Rozmowy przy wycinaniu lasów

To ile drewna sprzedają nasze nadleśnictwa odbiorcom prywatnym budzi wielkie emocje – więc zaczyna być traktowane niemal jak tajemnica państwowa.

Lasy Państwowe nie przepadają raczej za jawnością. Właśnie zasugerowały swoim kontrahentom, by ci zastrzegali tajemnicę przedsiębiorcy – bo do jednostek Lasów Państwowych wpływają wnioski różnych osób o udostępnienie w trybie dostępu do informacji publiczne,j szczegółowych danych o sprzedaży drewna w poszczególnych nadleśnictwach.
Lasy Państwowe załączają nawet wzór takiego oświadczenia.

Wiemy ale nie powiemy

Wszystko zaczęło się od wniosku sieci Watchdog o informację publiczną, wysłanego do wszystkich nadleśnictw. Pytano w nim o ilość sprzedanego drewna, listę odbiorców i skany umów z nimi.
Najpierw wszystkie nadleśnictwa odpowiedziały w identyczny sposób, przedłużając czas odpowiedzi.
Następnie przesłały informacje na temat ilości pozyskanego drewna i listę firm kupujących drewno. Pominięto jednak odbiorców prywatnych (może to dotyczyć kilkudziesięciu tysiecy firm) i odmówiono udostępnienia skanów umów.
W niemal 15 wyrokach, które zapadły po skargach na odmowę, stwierdzono, że nadleśnictwa nie uargumentowały w wystarczającym stopniu konieczności ograniczenia dostępu do informacji publicznej.
Na przykład Wojewódzki Sąd Administracyjny w Gliwicach wskazał m.in.: „Nie wystarczy samo przekonanie podmiotu dysponującego informacją o działalności przedsiębiorcy, że posiadane przez niego dane mają charakter poufny. Poufność danych musi być wyraźnie lub w sposób dorozumiany zamanifestowana przez samego przedsiębiorcę. To on powinien podjąć w stosunku do danych informacji niezbędne działania w celu zachowania ich poufności, ponieważ to na nim spoczywa w razie sporu ciężar wykazania, że określone dane stanowiły tajemnicę przedsiębiorcy”.

Bo ja jestem z lasu

Warto zwrócić uwagę na komentarze, jaki pojawiły się po tych sprawach.
Na przykład Nadleśnictwo Białowieża stwierdziło: „Uważamy, że życie publiczne powinno być w możliwie jak największym stopniu jawne. Jednak tu mamy do czynienia z interesami innych podmiotów. Wielu z przedstawicieli firm, które odbierały od nas drewno, było szykanowanych, a pod adresem niektórych kierowane były wręcz groźby karalne. Nie uważamy, że mamy prawo narażać ich na takie działania”.
Natomiast Lasy Państwowe zaczęły wysyłać do przedsiębiorców maila o takiej treści:
„Szanowni Państwo, pragniemy poinformować, że do jednostek Lasów Państwowych wpływają wnioski różnych osób o udostępnienie w trybie dostępu do informacji publicznej szczegółowych danych dotyczących Państwa relacji kontraktowych z Lasami Państwowymi takich jak np. indywidualne dane o wielkości historii zakupów, ilości zakupionego drewna czy nawet pełnej treści zawieranych umów. Lasy Państwowe konsekwentnie uznają takie informacje za tajemnicę przedsiębiorcy przysługującą każdemu z Klientów Lasów Państwowych jak również samym Lasom Państwowym – i nie zamierzają tych informacji udostępniać w żadnym przypadku. Lasy Państwowe stoją na stanowisku, że obowiązek ochrony takich informacji wynika z przepisów prawa a także z treści umów sprzedaży drewna zawieranych z poszczególnymi Klientami. Lasy Państwowe są gotowe bronić tego stanowiska w postępowaniach sądowo-administracyjnych. W związku z tym, uprzejmie prosimy każdego Klienta Lasów Państwowych, któremu zależy na ochronie jego tajemnicy przedsiębiorstwa, o przekazanie do Państwa jednostki macierzystej pisemnego oświadczenia (podpisanego przez osoby uprawnione do reprezentacji) potwierdzającego wyraźny sprzeciw wobec udostępniania informacji stanowiących tajemnicę przedsiębiorstwa”.
Lasy Państwowe przygotowały też przykładowy wzór takiego oświadczenia dla swych klientów.

Z pełną transparentnością

Zdaniem sieci Watchdog „Instytucja publiczna, jaką są Lasy Państwowe, „w mało elegancki i subtelny sposób chce obejść zasady jawności”. Powoływanie się na ogólnikowe oświadczenie przedsiębiorcy, w którym ten nie zgadza się na ujawnienie treści umowy, to zdecydowanie za mało, by nie udostępniać informacji. Nie można z automatu powoływać się na tajemnicę przedsiębiorcy, w przeciwnym razie większość kontrahentów publicznych instytucji załączałaby do umów taką klauzulę.
Każdorazowo należy rozważyć, czy rzeczywiście w danej sytuacji zachodzi konieczność ograniczenia jawności ze względu na istotną wartość gospodarczą żądanych informacji. Odmowa udostępnienia informacji publicznej musi mieć rzeczywiste oparcie w danej sprawie”.
Tymczasem, wedle orzeczeń sądów, wydawanie publicznych pieniędzy na rzecz prywatnej firmy, z zasady wymaga zachowania pełnej transparentności, stąd odmowa udostępnienia tych informacji może mieć jedynie charakter wyjątkowy i uzasadniony okolicznościami konkretnej sprawy (np. tajemnica państwowa).
Lasy Państwowe chcą jednak z automatu odmawiać udostępniania informacji o sprzedaży drewna, chowając się za oświadczeniami jego nabywców.

Czy motoryzacja zaczyna hamować?

W 2018 r. liczba rejestracji nowych samochodów osobowych w Polsce wzrosła o blisko 10 proc. Nadal jednak najczęściej jeździmy starymi trupami.

W całym ubiegłym roku zarejestrowano w naszym kraju 531,9 tys. nowych samochodów osobowych, 68,8 tys. aut dostawczych, 29,9 tys. samochodów ciężarowych, 26,1 tys. przyczep i naczep oraz 2,7 tys. autobusów.
Liczba rejestracji nowych samochodów osobowych wzrosła o 9,4 proc, w porównaniu z rokiem 2017 – co jest zadowalającym wynikiem.

Daleko od rekordu

Jednocześnie jednak, liczba wyprodukowanych w Polsce aut osobowych spadła aż o 12,3 proc. w porównaniu z rokiem 2017 i wyniosła zaledwie 451,6 tys. sztuk.
W sumie, z taśm montażowych zjechało 659,6 tys. pojazdów samochodowych wszelkich rodzajów, czyli o 4,4 proc. mniej niż w 2017 roku.
Natomiast wartość produkcji sprzedanej firm z przemysłu motoryzacyjnego wyniosła 153,7 mld zł, to jest o 3,5 proc. więcej niż w 2017 r. (na co duży wpływ miała produkcja części zamiennych).
Rosła w Polsce produkcja samochodów dostawczych i ciężarowych – wytworzono ich 202 tys., o 19,1 proc. więcej niż w 2017 roku.
Wypada westchnąć – gdzie te czasy, kiedy – jak w 2008 r. – w Polsce produkowano prawie milion samochodów rocznie?. Natomiast inne kraje naszego regionu potrafią przyciągać inwestycje motoryzacyjne i rozwijać produkcję.
Niestety, rząd PiS nie jest w stanie inspirować tworzenia nowych inwestycji, polska myśl techniczna (o ile w ogóle istnieje) nie ma żadnego przełożenia na przemysł, a rządowe zapowiedzi o rozwijaniu produkcji samochodów elektrycznych to propagandowe bajki, w które nie wierzą także i ci, którzy je głoszą.
Zresztą, nawet rządowi propagandyści przestali już opowiadać historyjki o niemal gotowych, rodzimych modelach aut elektrycznych.
Wszystko to nie oznacza jednak załamania rynku motoryzacyjnego w Polsce. Stopniowo rośnie liczba nowych aut, jeżdżących po polskich (niestety, niebezpiecznych i fatalnie oznakowanych) drogach.

Rynek powoli rośnie

W porównaniu do 2017 r., coraz większą popularnością cieszą się auta z napędami alternatywnymi (hybrydy i na prąd).
Polacy kupują ich nieco więcej – w ubiegłym roku liczba rejestracji wzrosła do 24,1 tys., czyli o 32,1 proc. w stosunku do 2017 r. Są to jednak niemal wyłącznie zakupy firmowe.
W grupie klientów instytucjonalnych odnotowano dynamikę wzrostu sprzedaży aut alternatywnych wynoszącą aż 41,8 proc., podczas gdy wśród nabywców indywidualnych wzrost był znikomy – tylko 1,9 proc.
Jeśli chodzi o same auta elektryczne, to mimo, że jest ich więcej, nadal stanowią w Polsce margines. W 2018 r. zarejestrowano 1 324 takich pojazdów czyli o 22,9 proc. więcej, niż w 2017 r.
Procentowo wygląda to nieźle, bo w tym samym okresie liczba rejestracji samochodów osobowych z silnikami benzynowymi wzrosła o 14 proc., a z silnikami diesla spadła o 2,3 proc.

Szefowie urzędów mają gest

Zgodnie ze stałą tendencją, na całym rynku samochodowym w Polsce dominują rejestracje dokonywane przez klientów instytucjonalnych (firmy i urzędy), których w ubiegłym roku było 384,5 tys. Klienci indywidualni zarejestrowali zaś tylko 147,4 tys. nowych aut.
Szefowie instytucji, którzy nie kupują samochodów za swoje własne pieniądze, najczęściej wybierają auta duże, wygodne i kosztowne.
W całym 2018 r. liczba rejestracji nowych samochodów osobowych w segmencie premium wyniosła 75 tys. i była wyższa o 14,1 proc. w porównaniu do poprzedniego roku.
Natomiast łącznie w całym kraju niezmiennie najpopularniejszy jest segment małych i średnich SUV-ów, który odnotował 26 proc. wzrost.

Gorsza końcówka roku

Dość niepokojącym sygnałem była końcówka ubiegłego roku. W IV kwartale 2018 r. zarejestrowano w Polsce 128,5 tys. nowych samochodów osobowych czyli o 2,3 tys. mniej niż w tym samym okresie 2017 r.
– Pozostaje mieć nadzieję, że ubiegłoroczny trend wzrostowy będzie już stały. Nieco słabszy wynik IV kwartału był pośrednio spowodowany wejściem w życie nowego cyklu pomiarów zużycia paliwa i emisji dwutlenku węgla – wyjaśnia Jakub Faryś, prezes Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego.
Ważnym sygnałem jest ubiegłoroczny wzrost sprzedaży nowych samochodów użytkowych.
Liczba rejestracji samochodów dostawczych wyniosła 68,8 tys. sztuk, co oznacza wzrost o 12,8 proc. w porównaniu do 2017 r.
Rejestracje nowych przyczep i naczep wyniosły 26,1 tys. sztuk, tj. o 9,6 proc. więcej rok do roku. O 8 proc. wzrosła także liczba rejestracji nowych samochodów ciężarowych, których w 2018 r. zarejestrowano 29 870 sztuk.

Gospodarka ma co wozić

– Odnotowany blisko 10 proc. wzrost rejestracji samochodów użytkowych – zarówno dostawczych powyżej 3,5 t, jak również ciężarowych powyżej 16 t cieszy, zwłaszcza, że stymuluje popyt na nowe naczepy i przyczepy, które również odnotowały niemal 10-procentowy wzrost rejestracji. Popyt w segmencie pojazdów użytkowych przekłada się również na dobrą sytuację firm zabudowujących i transportowych – mówi Jakub Faryś.
Mało kto dziś już jeździ motorowerami, ale warto zauważyć, że w 2018 r. liczba rejestracji nowych motorowerów była niższa aż o 44,5 proc.
Pewien wpływ na ten regres miał wzrost rejestracji zanotowany w ostatnim kwartale 2017 r., który był spowodowany wprowadzeniem nowej normy czystości spalania dla motorowerów, obowiązującej od początku 2018 r.
Generalnie, w fabrykach motoryzacyjnych ulokowanych w Polsce widoczny jest spadek produkcji, co może być oznaką spowolnienia w branży samochodowej. Dodatkowo niekorzystny wpływ na przyszłą koniunkturę może mieć brexit, który grozi wprowadzeniem procedur celnych w dostawach części i komponentów.

I butelka rumu…

Brązowy trunek, znany z gorących Karaibów, zaczyna być coraz chętniej kupowany i w naszej, chłodniejszej strefie klimatycznej.

 

Rum, od setek lat opisywany i stosowany jako ulubiony trunek piratów i marynarzy, z którego, oprócz reggae słynie Jamajka, do niedawna był alkoholem o raczej umiarkowanej popularności.
Ta kategoria napojów wyskokowych kojarzona jest głównie z serią hollywoodzkich filmów „Piraci z Karaibów”. Główny bohater, kapitan Jack Sparrow, nie krył się ze swoją miłością do tego trunku.
Początkowo jego uczucia do rumu nie podzielała reszta świata. Najwyraźniej zadziałała stara maksyma, mówiąca o tym, że do wyjątkowych alkoholi długo się dojrzewa.

 

Arabowie mieli nosa

Wszystkie dane rynkowe wskazują jednak, że to właśnie teraz następuje eksplozja popularności tego, znanego z Karaibów trunku. Choć w rzeczywistości był on produkowany w Europie okazjonalnie już przez Arabów, którzy w Hiszpanii mieli duże plantacje trzciny cukrowej.
Krzysztof Kolumb podczas jednej ze swoich wypraw zabrał do Ameryki jej sadzonki. Trzcina cukrowa przyjęła się bardzo dobrze w tamtejszym klimacie, czemu sprzyjało masowe wykorzystanie pracy niewolniczej. W XVII w. rejonie Morza Karaibskiego rozpoczęto już masową produkcję rumu.
Według danych z raportu IWSR (International Wine and Spirit Research), w zeszłym roku sprzedaż rumu wzrosła w Polsce o 9,5-proc., osiągając niemal identyczny przyrost jak reszta świata, gdzie średnio sprzedano o 9 proc. więcej rumu.
Jak wskazują specjaliści, znaczące ożywienie rynkowe w jego sprzedaży i konsumpcji widoczne było już wcześniej. Według angielskiego The Guardian, sprzedaż rumu w Europie na przestrzeni ostatnich trzech lat (2014-2017) wzrosła o 25 proc, zaś w samej Wielkiej Brytanii roczna wartość jego zakupów przekroczyła miliard funtów.

 

Droższy jest pity częściej

Co ciekawe, mimo panującej od dłuższego czasu stagnacji ekonomicznej i braku wzrostu poziomu życia, osiągane wzrosty są w głównej mierze efektem wzmożonej konsumpcji kategorii Premium. Do tej grupy zalicza się dojrzałe, nawet wiekowe rumy, z ceną detaliczną ponad 25 dol za butelkę.
W kategorii Premium największą uwagę zaczęły przyciągać tzw. rumy kraftowe, czyli niezbyt powszechnie znane, produkowane na niewielką skalę tradycyjnymi metodami, gdzie jakość zdecydowanie stawiana jest ponad ilość.
Według największych producentów, którzy chętnie zakładają małe destylarnie, mające sprawiać wrażenie, że są to osobne, niezależne wytwórnie, właśnie rumy Premium są najbardziej perspektywiczne i mogą generować w przyszłości największe obroty.
Wygląda więc na to, że trochę zmieniają się dotychczasowe upodobania konsumentów, z których mogłoby wynikać, że rum nie jest wysokiej klasy alkoholem.
Rosnąca popularność rumów spowodowała wzrost zainteresowania tym, jak jest on produkowany, co widać na różnego rodzaju targach.
– Przy stoiskach festiwalowych z tym trunkiem opowiadało się o tym, jak jest on zróżnicowany – wskazuje ekspert Jarosław Buss.

 

Alkoholowa alternatywa

Charakterystyczną cechą rumu jest to, że potrafi on przybrać przeróżne formy aromatyczno-smakowe, w zależności od podstawowego surowca (którym może być np. sok z trzciny, syrop czy melasa), sposobu destylacji (kolumnowa – bądź tradycyjna w miedzianych alembikach), rodzaju beczek w których dojrzewa, a także i warunków klimatycznych, w których przyszło mu spoczywać.
Istotne stały się również: historia danej marki, specyfika produkcji, nagrody osiągane na międzynarodowych zawodach oraz opinie pojawiające się w Internecie, które działają niczym paliwo, napędzające spiralę zainteresowania tym trunkiem.
Rosnąca popularność tego alkoholu zachęca dużych graczy rynkowych do zwiększania skali produkcji. Ambitne plany dotyczą zwłaszcza właśnie segmentu Premium, na którym przez najbliższe 5-10 lat zamierzają się skupić dominujący producenci. Według branżowych pism, takich jak Spirits Business, przyszłość rumów Premium rysuje się wielce obiecująco.
Wydaje się, że rumowa śnieżna kula śniegowa została wprawiona w ruch i raczej nie należy oczekiwać, iż zostanie zatrzymana.
W całej Europie powstają specjalistyczne bary z szeroką ofertą rumów. Barmani rozmawiają o nich i promują je, zaś nietypowe odmiany, w szczególności limitowane edycje, stają się obiektem pożądania. Nie tylko wśród kolekcjonerów lecz nawet i inwestorów, kupujących butelki z nadzieją ich korzystnego odsprzedania za ileś lat.
Rumy coraz częściej pojawiają się na festiwalach i targach alkoholi – już nie tylko jako dodatek czy egzotyczny element, lecz uzupełnienie kompleksowej oferty dobrych alkoholi.

Podziel się z nami pieniędzmi

Eliksir szczęścia, czyli biuro wynajmowane na godziny – nowa ideologia mająca zwiększać sprzedaż, święci triumfy.

 

Ekonomia współdzielenia, modny od paru lat termin, to przykład tego, jak wymyśla się ideologię, żeby ułatwić sobie zarabianie pieniędzy.
Tu w rzeczywistości nikt się niczym nie dzieli – z wyjątkiem użytkowników, którzy dzielą się swoimi pieniędzmi z twórcami serwisów ułatwiających świadczenie różnych usług. Stworzono jednak chwytliwą nazwę, sugerującą altruizm, bezinteresowną pomoc, życzliwość – czyli to wszystko, z czym chce być kojarzony niemal każdy z nas.

 

Emocje ponad wszystko

Nie jest to niby nic nowego, bo techniki sprzedażowe robią się coraz bardziej wyrafinowane. Od lat stawia się na emocje. „Emocje” to jeden z najważniejszych terminów współczesnego marketingu. Jesteśmy nauczani tego, że emocje trzeba mieć, że nie wolno ich hamować. Przeciwnie, należy je wyrażać – im głośniej i aktywniej tym lepiej.
Ten zaś, w kim emocje raczej nie buzują, uważany jest za odmieńca, człowieka nieszczęśliwego, który powinien nad sobą popracować, żeby te emocje stworzyć i obudzić – a jeśli to niemożliwe, to ma je przynajmniej udawać.
Tak więc, i w pojęciu „Ekonomii współdzielenia” zawarte są emocje, te reklamowane jako dobre, takie, z których powinniśmy być dumni, szczycić się tym że je mamy – i dawać temu wyraz, postępując w odpowiedni sposób, czyli kupując usługi, które bazują na tychże dobrych emocjach.
Sam mechanizm jest oczywisty. Od tysiącleci byli przecież żebracy udający kalectwo lub dzieci mające za sprawą opiekunów wzbudzać litość u obcych, by ci emocjonalnie sypnęli groszem.
Ideologie też się zdarzały. Gdy w Anglii wymyślono kobiecy zespół Spice Girls, to wokalistkom przypisano pseudofilozofię „girlie power”, złożoną z sloganów o niezależności, sile i przebojowości kobiet oraz o tym, że – oczywiście – mają one święte prawo do nieskrępowanego wyrażania swoich emocji.
Ba, pojawiła się nawet jakaś profesorka, która stworzyła książkę „Dziewczęcy bohater. Nowa siła w kulturze popularnej”. W ślad za tym wymyślono feministyczny striptiz, a nawet feministyczną pornografię – wszystko gwoli podniesienia sprzedaży.
Opłaciło się, bo Spice Girls zostały najlepiej sprzedającą się żeńską grupą wszechczasów – czemu oczywiście sprzyjało i to, że kompozytorzy oraz tekściarze stworzyli dla nich parę niezłych piosenek.

 

Jesteście wspaniali, kupujcie!

Dzisiejsza ekonomia współdzielenia bazuje na tych wszystkich doświadczeniach – i twórczo je rozwija.
Stara się udawać poważną naukę (oczywiście przy założeniu, że ekonomia jako taka w ogóle jest nauką – bo co do do tego nie ma pełnej zgody), podpiera się rzekomymi badaniami, mającymi niby pokazywać, jak różne dobre cechy ludzkiego charakteru (zwłaszcza chęć dzielenia się) wpływają na działania gospodarcze.
Jak na razie cały ten mechanizm wymyślania bajek funkcjonuje sprawnie. Normalne, znane od pokoleń działania, takie jak umawianie się w parę osób na wspólny dojazd samochodem, oferowanie komuś noclegu z nadzieją, że gość kiedyś również odwdzięczy się noclegiem, czy wypożyczanie jakichś maszyn, prezentowane są jako epokowy przełom w ekonomii i życiu społecznym.
Możemy zatem przeczytać, że ekonomia współdzielenia to „zjawisko społeczne i ekonomiczne, polegające na fundamentalnej zmianie modeli organizacyjnych i dystrybucyjnych”, że „bazuje na skłonności ludzi do pomagania innym i dzielenia się swoim czasem oraz zasobami”, że jest to „nowy model ekonomiczny, który w miejsce konkurencji stara się wprowadzić współpracę”, że „coraz więcej ludzi jest przesyconych poziomem konsumpcji i wolą współużytkować rzeczy niż posiadać je na własność” i tak dalej.
Jednym słowem: ludzie, jesteście wspaniali! Dlatego na pewno kupicie usługi, które wam oferujemy.
Nabywców usług, oferowanych w ramach ekonomii współdzielenia, nie brakuje. Ludzie umieja przecież liczyć i widzą, że dzięki korzystaniu z nich mogą trochę zaoszczędzić. Dlatego właśnie według stanu na koniec pierwszego półrocza 2018 r., w Polsce podróżowało BlaBlaCarem podobno o 25 proc. więcej pasażerów niż rok temu.

 

To, co dobre

Nieco gorzej idzie z tzw. coworkingiem, czyli wynajmem biur różnym firmom i osobom na godziny, co również prezentowane jest jako przykład ekonomii współdzielenia.
W Polsce ta usługa rozwija się nieco opornie, bo jednak przedsiębiorstwa są przyzwyczajone, że mają powierzchnie biurowe do swego wyłącznego użytku, zaś rozmaici freelancerzy na ogól zarabiają tak kiepsko, że wolą pracować w domu niż w wynajmowanym biurze.
Dlatego też sprzedaż usługi coworkingu jest intensywnie wspierana pseudoideologią i całkiem serio prezentowanymi wywodami, mówiącymi, iż wynajmowanie biur różnym firmom, zmienia ludzi na lepsze.
Podobno więc przeprowadzono nader gruntowne badania w skali światowej, które jakoby wykazały, że zdaniem aż 92 proc. osób korzystających z przestrzeni wspólnych, ich środowisko pracy stało się bardziej przyjazne i pozwala im budować relacje wykraczające poza pracę.
Blisko 83 proc. respondentów z kolei zadeklarowało, że w wynajętym biurze czują się bardziej zmotywowani do osiągania celów, a 67 proc. z nich nawiązało owocną współpracę w ciągu roku z osobami współdzielącymi z nimi to środowisko biurowe. Koncepcja polegająca na dzieleniu się przestrzenią wspólną, zamiast oddawaniu jej do wyłącznego użytku pracowników jednej firmy, ma też pomagać w budowaniu długotrwałych relacji.
– Zainteresowanie ekonomią współdzielenia w ostatnim czasie pokazuje, że jesteśmy bardziej otwarci na innych ludzi oraz mamy do nich dużo więcej zaufania, niż do tej pory uważano. Udostępniamy swoje mieszkania, jesteśmy partnerami w podróży, dzielimy ze sobą przestrzeń pracy. Niezależność i wyłączność przestaje być cechą dominującą w naszym społeczeństwie, wolimy korzystać ze wsparcia oraz wiedzy innych osób – mówi Marta Bloch, ekspertka od coworkingu.

 

Jeszcze więcej szczęścia

Najnowsze badania miały zaś wykazać, że wynajem biur na godziny jest lekiem na samotność i depresję – czyli ponoć pozwala skutecznie walczyć z jednymi z największych bolączek cywilizowanego świata. Okazało się bowiem, że 83 proc. osób korzystających z wspólnych przestrzeni biurowych czuje się mniej samotna, a aż 98 proc (sic!) uważa się z tego powodu za bardziej szczęśliwych.
Wspólne biura to jednak nie wszystko. W Polsce już ponad połowa mieszkańców mieszka w aglomeracjach miejskich. W dużych miastach zaczynają więc powstawać mieszkania działające na zasadzie coliving.
Żyjący w pojedynkę, często szukają współlokatorów, aby nie tylko móc podzielić się z nimi kosztami wynajmu, ale również mieć towarzystwo. To pokazuje, że w stosunkowo nowych modelach biznesowych polegających na współdzieleniu, to nie czynnik finansowy, ale ludzki odgrywa tu najważniejszą rolę – takie właśnie odkrywcze teorie snują specjaliści od colivingu i coworkingu.
Można im powiedzieć, że mieszkanie razem dla towarzystwa i obniżki kosztów, to model nie taki całkiem nowy, bo znany już od czasów starożytnych.
Z nowszych epok, jako lekturę obowiązkową dla sprzedawców usług coworkingu czy colivingu warto zaś polecić „Lalkę”. Studenci Maleski, Patkiewicz i trzeci niewymieniony z nazwiska z pewnością mieszkali razem nie tylko dla niższych kosztów, ale i dla fajnego towarzystwa.

Rachunki za prąd pełne tajemnic

Nie mamy żadnego wpływu na wysokość stawek, narzucanych przez firmy energetyczne.

 

Faktury za energię są nieczytelne. Co do tego nie mamy wątpliwości – a więc nie bardzo wiemy, za co w istocie płacimy i czy możemy mieć wpływ na wysokość tych opłat.
Faktura składa się z bardzo wielu elementów, ale najpierw należy sprawdzić, jakiego okresu rozliczeniowego dotyczy – i ile ten okres ma nas kosztować w świetle prognozy zakładu energetycznego.

 

Wielka niewiadoma

Taka prognoza ustalana jest na podstawie dotychczasowego zużycia prądu w podobnym okresie, np. zimą ubiegłego roku. A przecież sytuacja mogła być wtedy zupełnie inna – zima była bardzo mroźna i dogrzewaliśmy wtedy mieszkanie elektrycznym piecykiem, natomiast teraz nie i dlatego dzisiejsza prognoza może być zawyżona. Będziemy płacić więcej, niż w rzeczywistości powinniśmy.
Powstała nadpłata może być nam zwrócona lub zaliczona na poczet przyszłych faktur (jeżeli nie zażądamy jej wypłacenia). Dla pewności warto samemu co jakiś czas spisywać stan licznika wraz z datą i porównywać z danymi z faktury.
Prognozowane zużycie energii składa się z dwóch elementów: wielkości planowanej sprzedaży energii i tego, ile będziemy płacić w tym okresie za jej dystrybucję, czyli dostarczenie do naszego mieszkania siecią energetyczną.
Co jakiś czas – np. co pół roku – dostajemy rozliczenie sprzedaży i dystrybucji energii elektrycznej, jako zestawienie poniesionych przez nas opłat wskazanych w prognozach, z należnością za faktyczne zużycie. Nie jest to satysfakcjonujący system i na pewno utrudnia panowanie zarówno nad budżetem domowym, jak i nad sposobami oszczędzania prądu w gospodarstwie domowym.
Tak naprawdę, na jednej fakturze są dwa odrębne rachunki, płacone różnym przedsiębiorcom – sprzedawcy energii i jej dystrybutorowi.

 

Co i komu płacimy?

Sprzedawcy – płacimy opłatę za zużyty prąd. W części faktury „Sprzedaż energii elektrycznej” jest to pozycja „energia czynna”.
Czasem jeszcze sprzedawca prądu nalicza tzw. „opłatę handlową” (nie każdyy) za bieżącą obsługę konsumenta.
Dystrybutorowi energii – płacimy za koszty dostarczenia prądu do gospodarstwa domowego.
Tu na fakturze jest kilka składowych, a ich łączny koszt stanowi ok. 60 proc. naszego rachunku.
Mamy zatem „opłatę przesyłową stałą” – za utrzymanie urządzeń energetycznych przez operatora, niezależną od ilości pobranej przez nas energii. Takie urządzenie to np. nasz licznik – jest on własnością operatora, który legalizuje go lub wymienia właśnie w ramach tej opłaty.
Jest też „opłata przesyłowa zmienna”, już zależąca od ilości zużytego prądu, która w uproszczeniu pokrywa koszty przesyłu energii siecią energetyczną.
„Opłata abonamentowa” pokrywa koszt odczytu liczników i ich kontroli.
„Opłata jakościowa” stanowi koszt utrzymania standardów jakości prądu (żeby trzymał napięcie i był bez wahań). Ustala ją państwowa firma Polskie Sieci Elektroenergetyczne, zarządzająca systemem przesyłowym.
Mamy również opłatę przejściową”, zupełnie nieuzasadniony haracz, ale powszechnie ściągany przez dystrybutorów, przeciwko któremu nie ma jak się sprzeciwić.
Jest wreszcie opłata za odnawialne źródła energii, stanowiąca koszt wspierania (z naszych kieszeni) producentów tzw. zielonej energii. Wysokość opłaty OZE zależy od ilości zużytego przez odbiorcę prądu.
Nie mamy żadnego wpływu na koszty dystrybucji i nie jesteśmy w stanie zmniejszyć ich ceny, bo płacimy za sieć konkretnego przedsiębiorstwa, doprowadzoną do naszego gospodarstwa. Nawet jeżeli nie będziemy korzystać z prądu, bo np. wyjedziemy na dłużej, to za gotowość sieci do świadczenia nam usługi dostarczenia energii i tak będziemy musieli zapłacić.
Co najwyżej mamy wpływ na opłaty za zużywany prąd – możemy więc zmienić sprzedawcę prądu i porównując oferty opłaty za energię czynną, wybierać najtańszą. Wtedy za dystrybucję będziemy płacić tak samo, ale za zużyty prąd mniej. Różnice są jednak minimalne.