Słowacki gol prezydenta Dudy

W czasie, kiedy nasi chłopcy, pod wodzą Portugalczyka, brylowali na boisku ze Słowacją, nasz kraj, Polska, reprezentowany przez Andrzeja Dudę na konferencji międzynarodowej na Słowacji, został wreszcie zauważony. I dobrze. Bo prezydent poruszył wątek, który i mnie dość mocno ostatnio zastanawia. Dodać na koniec należy, że Polacy ze Słowakami na boisku przegrali, a w drużynie naszych rywali występował nie kto inny jak…Ondrej Duda. Prowokacja? Przypadek? Jedno i drugie? 

Zaprawdę, nie wiem jak to wszystko wytłumaczyć. Tyle dziwnych zbiegów okoliczności, za dużo jak na jeden raz. Tak czy inaczej, w Bratysławie, Andrzej Duda, Polak, nie mylić ze Słowakiem-Ondrejem, piłkarzem zawodowym, łaskaw był zawrzeć w swoim przemówieniu pewną wątpliwość, tyczącą się tego, czy to, że mamy dziś w Polsce przyrosty covidowe rzędu 200-300 przypadków dziennie, podobnie jak to miało miejsce w zeszłym roku, jest wyłącznie zasługą powszechnego programu szczepień, czy może pomaga nam w tym…geografia. Jest bowiem tak, jak przytomnie zauważył prezydent, że w zeszłym roku, kiedy nie szczepiono ludzi, bo nie było jeszcze czym, po fali zimowej i wiosennej pierwszego żniwa zarazy, w lato wirus nieco odpuścił. Ba, zrobił to na tyle roztropnie, że nawet premier dał się nabrać, i w szczycie kampanii wyborczej ogłosił, że wirusa już nie ma; poszedł sobie i nie wróci. Parę miesięcy później ten jednak znowu się pojawił, i do marca trzymał za pysk cały kraj, żeby swe apogeum osiągnąć na wiosnę, w kwietniu, dając chwilę wytchnienia po Nowym Roku. Tak to już bowiem bywa z transmisją wirusów, jak mniemał polski prezydent na słowackiej ziemi, że w niektórych krajach, tam zwłaszcza, gdzie jest klimat mieszany, ludzie zapadają na nie częściej, gdy mają nieco osłabioną odporność. Np. na grypę sezonową, zapada się w Polsce w okresach przejścia z jesieni w zimę i zimy w wiosnę.

Przypomnijmy: grypa, podobnie jak covid, też jest wirusem, więc radzi sobie u nas całkiem nieźle od wielu lat. Są wszak w sprzedaży szczepionki na grypę, ale sięga po nie jedynie dwa procent ogółu Polaków. Na covid zaszczepiło się już dużo więcej. Na szczęście. Ten jednak wciąż istnieje i zaraża. I zdradzę Państwu sekret: nadal będzie zarażał. Jest bardzo dużo szansa, że podobnie jak z grypą, na jesieni, kiedy ludzie zaczynają smarkać i kichać, covid znowu zwiększy zasięgi. Wie o tym doskonale prezydent Duda i nieśmiało daje do zrozumienia, że należy nauczyć się z tym żyć. Szczepić się oczywiście, w miarę możliwości, ale nie dać się zwieść, że pandemię zwalczymy raz na zawsze, co to, to nie. Zaczyna również podobne sygnały wysyłać i minister Niedzielski, wspominając, że jesteśmy blisko osiągnięcia odporności stadnej, bo ponad 60 proc. społeczeństwa ma już przeciwciała. Jeszcze pół roku temu, na dźwięk słów „odporność stadna” i jej przydawki, odsądzono by każdego polityka od posiadania mózgu w czaszce, a dziś sam minister zdrowia zaczyna głośno o tym mówić. Oczywiście, są na straży tępi mądrale, którzy każą się Polakom bać jak najdłużej; ot, np. Włodzimierz Cimoszewicz, który po wynurzeniach prezydenta o sprzyjającym klimacie, każe mu doczytać, jak wirus sadowił się w Indiach czy Brazylii, gdzie generalnie cały czas jest ciepło i że prezydenckie bajanie to życzeniowe myślenie pierwszoklasisty po oblanym sprawdzianie ze znajomości pór roku i nazw kontynentów. Na pozór, rzeczywiście, Cimoszewicz może w tym dwugłosie wydawać się bardziej racjonalny w myśleniu, ale to nie sama temperatura jest zwornikiem procesu szerzenia się zarazy, a właśnie wspominana odporność organizmów. W lato po prostu rzadziej chorujemy, bo nie narażamy się na kaprysy pogody-każdy chłop we wsi pod Białymstokiem to wie. Nie trzeba być Cimoszewiczem, żeby tę zależność dostrzec. Podobnie jak to, że jak się człek przemoczy w polu albo na przystanku i wiatr go wysmaga, to się choróbsko przywlecze szybciej. I tak będzie jesienią i zimą. Będzie też panika, że, o la Boga, Polacy umierają na covid, tak jakby teraz nie umierali. Jest jednak dla nas, gatunku ludzkiego, nadzieja. Aby ją posiąść, najsamprzód należy wykonać jedną, ważną czynność-nie słuchać ani nie czytać mediów głównego nurtu. Ich pieniądze i klikalność podszyte są syceniem w ludziach strachu i lęku o wszystko i przed wszystkim. Choćby jak teraz, w Wielkiej Brytanii. Pojawił się nowy szczep „Delta”, który szybko się rozprzestrzenia. Larum grają, ludzie chorują i umierają, a u nas ponoć nawet jedna zakonnica już go ma. Nic tylko czekać, jak wszyscy od niego zginiemy. Gdyby jednak ktoś zadał sobie trud, jak np. ja, i poczytał o wirusach w książkach do wirusologii, dowiedziałby się, że to, że nowy szczep rozwija się szybko, jest czymś zupełnie normalnym. Wirusy bowiem mają to do siebie, że dość prędko się demokratyzują. Chcą zakażać coraz więcej nosicieli, ale czynią to kosztem swojej mocy. Innymi słowy, każdy nowy szczep szybciej przeskakuje z człowieka na człowieka, ale wraz z jego mobilnością, maleje jego siła. Jak z grypą. Rzadko kiedy, na szczęście, ludzie przechodzą ją ciężko, a proszę mi wierzyć, to też nic fajnego, a dużo częściej kończy się na klasycznym przeziębieniu z tygodniem w łóżku i kubkiem herbaty z miodem i cytryną. Z covidem zapewne też tak będzie. Tylko za jakiś czas. Teraz, kto może niech się szczepi i korzysta z lata, bo coś czuję w swoich starych kościach, że jesienią znowu nas zamaskują i zabetonują w domach.

A, byłbym zapomniał, ten słowacki piłkarz Ondrej Duda, występował ongiś w drużynie Legii Warszawa i w związku z tym, bardzo dobrze mówi po polsku. Tu musi być coś na rzeczy!

List czytelnika w sprawie szczepień przeciwko COVID-19

Rząd postanowił zintensyfikować program szczepień przeciw Covid-19, premier Morawiecki zapowiedział, że Polska będzie szczepić nawet 10 mln obywateli miesięcznie. W tym celu, jak zapowiedział minister Dworczyk, uruchomione zostaną dodatkowe punkty szczepień, m.in. na stadionach.

Szczepić będą mogli (tak jak chciał PSL) nawet aptekarze !

Inaczej mówiąc – rząd powołuje pospolite ruszenie … Tymczasem, ostrożnie szacując, co najmniej 1/3 wojsk zaciężnych stoi z bronią u nogi.

I, być może, PiS-owski nie zdaje sobie z tego sprawy … Na poparcie tej tezy przytaczam przykład z mojego podwórka.

26 marca br. wysłałem mejla do mojej przychodni POZ z prośbą „o wyjaśnienie, dlaczego przychodnie *Med sp. z o.o. nie biorą udziału w akcji szczepień przeciwko COVID-19 ?

W dniu 22.03.2021 r. (rano) pierwszego dnia, w którym rozpoczęła się rejestracja mojego rocznika, zarejestrowałem się, poprzez IKP, na wizytę w punkcie szczepień przeciwko COVID-19, znajdującym się w Pabianicach. Nie dlatego, że tam chciałem – jako mieszkaniec Bełchatowa chciałem wybrać punkt znajdujący się w Bełchatowie.

System jednak pokazywał, że do 31 maja żaden z czterech punktów w Bełchatowie nie ma wolnych terminów; tak samo w pozostałych gminach powiatu bełchatowskiego; w Piotrkowie Trybunalskim wolne były terminy w maju; w kolejnym najbliższym mieście, do którego mi „po drodze”, Pabianicach, najbliższy wolny termin to 26.04.2021 r.; przypisałem swoje, a potem swojej żony, skierowanie od Ministra Zdrowia do punktu w Pabianicach. Nie jestem jedyny; niektórzy znajomi z Bełchatowa zarejestrowali się do Łodzi, Złoczewa …

Powstaje pytanie, dlaczego w Bełchatowie nie było wolnych terminów ?
Odpowiedź jest prosta: dlatego, że w akcji szczepień przeciwko COVID-19 nie bierze udziału największa przychodnia w Bełchatowie i okolicy – NZOZ *Med ! Firma wywodząca się z przyzakładowej przychodni zdrowia Kombinatu*, i z tego tytułu w sposób specjalny przez Kombinat* traktowana.

I teraz okazało, że tysiące pacjentów, pracowników Kombinatu* zostało przez sp. *Med porzuconych, żeby nie powiedzieć – zdradzonych; w każdym razie duża część została narażona na straty finansowe (chociażby zwiększone koszty dojazdu) oraz niedogodności (chociażby konieczność wzięcia dwóch dni urlopu, które w zasadzie przeznaczone są na odpoczynek, czy czekanie w długich kolejkach). TO NIE JEST W PORZĄDKU ! (…)”

31 marca otrzymałem odpowiedź podpisaną przez dyrektora Zespołu Przychodni w Bełchatowie sp. *Med. W półtora stronicowym dokumencie czytamy m.in.: „(…) Dodatkowy dochód, jaki byłby możliwy w przypadku realizacji szczepień przeciwko Covid-19 nie rekompensowałby utraty dobrej marki i niezadowolenia Pacjentów (…) Oddelegowanie na stałe dwóch lekarzy i dwie pielęgniarki w celu realizacji programu szczepień uniemożliwiłoby nam realizację świadczeń medycznych dla ponad dwudziestu tysięcy pacjentów na poziomie zgodnym z obowiązującymi nas umowami (z Kombinatem* i NFZ). (…) Wobec powyższego podjęliśmy decyzję o niezgłoszeniu swojego udziału w postępowaniu przetargowym”.
Należy dodać, że w Bełchatowie (65 tys. mieszkańców) na 4 punkty szczepień, trzy to Niepubliczne ZOZ; jest jeszcze kilka prywatnych ośrodków POZ, w tym jeden porównywalny do tych trzech; sp. *Med ma przychodnie w kilku innych miastach na terenie kraju; ponadto jej właścicielem jest ogólnokrajowa Grupa L*; strategiczne decyzje zawsze podejmuje właściciel …

W tej sprawie błędem populistycznego rządu „Zjednoczonej Prawicy”
była decyzja o rekrutacji podmiotów prowadzących punkty szczepień na zasadach „wolnorynkowych”; dobrowolności. Co wynikało z kardynalnego błędu o nie wprowadzeniu przewidzianego w Konstytucji RP stanu klęski żywiołowej. Należało, jak udowadnia to powyższy przykład – i to jest aktualne – wprowadzić ograniczoną czasowo nacjonalizację prywatnych dostawców usług zdrowotnych, jak chociażby w Hiszpanii rok temu.

Nie mam nadziei, że takie rozwiązanie , na tym etapie, zastosuje rząd PiS, ale dedykuję tę opinię – na przyszłość (na teraz też) politykom polskiej Lewicy.

Grzegorz Stoigniew Nowak
* – gwiazdka informuje, iż nazwa została zmieniona.

Covid i liberalizm

Niestety znów mamy ponad 12 tys. zakażeń na dobę i ponad trzystu zmarłych. Trzecia fala pandemii jest faktem. A skoro tak, to – co oczywiste – robi się nerwowo nie tylko wokół programu szczepień, ale też wokół całej służby zdrowia. Trudno udawać, że wszystko idzie w jak najlepszym porządku. W takich okolicznościach tym łatwiej wychodzą na wierzch wszystkie mankamenty systemu opieki zdrowotnej. Nie sposób się nie denerwować, gdy liczba zmarłych bije powojenne rekordy, a jednocześnie liczba urodzeń również, tyle, że à rebour – jest najniższa od wojny.

Najłatwiej przychodzi oczywiście obwinianie o tę sytuację Unię Europejską – że podpisała z koncernami farmaceutycznymi złe kontrakty, że źle rozdzieliła szczepionki między poszczególne kraje i, że najlepiej byłoby odwołać szefową Komisji Europejskiej, bo to ona „za wszystko odpowiada”. Taki postulat expressis verbis zgłaszają niektórzy europosłowie, także z PiS-u. Komisja Europejska jest pod ostrzałem prasy, z której do najsurowszych należy bodaj prasa niemiecka pisząca wprost o błędach Unii zwłaszcza, gdy spojrzy się na świetną organizację i niebywały postęp szczepień w Wielkiej Brytanii. Ma to szczególnie symboliczne znaczenie, bo przecież Wlk. Brytania dopiero co opuściła Unię. Jej sukcesy w zakresie szczepień obywateli oglądane są więc przez pryzmat korzyści, jakie wyniosła zrywając z Unią.

Mimo wszystko uważam jednak, że należy zachować zimną krew i trzeźwe spojrzenie. Kolejny raz mamy bowiem do czynienia z taką sytuacją, że jeśli w jakimś kraju jest sukces, to jest zasługa rządu tego kraju. Jeśli jednak mamy do czynienia z kłopotami, wtedy odpowiedzialność spada wyłącznie na Unię Europejską i na Komisję Europejską. A przecież trudno mówić o sukcesie, skoro przez Europę, nie tylko przez Polskę, przewala się trzecia fala koronawirusa, kiedy znów trzeba ogłaszać restrykcje i wracać do serdecznie przez wszystkie społeczeństwa nienawidzonych zakazów.

W tej sytuacji nie sposób oprzeć się wrażeniu, że koncerny farmaceutyczne chcą tę sytuację wykorzystać i coś na UE wymusić. Ograniczenia w dostawie szczepionek poniżej już uzgodnionych limitów są co najmniej zastanawiające. Mamy chyba do czynienia z próbą wykorzystania przez koncerny przewagi monopolistycznej. Nie jest przy tym bez znaczenia, że wszyscy działają pod presją czasu, każdy chciałby uzyskać szczepionki jak najszybciej i jak najlepsze. Czy nam się podoba, czy nie, taka właśnie „zaradność” jest teraz miarą sukcesu politycznego.

Tym bardziej więc uważam, że zamiast nawzajem się obwiniać i próbować przechytrzać, potrzebny jest wspólny, europejski front przeciwko firmom farmaceutycznym. One powinny odczuć, że gra, której próbują, nie opłaca się, bo Unia jest partnerem potężnym i na lata. Można odnieść duże korzyści współpracując z nią uczciwie, ale można też na lata stracić reputację mierzoną konkretnymi, bolesnymi stratami ekonomicznymi wynikającymi z braku współpracy.

Odradzałbym również (zwłaszcza politykom) łatwą krytykę, bezrefleksyjne oskarżanie Unii o opieszałość i ślamazarne radzenie sobie z pojawiającymi się nagle trudnościami. Jest wręcz przeciwnie – w minionym trudnym, pandemicznym roku KE ma po swojej stronie niewątpliwe osiągnięcia.
Nie zapominajmy na przykład o wydawanych właściwie od ręki zgodach na wykorzystanie w walce z Covidem pieniędzy unijnych, które wcześniej przydzielone na jakiś inny cel, a niewykorzystane, musiałby by być zwrócone do kasy. Polska sporo na tym zyskała. Uruchomiono też innego rodzaju wsparcie finansowe, udzielane bez zbędnych biurokratycznych oporów i biurokratycznych barier krepujących sferę zamówień publicznych, po to, żeby na walkę z pandemią można było z tego korzystać praktycznie natychmiast.

KE sprawiła też, że certyfikowanie szczepionek przez Europejską Agencję Leków było maksymalnie skrócone, oczywiście bez szkody dla jakości i bezpieczeństwa tych leków. Nie zapominajmy również o wspólnych zakupach, co oznaczało niższą cenę – jak zawsze, kiedy odbiorca jest duży i dużo kupuje. Dopowiem, że w całym procesie negocjacji cen, wielkości transz i terminów dostaw przedstawiciel Polski miał prawo i obowiązek brać czynny udział. Czy brał – nie chciałbym powtarzać czegoś, czego sam nie wiedziałem, ale mówi się, że ta obecność była w kratkę.

To wszystko nie oznacza oczywiście raju na ziemi. Producenci widocznie uznali, że skoro mają zakontraktowane zamówienia, leki, że tak powiem „wykupione na pniu” i rządy poszczególnych państw patrzące im proszalnie w oczy, to mogą już dyktować nowe, nieuzgodnione wcześniej warunki. Zaczęli zachowywać się jak typowi monopoliści. No, ale takie próby w stosunku do 27 państw liczących 400 mln. ludzi nie mogą uchodzić bezkarnie. Komisja Europejska, monitowana przez Parlament Europejski, zwróciła się do producentów z żądaniem realizacji umów już zawartych. Rozważa się też przyjęcie w ramach regulacji gospodarczych skutecznych rozwiązań zwalczających praktyki monopolistyczne. Mamy takie możliwości.

Zaczęła się więc dosyć szczególna gra, bo zanim Unia nie uzbroi się w nowe możliwości produkcyjno-organizacyjne, dotychczasowi dostawcy mają argumenty w ręku. Mogą zmniejszać dostawy, co zawsze wywołuje krytykę, która jednak nie spada na nich, tylko na polityków. Politycy zaś mają co prawda w ręku groźby ograniczenia zakupów u wiarołomnych producentów, ale w przyszłości.

Powinniśmy więc raczej uciekać od populistycznej krytyki KE, niż ją nasilać, bo może to nie służyć naszym własnym interesom, czyli otrzymywaniu szczepionek po rozsądnej cenie i zgodnie z uzgodnioną wielkością dostaw.

Z tej sytuacji płynie oczywiście bardzo ważna nauka na przyszłość. Taka mianowicie, że nie wszystko powinno podlegać prawom rynku. Czyli liberalizm tak, ale w dziedzinach, że tak powiem „czułych społecznie” – nie. Ludzkie zdrowie jest ważniejsze niż gra rynkowa. Dlatego między innymi w ramach planu odbudowy gospodarki Unii po pandemii, chcemy przeznaczyć znaczące kwoty na rozwój i badania w dziedzinie medycyny, po to, żeby mieć własny, nakierowany na potrzeby zdrowia obywateli UE, silny europejski potencjał farmaceutyczny, łącznie z zapleczem naukowym. Nie chodzi przecież tylko o Covid, ale w ogóle o zdrowie Europejczyków. To daje szanse, żeby także nasz przemysł farmaceutyczny, a także nauka, polska medycyna, nasze ośrodki naukowe pracujące nad nowoczesnymi rozwiązaniami, spróbowały się w to włączyć. Jesteśmy społeczeństwem ludzi bardzo zdolnych, twórczych, niechże więc nas przy tym nie zabraknie. Niech te nasze talenty też będą wykorzystane i zaangażowane w najnowocześniejsze rozwiązania medyczne. Trzeba zrobić wszystko, żebyśmy jako Unia mieli przygotowany i gotowy, niekoniecznie do natychmiastowego wykorzystania w całości, potencjał farmaceutyczny. Gotowy naukowo, technologicznie i pod względem produkcyjnym do stawienia czoła wszelkim, także tym jeszcze nieznanym zagrożeniom pandemicznym. Covid udowodnił, że niebezpieczeństwo czai się za rogiem i nie widomo, kiedy może uderzyć.

Uspołecznić szczepionkę na COVID-19

Sępy biznesu żerują na pandemii, a nadwiślańskiemu
liberałowi to nie przeszkadza

Wydawało by się mogło, że pandemia, która dotknęła mieszkańców planety pozwoli na refleksję, że może być coś ważniejszego na tym świecie niż zysk tego czy innego rentiera. Adrian Zandberg przytomnie zauważył, że skoro korporacje farmaceutyczne, które są właścicielami patentów na szczepionki, mają zbyt małe moce produkcyjne, to trzeba umożliwić ich produkcję różnym firmom mającym odpowiednie urządzenia i technologie. Tym samym czasowo ograniczyć rygory prawa własności intelektualnej, z których wielkie koncerny czepią już 35% swoich zysków. Pierwszy powód to ograniczenie ofiar wirusa, drugi – powrót społeczeństw do równowagi. Nic to, że fundusze publiczne w różnym stopniu finansowały bezpośrednio badania nad szczepionką. Nic to, że faza badań podstawowych, które prowadziły do odkrycia tajemnic DNA – odbywały się na uczelniach, a wiedza ukazywała się w czasopismach, bez gwarantowania praw autorskich odkrywcom, poza ewentualnie nagrodą Nobla dla wybrańców. Byłby to powrót do komunizmu, zdaniem posłanki PO Katarzyny Lubnauer.
Można by pomyśleć, że są osoby, które mówią szybciej niż myślą. Jednak niczym w soczewce przebiją w tym szablonie myślowym wszystkie słabości PO i szerzej nadwiślańskich liberałów: bezwzględne zaufania do indywidualnej przedsiębiorczości i konkurencyjnego rynku, wiara w świętą własność prywatną, wstręt do roli państwa jako reprezentanta racjonalności ogólnospołecznej, nawet abstrahując od obecnego nadzorcy. Po to prywatyzowaliśmy sektor zdrowia! Ich suflerami są bankowi ekonomiści, dlatego nie potrafią się wychylić z żelaznej klatki neoliberalnych banałów i mitów. Swoje złote myśli o gospodarce płynnie łączą z tradycjonalizmem, przyklękają na jedno kolano przed biskupem. Wypierają się wiedzy o biologii człowieka, autonomii jednostki w kwestach światopoglądowych, tzw. polski kompromis aborcyjny to dla nich nieprzekraczalny horyzont refleksji moralnej. Jaka odwaga myśli, taki i liberalizm. Dlatego pozostaną polityczną reprezentacją beneficjentów neoliberalnej transformacji, tych 15-17% menedżerów, operatorów sektora finansowego, specjalistów obsługujących zachodnie korporacje i ich interesy, poddostawców zachodnich firm, korzystających z taniej prekarnej pracy czy producentów standardowych wyrobów, z małą wartością dodaną: okien, mebli, części zamiennych. Swój program już zrealizowali. Teraz czekają na „energię” tych, którzy jeszcze nie wiedzą, dlaczego przyszło im żyć na zadupiu gospodarczym i kulturowym. Ich marzeniem stanie się wkrótce praca w boksie, by obsługiwać z daleka buchalterię tej czy innej korporacji.

Dlaczego nadwiślańscy liberałowie są bezradni programowo? Po pierwsze, eksploatują ideologicznie zwycięstwo nad komuną, powrót do normalności, merdają słowem wolność jak pies ogonem. Nie chcą uznać, że PRL była przełomowym okresem modernizacji chłopskiego, folwarcznego, podszytego jezuickim konwiktem społeczeństwa. To dzięki industrializacji chłop przeniósł się z kurnej chaty do mieszkania w mieście, opuścił działkę wyżywieniową dla pracy w przemyśle, może zbyt ciężkim jak na drugą połowę XX wieku. Tylko wciąż ksiądz proboszcz myśli za niego.

Charakterystyczne, że historyk Adam Leszczyński zakończył książkę o emancypacji klas upośledzonych w I i II oraz w PRL na powstaniu KORu. Szkoda, że pominął rolę obrońców ludu w III RP. Oni niczym Piłat wydali podopiecznych na pastwę prekarnej pracy w półperyferyjnym kapitalizmie. Dalsze dzieje wyzwolonego przez KOR ludu opisał David Ost w książce o wiele mówiącym tytule Klęska „Solidarności” (Muza 2007). Niewiele sobie robił z poprawności, której reguły wyznacza rodzimym liberałom Czerska. Jeszcze więcej informacji o upadku ruchu związkowego, dyktaturze elastyczności pracy, i towarzyszącej jej pauperyzacji przyniosła książka socjologa Jarosława Urbańskiego, „Prekariat i nowa walka klas” (Książka i Prasa 2014). Trochę więcej przedsiębiorczości, a i „klasa ludowa” dołączy do nas. Będziemy cierpliwie czekać.

Po drugie, kończy się dobrobyt uzyskany dzięki taniej ropie. Dobiega kresu radosna konsumpcja, głównie zresztą symboliczna. Tania ropa napędzała rozrastający się aparat produkcyjny, który wyrzucał na rynek coraz więcej towarów i gadżetów; rosła konsumpcja, ale też cmentarzysko „negatywnych eksterioryzacji”: gazy cieplarniane w atmosferze, plastik w oceanach, metale ciężkie w ziemi. Nie dokonał się obiecywany decoupling – rozwód wzrostu gospodarczego i zużycia energii. Nastąpi spadek tempa wzrostu gospodarczego wskutek limitów przyrodniczych z 3% do prognozowanego 1%. W tej sytuacji zmienią się mechanizmy funkcjonowania gospodarki – organizacja wytwarzania dóbr i sposoby ich dystrybucji. Konieczna będzie przebudowa energetyki i transportu, wzmoże się nacisk na recykling minerałów. Możliwe są różne scenariusze tych zmian: od eksterminizmu do stopniowego normowania procesów gospodarczych, by podporządkować je arytmetyce potrzeb społecznych zamiast logice zysku. Czy nadwiślańscy liberałowie są zdolni, jeśli nawet gotowi, do radykalnego przewietrzenia swoich głów? Impulsy do zmian będą płynąć od lewicy z UE, Chin, a ostatnio nawet z USA.

Po trzecie, neoklasyczni i neoliberalni ekonomiści wciąż zasilają umysły liberałów podręcznymi metaforami. Pandemia COVID-19 to czarny łabędź, wytrych modnego teraz Nassima Taleba. Tymczasem obecna pandemia to nieodłączny skutek globalnego kapitalizmu. Bezpośrednią przyczyną jest rozmach globalizacji – transport lotniczy, przemysł masowej turystyki, połączonej z tanią komunikacją lotniczą, z platformami cyfrowymi ułatwiającymi krótkoterminowy wynajem mieszkań. Druga bardziej pośrednia przyczyna ma lokalne chińskie tło. To uwarunkowana kulturowo, prestiżowa konsumpcja dzikiej przyrody. Coraz więcej przedstawicieli ludu Hanów stać na uświetnianie ważnych uroczystości dziczyzną. Dlatego w społeczeństwie chińskim tradycja i prestiż podtrzymują legalny i nielegalny rynek obrotu dziką przyrodą; oferuje on do celów kulinarnych mięso dzikich gatunków zwierząt. Rynek ten jest wart 73 mld dol. i zatrudnia milion osób ( M. Cedro, Zemsta pangolina, Dziennik Gazeta Prawna, nr 75/2020). Ale główna przyczyna to ekspansja rolnictwa, połączona z rozrostem populacji, a także rozbudowa sieci osiedleńczej. Człowiek wykorzystuje zasoby naturalne, których eksploatacja powoduje zmiany lokalnych ekosystemów – przez wylesianie, nadmierne wykorzystywanie gruntów ornych, pastwisk, lasów tropikalnych, a także przez rozbudowę sieci osiedleńczej. Obecnie beton pokrywa powierzchnię Ziemi równą obszarowi Francji, a nawet, zdaniem pesymistów, Indii. Co roku ubywa 12 mln hektarów ziem uprawnych. Kurczy się powierzchnia lasów, zwłaszcza lasów deszczowych w Indonezji i Amazonii. Zanikają sanktuaria przyrody wolne od interwencji człowieka. Ludzkość zużywa już dzisiaj o 20% więcej zasobów, niż przyroda jest w stanie przywrócić (WWF Living Planet Report 2012, Annex 2). Gospodarcza aktywność ludzi doprowadziła do fragmentacji środowiska naturalnego, zanieczyszczeń chemicznych oraz obecności w nowych siedliskach gatunków obcych w danym ekosystemie. Żyjące w różnych ekosystemach gatunki fauny i flory tracą swoje siedliska. Powstał swoisty wolny rynek genów do wykorzystania przez różne gatunki, zwłaszcza patogeny. Łatwo znaleźć wehikuł do poszerzenia ekspansji międzygatunkowej (SARS-CoV-2 prawdopodobnie pokonał drogę: nietoperz=>cyweta=>człowiek). Pandemia koronawirusa to zapowiedź tego, co przyniesie ludzkości wolnorynkowy kapitalizm, obsługiwany ideologicznie i politycznie przez liberałów.
I po trzecie, czeka nas wszystkich rozstanie z dogmatami neoklasycznej ekonomii i neoliberalnej doktryny; obie łącznie wyznaczają granice świata społecznego liberała. Dlatego dla nich będzie to rozstanie bolesne. Przede wszystkim musimy rozumieć rzadkość dóbr inaczej niż ekonomia głównego nurtu. Wpisuje ona swój dyskurs w widzimisię zdrowego rozsądku, w ogół podzielanych przez wszystkich oczywistych oczywistości. Rzadkość to nie niedostatek dóbr, który może przezwyciężyć stymulowanie wzrostu gospodarczego. Po raz kolejny obfitość dóbr zapowiadają technoprorocy z Doliny Krzemowej. Częściowo już realizowane, inwestycje w robotykę, biotechnologie, sztuczną inteligencję, elektromobilność mają uczynić życie jeszcze łatwiejszym i przyjemniejszym. W istocie chodzi jak zawsze o to, by obrót kapitału móc wzmóc. Tymczasem rzadkość w oczach przyrodnika to nieodwracalna utrata zasobów nieodnawialnych (minerałów, ropy naftowej, gazu); to entropia, energia bezużytecznie przekształcana w ciepło jak w silniku spalinowym. Za przyjemność konsumpcji zysków i dóbr trzeba płacić efektem cieplarnianym, degradacją gleb czy deficytem wody pitnej. Rzekoma hojność natury w postaci dóbr bez ceny jak powietrze czy woda, na którą liczyli ekonomiści, kończy się nieodwracalną degradacją energii. Stąd nieszczelność syntetycznego miernika aktywności gospodarczej, jakim jest PKB. Nie uwzględnia on niszczenia dóbr „oferowanych” darmo przez przyrodę; nie uwzględnia strat, które przynosi zamrażanie w sprzęcie wojskowym cennych materiałów, z których powstają później szpecące krajobraz złomowiska, pomijają koszt zanieczyszczenia wody i powietrza. Tu też jest miejsce spoczynku dla hipotezy efektywnych rynków, które miały zapewniać optymalną alokację bogactwa społecznego. „Popularna ekonomia, pisze Gilbert Rist, jest wiec „nauką”, której krótkowzroczność graniczy niekiedy ze ślepotą”. Stąd coraz silniej artykułowany, także przez młode pokolenie, postulat de-wzrostu (degrowth). Umiarkowany dobrobyt bez wzrostu gospodarczego będzie polegał na zmniejszaniu strumieni energii-materii, które płyną do produkcji i konsumpcji, by ostatecznie przeobrazić się w straty. Zmieni się stosunek do państwa, planowania czyli decyzji o produkcji i dystrybucji potrzebnych dóbr; będą one wynikiem deliberacji na poziomie całej wspólnoty życia i pracy. Pojawi się też potrzeba globalnego zarządzania światowymi zasobami minerałów i węglowodorów (U. Bardi, G. Kołodko, G. Rist, J. Stiglitz). Państwo nie może się ograniczać, jak chcieliby liberałowie, do przyznawania praw własności, obniżania kosztów transakcyjnych czy wspomagania konkurencyjności dzięki finansowemu wspieraniu badań i edukacji.

Inny stosunek do rzadkości dóbr zapowiada kres koncepcji życia jako użycia. Ustanie pogoń za przyjemnościami, które zapowiada posiadanie dóbr. Czeka nas zerwanie z dogmatem ekonomii o nieograniczonych potrzebach, zwłaszcza symbolicznej konsumpcji: jak tu żyć bez nowego modelu SUVa! Większość potrzeb, zauważa Jean Baudrillard, to w istocie potrzeby podtrzymywania systemu. Pojawią się inne zasady dystrybucji dóbr niż rynkowa bezosobowa wymiana. Ta redukuje się do dóbr i usług, które mogą być kupione i sprzedawane. A przecież są cenne dobra, które mają wartość, ale nie mają ceny rynkowej – jak zaufanie i współpraca, bezpieczna starość, solidarność międzypokoleniowa. Bez tych wartości coraz cieńsza staje się tkanka społeczna. Przyszłe społeczeństwo po kolejnej „wielkiej transformacji” przestanie być, jak nauczał Karl Polanyi, spółką nastawiona na zysk. Na aspołeczne konsekwencje myśli liberalnej wskazuje od lat Andrzej Szahaj. Ale to wciąż głos wołającego na puszczy. Może kryzys wywołany pandemią, jedna z zapowiedzi szybko zbliżającego się kryzysu planetarnego, przyśpieszy narodziny nowego, bardziej przyjaznego i ludziom, i przyrodzie systemu produkcji i konsumpcji. Na pomoc nadwiślańskiego liberała trudno tu liczyć.

Kłopoty PiS dopiero się zaczną

– Prawdziwe wstrząsy tektoniczne mogą się zdarzyć, kiedy wszyscy będziemy sobie zdawać sprawę, że pandemia się kończy, bo w takich sytuacjach uruchamia się lawina społecznych rewindykacji – mówi dr hab. Rafał Chwedoruk, politolog, w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co)

JUSTYNA KOĆ: Wróciła sprawa zakazu aborcji. W wielu miastach znowu zawrzało. Dlaczego teraz?

RAFAŁ CHWEDORUK: Ten temat tworzy wspólny mianownik dla różnych grup społecznych, różnych pokoleń, tworzy czytelną linię podziału politycznego. Wreszcie także jest to spór, który, poza kilkoma minipaństwami, wszędzie w Europie został rozstrzygnięty na rzecz liberalnych rozwiązań, z reguły w powojennym półwieczu.

W długoterminowej perspektywie, ze względu na cywilizacyjne przemiany, utrzymanie nie tylko właśnie zaostrzanych przepisów, ale też tzw. kompromisu aborcyjnego, czyli efektu zgody ówczesnej prawicy z częścią liberałów w latach 90., będzie niemożliwe w Polsce, można się tylko zastanawiać nad tym, kiedy i w jakim politycznym kontekście dojdzie do liberalizacji.

Według jednego z ostatnich sondaży wybory wygrałoby Prawo i Sprawiedliwość z poparciem 32,5 proc. Koalicja Obywatelska ma 21 proc., a Polska 2050 16,2. Rozumiem, że nie jest pan zaskoczony takimi wynikami?

Takie wyniki nie są niczym szczególnym i pokazują coś, z czego nie zdajemy sobie sprawy, a mianowicie, że żyjemy w jednym z najstabilniejszych systemów partyjnych już nie tylko w regonie, ale i w całej Europie. W wielu krajach mamy tektoniczne wstrząsy; Włochy, Hiszpania, Portugalia, Niemcy, niektóre z państw nordyckich – widać, że dochodzi tam do przetasowań na historyczną skalę. U nas od ukształtowania się podziału 2+2+1, czyli dwie wielkie partie, dwie średnie w postaci PSL i SLD i jedna mała, z reguły populistyczna, niewiele się zmienia.

Aż chciałoby się powiedzieć, że tak wyczekiwana przez polski naród mieszczańska nuda świata zachodniego, jeżeli chodzi o politykę, zaistniała na dobre.

W ostatnich miesiącach wszyscy zwracali uwagę na spadek PiS-u w sondażach, dziś największe zainteresowanie wzbudza wewnętrzny mecz w PO, w którym dla niepoznaki jeden z graczy występuje pod innymi barwami, mam oczywiście na myśli rywalizację między ruchem Hołowni a PO.

Skąd ta stabilność?

Mamy ogromny skok śmiertelności, ciągnącą się już rok pandemię, protesty, bunt przedsiębiorców plus klasyczny nepotyzm, jak historia z zaszczepieniem posła Girzyńskiego czy narty posłanki Emilewicz.
Sama pandemia raczej konserwuje podziały, nieco ogranicza możliwości oddziaływania polityków, kieruje debatę w stronę jednego tematu. Mógł się zdarzyć zryw w postaci kwestii przerywania ciąży, ale miało to miejsce w zasadzie jeszcze w interludium między głównymi falami pandemii.

Prawdziwe wstrząsy tektoniczne mogą się zdarzyć, kiedy wszyscy będziemy sobie zdawać sprawę, że pandemia się kończy, bo w takich sytuacjach uruchamia się lawina społecznych rewindykacji. Powszechne stają się wtedy oczekiwania czegoś na kształt rekompensaty za czas wyrzeczeń, nawet jeżeli nie uznajemy, że było to winą rządzących, to od nich oczekujemy np. podwyżki pensji, lepszych warunków zatrudnienia, inwestycji itd. Wiele rządów tego doświadczyło, poniekąd rząd PO-PSL po światowym kryzysie nie zrozumiał rosnących aspiracji i podniósł wiek emerytalny. Zapłacił za to wysoką cenę.

Skoro system partyjny jest stabilny, tzn. że podziały wśród obywateli także są trwałe, czyli podziały partyjne zaczęły się pokrywać z różnicami interesów wielkich grup społecznych.

Przypomnę tylko, że podział PO i PiS zaczął się od niewinnej wojny domowej dwóch postsolidarnościowych partii, które były w zasadzie już w koalicji. Być może to wszystko wymknęło się później spod kontroli i okazało się, że dzielimy się rzeczywiście na liberałów i konserwatystów, na Polskę solidarną i liberalną, na Polskę wielkich miast i prowincji itd.

Dowiedzieliśmy się w ten sposób sporo o sobie jako o społeczeństwie, a nakładanie się na siebie kolejnych osi konfliktów tylko umocniło konflikt. Potem to już same główne partie miały interes, żeby tak pozostało, bo w ten sposób mogły blokować konkurencję.

Szczepienie posła Girzyńskiego nie będzie symboliczną ośmiorniczką PiS-u?

Skoro powyższy podział społeczeństwa jest tak trwały, to znaczy, że większość konsumentów polityki od razu przyjmie za prawdę to, co mówi ugrupowanie, na które głosuje. Narracja drugiej strony jest a priori odrzucana i w tej sytuacji jeden epizod z posłem, jeszcze w sytuacji, kiedy PiS od razu go zawiesił, nie mógł zadziałać.

Oczywiście on sygnalizuje główny problem PiS-u, z którego zresztą opozycja nie potrafi skorzystać, czyli kłopoty kadrowe. Ta kwestia cały czas będzie ciążyć rządzącej partii, która, z wielu powodów, nie może sobie pozwolić na tak elastyczne reagowanie, na jakie mogą sobie pozwolić partie opozycyjne.

W tym kontekście opozycja przez kilka ostatnich lat popełniała błąd, próbując przedstawić jako ofiarę rządów PiS-u przedstawicieli elit społecznych. To w olbrzymim stopniu znieczuliło tę część opinii publicznej, która mogłaby się zawahać w swoich preferencjach i w innej sytuacji stwierdzić, że politycy PiS-u też stali się elitą oderwaną od rzeczywistości.

Stąd kiedy zdarza się taka sytuacja, jak z panią Emilewicz czy z panem Girzyńskim, to nie będzie efektów sondażowych i wszyscy pozostaną na tych samych pozycjach.

Czy bunt przedsiębiorców może zagrozić stabilności rządów PiS-u, tym bardziej, że buntują się regiony, które w wyborach popierały prawicę, jak Małopolska czy Podkarpacie?

Mamy w Polsce tendencję do zaliczania do przedsiębiorców różnych grup społecznych. Przedsiębiorcą jest zarówno wielki biznesmen kontrolujący bank, jak i właściciel warzywniaka czy ktoś zmuszony do samozatrudnienia. Nie sądzę wobec tego, aby obecny „bunt przedsiębiorców” to było coś bardzo istotnego.

Po pierwsze szeroko pojęci przedsiębiorcy zawsze byli grupą niedoreprezentowaną wśród wyborców PiS-u. Zatem w olbrzymim stopniu ci, którzy zdecydują się na jakąś formę protestu, już wcześniej statystycznie częściej należeli do tych, którzy głosowali na PO. Co do czynnika geograficznego, to można powiedzieć, że zarówno PO, jak i PiS to takie polskie Volksparteien, jak to nazywają Niemcy, czyli wielkie partie, które mają poparcie we wszystkich regionach, we wszystkich grupach, oczywiście nie symetrycznie.

Wiadomo, że np. SPD będzie zawsze potężna w Bremie, a słaba w Badenii-Wirtembergii, a CDU na odwrót. Tak też jest w Polsce, są regiony, gdzie większe poparcie ma PO, swoje regiony ma PiS, ale przecież jak spojrzymy np. na bastion prawicy w Polsce, jakim jest Podhale, gdzie PiS osiąga niebotyczne wyniki, to zauważymy też, że w samym Zakopanem są one wyraźnie niższe. Zatem protesty właścicieli lokalnych firm nie oznaczają, że od rządzącej partii odwraca się większość jej miejscowego elektoratu. Ten protest, póki co, obejmuje w sensie makroekonomicznym niezbyt duży segment gospodarki i nie zanosi się na jego geometryczny rozwój.

Dla PiS problemem będzie raczej wspomniany moment, w którym to, co najgorsze, zacznie przemijać, bo wtedy PiS zderzy się nie tylko z oczekiwaniami tych grup, które najczęściej głosują na drugą stronę – np. pracowników służby zdrowia, nauczycieli, części biznesu, ale i niektórych kręgów wyborców z własnego elektoratu, a spełnienie narastających oczekiwań może być, ze względów ekonomicznych, trudne.

Czyli to nie jest wina opozycji, „która zajmuje się sobą”?

Ze strony opozycji nie doczekaliśmy się spójnej narracji w sprawie walki z pandemią, ponieważ z jednej strony pojawiają się zarzuty, że walka z pandemią jest słabo zorganizowana, a rządzący są niedostatecznie zdeterminowani, czyli poniekąd, że powinno się jeszcze bardziej rygorystycznie walczyć.

Z drugiej strony pojawiają się ukłony w stronę grup, które chcą łamać restrykcje. Te dwie narracje wzajemnie się wykluczają, bo nie można jednocześnie zarzucać rządzącym, że restrykcje są za małe i za duże, ale rozumiem, że stworzenie takiej spójnej narracji jest niezwykle trudne, choćby dlatego, że w liberalnym elektoracie jest obecnych wielu przedsiębiorców.

Dla PiS dużo groźniejsza byłaby konsekwentnie przedstawiana ta pierwsza sytuacja, w której obywatele uznaliby, że PiS sobie nie radzi i nie jest wystarczająco zdeterminowany, że w działania władzy wdarł się chaos, a polityka pełna jest partykularyzmów.

To wynika chociażby ze struktury wiekowej wyborców PiS-u, wśród których odnaleźć można liczne grono osób z grup najbardziej zagrożonych COVID-em.

Dlaczego ruchowi Szymona Hołowni rośnie poparcie?

Bo wszyscy pamiętają jeszcze wybory prezydenckie, a jego zaplecze z wielkim wysiłkiem i determinacją stara się podtrzymywać to zainteresowanie. Także dlatego, że dość trafnie wybrano moment ataku na PO tuż przed jej rocznicą. Wiadomo, że nie mogą istnieć obok siebie dwie, niemal takie same partie, tak samo jak było to z Nowoczesną i PO. Dodatkowo komplikuje sprawę fakt, że na zapleczu Szymona Hołowni mamy liczną reprezentacje osób bliskich Donaldowi Tuskowi.

Z tej sytuacji wynika, że Szymon Hołownia nie jest drugim Macronem i nie będzie pozyskiwał wyborców w poprzek głównych elektoratów. W jego programie prezydenckim niewiele w istocie było oferowane wyborcom bardziej socjalnym, a także bardziej konserwatywnym światopoglądowo, a cały jego wizerunek ukształtowany w kampanii wyborczej czyni go atrakcyjnym dla młodych wyborców o często nieokreślonych poglądach, choć raczej liberalnych niż konserwatywnych, oraz dla tradycyjnych liberalnych wyborców. Ten atak ma sens, bo casus Kukiza i Palikota pokazały, że bez struktur lokalnych zdolnych do uczestniczenia w wyborach samorządowych żadna partia nie przetrwa, niezależnie od tego, jak bardzo popularnego będzie miała lidera.

Szymon Hołownia znajdując się pod presją czasu musi zdążyć z pozyskaniem takich struktur z innych partii, głównie z PO. Wreszcie poparcie dla tego polityka jest znaczące także dlatego, że PO reaguje zupełnie inaczej, niż reagowała w czasach Grzegorza Schetyny, gdy miała problem z Nowoczesną i z KOD-em. Wystarczyło kilka miesięcy i mogliśmy oglądać dwa spektakularne polityczne nokauty, a PO z 15-proc. sondaży awansowała na poziom ok. 25 procent poparcia. Choć dziś jest nieco słabsza, niż za czasów poprzedniego kierownictwa, to w PO nie widać jak dotąd poważniejszych prób wykorzystania swoich zasobów do politycznej walki z Szymonem Hołownią.

Jeśli kierownictwo PO w pełni kontroluje struktury partii i zdecyduje się na taką walkę, to będzie faworytem. Platforma ma wciąż potężne zasoby. Zwracam też uwagę na pewną sztuczność obecnej sytuacji i powszechności tezy o kryzysie Platformy. Notowania PO nie idą w górę, ale nie widać też strategicznego załamania. W ostatnich wyborach ta partia uzyskała paręset tysięcy nowych wyborców. W liczbie oddanych głosów to był najlepszy rezultat PO od 2011 roku. To znaczy, że jej logo już tak bardzo nie odstrasza.

Jeśli dobrze przecież przygotowany atak na PO jednak długofalowo się powiedzie, notowania Platformy zdecydowanie osłabną, to stworzy to nową sytuację wśród opozycji, zakłóci dotychczasowe hierarchie i aktualne stanie się pytanie o nowe przywództwo i nowe ośrodki decyzyjne w miejsce kierownictw głównych partii.

Osoby w otoczeniu Szymona Hołowni mogą być tu pewną podpowiedzią, kto stałby się beneficjentem takich zmian. Oczywiście tym staraniom będzie też przyklaskiwać ulica Nowogrodzka, dla której powrót Donalda Tuska byłby rozwiązaniem wielu dylematów i szansą powrotu na stare, wypróbowane tory, które doprowadziły PiS do władzy.

Narodowa Loteria Szczepionkowa

“Mieliśmy wstawać z kolan i mieliśmy być mocnym graczem w Unii Europejskiej i też szczepionki zdobywać. Pamiętam wszystkie buńczuczne deklaracje rządzących, że Polska sobie poradzi i zorganizuje ten system szczepień w najlepszy możliwy sposób nawet w Europie. A dzisiaj jesteśmy w ogonie, na 16. miejscu, jeżeli chodzi o szczepienia” – mówił w poniedziałek w programie “Graffiti” na antenie Polsat News Robert Biedroń, europoseł Lewicy.

Pytany o liczbę szczepionek odpowiadał, że “Polska miała sobie poradzić.”
“Pytam, gdzie są szczepionki? Przecież miał być Donald Trump i szczepionki ze Stanów Zjednoczonych, gdzie Polska miała być priorytetowo traktowana. Mieliśmy wstawać z kolan i mieliśmy być mocnym graczem w Unii Europejskiej i też szczepionki zdobywać. Pamiętam wszystkie buńczuczne deklaracje rządzących, że Polska sobie poradzi i zorganizuje ten system szczepień w najlepszy możliwy sposób nawet w Europie. A dzisiaj jesteśmy w ogonie, na 16. miejscu, jeżeli chodzi o szczepienia” – mówił Biedroń.

“Zamiast Narodowego Programu Szczepień mamy Narodową Loterię Szczepionkową. Kto ma szczęście, to wygrywa, a kto nie – to przegrywa, niestety”– dodawał eurodeputowany.

Walka z koncernami

“Inne rządy podejmują walkę z tymi wielkimi koncernami, które podpisały umowy na miliardy euro, które dostały wsparcie z kasy unijnej czy z poszczególnych krajów na prace nad szczepionką. Na przykład rząd Giuseppe Contego we Włoszech podjął już działania, żeby wejść w spór prawny z firmami farmaceutycznymi” – mówił Biedroń uznając to za element nacisku i sprawiedliwości społecznej.

“Te szczepionki były w dużej mierze sfinansowane ze środków publicznych, jeżeli chodzi o badania, obywatele i obywatelki Unii Europejskiej mają prawo do tego, żeby oczekiwać, że ktoś się tymi szczepionkami z nimi podzieli, że będzie ta dystrybucja sprawiedliwa. Dzisiaj nie jest. Rzecznik praw obywatelskich Adam Bodnar zwraca uwagę, że być może trzeba by było skorzystać z prawa, w którym patent na szczepionkę będzie bardziej powszechnie dostępny i te mniejsze firmy farmaceutyczne będą mogły także podjąć się produkcji takiej szczepionki Pfizera czy innej firmy posiadającej patent” – dodawał.

Kto zarobił, kto straci

– “W czasie pandemii nie można za bardzo oglądać się na tych najbogatszych, którzy zarobili już na szczepionce miliardy” – powiedział, apelując o sprawiedliwą dystrybucję szczepionek.

Biedroń zarzucił również rządowi centralizację szczepień, unikanie pomocy ze strony samorządów i zwrócił uwagę na to, że seniorzy w kolejkach do szczepień mogą się zarazić nie tylko koronawirusem, ale i np grypą.

Sam sposób przeprowadzania akcji nazwał “chaosem” i dodał: “Ja będę szczepiony w takim tempie za trzy, cztery lata. To jest paranoja”.

Dno

Przepraszam Czytelników Trybuny. Parę dni temu napisałem, że grupa moich sklerotycznych przyjaciół dała naszemu rządowi przyzwoity stopień 3+, za organizację zapisów na szczepienia seniorów powyżej osiemdziesiątki. Takie mieliśmy obserwacje, zapominając, że ta grupa pacjentów jest przecież najmniejsza.

Ten niezły stopień przestał być aktualny od dnia 22 stycznia, kiedy zaczęto zapisywać następną grupę, czyli 70 – 80 lat.

To, że przed wieloma ośrodkami zdrowia już w nocy ustawiały się kolejki, otrzymując rano cenną informację, że zapisy się skończyły, bo nie będzie szczepionek, Czytelnicy wiedzą zapewne z telewizji lub prasowych serwisów. Ale chyba nie wiedzą, że w nieco późniejszych godzinach nie działał żadem kanał informacyjny. Słynny telefon 989 tylko piszczał, albo miłym kobiecym głosem powiadamiał, że połączenie nie jest możliwe. Panie w znacznej części recepcji ośrodków zdrowia odmawiały nie tylko zapisów, ale nawet zanotowania danych osoby dzwoniącej. Bo ośrodek, – mimo, że jest w wykazie szczepiących – „nie dostał „przydziału szczepionek”. Tak dosłownie informowano, np. w [podwarszawskich Markach. Nie pomagały prośby, aby zapisać dane telefonującego pacjenta i zawiadomić go o ewentualnej zmianie sytuacji w następnych tygodniach.

Rząd PISu, zwany rządem RP, pokazał nam zadziwiającą nieudolność organizacyjną, której źródłem pierwotnym jest nieustanna skłonność do centralizacji i, wykształcone przez kilka lat sprawowania władzy, lekceważenie obywateli. Obserwując dno organizacyjne w dniu 22 stycznia 2021, każdy inteligentny student i absolwent zarządzania, może zadać trzy proste pytania:

Jeśli w systemie opieki zdrowotnej można zapisywać obywateli na wizyty u specjalistów w terminach rocznych a nawet dwuletnich, to dlaczego nie „polecono” ośrodkom zdrowia i szpitalom prowadzącym szczepienia, zapisywania chętnych „do oporu”. „Będziemy dostawać tylko 30 szczepionek na tydzień, musimy część rezerwować na drugie szczepienie, więc proponuję pani (panu) np. termin 26 października, 2021r. Jeśli otrzymamy więcej szczepionek, terminy ulegną skróceniu i będziemy o tym zawiadamiać zainteresowanych telefonicznie lub e-mailowo, z obowiązkiem potwierdzenia otrzymania informacji lub kontaktu dla negocjacji innego terminu.

Takie rozwiązanie wymaga oczywiście nieco większego wkładu pracy, ale daje też pozytywny, dodatkowy efekt – wiarygodną liczbę pacjentów, którzy chcą się zaszczepić. A tym samym może ułatwić rządowi korygowanie skali zakupu szczepionek. Daje też efekt psychologiczny – wszyscy chętni czują się zapisani i mają wstępny termin szczepienia.

Kolejki staruszków obozujących nocą pod ośrodkami zdrowia w dniu 22 stycznia były obrazem żenującym. Rząd stworzył przyczyny ich powstawania, ale winą ośrodków było ich utrzymywanie. Sądzę, że w każdym ośrodku można było znaleźć jednego czy dwóch młodych pracowników, którzy już w nocy czuwaliby nad tym, aby kolejki nie powstawały. Wystarczyło dyżurować pod przychodnią, każdą przychodzącą osobę zapisać, jako chętną, w ciągu dnia skontaktować się z nią telefonicznie i ustalić termin szczepienia zgodnie z zasadą z pkt. 1. Podobno były nieliczne przypadki, że tak usiłowano robić. Ale w większości widoczna była charakterologiczna znieczulica i niechęć, do „tłumu, który nic nie rozumie”.

Nie mogę zrozumieć, po co w systemie informatycznym „akcji szczepienia” wprowadzono „profil zaufany”. Trzy czwarte obywateli w ogóle nie wie, co to jest. Zaledwie kilka procent ma taki profil. Akcja szczepień nie jest operacją finansową, obywatele nie podpisują umów i czeków, a nawet nie płacą za szczepienia. Dlaczego identyfikacji pacjentów nie ograniczono do Imienia, nazwiska, peselu i miejsca zamieszkania, – a więc danych zrozumiałych dla „seniorów.

Sądzę, że dno organizacyjne zapoczątkowane w dniu 22 stycznia będzie trwało jeszcze przez miesiąc lub dwa. Jest wiele osób 70+, które nigdzie nie zostały zapisane. Jest ich dużo także w w informatycznym systemie rejestracji, jako oczekujących na wskazanie miejsca i terminu, gdzie mogą się zapisać. To potrwa i może się pogłębiać, przez występujące już paradoksalne skierowania chętnych do odległych miejscowości, gdzie – czasem naprawdę, a czasem rzekomo – może na nich czekać jeszcze wolna szczepionka.

Moja grupa sklerotyków nie może za fazę przygotowania szczepień osób w wieku 70+ przyznać innego stopnia, jak niedostateczny. Osiągnięto w tym działaniu dno, świadczące o zupełnym braku kompetencji organizacyjnych rządu. Tak głębokim i tak społecznie szkodliwym, że nie tylko minister zdrowia, ale premier z całym rządem powinien podać się do dymisji. I gdyby miał poczucie odpowiedzialności za powierzoną misję i nie tracił czasu na propagandowe wystąpienia np. przy okazji wysyłania naszych „deficytowych” lekarzy do pomocy za południową granicą – to tak by zrobił.
I nie traktuję tej sugestii, jako żartu.

Warszawa–Marki,23.01.2

Co nas gnębi?

Zrobiło się tak zimno, że członkowie emeryckiej grupy obserwującej nasze życie polityczne i realne, nie chcieli zbierać się, na znanej z gościnności, przyzbie mojej chałupy. Zginając wiec bolący kręgosłup rozpaliłem kominek i przyrządziłem patriotyczną przynętę, w postaci grzanego, staropolskiego miodu. Podziałało i przyszli. Usiedli w maskach i przepisowych odstępach.

Koncentracja zainteresowań

Po krótkiej, wstępnej dyskusji, doszliśmy do wniosku, że żyjemy obecnie w wyjątkowym okresie, w którym zainteresowania ukochanej, pisowskiej władzy, środków masowego przekazu i większości obywateli, koncentrują się na trzech tematach – walce z COVID 19 a zwłaszcza na akcji szczepień, zagrożeń gospodarczych wywołanych tą pandemią i załamaniu pozycji kończącego kadencję prezydenta USA, którego uwielbiała nasza polityczna elita. Bardziej dalekowzroczni i politycznie zaangażowani obywatele interesują się jeszcze najbliższą przyszłością – tym co nastąpi po uspokojeniu pandemii i pożądanej utracie władzy przez zjednoczoną prawicę.

Zebrani przy moim kominku emerytowani analitycy różnią się od reszty społeczeństwa tylko tym, że patrzą na te problemy nieco szerzej, starając się przewidywać i oceniać skutki ich stopniowego rozwiązywania, albo odchodzenia w przeszłość. Popijając więc rozgrzany trójniak skoncentrowaliśmy się także na tych problemach.

Pandemia

Byliśmy zgodni, że realne zahamowanie pandemii koronawirusa jest obecnie możliwe tylko przez masowe szczepienia ludności. W Polsce wszystko ostatnio jest „narodowe”, więc Narodowa Akcja Szczepień Antycovidowych rozpoczęła się w dniu 15 stycznia 2021r z przytupem. Tuptać miała najstarsza grupa obywateli, teoretycznie najbardziej narażona na zakażenie wirusem. Przed moim kominkiem siedzieli wyłącznie obywatele z tej grupy. Na ośmiu obecnych seniorów, dwóch dodzwoniło się do „swoich” ośrodków zdrowia i zapisano ich na konkretny termin szczepień – ale dopiero na początek marca. Mają ponad 90 lat, więc nieśmiało zapytali, dlaczego tak późno, jeśli dodzwonili się 10 minut po formalnym rozpoczęciu zapisów. . Nie było odpowiedzi.

Trzech, reprezentujących 82-letnią młodzież pokonało barierę telefonu 989. Zapisano ich dane i obiecano, że połączy się z nimi możliwie bliska placówka, która ustali termin szczepienia. Jak na razie (przez trzy dni) nikt nie zadzwonił.

Dwóch usiłowało internetowo utworzyć „profil zaufany” przez bank PKO BP, w którym mają konta. Może to wina ich starczej nieudolności, ale się nie udało. Wobec tego pójdą śladem dwóch pierwszych i będą próbowali „załatwić sprawę” w ośrodkach zdrowia upoważnionych do szczepień, gdzie mają lekarzy pierwszego kontaktu. Jeden z obecnych nie zrobił nic. Twierdzi, że utrzymuje we krwi taki poziom alkoholu, jaki jest zabójczy dla każdego wirusa. Wierzy, że nie zachoruje, i że sama jego obecność działa jak odkażacz – więc po co ma się szczepić.

Zebrani sklerotycy uznali, że za organizacyjny przebieg początku „akcji” mogą wystawić rządowi honorową ocenę – 3+. Ale opierając się na oficjalnych komunikatach dotyczących ilości przeprowadzonych szczepień ocenili, że w takim tempie nie zatrzyma się ofensywy wirusa nawet przez trzy lata. A to już może całkiem zrujnować gospodarkę. Za realizację programu szczepień można dać tylko stopień niedostateczny, a więc dwóję.

Gospodarka

Trzech z zebranych ma w najbliższej rodzinie przedsiębiorców. Nie są to potentaci rynku. Jeden ma mały barek w pobliżu stadionu sportowego, w którym pracuje tylko z dwojgiem dzieci w wieku poborowym. Stadion właściwie nie pracuje, a jeśli nawet coś się dzieje, to bez publiczności – a więc potencjalnie najważniejszych jego klientów. Drugi trudni się drobnymi naprawami telefonów i ma wynajęty mikroskopijny kiosk w jednej z galerii handlowych. Trochę ludzi przychodzi do części spożywczej tej galerii, więc jako „usługodawca” siedzi w fotelu i czeka. Czasem ktoś zajrzy. Spadek obrotów obaj wyliczają na 75 -80%. Zysk nie starcza na pokrycie kosztów wynajmu. W końcu trzeci ma udziały i pełni jakąś funkcję w spółce prowadzącej niewielki obiekt „Spa”w województwie kieleckim. Obiekt jest zamknięty i generuje tylko koszty. Żwolniono część pracowników.

Nikt z tej „próbki statysycznej” nie otrzymał żadnego wsparcia z rządowych „tarcz. Próbka nie daje oczywiście pełnego obrazu sytuacji, ale w tym niewielkim zakresie sugeruje ocenę niedostateczną.

Pijąc kolejny kieliszek miodu doszliśmy do wniosku, że zróżnicowane oświadczenia przedstawicieli „władzy” świadczą o zbyt optymistycznym spojrzeniu na najbliższą przyszłość gospodarki. Jest realna groźba masowego wycofywania się z „interesów” i bankructw, rwą się niektóre łańcuchy kooperacyjne, wyraźnie zmniejsza się zaufanie do pieniądza, oszczędzanie w bankach praktycznie straciło sens, zadłużenie kraju niebezpiecznie rośnie. To (i wiele innych czynników) może spowodować w niedalekiej przyszłości bardzo niekorzystne następstwa, a nie ujawniają się geniusze, którzy potrafią ten proces opanować. Grono zebrane przy kominku jeszcze nie potrafi ocenić tej sytuacji, ale jest poważnie zaniepokojone.

Uśmiech prezydentów

Temat „My a prezydent Trump” wcale nie wywołał wesołości. Ktoś może powiedzieć, – przecież nic złego i dla nas istotnego sie nie stało. Przeciwnie – w czasie kadencji tego prezydenta załatwiono kilka ważnych spraw, poczynając od ruchu bezwizowego, a kończąc na wzmocnionej obecności wojsk USA na naszym terytorium. Jednocześnie jednak zachowywaliśmy się jak wasale nie tyle USA, co właśnie tego prezydenta. Za dużo pogłaskiwania.I to nie umknęło uwadze Europy. Pomysł z organizacją i budową „fortu Trump” przejdzie do historii, jako przykład naiwności i nadmiernego, nietrafionego lokowania uczuć w polityce zagranicznej. I trudno za to przyznać pozytywna ocenę. Tym bardziej, że może się to jeszcze, jak czkawka, odbijać nam w przyszłości.

Miód się skończył, zebrani zaczęli się żegnać, i powoli człapać lub jechać do „miejsc stałego postoju”. Nie widać było ich normalnej wesołości. Pandemia jednak nas gnębi i utrudnia pogodne spojrzenie, na błędy obecnej władzy.

Warszawa – Marki, 17.01.2021.

Szczepionka senioralna

Jak to mówią u nas na wsi, tak krawiec kraje, jak mu staje. Materiału. Czy jakoś tak. Rządowi polskiemu ostatnio w ogóle nie staje. Nic i niczego.

Pfizer poinformował opinię publiczną, że chwilowo wstrzymuje transport szczepionki do Europy, bo musi zmodernizować swoje linie produkcyjne zlokalizowane w Belgii. W związku z tym, moce przerobowe zostaną na 10 dni zmniejszone, żeby później ruszyć ze zdwojoną siłą. Kiedy to nastąpi, firma podgoni z produkcją. Nie dość, że nadrobi to, co straciła w czasie przestoju, to jeszcze dorzuci coś ekstra. Ile osób przez to nie doczeka sczepienia, tego nie wiemy, ale skoro biznes tak mówi, to tak musi być, bo przecież te działania są podyktowane wyłączną troską o człowieka i jego dobrostan. A nie o pieniądze.

Dumałem ostatnio nad specyfiką polskiego programu szczepień przeciw covid. Nijak nie mogę pojąć, w jaki sposób można było bardziej po łepkach przeprowadzić ten proces ponad to, co się odbywa w naszym umiłowanym kraju. Zapytany przez posłankę Lewicy minister rządowy, z rozbrajającą szczerością odpowiada, że nikt nie prowadzi statystyk zaszczepionych osób w DPS-ach, bo takie statystyki nie są nikomu do niczego potrzebne. Na informację Pfizera o zmniejszonych dostawach, minister Dworczyk bezradnie rozkłada ręce i mówi, że rząd w tej sprawie nic nie może zrobić. Wstrzymuje więc szczepienia w grupie zero, bo nie nastarcza mu preparatu dla seniorów, których szczepić już musi, gdyż ci posłuchali zaleceń, i porejestrowali się przez internet. W tym samym czasie nauczyciele protestują przeciwko powrotowi dzieci do szkół, bo szczepionki dla nich, jak nie było, tak nie ma. Cytując za klasykiem, to, że jesteśmy w dupie, to pewne, gorzej, że zaczynamy się w niej urządzać.

Kiedy tak dumałem dalej nad stanem naszego urządzenia się w dalekich zakamarkach jelita grubego, zacząłem się pochylać nad sensem wyszczepiania tych, a nie innych grup zawodowych i wiekowych. No bo tak: to, że służba zdrowia musi być zaszczepiona na wstępie, jest dość oczywiste. Jeśli poleci system ochrony, to poleci cała reszta. Moją wątpliwość budzi jednak wybór, który padł na seniorów po 70. roku życia, jako tych, których należy zaszczepić w drugiej kolejności. Z pozoru jest to zasadne: seniorzy są najbardziej narażeni z racji wieku. Jednakowoż, z pozostałych grup społecznych objętych szczepieniem, są najmniej mobilni. Mają najmniejszy kontakt z drugą osobą. Znacznie mniejszy niż nauczyciele i ekspedientki w sklepach. Rzadziej wychodzą na zewnętrze. Rzadziej spotykają się z obcymi. Oczywiście nie wszyscy, ale jednak. Dużo łatwiej jest też im znieść samoizolację, bo zimą, zwłaszcza mroźną, wychodzenie przezeń z mieszkań, nawet bez covidu, nie było dlań zalecane. Na spacerze z psem w parku, mimo wszystko, dużo trudniej złapać covid niż w sklepie, wydając resztę w gotówce, z ręki do ręki. Wciąż obowiązują godziny dla seniorów, więc kontakt z wirusem jest podwójnie ograniczany. Mimo tych wszystkich ale, zamierzamy szczepić seniorów jako drugich w kolejności, a nauczycieli i kasjerów zostawiać na kolejne tury, choć mają oni nieporównywalnie więcej możliwości ryzyka zakażenia w swoim fachu.

Gdybyśmy mieli szczepionki od metra, moglibyśmy szczepić jak leci, bez gradacji, na koniec zostawiając młodych i zdrowych. Jeśli jednak jest jak jest, a będzie jeszcze gorzej, bo fabryka wstrzymuje dostawy, być może sensowne byłoby twarde postawienie sprawy i wytłumaczenie ludziom, że najsamprzód pod nóż idą ci wszyscy, którzy mają największą styczność z ludźmi, a dopiero później zajmiemy się staruszkami. Nie jest tak, że jedno życie jest lepsze niż drugie, ale jest tak, że jeśli mamy kogoś ratować, to oddajmy sprawiedliwość tym wszystkim, którzy na co dzień najbardziej się narażają przez wzgląd na swoją profesję i ryzyko które podejmują, a nie wyłącznie przez szacunek dla siwych włosów. I tak postawioną diagnozę ja rozumiem i szanuję, choćby była do bólu szczera. W naszym grajdołku, na takie podejście jednak nikt się nie zdecyduje, bo zrazu zaszczują go i zwyzywają od eugeników i hitlerowców. Poza tym to również bardzo ryzykowne, kiedy senioralny elektorat zraża się do siebie. Bo to wiadomo, na kogo głosuje taka kasjerka z Tesco czy nauczyciel z Supraśla. A nauczyciel akademicki to już na pewno wiadomo na kogo, bo na pewni nie nas i na naszych. I z każdej strony jesteśmy kryci.

Racjonalność systemu…

jest na tę chwilę taka, że szczepienia prędzej zostaną rozwleczone na lata i skaże się na śmierć setki tysięcy ludzi niż przyzna publicznie do tego, że sam kapitalizm nie jest w stanie odpowiednio zarządzać tym procesem i nie znacjonalizuje się choćby jednej korporacji odpowiedzialnej za szczepionki.

Mamy fabryki i maszyny, które nie produkują szczepionki tylko dlatego, że system traktuje prywatną własność i konkurowanie o przetargi na korporynku jako świętości nie do ruszenia. Jest to piękny popis niewydolności kapitalizmu oraz blokowania przez prywatną własność już społecznie wypracowanych sił wytwórczych.

Jeśli gdzieś jest skandaliczne marnotrawstwo, awaria procesu szczepienia i wina za ciągnący się dalej kryzys gospodarczy… To właśnie tutaj.