Drużyna na medal

W rozegranym w sobotę konkursie drużynowym Letniej Grand Prix w Wiśle nowy trener polskiej reprezentacji Michal Doleżal miał powody do zadowolenia, bo jego podopieczni pokonali wyraźnie zespół Niemiec prowadzony od tego sezonu przez byłego selekcjonera biało-czerwonych, Austriaka Stefana Horngachera.

Pierwsze starty w nowym sezonie zawsze są wielką niewiadomą, ale na tegoroczną inaugurację Letniej Grand Prix kibice skoków narciarskich w Polsce czekali chyba z większym zainteresowaniem niż w kilku poprzednich latach. Ciekawiło ich jak wypadną nasi zawodnicy prowadzeni już przez nowego szkoleniowca, Czecha Michala Doleżala, który w marcu zastąpił na tym stanowisku Stefana Horngachera. Austriak jak powszechnie wiadomo po długich rozterkach ostatecznie wybrał pracę z reprezentacją Niemiec i właśnie konfrontacja jego zawodników z polskimi miała być hitem zmagań na skoczni imienia Adama Małysza w Wiśle.

Przed konkursem atmosferę podgrzał trochę prezes Polskiego Związku Narciarskiego Apoloniusz Tajner, pozwalając sobie na kilka krytycznych uwag pod adresem austriackiego szkoleniowca. A że przy okazji nie szczędził pochwał Doleżalowi, było jasne, że po zawodach nie obejdzie się bez porównań efektów pracy tych trenerów, do niedawna przecież pracujących wspólnie z polską kadrą.

Najbardziej miarodajnym sprawdzianem miał być sobotni konkurs drużynowy. Po piątkowych kwalifikacjach do niedzielnego turnieju indywidualnego trener Doleżal postanowił, że do żelaznego kwartetu naszych zawodników, czyli Kamila Stocha, Dawida Kubackiego i Piotra Żyły, dołączy skoczek z kadry B Aleksander Zniszczoł, który zaimponował dalekimi skokami.
Czeski szkoleniowiec nie popełnił kadrowej pomyłki, bo w polskim kwartecie nie zawiódł nikt. Najlepszy wynik uzyskał wyrastający na lidera naszej reprezentacji Kubacki, który skokami na odległość 131,5 oraz 128,5 m osiągnął najwyższą indywidualną notę w naszym zespole. Lepszy od niego był tylko rewelacyjny Rosjanin Jewgienij Klimow. W sobotę zdecydowanie dalej niż w piątkowych kwalifikacjach skakał Kamil Stoch. Szczególnie imponująca była druga próba trzykrotnego mistrza olimpijskiego, w której uzyskał aż 134,5 metra. W sumie obie próby zapewniły mu w „drużynówce” czwarty indywidualny wynik. Na Stochu większe wrażenie zrobiły jednak polski hymn odśpiewany przez polskich kibiców podczas dekoracji. „Śpiewać Mazurka Dąbrowskiego z tysiącami kibiców to niesamowite przeżycie, które nigdy się nie znudzi” – podkreślał lider naszej kadry.

Solidnie skakał też Piotr Żyła, który zaliczył 128 i 130 metrów i indywidualnie był szósty. Do swoich utytułowanych kolegów poziomem dostosował się też Zniszczoł. Jego skoki na odległość 125i 124,5 m też przyczynił się do triumfu biało-czerwonych, którzy wygrali konkurs drużynowy” z ogromna przewagą punktową nad drugą Słowenią i trzecią Norwegi. Dopiero na czwartej pozycji zawody ukończyli Niemcy, a za nimi uplasowali się Japończycy, Austriacy, Rosjanie i Czesi. Biało-czerwoni rzecz jasna objęli prowadzenie w klasyfikacji Pucharu Narodów LGP.

Niedzielny konkurs indywidualny zakończył się po zamknięciu wydania.

 

Koniec miłości do Stefana

Szef związku narciarskiego Apoloniusz Tajner w końcu szczerze przyznał, co sądzi o byłym trenerze kadry skoczków Stefanie Horngacherze. Prezes PZN stwierdził, że nie żałuje odejścia Austriaka.

W najbliższy weekend na skoczni w Wiśle odbędą się pierwsze zawody Letniej Grand Prix. W niedzielnym konkursie indywidualnym weźmie udział 12 naszych skoczków: Kamil Stoch, Dawid Kubacki, Maciej Kot, Piotr Żyła, Jakub Wolny, Stefan Hula, Paweł Wąsek, Klemens Murańka, Tomasz Pilch, Andrzej Stękała, Aleksander Zniszczoł i debiutujący w zawodach tej rangi Kacper Juroszek. Prezes Tajner jest optymistą w ocenie formy biało-czerwonych i zapewnia, że jest bardzo zadowolony z pracy wykonywanej przez obecnego szkoleniowca kadry, Czecha Michala Doleżala. Do tego stopnia, że pozwolił sobie nawet na publiczne wyrażenie kilku cierpkich uwag pod adresem poprzednika Doleżala, Stefana Horngachera, który wybrał pracę selekcjonera reprezentacji Niemiec. „W ogóle mi nie żal, że odszedł. Po zakończeniu zimowego sezonu nasi zawodnicy mieli trochę więcej wolnego. Po dwóch i pół roku pracy z Horngacherem troszeczkę zatem odpoczęli, bo przy nim nie było o tym mowy” – powiedział Tajner.

Sternik polskiego narciarstwa ujawnił przy okazji, że trener Doleżal od samego początku zamieszania z przedłużeniem kontraktu Horngachera z PZN był przygotowany i Zdecydowany na zajęcie miejsca austriackiego szkoleniowca. „Sytuacja ze Stefanem za bardzo się przeciągała. Wszyscy wiedzieliśmy, jak to się skończy, dlatego pozostał nam po tej sprawie niesmak” – podsumował prezes PZN.

Tajner chwali Doleżala za zmiany wprowadzone w pracy sztabów szkoleniowych wszystkich reprezentacji, ale dopiero wyniki konkursów w Wiśle zweryfikują jego opinie.

 

Horngacher już robi u Niemców

Stefan Horngacher w połowie ub. tygodnia został oficjalnie ogłoszony nowym trenerem niemieckiej kadry skoczków narciarskich. Dopiero teraz wyszło jednak na jaw, że do końca nie był jedynym kandydatem.

O negocjacjach z byłem trenerem polskiej kadry opowiedział Horst Huttel, dyrektor sportowy niemieckiej federacji narciarskiej. Potwierdził przy tym plotki, że faktycznie do samego końca Horngacher nie był jedynym kandydatem, bo równolegle negocjowano jeszcze z dwoma innymi trenerami. „Stefan był naszym priorytetem, ale decyzja nie była łatwa i nie została podjęta szybko, także dlatego, że jego odejście z polskiej kadry było bardzo emocjonalne” – przyznał Huttel w rozmowie ze branżowym portalem internetowym skispringen.com. Niemcy ostatecznie pozyskali Horngachera, ale stracili dwóch wartościowych członków sztabu szkoleniowego. Tropem odchodzącego Wernera Schustera podążą dwaj jego asystenci – Roar Ljoekelsoey i Korbinian Oefele. Pierwszy z wymienionych szkoleniowców dostał ofertę z Trondheim i teraz tam będzie pracował, natomiast Oefele, który jest fizjoterapeutą, otworzył własną działalność.

Trwają poszukiwania następców. Horngacher proponował posadę swojego asystenta Michalowi Doleżalowi, ale Czech jak wiadomo wybrał samodzielną pracę jako selekcjoner kadry Polski. Nowemu trenerowi niemieckiej reprezentacji odmówił też Ronny Hornschuch, który wolał pozostać trenerem kadry Szwajcarii. Interesująco brzmi opinia Huttela o Horngacherze. „Podczas rozmów z nim zauważyłem, jak bardzo się zmienił w ostatnich latach. Jego propozycje są treściwe i kładą nacisk na stronę techniczną. Na pewno jest mniej towarzyski niż Werner Schuster, ale stał się bardziej otwarty w kontaktach” – ocenia dyrektor sportowy niemieckiej federacji.

 

Czech porządzi w polskiej kadrze

Zmiana selekcjonera polskiej kadry skoczków dokonała się w jeden dzień. W niedzielę w Planicy, tuż po zakończeniu ostatniego w tym sezonie konkursu skoków, Stefan Horngacher w końcu wyjawił, że odchodzi i będzie pracował dla Niemców, a dosłownie chwilę potem Polski Związek Narciarski ogłosił, że Austriaka zastąpi jego asystent, Czech Michal Doleżal.

Doleżal urodził się 11 marca 1978 roku w Jabloncu nad Nysą. Jako skoczek narciarski nie odniósł sukcesów. Jego najlepszy występ miał miejsce na igrzyskach olimpijskich Nagano 1998, gdzie w konkursach indywidualnych zajął ósme i jedenaste miejsce. W Pucharze Świata najlepszym jego rezultatem była siódma pozycja wywalczona 18 grudnia 1999 roku w Zakopanem. Sportową karierę zakończył po sezonie 2006-2007. Do sztabu szkoleniowego reprezentacji Polski trzy lata temu ściągnął go Horngacher. Teraz Czech dostał szansę wykazania się w roli pierwszego trenera.

„Marzyłem o takiej pracy, ale nie sądziłem, że nastąpi to tak szybko. Stefan zadecydował jednak jak zadecydował. Jestem gotowy, choć wiem, że rzucono mnie na głęboką wodę. Mam jednak do dyspozycji świetny sztab, nie mówiąc o wspaniałych skoczkach. Mam jednak świadomość, że czeka mnie nie lada wyzwanie, żeby sprostać oczekiwaniom. Skoki narciarskie w Polsce to coś niesamowitego, ale panuje w nich też wielka presja wyników. Zrobię wszystko, żeby nadal były one zadowalające dla kibiców, zawodników i moich przełożonych. W życiu trzeba podejmować się takich wyzwań” – przekonywał Doleżal w pierwszych medialnych wypowiedziach po objęciu posady.

Doleżal wyjawił, że rozmowy na temat objęcia przez niego polskiej kadry zaczęły się podczas mistrzostw świata w Seefeld. W sztabie Horngachera Czech odpowiadał przede wszystkim za sprawy sprzętowe. „Nie przeczę, że jestem specjalistą od sprzętu, ale potrafię też pracować z zawodnikami. Stefan świetnie prowadził reprezentację, był znakomitym szefem, dlatego zamierzam kroczyć wytyczoną przez niego drogą. Trenerem jestem już odwiele lat, ale przez ostatnie trzy naprawdę wiele się nauczyłem” – zapewnia Doleżal.

Nowy selekcjoner biało-czerwonych zamierza jednak wdrożyć własne pomysły. „Nie chcę być jedynie trenerem kadry A, chciałby też mieć wpływ na cały system szkolenia, od samego dołu. Nie przejmuje się faktem, że polska kadra jest jedną z najstarszych w stawce Pucharu Świata. W Czechach pracowałem z jeszcze starszymi skoczkami. Nie zaglądam zawodnikom w metrykę, dzielę ich wyłącznie na dobrych i złych. Przed nikim nie zamykam drzwi do kadry. Teraz zawodnicy dostali kilka dni wolnego, a do treningów wrócimy na początku kwietnia” – zapewnia trener polskiej kadry.

Po trzech latach wielkich sukcesów osiąganych pod wodza Horngachera działacze Polskiego Związku Narciarskiego musieli dokonać trudnego wyboru. Postawili na Doleżala i do pierwszych zawodów w Letniej Grand Prix będą żyć w niepewności, czy był to słuszny wybór. „Myśleliśmy też o szkoleniowcu z zewnątrz, ale zwyciężyła koncepcja z Dolezalem. On ma wszelkie kwalifikacje. Sztab poparł nasz wybór, a skoczkowie powiedzieli, że mają do nas pełne zaufanie i zaakceptują każdą decyzję, jaka podejmiemy” – zdradził prezes PZN Apoloniusz Tajner. Pozostaje zatem czekać na efekty tej decyzji.

 

Koniec ery Horngachera

W Planicy nasi skoczkowie zwycięstwem w konkursie drużynowym przypieczętowali swój triumf w klasyfikacji generalnej Pucharu Narodów. Po niedzielnym konkursie indywidualnym Stefan Horngacher wreszcie ogłosił decyzję, której wszyscy się spodziewali. On wybrał pracę dla Niemców, a polską kadrę poprowadzi Czech Michal Doleżal.

Po trzech latach pracy z reprezentacją Polski trener Stefan Horngacher ogłosił, że nie przedłuży kontraktu z Polskim Związkiem Narciarskim i nie będzie już trenerem naszych skoczków. Od nowego sezonu austriacki szkoleniowiec będzie prowadził kadrę Niemiec. „Ogłaszam oficjalnie, że nie będę kontynuować pracy z polską kadrą. Chcę podziękować całemu zespołowi, moim współpracownikom, kolegom, zawodnikom, mojemu przyjacielowi Adamowi Małyszowi. Te trzy lata to był najlepszy okres w mojej karierze trenerskiej. Tym razem musiałem podjąć decyzję sercem, a ono jest w Niemczech, bo tam mam rodzinę i większe perspektywy na przyszłość. Na razie nie mogę powiedzieć nic na temat nowego kontraktu. Czekają mnie jeszcze spotkania i niemiecka strona wkrótce poda szczegóły. Zachowam jednak w pamięci wszystkie zdobyte medale i odniesione zwycięstwa z polskimi zawodnikami, zwłaszcza pierwsze w konkursie drużynowym w Klingenthal i to ostatnie, w sobotę w Planicy. Dziękuję bardzo wszystkim kibicom w Polsce za wieloletnia życzliwość” – powiedział na pożegnanie Horngacher.

Trzy lata spektakularnych sukcesów

Austriacki trener przejął kadrę Polski przed sezonem 2016-2017. Namówił go do tego Adam Małysz, który właśnie po czteroletniej przygodzie z rajdami samochodowymi wrócił na łono PZN w roli dyrektora sportowego. Była to ryzykowna decyzja, bo 46-letni wtedy Horngacher wcześniej nie prowadził samodzielnie żadnej kadry narodowej – był wyłącznie asystentem w Austrii i Niemczech. W sezonie 2004-2005 pracował w Polsce z zespołem B.

Nasz legendarny skoczek miał jednak nosa, bo zatrudnienie Horngachera okazało się jedną z najlepszych decyzji, jakie polski związek podjął w ostatnich latach. Już pierwszy rok jego pracy przyniósł fantastyczne wyniki. Na wysokim poziomie i na dodatek regularnie zaczęli skakać inni zawodnicy – Dawid Kubacki, Piotr Żyła, Maciej Kot, Stefan Hula i Jakub Wolny, dzięki czemu polskie skoki nie stały już tylko Stochem, a nasza reprezentacja zaczęli się liczyć także w rywalizacji drużynowej.
Biało-czerwoni dwa lata temu w Lahti po raz pierwszy w historii wywalczyli drużynowe mistrzostwo świata, a Piotr Żyła w nieudanym dla Kamila Stocha konkursie indywidualnym wywalczył brązowy medal na dużej skoczni. W ubiegłym roku w Pjongczangu po złoty medal olimpijski sięgnął Kamil Stoch, zaś z kolegami wywalczył brąz w konkursie drużynowym. Ponadto Stoch zdobył „Kryształową Kulę” za triumf w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata, wygrał po raz drugi z rzędu Turniej Czterech Skoczni i triumfował w cyklu Raw Air.

W tegorocznych mistrzostwach świata w Seefeld mistrzem świata na małej skoczni został Dawid Kubacki, a Stoch zdobył srebrny medal. Pożegnalny sezon pod wodza Horngachera nasi skoczkowie kończą na pierwszym miejscu klasyfikacji Pucharu Narodów i trzema zawodnikami w pierwszej piątce klasyfikacji generalnej Pucharu Świata (trzeci jest Stoch, czwarty Żyła, a Kubacki piąty).

Doleżal obiecuje, że będzie lepiej

Nowy trener polskiej kadry Michal Doleżal był asystentem Horngachera od 2016 roku, a wcześniej prowadził czeską kadrę B. Nowy selekcjoner biało-czerwonych przyznał, że prowadził rozmowy z Polskim Związkiem Narciarskim na temat przejęcia funkcji pierwszego trenera już od mistrzostw świata w Seefeld. „Odczuwam ekscytację i dużą odpowiedzialność, ale nie boję się takich wyzwań, bo mam bardzo mocny sztab współpracowników i wszyscy będziemy pracować tak, jak dotąd pracowaliśmy, a może nawet jeszcze lepiej. Jeśli chodzi o przygotowanie motoryczne, to będziemy kontynuować to, co robiliśmy wcześniej. Nie możemy stać w miejscu i mam nadzieję, że zawodnicy to zaakceptują. Mamy pewne pomysły, ale najpierw muszę je omówić z profesorem Haraldem Pernitschem. Dla mnie to bardzo ważne, że zostaje z nami i jest bardzo zmotywowany do dalszej pracy z polską kadrą. W przyszłym tygodniu spotkamy się całą grupą i będziemy planować pracę przed nowym sezonem”. – powiedział Doleżal.

Puchar Świata:
1. Ryoyu Kobayashi (Japonia) – 2085 pkt
2. Stefan Kraft (Austria) – 1349
3. Kamil Stoch – 1288
4. Piotr Żyła – 1131
5. Dawid Kubacki – 988
6. Robert Johansson (Norwegia) – 974
7. Markus Eisenbichler (Niemcy) – 937
8. Johann A. Forfang (Norwegia) – 892
8. Timi Zajc (Słowenia) – 833
10. Karl Geiger (Niemcy) – 765

22. Jakub Wolny – 328
40. Stefan Hula – 69
47. Maciej Kot – 25
67. Paweł Wąsek – 4

Puchar Narodów:
1. Polska – 6083 pkt
2. Niemcy – 5650
3. Japonia – 4813
4. Austria – 4530
5. Norwegia – 3936
6. Słowenia – 3736
7. Szwajcaria – 1467
8. Czechy – 1056
9. Rosja – 867
10. Finlandia – 396
11. Bułgaria – 134
12. USA – 18
13. Kanada – 18
14. Estonia – 12
15. Włochy – 7.

Pożegnalne loty w Planicy

Stefan Horngacher w czwartek przed kwalifikacjami do piątkowego konkursu na mamuciej skoczni w Planicy oświadczył, że w niedzielę w końcu poinformuje, czy pozostanie na stanowisku trenera polskiej kadry.

Horngacher wyjaśnił, że nie chce swoimi sprawami rozpraszać kadrowiczów i dlatego ogłoszenie decyzji odłożył do niedzieli. W Planicy do żelaznej w tym sezonie piątki reprezentantów, czyli Kamila Stocha, Dawida Kubackiego, Piotra Żyły, Jakuba Wolnego i Stefana Huli, dołączył niespodziewanie „odstrzelony” z kadry przed mistrzostwami świata w Seefeld Maciej Kot. Biało-czerwoni na słoweńskiej skoczni nie mają wiele do zdobycia. Rywalizacja w Pucharze Świata została już rozstrzygnięta i wygrał już w cuglach Japończyk Ryoyu Kobayashi, a Kamil Stoch co najwyżej może się jeszcze pościgać z Austriakiem Stefanem Kraftem o drugie miejsce, które stracił na jego rzecz po nieudanym starcie w norweskim cyklu Raw Air.

Wprawdzie na mamuciej skoczni w Planicy zawodnicy też rywalizować będą w miniturnieju „Planica Seven”, w którym rok temu triumfował Stoch, lecz nasz trzykrotny mistrz olimpijski na koniec sezonu nie jest w formie dającej nadzieję na obronę tytułu. Nawiasem mówiąc w żadnej jego części w takiej formie nie był, bo przecież nie obronił tytułu w Turnieju Czterech Skoczni i Raw Air.

Faworytem do wygrania serialu siedmiu skoków ma mamuciej skoczni jest Ryoyu Kobayashi, który skokiem na odległość 248 m w cuglach wygrał czwartkowe kwalifikacje do piątkowego konkursu i został pierwszym liderem cyklu „Planica 7”. Z naszych skoczków najdalej poszybował Piotr Żyła, który uzyskał 247,5 m i ustanowił swój nowy życiowy rekord. Niestety, przy lądowaniu miał podpórkę i dostał słabe noty, przez co zajął dopiero 10. lokatę.

Drugie miejsce w kwalifikacjach zajął Niemiec Markus Eisenbichler, któremu, podobnie jak Kobayashiemu, udało się ustać lot na 248 m. Trzeci był Słoweniec Timi Zajc (239 m), czwarty Austriak Stefan Kraft (232 m), a piąty Słoweniec Domen Prevc (228 m). Dwie kolejne lokaty zajęli Stoch (224 m) i Kubacki (229 m). Z biało-czerwonych do piątkowego konkursu awansowali też Jakub Wolny (18. miejsce, 209 m) i przywrócony do kadry A Maciej Kot (31. miejsce, 215 m). Nie zakwalifikował się jedynie Stefan Hula, który zaliczył tylko 178,5 m i zajął 64. miejsce.

Stoch ma jeszcze szansę na zdobycie małej „Kryształowej Kuli” w klasyfikacji lotów narciarskich, zaś nasza reprezentacja jest o krok od triumfu w Pucharze Narodów. Biało-czerwoni mają zatem o co walczyć w Planicy.

 

Ryoyu Kobayashi pierwszy przy kasie

Najwięcej w tym sezonie zarobił triumfator Pucharu Świata Ryoyu Kobayashi – 228 733 franków szwajcarskich. Kamil Stoch na liście płac FIS z kwotą 144 600 franków jest trzeci.

Za turniej w Norwegii, który odbywał się na skoczniach w Oslo, Lillehammer, Trondheim i mamucie w Vikersund (cztery konkursy indywidualne i dwa drużynowe), Japończyk otrzymał nagrodę dodatkową w postaci 60 tysięcy euro. Wcześniej dodatkowym bonusem został nagrodzony za triumf w Turnieju Czterech Skoczni (20 tys. franków szwajcarskich). W rywalizacji PŚ zarobił ponadto 228 733 franków (około 869 tys. złotych). Drugie miejsce na liście płac zajmuje Austriak Stefan Kraft (177 800 franków). Kamil Stoch w 34 konkursach zarobił 144 600 franków (ok. 549 500 zł). Za nim na liście płac plasują się dwaj Polacy – Piotr Żyła (124 350 franków) i Dawid Kubacki (116 300 franków). Czołowa czwórka najlepiej zarabiających zawodników to także najlepsi skoczkowie w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata.

Pozostali skoczkowie kadry Stefana Horngachera zarobili już znacznie mniej – Jakub Wolny zainkasował 43 400 franków premii (ok. 165 000 zł), Maciej Kot 6950 franków (ok. 26 500 zł), Stefan Hula 6900 franków (ok. 26 000), a Paweł Wąsek zaledwie 400 franków (ok. 1500 zł).

Międzynarodowa Federacja Narciarska (FIS) za pierwsze miejsce w konkursie indywidualnym wypłaca premię w wysokości 10 tys. franków szwajcarskich, za drugie osiem tysięcy, a za trzecie sześć tysięcy. Ostatnią, 30. lokatę w serii finałowej FIS wycenia na 100 franków. Triumf w drużynie to 7500 franków. Nie są to wygórowane stawki w porównaniu choćby z narciarstwem alpejskim. Za każde zwycięstwo na stoku FIS płaci 45 tys. franków szwajcarskich.

 

Horngacher chyba przekombinował

Stefan Horngacher stracił najważniejsze atuty w grze o posadę. Negocjując kontrakt z niemiecką federacją miał w odwodzie nie mniej intratna ofertę Polskiego Związku Narciarskiego. Teraz jednak sytuacja się zmieniła, bo PZN już znalazł ewentualnego następcę, a Niemcy z tego skorzystali i mocno zubożyli swoją wcześniejszą ofertę.

Prezes PZN Apoloniusz Tajner jeszcze w trakcie mistrzostw świata w Seefeld przyznał, że szanse na zatrzymanie Horngachera są niewielkie. Austriak trzymał jednak polskich pracodawców w szachu, bo mimo wcześniejszych obietnic nie zdradził swoich zamiarów. I chyba mocno tym zachowaniem wkurzył Tajnera i Adama Małysza, bo od poniedziałku w polskich mediach zaczęły pojawiać się informacje, że działacze PZN zaczęli intensywne poszukiwania nowego selekcjonera kadry skoczków. Wedle nich najpoważniejszym kandydatem na objęcie tej posady jest czeski asystent Horngachera Michal Doleżal.

Tymczasem szefowie niemieckiej federacji podczas negocjacji z Horngacherem zaczęli stawiać weto niektórym jego oczekiwaniom, co ponoć mocno zirytowało austriackiego trenera. Do tego stopnia, że zaczął na nowo rozważać przedłużenie kontraktu z Polakami. Problem w tym, że Tajner nie jest już dla niego taki miły. Owszem, oficjalnie podtrzymuje wersję, że nadal czeka na ostateczną decyzję Horngachera, ale po cichu wraz z Małyszem szykują się do zmiany. W sumie to będzie ona niewielka, bo cały sztab chce zostać, trzeba mu tylko zmienić głowę.

 

Chwała skoczkom

W zakończonych w niedzielę mistrzostwach świata w narciarstwie klasycznym w klasyfikacji medalowej triumfowała ekipa Norwegii, która zdobył aż 25 krążków, w tym 13 złotych. Polska z dorobkiem dwóch medali (złoto Dawida Kubackiego i srebro Kamila Stocha) zajęła czwarte miejsce.

Piątkowy konkurs na normalnej skoczni w Seefeld był ostatnią szansą Polaków na zdobycie medalu. Gwoli przypomnienia – na dużej skoczni w Insbrucku biało-czerwoni nie zdobyli żadnego trofeum. W konkursie indywidualnym najlepszy z nich Kamil Stoch był tylko piąty, a w „drużynówce” nasz zespół zajął czwarte miejsce. Nadzieje na medalowe zdobycze dawały jednak skoki treningowe i kwalifikacyjne na obiekcie w Seefeld. w czwartkowych kwalifikacjach Stoch był trzeci, a Kubacki czwarty. Z kolei na ostatnim treningu tuż przed zawodami Stoch osiągnął najlepszy wynik (104,5 m), Stefan Hula (100 m) był dziewiąty, Dawid Kubacki trzynasty, a Piotr Żyła skoczył dokładnie tyle samo co Kubacki (98 m), ale w znacznie korzystniejszych warunkach i dało mu to 21. pozycję.

Śnieg i wiatr pomieszały szyki

Casino Arena w Seefeld jest skocznią o punkcie K zlokalizowanym na 99. metrze. Jej aktualnym rekordzistą jest Marjan Jelenko ze Słowenii, który w 2010 roku skoczył tu 114,5 metra. Uwagę zwraca przede wszystkim rozmiar austriackiej skoczni. Dla porównania obiekt normalny, na którym rozgrywano konkurs mistrzostw świata przed dwoma laty w Lahti, punkt K ma umiejscowiony na 90. metrze, zaś jego wielkość zmierzono na 100 metrów. Identycznymi parametrami co do rozmiaru, charakteryzuje się też skocznia w Falun, gdzie zawodnicy przystąpili do wyścigu o tytuł mistrza świata w 2015 roku. W Seefeld mogliśmy więc oglądać wyjątkowo dalekie skoki jak na obiekt tej kategorii, ale nie pozwoliła na to wyjątkowo kapryśna aura.
Obfite opady śniegu wywróciły jednak do góry nogami hierarchię i skaczący na końcu najmocniejsi w stawce zawodnicy, w tym trójka Polaków – Stoch, Dawid Kubacki i Piotr Żyła – w fatalnych warunkach osiągała wyniki gorsze od startujących na początku w lepszych warunkach słabeuszy. Kubacki po pierwszej serii zajmował dopiero 27. miejsce, Stoch 18. Na niewiele zdawało się trzykrotne podnoszenie belki. Poza tym zmienił się gwałtownie kierunek wiatru. Gdy najlepsi Polacy oddawali swe skoki w I serii, zaczęło wiać z tyłu. „System nas rozłożył po raz kolejny. Patrząc na warunki, nasi praktycznie nie mieli szans. Chłopcy opowiadali, że trzymało ich na rozbiegu tak mocno, że to aż niewiarygodne. Na dodatek, zmienił się wiatr z przedniego na tylny i nie mieli z czego odlecieć. Pokazał to zresztą Geiger, który również był bezradny” – stwierdził wyraźnie wzburzony przebiegiem rywalizacji Adam Małysz.

Los nagrodził pokrzywdzonych
Ale w serii finałowej los nagle uśmiechnął się do pokrzywdzonych i wszystko się przewróciło do góry nogami. Kubacki z 27. miejsca awansował na pierwsze, a Stoch z 18. na drugie. Trzecie miejsce na podium zajął Austriak Stefan Kraft. Nic dziwnego, że po takich rozstrzygnięciach głębokie oburzenie zaczęli objawiać Niemcy, a burczeli nawet powściągliwi zwykle Japończycy, co nie dziwi, bo Ryoyu Kobayashi z pierwszego miejsca po pierwszej serii zleciał do drugiej dziesiątki. „Dla mnie to było niemożliwe, żeby pokonać tyle miejsc i zostać mistrzem świata. Te zawody były bardzo dziwne. Nigdy wcześnie nie widziałem czegoś takiego. Fatalna pierwsza seria, wydawało się, że nie mamy szans w drugiej, tymczasem wszystko się odwróciło. Wielkie gratulacje dla naszych zawodników” – powiedział po zawodach wyraźnie zadowolony trener naszej kadry Stefan Horngacher. Austriak nie omieszkał jednak dodać, że takich loteryjnych konkursów nikt nie potrzebuje, a przecież zawody można było przenieść na niedzielę. ”Pierwsza seria była niesprawiedliwa dla nas, druga dla Geigera, Kobayashiego i innych skoczków. Zawody były przez to nie fair” – przyznał austriacki szkoleniowiec.
Co kombinuje Horngacher?
W sobotę Stoch i Kubacki wystartowali raz jeszcze, w konkursie drużyn mieszanych. Obok świeżo upieczonych mistrza i wicemistrza świata w polskiej drużynie, która po raz pierwszy wzięła udział w zawodach tej rangi, znalazły się 17-letnia Kamila Karpiel i rok od niej starsza Kinga Rajda. Po pierwszej serii skoków biało-czerwoni, głównie rzecz jasna za sprawą znakomicie i daleko skaczących Kubackiego i Stocha, zajmowali sensacyjne trzecie miejsce, ale ostatecznie wywalczyli znakomite szóste miejsce (na trzynaście startujących w zawodach ekip). Dzięki temu nasze młode skoczkinie otrzymają za zdobycie punktowanego miejsca w mistrzostwach świata stypendium i będą miały lepsze warunki do treningów. Kto wie, może w następnym czempionacie nasza drużyna będzie już w stanie powalczyć o medale. A w Seefeld złoty medal zdobyła reprezentacja Niemiec, srebrny Austriacy, a brązowy medal Norwegowie.

Przyzwoity wynik uzyskał też w rywalizacji drużynowej nasza drużyna kombinatorów norweskich w składzie: Adam Cieślar, Paweł Twardosz, Paweł Słowiok i Szczepan Kupczak, która zajęła ósme miejsce. Wygrali Norwegowie, przed Niemcami i Austriakami. Nasi zawodnicy nie kryli jednak radości, bo rok temu w olimpijskim starcie w Pjongczangu zajęli dziewiąte miejsce. Do ósmego, które zapewnia prawa do stypendium, zabrakło im niespełna 11 sekund. Dla nich głównym celem w austriacki czempionacie było właśnie ósme miejsce. Ciekawe, czy mając już stypendium poprawią ten wynik.

A polscy kibice wciąż czekają na informację, co dalej z Horngacherem. Mimo zapowiedzi austriacki trener po mistrzostwach nie zdradził swoich planów na przyszłość.

 

Skoczkowie bez medalu

W sobotnim konkursie indywidualnym nasi reprezentanci wypadli poniżej oczekiwań. Najlepszy z nich, Kamil Stoch, zajął dopiero piąte miejsce. Niedzielny konkurs drużynowy miał poprawić nam humory. Nie poprawił. Biało-czerwoni zajęli dopiero czwartą lokatę.

Znakomita postawa naszych skoczków w Pucharze Świata dawała mocne podstawy do snucia medalowych planów w tegorocznych mistrzostwach świata w Seefeld. Dla kibiców sportów zimowych było oczywiste, że jeśli w Austrii biało-czerwoni wywalczą jakiś krążek, to zrobią to wyłącznie skoczkowie. W biegach narciarskich i kombinacji norweskiej nie było na to żadnych szans, chociaż w sztafecie drużynowej swój start zapowiedziała Justyna Kowalczyk.

Starczyło sił na 10. miejsce

W niedzielny poranek odbyła się rywalizacja w sprincie drużynowym. Dla Justyny Kowalczyk udział w tych zawodach był powrotem do zmagań z najlepszymi zawodniczkami na świecie ze sportowej emerytury. Jej partnerką była utalentowana juniorka Monika Skinder. W pierwszym biegu na liście startowej znalazły się reprezentantki Norwegii, Szwecji, Finlandii, Niemiec, Włoch, Kanady, Kazachstanu, Słowacji i Wielkiej Brytanii. W drugim biegu półfinałowym oprócz reprezentantek Polski na liście startowej znalazły się Amerykanki, Rosjanki, Szwajcarki, Słowenki, Białorusinki, Ukrainki, Czeszki, Chinki i Tajki.

Na pierwszej zmianie pobiegła Kowalczyk. Najbardziej utytułowana polska biegaczka w historii wyprowadziła nasz zespół na prowadzenie. Skinder na drugiej zmianie przybiegła już jednak jako trzecia, ale jej strata do najlepszych nie była jeszcze dużą. Biegnąca na piątej zmianie Kowalczyk utrzymała piątą lokatę, a Skinder powtórzyła wyczyn swojej trenerki i tak oto Polki awansowały do finału. Z przedostatnim czasem w dziesięciozespołowej stawce, więc nikt na medale nie liczył. Nawet nasza „Królowa zimy” uczciwie przyznawała, że będzie zachwycona jeśli wywalczą ósma lokatę.

Ostatecznie w finale sprintu drużynowego techniką klasyczną Kowalczyk i Skinder zajęły ostatnie, dziesiąte. Po fantastycznym finiszu wygrały Szwedki (Stina Nilsson, Maja Dahlqvist), przed Słowenkami (Katja Visnar, Anamarija Lampic) i Norweżkami (Ingvild Flugstad Oestberg, Maiken Caspersen Falla). Kolejne miejsca zajęły Rosjanki, Amerykanki, Niemki, Finki, Szwajcarki i Białorusinki. Biegnąca na ostatniej zmianie 18-letnia Skinder minęła linię mety z ogromną stratą nawet do przedostatnich Białorusinek, ale biorąc pod uwagę, że dla niej był to pierwszy finał mistrzostw świata, to już samo miejsce wśród najlepszych duetów można uznać za sukces. Naszym biegaczom, Dominik owi Buremu i Maciejowi Starędze, nie udało się nawet przebrnąć do półfinału. Sprint drużynowy mężczyzn wygrali Finowie Emil Iversen i Johannes Hoesflot Klaebo. Na podium stanęli jeszcze Rosjanie i Włosi.

Cała nadzieja w skoczkach

Nic zatem dziwnego, że fani sportów zimowych z niecierpliwością czekali na zaplanowany na niedzielne popołudnie konkurs drużynowy w skokach narciarskich. Ale i z uzasadnionym niepokojem, bowiem dzień wcześniej nasi skoczkowie nie zachwycili w konkursie indywidualnym na dużej skoczni. Mistrzostwo świata na tym obiekcie wywalczył Markus Eisenbichler. Niemiec, który był drugi po pierwszej serii, wyprzedził swojego rodaka Karla Geigera oraz rewelacyjnie skaczącego ostatnio Szwajcara Killiana Peiera. Kamil Stoch zdołał awansować o dwa miejsca, ale ostatecznie zajął piątą lokatę. Po wnikliwej analizie pojawiły się jednak wątpliwości, czy sędziowie nie skrzywdzili trzykrotnego mistrza olimpijskiego, odbierając mu przy pomiarze odległości półtora metra oraz przy wyliczaniu współczynników za wiatr. Gdyby skoki naszego najlepszego skoczka oceniono rzetelnie, mógłby wywalczyć nawet srebrny medal. Podobne pretensje mógł mieć też lider Pucharu Świata Japończyk Ryoyu Kobayashi, którego też jurorzy skrzywdzili w ocenach.

Pozostali polscy skoczkowie nawet nie zbliżyli się do podium. Dawid Kubacki był 12., Piotr Żyła zajął odległą 19. lokatę, a Jakub Wolny nie zakwalifikował się nawet do serii finałowej i zakończył rywalizację na 40. miejscu. Słaby występ kosztował go utratę miejsce w kadrze na niedzielny konkurs drużynowy. Wolnego zastąpił Stefan Hula. Jak się później okazało nie była to fortunna zmiana. Dwa lata temu w Lahti mistrzostwo świata na dużej skoczni zdobył Austriak Stefan Kraft przed Niemcem Andreasem Wellingerem, a Piotr Żyła wywalczył brązowy medal. W tym roku w Seefeld żaden z nich nie powtórzył tych wyników.

Pół drużyny zawiodło

Dla polskich kibiców niepokojące było także to, że po zsumowaniu wyników w konkursie indywidualnym nasz kwartet nie zmieścił się jako drużyna w czołowej trójce, a to nie była dobra wiadomość przed niedzielnym konkursem drużynowym. Już po pierwszej serii stało się jasne, że biało-czerwoni nie obronią mistrzowskiego tytułu zdobytego dwa lata temu w Lahti. Skaczący poprawnie, ale znacznie poniżej swoich możliwości oraz słabiej na tle najlepszych rywali Dawid Kubacki i Kamil Stoch nie byli w stanie nadrobić strat w punktacji, jakie poczynili startujący na dwóch pierwszych zmianach Piotr Żyła i zwłaszcza Stefan Hula. Przed drugą serią nasza drużyna zajmowała dopiero czwarte miejsce, a na domiar złego Żyła zaliczył jeszcze słabszy skok niż w pierwszej próbie, a Hula poprawił się tylko nieznacznie. Kubacki i Stoch mogli już powalczyć jedynie o brązowy medal z Japończykami, bo Niemcy i Austriacy byli już poza zasięgiem. Niestety, 126,5 m Kubackiego i 122,5 m Stocha starczyły na utrzymanie tylko 4. miejsca. Kiedyś byłby to sukces, dzisiaj taki wynik to klęska.