Meblarze liczą na wsparcie

Nasza sztandarowa gałąź przemysłu musiała raptem zwolnić – i teraz próbuje wyjść z pandemicznego impasu.
Każdy tydzień trwającej pandemii przynosi dotkliwe straty dla polskiej branży meblarskiej. Produkcja została zatrzymana bądź znacznie ograniczona, sklepy meblowe były zamknięte do maja, popyt jest mniejszy niż w ubiegłym roku, a firmy w dalszym ciągu walczą o przetrwanie. Głównym problemem dla polskich przedsiębiorstw produkujących meble jest właśnie ograniczenie popytu zarówno w Polsce, jak i za granicą.
Nagle nasze firmy musiały stawić czoło niespotykanym dotąd wyzwaniom, takim jak utrzymanie stabilności, ochrona miejsc pracy, ale i całych społeczności.związanych z branżą. W związku z tym producenci mebli oczekują systemowego wsparcia od administracji państwowej.
Ta gra jest warta świeczki, gdyż przemysł meblarski w Polsce jest bardzo rozwinięty – byłoby więc szkoda, gdyby padł w starciu z pandemią. Nasz kraj jest największym w Europie eksporterem mebli (a drugim na świecie za Chinami). Firmy meblarskie wypracowują ok. 3 procent polskiego produktu krajowego brutto. W tej branży pracuje prawie 180 tys. osób. Najnowszy angielskojęzyczny katalog eksportowy naszego przemysłu meblarskiego liczy 88 stron, a swą ofertę prezentują w nim polskie marki, które już są rozpoznawalne na całym świecie.
Bieżący rok miał stanowić kolejny okres ekspansji mebli z Polski. Prognozy mówiły, iż wartość sprzedaży w 2020 r. wzrośnie o 5 – 6 proc. Koronawirus pokrzyżował jednak te oczekiwania. Podczas walnego zgromadzenia członków Ogólnopolskiej Izby Gospodarczej Producentów Mebli branża przedstawiła swoje oczekiwania pod adresem władz.
Pierwszym postulatem przemysłu meblarskiego wobec rządu jest przeprowadzenie i sfinansowanie skoordynowanej akcji promocyjnej polskich mebli na rynkach zagranicznych, na przykład w USA. Za jej organizację powinny być odpowiedzialne izby gospodarcze, mające wiedzę i ludzi do realizacji takich zadań. Chodzi m.in. o targi, misje gospodarcze, materiały reklamowe czy zatrudnienie ekspertów ze wskazanych rynków zagranicznych.
Najbliższą okazją do podjęcia podobnych działań będzie polska obecność na wielkich amerykańskich targach meblarskich w High Point w październiku 2020 r. (oraz na następnej edycji tych targów w kwietniu 2021), co pozwoliłoby na systematyczne budowanie korzystnych relacji z partnerami biznesowymi i tworzenie pozytywnego wizerunku naszej branży meblarskiej.
Warto tu dodać, że, przykładowo, w ubiegłym roku zawarte zostało porozumienie pomiędzy OIGPM a Ukraińskim Stowarzyszeniem Meblarzy. Porozumienie ma na celu właśnie budowanie partnerstwa i dobrej współpracy pomiędzy stroną polską a ukraińską
Ważne byłoby także przygotowanie narzędzi, wspierających prowadzenie działalności eksportowej przez nasz przemysł meblarski. Duże znaczenie pomocowe miałoby tu wprowadzenie ulg podatkowych dla zgrupowań firm eksportujących meble. Pożądane byłoby bowiem zawiązywanie grup sprzedażowych, przejmowanie oraz budowanie własnych struktur handlowych na rynkach zagranicznych, tworzenie tam polskich centrów logistycznych.
Jan Szynaka, prezes OIGPM, zwrócił uwagę na to, że ze strony samorządów brakuje niestety dobrych chęci jeśli chodzi o odroczenia podatku od nieruchomości lub zwolnienia z niego. To istotna pozycja w kosztach branży, bo przedsiębiorstwa meblarskie zajmują zwykle dość znaczne obszary. Także w przypadku banków (w tym nawet państwowego Banku Gospodarstwa Krajowego mającego przecież stymulować gospodarkę) wsparcie jest znikome.
Kolejny postulat dotyczy stworzenia i uruchomienia programu zachęt do zakupów mebli przez klientów indywidualnych – żeby ożywić popyt. Można by to osiągnąć poprzez np. różnego rodzaju „bony” wartościowe dla nabywców, obniżenie podatku VAT na meble czy wprowadzenie ulg podatkowych na zakup mebli i wyposażenia wnętrz. Wartoby też włączyć wyposażenie jako standardowy element mieszkań oferowanych w programie Mieszkanie Plus (koszt mebli byłby rozłożony w ratach czynszowych).
Te propozycje producentów mebli wydają się już jednak zbyt utopijne. Trzeszczący w szwach budżet państwa nie wytrzyma wprowadzenia jakichkolwiek ulg podatkowych, choćby miały przynieść w przyszłości nie wiadomo jakie korzyści. Program Mieszkanie Plus okazał się zaś zwykłą propagandową lipą, o której rządzący nie chcą już mówić.
Inne rekomendacje Ogólnopolskiej Izby Gospodarczej Producentów Mebli to między innymi stworzenie i uruchomienie kampanii promocyjnej polskiego meblarstwa w telewizji publicznej, zachęcającej do zakupu mebli; finansowe wspieranie przez instytucje państwowe (takie jak BGK) ubezpieczeń transakcji handlowych; stworzenie i uruchomienie oferty tanich pożyczek dla mniejszych firm, które nie prowadzą pełnej księgowości; zawieszenie obowiązku naliczania składek na pracownicze plany kapitałowe przez podmioty, które są do tego zobowiązane.
OIGPM interweniowała również w sprawie planowanej zmiany w ustawie o odnawialnych źródłach energii. Chodzi o projekt finansowego traktowania drewna przemysłowego tak jak energetycznego – co grozi powtórzeniem sytuacji z 2004 roku, kiedy to ceny drewna wzrosły prawie dwukrotnie. Systemy wsparcia spalania biomasy mogą zaś doprowadzić do znacznych podwyżek kosztów drewna dla przemysłu meblarskiego już w 2021 r.
Dużo tych propozycji wsparcia, formułowanych przez branżę – ale duże jest także znaczenie przemysłu meblarskiego dla polskiej gospodarki.

Pokazowe nabieranie wiecznie żywe

Wciąż wykrywane są kolejne przypadki oszukańczych pokazów handlowych dla seniorów. I wciąż organizowane są następne. To zjawisko nie do zwalczenia.
Tym razem spółka Topmed Plus wprowadzała ludzi w błąd sugerując, że kupują na pokazach zestawy produktów z dużym rabatem. Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów nakazał natychmiast zaniechać nieuczciwej praktyki. Nałożył też na spółkę karę w wysokości 614 tys. zł.
Topmed Plus sprzedaje na pokazach handlowych zestawy produktów, w skład których wchodzą maty masujące, materace, wyciskarki do soków czy garnki. Jej klientami są głównie seniorzy. Zarzut dotyczył sugerowania konsumentom, że kupują po promocyjnych cenach, podczas gdy była to standardowa oferta Topmed Plus wynikająca ze stosowanego cennika. Przykładowo w umowie jako cenę wyjściową zestawu firma podawała 7990 zł, a jako cenę po uzyskaniu upustu – 2790 zł. Dokładnie tyle samo widniało w cenniku, ale klient wierzył, że „zaoszczędził” 5200 zł. -Sugerowanie konsumentom fikcyjnej korzyści cenowej to nieuczciwa praktyka rynkowa. Z ankiet, które przeprowadziliśmy wśród klientów Topmed Plus wynika, że ponad 90 proc. z nich zdecydowało się na zakup właśnie ze względu na oferowany upust. Ponad 80 proc. klientów potwierdziło, że sprzedawca przekonywał ich, że rabat obowiązuje tylko w dniu pokazu. W ten sposób spółka oszukiwała konsumentów – mówi Tomasz Chróstny, Prezes UOKiK.
Potwierdzają to opinie indywidualnych klientów. 63-letnia konsumentka: Pokaz to gra psychologiczna Ceny, o których mówił pracownik w czasie pokazu, były mocno zawyżone – wielokrotnie. 82-latek powiedział zaś: Obserwując ceny rynkowe tych produktów, które kupiłem, widzę, że na pokazie nie zastosowano upustów.
Prezes UOKiK nakazał spółce, aby zaprzestała stosowania zakwestionowanej praktyki. Ze względu na ważny interes konsumentów nałożył rygor natychmiastowej wykonalności. Topmed Plus musi się zastosować do nakazu bez względu na to, czy odwoła się od decyzji UOKiK do sądu.
Oprócz tego spółce wymierzono karę finansową – dokładnie 614 548 zł. Ma także zawiadomić listem poleconym o decyzji UOKiK wszystkich, z którymi zawarł na pokazach umowy sprzedaży po 1 lipca 2017 r. Dzięki temu dowiedzą się oni o naruszeniu prawa przez spółkę i mogą zdecydować się na dochodzenie swoich roszczeń.
Wszystkim zaś warto przypomnieć, że trzeba ostrożnie podchodzić do zaproszeń na bezpłatne wykłady czy badania. Z reguły są one połączone ze sprzedażą, a oferta bardzo rzadko bywa atrakcyjna. Dlatego zawsze należy porównać ją z propozycjami innych firm, oferujących podobne wyroby.

Gospodarka 48 godzin

Wzrost w sieci Zamrożenie gospodarki zmieniło zwyczaje zakupowe Polaków. Wiele osób, z uwagi na swoje bezpieczeństwo przeniosło robienie zakupów do sieci. Główny Urząd Statystyczny podał dane o sprzedaży on-line po wybuchu epidemii. Wynika z nich, że prawie o jedną trzecią wzrosła w kwietniu sprzedaż detaliczna przez internet (w porównaniu z danymi z marca 2020). Nigdy wcześniej nie było tak wielkiego przyrostu w ciągu jednego miesiąca – częściowo wymuszonego poprzez zamknięcie wielu placówek handlowych. Według obliczeń GUS, w ciągu pierwszych czterech miesięcy 2020 roku udział e-commerce w całej sprzedaży krajowej zwiększył się niemal dwukrotnie w stosunku do tego samego okresu 2019 r. –  z 6,3 proc. do 11,9 proc. Tempo wzrostu jest duże, ale sprzedaż internetowa cały czas stanowi tylko drobną część wszystkich zakupów robionych przez Polaków.

TVP „zwycięża” pandemię
Rząd Prawa i Sprawiedliwości nie potrafi podjąć skutecznej walki z epidemią koronawirusa w Polsce. To nie tylko nieudolność. Nie widać także, aby jakoś się on przykładał do ograniczenia rozmiarów pandemii, gdyż podstawową pracą wykonywaną obecnie przez ekipę rządzącą jest działanie na rzecz zwycięstwa wyborczego Andrzeja Dudy. Tymczasem w naszym kraju wciąż rośnie liczba zgonów i przypadków COViD 19, a pod względem nasilenia nowych zakażeń Polska należy do niechlubnej czołówki Europy. Natomiast jeśli chodzi o liczbę wykonywanych testów, to przeciwnie, jesteśmy pod koniec listy państw naszego kontynentu. Ponura prawda o nieudolności i nieskuteczności rządu PiS w walce z pandemią mogłaby znacząco zmniejszyć szanse wyborcze Andrzeja Dudy. Wprawdzie inne, pozarządowe media nie przemilczają epidemii, ale wiadomo, że elektorat PiS to w dużym stopniu widzowie rządowej TVP. Dlatego właśnie temat pandemii koronawirusa został ograniczony do minimum w PiS-owskiej telewizji „publicznej”. Od dłuższego czasu jeżeli w Wiadomościach w ogóle pojawiają się informacje o zgonach i nowych zakażeniach, to głównie przez moment na małym pasku na dole ekranu. W zasadniczym przekazie mówi się natomiast o ozdrowieńcach. A skoro epidemia znika z PiS-owskiej telewizji to publiczność powinna odnieść wrażenie, że znika w ogóle. Udający dziennikarzy propagandyści z TVP próbują więc wmawiać telewidzom, że pandemia jest w odwrocie, a światłe działania rządu przynoszą same sukcesy w walce z koronawirusem. Zmienił się też sposób narracji ze strony rządu. Przez wiele tygodni było to typowe PiS-owskie samochwalstwo uprawiane przez przedstawicieli tej ekipy. Gdy jednak okazało się, że propagandowymi bajkami trudno zasłonić prawdę o nieskuteczności władzy PiS w walce z pandemią, to oprócz mówienia o rzekomych sukcesach rządowych zaczęto prezentować akcenty krytyczne wobec społeczeństwa – że zbyt lekkomyślnie rezygnuje z izolowania się, że nazbyt optymistycznie zapomina o doświadczeniach Włoch czy Wielkiej Brytanii, że nie bardzo przestrzega ograniczeń. Słowem, przekaz jest taki, że jeśli są sukcesy, to jest to zasługa rządu PiS. Jeśli są zaś kłopoty, to winę ponosi kto inny. To zgodne z podstawową zasadą obecnej ekipy: nigdy nie przyznawać się do żadnego błędu i poczuwać do jakiejkolwiek odpowiedzialności.

Zostanie tylko piana?

Produkcja i sprzedaż piwa w Polsce stoją w obliczu najgłębszego załamania w historii. Chłodne lato będzie ostatnim gwoździem do trumny.

Branża piwowarska narzeka – i wskazuje, że izolacja społeczna, całkowite zamknięcie gastronomii oraz ograniczenia w sklepach negatywnie wpłynęły na sytuację w branży piwowarskiej. Zamknięci w domach Polacy rzadziej sięgają bowiem po piwo.
Według danych członków Związku Pracodawców Przemysłu Piwowarskiego sprzedaż piwa już w pierwszych tygodniach trwania epidemii (marzec 2020) była niższa o ok. 4,5-5 proc. w porównaniu do takiego samego okresu roku ubiegłego. To sprawia, że tradycyjnie rozpoczynający się o tej porze sezon piwny w tym roku stoi pod dużym znakiem zapytania.
Piwa nie ma w koszyku produktów pilnej potrzeby. Pierwsza fala zakupów spożywczych, podczas której Polacy, w obawie przed zakłóceniami w dostawie towarów masowo wykupywali najpotrzebniejsze produkty, już jest dawno za nami. Ale nawet wtedy kategoria piwa odnotowała niewielki spadek. Według Centrum Monitorowania Rynku, wolumen sprzedaży piwa w marcu w sklepach małego formatu (do 300 m2) spadł o około 6 proc. w stosunku do marca roku ubiegłego. Nastawienie Polaków na oszczędzanie, w połączeniu z obostrzeniami rządu – ograniczeniem liczby klientów w sklepie, wyznaczonymi godzinami zakupów dla seniorów – powodują, że klienci zaglądają do sklepów rzadziej. Jeśli zdecydują się na zakupy, to zapełniają swoje koszyki podstawowymi produktami spożywczymi lub higienicznymi. A nie piwem – ubolewa branża.
Piwo nie smakuje w samotności. Przedstawiciele branży piwowarskiej podkreślają, że piwo to napój tradycyjnie kojarzony z okazjami towarzyskimi, różnego typu imprezami, zarówno na świeżym powietrzu jak i w lokalach, czy po prostu spotkaniami z przyjaciółmi.
Piwo to napój wybierany z reguły na spotkania w gronie znajomych. Teraz, kiedy z powodu narodowej kwarantanny wspólne celebrowanie nie jest możliwe, Polacy rzadziej sięgają w sklepie po napój z pianką. Jak wskazuje branża, twarde dane dotyczące sprzedaży stoją w sprzeczności z powielanymi gdzieniegdzie opiniami, jakoby izolacja sprzyjała konsumpcji piwa. W istocie, upijanie się do lustra to raczej domena wódek. Nowe zachowania zakupowe i brak możliwości spotkań towarzyskich to nie jedyne bolączki producentów piwa.

– Zamknięcie lokali gastronomicznych, hoteli i barów, to także bardzo istotne wyzwanie stojące przed branżą. Wszystko to prawdopodobnie przełoży się negatywnie na wielkość spożycia piwa w tym roku – mówi Bartłomiej Morzycki, dyrektor generalny stowarzyszenia Związek Pracodawców Przemysłu Piwowarskiego – Browary Polskie. – stowarzyszenie Generalny ZPPP – Browary Polskie
Tak więc, tegoroczny podmuch wiosny nie jest dla piwa.
Mimo coraz ładniejszej pogody, spotkania przy grillu czy w piwnych ogródkach nie będą możliwe. Dwie największe imprezy sportowe tego roku, Mistrzostwa Europy w piłce nożnej oraz Igrzyska Olimpijskie, na które tak bardzo liczyli browarnicy w Polsce, zostały przełożone. Odwołane zostały także wszystkie imprezy masowe i wydarzenia plenerowe: koncerty, festiwale piwne czy rozgrywki sportowe, które są naturalnymi kontekstami do konsumpcji piwa.
Po wybuchu pandemii koronawirusa w niezwykle trudnej sytuacji znalazły się browary regionalne i rzemieślnicze, kraftowe. Wołają one o ratunek. Jest ich w Polsce ponad 300. Wszystkie są w znaczącym stopniu lub wręcz całkowicie uzależnione od sprzedaży w pubach, barach i restauracjach. Zamknięcie lokali gastronomicznych sprawiło, że obroty małych browarów obniżyły się znacząco, a w niektórych przypadkach spadły do zera.
Przedstawiciele tego segmentu rynku starają się przetrwać trudny okres i formułują konkretne postulaty wobec rządzących:

– Duży segment rynku, który obsługiwaliśmy, z dnia na dzień został wyłączony. Bardzo pomogłoby nam umożliwienie przez rząd sprzedaży piwa przez Internet – podkreśla Andrzej Olkowski, prezes Stowarzyszenia Regionalnych Browarów Polskich.
Ze swej strony branża deklaruje, że na każdej etykiecie piwa będzie pełny skład i liczba kalorii. Wiele browarów rzemieślniczych stoi na skraju bankructwa i tylko szybkie, zdecydowane ruchy ze strony rządzących są w stanie uratować je przed całkowitą likwidacją.

-Dlatego apelujemy, byśmy mogli sprzedawać on-line i aby sprzedaż zdalną oraz z dostawą do domu mogły realizować wszystkie podmioty posiadające już jakiś rodzaj zezwolenia detalicznego. Tego rodzaju pomoc byłaby całkowicie bezkosztowa dla budżetu państwa – dodaje Marek Kamiński, prezes Polskiego Stowarzyszenia Browarów Rzemieślniczych.
Przedstawiciele branży piwnej podkreślają, iż rozumieją, że rząd ma w tej chwili wiele pilnych kwestii i problemów do rozwiązania. Ale bez wsparcia dla małych, rodzimych firm, którym grozi bankructwo, w naszej branży za kilka miesięcy nie będzie już czego ratować – mówią zgodnie.

Nasza szkodliwa żywność

Rząd Prawa i Sprawiedliwości zapewnia, że artykuły spożywcze sprzedawane w Polsce są zdrowe i bezpieczne – ale rzeczywistość temu przeczy.

W Polsce stwierdza się przypadki wprowadzenia do obrotu produktów spożywczych , które mogą być zagrożeniem dla zdrowia – to podstawowy wniosek z najnowszego raportu Najwyższej Izby Kontroli. Badała ona, dlaczego żywność spożywana w Polsce nie jest w pełni bezpieczna.
NIK skontrolowała Główny Inspektorat Sanitarny, Główny Inspektorat Weterynarii, Główny Inspektorat Jakości Handlowej Artykułów Rolno-Spożywczych, Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Kontrolą objęto lata 2017 – 2018.
Niestety, rządy Prawa i Sprawiedliwości odbiły się już negatywnie na sprawności służb sanitarnych. NIK stwierdza więc: „Działanie służb odpowiedzialnych za bezpieczeństwo żywności wymaga usprawnienia, by lepiej chronić konsumenta przed spożyciem produktów o niedostatecznej jakości”.
Główną przyczyną tego, że jemy złą żywność, jest zbyt długi czas oczekiwania na wyniki badań laboratoryjnych – to powszechna bolączka, co widać i dziś przy okazji wykonywania testów na koronawirusa. Te opóźnienia sprawiają, że utrudnione jest sprawne wycofanie z rynku szkodliwych produktów. Problemem jest także brak mechanizmów pozwalających na ujawnianie nielegalnej produkcji artykułów mięsnych i wędlin, wytwarzanych poza wszelkimi kontrolami sanitarnymi.
Jeśli nawet badania wykryją obecność szkodliwych substancji w żywności, to wycofywanie jej ze sprzedaży udaje się zwykle tylko częściowo – i niebezpieczne artykuły spożywcze zostają skonsumowane.
Na przykład, w ubiegłym roku, w trybie alarmowym podjęto akcję wycofywania z handlu dziewięciotonowej partii moreli suszonych zakupionych w Turcji. Tryb powiadomienia alarmowego spowodowany był tym, że w morelach stwierdzono znaczne przekroczenie maksymalnego poziomu dwutlenku siarki, który to związek chemiczny, zastosowany w nadmiarze może doprowadzić do zgonu. Silnie bowiem drażni drogi oddechowe i jest trujący dla zwierząt (oraz szkodliwy dla roślin). W mniejszych ilościach jemy i pijemy go prawie wszyscy, gdyż jest stosowany jako konserwant E 220.
Nasze służby sanitarne, przypomnijmy, przejęte już przez PiS, co miało ewidentny wpływ na ich skuteczność, zaczęły „energicznie” działać, by wyeliminować szkodliwe morele. Skutek? Z 9 000 kg szkodliwych moreli odzyskano tylko 90,6 kg, zaś pozostała część (99 proc. ) została sprzedana i zjedzona. Taki to właśnie „tryb alarmowy”.
Także w ramach powiadomienia alarmowego (chodziło o przekroczenia dopuszczalnej liczby szkodliwych bakterii listeria monocytogenes w łososiu solonym), ze 150 opakowań ryby wycofano z obrotu i zutylizowano 64 sztuki. Resztę – pozostałe 86 szt. – sprzedano klientom indywidualnym.
Gdy wykryto, że w składzie suplementu diety znalazła się pankreatyna (wyciąg z trzustek wieprzowych, który szkodzi w przypadku nadwrażliwości na białko mięsne, przy zapaleniu trzustki czy mukowiscydozie i może spowodować uszkodzenie jelit) to „aż” pięć opakowań produktu zostało wycofanych ze sprzedaży, a 241 sztuk (98 proc.) zostało sprzedanych klientom – i skonsumowanych.
W przypadku „Rodzynek sułtanki”, w których stwierdzono przekroczenie najwyższego dopuszczalnego poziomu ochratoksyny47 (związek kancerogenny), wycofano ze sprzedaży 151 sztuk produktów, a klientom w sklepach normalnie sprzedano 2441 szt. (94 proc.).
Podobnych przykładów jest bez liku. Mrożone mięso z kurczaka, które po rozmrożeniu okazało się nieświeże, w produkcji zostało ugotowane i w całości sprzedane klientom indywidualnym. Nieświeże mrożone brokuły: zakwestionowano 5184 kg, wycofano z obrotu i poddano utylizacji 150,3 kg, zaś reszta towaru (97 proc.) została sprzedana klientom. Kapusta włoska – zakwestionowano 13 024 kg towaru, całość sprzedano klientom. W jednej z ferm kurzych ubito 4,9 tys. szt. kur w których miesie stwierdzono potem obecność trującego fipronilu (powoduje u ludzi jedzących takie mięso wymioty, nadpobudliwość i napady padaczkowe). Z uboju tego pozyskano 16,1 tys. kg mięsa, z czego 10,6 tys. kg sprzedano do Liberii, zaś pozostała część trafiła do handlu w kraju. Odbiorca w Liberii został poinformowany o konieczności wycofania skażonej partii produktów, natomiast część mięsa, które pozostało na terenie Polski (0,56 tys. kg) została sprzedana konsumentom bez zbędnego informowania o czymkolwiek. I tak właśnie dziś wygląda troska o bezpieczeństwo żywności w naszym kraju.
Problem w tym, że w Polsce kompetencje w zakresie bezpieczeństwa żywności rozdzielone są między kilka instytucji, co nie sprzyja ich sprawnemu działaniu. Występują także braki kadrowe. Nie ma natomiast jednego urzędu wiodącego, co sprawia, że instytucje zajmujące się bezpieczeństwem żywności działają praktycznie bez żadnego nadzoru, zwłaszcza, że formalnie są podległe trzem organom naczelnym.
Polski model nadzoru nad bezpieczeństwem żywności negatywnie wyróżnia się w skali europejskiej. Wśród krajów Unii Europejskiej dominującym rozwiązaniem jest powołanie na poziomie krajowym jednego organu właściwego do spraw bezpieczeństwa żywności czy mającego charakter naczelny i nadzorczy wobec innych.
U nas, w przypadku potwierdzenia, że dany produkt spożywczy jest niebezpieczny, organy inspekcji same nie wycofują go z rynku. Dysponują jednak – teoretycznie – odpowiednimi narzędziami administracyjnymi. Mogą stosować m.in. ograniczenie lub zakaz wprowadzania żywności do obrotu czy nakazać przedsiębiorcy wycofanie żywności z obrotu. Tymczasem skuteczność tych narzędzi jest ograniczona, zwłaszcza w przypadku towarów z krótką datą przydatności do spożycia. Trafiają one do konsumentów jeszcze przed zakończeniem działań odpowiednich służb.
Kontrola NIK ustaliła np., że jeszcze przed zakończeniem analiz laboratoryjnych sprzedano żywność z bakterią listeria monocytogenes, pomimo pobrania próbek żywności już na etapie produkcji. Bakteria ta może okazać się bardzo groźna dla słabszych organizmów, przede wszystkim dla dzieci i kobiet w ciąży.
Głównymi przyczynami wydłużenia czasu badań były, jak podaje NIK, ograniczenia sprzętowe, awaryjność oraz konieczność wielokrotnego powtarzania analiz. Dlatego właśnie w wielu przypadkach cała lub niemal cała skażona żywność zostaje sprzedana. Poza tym, żadne instytucje w Polsce nie wypracowały skutecznych rozwiązań zapobiegających prowadzeniu nielegalnej produkcji żywności pochodzenia zwierzęcego, bez nadzoru urzędowego lekarza weterynarii.
W okresie od grudnia 2016 r. do stycznia 2019 r. Inspekcja Weterynaryjna ujawniła 290 przypadków takiej nielegalnej produkcji – a to oczywiście wierzchołek góry lodowej.
Za sprawą PiS, we wszystkich instytucjach inspekcyjnych nastąpił w ostatnich latach spadek zatrudnienia lub znaczna fluktuacja kadr. W laboratoriach badających próbki żywności występowały braki kadrowe i sprzętowe, co przekładało się na długi czas wykonywania badań.
Jak stwierdza NIK, najbardziej dotkliwe skutki niedoborów kadrowych stwierdzono w Inspekcji Weterynaryjnej. Zmniejszenie zatrudnienia lekarzy o 6,5 proc. miało negatywny wpływ na pracę większości powiatowych zespołów ds. bezpieczeństwa żywności, uniemożliwiając ich prawidłowe funkcjonowanie.
NIK po kontroli wystąpiła z wnioskiem do Prezesa Rady Ministrów – o zwiększenie finansowania organów inspekcji w celu podniesienia skuteczności ich działania. Można jednak być pewnym, że dziś występowanie do premiera o zwiększenie finansowania czegokolwiek (może z wyjątkiem płac prominentów PiS-owskich, wyborów oraz upamiętniania żołnierzy wyklętych) to głos wołającego na puszczy.

Coraz mniej małych sklepów

Rządy Prawa i Sprawiedliwości systematycznie doprowadzają drobne placówki handlowe do upadku.

Wciąż konsekwentnie spada sprzedaż w małych sklepach. W rezultacie maleje ich liczba.
Jeszcze w 2015 r. w Polsce funkcjonowały 40543 małe sklepy. Na koniec 2018 było ich już tylko 33231.
Jest to efekt rządów Prawa i Sprawiedliwości, skierowanych przeciw drobnym przedsiębiorcom, prowadzącym takie sklepy. Co gorsza, rządzący doprowadzają małe sklepy do upadku pod płaszczykiem fałszywych obietnic dbania o ich interesy.
Handel rośnie, sklepiki giną
Struktura handlu detalicznego w Polsce ulega rozmaitym zmianom. Handel w naszym kraju wciąż jeszcze notuje jednak wzrosty. Motorem tego zjawiska jest rosnąca konsumpcja. Jednakże, mimo tych korzystnych tendencji, likwidowane są kolejne małe sklepy.
Notuje się ciągły spadek sprzedaży w tzw. segmencie tradycyjnym (są to nie zorganizowane w sieci, pojedyncze sklepy zlokalizowane przede wszystkim w małych miastach i na obszarach wiejskich).
Ubytek wynosi średnio ok 7,7 proc. rocznie. Tak więc, zmniejsza się rola tradycyjnego handlu, mierzona zarówno wartością sprzedaży, jak i liczbą sklepów – wskazuje raport Związku Przedsiębiorców i Pracodawców „Perspektywy poprawy konkurencyjności na rynku handlu detalicznego w Polsce”.
Ekspertyzy wskazują także, że zauważalny jest wpływ ustawy o ograniczeniu handlu w niedziele na pogłębianie spadku znaczenia tradycyjnych sklepów.
– Ustawa, która miała pomóc małym sklepom, przynosi odwrotny skutek. Zauważa się, że 49 proc. drobnych handlowców prowadzi dwa lub więcej sklepów. Przepisy dotykają ich więc bezpośrednio – mówi Piotr Palutkiewicz ze Związku Przedsiębiorców i Pracodawców i dodaje, że – rośnie udział dyskontów, które prowadzą aktywną politykę marketingową, zmieniając zachowania zakupowe Polaków.
Ponadto, duże sieci, korzystając z efektu skali, posiadają silną pozycję negocjacyjną w stosunku do producentów i są w stanie szybko dotrzeć z promocjami do konsumentów. Duzi producenci z kolei nie poświęcają czasu na negocjacje i realizowanie promocji z drobnymi partnerami.
Dyskretny urok małego formatu
Liczba małoformatowych sklepów spożywczych systematycznie maleje, podczas gdy dotychczas tzw. mały format pozostawał główną siłą napędową polskiego rynku FMCG (szybko zbywalnych artykułów konsumpcyjnych), co jest ewenementem w skali europejskiej – podkreśla ZPiP.
Na handel w Polsce i na świecie wpływają jednak nie tylko zmiany o charakterze gospodarczym, ale także trendy społeczne czy środowiskowe mające wpływ na zachowania konsumentów.
Dobrym opisem współczesnego konsumenta na rynku handlu detalicznego jest pojęcie tzw. smart shoppingu.
Smart shopper to klient, który ceni swój czas i korzysta w przemyślany sposób z dostępnych promocji, porównuje ze sobą oferty. Smart shopper posiada wiedzę o cenach najczęściej kupowanych produktów, sprawdza daty przydatności do spożycia, jest zainteresowany ofertami promocyjnymi.
Aby sprostać jego oczekiwaniom, sklep musi zapewnić nie tylko niską cenę, by zatrzymać klienta, ale także szybko dotrzeć do niego z korzystną ofertą. W rezultacie, konkurowanie na niskie ceny stało się fundamentem rynku sprzedaży detalicznej, wpisując się w takie właśnie oczekiwania konsumenckie.
Pierwszym krokiem do robienia inteligentnych zakupów jest ich odpowiednie planowanie. Już aż około 65 proc. Polaków sporządza w tym celu szczegółową listę produktów, a co drugi korzysta z gazetek promocyjnych jako źródła informacji o produktach i aktualnych promocjach.
Trzeba podejmować działania mogące powstrzymać likwidację małych, polskich sklepów – apeluje Związek Przedsiębiorców i Pracodawców. Jako jedno z rozwiązań, ZPP proponuje szerokie wdrażanie innowacji technologicznych w małym handlu, które mogłyby pomóc w spełnieniu oczekiwań konsumentów specjalizujących się w smart shoppingu.
– Polacy nadal chcą robić zakupy w okolicznych, osiedlowych sklepach. Wykorzystanie technologii musi być połączone z modernizacją działania. Te dwa elementy mogą spowodować, że wiele małych polskich sklepów będzie miało szanse przetrwać i zachować rentowność – zauważa Cezary Kaźmierczak prezes ZPiP.
Rząd nie pomoże
Mały sklep może zdecydować się na wykorzystanie platformy, dzięki której otrzymuje moduł fiskalny połączony z oprogramowaniem do zarządzania sprzedażą. Sklep uzyskuje rejestr sprzedaż oraz dane dotyczące m.in. sprzedaży w przeszłości, rozliczenia płatności, indeksacji towaru, a także raporty analityczne pozwalające na śledzenie trendów w zakupach klientów. W ramach aplikacji otrzymuje także oferty promocyjne bezpośrednio od producentów. Dzięki wykorzystaniu takiego narzędzia, klient może kupić produkt po niższej cenie, a mały sklep zaproponuje promocje dotychczas dla niego niedostępne, przy równoczesnym utrzymaniu marży na sprzedawanych towarach. Oznaczać to będzie zwiększenie sprzedaży.
– Rozwiązanie zapewniające sklepom detalicznym dostęp do promocji oferowanych bezpośrednio przez producentów FMCG sprawia, że w konsekwencji małe sklepy są w stanie podjąć konkurencję cenową ze sklepami wielkopowierzchniowymi, dyskontami oraz dużymi sieciami detalicznymi – dodaje Piotr Palutkiewicz z ZPiP.
– Należy wszelkimi sposobami powstrzymać trend upadku małych sklepów. Jeśli rząd nie chce im pomóc, sklepikarze muszą wziąć sprawy w swoje ręce i wdrażać wszelkie dostępne narzędzia, które mogą być pomocne w konkurowaniu z dużymi podmiotami – konkluduje Cezary Kaźmierczak.
Wydaje się, że na co, jak na co, ale na pomoc rządu trudno liczyć. Prominenci PiS mają wrażliwość walca drogowego a ich ośli upór w ignorowaniu sugestii jakichkolwiek korekt we własnych poczynaniach jest już wręcz legendarny.

Niech wreszcie zaczną mniej truć

Na razie rzekome starania rządu o wyeliminowanie „kopciuchów”
sprowadzają się głównie do działań propagandowych.

Rządy Prawa i Sprawiedliwości doprowadziły do tego, że mieszkańcy Polski muszą oddychać najbardziej zanieczyszczonym powietrzem w Europie.
Wprawdzie, jeżeli chodzi tylko o zatrucie powietrza w samych miastach, z wyłączeniem wszelkich obszarów pozamiejskich, to nieco gorzej od nas wypada Bułgaria – tam procentowo, zanotowano przekroczenie norm w większym odsetku miast niż w Polsce. Gdy jednak wziąć pod uwagę wielkość tych przekroczeń, jesteśmy absolutnie bezkonkurencyjni.
Wedle statystyk Światowej Organizacji Zdrowia (WHO), obecnie wśród 50 miast w Unii Europejskiej z najbardziej skażonym powietrzem aż 36 leży w naszym kraju (wśród nich na niechlubnym podium jest kolejno Opoczno, Żywiec i Rybnik), a tylko 7 w Bułgarii. A przecież jeszcze bardziej trującym powietrzem często oddychają mieszkańcy małych polskich miejscowości.

Martwi ludzie

Skutki tego wszystkiego widzimy już w postaci zwiększonej umieralności. Podawane są różne liczby, mówiące o skali zgonów z powodu smogu: w 2017 r. wymieniano liczby 30 – 35 tys, obecnie mówi się już o prawie 70 tys. ofiar śmiertelnych rocznie.
Dokładniej zbadał to Narodowy Fundusz Zdrowia, który przeanalizował przyczyny wzrostu liczby zgonów w 2017 r. Okazało się, że szczególnie duża śmiertelność panowała w styczniu i lutym – dwóch miesiącach, w których najbardziej intensywnie pracuje system grzewczy, a ludzie najczęściej palą w piecach.
Najbardziej tragiczny był styczeń – w pierwszym miesiącu 2017 r. w Polsce zmarło o 23,5 proc. więcej ludzi, niż w styczniu rok wcześniej. Analiza tych zgonów dokonana przez specjalistów z NFZ dała jednoznaczny wynik. Narodowy Fundusz Zdrowia stwierdził w swym raporcie: „Średnie natężenie pyłów PM10 w powietrzu dla Polski w styczniu 2017 r. było na rekordowym poziomie. Ponadto w styczniu 2017 roku odnotowano najniższą średnią temperaturę powietrza w porównaniu do analogicznych okresów z zeszłych lat (..)Potencjalną przyczyną wzrostu liczby zgonów w styczniu 2017 r. jest skokowe pogorszenie jakości powietrza, które może rodzić gwałtowne konsekwencje zdrowotne u osób szczególnie podatnych”.
Te osoby szczególnie podatne to przede wszystkim dzieci i seniorzy, a także ludzie z dolegliwościami układu krążeniowo-oddechowego. To oni w pierwszej kolejności umierają z powodu zatrutego powietrza.

Martwe przepisy

Liderzy Prawa i Sprawiedliwości oczywiście nie poniosą żadnej realnej odpowiedzialności za śmierć kilkudziesięciu tysięcy Polaków. Ciąży na nich wprawdzie odpowiedzialność moralna, ale tym naturalnie nikt się nie przejmuje.
W Polsce od 1 lipca 2018 r. nie wolno sprzedawać pieców grzewczych na paliwo stałe nie spełniających wymogów najwyższej, piątej klasy ekologicznej.
Zakaz był tylko pustym przepisem, którego nikt nie egzekwował, toteż naturalnie pozostał na papierze.
Obecna ekipa wprawdzie się tym nie przejmowała – ale trudno było wciąż ignorować rosnące niezadowolenie elektoratu z powodu coraz bardziej zatrutego powietrza.Jadwiga Emilewicz, wcześniej minister przedsiębiorczości i technologii, a obecnie minister rozwoju oświadczyła więc: – Z obserwacji rynku kotłów na paliwo stałe wynika, że sprzedawcy nadal oferują urządzenia niespełniające wymagań rozporządzenia. To wpływa negatywnie nie tylko na jakość powietrza, a co za tym idzie na nasze zdrowie, ale jest także elementem nieuczciwej konkurencji. Nie zgadzamy się na reklamowanie urządzeń wysokoemisyjnych jako niskoemisyjnych, posługiwanie się fałszywymi świadectwami jakości lub sprzedaż kotłów bezklasowych pod innymi nazwami.

Może UE wymusi zmiany?

Kilka dni temu, 23 listopada weszła w życie znowelizowana ustawa Prawo Ochrony Środowiska. Nowelizacja ma wreszcie spowodować możliwość egzekwowania, martwego dotychczas, zakazu sprzedaży kopciuchów obowiązującego od 1 lipca ubiegłego roku.
Poniekąd wymusiła to na polskiej władzy Unia Europejska, bo od 1 stycznia 2020 r. kraje członkowskie będą musiały przestrzegać tzw. ekoprojektu, czyli proekologicznego rozporządzenia Komisji Europejskiej. Dzięki UE pojawił się więc cień szansy, że kiedyś powietrze w Polsce będzie nieco czystsze.
Nowelizacja Prawa Ochrony Środowiska ma wzmocnić uprawnienia organów Inspekcji Handlowej do sprawdzania, czy oferowane przez przedsiębiorców kotły na paliwo stałe o znamionowej mocy cieplnej nie większej niż 500 kilowatów (czyli używane do ogrzewania pomieszczeń przez gospodarstwa domowe oraz małe i średnie zakłady ) spełniają stosowne wymagania czystości emisji.
Zgodność tych pieców z wymaganiami będzie sprawdzania poprzez badania laboratoryjne oraz posiadanie odpowiedniej dokumentacji, świadectw i certyfikatów. Nowelizacja przydziela także instytucjom kontrolnym więcej kasy na przeprowadzanie laboratoryjnej weryfikacji oraz wprowadza bardziej szczegółowe definicje „kotła na paliwo stałe” oraz „wprowadzenia do obrotu” takiego kotła. Ma to utrudnić indywidualne sprowadzanie do Polski kopciuchów z innych państw.
Organy Inspekcji Handlowej będą mogły nakładać kary na firmy sprzedające takie piece – ale już nie na osoby prywatne. Oznacza to, że teoretycznie żaden przedsiębiorca nie ma prawa oferować pieców nie spełniających wymogów, ale każdy człowiek ma prawo taki piec kupić – i go używać (choć oczywiście nie ma prawa go używać tam, gdzie samorządy wprowadziły zakaz palenia paliwem stałym).

Żeby pokazać, że coś się robi

W rządzie postanowiono też wykonać dodatkowe propagandowe gesty, świadczące o tym, że władza jednak trochę stara się o promowanie czystszych źródeł ciepła.
Sprawa jest dosłownie paląca, bo na polski rynek trafia rocznie, wedle różnych szacunków od ponad 100 tys do prawie 250 tys. pieców na paliwa stałe. Ponieważ rządu to nie interesowało, to nie ma też żadnych dokładniejszych danych o ich sprzedaży. Organizacje pozarządowe oceniają jednak, że 20 – 25 proc. tych kotłów grzewczych to kopciuchy niespełniające żadnych wymagań.
Trudno całkowicie przejść nad tym do porządku dziennego, toteż rząd postanowił pokazać, że coś się robi. Na zlecenie Ministerstwa Rozwoju powstało więc oprogramowanie, które pozwoli Inspekcji Handlowej analizować oferty sprzedaży kotłów na paliwo stałe w internecie. Dzięki temu teoretycznie ma być łatwiej „namierzyć” sprzedawane kopciuchy.
Oprogramowanie umożliwi zautomatyzowaną weryfikację ogłoszeń o sprzedaży kotłów, zamieszczanych na portalach internetowych. Program ma wyłapywać te oferty, z których wynika, że urządzenie nie spełnia wymagań określonych w przepisach. Formalny dostęp do niego będą mieć pracownicy Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów oraz wojewódzkich inspekcji handlowych.
Aplikacja ma wyszukiwać podejrzane oferty na podstawie następujących zwrotów, wskazujących na istnienie sprzeczności słów oferty z przepisami, np. „kocioł klasy 5 i inne parametry emisyjne”, „kocioł na zamówienie” czy „określona klasa kotła inna niż klasa 5”. Przypomnijmy, że piąta klasa to ta najczystsza, jedyna, której urządzenia teoretycznie można sprzedawać.
Wyłapywane też będą pojedyncze, podejrzane słowa, np. „ ruszty, ręczne” (nie mają ich piece na dozwolone paliwo płynne czy lotne), czy zakazany rodzaj paliwa (węgiel lub drewno).
Pierwsze kontrole ruszą już w grudniu. Inspekcja Handlowa będzie sprawdzać kotły na paliwo stałe o mocy cieplnej do 500 kW, dostępne w sklepach, hurtowniach, u producentów czy importerów.
Skontrolują najwyżej etykietki
Na razie, ponieważ pieniądze na kontrole zaplanowano w budżecie dopiero od 2020 r., IH skontroluje tylko dokumentację. W przyszłym roku będzie też zlecać badania laboratoryjne. Co roku ma dostawać na ten cel 900 tys. zł. Pozwoli to zbadać w laboratorium ok. 50 kotłów rocznie.
– Inspektorzy zostali odpowiednio przeszkoleni do kontroli kotłów. Wkrótce ogłosimy przetarg na wybór specjalistycznego laboratorium, które będzie je badać. Jednocześnie upowszechniamy wśród przedsiębiorców wiedzę o wymaganiach wobec kotłów na paliwo stałe. Na początku listopada wysłaliśmy pismo z wyjaśnieniami do dużych sieci marketów budowlanych oraz do stowarzyszeń producentów. Przygotowaliśmy także na naszej stronie internetowej kompendium wiedzy na ten temat – mówi Tomasz Chróstny, wiceprezes UOKiK.
Te 50 kotłów, które będzie można badać laboratoryjnie w ciągu roku to liczba śmiesznie mała, w porównaniu z ponad 100 tysiącami (najskromniej licząc) corocznie wprowadzanymi do obrotu.
Nikt zresztą nie ma specjalnych złudzeń, że nowe przepisy cokolwiek zmienią, jeśli rząd PiS nie wprowadzi pełnej rekompensaty za wymianę kopciucha na nowy, czysty piec.
A nie wprowadzi, bo ma w niewielkim poważaniu zdrowie i życie Polaków. Ważniejsze są wydatki na czczenie żołnierzy wyklętych i finansowanie propagandy sukcesu w rządowych mediach.
Na razie więc, żeby pokazać jakąś aktywność, UOKiK prowadzi wyrywkową kontrolę etykiet energetycznych na kotłach. Bada się, czy te etykiety są i czy zawierają prawidłowe sformułowania – ale już nie to, czy sformułowania na etykietach są zgodne z faktycznymi parametrami kotła…

Na trudnym rynku nad Renem

Niemiecka gospodarka zwalnia tempo, ale to nie odstrasza naszych firm.

Połowa polskich firm działających w Niemczech ocenia stan tamtejszej gospodarki wciąż jako „dobry”, zaś około 24 proc. jako „zadowalający”.

Mniej optymistów

W porównaniu z ubiegłorocznymi badaniami już znacznie mniejszy odsetek ankietowanych (21 proc.) mówi, że gospodarka Niemiec jest w „bardzo dobrej” kondycji. Przed rokiem taki pogląd prezentowało aż 40 proc. naszych przedsiębiorców.
27 proc. polskich spółek przewiduje spowolnienie gospodarcze w Niemczech w kolejnym roku. To najsilniejszy sygnał schłodzenia koniunktury od 2016 r.
Takie wyniki przynosi badanie polskich firm w Niemczech przeprowadzone jesienią tego roku na zlecenie Polsko-Niemieckiej Izby Przemysłowo-Handlowej. Firmy te reprezentują przemysł przetwórczy, usługi, handel, budownictwo, zaopatrzenie w energię elektryczną i wodę oraz utylizację odpadów.
Celem badania była ocena niemieckiej koniunktury gospodarczej oraz uwarunkowań prowadzenia biznesu przez przedstawicieli polskich firm działających za Odrą

Nie boją się spowolnienia

Polscy przedsiębiorcy pozostają mimo wszystko optymistami w ocenach aktualnej sytuacji własnych firm. Jedna czwarta ocenia ją jako „bardzo dobrą”, a 43 proc. jako „dobrą”.
Odsetek firm opisujących swoją kondycję jako „zadowalającą” pozostaje na podobnym poziomie (ok. 30 proc. ) od trzech lat.
Mimo prognozowanego spowolnienia, większość ankietowanych firm deklaruje, że utrzyma, bądź zwiększy sprzedaż, zatrudnienie i inwestycje.
W opinii polskich przedsiębiorców, wśród zalet niemieckiego rynku należy przede wszystkim wymienić jakość infrastruktury (transportowej, komunikacyjnej, informatycznej i energetycznej), dyscyplinę płatniczą kontrahentów, przewidywalność polityki gospodarczej Niemiec oraz przychylność administracji w obsłudze przedsiębiorców.
Największy odsetek przedsiębiorców narzeka na koszty pracy, wysokości podatków i brak dostępu do wykwalifikowanych kadr.
Profity wyraźnie przewyższają jednak wszelkie trudności. Dlatego 93 proc. badanych firm potwierdza, że powtórzyłoby decyzję o wejściu na rynek niemiecki – choć w ubiegłym roku mówiło tak aż 97 proc.

Zimny prysznic

W ubiegłym roku polskie firmy funkcjonujące nad Renem prezentowały rekordowe prognozy wzrostu sprzedaży. Wówczas wzrost sprzedaży w kolejnych miesiącach zapowiadało trzy czwarte ankietowanych spółek.
Rzeczywistość niejednokrotnie przyniosła zimny prysznic, toteż w bieżącej edycji badania tylko około połowa ankietowanych mówi o wzroście sprzedaży w najbliższym roku. Niespełna 40 proc. przewiduje obrót na niezmienionym poziomie. Co dziesiąta firma zapowiada zaś obecnie spadek sprzedaży. Wszystko to przekłada się na plany rozwojowe. Niemal 70 proc. badanych firm z Polski prognozuje, że liczba pracowników w kolejnych miesiącach nie ulegnie zmianie. O wzroście zatrudnienia mówi tylko 20 proc. przedstawicieli przedsiębiorstw.
Na te wyniki można jednak patrzeć dość optymistycznie, gdyż w sumie 90 proc. przedsiębiorstw zamierza utrzymać lub zwiększyć zatrudnienie.

Pierwszy zagraniczny rynek

Dosyć pozytywnym sygnałem są deklaracje zwiększania nakładów inwestycyjnych, złożone przez 40 proc. ankietowanych. Połowa firm podaje zaś, że utrzyma wydatki inwestycyjne na dotychczasowym poziomie. Ciąć swe inwestycje zamierza więc tylko 10 proc. naszych firm działających w Niemczech. Nasz wielki zachodni sąsiad to zwykle pierwszy zagraniczny rynek dla polskich firm, zwłaszcza z sektora małych i średnich przedsiębiorstw.
Ponad połowa tych firm zdecydowała się na ekspansję na ten rynek w celu uzyskania dostępu do nowych klientów. 44 proc. chciało zwiększenia skali działania. Prawie co trzecia liczyła na doskonalenie swojej produkcji, zaś co piąta wskazywała na osiągnięcie granicy rozwojowej na polskim rynku.

Kryzys puka do drzwi

Hongkong zmierza w kierunku głębokiej recesji. Trwające tam od pięciu miesięcy protesty powodują, że gospodarka tego regionu skurczyła się o ponad 3 proc. zaledwie w ciągu jednego kwartału.

Protesty na szeroką skalę rozpoczęły się w Hongkongu w połowie bieżącego roku. Chociaż mają one głównie podłoże polityczne, to jednak demonstracje młodych ludzi są również związane z pogarszającym się standardem życia (nastąpił tam olbrzymi wzrost cen nieruchomości) oraz silnymi nierównościami dochodowymi panującymi w tym Specjalnym Regionie Administracyjnym.
Niepokoje społeczne zbiegły się też z niekorzystnymi warunkami ekonomicznymi w Azji. Wojna celna między USA i Chinami, jeszcze przed wyjściem milionów obywateli na ulicę tej byłej brytyjskiej kolonii, powodowała redukcję wymiany handlowej Hongkongu ze światem.
Zarówno eksport, jak i import zaczęły się kurczyć już pod koniec 2018 r. Sierpień i wrzesień bieżącego roku pokazują ogólny spadek wymiany handlowej już wynoszący około 8 proc. (w porównaniu z tym samym okresem ubiegłego roku), co oznacza najgorszy wynik od kryzysu finansowego panującego ponad dekadę temu.

Konsumpcja w odwrocie

Nie tylko handel, ale i inwestycje idą ostro w dół. Redukcja wymiany handlowej i niepewność związana z kondycją globalnej gospodarki przyczyniły się do ich znacznego zmniejszenia.
Według urzędu statystycznego dla Specjalnego Regionu Administracyjnego Hongkong, już w II kwartale bieżącego roku inwestycje skurczyły się o ponad 10 proc.
W kolejnym kwartale, według wstępnych danych opublikowanych niedawno, udział inwestycji w produkcie krajowym brutto spadł o 16,3 proc. w porównaniu z trzecim kwartałem ubiegłego roku.
Jak wskazuje Cinkciarz.pl, w ciągu ostatnich 45 lat tylko jeden raz inwestycje uległy tam silniejszemu spadkowi. Były to kwartały samego szczytu kryzysu azjatyckiego pod koniec ubiegłego stulecia.
Regionalny rząd starał się w ostatnich miesiącach ratować sytuację, zwiększając wydatki publiczne aż o 5,3 proc. (rok do roku) w III kwartale – najwięcej od 15 lat – ale i tak nie zapobiegło to załamaniu się całego wzrostu PKB.
Zamknięte ulice czy interwencje policji nie sprzyjają zakupom. Dotyczy to zwłaszcza towarów innych niż żywność i napoje. Sprzedaż zanurkowała o jedną czwartą. Turystów jest mniej o połowę
Ogólny poziom sprzedaży detalicznej obniżył się o 11,5 proc. w lipcu i 23 proc. w sierpniu (obie wartości w ujęciu do roku ubiegłego).
Sprzedaż dóbr trwałego użytku (elektronika, pojazdy, meble) spadła o 14,3 proc r/r w sierpniu, a ubrań o 32,1 proc r/r w tym samym miesiącu. O prawie jedną trzecią obniżyła się wartość sprzedaży w galeriach handlowych, a popyt generowany przez konsumentów na biżuterię, zegarki czy inne luksusowe towary spadł o 47,4 proc. w sierpniu – według oficjalnych danych tamtejszego urzędu statystycznego.
Ta ostatnia kategoria zakupów jest także dobrym miernikiem wydatków turystów, których ubywa.

Coraz rzadziej przyjeżdżają

Dane Rady Turystyki Hongkongu pokazują, że liczba odwiedzających Specjalny Region Administracyjny spadła we wrześniu o ponad 34 proc. – do 3,1 miliona. To drugi z rzędu po sierpniowym, ponad 30-procentowy spadek w ujęciu rok do roku.
Gros turystów odwiedzających Hongkong to obywatele Chin (70-80 proc.). Według Departamentu Handlu Hongkongu turysta wizytujący ten region wydaje średnio 6,6 tys. hongkońskich dolarów (ok. 3,3 tys. zł) na osobę podczas jednej wizyty (w 2018 r.), a w sumie ich wydatki sięgnęły w ubiegłym roku 328 mld dol. hongkońskich.
Na razie nie ma żadnych sygnałów, by sytuacja w turystyce ulegała poprawie. Bloomberg zacytował wypowiedź szefowej administracji Hongkongu Carrie Lam, mówiącej, że w pierwszej połowie października liczba osób odwiedzających region zmniejszyła się o około połowę w porównaniu z analogicznym okresem ubiegłego roku.
Uwzględniając olbrzymi udział turystyki w sprzedaży detalicznej, można oczekiwać, że tempo jej spadku utrzyma się na poziomie ok. 25 proc. w kolejnych miesiącach. Szacunki ekonomistów Bloomberga pokazują, że we wrześniu sprzedaż mogła zanurkować o 28,5 proc rok do roku.
Nałożenie się na siebie trzech negatywnych czynników – dramatu w handlu zagranicznym, załamania się inwestycji i spektakularnego spadku sprzedaży detalicznej – sprawia, że w ciągu III kwartału bieżącego roku PKB obniżył się o 3,2 w porównaniu z drugim kwartałem i o 2,9 proc. w porównaniu z tym samym okresem ubiegłego roku.

Raz już był tam kryzys

W ciągu ostatnich 30 lat Hongkong raz doświadczył głębszego spowolnienia – o 3,4 proc. na początku 2009 r. – ale kolejny kwartał to był już wzrost o 3,6 proc.
Biorąc pod uwagę, że dotychczasowe wstępne dane nie obejmują jeszcze wrześniowej sprzedaży detalicznej (publikacja na początku listopada), można oczekiwać, że zostaną one zrewidowane jeszcze w dół.
Nie ma też co liczyć na szybkie odbicie koniunktury w najbliższych tygodniach, tak jak to miało miejsce w 2009 r. Protesty trwają, inwestycję spadają, turyści wystrzegają się regionu. Obecna sytuacja może być zatem znacznie trudniejsza niż w szczycie kryzysu finansowego. Dane Banku Światowego z lat 1960-1990 pokazują, że Hongkong ani razu nie był wtedy w recesji. Również w latach 50. ze względu na niezwykle szybki rozwój i napływ siły roboczej, najprawdopodobniej także był to okres bez spadku PKB.
W rezultacie jest bardzo prawdopodobne, że obecny spadek aktywności gospodarczej będzie najsilniejszy od momentu okupacji Hongkongu przez Japonię i migracji ponad połowy ludności z tego regionu w pierwszej połowie lat 40. ubiegłego stulecia.
Biorąc pod uwagę skalę słabnięcia eksportu, zmniejszające się inwestycje czy spadek liczby turystów, trudno oczekiwać szybkiego powrotu na ścieżkę wzrostu produktu krajowego brutto.

Przedsiębiorcy wierzą w rozwój

Wiara góry przenosi, więc należy oczekiwać, że nieuchronne spowolnienie nieprędko dotrze do naszej gospodarki.

Przedsiębiorcy nie tracą dobrego nastroju. W III kwartale nastąpiła dalsza poprawa w ocenie sytuacji wśród firm produkcyjnych oraz budowlanych (którym sprzyja suche lato). Tu wskaźniki są wyższe, niż średnia (52,2 pkt.) i wynoszą odpowiednio 57,3 pkt. oraz 56,6 pkt.
W przypadku pozostałych czterech branż nastroje są mniej optymistyczne. Odczyt dla hotelarstwa i gastronomii wyniósł 55 pkt. (ubyło 8 pkt.), dla usług 49,5 pkt. (ubyło 4,9), a dla handlu 48,9 pkt. (ubyło 2,9 pkt.).
Różnicą między poprzednim pomiarem (z drugiego kwartału) a obecnym jest także to, że wówczas wartość indeksu dla każdej branży była wyższa niż 50 pkt. Teraz zaś nastroje są nieco bardziej zróżnicowane.
Takie rezultaty pokazuje „Barometr Europejskiego Funduszu Leasingowego”.
Barometr EFL jest syntetycznym wskaźnikiem informującym o skłonności małych i średnich firm do rozwoju (rozumianego jako wzrost sprzedaży i produkcji, ekspansja na nowe rynki, maksymalizacja zysków oraz inwestycje w środki trwałe).
Prognozowana na dany kwartał kondycja firm pozwala ocenić czy ich sytuacja będzie sprzyjać wzrostowi bądź działać hamująco.

Wyprodukujemy więcej

Istotny wzrost optymizmu można zaobserwować w branży produkcyjnej (o 5,5 pkt). Wartość indeksu dla produkcji wyniosła w III kwartale br. wyniosła 56,6 pkt., podczas gdy kwartał wcześniej 51,1 pkt. Wynik należy wszakże do jednych z niższych w historii pomiaru i daleko mu do rekordowego odczytu z II kwartału 2017 roku (69 pkt.).
Nieco bardziej optymistyczna ocena koniunktury w produkcji to przede wszystkim wynik pozytywnych prognoz co do inwestycji. Niemal 36 proc. zarządzających małym lub średnim biznesem produkcyjnym planuje więcej inwestować. Kwartał wcześniej taką deklarację złożył tylko co dziesiąty zapytany. W porównaniu do II kwartału spadł natomiast nieco odsetek osób liczących na wzrost zamówień – z 40 proc. do 36 proc.
Utrzymuje się popyt na usługi budowlane. W III kwartale br. indeks dla branży budowlanej wyniósł 57 pkt., czyli prawie tyle samo, co kwartał wcześniej (57,3 pkt.).
Ten dobry wynik notuje branża, o której od lat się mówi, że stoi na krawędzi bankructwa. Jest to najwyższy odczyt branżowy w tym kwartale, jednak pozostaje daleko od rekordowego wyniku z IV kwartału 2017 roku (66,7 pkt.). Na dobry wynik, podobnie jak w II kwartale, wpływ miał głównie sprzedażowy optymizm wśród firm budowlanych. Ponad 41 proc. spodziewa się wzrostu obrotów.
Co więcej, przewaga optymistów nad pesymistami, którzy obawiają się wyhamowania sprzedaży, wynosi aż 36,3 proc. Firmy budowlane mają take większy niż w poprzednim pomiarze apetyt na inwestycje. Ich wzrost planuje blisko 28 proc. zapytanych, w II kwartale wskaźnik ten wyniósł ponad 17 proc.

Obawy transportowców

Tradycyjnie, latem, gdy ludzie są na wakacjach i wozi się mniej towarów, najgorzej swoją sytuację oceniają firmy transportowe. Ich indeks wyniósł tylko 47,3 pkt., czyli o 6,5 pkt. mniej niż w poprzednim kwartale.
Jest to nie tylko najsłabszy wynik dla transportu w historii pomiaru (czyli od stycznia 2015 roku), ale również najniższy, biorąc pod uwagę wszystkie badane branże. Wpływa na to z pewnością obawa właścicieli polskich firm transportowych, że już wkrótce, zgodnie z normami unijnymi, będą musieli płacić swoim kierowcom tyle, ile się płaci na zachodzie.
Do tak słabego rezultatu przyczyniły się także prognozy dotyczące inwestycji. Tylko 8 proc. firm transportowych liczy na ich wzrost (w II kwartale br. 22 proc.). To najniższy wynik wśród wszystkich 6 branż. Natomiast spadku inwestycji spodziewa się aż 28 proc. przedsiębiorców. Mniej niż w poprzednim pomiarze jest również sprzedażowych optymistów – niecałe 29 proc., podczas gdy w drugim kwartale było ich prawie 38 proc.

Rozwój i stagnacja

– W grupie, w której znajdują się budownictwo, gastronomia i hotelarstwo oraz produkcja, został wyraźnie przekroczony tzw. próg ograniczonego rozwoju. To bardzo dobra wiadomość, w szczególności w przypadku produkcji przemysłowej, która jak wynika z ostatnich danych GUS, wyhamowała dosyć mocno w czerwcu. Drugą grupę, w której nie udało się osiągnąć poziomu 50 pkt. (wskazującego na rozwój), tworzą handel, transport i usługi. Tutaj przede wszystkim firmy transportowe coraz mocniej zaciągają hamulec – mówi Radosław Woźniak, wiceprezes EFL.
Także jednak i firmy handlowe zaczynają szukać „dna”. W III kwartale indeks barometru EFL dla handlu wyniósł 48,9 pkt. Jest to wynik słabszy niż w poprzednim kwartale (ubyło 2,9 pkt.). Jeszcze gorszy był jednak w I kwartale br. (48,2 pkt.). Tylko 18 proc. firm handlowych spodziewa się więcej inwestować, zaś przedstawiciele branży handlowej sygnalizują spadek zamówień.
W przypadku hotelarstwa i gastronomii branża, jak zawsze o tej porze, widzi koniec sezonu. W III kwartale jej indeks wyniósł 55 pkt. i był o 8 pkt. niższy niż w II kwartale br. Odsetek inwestycyjnych optymistów jest tu zaś o 5 pkt. niższy niż kwartał wcześniej.
W stagnacji są także firmy usługowe. Indeks barometru EFL dla usług wyniósł 49,5 pkt. i był o 4,9 pkt. niższy niż kwartał wcześniej. Jest to także jeden z najsłabszych wyników w historii pomiaru. Większe inwestycje planuje tylko 11 proc. firm usługowych, podczas gdy kwartał wcześniej mówiło o nich 33 proc. Na więcej zamówień liczy zaś ok. 29 proc. – w II kwartale odsetek ten był nieco wyższy i wyniósł 31 proc.

Mali widzą gorzej

Generalnie, im mniejsza firma, tym gorszy nastrój jej przedstawicieli. Indeks barometru EFL dla mikrofirm (najmniejszych przedsiębiorców zatrudniających do 9 osób) na III kwartał br. wyniósł tylko 49,8 pkt. i był niższy aż o 5,8 pkt. w porównaniu do II kwartału. Jest to już trzeci w ciągu 12 miesięcy pomiar, gdy wynik dla tej grupy przedsiębiorstw osiąga wartość poniżej progu rozwoju.
Tak niskich wyników „maluchy” nie odnotowały od początku realizacji badania (od stycznia 2015 roku) i bardziej niż firmy małe i średnie obawiają się pogorszenia własnej sytuacji finansowej w przyszłości. Odczyty dla małych i średnich firm wyniosły odpowiednio 51,8 pkt. oraz 56,1 pkt.
– Martwi to, że na przestrzeni ostatnich czterech kwartałów, w aż trzech indeksy dla „maluchów” nie osiągnęły wartości 50 punktów, czyli progu ograniczonego rozwoju. Takie zjawisko obserwujemy po raz pierwszy wśród wszystkich trzech grup. A w IV kwartale wskaźnik może być jeszcze niższy – mówi Radosław Woźniak.
Najmniejsze firmy obawiają się pogorszenia własnej sytuacji finansowej zwłaszcza wtedy, gdy widzą problemy u swoich większych kolegów, będących ich klientami. Docierają też do nich informacje z Niemiec, których gospodarka dostała lekkiej zadyszki.