Przyjedzie miotła

Reakcja Watykanu na film „Tylko nie mów nikomu”.

Abp Charles J. Scicluna przyjedzie do Polski 13 czerwca br., na zaproszenie polskich biskupów wystosowane jeszcze przed konferencją, na której Episkopat przedstawi dane dotyczące pedofilii w polskim Kościele. Poprowadzi dzień studyjny podczas zebrania plenarnego episkopatu w Świdnicy. Nie ma żadnych specjalnych wskazówek ani zaleceń od papieża, tak jak podczas swojej misji w Chile. Można mieć nadzieję, że jego wizyta przyczyni się do pozytywnych przemian w polskim Kościele, które się już rozpoczęły. Przeciwnicy papieża Franciszka i ci, którzy chcą ukryć nadużycia seksualne mają jednak mocne wiosła i wiosłują przeciw. Z naszych źródeł dowiedzieliśmy się, że film braci Sekielskich „Tylko nie mów nikomu” widziało w Watykanie już kilka osób. Dla jednych to ważny dokument, inni jednak starali się go zdyskredytować jako „atak na Kościół”, „manipulację medialną”, „film zrobiony przez środowiska wrogie Kościołowi”, „manipulację politycznę przed wyborami europejskimi”. Najprawdopodobniej więc papież podejdzie do niego ostrożnie, tak jak zresztą do całej „sprawy polskiej”, aby jego osoba nie została wykorzystana politycznie. Z drugiej strony nie należy się też spodziewać, że Franciszek będzie wysyłał abp. Sciclunę wszędzie tam, gdzie wybuchnie skandal, jako pogromcę lokalnych Episkopatów. Mamy jednak szczęście, że wszystko co dzieje się w Polsce zbiega się z wejściem w życie nowych norm Vos estis lux mundi.
„Wy jesteście światłem świata” (Vos estis lux mundi), to nowe motu proprio, które papież Franciszek wydał 9 maja br. Ma obowiązywać od 1 czerwca na okres 3 lat. List apostolski był już zapowiadany przez ojca Deferico Lombardiego, jezuitę i byłego rzecznika prasowego Stolicy Apostolskiej, w ostatnim dniu szczytu dotyczącego ochrony małoletnich w Kościele, który odbył się w Watykanie w dniach 21–24 luty 2019 r. Jak określił inny jezuita – ojciec Hans Zollner, członek Papieskiej Komisji ds. Ochrony Małoletnich – jest to najważniejszy krok ostatnich lat.
Nowe normy wytaczają bardzo jasno i precyzyjnie procedury w sprawie zgłaszania przypadków molestowania i przemocy seksualnej oraz rozliczania biskupów z ich działań, także tych, którzy zakończyli posługę i przeszli na emeryturę. Nakładają obowiązek na metropolitów prowadzących sprawę zdawania relacji z postępu dochodzenia co 30 dni i przewiduje, iż dochodzenie powinno zakończyć się w ciągu 90 dni. Mówią o tym, że każda diecezja ma otworzyć biuro lub „okienko internetow”, gdzie w prosty i szybki będzie można składać zawiadomienia o popełnionych nadużyciach lub podejrzeniach o nie. Nakłada na wszystkich duchownych obowiązek informowania przełożonych o wszystkich uzasadnionych podejrzeniach, pod groźbą sankcji w przypadku jego niedopełnienia lub prób tuszowania nadużyć. Motu proprio mówi również, że każdy może złożyć zawiadomienie przy użyciu wyznaczonych procedur lub w jakikolwiek inny odpowiedni sposób.
W odniesieniu do osób, które twierdzą, że zostały pokrzywdzone, „obowiązkiem władzy kościelnej jest przyjęcie ich, wysłuchanie, towarzyszenie im podczas procedur i traktowanie ich z godnością oraz szacunkiem”.
Tekst kończy się potwierdzeniem poszanowania prawa i przepisów innych państw. Art. 19 dotyczy „Przestrzegania ustawodawstwa państwowego” i mówi: „Niniejsze przepisy stosuje się bez uszczerbku dla praw i obowiązków ustanowionych gdziekolwiek w ustawodawstwie państwowym, w szczególności dotyczących ewentualnych obowiązków zawiadomienia właściwych władz cywilnych”.
Abp Charles J. Scicluna – którego zadaniem już z woli papieża Benedykta XVI było prowadzenie dochodzeń w zakresie tzw. delicta graviora i zajmowanie się nadużyciami seksualnymi popełnionymi przez księży – ma wybitne osiągnięcia w prowadzeniu dochodzeń w tej dziedzinie. To dzięki niemu w 2005 r., zostało szybko zamknięte dochodzenie w sprawie Marcial Maciela Degollado, który cieszył się bezkarnością za pontyfikatu Jana Pawła II. W listopadzie 2018 r. papież Franciszek powołał go na stanowisko sekretarza pomocniczego Kongregacji Nauki Wiary. W lutym br. Scicluna razem z Lombardim i Zollnerem był w komitacie organizującym historyczny szczyt w Watykanie o ochronie nieletnich, w którym udział wzięli przedstawicie episkopatów z całego świata. W ubiegłym roku pomógł Franciszowi rozwiązać kompromitujący problem z pedofilią w kościele chilijskim, przygotowując dla niego raport o nadużyciach seksualnych i tuszowaniu przestępstw przez tamtejszych hierarchów – co doprowadziło do dymisji wszystkich chilijskich biskupów (ostatecznie papież zdymisjonował tylko nielicznych). Na początku maja Scicluna przedstawił w Watykanie papieskie motu proprio Vos estis lux mundi, tłumacząc jego znaczenie i wprowadzane nowości.
Abp Charles J. Scicluna zadeklarował, że przed przyjazdem do Polski na pewno zobaczy film „Tylko nie mów nikomu” braci Sekielskich. Może zrobi on na nim takie wrażenie, jakie zrobił na wielu Polakach.

Klub Anonimowych Katolików

Kilka szybkich wniosków po obejrzeniu filmu Tomasza Sekielskiego.

Świetnie zrobiony, kamera towarzyszy autorom praktycznie wszędzie, co daje widzowi wrażenie, że jest z nimi. Oglądając rozterki dziennikarzy, utożsamia się z problemami: czy czekać, przyjechać później, czy też spróbować zadzwonić. Oczywiście drzwi są zwykle zamknięte, a jeśli ktoś otworzy to z góry wiadomo, że nie wpuści. Gdy w końcu udaje się dodzwonić do jakiegoś ważniejszego księdza, to gdy tylko dowie się z kim rozmawia i w jakiej sprawie, to natychmiast mówi, że jest na spotkaniu i się rozłącza.
Właśnie dzięki temu, że filmowany był każdy krok i każda próba kontaktu, nie można zarzucić twórcom tendencyjności. Jedynym sukcesem była rozmowa z dwoma emerytowanymi i bardzo leciwymi księżmi i ich konfrontacja z ofiarami. O ile pierwszy sprawiał wrażenie przybitego swoją winą, to drugi z butą i bezczelnością potraktował mężczyznę, którego ponad trzydzieści lat wcześniej regularnie gwałcił. Padło nawet takie zdanie: „dopóki nie ma wytrysku, to nie ma grzechu”. W skrócie: kawał dobrej i rzetelnej roboty, która – aż przykro to pisać – pójdzie na marne.
Film ten obejrzą jedynie osoby, które zdają sobie sprawę z problemu, natomiast bigoci, nawet go nie oglądając, zastosują znany nałogowcom mechanizm wyparcia i pójdą na wojnę z każdym, kto na ów film się powoła. W latach dziewięćdziesiątych – czy to pracując w „NIE”, czy później w „Faktach i Mitach”, robiłem wiele reportaży o księżach pedofilach. Wiele z nich lądowało w koszu, mimo że opisane fakty miały miejsce. Ale o ile ofiary, ich rodziny były w stanie opowiedzieć mi o tym, to na pytanie, czy w razie procesu będą zeznawać w sądzie – odmawiali, tłumacząc się ostracyzmem, strachem przed reakcją sąsiadów i społecznym wykluczeniem.
Nie zdawałem sobie wówczas sprawy ze skali tego zjawiska. Pomimo tego, że od tamtej pory minęło ćwierć wieku jedno pozostało niezmienne. Dojście do prawdy drogą oficjalną wciąż jest niemożliwe. Dlatego film jest tak cenny, że pokazuje próby takiego kontaktu. A jedyne co udało się osiągnąć, to fragment relacji z konferencji prasowej episkopatu.
Naprawdę szkoda, że ten film obejrzą jedynie ludzie, którzy znają, rozumieją i nie bagatelizują problemu.
Dla sporej części społeczeństwa religia stała się już nałogiem, uzależnieni mają już wszelkie symptomy nałogowca: wyparcie, racjonalizowanie (choćby gwałtów). I zdeterminowała całe ich życie. O ile zawsze kpiłem z programu „12 kroków”, to niektórym bigotom i bigotkom dobrze by to zrobilo. Taki program 24 godzin – podczas którego nałogowy katolik będzie wstawał z postanowieniem, że przez najbliższe 24h nie uwierzy. Musi jednak zrobić pierwszy z tych 12 – przyznać do uzależnienia. Przydałby się Klub Anonimowych Katolików, ale taki który wyleczy z uzależnienia. Obecnie istnieją takie kluby, lecz chodzi w nich o utrzymanie anonimowości przestępców.

Flaczki tygodnia

Wszyscy mówią o „Tylko nie mów nikomu”. Czyli filmie Tomasza Sekielskiego o pedofilii w polskim kościele kat. Film, dostępny w Internecie, stał się już tak popularny, że przerwał wyniosłe milczenie hierarchów polskiego kościoła kat. Prymas Wojciech Polak zdobył się nawet na skromne przeprosiny!.

Ochrona pedofilii przez hierarchów polskiego kościoła kat. stanie się jednym z głównych tematów tegorocznych kampanii wyborczych. Sztabowcy PiS zaplanowali wcześniej kampanijny spór o kościół katolicki. Chcieli wywołać podział społeczeństwa polskiego na patriotycznych obrońców kościoła, czyli ostoi polskości i krytykujących ten kościół wrogów Polski. Chcieli, pod hasłem obrony kościoła kat. przez podnoszoną na niego wrażą ręką, skupić i zmobilizować jak największe grono swych wyborców.

Ale w życiu tak jest, że przysłowiowy człowiek strzela, a pan bóg kule nosi. Filmu Sekielskiego sztabowcy PiS nie zaplanowali. A film raz jeszcze potwierdził, że polski kościół katolicki jest organizacją skorumpowaną i zgniłą moralnie. Korporacją, która chroni ludzi łamiących prawo, aby dalej czerpać miliardowe zyski ze swej zakłamanej działalności. A pan prezes Kaczyński, i jego PiS, wpisując się w grono obrońców tego kościoła zostaje obrońcą pedofilii. Broni ludzi krzywdzących polskie dzieci. Wpada w medialną, polityczną pułapkę, którą jego ludzie przygotowali dla opozycji z Koalicji Europejskiej.

Na pomoc panu prezesowi ruszyła narodowo-katolicka TVP. W zeszłą sobotę z nadawanych tam „Wiadomości” mogliśmy się dowiedzieć, że Grzegorz Schetyna „wziął na celownik Kościół katolicki” i „próbuje wpisać w kampanię wyborczą antykościelną retorykę”, by oskarżać kościół o „grzechy popełnione i przede wszystkim niepopełnione”. Dopiero na końcu w Wiadomościach pojawił się temat pedofilii. O filmie Sekielskiego rzecz jasna nie wspomniano. Pokazano za to Piotra Z., byłego radnego PO ze Słupska, który został skazany w 2012 roku za czyny pedofilskie oraz Rafała P., byłego działacza PO z Gniezna, skazanego za to samo w 2016 roku. Nie wspomniano, że Rafał P. był katechetą prowadzącym lekcje katolickiej religii, ani że kierownictwo PO zaraz po aresztowaniu podejrzanych, wyrzuciło ich partii.

Na koniec dowiedzieliśmy się, że prezes Sądu Najwyższego Małgorzata Gersdorf dostała taką samą nagrodę, jaką sześć lat temu otrzymał francusko-niemiecki polityk Daniel Cohn-Bendit. Krytykowany kiedyś przez niemiecką dziennikarkę Bettinę Röhl za rzekome akceptowanie pedofilii, za co nigdy nie sądzony. Przyjęcie tej nagrody oznaczało, wedle kłamców z „Wiadomości”, akceptację pedofilii przez polską prezes Sądu Najwyższego.

Pan premier Morawiecki prowadził kampanię wyborczą w Mławie. Jak w każdym odwiedzanym przez siebie miejscu pochwalił napotkanych mieszkańców za patriotyzm i posiadaną „piękną historią”. Odnosząc się do przegranej bitwy pod Mławą w 1939 roku, przypomniał, że w całej Polsce były podobne miasta i wsie, gdzie „niemiecki okupant maltretował lokalnych mieszkańców”. Obiecał mieszkańcom Mławy i okolic, że nie dopuści aby znowu musieli płacić Niemcom za tamtą wojnę. Co prawda Niemcy nie wysuwają takich roszczeń, ale gdyby kiedyś je wysunęli, to pan premier na pewno Mławę przed ich agresją skutecznie obroni. Na takich to kłamstwach i niedopowiedzeniach, na strachu przed kreowanymi, fałszywymi zagrożeniami, elity PiS stworzą wspólnotę
swych wyborców.

Licznym innym, jeszcze nie powszechnie znanym, kłamstwom pana premiera Morawieckiego poświęcone są dwie nowe publikacje książkowe. Tomasza Piątka oskarżającego pana premiera o związki z rosyjską mafią i agenturą. Oraz „Delfin. Mateusz Morawiecki” Piotra Gajdzińskiego i Jakuba N. Gajdzińskiego. Treści książki Piątka „Flaczki” jeszcze dobrze nie znają, zatem odniosą się do niej po wnikliwym zapoznaniu się.

W „Delfinie”, napisanej przez Piotra Gajdzińskiego, byłego rzecznika banku WBK, pojawia się inny zarzut. Pan premier Morawicki, były prezes zagranicznego banku WBK, kłamał w sprawie kredytów bankowych. Twierdził, że zarządzany przez niego bank nie udzielał takich kredytów. Były rzecznik banku dowodzi, że to właśnie prezes Morawiecki wprowadził je do bankowej oferty. Bo kredyty frankowe wciskane naiwnym klientom były korzystne dla bankowej kadry, bo wiązały się z dużymi prowizjami dla tychże „banksterów”.

W czasie kiedy pan premier obiecywał obronę Mławy przed ewentualną niemiecka agresją, przed jego siedzibą w Warszawie odbył się protest zorganizowany przez nacjonalistyczne, prawicowe Stowarzyszenie Marsz Niepodległości. Przeciwko podpisanej przez prezydenta USA Donalda Trumpa „Ustawie 447”, która daje amerykańskiemu Departamentowi Stanu możliwość wspierania organizacji zrzeszających ofiary Holokaustu w sprawach roszczeń majątkowych.

Treść ustawy nie jest precyzyjna, stwarza możliwości interpretacji i kłamstw, zwłaszcza przedwyborczych. Dlatego prawicowa, narodowo-katolicka Konfederacja, konkurencja polityczna PiS na prawicy, postanowiła pójść drogą pana prezesa i pana premiera. Też zbudować wspólnotę swych wyborców na strachu i kłamstwach. Konfederaci uważają, że antypolskie elity PiS chcą zapłacić prezydentowi Trumpowi za zgodę na bazę wojskową „Fort Trump” miliardowymi polskimi odszkodowaniami dla żydowskich organizacji wspieranych przez Departament Stanu i zięcia prezydenta Trumpa.

W odpowiedzi na kampanię Konfederacji zjednoczony front propagandowy PiS, czyli „Gazeta Polska” + TVP info, przystąpił do wojny z Konfederacją. Bezpardonowej, bo kilka procent poparcia zyskanych przez Konfederację może odebrać zwycięstwo PiS w wyborach. Aby ostatecznie rozwiązać kwestię Konfederacji, elity PiS oskarżyły jej liderów o agenturę i współpracę z Kremlem. Ochrzczono Konfederatów ksywką „Ruskie onuce”.

I teraz warto zadać fundamentalne pytanie: Skoro związany z liberalnym koncernem Agora Tomasz Piątek oskarża pana premiera Morawickiego o współpracę z rosyjską mafią, a w poprzedniej książce o rosyjskie powiązania pana ministra Antoniego Macierewicza i skoro ludzie Tomasza Sakiewicza, szefa prawicowego, narodowo-katolickiego koncernu medialnego „Gazeta Polska”, oskarżają liderów również prawicowej i narodowo-katolickiej Konfederacji o rosyjską agenturę, to po co głosować na PiS i Konfederację?

Czy nie lepiej od razu zagłosować na Jedyną Rosję i prezydenta Putina?

Bezkarni do końca świata

i jeden dzień dłużej

„Mówił, że jestem wyjątkowa. Dotykał, całował. Bałam się, że ktoś zauważy, że coś jest między nami”. „Żona mi powiedziała: po co tam łaziłeś? To twoja wina!”. „Codziennie mam koszmary”. Film Tomasza Sekielskiego to „Kler” odfabularyzowany. Pokazuje, że nie ma już dla nas nadziei, że festiwal zaprzeczania będzie grał niczym orkiestra Jurka Owsiaka – do końca świata i o jeden dzień dłużej.

O 14.30 w sobotę cała Polska siedziała przy YouTubie, czekając, aż będzie można wyświetlić „Tylko nie mów nikomu” – film Tomasza i Marka Sekielskich. Miał to być film, który przeora polską świadomość w zakresie pedofilii w kościele. Miał być polskim „Spotlightem”. Miał być bombą, która zostanie odpalona. Tak się nie stanie. Dlaczego? Nie dlatego, że film ma jakiekolwiek uchybienia. Po prostu jesteśmy już jako ludzkość na tak dalekim etapie obudowywania się w oblężonych twierdzach własnych uprzedzeń, że wysiłek Sekielskiego i tak zrozumieją tylko i wyłącznie ci, którzy empatię i otwartość mieli w sobie już wcześniej.
Internet, a zwłaszcza rozwój mediów społecznościowych, sprawił, że przestaliśmy konfrontować swoje przekonania z rzeczywistością. Na tym polu rozwój technologiczny wyświadczył nam niedźwiedzią przysługę. Nie konfrontujemy, szukamy sojuszników i zamykamy się w bańkach.
Jeszcze na dobre nie nabrzmiały bańki „urażonych” przeróbką Matki Boskiej z tęczą Elżbiety Podleśnej. Po 14.30 zaczęły nabrzmiewać kolejne. Episkopat już wie, że film Sekielskiego jest „nierzetelny”, zresztą abp Gądecki powiedział już wcześniej na pamiętnej konferencji, że atak na pedofilię w kościele jest atakiem na istotę kościoła. Więc naprawdę stawiamy poprzeczkę bardzo, bardzo wysoko, każąc duchownym i wyznawcom zmierzyć się z dysonansem poznawczym, który wyhodowali sobie na wysokość muru berlińskiego.
Film Sekielskiego nie jest nawet w ułamku procenta atakiem na kościół. Są konkretne ofiary konkretnych księży, które konkretnie opisują konkretne czynności, jakich się wobec nich dopuszczano. Ale głos dostaje też druga strona. Nie zawsze korzysta. Często ucieka.
Jak tłumaczą się księża nagrani z ukrycia podczas konfrontacji z ofiarami? „Szatan zebrał swoje żniwo, byłem słaby, uległem żądzy” – to i tak najmniej bulwersujące, co można usłyszeć, choć poraża poziom wyparcia, wyrażający się w budowaniu zgrabnych metafor, zakładających, że w istocie ofiary były dwie.
„Przecież ty też chciałeś, uśmiechałeś się” – to kolejna strategia wyparcia. Dziecko często nie wie, w czym uczestniczy. Jest przez świadomego przecież swoich czynów omotane, ma w głowie mętlik. Nie wie, czy ma być swojemu oprawcy wdzięczne, czy iść na skargę do mamy. Na filmie Sekielskiego widzimy ludzi, którzy trudnej prawdy o sobie nie przyjęli – bo mogli. Bo mieli możliwość schować się za plecami biskupa, wiernych parafian, mogli się wykpić. Są wściekli, że odpowiedzialność dopada ich po latach.
To doskonały dokument, tragicznie spóźniony.