Szczyty absurdów

Za czasów mojej młodości mawiano, że szczytem absurdu jest tartak. Nie napiszę dlaczego, bo mogą mi zarzucić deprawowanie niewinnej młodzieży. Ale ostatnio mamy powyborczy sezon podejmowania absurdalnych działań i decyzji, z których każda mogłaby się ubiegać o palmę pierwszeństwa.

Szatańskie kuszenie władzy

Najbardziej zabawna wśród tych decyzji dotyczyła wysokich podwyżek uposażenia niemal wszystkich ogniw władzy – poczynając od prezydenta, przez rząd, posłów, senatorów, a kończąc na samorządach. Te podwyżki miały wynikać z „naprawy systemu”, który nie był dostatecznie przejrzysty. Teraz miał być jasny jak słońce i obejmować dodatkowo małżonkę prezydenta, która przecież nie może normalnie pracować w swoim zawodzie. Teraz miało być jasne, że pani X jest „na etacie żony prezydenta” z wysokim uposażeniem i określonymi obowiązkami.

Po odrzuceniu projektu przez senat i zmasowanym ataku opinii publicznej sprawa ucichła. Wszyscy w sejmie biją się w piersi (głównie cudze), w ewentualnym ponownym głosowaniu projekt zostanie definitywnie odrzucony i na razie nikt się nie będzie kwapił z jego ponownym ożywieniem.

Absurd tej historii ma – moim zdaniem – dwa podłoża. Po pierwsze – bezkrytycznie uchwalone przez sejm podwyżki były tak wysokie, że wprawiały w osłupienie te grupy zawodowe, które w ostatnich latach nie mogły się doprosić o zwiększenie uposażeń zaledwie o kilka, lub kilkanaście procent. Po drugie – budziły też uczucia wściekłości wielu obywateli na władzę, która sama sobie zwiększa radykalnie uposażenia na początku spodziewanego kryzysu ekonomicznego, niemal dosłownie w chwili ogłoszenia przez GUS wyraźnego spadku PKB już w II kwartale tego roku. A ludzie interesujący się ekonomiczną sytuacją kraju wierzą GUSowi, uznając go za jedną z nielicznych już instytucji, która jeszcze nie kłamie.

Czas (nie)wątpliwej zarazy

Drugim absurdem – już dość długotrwałym – są ciągłe zmiany oficjalnych opinii władzy na temat pandemii koronawirusa. Raz się dowiadujemy, że już „nie ma się czego bać”, że w pełni kontrolujemy sytuację i – jak zwykle – jesteśmy „najlepsi w klasie”. Potem rośnie nam gwałtownie liczba zakażeń i w niektórych regionach zaostrzamy ograniczenia. Rząd nic konkretnego nie mówi o szczepionkach zapobiegających zakażeniu, udaje, że nie widzi utrudnień w zajmowaniu się przez służbę zdrowia osobami chorymi na inne choroby – zwłaszcza tzw. przewlekłe. Nie interesuje się – a przynajmniej tak to wygląda – szczepionką stosowaną już w Rosji, bo nie lubi tego kraju, nie utrzymuje z nim kontaktów na wyższych szczeblach i też udaje, że nie wierzy w jego naukowe osiągnięcia. W przeciwieństwie do mego kilkunastoletniego sąsiada, który śmiał się z amerykańskiej propagandy sukcesu związanej z pomyślnym lotem do stacji kosmicznej, dokowaniem i powrotem nowej kapsuły. Śmiał się, dlatego, że przez ostatnie 10 lat Amerykanie latali na stację rosyjskimi kapsułami o bardzo podobnej konstrukcji, pochodzącej jeszcze z ubiegłego wieku. Tylko rakieta nośna była inna, dużo bardziej nowoczesna, ale skonstruowana i wykonana przez prywatne przedsiębiorstwo.. Ten „małolat”, który ma niezdrowy zwyczaj oglądania rosyjskiej telewizji, poinformował mnie także, że ich szczepionka ma 90% skuteczność i jest już kolejka państw, które ją zamówiły, albo są w trakcie negocjacji.

Budzenie Białorusi

Absurdem nie jest zainteresowanie sytuacją na Białorusi. Jest natomiast sposób interpretacji przyczyn masowych demonstracji i zastanawianie się, czy nie powinniśmy bardziej wyraźnie oddziaływać na to, co tam się dzieje. Oczywiście razem z UE. To zastanawianie przypomina filozofię Kalego – jak ktoś się wtrąca w nasze sprawy, to źle, bo podważa naszą suwerenność. Jak my chcemy się wtrącać w to, co dzieje się u sąsiada – to dobrze, bo przecież walczymy za „naszą i waszą” demokrację, wspieramy dążenia do wolności..
Problem Białorusi wcale nie jest – moim zdaniem – tak prosty, jak wydaje się niektórym naszym i europejskim politykom i mediom. Przyczynami masowych protestów są niewątpliwie nieuczciwe wybory prezydenckie i wieloletni brak poczucia wolności słowa i przekonań. Białorusini nie mają wprawdzie istotnych trudności z wyjazdami zagranicę, ale mają w większości kontrolowane przez państwo media i w różny sposób realizowaną cenzurę. Nota bene – to chyba przykład dla naszej partii rządzącej, której też wolne media nie odpowiadają.

Ale jest i druga strona wewnętrznej sytuacji na Białorusi. Z tej drugiej strony trzeba pamiętać, że prezydent Alaksandr Łukaszenka przez 26 lat sprawowania władzy zarządzał krajem dość sprawnie. Stopa życiowa nie jest gorsza niż w Rosji, choć rynek jest asortymentowo uboższy. Jest porządek, są czyste miasta i dobre drogi, bardziej sprawna niż u nas służba zdrowia i dobrze zorganizowane szkolnictwo. Korupcja jest jak wszędzie, ale nie stanowi problemu, jak na Ukrainie. Stosunki z Rosją są gospodarczo i politycznie bliskie, ale Białoruś nie stała się ponownie jedną z republik Federacji. Represje w stosunku do słabej opozycji były stopniowo ograniczane i ostatnio nie stanowiły podstawy pretensji Europy.

Mieszkańcy wsi lubią Łukaszenkę i nie sądzę, aby licznie uczestniczyli w ostatnich demonstracjach. Ale o nastrojach jednak decydują miasta. Z 9,4 miliona mieszkańców Białorusi 77% mieszka w miastach, w tym ok. 2 milionów w Mińsku. Mam niemodny pogląd, że całkowite i raptowne odejście całej ekipy Łukaszenki może być dla Białorusi początkiem takiego bałaganu, jaki powstał na Ukrainie po Majdanie, odejściu Janukowicza i kolejnych zmianach władzy. Znam kilku inteligentnych Białorusinów i większość z nich ten pogląd podziela. Sądzę, że znacznie lepszym rozwiązaniem byłoby wprowadzenie zmian demokratycznych właśnie przez Łukaszenkę. Powtórzenie wyborów pod kontrolą międzynarodową, które może przegrać, ale może też wygrać niewielką przewagą głosów np. zbliżoną do „liczby mieszkańców Radomia”. i potem od razu, (jeśli przegra), albo po krótkiej kadencji, (jeśli jednak wygra), jego spokojne przejście na zasłużoną emeryturę. Tak sądzę, ale mam obawy, że to się skończy inaczej.

Zwycięska wojna

Powtarzalnym szczytem absurdu było ostatnio zawiłe, ale hurrapatriotyczne, tłumaczenie politycznych przyczyn wojny z Rosjanami w 1920 roku. Wojny rzeczywiście wygranej w tym sensie, że militarnie i ideologicznie ówczesna wersja komunizmu nie zajęła nam całego kraju. Wojny wygranej nie z pomocą cudów, tylko dzięki zaangażowaniu wszystkich warstw społecznych, masowej mobilizacji ochotników, talentowi strategicznemu Piłsudskiego i kilku generałów oraz radiowcom naszego wywiadu.

Ale tłumaczenie ataku Rosjan tylko chęcią skomunizowania Polski i Europy oraz irracjonalną nienawiścią do naszych ziemian, burżujów i arystokratów, jest rażąco uproszczone.. Nasza państwowa propaganda jak diabeł święconej wody unika bardziej precyzyjnych informacji i tym, że przecież wcześniej postanowiliśmy pomóc „białym” Rosjanom z ugrupowania Atamana Petlury. W ramach tej pomocy nasze oddziały doszły razem z oddziałami Petlury do Kijowa i nawet zdążyły tam zorganizować defiladę. Rosjanie doszli więc pod Warszawę, głównie w ramach długotrwałej kontrofensywy. I bądźmy szczerzy – gdyby nie nasza wycieczka do Kijowa, to może tego ataku w ogóle by nie było. Ale to się nie mieści w naszym absurdalnym wychowywaniu młodzieży w przekonaniu, że Polska nigdy nikogo nie atakowała, zawsze była tylko broniącą się „ofiarą”, nigdy nie miała ambicji, aby sięgać „od morza do morza”, czyli – przykładowo – od Gdańska do Odessy.

Absurdów w naszej polityce i działaniach jest oczywiście więcej. Zdarzają się niemal codziennie, jak skutki absurdalnie bezsensownej nienawiści władzy do ludzi „nienormatywnych” seksualnie” czyli LGBT. Albo, – co historycznie może się okazać jeszcze bardziej szkodliwe – jak gloryfikowanie skrajnie prawicowych organizacji i grup oporu wobec nienieckiego okupanta w czasie II wojny, przy jednoczesnym „wymazywaniu” znacznie większych osiągnięć organizacji lewicowych. To – niestety – zostawia trwały ślad w umysłach naszej młodzieży.

Nie podejmuję się jednak wybrać przodującego szczytu absurdu. Wierzę w pomysłowość naszych władz. Liczę na to, że nowe absurdy będą także dotyczyły polityki zagranicznej. Wtedy przyjdzie czas, aby podsumować ten konkurs.