedaży drewna zawieranych z poszczególnymi Klientami. Lasy Państwowe są gotowe bronić tego stanowiska w postępowaniach sądowo-administracyjnych. W związku z tym, uprzejmie prosimy każdego Klienta Lasów Państwowych, któremu zależy na ochronie jego tajemnicy przedsiębiorstwa, o przekazanie do Państwa jednostki macierzystej pisemnego oświadczenia (podpisanego przez osoby uprawnione do reprezentacji) potwierdzającego wyraźny sprzeciw wobec udostępniania informacji stanowiących tajemnicę przedsiębiorstwa”.
Lasy Państwowe przygotowały też przykładowy wzór takiego oświadczenia dla swych klientów.

Z pełną transparentnością

Zdaniem sieci Watchdog „Instytucja publiczna, jaką są Lasy Państwowe, „w mało elegancki i subtelny sposób chce obejść zasady jawności”. Powoływanie się na ogólnikowe oświadczenie przedsiębiorcy, w którym ten nie zgadza się na ujawnienie treści umowy, to zdecydowanie za mało, by nie udostępniać informacji. Nie można z automatu powoływać się na tajemnicę przedsiębiorcy, w przeciwnym razie większość kontrahentów publicznych instytucji załączałaby do umów taką klauzulę.
Każdorazowo należy rozważyć, czy rzeczywiście w danej sytuacji zachodzi konieczność ograniczenia jawności ze względu na istotną wartość gospodarczą żądanych informacji. Odmowa udostępnienia informacji publicznej musi mieć rzeczywiste oparcie w danej sprawie”.
Tymczasem, wedle orzeczeń sądów, wydawanie publicznych pieniędzy na rzecz prywatnej firmy, z zasady wymaga zachowania pełnej transparentności, stąd odmowa udostępnienia tych informacji może mieć jedynie charakter wyjątkowy i uzasadniony okolicznościami konkretnej sprawy (np. tajemnica państwowa).
Lasy Państwowe chcą jednak z automatu odmawiać udostępniania informacji o sprzedaży drewna, chowając się za oświadczeniami jego nabywców.

Czy motoryzacja zaczyna hamować?

W 2018 r. liczba rejestracji nowych samochodów osobowych w Polsce wzrosła o blisko 10 proc. Nadal jednak najczęściej jeździmy starymi trupami.

W całym ubiegłym roku zarejestrowano w naszym kraju 531,9 tys. nowych samochodów osobowych, 68,8 tys. aut dostawczych, 29,9 tys. samochodów ciężarowych, 26,1 tys. przyczep i naczep oraz 2,7 tys. autobusów.
Liczba rejestracji nowych samochodów osobowych wzrosła o 9,4 proc, w porównaniu z rokiem 2017 – co jest zadowalającym wynikiem.

Daleko od rekordu

Jednocześnie jednak, liczba wyprodukowanych w Polsce aut osobowych spadła aż o 12,3 proc. w porównaniu z rokiem 2017 i wyniosła zaledwie 451,6 tys. sztuk.
W sumie, z taśm montażowych zjechało 659,6 tys. pojazdów samochodowych wszelkich rodzajów, czyli o 4,4 proc. mniej niż w 2017 roku.
Natomiast wartość produkcji sprzedanej firm z przemysłu motoryzacyjnego wyniosła 153,7 mld zł, to jest o 3,5 proc. więcej niż w 2017 r. (na co duży wpływ miała produkcja części zamiennych).
Rosła w Polsce produkcja samochodów dostawczych i ciężarowych – wytworzono ich 202 tys., o 19,1 proc. więcej niż w 2017 roku.
Wypada westchnąć – gdzie te czasy, kiedy – jak w 2008 r. – w Polsce produkowano prawie milion samochodów rocznie?. Natomiast inne kraje naszego regionu potrafią przyciągać inwestycje motoryzacyjne i rozwijać produkcję.
Niestety, rząd PiS nie jest w stanie inspirować tworzenia nowych inwestycji, polska myśl techniczna (o ile w ogóle istnieje) nie ma żadnego przełożenia na przemysł, a rządowe zapowiedzi o rozwijaniu produkcji samochodów elektrycznych to propagandowe bajki, w które nie wierzą także i ci, którzy je głoszą.
Zresztą, nawet rządowi propagandyści przestali już opowiadać historyjki o niemal gotowych, rodzimych modelach aut elektrycznych.
Wszystko to nie oznacza jednak załamania rynku motoryzacyjnego w Polsce. Stopniowo rośnie liczba nowych aut, jeżdżących po polskich (niestety, niebezpiecznych i fatalnie oznakowanych) drogach.

Rynek powoli rośnie

W porównaniu do 2017 r., coraz większą popularnością cieszą się auta z napędami alternatywnymi (hybrydy i na prąd).
Polacy kupują ich nieco więcej – w ubiegłym roku liczba rejestracji wzrosła do 24,1 tys., czyli o 32,1 proc. w stosunku do 2017 r. Są to jednak niemal wyłącznie zakupy firmowe.
W grupie klientów instytucjonalnych odnotowano dynamikę wzrostu sprzedaży aut alternatywnych wynoszącą aż 41,8 proc., podczas gdy wśród nabywców indywidualnych wzrost był znikomy – tylko 1,9 proc.
Jeśli chodzi o same auta elektryczne, to mimo, że jest ich więcej, nadal stanowią w Polsce margines. W 2018 r. zarejestrowano 1 324 takich pojazdów czyli o 22,9 proc. więcej, niż w 2017 r.
Procentowo wygląda to nieźle, bo w tym samym okresie liczba rejestracji samochodów osobowych z silnikami benzynowymi wzrosła o 14 proc., a z silnikami diesla spadła o 2,3 proc.

Szefowie urzędów mają gest

Zgodnie ze stałą tendencją, na całym rynku samochodowym w Polsce dominują rejestracje dokonywane przez klientów instytucjonalnych (firmy i urzędy), których w ubiegłym roku było 384,5 tys. Klienci indywidualni zarejestrowali zaś tylko 147,4 tys. nowych aut.
Szefowie instytucji, którzy nie kupują samochodów za swoje własne pieniądze, najczęściej wybierają auta duże, wygodne i kosztowne.
W całym 2018 r. liczba rejestracji nowych samochodów osobowych w segmencie premium wyniosła 75 tys. i była wyższa o 14,1 proc. w porównaniu do poprzedniego roku.
Natomiast łącznie w całym kraju niezmiennie najpopularniejszy jest segment małych i średnich SUV-ów, który odnotował 26 proc. wzrost.

Gorsza końcówka roku

Dość niepokojącym sygnałem była końcówka ubiegłego roku. W IV kwartale 2018 r. zarejestrowano w Polsce 128,5 tys. nowych samochodów osobowych czyli o 2,3 tys. mniej niż w tym samym okresie 2017 r.
– Pozostaje mieć nadzieję, że ubiegłoroczny trend wzrostowy będzie już stały. Nieco słabszy wynik IV kwartału był pośrednio spowodowany wejściem w życie nowego cyklu pomiarów zużycia paliwa i emisji dwutlenku węgla – wyjaśnia Jakub Faryś, prezes Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego.
Ważnym sygnałem jest ubiegłoroczny wzrost sprzedaży nowych samochodów użytkowych.
Liczba rejestracji samochodów dostawczych wyniosła 68,8 tys. sztuk, co oznacza wzrost o 12,8 proc. w porównaniu do 2017 r.
Rejestracje nowych przyczep i naczep wyniosły 26,1 tys. sztuk, tj. o 9,6 proc. więcej rok do roku. O 8 proc. wzrosła także liczba rejestracji nowych samochodów ciężarowych, których w 2018 r. zarejestrowano 29 870 sztuk.

Gospodarka ma co wozić

– Odnotowany blisko 10 proc. wzrost rejestracji samochodów użytkowych – zarówno dostawczych powyżej 3,5 t, jak również ciężarowych powyżej 16 t cieszy, zwłaszcza, że stymuluje popyt na nowe naczepy i przyczepy, które również odnotowały niemal 10-procentowy wzrost rejestracji. Popyt w segmencie pojazdów użytkowych przekłada się również na dobrą sytuację firm zabudowujących i transportowych – mówi Jakub Faryś.
Mało kto dziś już jeździ motorowerami, ale warto zauważyć, że w 2018 r. liczba rejestracji nowych motorowerów była niższa aż o 44,5 proc.
Pewien wpływ na ten regres miał wzrost rejestracji zanotowany w ostatnim kwartale 2017 r., który był spowodowany wprowadzeniem nowej normy czystości spalania dla motorowerów, obowiązującej od początku 2018 r.
Generalnie, w fabrykach motoryzacyjnych ulokowanych w Polsce widoczny jest spadek produkcji, co może być oznaką spowolnienia w branży samochodowej. Dodatkowo niekorzystny wpływ na przyszłą koniunkturę może mieć brexit, który grozi wprowadzeniem procedur celnych w dostawach części i komponentów.

I butelka rumu…

Brązowy trunek, znany z gorących Karaibów, zaczyna być coraz chętniej kupowany i w naszej, chłodniejszej strefie klimatycznej.

 

Rum, od setek lat opisywany i stosowany jako ulubiony trunek piratów i marynarzy, z którego, oprócz reggae słynie Jamajka, do niedawna był alkoholem o raczej umiarkowanej popularności.
Ta kategoria napojów wyskokowych kojarzona jest głównie z serią hollywoodzkich filmów „Piraci z Karaibów”. Główny bohater, kapitan Jack Sparrow, nie krył się ze swoją miłością do tego trunku.
Początkowo jego uczucia do rumu nie podzielała reszta świata. Najwyraźniej zadziałała stara maksyma, mówiąca o tym, że do wyjątkowych alkoholi długo się dojrzewa.

 

Arabowie mieli nosa

Wszystkie dane rynkowe wskazują jednak, że to właśnie teraz następuje eksplozja popularności tego, znanego z Karaibów trunku. Choć w rzeczywistości był on produkowany w Europie okazjonalnie już przez Arabów, którzy w Hiszpanii mieli duże plantacje trzciny cukrowej.
Krzysztof Kolumb podczas jednej ze swoich wypraw zabrał do Ameryki jej sadzonki. Trzcina cukrowa przyjęła się bardzo dobrze w tamtejszym klimacie, czemu sprzyjało masowe wykorzystanie pracy niewolniczej. W XVII w. rejonie Morza Karaibskiego rozpoczęto już masową produkcję rumu.
Według danych z raportu IWSR (International Wine and Spirit Research), w zeszłym roku sprzedaż rumu wzrosła w Polsce o 9,5-proc., osiągając niemal identyczny przyrost jak reszta świata, gdzie średnio sprzedano o 9 proc. więcej rumu.
Jak wskazują specjaliści, znaczące ożywienie rynkowe w jego sprzedaży i konsumpcji widoczne było już wcześniej. Według angielskiego The Guardian, sprzedaż rumu w Europie na przestrzeni ostatnich trzech lat (2014-2017) wzrosła o 25 proc, zaś w samej Wielkiej Brytanii roczna wartość jego zakupów przekroczyła miliard funtów.

 

Droższy jest pity częściej

Co ciekawe, mimo panującej od dłuższego czasu stagnacji ekonomicznej i braku wzrostu poziomu życia, osiągane wzrosty są w głównej mierze efektem wzmożonej konsumpcji kategorii Premium. Do tej grupy zalicza się dojrzałe, nawet wiekowe rumy, z ceną detaliczną ponad 25 dol za butelkę.
W kategorii Premium największą uwagę zaczęły przyciągać tzw. rumy kraftowe, czyli niezbyt powszechnie znane, produkowane na niewielką skalę tradycyjnymi metodami, gdzie jakość zdecydowanie stawiana jest ponad ilość.
Według największych producentów, którzy chętnie zakładają małe destylarnie, mające sprawiać wrażenie, że są to osobne, niezależne wytwórnie, właśnie rumy Premium są najbardziej perspektywiczne i mogą generować w przyszłości największe obroty.
Wygląda więc na to, że trochę zmieniają się dotychczasowe upodobania konsumentów, z których mogłoby wynikać, że rum nie jest wysokiej klasy alkoholem.
Rosnąca popularność rumów spowodowała wzrost zainteresowania tym, jak jest on produkowany, co widać na różnego rodzaju targach.
– Przy stoiskach festiwalowych z tym trunkiem opowiadało się o tym, jak jest on zróżnicowany – wskazuje ekspert Jarosław Buss.

 

Alkoholowa alternatywa

Charakterystyczną cechą rumu jest to, że potrafi on przybrać przeróżne formy aromatyczno-smakowe, w zależności od podstawowego surowca (którym może być np. sok z trzciny, syrop czy melasa), sposobu destylacji (kolumnowa – bądź tradycyjna w miedzianych alembikach), rodzaju beczek w których dojrzewa, a także i warunków klimatycznych, w których przyszło mu spoczywać.
Istotne stały się również: historia danej marki, specyfika produkcji, nagrody osiągane na międzynarodowych zawodach oraz opinie pojawiające się w Internecie, które działają niczym paliwo, napędzające spiralę zainteresowania tym trunkiem.
Rosnąca popularność tego alkoholu zachęca dużych graczy rynkowych do zwiększania skali produkcji. Ambitne plany dotyczą zwłaszcza właśnie segmentu Premium, na którym przez najbliższe 5-10 lat zamierzają się skupić dominujący producenci. Według branżowych pism, takich jak Spirits Business, przyszłość rumów Premium rysuje się wielce obiecująco.
Wydaje się, że rumowa śnieżna kula śniegowa została wprawiona w ruch i raczej nie należy oczekiwać, iż zostanie zatrzymana.
W całej Europie powstają specjalistyczne bary z szeroką ofertą rumów. Barmani rozmawiają o nich i promują je, zaś nietypowe odmiany, w szczególności limitowane edycje, stają się obiektem pożądania. Nie tylko wśród kolekcjonerów lecz nawet i inwestorów, kupujących butelki z nadzieją ich korzystnego odsprzedania za ileś lat.
Rumy coraz częściej pojawiają się na festiwalach i targach alkoholi – już nie tylko jako dodatek czy egzotyczny element, lecz uzupełnienie kompleksowej oferty dobrych alkoholi.

Podziel się z nami pieniędzmi

Eliksir szczęścia, czyli biuro wynajmowane na godziny – nowa ideologia mająca zwiększać sprzedaż, święci triumfy.

 

Ekonomia współdzielenia, modny od paru lat termin, to przykład tego, jak wymyśla się ideologię, żeby ułatwić sobie zarabianie pieniędzy.
Tu w rzeczywistości nikt się niczym nie dzieli – z wyjątkiem użytkowników, którzy dzielą się swoimi pieniędzmi z twórcami serwisów ułatwiających świadczenie różnych usług. Stworzono jednak chwytliwą nazwę, sugerującą altruizm, bezinteresowną pomoc, życzliwość – czyli to wszystko, z czym chce być kojarzony niemal każdy z nas.

 

Emocje ponad wszystko

Nie jest to niby nic nowego, bo techniki sprzedażowe robią się coraz bardziej wyrafinowane. Od lat stawia się na emocje. „Emocje” to jeden z najważniejszych terminów współczesnego marketingu. Jesteśmy nauczani tego, że emocje trzeba mieć, że nie wolno ich hamować. Przeciwnie, należy je wyrażać – im głośniej i aktywniej tym lepiej.
Ten zaś, w kim emocje raczej nie buzują, uważany jest za odmieńca, człowieka nieszczęśliwego, który powinien nad sobą popracować, żeby te emocje stworzyć i obudzić – a jeśli to niemożliwe, to ma je przynajmniej udawać.
Tak więc, i w pojęciu „Ekonomii współdzielenia” zawarte są emocje, te reklamowane jako dobre, takie, z których powinniśmy być dumni, szczycić się tym że je mamy – i dawać temu wyraz, postępując w odpowiedni sposób, czyli kupując usługi, które bazują na tychże dobrych emocjach.
Sam mechanizm jest oczywisty. Od tysiącleci byli przecież żebracy udający kalectwo lub dzieci mające za sprawą opiekunów wzbudzać litość u obcych, by ci emocjonalnie sypnęli groszem.
Ideologie też się zdarzały. Gdy w Anglii wymyślono kobiecy zespół Spice Girls, to wokalistkom przypisano pseudofilozofię „girlie power”, złożoną z sloganów o niezależności, sile i przebojowości kobiet oraz o tym, że – oczywiście – mają one święte prawo do nieskrępowanego wyrażania swoich emocji.
Ba, pojawiła się nawet jakaś profesorka, która stworzyła książkę „Dziewczęcy bohater. Nowa siła w kulturze popularnej”. W ślad za tym wymyślono feministyczny striptiz, a nawet feministyczną pornografię – wszystko gwoli podniesienia sprzedaży.
Opłaciło się, bo Spice Girls zostały najlepiej sprzedającą się żeńską grupą wszechczasów – czemu oczywiście sprzyjało i to, że kompozytorzy oraz tekściarze stworzyli dla nich parę niezłych piosenek.

 

Jesteście wspaniali, kupujcie!

Dzisiejsza ekonomia współdzielenia bazuje na tych wszystkich doświadczeniach – i twórczo je rozwija.
Stara się udawać poważną naukę (oczywiście przy założeniu, że ekonomia jako taka w ogóle jest nauką – bo co do do tego nie ma pełnej zgody), podpiera się rzekomymi badaniami, mającymi niby pokazywać, jak różne dobre cechy ludzkiego charakteru (zwłaszcza chęć dzielenia się) wpływają na działania gospodarcze.
Jak na razie cały ten mechanizm wymyślania bajek funkcjonuje sprawnie. Normalne, znane od pokoleń działania, takie jak umawianie się w parę osób na wspólny dojazd samochodem, oferowanie komuś noclegu z nadzieją, że gość kiedyś również odwdzięczy się noclegiem, czy wypożyczanie jakichś maszyn, prezentowane są jako epokowy przełom w ekonomii i życiu społecznym.
Możemy zatem przeczytać, że ekonomia współdzielenia to „zjawisko społeczne i ekonomiczne, polegające na fundamentalnej zmianie modeli organizacyjnych i dystrybucyjnych”, że „bazuje na skłonności ludzi do pomagania innym i dzielenia się swoim czasem oraz zasobami”, że jest to „nowy model ekonomiczny, który w miejsce konkurencji stara się wprowadzić współpracę”, że „coraz więcej ludzi jest przesyconych poziomem konsumpcji i wolą współużytkować rzeczy niż posiadać je na własność” i tak dalej.
Jednym słowem: ludzie, jesteście wspaniali! Dlatego na pewno kupicie usługi, które wam oferujemy.
Nabywców usług, oferowanych w ramach ekonomii współdzielenia, nie brakuje. Ludzie umieja przecież liczyć i widzą, że dzięki korzystaniu z nich mogą trochę zaoszczędzić. Dlatego właśnie według stanu na koniec pierwszego półrocza 2018 r., w Polsce podróżowało BlaBlaCarem podobno o 25 proc. więcej pasażerów niż rok temu.

 

To, co dobre

Nieco gorzej idzie z tzw. coworkingiem, czyli wynajmem biur różnym firmom i osobom na godziny, co również prezentowane jest jako przykład ekonomii współdzielenia.
W Polsce ta usługa rozwija się nieco opornie, bo jednak przedsiębiorstwa są przyzwyczajone, że mają powierzchnie biurowe do swego wyłącznego użytku, zaś rozmaici freelancerzy na ogól zarabiają tak kiepsko, że wolą pracować w domu niż w wynajmowanym biurze.
Dlatego też sprzedaż usługi coworkingu jest intensywnie wspierana pseudoideologią i całkiem serio prezentowanymi wywodami, mówiącymi, iż wynajmowanie biur różnym firmom, zmienia ludzi na lepsze.
Podobno więc przeprowadzono nader gruntowne badania w skali światowej, które jakoby wykazały, że zdaniem aż 92 proc. osób korzystających z przestrzeni wspólnych, ich środowisko pracy stało się bardziej przyjazne i pozwala im budować relacje wykraczające poza pracę.
Blisko 83 proc. respondentów z kolei zadeklarowało, że w wynajętym biurze czują się bardziej zmotywowani do osiągania celów, a 67 proc. z nich nawiązało owocną współpracę w ciągu roku z osobami współdzielącymi z nimi to środowisko biurowe. Koncepcja polegająca na dzieleniu się przestrzenią wspólną, zamiast oddawaniu jej do wyłącznego użytku pracowników jednej firmy, ma też pomagać w budowaniu długotrwałych relacji.
– Zainteresowanie ekonomią współdzielenia w ostatnim czasie pokazuje, że jesteśmy bardziej otwarci na innych ludzi oraz mamy do nich dużo więcej zaufania, niż do tej pory uważano. Udostępniamy swoje mieszkania, jesteśmy partnerami w podróży, dzielimy ze sobą przestrzeń pracy. Niezależność i wyłączność przestaje być cechą dominującą w naszym społeczeństwie, wolimy korzystać ze wsparcia oraz wiedzy innych osób – mówi Marta Bloch, ekspertka od coworkingu.

 

Jeszcze więcej szczęścia

Najnowsze badania miały zaś wykazać, że wynajem biur na godziny jest lekiem na samotność i depresję – czyli ponoć pozwala skutecznie walczyć z jednymi z największych bolączek cywilizowanego świata. Okazało się bowiem, że 83 proc. osób korzystających z wspólnych przestrzeni biurowych czuje się mniej samotna, a aż 98 proc (sic!) uważa się z tego powodu za bardziej szczęśliwych.
Wspólne biura to jednak nie wszystko. W Polsce już ponad połowa mieszkańców mieszka w aglomeracjach miejskich. W dużych miastach zaczynają więc powstawać mieszkania działające na zasadzie coliving.
Żyjący w pojedynkę, często szukają współlokatorów, aby nie tylko móc podzielić się z nimi kosztami wynajmu, ale również mieć towarzystwo. To pokazuje, że w stosunkowo nowych modelach biznesowych polegających na współdzieleniu, to nie czynnik finansowy, ale ludzki odgrywa tu najważniejszą rolę – takie właśnie odkrywcze teorie snują specjaliści od colivingu i coworkingu.
Można im powiedzieć, że mieszkanie razem dla towarzystwa i obniżki kosztów, to model nie taki całkiem nowy, bo znany już od czasów starożytnych.
Z nowszych epok, jako lekturę obowiązkową dla sprzedawców usług coworkingu czy colivingu warto zaś polecić „Lalkę”. Studenci Maleski, Patkiewicz i trzeci niewymieniony z nazwiska z pewnością mieszkali razem nie tylko dla niższych kosztów, ale i dla fajnego towarzystwa.