Dwadzieścia lat, które zmieniły historię

Są takie daty, które zapadają w pamięć na lata. Przypominamy sobie, co robiliśmy i gdzie byliśmy, gdy 11 września 2001 waliły się sławne wieże World Trade Center. W moim wypadku było to w czasie ostatniej z moim udziałem sesji Unii Międzyparlamentarnej w Wagadugu, stolicy Burkina Faso. Tak się złożyło, że przemówienie w dyskusji plenarnej w imieniu delegacji polskiej wygłaszałem kilka godzin po zamachach, które wstrząsnęły światem. Miałem wtedy okazję, by publicznie – w imieniu polskich parlamentarzystów – wyrazić solidarność z narodem amerykańskim i naszą gotowość udziału w walce z wznoszącą się falą islamistycznego terroryzmu.

Wracam nieraz myślami do tamtych chwil. Czy zdawaliśmy sobie wówczas sprawę z tego, jak dalece jedenasty września 2001 roku stanie się datą przełomową w stosunkach międzynarodowych? Po latach gorzkich doświadczeń dziś lepiej niż wtedy rozumiemy, że to właśnie wówczas kończył się – jakże krótki – okres wielkiego optymizmu, z którym żegnaliśmy dziesięciolecia „zimnej wojny” i witaliśmy nową erę demokracji i pokojowej współpracy między narodami.

Wielkie, wręcz przełomowe znaczenie zamachów jedenastego września jest konsekwencją tego, jak na te zamachy zareagowało największe mocarstwo światowe – Stany Zjednoczone. To właśnie amerykańska odpowiedź na 11 września 2001 roku określiła na nowo kształt stosunków międzynarodowych. Dlaczego?

Punktem wyjścia odpowiedzi na to pytanie musi być przypomnienie stanu stosunków międzynarodowych na przełomie poprzedniego i obecnego stuleci. Był to krótki czas, w którym w analizach sytuacji międzynarodowej panowało przekonanie o trwałości trzech wielkich procesów, które dominowały w ostatnim dziesięcioleciu dwudziestego wieku. Były to: koniec zimnej wojny, niespotykane pod względem skali sukcesy „trzeciej fali demokratyzacji” i rozpad Związku Radzieckiego. Nigdy wcześniej świat nie zmienił się tak gwałtownie bez wojny, w wyniku nagromadzenia stopniowych zmian, które przyniosły efekty o ogromnym znaczeniu.
Schyłek dwudziestego wieku to – jak często wówczas mówiono – okres Pax Americana, pokoju, którego gwarancją miała być światowa dominacja Stanów Zjednoczonych, przypominająca dawną dominację Rzymu w okresie określanym jako Pax Romana. Wielu obserwatorów, nawet krytycznych w stosunku do polityki amerykańskiej, sądziło, że hegemonia tego mocarstwa zapewni światu pokój na pokolenia. Zbigniew Brzeziński przewidywał wprawdzie, że hegemonia ta zaniknie, ale sądził, że jej kres nastąpi dopiero w połowie nowego stulecia, przede wszystkim w wyniku wzrostu potęgi i znaczenia Chin.

Stało się inaczej. Stany Zjednoczone utraciły swą hegemonistyczną pozycję znacznie wcześniej – nie tylko i nie przede wszystkim dlatego, że ich główny rywal rośnie w siłę znacznie szybciej niż sądzono ćwierć wieku temu. Przede wszystkim dlatego, że zawiodło amerykańskie przywództwo polityczne – błędnie reagujące na jakościowo nowe wyzwanie, jakim był terroryzm międzynarodowy. W 2007 roku Zbigniew Brzeziński opublikował książkę stanowiącą druzgoczącą krytykę sposobu, w jaki trzej kolejni prezydenci USA prowadzili politykę tego mocarstwa po zakończeniu zimnej wojny („Druga szansa”). Do końca życia przekonywał – niestety bezskutecznie – że Ameryka musi porzucić „katastrofalną” – jak pisał – politykę zbrojnych interwencji i budować na nowych podstawach ład międzynarodowy – jako przywódca, a nie hegemon demokratycznego świata.

Amerykańska odpowiedź na zamachy 11 września była wynikiem złudnego przekonania, że bezsporna przewaga militarna i gospodarcza USA gwarantuje sukces polityki prowadzonej środkami wojennymi. Z perspektywy dwudziestu lat błędność tego rozumowania jest oczywista. Przed niespełna miesiącem upadek Kabulu i rozsypanie się amerykańskiego protektoratu w Afganistanie raz jeszcze pokazały złudność wiary w skuteczność rozwiązań militarnych w skomplikowanej rzeczywistości współczesnego świata. Naiwna wiara w skuteczność rozwiązań militarnych cechowała nie tylko ekipę George’a W. Busha (którego prezydenturę Brzeziński trafnie określił jako „katastrofalną”), ale niemal całą amerykańską elitę polityczną. Nie ulega wątpliwości, że uderzając zbrojnie na Afganistan a potem na Irak Bush miał zdecydowane, ponadpartyjne, poparcie w obu izbach Kongresu i w społeczeństwie amerykańskim. Nie zdejmuje to z niego odpowiedzialności za skutki tej polityki, ale zmusza do zastanowienia się, co powodowało tak powszechne zaślepienie całej niemal amerykańskiej elity politycznej, a także społeczeństwa amerykańskiego

W zapomnienie poszła gorzka lekcja Wietnamu – pierwszej, ale jak się miało okazać nie ostatniej, wojny przegranej przez Stany Zjednoczone. Łatwość, z jaką USA odniosły sukces w końcowej fazie zimnej wojny stała się źródłem przekonania, że nikt i nic nie może stanąć na drodze do ich panowania nad światem. Poczucie siły mieszało się z fanatyzmem ideologicznym, który w okresie prezydentury Ronalda Reagana zastąpił dawny pragmatyzm Trumana, Eisenhowera i Nixona.

Między interwencjami USA w Afganistanie i w Iraku są dość oczywiste różnice, ale w obu wypadkach politycy amerykańscy popełnili ten sam podstawowy błąd: zlekceważyli przestrogę Samuela Huntingtona („Zderzenie cywilizacji a nowy ład światowy”, 1995), który dowodził, że demokracji nie uda się przeszczepić siłą na kulturowo nieprzygotowany grunt i trafnie ostrzegał przed „zderzeniem cywilizacji”, które musi być następstwem takich usiłowań.

Afganistan był pierwszym celem ataku USA i ich sojuszników, przy czym – inaczej niż w wypadku Iraku – istniał w tym wypadku casus belli, gdyż rządzący tym krajem od 1996 roku islamscy fanatycy (talibowie) udzielali gościny Ben Ladenowi i jego kompanom z terrorystycznej organizacji Al Kaida odpowiedzialnej za zamachy 11 września. Stany Zjednoczone miały prawo domagać się wydania sprawców zamachów terrorystycznych i użycie siły dla wymuszenia takiego rozwiązania mieściło się w ramach prawa międzynarodowego. Fatalny w skutkach błąd tkwił gdzie indziej.
Interweniując w Afganistanie Amerykanie postawili sobie za cel zbudowanie w tym kraju państwa demokratycznego i uzależnionego od USA – a więc swoistej bazy politycznej dla rozszerzania amerykańskich wpływów w tej części Azji. Przedsięwzięcie to okazało się poważnym błędem. Pozornie demokratyczne struktury polityczne przeżarte były korupcją a zarazem tak słabe, że w obliczu zapowiedzianego wycofania wojsk NATO po prostu rozpadły się. Kontrastowało to z sytuacją powstałą w Afganistanie po wycofaniu (lutym 1989 roku) wojsk radzieckich. Wówczas radykalnie lewicowy rząd Najbullaha toczył przez trzy lata wojnę z naporem sił islamistycznych, popieranych przez USA i mających oparcie w konserwatywnym społeczeństwie afgańskim. Upadek tego rządu nie zakończył zresztą zbrojnej walki o władzę, którą dopiero po czterech latach zdobyli talibowie.

Ich sukces był zamknięciem trwającego niemal ćwierć wieku konfliktu między siłami modernizacyjnymi i siłami konserwatywnymi. Konflikt ten zapoczątkowało obalenie (w lipcu 1973 roku) króla Zahira Chana i proklamowanie republiki. Za zamachem stali młodzi wojskowi, w znacznej mierze wykształceni w uczelniach radzieckich. W okresie pięcioletnich rządów prezydenta Dauda Afganistan prowadził politykę umiarkowanych reform wewnętrznych a w sprawach międzynarodowych starał się unikać jednoznacznego opowiedzenia się po któreś ze stron zimnowojennej konfrontacji. Umiarkowany kurs rządów republikańskich nie zaspakajał oczekiwań radykalnej lewicy, która w 1978 roku doprowadziła do drugiego przewrotu wojskowego i proklamacji „republiki socjalistycznej”. Okazało się jednak, że zwycięzcy nie potrafią ani pozyskać większości społeczeństwa, ani zachować jedności we własnych szeregach, rozdzieranych walkami frakcyjnymi. We wrześniu przywódca Demokratycznej Partii Ludowej Nur Muhamed Taraki został zamordowany a władzę przechwycił jego rywal Hafisullah Amin. Odpowiedzią na ten przewrót była zbrojna interwencja ZSRR, w wyniku której Amin został zabity a władzę przejęli proradzieccy komuniści.

Interwencja radziecka w Afganistanie była jednym z najcięższych błędów ekipy Leonida Breżniewa i przyczyniła się do kryzysu systemu radzieckiego. Trwająca dziewięć lat wojna nie tylko drenowała środki i osłabiała autorytet radzieckiego przywództwa, ale także stworzyła Stanom Zjednoczonym okazję do ukrytej ingerencji, szczególnie intensywnej w okresie prezydentury Reagana. Paradoks tej ingerencji polegał na tym, że wspierając islamskich fanatyków Amerykanie sami wyhodowali organizację, która we wrześniu 2001 stała za zamachami na Nowy Jork i Waszyngton.

George W.Bush i jego wojowniczy współpracownicy zignorowali lekcję płynącą z radzieckiego fiaska w Afganistanie. Okupując ten kraj i budując w nim proamerykański system polityczny nie mieli nawet takiego oparcia, jakie na początku swojej interwencji miał Związek Radziecki. Okazało się to dobitnie w zeszłym miesiącu. Afgański prezydent Ahraf Ghani zbiegł z kraju, gdy tylko zaczęła się ostateczna ofensywa talibów, a jego armia rozpadła się w istocie bez walki. Okazało się, że sztucznie budowana „demokracja” afgańska nie ma nawet takiego poparcia, jakie miał trzydzieści lat wcześniej rząd afgańskiej lewicy.

Czy z tego wynika, że Afganistan skazany jest na rządy fanatyków islamskich? W perspektywie najbliższych lat – zapewne tak. W dalszej perspektywie szansa na stopniową (a może radykalną?) zmianę tkwi w procesach społecznych, które przeobrażą mentalność społeczeństwa afgańskiego. Wtedy i tylko wtedy pojawi się nowa szansa na postępowe, demokratyczne przemiany. Obca ingerencja procesy te może jedynie hamować. Wydaje się, że tym razem Amerykanie zaczęli rozumieć, jakie są granice ich możliwości.

Interwencja w Iraku (w marcu 2003 roku) nie miała żadnego uzasadnienia prawnego czy moralnego. Rząd USA okłamał własnych obywateli i przywódców państw sojuszniczych twierdząc, że Irak gromadzi broń masowej zagłady. To kłamstwo nie tylko skompromitowało USA, ale także poważnie zaszkodziło spoistości sojuszu atlantyckiego. Przeciw interwencji irackiej opowiedzieli się także niektórzy sojusznicy USA, w tym Francja i Niemcy.

Mam wątpliwą satysfakcję, że byłem jednym z bardzo nielicznych autorów, którzy otwarcie wypowiedzieli się przeciw wojnie z Irakiem – zanim stała się ona faktem. We wrześniu 2002 roku w artykule pt. „Konieczna wojna?” opublikowanym w tygodniku „Przegląd” pisałem między innymi o zagrożeniach, jakie dla świata stanowi bezprawne użycie siły w stosunku do Iraku, w tym o nieuchronnym wzroście nastrojów antyamerykańskich w całym świecie islamu. Niestety okazało się, że miałem rację.

Podwójna przegrana USA w środkowej Azji pociągnęła za sobą poważne konsekwencje globalne.

Pierwszą w nich było wyraźne i zapewne nieodwracalne osłabienie pozycji Stanów Zjednoczonych. Pozostają one najsilniejszym mocarstwem, ale już nie są światowym hegemonem. Osłabione i skompromitowane przegranymi wojnami a także ujawnionymi aktami usankcjonowanego przez rząd G.W. Busha stosowania tortur, nie mogą już liczyć na to, że demokratyczne państwa dzisiejszego świata darzyć je będą niekwestionowanym zaufaniem. Bez tego zaś nie ma światowego przywództwa.

Osłabienie światowej pozycji USA pogłębiła fatalna prezydentura Donalda Trumpa, ale to nie Trump zadał tej pozycji pierwsze i najbardziej bolesne ciosy. Stało się to za prezydentury G.W. Busha – niestety przy poparciu niemal całej amerykańskiej elity politycznej. Gdyby Joe Bidenowi udało się naprawić skutki błędnej polityki jego poprzedników, zapewniłby sobie bardzo wysokie miejsce w panteonie amerykańskich prezydentów. Czy jednak będzie w stanie tego dokonać?

Osłabienie pozycji USA a zarazem ujawnienie ekspansjonistycznych celów polityki amerykańskiej odegrało fatalną rolę w ewolucji politycznej Rosji. Na początku swej prezydentury Władimir Putin silnie podkreślał chęć bliskiej, partnerskiej współpracy z USA. Był nie tylko pierwszym zagranicznym mężem stanu, który pospieszył z wyrazami solidarności po zamachach 11 września, ale także ofiarował Stanom Zjednoczonym realną pomoc logistyczną w operacji skierowanej przeciw Afganistanowi. Kilka lat później – po bezprawnej interwencji w Iraku i w obliczu wyraźnego osłabienia pozycji amerykańskiego mocarstwa – zmienił kurs na bardziej konfrontacyjny. Nigdy nie dowiemy się, czy rosyjskie działania wobec Gruzji w 2008 i wobec Ukrainy w 2014 roku miałyby miejsce, gdyby nie doszło do wcześniejszych interwencji amerykańskich w Afganistanie i Iraku. To nie jest obrona polityki rosyjskiej, lecz wskazanie na to, że polityka ta w znacznej mierze kształtuje się pod wpływem tego, jakimi atutami dysponuje i jak je wykorzystuje najsilniejsze mocarstwo demokratycznego świata.

Po przegranej przez USA wojnie w Afganistanie silnym głosem odezwały się Chiny. Jest jeszcze za wcześnie, by przewidywać, jak ukształtuje się polityka tego mocarstwa wobec Afganistanu i – szerzej ujmując – całej Azji środkowej. Do myślenia powinno jednak dawać to, że w pierwszych dniach po zdobyciu przez talibów władzy Chiny wyraźnie określiły swą gotowość aktywnego zaangażowania we współpracę z tym państwem. Mają tu istotne atuty: nie tylko bliskość geograficzną, ale także to, że są jedynym wielkim mocarstwem, którego konta nie obciąża pamięć o zbrojnej ingerencji w sprawy Afganistanu. Byłoby wielkim paradoksem historii, gdyby to właśnie Chiny były głównym beneficjentem błędnej polityki USA w tym regionie.
O tym wszystkim warto pomyśleć w dwudziestą rocznicę zamachów, które zamknęły pewien okres najnowszej historii i stały się początkiem nowego okresu – o wciąż niepewnych konsekwencjach.

Wariat Wszechpolski

Polak niesfrustrowany to Polak zły.

Na świecie jak człowiek się zdenerwuje, to kupuje spluwę, idzie do najbliższej szkoły albo płynie na wyspę Utoya i urządza sobie ostre strzelanie. Kiedy jest bardziej wkurzony, wysyła listy z materiałem wybuchowym. Jeśli frustrat spotka kolegów, to dopiero wtedy zaczyna się prawdziwa jazda. Powstaje Frakcja Armii Czerwonej, albo inne Czerwone Brygady, i wszyscy startują w konkurencji o nazwie polowanie z nagonką medialną na przemysłowców i polityków.

Tymczasem u nas tak nie ma. W szkołach krew leje się jedynie podczas standardowych konfliktów koleżeńskich. Brak broni palnej w powszechnym obiegu też nie generuje niebezpieczeństwa bycia zastrzelonym w miejscu publicznym. Poza tym nasi desperaci sami eliminują się ze społeczeństwa. Wypalają frustrację ogniem pod Pałacem Kultury czy w łowickiej przychodni. No chyba, że nadchodzi Boże Narodzenie. Dla wielu Polaków od lat te „radosne” święta stają się świetnym pretekstem do pożegnania tego łez padołu. Wigilijne samobójstwa rozkładają się równomiernie pomiędzy młodych a starych, biednych i bogatych, zdrowych i chorych. Zniekształcają też statystyki. Nie na tyle jednak, by zdetronizować najlepszych. I dlatego grupą zawodową najliczniej reprezentowaną wśród dopadniętych pociągiem do zabijania się są u nas policjanci. Rocznie strzela do siebie, a wielokroć i do rodziny, prawie 30 stróżów prawa.

Francuskie pieski

Tym, co ponoć pcha policjantów do samobójczej śmierci, są: niejasny system motywacyjny, straszenie odpowiedzialnością dyscyplinarną, presja wyniku, niewysokie zarobki, przedmiotowe traktowanie przez przełożonych. Czyli to, co spotyka każdego pracującego. Gdyby to była prawda, to samobójstw w Polsce powinno być kilkadziesiąt razy więcej niż teraz.

Ale mundurowi i tak mają większy komfort niż reszta pospólstwa, bo nikt ich na zbitą mordę z dnia na dzień z roboty nie wywali. Dlaczego zatem robią ze swojej głowy tarcze strzelnicze? Odpowiedź jest prosta: bo mają pod ręką spluwę i nie wahają się jej użyć.

Statystyczny samobójca w Polsce ma nieco ponad 50 lat, natomiast samobójca policjant 30–40. Jak wynika z badań prowadzonych wśród policjantów, połowa z nich nie widzi szans na zmianę swojego położenia i rozwój kariery; 13 na 100 czuje się stłamszonych, 12 – wypalonych. Kilka lat temu specjaliści z Zakładu Medycyny Pracy w Łodzi sprawdzali, co doskwiera funkcjonariuszom. Już wtedy szacowali, że niemal pięć tysięcy z nich przystępuje do codziennych obowiązków, mając objawy stresu traumatycznego. A korposzczury i nauczyciele idą do pracy z pieśnią na ustach i przekonaniem, że to, co zrobią, będzie miało wyższy sens?

Ogniomistrze

Jacek T. ma na koncie około dwudziestu spalonych bryk. Jako syn adwokata problemów nie miał. Nie chorował i nie zawiódł się w miłości. Według standardów specjalistów od frustracji, nie miał się czym stresować. A tu proszę…
Jego przykład poszedł w Polskę. Autka zapłonęły w Brzeszczach – tych Brzeszczach. Ale tylko dwa. Za to w Gdańsku jednej nocy facet spalił aż 20 pojazdów. Miał prawo się wkurzyć, bo jak się ma 34 lata i jest na utrzymaniu rodziców, to rzeczywiście człowiekowi może odbić. Szczególnie że poprzednie podpalenie 12 aut pomogło jego stanowi psychicznemu na całe dwa lata.

Raz żyletką, raz młotem

W Koninie facet wlazł na drzewo, przywiązał do szyi sznur i groził, że się zabije. Ale funkcjonariusze skutecznie mu to wyperswadowali. Mężczyzna trafił pod opiekę psychiatrów.

Nieco inną formę redukcji frustracji wybrał 18-letni mieszkaniec Człuchowa. Pojechał do Piły i chlastał przechodniów żyletką. Kroplą przelewającą czarę jego goryczy było niezdanie egzaminu na prawo jazdy.

Za to w Dąbrowie Górniczej policji udało się obezwładnić obywatela, który chciał zabić młotkiem ludzi stojących na przystanku. Nawet to mu się nie udało, bo dwaj poszkodowani mają co prawda pogruchotane czaszki, ale żyją. Nie wiadomo, co kierowało sprawcą.
W Wojcieszowie pod Złotoryją pan postanowił spuścić z siebie napięcie poprzez rzucenie się z 20-metrowego komina, na który uprzednio wszedł. Redukowanie stresu zajęło policjantom pięć godzin.

Frustraci mają też swoje ulubione miejsca. Jednym z nich jest Krzyż Milenijny w Bolesławcu, gdzie przeciętnie raz na miesiąc władza sprowadza desperata na ziemię.

Pomoc niespecjalnie społeczna

Parę lat temu wśród desperatów panowała moda na nawiedzanie ośrodków pomocy społecznej. W Szczecinie odwiedzało się w tym celu Rejonowy Ośrodek Pomocy Rodzinie – Zachód. Wpadało się z pojemnikiem do oprysków, rozpylało jego zawartość, wyjmowało zapalniczkę i groziło, że za chwilę to wszystko wybuchnie. A potem dawało się obezwładnić straży miejskiej i oświadczało, że gdyby się miało dostęp do broni, toby się wszystkich powystrzelało.

Niezłym miejscem do zmniejszania napięć psychicznych był też Ośrodek Pomocy Społecznej w Górze Kalwarii. Sprawdziła to pani, która przyszedłszy tam ugodziła nożem kierowniczkę OPS oraz pracownicę socjalną.

Gminny Ośrodek Pomocy Społecznej w Makowie w powiecie skierniewickim stał się słynny po tym, jak odwiedził go pan wyposażony w łatwo palną ciecz i zapalniczkę. Płyn rozlał na korytarzu i w jednym z pomieszczeń. Spłonęły dwie pracownice GOPS.

Bombowe chłopaki

Frustracja polityczna może być przyczyną wielu interesujących eksperymentów pirotechnicznych. Sylwester A. podkładał w Krakowie w 1996 r. ładunki trotylu bez zapalników. Żądał pół miliona marek niemieckich, a większość ładunków podłożył w kościołach. Antyreligijność kierowała też Ryszardem M. ps. Mohan z sekty Himawanti, który w tym samym 1996 r. groził, że w okresie szczytu pielgrzymkowego dokona zamachu na Jasnej Górze. Poprzestał na groźbach.

W 2006 r. w Warszawie objawił się – do dziś niewykryty – terrorysta, nazwany przez media „gejobomberem”. W kilkunastu miejscach podłożył atrapy bomb, czym sparaliżował miasto. Z jego listu wynikało, że chce w ten sposób przeciwstawić się dyskryminacji gejów w Polsce.

Najpoważniejszy w skutkach sposób rozładowania stresu politycznego zdarzył się jesienią 2010 r. w Łodzi. 62-letni Ryszard Cyba, taksówkarz z Częstochowy, napadł na biuro PiS-u. Zastrzelił jego szefa Marka Rosiaka i ciężko ranił jednego z pracowników. Zatrzymany krzyczał, że chciał „zabić Kaczyńskiego”. No i jest jeszcze Brunon Kwiecień, co to chciał wysadzić w powietrze Sejm wraz z prezydentem i premierem. Z nim jest problem. Nie wiadomo, na ile facet zakładał własną Al-Kaidę, a na ile pomagała mu w tym ABW. Tak czy inaczej, skupował hurtowo saletrę, kombinował zapalniki i werbował ludzi.

W jego twórczości internetowej widać, jak rośnie w nim frustracja. Na forach głosił tezę, że zamachy z 11 września to spisek finansjery, a dodawanie fluoru do pasty do zębów służy otępianiu ludzi. Cztery miesiące przed aresztowaniem napisał zaś: „Czas najwyższy przestać pieprzyć i zacząć działać. Polacy, jeśli dalej tym złodziejom pozwolimy na wyprzedawanie wszystkiego, to i z nas zrobią niewolników. Obudźcie się! TRZEBA Z NIMI ZROBIĆ PORZĄDEK (…) 30 POLAKÓW NA 1 ŻYDA I PO PROBLEMIE”.

Gdyby jednak wszystkich wypisujących coś takiego pakować do psychuszek lub więzień, to nie miałby w tym kraju kto pracować.

Koiciel polskich dusz

Polski frustrat polityczny, w odróżnieniu od frustrata finansowego i miłosnego, ma co ze sobą zrobić. Nie musi podpalać, strzelać, rąbać czy dusić. On się może wyklaskać i wykrzyczeć. A potem pozwolić wygrać wybory partii frustratów. I wtedy zaczyna się problem. Im więcej postulatów się zrealizuje, tym bardziej będzie narastał radykalizm. Największym wrogiem sfrustrowanego elektoratu stają się zdrajcy. U desperata politycznego kara za zdradę jest jedna – kara śmierci dla wczorajszych idoli.

Prezes zdaje sobie z tego sprawę doskonale. Nie bez przyczyny od lat porusza się wyłącznie w obstawie ochroniarzy.

Najstarszy więzień polityczny Europy

Pod małym miasteczkiem Lannemezan, w Wysokich Pirenejach niedaleko hiszpańskiej granicy, w 1987 r. zbudowano francuskie więzienie specjalne, gdzie trzyma się szczególnych więźniów, skazanych na dziesiątki lat więzienia lub dożywocie, jak on. Dziś ma 70 lat – wszyscy wiedzą, że już w ubiegłym wieku powinien wyjść na wolność, ale siedzi, bo tak chcą Stany Zjednoczone i Izrael. Oto historia marksisty, zakładnika Zachodu.

W styczniu 1982 r., gdy w Polsce trwał stan wojenny, 44-letni pułkownik Charles R. Ray, attaché wojskowy ambasady amerykańskiej w Paryżu, wychodził z domu w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku. Minęły lata jego służby w Wietnamie, gdzie jako oficer DIA (wojskowy odpowiednik CIA) w Sajgonie, wyznaczał cele masowych bombardowań dla B-52. Była to operacja Arc Light, bombardowanie dziesiątkami ton bomb – 24/24 – pozycji wietnamskiej obrony oraz wsi i lasów napalmem i „czynnikiem pomarańczowym”, okrutną trucizną, produktem Monsanto. Co prawda, mimo ogromu zbrodni, wojna została przegrana, ale teraz pułkownik Ray interesował się Europą i Bliskim Wschodem, gdzie czekały go nowe wyzwania. Nie doszedł jednak do samochodu, gdy w czaszkę wbiły mu się dwie śmiertelne kule.
Niecałe trzy miesiące później oficer izraelskiego Mosadu Iwan Barsimientow (lub Jakow Bar Siman Tow), szef tajnych służb ambasady Izraela w Paryżu, zginął podobnie, tyle, że wysiadając z samochodu. Wcześniej służył w Libanie. Od 1975 r. trwała tam wojna domowa. W 1978 i 1982 Izraelczycy najechali ten kraj, by wyrzucić zeń Organizację Wyzwolenia Palestyny (OWP) Jasera Arafata, która tam stacjonowała, razem z uchodźcami. Między 1979 a 1983 r. izraelskie tajne służby praktykowały tam zamachy terrorystyczne na szeroką skalę, głównie za pomocą samochodów-pułapek: zginęły setki Palestyńczyków i Libańczyków, przede wszystkim cywile. Jak mówi izraelski pisarz i dziennikarz wojskowy Ronen Bergman, celem tych masakr było pchnięcie OWP do stosowania zamachów, gdyż jako organizacja „terrorystyczna” dostarczy pretekstu do izraelskich napaści na sąsiadów z Libanu. Według izraelskiego gen. Dawida Agmona, cel był prostszy: siać tam jak najwięcej chaosu.
Do egzekucji Raya i Barsimientowa w Paryżu przyznały się Rewolucyjne Frakcje Zbrojne Libanu (FARL), marksistowska organizacja wojskowa, która dała odpowiedź na rutynowe zabójstwa działaczy palestyńskich dokonywanych przez Mosad w zachodniej Europie. FARL miał maczać palce w izraelskim nalocie bombowym na Bejrut w lipcu 1981 r., kiedy zrównano z ziemią biura OWP – prawie 300 zabitych, głównie libańskich cywilów, 800 rannych.
Georges Ibrahim Abdallah miał wtedy 30 lat. Wcześniej był prowincjonalnym nauczycielem z chrześcijańskiej rodziny. Libańscy chrześcijanie byli wtedy – jak zawsze – bardzo aktywni politycznie. Najaktywniejsi skupiali się przede wszystkim w Libańskiej Falandze, jedynej partii faszystowskiej na świecie, która nienaruszona przetrwała II wojnę światową. Falanga miała nadzieję, że Izrael „wyczyści” Liban z Palestyńczyków i Syryjczyków, zawarła krwawy sojusz z okupantem, by utwierdzić swą władzę. Georges wprost przeciwnie, należał do tych maronitów, którzy byli solidarni z Palestyną. Został komunistą: najpierw był członkiem operacji zagranicznych Ludowego Frontu Wyzwolenia Palestyny, by stać się w końcu jednym z założycieli FARL. Organizacja nie praktykowała podkładania bomb, celowała w konkretnych wojskowych.
Aresztowanie i eksplozje na ulicach
Celem FARL-u było wycofanie z Libanu obcych wojsk: izraelskich, amerykańskich i francuskich. Działał w Europie, współpracując m.in. z francuską Akcją Bezpośrednią (Action directe), włoskimi Czerwonymi Brygadami i niemiecką Frakcją Czerwonej Armii. Niewykluczone, że Georges Ibrahim Abdallah miał coś wspólnego z tą współpracą. Aresztowano go ponad dwa lata po egzekucjach Raya i Barsimientowa, w październiku 1984 r. w Lyonie. Jego więzienie w Wysokich Pirenejach jeszcze nie istniało, ale odtąd już nigdy nie wyszedł. Rok później FARL porwał w Libanie dyrektora francuskiego ośrodka kulturalnego, by go wymienić na Abdallaha. Po zawarciu porozumienia za pośrednictwem algierskim, Libańczycy wypuścili dyrektora, ale Francja, po naciskach amerykańskich, złamała słowo – ich rodak pozostał w więzieniu. W lipcu 1986 skazano go w końcu za nieuprawnione posługiwanie się algierskim paszportem, na 4 lata.
Ale rok 1986 był dla Paryża szczególny. Cała seria zamachów bombowych w publicznych miejscach, ogółem 16 zabitych i ponad 200 rannych, a tymczasem policja nie ma zielonego pojęcia, kto to robi. W końcu minister policji sugeruje, że to „terroryści z FARL”. Policja ponownie odwiedza jedną z dawnych kryjówek George’a Abdallaha i cud: znajduje tam walizkę, w której oprócz różnych przedmiotów jest czechosłowacki pistolet, z którego miano strzelać do agentów DIA i Mosadu, zawinięty w arabską gazetę! Znaleźli się świadkowie, którzy widzieli Abdallaha na miejscu zamachów, podczas gdy siedział w więzieniu. Potem widziano jego podobnych brodatych braci, choć byli w Libanie. Z braku laku policja znalazła winnego, podczas gdy media oskarżały więźnia o winę za uliczne zamachy.
Zdrada obrony
Odbył się komiczny drugi proces Abdallaha przed sądem specjalnym (bez ławy przysięgłych), który trochę się zdziwił, że gazeta, w którą był zapakowany pistolet, nosi datę prawie dwa lata po aresztowaniu oskarżonego, a jego odciski palców znaleziono tylko na pojemniku płynu do korekty maszynopisów, który miał być w walizce. Media z wielką satysfakcją przyjęły w lutym 1987 r. orzeczenie kary dożywocia za „wspólnictwo w dwóch zabójstwach”.
Kilka dni po ogłoszeniu wyroku, przyjętego z zadowoleniem przez Stany Zjednoczone (które występowały na procesie w roli oskarżyciela posiłkowego), w paryskich księgarniach ukazała się książka adwokata skazanego Jean-Paula Mazuriera, w której mecenas opowiada jak oszukiwał swego klienta pracując równolegle z DGSE (francuskim wywiadem zagranicznym). Normalnie proces powinien zostać unieważniony, ale skończyło się na trzyletnim zakazie wykonywania zawodu adwokata. Według niego i DGSE, Abdallah był szefem francuskiej komórki FARL, do czego skazany nigdy się nie przyznał.
Po procesie okazało się też, że FARL nie miał nic wspólnego z zamachami bombowymi na mieście, które wprowadziły tak ciężką atmosferę na sali sądowej. Ich organizatorami byli Irańczycy, niezadowoleni, że Francja aktywnie pomaga Saddamowi Husajnowi, prezydentowi Iraku, w wojnie przeciw Iranowi. Wykonawcami byli Libańczycy, ale z Hezbollahu. Pięć lat temu wyjaśniło się też, kto zabił Barsimientowa z Mosadu: zmarła wtedy w Bejrucie komunistka Jacqueline Esber nazywana „tow. Rima”. Przez lata żyła w podziemiu, pod zmienionym nazwiskiem i wyglądem, w obawie przed izraelskimi zabójcami. Mosad nie przestawał węszyć.
Georges Ibrahim Abdallah podczas procesu wyraził solidarność z FARL i lewicową walką narodowo-wyzwoleńczą.
Sąd uznał jednak, że Abdallah źle zrobił, podejmując nielegalną walkę o swój kraj, choćby ta walka była uprawniona.
Więzień imperium
Sąd uznał go oczywiście za „terrorystę”, co należy do żelaznego języka wszelkich najeźdźców i okupantów, którzy mają do czynienia z ruchem oporu. Arafat był „terrorystą”, ale dostał pokojową Nagrodę Nobla. Mandela był „terrorystą”, a został prezydentem, bo jednak nikt nie brał poważnie dawnych oskarżeń o „terroryzm”. Z więzienia wyszła wspierająca Abdallaha Angela Davis, ale żaden zbrodniarz-niemiecki nazista nie siedział dłużej od niego, wyjąwszy Hessa. Dzieje się tak, gdyż Stany Zjednoczone i Izrael mogą rozkazywać we Francji. Amerykanie od początku sprawy Abdallaha pilnują, by nigdy nie wyszedł z więzienia. Prezydent Reagan sam wydzwaniał do ówczesnego prezydenta Francji Mitterranda, by mu zwrócić uwagę.
W 1999 r. minęło 15 lat jego kary, co uprawnia do warunkowego zwolnienia i z reguły jest formalnością, ale nie tym razem. Jego adwokaci zwrócili się od tego czasu dziewięć razy o zwolnienie i nic. Dwa razy sądy – raz nawet po apelacji – przyznawały mu to zwolnienie, ale rząd zawsze coś wynajdywał, bo Amerykanie i stowarzyszenia syjonistyczne skupione wokół ambasady Izraela w Paryżu nie dawali spokoju.
W 2012 r. ambasador USA w Paryżu Charles Rivkin wyraził oburzenie, że sąd chce więźnia wypuścić. Kiedy po odwołaniu prokuratury, sąd apelacyjny zatwierdził tę decyzję, jego adwokat Jacques Vergès nie krył satysfakcji: „Cieszę się z tego orzeczenia, bo prosiłem francuski wymiar sprawiedliwości, by nie zachowywał się jak kurwa wobec amerykańskego alfonsa.” Do gry weszła wtedy Victoria Nuland-Kagan z departamentu stanu, ta sama, która później pomagała organizować Majdan na Ukrainie: „Jesteśmy rozczarowani decyzją francuskiego sądu, nie sądzimy, by mógł wyjść na wolność”. W końcu sama Hillary Clinton napisała do francuskiego MSZ: „mamy nadzieję, że władze francuskie znajdą sposób, by zostawić go w więzieniu.”
Ten sposób znalazł się łatwo, bo sąd apelacyjny uzależnił wykonanie swego orzeczenia od decyzji administracyjnej wydalenia Abdallaha do Libanu. To pomieszanie władz sądowniczej i rządowej umożliwiło ówczesnemu premierowi Vallsowi po prostu nie podpisać decyzji o deportacji, co wysadziło w powietrze wyrok sądu. Odtąd Georges Abdallah zwrócił się do swych adwokatów, by przestali ubiegać się o warunkowe zwolnienie. Sądy penitencjarne nie raz zwracały uwagę, że Libańczyk, choć jest bezproblemowym więźniem, pozostaje antykapitalistą, antyimperialistą i antysyjonistą, czyli może być politycznie groźny dla USA i Izraela.
Solidarność i myśl
Przez wszystkie te lata mało kto słyszał w Polsce o George’u Ibrahimie Abdallahu, czy setkach innych więźniów politycznych na Zachodzie. W Francji powstał w tym roku dokument o nim, wyszła też książka, a komitety poparcia domagają się jego zwolnienia. Kilka francuskich miasteczek dało mu nawet honorowe obywatelstwo.
W ciągu tych dziesięcioleci więzień Abdallah brał udział w więziennych głodówkach solidarnościowych, głównie z więźniami w okupowanej Palestynie, czy innymi w Europie. Pisał sporo i choć nie zakończyło się to jeszcze książką, z jego publikacji wyłania się analiza polityczna naszej współczesności, którą warto w skrócie przytoczyć. Abdallah uważa, że imperializm zglobalizowanego kapitalizmu to wojny o ropę i minerały prowadzone przez państwa pozostające na usługach faktycznie rządzących wielkich koncernów. Słynna „wojna z terroryzmem” to tylko propaganda, która ma doprowadzić opinie publiczną do zgody na kolejne bombardowania.
Los Palestyny, w której powstało euro-amerykańskie państwo kolonialne, potwierdza swą centralną wagę dla antyimperializmu. Lewica nie może domagać się rozbrojenia ruchu oporu, milcząc o zbrojeniu okupanta – Izraela. Abdallah został ciężko ranny podczas obrony południowego Libanu w 1978 r., kiedy Stany, Francja i Wielka Brytania naciskały na libański rząd, by po prostu zaakceptował izraelską okupację tej części kraju, w imię „pokoju”. „Nie ma pokoju bez sprawiedliwości” – uważał wtedy dzisiejszy więzień, a jego godność i prawość nie pozwoliły mu zmienić zdania.

Władza bierze się za satyryków?

Nie wiem, czy kiedyś o Szczepanie Sadurskim będą pisać, że w 2021 roku podkładał bomby. Jeśli nie zmieni się władza, to niewykluczone. 29 stycznia zeznawał w sprawie ZD-530/21. Na razie jako świadek.

Oczywiście nie można mieć pretensji do szeregowych policjantów. Taka praca. Miał przesłuchać – przesłuchał. Ale skądś przyszło zlecenie. Zapewne z prokuratury. Czy można wierzyć organom (prokuratura, sądy) gdy nawet sam prezydent RP, premier i posłowie partii rządzącej, do tego TVP i billboardy w całej Polsce, mówią lub jasno dają do zrozumienia, że to nieuczciwa, podejrzana „kasta”. Które co chwila szukają haków na Giertycha i innych (to już inna bajka, ale też pokazuje Polakom: nie należy im ufać).

Telefonicznie odmówiono zdziwionemu Sadurskiemu odpowiedzi na pytania po co jest wzywany i to nawet zrozumiałe. Ale 48h na stawienie się na komisariacie? Morderstwo albo sprawa polityczna. Bo w jakich jeszcze innych sprawach polskie organy ścigania działają tak błyskawicznie? W sytuacji, gdy szereg głośnych spraw (począwszy od „dwóch wież”) czeka albo jest natychmiast umarzanych.

Głupi dowcip, który należy zbadać (tylko kto teraz wierzy policji?) czy zlecenie, które ma drugie dno?

Satyryk, który na co dzień drukuje rysunki polityczne w lewicowym czyli opozycyjnym dzienniku Trybuna. Który na Sadurski.com ma mocne dowcipy polityczne, satyrę na PiS i najwyższych przedstawicieli obecnej władzy. Drukujący w prasie od wielu lat. W stanie wojennym jako nastolatek nie bał się rysować Jaruzelskiego i ZOMOwców, (niektóre rysunki są na ekspozycji stałej w Europejskim Centrum Solidarności w Gdańsku), który w ostatnich latach otwierał wystawy w różnych miejscach świata. Nie humorysta, lecz satyryk czyli osoba, która swą twórczością niejednemu zalazła za skórę. Na pewno nie osoba anonimowa. Ktoś taki miałby podkładać bomby, w dodatku dla jaj (a może całkiem poważnie) informować o tym organa ścigania wysyłając e-maila, w którym jest jego imię i nazwisko?

To się kupy nie trzyma i śmierdzi jak stąd do Smoleńska. Pewnie dlatego jest sprawdzane. Ale czy w sytuacji upolitycznienia instytucji takich jak prokuratury, sądy, w czasach gdy w Internecie widzimy jak działają policjanci, pacyfikując pokojowe masze Strajku Kobiet, logicznie myślący człowiek natychmiast wszystko wykluczy? Przecież ta władza robi wszystko, aby autorytet wspomnianych wyżej instytucji podważyć i żeby Polacy im nie ufali.

A może chodzi o skompromitowanie wieloletniej działalności Sadurskiego (jak jak niedawno skompromitowano aktorkę Jandę i innych ludzi kultury), choć tak naprawdę chodzi o „pokazanie”, jakich to ludzi ma wokół siebie Trybuna, lewica, lub szerzej – opozycja? Może zaraz materiał zrobi TVP i puści w Wiadomościach? Nawet jeśli wszystko okaże się „nieporozumieniem”, „pomyłką” i przycichnie – smrodek pozostanie. Twórcy mają się bać, Polacy mają się bać wyrażania swoich poglądów. Pretekst, żeby w kogoś lub coś uderzyć, jeśli się koniecznie chce – zawsze się znajdzie. Żyjemy przecież w epoce „Prawa” i „Sprawiedliwości”.

Trzecia plaga

Światu grożą trzy plagi, trzy zarazy.
Pierwsza – to plaga nacjonalizmu.
Druga – to plaga rasizmu.
Trzecia – to plaga fundamemtalizmu religijnego.
Ryszard Kapuściński, Imperium

Wszelkie fundamentalizmy, jakiekolwiek by one nie były, włacznie z tymi, które kryją się za hasłami na pierwszy rzut oka demokratycznymi, generują zło. Pojęcie to nie odnosi się wyłącznie do domeny religii czy ideologii. Z powodzeniem można je rozszerzyć na doktryny ekonomiczno – społeczne, realizowane bez względu na egzystencjalne konsekwencje dla jednostek, wobec których są stosowane.
Dla dobra republiki
Zabsulutyzowana idea demokracji, wprawdzie klasowej, bo realizowanej przez senatorów, będących elitą imperium rzymskiego, opartego na systemie eksploatacji zarówno niewolników jak i „populus romanus“, ludu rzymskiego, zaowocowała morderstwem dyktatora, Juliusza Cezara, przez senatorów z ugrupowania optymatów (szlachetnie urodzonych) pod przewodnictwem Brutusa i Gajusza Kasjusza. Morderstwo popełniono oczywiście dla dobra republiki i swoiście, fundamentalistycznie, pojętej demokracji.
Idea absolutnej słuszności, tak jak ją ówczesnie pojmowano, doktryny katolicyzmu, spowodowała narodziny zbrodniczej inkwizycji i seryjnego mordercy oraz kata heretyków tudzież czarownic, likwidowanych na stosach, w imię czystości wiary – Torquemady, jak też licznych jego naśladowców w Europie.
Przekonanie o bezwarunkowej zasadności haseł rewolucyjnych, głoszonych przez organizację „Narodnaja Wolia“, doprowadziło, po sześciu nieudanych próbach, do skutecznego zabójstwa w wyniku terrorystycznego zamachu cara Aleksandra II Romanowa przez naszego rodaka – Ignacego Hryniewieckiego. Uniemożliwiono w ten sposób reformę samodzierżawia, którą Aleksander przygotowywał. Jego następcy gruntownie zrezygnowali z pomysłów liberalizujących system polityczny Imperium Rosyjskiego, co pociągnęło za sobą, również dla wchodzących w jego skład terytoriów polskich, opłakane skutki.
Tak oto terroryzm, jako konsekwencja różnorakich funadamentalizmów, przez wieki znaczył krwią historię ludzkości.
Z bliższych nam czasów wystarczy wspomnieć o zamachach na prezydentów USA – Jamesa Garfielda, Abrahama Lincolna, Wiliama Mc Kinleya czy choćby Johna Kennedy’ego.
Przeczące normom moralnym
A z czasu nam współczesnego, warto spojrzeć na kosekwencje fundamentalistyczno-liberalnej reformy gospodarki, przeprowadzonej w Polsce po zmianach systemowych lat 90 – tych ubiegłego wiekiu, wg. zasady „ prywatyzacja zysków i socjalizacja strat“. Zmarginalizowanie znacznego osetka obywateli spowodowało, oprócz licznych tragedii osobistych (vide – losy byłych pracowników Państwowych Gospodarstw Rolnych), powstanie żyznej gleby, na której mógł bujnie rozwijać się populistyczny fundamentalizm PiS – u.
Skrajnym przykładem fundamentalistycznej obsesji są ruchy pro-life, przeczące często w praktyce swoim normom moralnym. Otoż broniąc np. w USA „życia od poczęcia do naturalnego końca“, jako argumentu wobec praktykujących aborcję lekarzy używają broni, pozbawiając ich życia, a więc ewidentnie wyręczając los w zgotowaniu im „naturalnego“ końca. Nie można wykluczyć, że polskie organizacje antyaborcyjne typu „pro życie“, przy częstym u nas serwilistyczno-wazeliniarskim małpowaniu wzorów amerykańskich, nie sięgną po podobne metody, nie mające nic wspólnego z ewangelicznym przesłaniem chrześcijaństwa, którego wyznawcami się mienią.
Już ten pobieżny, „z lotu ptaka“, obraz fundamentalizmów rodzących przez samo swe istnienie zło, a w skrajnych przypadkach – zło absolutne, polegające na zbrodniczych aktach odbierania bliźnim życia, ukazuje ich złowrogą naturę. Ukazuje też zjawisko terroryzmu, który nie jest niczym nowym i towarzyszy wiernie historii ludzkości. Przykłady można mnożyć w nieskończoność. Sięgając do nieodległej historii Polski, do międzywojnia, można zacytować zaszłości fundamentalistycznie nacjonalistycznego terroryzmu ukraińskiego.
Trzeba wprwdzie przyznać, że po rozwianiu się federalistycznych snów Piłsudskiego, obliczonych na istnienie całości Ukrainy w ramach granic Rzeczypospolitej i po fiasku asymilacyjnych planów wojewody Józefskiego, polityka narodowościowa państwa na terenach zamieszkałych przez ukraińską większość nie grzeszyła rozsądkiem. Co ciekawe, łączyła się ona z wymiarem religijnym, tak jak póżniej łączył się z nim zbrodniczy, fundamentalistyczny nacjonalizm spod znaku Bandery.
Likwidacja setek prawosławnych cerkwi i ciche wspieranie unitów (kontakty min.Pierackiego z metropolitą Szeptyckim) nie dało oczekiwanych rezultatów. W końcu polityka ta zaowocowała mordem. Wicepremiera, ministra spraw wewnętrznych Pierackiego zabił, w wyniku zamachu w Warszawie , w 1934 roku, członek Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (OUN) Grzegorz Maciejko ps.Gont.
Złowieszcza działalność
W okresie okupacji hitlerowskiej kresów Rzeczypospolitej, związek fundamentalizmu religijnego i nacjonalistycznego znalazł swe apogeum w rzeziach ludności polskiej na Wołyniu dokonywanych przez UPA, przy otwartym często wsparciu zbrodniarzy ze strony kleru unickiego.
Z bliższych historycznie wydarzeń w Europie warto przywołać złowieszczą działalność separatystów, nacjonalistów baskijskich w Hiszpanii, zorganizowanych w ETA (Eskaudi Ta Askatasuna – Baskonia i Wolność), ktora przyniosła w efekcie śmierć około 800 ofiar w wyniku zamachów masowych, bombowych i wybiórczych, indywidualnych, przez komanda likwidacyjne. Działania te również znajdowały oparcie w postawie i strukturach części baskijskiego kościoła katolickiego i jego duchowieństwa. Aby zakończyć ten remanent terroryzmów, wypada wspomnieć o terrroryźmie IRA, z ewidentną, po obu stronach irlandzkiego konfliktu, składowa religijną (katolicy w opozycji do protestantów i vice-versa) oraz o krwawym żniwie Czerwonych Brygad we Włoszech i RAF (Rote Armee Fraktion – Frakcja Armii Czerwonej) w RFN, bazujących ideologicznie na zmanipulowanym i zabsolutyzowanym zbiorze idei komunistycznych.
Podręcznikowym przykładem owego zła, którym jest terroryzm, są akty przemocy, realizowane przez fundamentalistyczne ugrupowania muzułmańskie.
W imię islamu, w imię często politycznie instrumentalizowanej religii, roszczącej sobie prawo do bycia jedyną prawdziwą, popełniają masowe bądź punktowe, „dedykowane“ mordy, które mają jakoby sprawiać satysfakcję i pomnażac chwałę ich boga tudzież jego proroka. Przyjrzymy się bliżej temu zjawisku – terroryzmowi islamistycznemu.
Objawienie bezpośrednio z nieba
Prehistorią owego fenomenu był VII wiek naszej ery. Prorok Mahomet w Arabii oltrzymuje objawienie bezpośrednio z niebios, za pośrednictwem anioła imieniem Gibril (Gabriel). Objawienie dotyczy podstaw islamu. W trakcie kolejnych, fragmentarycznych objawień Duch Boży przekazuje Mahometowi treści, które w sumie tworzą tekst Koranu, słowa Bożego (Allaha).
Pod rządamiczterech kolejnych kalifów, następców Mahometa, obszar panowania nowej religii, dzięki podbojom arabskim, błyskawicznie się rozrasta.
W epoce kalifatu omeidzkiego w Damaszku, w latach 650-750 obejmuje już olbrzymie imperium od Oceanu Indyjskiego do Atlantyku. Szczególnie silna jest obecność tego wyznania na południowym wybrzeżu Morza Śródziemnego.
W okresie Abasydów owo imperium nie rozwija się już tak dynamicznie, więcej – zaczyna sie jego podział.
Oto główne dogmaty islamu, religii, leżącej u podstaw tego organizmu państwowego :
a. Wiara w jednego Boga, stwórcę świata, Boga, który istnieje sam z siebie i nie jest stworzony. Jego sługami i wysłannikami sa anioły.
b. Allah objawił się światu, wzywając do monoteizmu przez proroków, wśród których są Abraham, Mojżesz i Issa (Jezus).Jednak prorokiem ostatecznym, najważniejszym, przynoszącym wiarę w Allaha, jest Mahomet.
c. Wiara w życie po śmierci, w którym dobrzy będa wynagrodzeni rajem, a źli skazani na piekło, po zmartwychwstaniu i Sądzie Ostatecznym.
d. Wiara w dżiny (rodzaj demonów).
Pierwotny zbiór dogmatyczny podlegał licznym zmianom, będących efektem interpretacji, akceptacji lub odrzucenia niektórych elementów aszari, świętej księgi. Najbardziej dyskusyjny, dotyczący predestynacji (n.b. podobnie było w chrześcijaństwie) został w końcu zaakceptowany przez ortodoksję sunnicką.
Powyższy kanon dogmatyczny określa podstawowe normy religijne, które pobożny muzułmanin musi spełniać:

  1. Wyznanie wiary : „Nie masz Boga innego nad Allaha, a Mahomet jego prorokiem.“
  2. Modlitwa (szalat) pięć razy dziennie, a w piątek – w meczecie, poprzedzona ablucjami rytualnymi.
  3. Jałmużna, a ściślej – podatek religijny od dóbr wiernego – zakat – na cele dobroczynne.
  4. Całodzienny post w ciągu miesiąca Ramadan.
  5. Pielgrzymka (hadż) do sanktuarium kaba w Mekce, którą wierny musi odbyć choć raz w życiu (istnieje możliwość odbycia jej przez pośrednictwo, per procura).
    Fenomen terroryzmu
    Jak dotąd nic nie zwiastuje związków tej religii z aktami krwawej przemocy, której dziś jesteśmy świadkami.Jednak niektóre grupy wyznawców islamu dodają do do tych pięciu podstaw (arkanów) religii – szóstą, dżihad, świętą wojnę przeciw niewiernym. I ci właśnie stanowią żyzną glebę, na której kiełkuje terroryzm. Żeby pojąć mechanizmy, mogące prowadzić do fenomenu współczesnego terroryzmu islamistycznego, trzeba zrozumieć, że islam jest nie tylko religią.
    Jest to zintegrowany system, obejmujący religię, prawo (w tym przypadku – szariat) i władzę polityczną, totalnie kontrolujący egzystencję każdego wyzmawcy. Ponieważ Koran nie przewiduje wszystkich sytuacji w dziedzinie prawnej, bytowej i obyczajowej, powstał kazuistyczny zbiór zasad, określony przez sunnę, tradycję. Od pewnego czasu nie podlega on zmianom i interpretacjom, co stanowi poważny problem dla muzumańskich teologów, szczególnie w kontaktach z innymi wyznaniami, nie wspominając już o konfrontacji wyznawców z przemianami zachodzącymi we współczesnym świecie.
    Główny nurt islamu to sunnici, uznający wszystkie pozostałe mutacje tej wiary (szyitów, zaidów, ismaelitów) za heretyków. Wśród sunnitów szczególną gorliwością i fundamentalizmem wyróżniają się salafici, wahhabici, dążący do „odnowy“ religijnej poprzez powrót do pierwotnych, często krwawych, korzeni swej religii.
    Adeptów tej odmiany islamu, a szczególnie tych spośród nich, którzy do podstaw wyznania włączją „szósty arkan“, wyróżnia zbiór cech charakterologiczno – umysłowych, typowy dla religijnego fundamentalisty. Są oni w pełni irracjonalni, absolutnie niepodatni na żadną argumentację, hermetycznie zamknięci na inne wizje świata.
    Więcej – pragną te odmienne wizje i ich głosicieli zlikwidować, w pełnym, fizycznym znaczeniu tego słowa. Tym samym każdy „inny“ staje się wrogiem. Stąd już tylko krok, aby od idei przejść do czynów. Jesli po drodze znajdą się nawiedzeni „ojcowie duchowni“, którzy tę wrogość skierują na tory morderczej przemocy, mamy obraz narodzin terrorysty islamistycznego, członka ugrupowania bądż też samotnego zabójcy, w zależności od okoliczności i potrzeb sterujących nim „duchowych przywódców“. Dzięki nim, dokonując zamachu, może zaistnieć, stać się „kimś“ w oczach współwyznawców, ku opacznie pojętej chwale swego boga.
    Wiedząc już, jak rodziły się korzenie terroryzmu islamistycznego, możemy z kolei prześledzić impulsy, które towarzyszyły jego powstaniu, jego dalszy, znaczony krwią, rozwój i zastanowić się nad środkami zaradczymi.
    Pytanie: Czy można przebaczyć terrorystom?
    Odpowiedź: Sądzę, że rolą Boga jest im wybaczać.
    Nasza rola, to zorganizować spotkanie.
    (Odpowiedź W. Putina na pytanie, zadane mu w trakcie wywiadu).
    Umownie nowożytny początek historii terroryzmu islamistycznego można usytuować w Iranie szach–in-szacha Rezy Pahlawiego. Koło połowy lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku, szach, pod presją USA i Wielkiej Brytanii wydaje generałowi Zahadi rozkaz usunięcia Mossadoka, który na czele partii „Front Narodowy“ znacjonalizował złoża ropy naftowej. Wcześniej nominalnie należały do Iranu, lecz prawa ekspoloatacyjne przejęły konsorcja zachodnie pozostawiając Persom zaledwie 50% udziału w wartości wydobywanego surowca.
    Widząc klęske Mossadoka właściciele koncernów zza Atlantyku odetchnęli z ulgą. Szacha wynagrodzono sojuszem wojskowym z USA w 1959 roku. Pozycja szacha pozornie się umacniała.
    Wprowadza ostrożne reformy: rolną i wspierania drobnej burzuazji. Jednak równocześnie popełnia fatalny błąd – popiera na szeroką skalę „amerykanizację“ życia codziennego. Materialne i kulturowe wzorce rodem z USA, często wcielane w życie siłą, były obce szyickiej ludności kraju, powodowały narastający sprzeciw społeczeństwa.
    Heroldem zmian cywilizacyjnych jest premier Ali Amin, pupil Johna Kennedy’ego. Sytuacja w regionie staje się nader dynamiczna. Iran w trakcie prób modernizacji na modłę amerykańską zalewa fala bezrobocia. Równocześnie wokół rosną wpływy ZSRR. Są silne w Iraku, Syrii i Egipcie. „Wujka Sama“ zaczyna boleć głowa. Pragnie zachować globalny prymat geopolityczny w konfrontacji dwóch bloków ideowo-militarnych –NATO i Paktu Warszawskiego. W 1977 roku wybucha wojna przeciw rządzonemu przez partię BAAS Irakowi. Wprawdzie prowadzi ją Iran ale można ją nazwać „wojną per procura“ USA z wpływami radzieckimi. Początkowo konflikt z wrogiem zewnętrznym pozwolił na obniżenie napięć wewnętrznych, lecz nie na długo. Wprawdzie tysiące bezrobotnych mężczyzn wcielono do armii ale recesja i opozycja szyicka robią swoje – pod presją pięciomilionowych tłumów, protestujących na ulicach Teheranu szach, który stracił poparcie wojska w 1979 roku ucieka z kraju. Do Iranu, z emigracji paryskiej wraca imam Chomeini. Rewolucja szyicka zmiata zachodnie wpływy kulturowe a wojna nadal trwa tyle, że pod zmienionymi hasłami – walki z sunnitami i niewiernymi z partii BAAS (socjaliści).
    Absolutny brak zrozumienia
    Dalsze działania USA w regionie ukazały absolutny brak zrozumienia jego specyfiki religijno-kulturowej. Stany Zjednoczone weszły w konflikt z nierozdzielnym konglomeratem religijno-polityczno-prawnym islamu, o którym wspominaliśmy w pierwszej części artykułu. Islam jest wprawdzie wewnętrznie podzielony, vide choćby rozłam sunnicko-szyicki, ale w kwestii nienawiści do niewiernych i świętej przeciw nim wojnie liczni przedstaiciele obu tych obrządków są zjednoczeni.
    Amerykanie nie wyciągnęli wniosków z radzieckiej klęski w wojnie afgańskiej z lat 1979 – 89, do której to przegranej walnie się przyczynili, zbrojąc islamskich bojowników w indywidualne zestawy przeciwlotnicz Stinger. Następują na te same co ZSRR grabie. Przeoczyli, że w powojennym Afganistanie rozwijał się żywiołowo fundamentalistyczny ruch wojującego islamu. Dżin został wypuszczony z butelki. Wykształceni w szkołach religijnych,

medresach Pakistanu, fanatycy – Talibowie przejęli z bronią w ręku władzę nad państwem.
Bohaterowie walki s Sowietami
Fanatyzm zaczął się wylewać poza granice Azji Środkowej. Na tragiczne efekty tego stanu rzeczy nie trzeba było długo czekać. Terrorystyczne uderzenie w USA w postaci zamachu na dwa drapacze chmur – World Trade Center w Nowym Jorku skończyło się tysiącami ofiar. Ten zbrodniczy akt wstrząsnął Stanami i światem.
Byļ też cezurą chronologiczną, czerwoną linią , która została przekroczona, oznaczając początek ery współczesnego, wywodzącego się z fundamentalizmu religijnego terroryzmu islamistycznego. Byli „bohaterowie walk z sowietami” z dnia na dzień stali się bandytami, którym przewodziła Al – Kaida, niegdyś inspirowana przez specsłużby USA , nb. czerpiąca z wahhabickich tradycji Arabii Saudyjskiej, jednego głównych sojuszników amerykańskich w regionie. Siódmego października 2001 roku Waszyngton odpowiedział na to przestępstwo zmasowanym atakiem rakietowym. Był to początek wojny, w której Stany beznadziejnie ugrzęzły w Afganistanie, wraz z koalicją państw NATO i innymi wasalami i która trwa faktycznie do dziś, teraz już z Amerykanami w postaci jedynego aktora.
Na Bliskim Wschodzie też ruszyła lawina konfliktów. Po ataku Iraku na Kuwejt, w wyniku operacji sił amerykańskich pod kryptonimem „Pustynna Burza”, zmuszono agresora do wycofania się poza pozycje wyjściowe sprzed wojny. Później, aby skończyć z Saddamem Husajnem, użyto argumentu posiadania przez Irak broni masowego rażenia, co było bluffem w wykonaniu stałego przedstawiciela USA w ONZ. W 2003 roku wybuchła druga wojna w Zatoce Perskiej, zakończona fizyczną likwidacją Saddama Husajna, klęską Iraku i okupacją tego kraju do 2005 roku. Później przyszła „Arabska Wiosna”, ruch po części oddolny przeciw tyranii rażimów w Tunezji, Egipcie i Libii, efektywnie przez USA rozniecany. 20 października 2011 roku Kadafi, jak to eufemistycznie określały media, został „zabity przez rebeliantów” nie bez udziału zachodnich specsłużb. Następnie podobne losy dotknęły Iraku,Kuwejtu, Jemenu, Jordanii i Mauretanii.
Pasmo destabilizacji przebiegało teraz od Azji Środkowej przez Zachodnią, obszar Zatoki Perskiej aż do Bliskiego Wschodu. Wyznaczało ono też teren, na którym doszło do wyzwolenia ogromnego potencjału religijnego fundamentalizmu, wcześniej kontrolowanego. Pozwalało na stworzenie armii gotowych do wojny z niewiernymi, również na ich rodzimym terenie, terrorystycznymi metodami dżihadystów.
Przegrywanie pokoju
Potwierdziła się pewna prawidłowość – Ameryka umiała wygrywać wojny ale, poza nielicznymi wyjątkami, nie umiała wygrać pokoju, szczególnie w konfrontacji ze strefami kulturowymi, których nie była w stanie pojąć. Jakie były rzeczywiste cele operacji destabilizacyjnej, realizowanej pod pretekstem demokratyzacji, znajdującej później przedłużenie na innych połaciach globu, w postaci serii „kolorowych rewolucji”, nie będziemy w tym tekście dociekali, bo temat wart jest odrębnego potraktowania. Skupimy się natomiast na terroryźmie islamistycznym, jako na podręcznikowym przykładzie zbrodniczych aktów, wynikających z fundamentalizmu religijnego.
Destabilizacja całego regionu o której uprzednio wspominaliśmy i którą można datować od lat dziewięćdziesiątych ub. wieku, od I wojny w Zatoce Perskiej, pociągnęła za sobą katastrofalne konsekwencje. Nie dla USA jednak, poza tragedią World Trade Center, lecz głównie dla Europy. Spowodowała radykalizację wielu środowisk muzułmańskich i potężną falę imigrantów, zalewającą nasz kontynent.
Początkowo, od 2003 roku, po II wojnie w Zatoce Perskiej, na terenie Iraku zaczęła kiełkować organizacja terrorystyczna, związana z ruchem salafickim, z wahhabitami, jako forma oporu przeciw amerykańskiej okupacji kraju (czytaj: okupacji przez niewiernych), która już w 2006 roku wyewoluowała w samozwańcze państwo islamskie w Iraku. Tymczasem nazwa „państwo” była na wyrost. Lecz parę lat później, gdy ruch ten objął także terytorium Syrii, w latach 2013 – 14 powstało pseudo-państwo, kalfat, zwany przez jego fundatorów, salafitów, Islamskim Państwem w Iraku i Lewancie (ISIS lub DAESZ). Było to państwo koraniczne, oparte na szariacie, krwawo podporządkowujące ludność swych zmiennych, w wyniku interwencji już od 2014 roku koalicji międzynarodowej z USA na czele, granicach. Ten quasi – państwowy twór, początkowo stanowiący emanację irackiej Al-Kaidy pod wodzą az – Zarkawiego, który zginął w 2006 roku podczas nalotu amerykańskiego, przeżywał „rozkwit” pod rządami al Baghdadiego, zlikwidowanego 19 kwietnia 2010 roku w wyniku specoperacji iracko-amerykańskiej. Kolejny al Baghdadi Abu Bakr przewodził kalifatowi, z którego nazwy zniknęły w czerwcu 2014 roku określenia Irak i Lewant na rzecz Państwa Islamskiego, dopuszczając się licznych masakr. Dosięgły one szyitów, jazydów, chrześcijan i członków plemion pustynnych, przeciwstawiających się mu – z jego rozkazu zginęło 700 spośród nich. W końcu nadeszła reakcja zbrojna na te akty barbarzyństwa. Od września 2014 roku szeroka koalicja rozpoczęła kampanię nalotów przeciw ISIS a od 2016 roku ruszyła ofensywa lądowa. W 2019 roku zlikwidowano ostatnie enklawy terytorialne DAESZ a ścigane niedobitki salwowały się ucieczką. Parapaństwowy nowotwór, żyjący w koszmarze krwawej fantazji fundamentalistów, przestał istnieć.
Islamistyczni kondotierzy
Dlaczego poświęcamy tyle uwagi, pobieżnym wprawdzie, ale jednak – wspomnieniom o nim ? Otóż prócz tragicznego żniwa tysięcy zabitych i dosłownie zarżniętych przez ludzi DAESZ, ulubioną ich metodą podcinania gardeł i odcinania głów inaczej wierzącym i inaczej myślącym, pozostały „sieroty” po tym efemerycznym „kalifacie” oraz jego zatruta ideologia.
Islamistyczni kondotierzy rozlali się po Europie, po Kaukazie, często ukrywając się wśród rzesz nielegalnych emigrantów, zmierzających na Stary Kontynent, w celu poszukiwania lepszych warunków życia. Wraz z nimi napływały ideologicznie fundamentalistyczne, islamistyczne wzorce zachowań, powodując radykalizację członków wspólnoty muzułmańskiej, już w drugim lub trzecim nawet pokoleniu, europejskiej. Miało to też źródło w sytuacji socjalnej i kulturowo – religijnej muzułmańskiej diaspory w Europie, którą państwa ją goszczące powinny starać się uregulować.
W wyniku tego splotu okoliczności nastąpiło to, czego należało się spodziewać. Mimo mobilizacji służb specjalnych w Europie Zachodniej nie udało się zapobiec całemu łańcuchowi tragedii.
Pogrobowcy i nowi konwertyci ideowi ISIS znaczyli krwawy szlak zamachów we Francji, w Niemczech, Hiszpanii, Austrii i innych krajach. Taktyka ulegała zmianom, ale źródło pozostawało zawsze to samo – nieznoszący inności, ślepy wahhabicki, salaficki islamistyczny fundamentalizm.
W okresie, gdy za organizacją zamachów stały najpierw struktury ISIS(DAESZ) a następnie tzw. Państwa Islamskiego, zamachy były lepiej przygotowane, działania terrorystów – skierowane na wiele celów równocześnie aby rozproszyć siły antyterrorystyczne, były dopracowane logistycznie, uwzględniające drogi odejścia, lokale bazowe do przygotowań jak też do ukrycia, po odskoku komand z miejsca akcji (za wyjątkiem ich samobójczych członków używających pasów szachida).
Do takich zamachów zaliczyć można:
– zamach na pociągi pasażerskie w Madrycie 11 marca 2004 roku, z użyciem 10 bomb, co przyniosło w efekcie 193 zgony i 1858 osób rannych;
– zamach w Paryżu i St.Denis 3 listopada 2015 roku, w tym na klub Bataclan, w którym własnie grał Sting, ośmiu sprawców, śmierć 137 osób, 300 rannych ( w tym 99 – ciężko);
– zamach, (najazd ciężarówką) w Berlinie, 19 grudnia 2016 roku podczas jarmarku bożenarodzeniowego (12 zabitych, 56 rannych);
– zamach 18 sierpnia 2017 roku w Barcelonie o godz.16,57( staranowanie samochodem na centralnym deptaku – Rambli) i w pobliskim Cambris o 1,15 . Zabici 21 osób, ranni – 136.
Aktualnie, po rozbiciu struktur „kalifatu” zamachy są w większości przypadków realizowane przez „samotne wilki”, zamachowców zarażonych ideą dżihadu, zdobywającycg „wiedzę” na platformach internetowych, w czarnej strefie sieci, zawierającej instruktaż dla adeptów przestępczości islamistycznej. Wprawdzie tli się front od Sahelu do Jemenu, który podtrzymują spadkobiercy Osamy bin Ladena w Al Kaidzie lecz i oni nie są wieczni. Abdullah Abdullah zginął zlikwidowany 7 sierpnia na ulicy Teheranu a ostatnio dotarły wiadomości o śmierci Aimana Zawahiri w ololicach Ghazni w Afganistanie. W każdym razie to już nie czasy świetności zaplecza terrorystycznego.
Dlatego pewnie mamy teraz do czynienia z przewagą jednostkowych przypadków przemocy, w wykonaniu własnie owych wspomnianych „samotnych wilków”, wspieranych czasem , na ogół werbalnie, rzadziej – materialnie, przez fanatycznych imamów z niektórych europejskich meczetów i ich otoczenie.
Da się zauważyć pewną niepokojąca tendencję we wszystkich przytoczonych tu przykładach z 2020 roku, której egzemplifikacją był zamach w Nicei, gdzie 29 października nożownik, Brahim A. zamordował w bazylice Notre Dame de l’Assomption trzy osoby. Gdy policjanci zlokalizowali go i otworzyli ogień zdołał krzyknąć: Allahu akbar! ( Allah jest wielki). Ten terrorysta dotarł do Europy 20 września, małą łodzią, wraz z innymi emigrantami nielegalnymi. Wylądował na włoskiej wyspie Lampeduza. Później przeszedł kwarantannę antykowidową na statku „Rapsody”.
Zwracał uwagę fakt, że całe dnie spędzał przyklejony do telefonu i mówił, że chce dotrzeć do Francji. Ósmego października został przewieziony do centrum recepcyjnego dla emigrantów we włoskim Bari. Dziewiątego października wydano tam dokument, który dawał mu tydzień czasu na repatriację i opuszczenie terytorium Włoch, procedura rutynowa w przypadku nielegalnych imigrantów. Potem ślad Brahima A. znika, aby pojawić się 29 października o godz 6,47 w zapisie kamer bezpieczeństwa na stacji kolejowej w Nicei. O 8,13 opuścił teren dworca, skąd nieco ponad 400 metrów , około 7 minut pieszo, dzieliło go od miejsca zbrodni – bazyliki.
Charlie Hebdo
Po tym ataku, poprzedzonym podobnym w końcu września, uchodżcy pakistańskiego, od dwóch lat we Francji, który zranił ciężko dwie osoby przed redakcją tygodnika „Charlie Hebdo” w Paryżu ( niedawno obchodzono pięciolecie krwawego zamachu na tę redakcję, publikującą karykatury Mahometa) i kolejnym, 16 pażdziernika, w którym czeczeński 18 latek, przybyły do Francji jako dziecko-uchodźca, dekapitował nauczyciela z podparyskiejn szkoły, bowiem ten ośmielił się pokazać swym uczniom owe karykatury, minister spraw wewnętrznych Francji, Gerard Darmanin oświadczył: „Jesteśmy w stanie wojny”. Ta synergia zaraz – pandemii i zamachów przemycających się wraz z nielegalnymi emigrantami terrorystów islamistycznych wydaje się nieprzypadkowa. Szczególnie w sytuacji, gdy siły państw Europy skoncentrowane są na walce z koronawirusem.
Pierwsze reakcje europejskie na te zamachy (tudzież na te w Wiedniu, gdzie zwolennicy, ISIS zaatakowali 2 listopada w sześciu punktach miasta w ciągu 9 minut. Cztery osoby zginęły, dwadzieścia dwie zostały ranne. Jeden z zamachowców, dwudziestoletni Kutjim, z albańskiej, muzułmańskiej rodziny, zatrzymany już w związku z sympatiami „pro – ISIS” korzystał z warunkowego zwolnienia z odbywania 22 miesięcy kary więzienia od grudnia zeszłego roku) były bardzo umiarkowane.
Forma reakcji na terroryzm
11 listopada odbył się mini-szczyt unijnych ministrów spraw wewnętrznych w pandemicznej formule wideokonferencji. Ogłoszony zostaje apel antyterrorystyczny, zredagowany nader ostrożnie, z unikaniem wskazania na terroryzm islamistyczny, lecz z wezwaniem do „nieinstrumentalizowania religii w przestępczych celach” mimo, że Austria i Francja domagały się ostrzejszych sformułowań. Z planów uwzględniono „wzmocnienie Schengen”, szczególnie jego granic zewnętrznych, specjalnie na południu kontynentu, więcej prewencyjnych kontroli, wymianę informacji między służbami specjalnymi obszaru szengeńskiego, stworzenie „Rady Bezpieczeństwa” złożonej z ministrów spraw wewnętrznych tych państw.
Ta forma reakcji na terroryzm islamistycznych funadamentalistów wydaje się dalece nieadekwatna. Odpowiedzią na zbrodnie tych, którzy nienawidzą wolnego społeczeństwa powinien być pakiet inicjatyw, możliwie szybko wprowadzanych w życie, jeśli po pokonaniu pandemii nie chcemy obudzić się w innej,porażonej dodatkowo trzema plagami Europie, której dzisiaj na szczęście jeszcze nie znamy.
Inicjatywy te nie powinny być wyłącznie prewencyjnymi działaniami typu policyjno-wywiadowczego, chociaż winny zawierać i ten element. Ponieważ fala emigracji jest wypadkową wielu czynników – postwojennej destrukcji regionu skąd przychodzi, katastrofalnej sytuacji ekonomicznej, wręcz cywilizacyjnego regresu , jeśli mówimy o wymiarze materialnym, kulturowego zagubienia – trzeba zapobiegać ich skutkom u źródeł.
Oprócz programów pomocowych, humanitarnych, obliczonych na długą perspektywę, skierowanych na obszary generujące emigrację, należy stworzyć tam ,uzależnioną od zgody lokalnych władz i będącą warunkiem koniecznym udzielenia im szerszego wsparcia humanitarnego, sieć ośrodków filtracyjnych dla potencjalnych emigrantów, z obsadą kadrową pochodzącą głównie z krajów UE.
Poszczególne kraje Unii powinny określić kwoty imigracyjne, powiązane z zapotrzebowaniem ich gospodarek na siłę roboczą – tą wykwalifikowaną i niewykwalifikowaną, co w związku z sytuacją demograficzną Europy wydaje się niezbędne.
Po sprawdzeniu kandydatów do emigracji przez służby pod kątem bezpieczeństwa krajów ich przyjmujących, można byłoby wydawać okresowe, np.roczne, zezwolenia na emigrację ekonomiczną. Ulegałyby one przedłużeniu i ew.mechanizmowi łączenia najbliższej rodziny, przy stwierdzeniu przez organa emigracyjne i służby specjalne zainteresowanych państw woli utożsamiania się z wartościami europejskimi u ubiegających się o pobyt stały.
Dla pracowników wykwalifikowanych można określić pojemność rynku europejskiego w poszczególnych branżach i udzielać zezwoleń imigracyjnych proporcjonalnie, dla niewykwalifikowanych można by zorganizować loterię wizową, dostosowaną do europejskich potrzeb zatrudnienia. To jeśli chodzi o kontrolowany napływ emigrantów.
Równoczesnie, odnośnie emigracji nielegalnej powinna obowiązywać zasada bezwzględnej i nie cierpiącej zwłoki repatriacji. Gdy z jakichś względów, określonych w rozporządzeniu Komisji Europejskiej (medycznych, logistycznych) emigrant nielegalny pozostawałby dłużej poza ośrodkami penitencjarnymi w kraju, do którego dotarł, powinien zostać objęty obligatoryjną kontrolą przemieszczeń poprzez aparaturę GPS, której nie byłby w stanie pozbyć się we własnym zakresie. I nie ma tu mowy o naruszaniu praw człowieka, bowiem decydujący jest fakt naruszenia przez niego prawa karnego poprzez nielegalne przeniknięcie na teren kraju trzeciego.
Gdyby takie zabezpieczenie zastosowano wobec Brahima A, nie doszłoby do tragedii w Nicei. Sprawa azylantów jest zagadnieniem odrębnym, ilościowo mniejszym ale też wymagającym uwagi służb.
Projekt Unii Europejskiej
Wobec zjawisk, które staramy sie pobieżnie nawet ale zanalizować, jasne jest, że w związku z ich skalą konieczną staje się dogłębna dyskusja o projekcie Unii Europejskiej i próba „powrotu do jej korzeni”.
De Gasperi, Schumann, Adenauer, „ojcowie założyciele” widzieli ją silną specyfiką kulturowo-cywilizacyją swych poszczególnych podmiotów, dążących stopniowo do zjednoczenia w formule federacyjnej oraz zgodną co do kanonu wartości, które są dla nich wspólne. Partykularyzmy narodowe, których jesteśmy teraz świadkami w różnych miejscach kontynentu przeczą tym założeniom,
Co gorsza, ułatwiają propagację zjawiska przenikania do Europy ludzi odrzucających wspomniane wartości i pragnących przemocą narzucić swoją wizję rzeczywistości, adeptów tych, którzy do pięciu podstaw religijnych wiary muzułmańskiej dodają szóstą, świętą wojnę z niewiernymi, ich likwidację poprzez akty przemocy.
Tylko Europa autentycznie zjednoczona, wyposażona w realne centrum zarządzania kryzysowego, reagujące na zagrożenia natychmiastowo, bez zbędnych biurokratyzmów, charakterystycznych dla Komisji Europejskiej , da szansę na opanowanie tego zjawiska. Unia powinna też stworzyć własną, wielonarodową, interwencyjną jednostkę antyterrorystyczną, zbudowaną na bazie najlepszych formacji poszczególnych państw, gotową stale do błyskawicznego działania.
Uwzględnić też należy stworzenie korpusu ekspedycyjnego typu ogólnowojskowego na wypadek załamania organizmów państwowych ba Bliskim Wschodzie i w Afryce Północnej oraz subsaharyjskiej, grożącego południowej części naszego kontynentu spontanicznym przypływem fali emigracyjnej.
Służby specjalne muszą, w trybie obowiązkowym, prowadzić wymianę danych i ich banków, dotąd skrzętnie chowanych „ do użytku wewnętrznego”. Musi powstać unijny aparat wykonawczy do przeciwdziałania katastrofom humanitarnym, z którymi już dzisiaj mamy do czynienia. Będzie to oczywiście wymagało wyzbywania sie egoizmów lokalnych. W odrębnych organizmach państwowych należy rozwijać systemy samoobrony cywilno-militarnej oraz pogłębiać europejską świadomość kulturową.
W jej ramach trzeba zorganizować kształcenie imamów w uczelniach Europy, rezygnując z ich „importu”. Niezbędne jest zbudowanie europejskiego mechanizmu asymilacyjnego, opartego na jasnych zasadach selekcji i akceptacji. Wymaga to oczywiście, aby rządzący lokalnie umieli przekazać część prerogatyw na rzecz owych struktur europejskiego zarządzania kryzysowego, wyzwalając się ze swych, czasami nacjonalistycznych, skorup. Bowiem jeśli tego nie zrobią, będą skazani na klęskę.
Tylko w przypadku, jeżeli wizja postawienia Starego Kontynentu na silne, pewne, unijne nogi przeważy nad partykularnym sobkostwem polityków, będziemy mogli, z nadzieją i optymizmem, patrzyć w naszą, i kolejnych pokoleń, przyszłość.

Czy to już III Wojna Światowa?

Nieszczęśliwy Nowy Rok: jeszcze nie tak dawno życzyliśmy sobie „Szczęśliwego Nowego Roku 2020” („Happy New Year 2020”). W powszechnej euforii szampańsko – globalnej mało kto przewidywał wówczas, że będzie to rok wyjątkowo nieszczęśliwy. Zaledwie miesiąc później gruchnęła dramatyczna wieść: nadchodzi piorunująca pandemia koronawirusa [1] – z kolejnymi epicentrami zarazy (Chiny, Włochy, Hiszpania, USA…), z setkami tysięcy zarażonych, z dziesiątkami tysięcy ofiar i z nielicznymi uzdrowieńcami.

Oto nowa kategoria globalizacji – tym razem koronawirusowej, obejmującej już prawie wszystkie kraje świata. Dobrze wiem, co to znaczy – przeżyłem bowiem już w XXI wieku dwie wielkie epidemie na placówkach RP w Chinach (w Pekinie: SARS = Severe Acute Respiratory Syndrom, ostra niewydolność dróg oddechowych i w Szanghaju – ptasia grypa.).
Nigdy nie zapomnę widoku pustych sklepów, środków transportu i opustoszałych ulic owych wielkich miast (Pekin – 15 mln a Szanghaj – 30 mln mieszkańców). W wyniku SARS-a zmarły wówczas 774 osoby w prawie 30 krajach. O 774 za dużo! Ale z powodu gruźlicy na świecie umiera corocznie 1,6 mln ludzi, czyli około 4.000 codziennie.
Strach ma wielkie oczy
Tym razem jednak może być znacznie gorzej i groźniej. Koronawirus jest i długo będzie tematem nr 1 w polityce, w mediach i w rozmowach zwykłych obywateli. Nic dziwnego – strach ma wielkie oczy. Na szczęście mało jest przykładów paniki i bezradności (może z wyjątkiem Jordanii). Liczne są natomiast przypadki solidaryzmu społecznego i pomocy dla potrzebujących. Prawie wszystkim „fachowcom” zdaje się, że są znawcami tej problematyki.
Tymczasem, świat i jego włodarze, nawet ONZ i UE, zlekceważyli ostrzeżenia głoszone przez specjalistów od dawien dawna. Sam pisałem o zagrożeniu biotechnologicznym jeszcze w listopadzie 2000 r. (!) [2]. Tym razem, pragnę powołać się, przede wszystkim, na wielkie autorytety w tej dziedzinie – na uczonych z Uniwersytetu Stanford w Kalifornii. Oto prof. Mark Shwartz opublikował, dnia 11.01.2001 r., znamienny artykuł w renomowanym „Stanford Report” [3].
Prognoza dla świata
W opracowaniu tym zawarta jest, m.in., analiza dociekań i wniosków wynikających z badań prof. Stevena Blocka, znanego biologa z tegoż Stanfordu. Interesuje się on głównie czarna ospą, wąglikami i koronowirusami. Prognoza dla świata wynikająca z jego badań jest przerażająca: „wojny biologiczne stanowią wielkie zagrożenie dla ludzkości w XXI wieku i w kolejnych stuleciach”; wojny z zastosowaniem również innych wirusów, np. czarnej ospy czy wąglika, niekoniecznie koronowirusa.
Można tylko domniemywać i spekulować, czy obecna pandemia nie jest jedynie „próbą generalną” dla zbadania reakcji władz, społeczeństw i… terrorystów? Teoretycznie, nie można wykluczyć takiej ewentualności. St. Block potwierdza, że np. czarna ospa została wyeliminowana w przyrodzie; ale USA i ZSRR zachowały pewne zasoby tego wirusa w stanie zamrożenia. Profesor ocenia, iż około tuzina państw nadal realizuje aktywnie programy tworzenia broni biologicznej i środków jej przenoszenia oraz ostrzega przed proliferacją broni biologicznych, przed dostępem terrorystów do nich oraz przed tzw. „black biology” („czarną biologią”).
Polega ona na wytwarzaniu genetycznie zmodyfikowanych (zmutowanych) odmian wirusów celem produkowania nowych broni biologicznych, np. w celach terrorystycznych.
Badacz postuluje także udoskonalenie kontroli w tej dziedzinie, dostępność niezbędnego sprzętu, np., celem wykrywania obecności wirusów w środowisku naturalnym i weryfikacji w dziedzinie biotechnologii tak dynamicznie rozwijającej się w XXI wieku. Dosadnie brzmią ostrzeżenia St. Blocka: „the time to act is now before disaster strikes…” (“trzeba działać teraz zanim nieszczęście nadejdzie”) oraz „we should not have to wait for the biological equivalent of Hiroshima to rally our defenses…” („nie powinniśmy czekać na biologiczny odpowiednik Hiroszimy, żeby umacniać naszą obronność…”).
Stwierdzenia te w ustach człowieka, który wie, co i o czym mówi, nie wymagają dodatkowych komentarzy.
Sprawcy pandemii
Czyja to wina?: Wielu zastanawia się obecnie nad przyczynami, nad mechanizmami i nad sprawcami tragicznej pandemii? Nie podejmuję się jednoznacznego rozstrzygania tej kwestii – bowiem za wcześnie na to; ponadto, nie znam się na medycynie i na wirusologii; analizuję natomiast polityczne, strategiczne, ekonomiczne, społeczne i międzynarodowe konsekwencje (bezpośrednie i długofalowe) szalejącej pandemii.
Główne kryteria i oceny alternatywne w tej mierze mogą być następujące (choć nie jedyne); pandemia wybuchła: – przez przypadek bądź w wyniku działania celowego; – jej siły sprawcze mogą znajdować się na Zachodzie bądź na Wschodzie [4]; – wielkiemu kapitałowi zachodniemu (szczególnie z USA) zależy na osłabieniu Chin i na zahamowaniu „China’s Rise”, zaś Chiny pragną nie dopuścić do ponownej dominacji, unilateralizmu i hegemonizmu USA w świecie [5];

  • neoliberałowie i neomalthusianiści zachodni nie panują nad światem i dążą do zmniejszenia (o połowę?) jego ludności; zaś mocarstwa BRICS z sojusznikami zmierzają do lepszej wspólnej przyszłości dla wszystkich obywateli oraz do zlikwidowania anomalii i dysproporcji spowodowanych przez neoliberalizm; – Zachód nie ma programu rozwoju i założeń ideologicznych dla świata a Wschód dysponuje nimi oraz oferuje je innym na zasadach partnerstwa i dobrowolności;
  • Wschód buduje innowacyjną przyszłość świata w pokoju i w bezpieczeństwie, podczas gdy Zachód upiera się przy swej starej wojennogennej (siłowej) metodologii w polityce, ewentualnie z zastosowaniem niektórych nowych elementów, np. patogenów. – USA nie zawahały się przed użyciem bomb atomowych przeciwko Japonii, tak i teraz mogłyby zastosować bomby biologiczne przeciwko wszystkim (także i samym sobie – polityka samobójcza).
    Co więcej, gdyby rzeczywiście okazało się, że USA wypuściły wirusa ze współczesnej „puszki Pandory”, to byłby to dowód ich bezsilności, rozpaczy i niewiary, że będą mogły jeszcze odzyskać panowanie nad światem w systemie jednobiegunowym. To jest nierealny American Dream (amerykańskie marzenie).
    Brak efektywnych rozwiązań
    Nowoczesne zbrojenia: nasilające się napięcie międzynarodowe i brak efektywnych rozwiązań krajowych, regionalnych i globalnych potęgują intensywny wyścig zbrojeń, w którym broń biologiczna może odgrywać coraz większą rolę. Jak zwykle, wojsko korzysta w pierwszym rzędzie i w masowej skali z najnowszych zdobyczy i odkryć naukowo – technicznych.
    Podam jedynie kilka najciekawszych przykładów:
  • drony emitujące zabójcze mikrofale i skomputeryzowane (ze sztuczną inteligencją), które same podejmują i wykonują decyzje na polu walki,
  • drony UAV (Unmanned Aerial Vehicles, Predator i Global Hawk) służące do „polowania” na ludzi, do zwiadu itp.; za ich pośrednictwem the US Central Command na Florydzie dowodzi działaniami bojowymi w Afganistanie (11.300 km dalej),
  • dron M19 Reaper o zasięgu globalnym, może latać przez 36 godzin bez przerwy i przewozić bomby o ciężarze do 250 kg oraz rakiety powietrze-ziemia i powietrze-powietrze,
  • automaty elektryczne DREAD (tzw. centryfugi) wystrzeliwujące 12.000 pocisków na minutę lecących do celu z szybkością około 2.439 m/sek. (bez huku i ognia),
  • działa elektromagnetyczne wystrzeliwujące pociski z szybkością siedmiokrotnie większą od prędkości dźwięku,
  • karabin elektromagnetyczny (mikrofalowy) rażący naskórek i powodujący piekielny ból (ale nie zabijający),
  • karabiny i działa laserowe niszczące system nerwowy człowieka i innych istot żywych,
  • laserowa broń antyrakietowa umieszczana na samolotach bojowych, ew. na satelitach i na okrętach wojennych, tzw. FEL (= Free Electron Laser),
  • termo baryczne bomby głębinowe BLU 118/B do niszczenia skrytek i bunkrów podziemnych (armia radziecka stosowała je w Afganistanie, w latach 80-tych XX wieku),
  • MOP (Massive Ordnance Penetrator) przebija ściany żelbetonowe o grubości do 18,5 m i wybucha na głębokości 61 m (z myślą o irańskich ośrodkach nuklearnych),
  • bezzałogowy myśliwiec US Air Force X-47B całkowicie zmienia charakter wojny w powietrzu, – myśliwiec V-22 Osprey może startować jak śmigłowiec i latać jak samolot,
  • hipersoniczny Falcon HTV-2, samolot ślizgacz o pięciokrotnej szybkości dźwięku, może przewozić głowice nuklearne i biologiczne na odległość kilku tysięcy kilometrów. To nowy etap w lotniczym wyścigu zbrojeń;
  • YAL-1 Airborne Laser Testbed samolot z głowicą laserową o wielkiej mocy do zestrzeliwania w locie rakiet taktycznych (tzw. pola walki) przeciwnika,
  • okręty wojenne nowej generacji z działami laserowymi niszczącymi cele (obiekty) przeciwnika w czasie 30 sekund.
    Poza tym jest wiele unikalnych nowości w robotyzacji, w wojnie hybrydowej, szczególnie cyberwars (np. ataki izraelskich hakerów wojskowych na irańskie instalacje wzbogacania uranu w Buszer, co zmniejszyło ich wydajność o 20 proc.), w dziedzinie kosmicznej i in.
    Postęp jest więc ogromny w wojskowości. Zachodzi pytanie; co robić ze starymi broniami konwencjonalnymi, na które wydano biliony dolarów?
    Postęp masowej zagłady
    Z natury rzeczy, postęp dotyczy także broni masowej zagłady – nuklearnych, chemicznych i biologicznych. Nowoczesne założenia strategiczne poszczególnych armii przewidują prowadzenie równoległych (równoczesnych) działań bojowych na szczeblu strategicznym, operacyjnym i taktycznym, przez co można lepiej „sparaliżować” przeciwnika.
    Wnioski z historii: broń biologiczna (w skrócie BB), nawet w swych najbardziej prymitywnych postaciach, była stosowana od zarania dziejów.
    Jako pierwsi używali jej łucznicy Scytów (w VII i VI wieku p.n.e.) – plemion koczowniczych na terenach obecnej Ukrainy. Moczyli oni ostrza strzał we krwi i w moczu przeciwników oraz w ich rozkładających się trupach. Katapultami przerzucano te trupy poprzez mury fortec strony przeciwnej.
    Później, plemiona pierwotne Afryki czy Amazonii zatruwały ostrza swych strzał i dzid znanymi sobie truciznami. Pamiętna jest „czarna śmierć” (dżuma) w Europie, przywleczona tu z Azji Środkowej (w 1347 r.) statkami kupców genueńskich. Z jej powodu życie straciło prawie 100 mln obywateli (od 450 mln do 350 mln).
    Zasadniczy postęp w zakresie BB datuje się natomiast od rozwoju mikrobiologii w końcu XIX wieku za przyczyną badań Louisa Pasteura, Roberta Kocha i in. W minionym stuleciu ponad 500 mln ludzi zmarło na świecie wskutek chorób zakaźnych, a kilkadziesiąt tysięcy Chińczyków zostało zamordowanych przy pomocy BB przez Japończyków podczas II wojny światowej.
    Najgroźniejszymi wirusami w BB jest ich 8 odmian na czele z ebolą, marburgiem i hantą (50% ogółu zgonów). Zapewne i koronawirus zajmie czołowe miejsce w tej klasyfikacji (oby nie!). Fachowcy powiadają, że broń biologiczna – to tyle, co „broń atomowa dla biednych”.
    Terroryzm biologiczny
    Wraz z tym, zwiększa się groźba terroryzmu biologicznego i eksperymentów biotechnologicznych mogących spowodować wytworzenie agresywnych nowych bakterii, wirusów i grzybic groźnych dla ludzi, roślin i zwierząt oraz – w sumie – dla życia na Ziemi.
    Z wiarygodnych źródeł wynika, że 16 krajów realizuje obecnie programy w zakresie BB, a mianowicie: Kanada, Chiny [6], Kuba, Francja, Niemcy, Iran, Irak, Japonia, Libia, Korea Płn., Rosja RPA, Syria, W. Brytania, USA oraz Tajwan.
    Jeśli zaś chodzi o Stany Zjednoczone, to tam niektórzy twierdzą, iż BB jest „niepraktyczna” (obosieczna?). Niemniej jednak w USA trwają prace nad BB, szczególnie w ich głównym ośrodku rozwojowym (Camp Detrick w stanie Maryland).
    Natomiast próby są przeprowadzane w bazie Pine Bluff w stanie Arkansas. Z dostępnych źródeł wynika, iż w okresie „zimnej wojny” USA i ZSRR posiadały tak znaczne arsenały BB, przy pomocy których można byłoby uśmiercić całą ludzkość na Ziemi. Richard Nixon, ówczesny Prezydent USA, wygłosił przemówienie (dnia 25.11.1969 r.), w którym proklamował zakończenie prac nad BB pod pretekstem, iż nie są one niezawodne oraz nakazał zniszczenie jej zapasów (arsenałów).
    Niezależnie od tego, w USA prowadzono nadal eksperymenty i produkowano 26 składników BB. Zarzucano temu mocarstwu stosowanie owej broni podczas wojny koreańskiej w 1952 r. oraz rozsiewano pogłoski, iż US Army użyła BB (szczególnie wirusów świńskiej grypy i gorączki dengue) przeciwko Kubie.
    Znane są także smutne doświadczenia dotyczące wybuchu epidemii eboli w Afryce oraz HIV/AIDS na świecie – z zamiarem tzw. depopulacji (zmniejszenia liczby) ludzkości.
    Kuriozalny stan rzeczy
    W konkluzji: póki co – mamy do czynienia na świecie z dość kuriozalnym stanem rzeczy w sferze militarnej: ni to pokój, ni wojna! Wprawdzie trup pada gęsto, ale krew się nie leje. Niemniej jednak, dotychczasowe skutki pandemii są już tragiczne i destrukcyjnie.
    Nade wszystko mam na względzie bezmiar nieszczęścia ludzkiego, szczególnie w tzw. epicentrach pandemii. Obok ofiar ludzkich najgorsze i najbardziej szkodliwe są olbrzymie straty materialne (ekonomiczne). Naprawa gospodarki światowej wymagać będzie, póki co, ponad 10 bln USD.
    Bardzo prawdopodobny jest także kolejny wielki kryzys gospodarczo – finansowy w świecie. Źle to wróży naszej cywilizacji i wręcz uniemożliwia rozwiązywanie jej wielkich problemów (klimat, środowisko, dysproporcje rozwojowe, woda, żywność, epidemie i wiele innych).
    Bezrobocie, głód, analfabetyzm
    Groźne mogą być także skutki społeczne pandemii i kryzysu (bezrobocie, głód, analfabetyzm, degradacja psychologiczna obywateli, inwazja biednego Południa na bogatą Północ itp. itd.).
    Pewne jest także, iż świat „obudzi się” bardzo odmieniony po pandemii i po kryzysie i – co ważniejsze – po totalnym krachu modelu neoliberalnego, który doprowadził ludzkość do wielkich nieszczęść. Niezbędna będzie także gruntowna przebudowa systemu globalnego, mechanizmów i zasad współpracy międzynarodowej.
    Ważny wniosek – to także demilitaryzacja naszej cywilizacji, szczególnie nierozprzestrzenianie i zniszczenie broni masowej zagłady: nuklearnych, chemicznych i biologicznych.
    Obecna pandemia, jako kolejna odmiana nieszczęsnej globalizacji neoliberalnej, nie osiągnęła jeszcze swego apogeum (kulminacji) i nie wiadomo, kiedy to nastąpi? Specjaliści nie wykluczają także ewentualności nawrotu zarazy. Oby tak się nie stało!

[1]. Koronawirus to gatunek wirusa z rodziny Coronavirinae zidentyfikowany w latach 60-tych XX wieku. Właściwości wiralne – kwas nukleinowy (RNA). Wywołuje ostre zakażenia dróg oddechowych prowadzące nierzadko do śmierci. Jest 7 gatunków koronawirusów „ludzkich”;
[2]. Por.: czasopismo „Dziś” nr 12 z końca 2000 r., opracowanie pt.: „Dylemat Ameryki”;
[3]. Vide: Mark Shwartz, „Biological Warfare Emerges as 21st Century Threat” (”Wojna biologiczna jawi się jako zagrożenie w XXI wieku”), „Stanford Report” z dnia 11.01.2001 r.;
[4]. W tej mierze istnieje tzw. podwójna alternatywa: sprawcą może być osoba z Zachodu lub ze Wschodu oraz cywil lub wojskowy;
[5]. Nic przeto dziwnego, że obie Strony obwiniają się nawzajem odpowiedzialnością za wywołanie pandemii i za jej skutki. Prawda jest jednak oczywista i logiczna: Chinom nijak nie zależało na zaszkodzeniu własnemu państwu i narodowi oraz całej zagranicy w czasie budowania Nowych Chin i Nowego Świata. Natomiast Stanom – chyba tak (szczególnie na osłabieniu Chin pod względem gospodarczym)! Władze i decydenci z USA nie przewidzieli wszakże, że mogą też zaszkodzić poważnie własnemu społeczeństwu i państwu. Ważne jednak, że Prezydenci ChRL i USA są w stałym kontakcie telefonicznym i starają się koordynować poczynania w walce z pandemią;
[6]. Chiny przystąpiły w 1952 roku do Konwencji o zakazie broni chemicznych i biologicznych (tzw. Geneva Protocol z 1925 r.) oraz oświadczyły, że nie produkują BB o ofensywnym zastosowaniu militarnym; ale media i ośrodki propagandy zachodniej atakują nadal ChRL w tym kontekście, w ramach wojny hybrydowej.

Chiny walczą z terroryzmem

W latach 1990-2016 tysiące ataków terrorystycznych wstrząsnęło Autonomicznym Regionem Sinciang-Uygur w północno-zachodnich Chinach, zabijając ogromną liczbę niewinnych ludzi oraz setki funkcjonariuszy policji.
Przerażające ataki nożowników i bombardowania wstrząsają terytorium znanym wcześniej jako ważny punkt handlowy na starożytnym Jedwabnym Szlaku w Chinach.
Poniżej dokumenty zawierające zapisy ataków z kamer ulicznych oraz zeznania świadków tych wydarzeń (uwaga, treści drastyczne!):

Dlaczego Saudyjczyk strzelał do Amerykanów?

„Motywacje zabójcy nie zostały jeszcze ustalone” – zakomunikowała policja federalna z Florydy, gdzie w piątek rano saudyjski podporucznik Mohammed al-Szamrani zabił trzech amerykańskich żołnierzy i ranił ośmiu innych, zanim sam został zabity. W bazie lotniczej Pensacola, w której doszło do dramatu, trwa intensywne śledztwo. Koledzy Saudyjczyka są podejrzani o wspólnictwo.

Dwóch z nich spokojnie filmowało całą krwawą scenę i to oni zostali przesłuchani jako pierwsi. Ustalono na razie, że 21-letni Al-Szamrani „nie miał żadnych związków z organizacjami terrorystycznymi”. Śledczy nie są pewni, czy wpisy na jego koncie Twittera były faktycznie jego autorstwa. Bezpośrednio przed strzelaniną ukazały się tam zdania, które wskazywałyby na motywację terrorystyczną, np. „Jestem przeciwny złu, a Ameryka jako całość zmieniła się w naród zła”. Są tam też cytaty z b. saudyjskiego współpracownika CIA Osamy ben Ladena, który miał zmienić poglądy i zorganizować słynne saudyjskie zamachy z 11 września 2001 r., w których zginęło prawie 3 tys. Amerykanów.
Według New York Times, możliwa jest inna motywacja: w przeddzień tragedii al-Szamrani pokazywał kolegom widea z typowych amerykańskich strzelanin masowych i być może był po prostu zafascynowany kulturą amerykańską, do której należy taki typ zabójstw. Wszyscy saudyjscy piloci wojskowi są szkoleni w Stanach Zjednoczonych, zgodnie z układem zawartym przez rząd USA z saudyjską tyranią. Król Arabii Salman ben Saud zapewnił prezydenta Trumpa, że rodziny zabitych dostaną sowite odszkodowania, lecz sprawa pozostaje bardzo niewygodna politycznie. Stany Zjednoczone zapewniają królowanie Saudów w zamian za regularne dostarczanie ropy, kupowanie amerykańskiej broni i używanie dolarów we wszelkich rozliczeniach zagranicznych.
„Nie jestem przeciw wam dlatego, że jesteście Amerykanami, nie nienawidzę was z powodu waszych wolności. Nienawidzę was, bo każdego dnia popieracie, finansujecie i dokonujecie zbrodni nie tylko przeciw muzułmanom, ale i przeciw całej ludzkości” – miał pisać na Twitterze saudyjski pilot. Ostatnio Amerykanie szkolą Saudyjczyków na użytek bombardowania Jemenu, lecz ta brudna wojna została jednak zdecydowana przez Mohammeda ben Salmana, królewskiego syna, który faktycznie rządzi krajem, a nie bezpośrednio przez Amerykanów. Od momentu saudyjskiego napadu na Jemen, popieranego przez USA, ten najuboższy kraj arabski przeżywa „najgorszą sytuację humanitarną na świecie”, według ONZ.

Pretekst do egzekucji

Amnesty International nagłośniła ostatnie masowe egzekucje w Arabii Saudyjskiej: stracono 37 osób, ciało jednej z nich po wykonaniu egzekucji dodatkowo ukrzyżowano.

Arabia Saudyjska utrzymuje, że wykonała kodeksowe kary śmierci za terroryzm, ale AI nie wierzy: jeden ze skazanych na karę śmierci miał 16 lat, 14 osób spośród brało wcześniej udział w antyrządowych demonstracjach. Od początku roku wykonano już wyroki na 104 osobach. „To brak szacunku dla życia ludzkiego i miażdżenie oporu ze strony szyickiej mniejszości” – twierdzą obrońcy praw człowieka.
Według AI 11 osób straconych 23 kwietnia zostało skazanych w fałszywych procesach za szpiegostwo na rzecz Iranu, 14 osób poniosło karę za udział w gwałtownych antyrządowych demonstracjach w zamieszkiwanej przez mniejszość szyicką wschodniej części kraju. Zginął między innymi 16-latek. Amnesty twierdzi, że procesy w większości naruszały standardy międzynarodowe i miały na celu skuteczne zastraszenie szyitów.
Państwo natomiast utrzymuje, że wszyscy skazani tworzyli siatkę terrorystyczną i byli odpowiedzialni za zamach na posterunek policji w miejscowości Zulfi na północ od stolicy, który odbył się dwa dni wcześniej. Mieli też planować zamachy z użyciem materiałów wybuchowych. Mieli zagrażać „pokojowi i bezpieczeństwu społeczeństwa”. Obrońcy praw człowieka są niemal pewni, że zeznania wymuszono na nich torturami. Egzekucje odbyły się jednocześnie w sześciu miastach, m.in. w Rijadzie, Mekce i Medynie.
Ukrzyżowanie po wykonaniu kary stanowi praktykę, która ma stanowić odstraszający przykład: w 2018 roku spotkało to mężczyznę oskarżonego o zasztyletowanie jednej osoby, próbę zabójstwa kolejnej oraz gwałtu. Od początku 2019 r., jak donosi AI, na karę śmierci skazano aż 104 osoby. Wszystkie wyroki wykonano. W ubiegłym roku wykonano ich aż 149 (44 z nich to cudzoziemcy skazani za przestępstwa narkotykowe). To informacje AI, Rząd Arabii Saudyjskiej nie publikuje oficjalnych statystyk dotyczących liczby egzekucji, które wykonuje, najczęściej nie informując o tym rodzin straconych. Tak było również w tym przypadku. W tej chwili w saudyjskich celach śmierci na wykonanie kary czeka jeszcze co najmniej dwóch chłopców poniżej 18. roku życia.
Lynn Maalouf z AI zaapelował do Arabii Saudyjskiej, aby powstrzymała to „szaleństwo egzekucji” i ustanowiła moratorium, mające być pierwszym krokiem do całkowitego zniesienia kary śmierci.

Jednak PI?

Lankijski minister obrony Ruwan Wijewardene oznajmił podczas porannego briefingu prasowego w środę, że za wielkanocnymi zamachami stoi najprawdopodobniej Państwo Islamskie. W sumie zatrzymano 58 osób podejrzanych o udział w organizacji wybuchów, w tym 18 decyzyjnych. Jednak część z nich może nadal przebywać na wolności.

Jak ustalono, zamachowcy samobójcy, którzy odpalili ładunki w świąteczną niedzielę to w większości osoby dobrze sytuowane, z wyższym wykształceniem. Jeden z zamachowców – jak podał szef resortu obrony – ukończył studia wyższe w Wielkiej Brytanii, a później podyplomowe w Australii. Z komunikatu ministerstwa wynikało, że większość samobójców pochodziła z bogatych rodzin z klasy średniej, od których się odcięli, niektórzy mieli nawet stopnie naukowe, uczyli się za granicą.
Mimo że zatrzymano już w sumie 58 osób, prawdopodobnie na wolności pozostaje jeszcze dziewięć, które są zamieszane w organizację wielkanocnych zamachów i nadal posiada materiały wybuchowe.
Jak podał w środę rzecznik lankijskiej policji, liczba ofiar śmiertelnych wzrosła do 359, przy 500 rannych. Prezydent Maithripala Sirisena zapowiedział, że w ciągu 24 godzin nastąpi fala dymisji wśród szefów resortów i służb odpowiedzialnych za bezpieczeństwo kraju. Wieczorem w parlamencie ma się odbyć rozbudowana poselska debata na ten temat. Lankijskie władze na dwa tygodnie przed Wielkanocą miały otrzymać ostrzeżenia przed szykowanymi zamachami m.in. od indyjskiego wywiadu. Jak donosi Reuters, ostrzeżenia te miały zostać przekazane 4 oraz 9 kwietnia.
Trwają pogrzeby ofiar, tymczasem odpowiedzialność za zamachy wzięło na siebie Państwo Islamskie. W opublikowanym przez bojowników oświadczeniu wideo opublikowanym przez agencję Amaq, padają nazwiska zamachowców.
– Według wstępnych wyników dochodzenia, seria niedzielnych zamachów bombowych na kościoły i hotele na Sri Lance była odwetem za marcowy atak na meczety w nowozelandzkim Christchurch – twierdzi lankijski minister obrony, ale nie potwierdza tego premier Jacinda Ardern.