Demokracja dla wszystkich

Parę tygodni temu, w podsumowaniu felietonu pt. „Wskazówki na Piątą”, red. Piotr Gadzinowski stwierdza: „Czas zatem poważnie pomyśleć o Piątej”; przytacza też wypowiedź znanego publicysty Michała Syski: „Lewica nie ma własnej narracji …” . Postulat utworzenia V RP w mediach lewicowych, m.in. w „Trybunie”, pojawia się jednak bardziej jako idea niż kompleksowy projekt polityczny.

Uważam, że lewica postpezetpeerowska – mam na myśli nie tylko SLD, Wiosnę, ale również PPS, UP, KPP, SdPL, RSS (Ikonowicza) itp. – powinna opracować taki program i z nim na sztandarach iść do wyborów. Po to, by – po wygraniu wyborów – mieć moralne prawo do wprowadzania zapowiadanych reform. Oto co, moim zdaniem, Nowa Lewica powinna zrobić.
Przede wszystkim
skończyć z państwem postSolidarności!
Bo elity postSolidarności oszukały polskie społeczeństwo. O czym m.in. można przeczytać w książce prof. Bruno Drwęskiego pt. „Zagrabiona historia Solidarności – został tylko mit”. Porozumienia sierpniowe 1980 roku podpisywane były pod hasłem „Socjalizm tak – wypaczenia nie”. Tymczasem po objęciu rządów w 1989 r. elity postSolidarności w krótkim czasie doprowadziły do restauracji kapitalizmu. I to w najgorszym wydaniu!… 30 lat po zmianie ustroju, nadal obowiązują ustawy dyskryminujące ludzi Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej.
Najwyższa pora, by zlikwidować IPN – swego rodzaju policję polityczną reżimu „S”!. Należy unieważnić ustawę o obniżeniu emerytur funkcjonariuszom służb mundurowych PRL. Ustawę o „dekomunizacji” ulic i innych obiektów należy unieważnić, a w jej miejsce uchwalić ustawę dającą pełne uprawnienia samorządom gmin. Trzeba unieważnić ustawę o obowiązku składania oświadczeń lustracyjnych przez kandydatów na funkcjonariuszy publicznych, dotyczących współpracy ze służbami bezpieczeństwa PRL.
Owszem, kandydaci na funkcjonariuszy publicznych powinni składać tego typu oświadczenie, ale dotyczące tajnej współpracy ze służbami specjalnymi zarówno państw ościennych jak również obecnego państwa polskiego. Trzeba także skończyć z mitem „żołnierzy wyklętych”. Owszem, należy uczyć o tragiźmie sytuacji w jakich się znaleźli, ale nie gloryfikować! Nie przedstawiać jako pozytywnych bohaterów! Bo przecież oni mordowali tych, którzy odbudowywali państwo, które leżało w gruzach. A ich nadzieją była III wojna! Jak by za mało zginęło ludzi w II… Nawiasem mówiąc, mnożące się obecnie szeregi „żołnierzy wyklętych”, w nieco innym świetle przedstawiają wyniki referendum ludowego w 1946 r. i wyborów do Sejmu Ustawodawczego w 1947, które, wg obowiązującej dziś historii, zostały sfałszowane przez ówczesne władze, i były bardzo niekorzystne dla bloku „komunistycznego”…
Populizmowi mówimy NIE!
Widmo krąży na lewicy, widmo populizmu… Co wynika z chęci przebicia PiS-u. Dwa przykłady.
Pierwszy, to teza, że, jak mówi Włodzimierz Czarzasty w wywiadzie opublikowanym w „Trybunie” z 19.01.2018 r. – „500 plus zostaje”. Nie zgadzam się z tą tezą.. Bo to nie jest program socjalny. Podkreślają to sami autorzy, PiS i pisowski rząd: „500+” to program prorodzinny, mający zwiększyć dzietność”.
500 zł na dziecko dostaje każda rodzina, niezależnie od poziomu dochodów, zarówno ludzie, którzy nie mają dochodów, bo są bezrobotni, jak i prezesi różnych firm, zarabiający po kilkadziesiąt tysięcy miesięcznie. Co, w sytuacji, gdy budżet państwa jest niewystarczający, jest zwyczajnym marnotrawstwem publicznych środków. Wróćmy do socjalistycznych źródeł: zasiłki socjalne mają być uzależnione od poziomu dochodów; zamiast „500+”, rząd koalicji „Lewica razem” wprowadzi zasiłki socjalne gwarantujące dochody nie mniejsze niż minimum socjalne. W 2016 r. IPiSS wyliczył je na poziomie 954 zł miesięcznie na osobę w rodzinie 3-osobowej i 872 zł na osobę w rodzinie 4-osobowej (świadomie podaję ten rok, bo jestem przekonany, że instytucje państwowe są opanowane przez PiS i manipulują danymi).
Czyli 4-osobowa rodzina nie posiadająca innych dochodów otrzymywałaby 3489,- zł miesięcznie. Ale rodzina, która miałaby dochody na poziomie 2 płac minimalnych (za 2017 r.: 2000 brutto =1459 netto x2 = 2918 zł) otrzymałaby dodatek już tylko w wysokości 571 zł. Za takie pieniądze można było jako tako funkcjonować, ale przy spełnieniu kilku warunków: po pierwsze, że już się ma mieszkanie, albo można je wynająć za pieniądze nie większe niż przewiduje MS, dlatego należy rozwijać program tanich komunalnych mieszkań czynszowych; po drugie, że osobowy transport zbiorowy będzie powszechnie dostępny.
Drugie populistyczne widmo, to postulat, by V RP wprowadziła program Bezwarunkowego (minimalnego) Dochodu Podstawowego (BDP), który otrzymywałby każdy obywatel, co miałoby być panaceum na zmniejszającą się ilość miejsc pracy, spowodowaną postępującą robotyzacją . Oczywiste jest, że rozwoju cywilizacji nie da się zatrzymać i informatyzacja / robotyzacja będzie postępować. Przykładowo, jak donosiły media, w magazynie Amazona w Kołbaskowie pod Szczecinem 1000 „ludzkich” pracowników będzie pracować razem z 3000 robotów. Ostatnio słyszymy, że BDP zamierzają wprowadzić Niemcy! Ilość miejsc pracy będzie się zatem zmniejszać. Wobec tego wróćmy do socjalistycznych źródeł. I do Konstytucji, gdzie jest mowa o „prawie do pracy”. Nie chodzi tylko o dochód!
Chodzi także o styl, jakość życia. Człowiek, żeby być zdrowym psychicznie, musi czuć, że jest społeczeństwu użyteczny. Lewica nie może godzić się na sytuację, że duża część społeczeństwa będzie motłochem. To byłoby i nieludzkie i niebezpieczne. Nie można pozwolić, by u części społeczeństwa pojawiło się poczucie, że obok nich żyją darmozjady, ludzie niepotrzebni. Pojawienie się w takiej sytuacji faszyzmu, a w konsekwencji ludobójstwa – jest nieuchronne. Trzeba zrobić to, co zrobiono w Polsce 100 lat temu: skrócić czas pracy.
Na tym etapie rozwoju cywilizacji optymalnym byłby 6-godzinny dzień, przy 5-dniowym tygodniu pracy. Co ciekawe, nie bylibyśmy prekursorami, bo (wg gazetaprawna.pl ) już „13 lat temu 6-godzinny dzień pracy wprowadziło Centrum usług Toyoty w Goeteborgu. Szefowie zauważyli nie tylko większą satysfakcję z pracy u pracowników, ale także wzrost zysków aż o 25 proc.” Program należałoby wprowadzać stopniowo, w pierwszej kolejności w zakładach pracujących całodobowo, bo wymusiło by to uruchomienie dodatkowej zmiany i spowodowało skokowy wzrost zatrudnienia, a z drugiej strony z reguły są one (zakłady) w najlepszej kondycji ekonomicznej.
W kolejnych latach reformą należałoby objąć pozostałe zakłady i instytucje. Przy czym obowiązywać powinna jedna zasada: krótszy czas pracy dla pracownika, nie może oznaczać skrócenia czasu funkcjonowania instytucji usługowych, tak w handlu, medycynie jak i w administracji.
Pora na rzeczywiste równouprawnienie kobiet i mężczyzn!
Nierówne traktowanie kobiet w wielu dziedzinach życia wynika przede wszystkim z patriarchalnego modelu rodziny i społeczeństwa, za co odpowiadają przede wszystkich praktycznie wszystkie Kościoły, na czele z KR-K jako największym.
Przejawia się to m.in. tzw. programami prorodzinnymi: kalendarzyk małżeński jako sposób na antykoncepcję, zakaz aborcji, długi urlop rodzicielski i wychowawczy, zasiłek 500+, karta dużej rodziny itd. W konsekwencji, nieobecność kobiety w pracy trwa rok, dwa, trzy, cztery, pięć – gdyby moja matka rodziła w dzisiejszych czasach, to byłaby na takim urlopie co najmniej 11 lat, bo tyle urodziła i wychowała dzieci. A zakład pracy musi funkcjonować; ktoś inny obejmuje stanowisko, ktoś inny awansuje; najczęściej jest to mężczyzna, bo stawianie na młodą kobietę, która za chwilę może pójść na urlop trwający nawet kilka lat, jest zwyczajnie nieracjonalne. Co powinna zrobić Nowa Lewica ? Zlikwidować urlop wychowawczy, a urlop macierzyński skrócić do niezbędnego minimum. Jednocześnie wdrożyć w trybie pilnym program „Bezpłatny żłobek dla każdego malucha”, ponadto programy: „Aktywna kobieta” oraz „Rodzić odpowiedzialnie”.
W ramach tego ostatniego kobiety miałyby prawo do bezpłatnych badań prenatalnych oraz aborcji na życzenie do 12 tygodnia życia płodu. Przy czym prawo to musiałoby być przez lekarzy bezwzględnie wykonywane, pod karą pozbawienia prawa wykonywania zawodu. Historia udowadnia , że w odpowiednich warunkach prawnych, nawet dr Chazan przykładnie wykonywał swój zawód…
W ten sposób zlikwidowana byłaby jedna z dwóch przyczyn niższych emerytur kobiet: mniej lat składkowych, mniejszy kapitał. Druga przyczyna wynika z nierównego traktowania kobiet i mężczyzn przy przechodzeniu na emeryturę: kobieta przechodzi na emeryturę w wieku 60 a mężczyzna – 65 lat. Po objęciu władzy koalicja „Lewica razem” powinna znowelizować prawo o systemie emerytalnym, ustalając wiek przejścia na emeryturę, niezależnie od płci, w wieku. 62,5 roku.
Służba zdrowia ma być służbą!
Problemy w systemie opieki medycznej w Polsce biorą się z przenikania się dwóch grup podmiotów medycznych: państwowych (lub samorządowych) zakładów opieki zdrowotnej oraz komercyjnych, prywatnych klinik i przychodni lekarskich, co powoduje niewydolność finansową całego systemu.
Jako pierwszy publicznie odniósł się do tego problemu prof. Zbigniew Religa, który zaproponował rozwiązanie polegające na utworzeniu sieci szpitali. Minister Z. Religa nie zdążył wprowadzić swojego pomysłu na ścieżkę legislacyjną; zrobił to min. Konstanty Radziwił. „Sieć szpitali”, finansowana z NFZ formalnie funkcjonuje, a reforma jest oczywiście krytykowana przez opozycję parlamentarną. Uważam, że Lewica powinna mieć do tej reformy stosunek pozytywny i ją rzeczywiście wdrożyć, gdy obejmie władzę.
Bo żadne państwo nie sprosta finansowym potrzebom mnożących się jak króliki kolejnych podmiotów medycznych, zasilanych poprzez NFZ i z budżetu państwa. Udowadnia to doświadczenie z fizyki o układzie naczyń połączonych: każde podłączone do układu naczynie obniża poziom płynu we wszystkich naczyniach. W konsekwencji lewica powinna opowiedzieć się za oddzieleniem publicznej służby zdrowia od komercyjnych podmiotów medycznych.
Należy zrezygnować z systemu przetargowego w ratownictwie medycznym; Pogotowie Ratunkowe ponownie powinno być państwową służbą – analogicznie jak PSP (straż pożarna) czy policja. Jest oczywiście problem z lekarzami – jest ich za mało i niejednokrotnie mają nieodpowiednie podejście do podmiotu w służbie zdrowia, którym jest pacjent ( klient). Jest na to panaceum.
W zakładach podlegających pod NFZ, wszyscy pracownicy, na czele z lekarzami, będą podpisywać klauzulę o zakazie nieuczciwej konkurencji (zakazującej pracy w innych podmiotach medycznych) oraz obowiązku do stosowania się do obowiązujących przepisów prawa, pod rygorem pozbawienia wykonywania zawodu. Stosowanie się do tej klauzuli będzie można sprawdzać poprzez system recept elektronicznych. Konieczne będzie również stosowanie instytucji zakupu kontrolowanego.
Lekarze ginekolodzy, nie wykonujący prawa kobiety do aborcji, zostaną pozbawieni prawa wykonywania zawodu ginekologa. Oczywiście, istnieje niebezpieczeństwo, że lekarze będą uciekać za granicę. W rzeczywistości uciekać będą – przecież już uciekają – młodzi; starzy, z dorobkiem, pozostaną, bo nie będą chcieć zaczynać od zera.
Na bieżąco, kadrowe niedobory należy uzupełniać poprzez otwarcie się na lekarzy z innych krajów; jednocześnie na uczelniach medycznych należy wprowadzić system stypendiów fundowanych przez państwo. Otrzymaną pomoc młody lekarz musiałby odpracować w miejscu wskazanym przez NFZ, z gwarancją pracy i mieszkania służbowego. W ten sposób osiągnęlibyśmy jeszcze jeden cel: awans społeczny najbiedniejszych.
Na Lewicy jednym z częściej podnoszonych postulatów jest przywrócenie szkolnych poradni medycznych. Trzeba to zrobić. Jak ? Najprościej poprzez wykorzystanie istniejących instytucji – rozszerzenie o dodatkowy zakres działalności rozporządzenia MEN o publicznych poradniach psychologiczno-pedagogicznych. W każdej publicznej szkole podstawowej i średniej powinna działać poradnia lekarska – stomatologiczna i internistyczna.
Poradnia ta powinna także prowadzić program szczepień ochronnych dzieci i młodzieży (z wprowadzaniem danych do rejestru NFZ, dostępnego przez internet) oraz inne programy profilaktyczne.
Szkoła publiczna musi być świecka!
Po PiS-owskiej reformie przywracającej 8-klasowe szkoły podstawowej, z reformami w sensie organizacyjnym trzeba się wstrzymać. Radykalnej reformy wymaga za to system finansowania szkolnictwa, w celu poprawy finansowania publicznych instytucji oświatowych. Obecnie państwowa subwencja oświatowa przysługuje wszystkim instytucjom oświatowym, zarówno publicznym jak i prywatnym. W sytuacji gdy budżet państwa jest ograniczony, prawo do państwowej subwencji powinno przysługiwać tylko publicznym instytucjom oświatowym. Przede wszystkim jednak, w pierwszej kolejności trzeba się skupić na reformie programu nauczania. Nowa Lewica powinna stać na stanowisku, że nauczanie prawd wiary, jest wewnętrzną sprawą Kościołów. Dlatego w pierwszym roku rządów koalicji „Lewica razem”, minister edukacji zarządzi, by we wszystkich szkołach publicznych, lekcje religii zostały ujęte w planie lekcji jako ostatnie. W tym czasie należałoby opracować podręczniki do dwóch nowych przedmiotów. W drugim roku religia zostanie zastąpiona przez przedmiot „Przegląd religii i innych światopoglądów”. „Wychowanie do życia w rodzinie” powinno zostać zastąpione przez przedmiot „Seksualizm człowieka i rodzina”. Obydwa nowe przedmioty nie mogły by być wykładane przez księży i katechetów..
Państwo świeckie, nie bezstronne!
Bo przecież tylko na gruncie państwa świeckiego, jest możliwe pokojowe współistnienie ludzi równych wyznań . Wg Biblii, rozumiał to chyba prorok Jezus Chrystus, który rzekomo miał powiedzieć: „Królestwo moje nie jest z tego świata” . Chrześcijanie z KR-K chyba sami w to nie wierzą, skoro usilnie próbują budować to królestwo tu i teraz. I zaprzęgają ogół społeczeństwa do budowy państwa wyznaniowego, stosując tyranię większości (bolszewizm). Wbrew wielu zapisom ratyfikowanego ponad 20 lat temu konkordatowi pomiędzy RP a Stolicą Apostolską. Wobec powyższego rząd koalicji „Lewica razem” najdalej w trzecim miesiącu po objęciu władzy ogłosi jednostronną interpretację zapisów konkordatu.
Rząd ogłosi, że: nauczanie religii jako przedmiotu zostanie ze szkół publicznych wycofane (na rzecz nauki o religiach); zlikwiduje etaty ordynariusza i kapelanów w wojsku i innych instytucjach publicznych; wszelkie instytucje i uroczystości państwowe mają mieć charakter świecki; kościelne podmioty gospodarcze zostaną poddane powszechnemu systemowi podatkowemu; zostanie przywrócony obowiązek zawierania związków małżeńskich w USC; dodatkowo państwo wesprze instytucjonalnie obywateli chcących wystąpić ze związku religijnego. W przypadku braku zgody ze strony KR-K, umowa międzynarodowa jaką jest konkordat, zostanie przez Rząd RP wypowiedziana. Oczywiście Kościół R-K będzie miał możliwość funkcjonowania, ale na takich samych zasadach jak inne związki wyznaniowe. Czy KR-K nie jest zbyt potężny, żeby go tak potraktować ? W „Przeglądzie” nr 4/2018 dr hab. Paweł Borecki w artykule pt. „Konkordat – niewielkie korzyści, duże koszty” stwierdza: „Historia uczy, że Kościół, a zwłaszcza papiestwo, liczy się tylko ze zdecydowanymi, silnymi partnerami”. Potwierdzeniem tej tezy jest chociażby casus abp Stanisława Wielgusa…
TAK dla dalszej integracji z UE!
Lewica polska będzie dążyć do dalszej integracji z Unią Europejską, która w nieodległym czasie powinna przekształcić się w państwo federalne, ale, w przeciwieństwie do USA, z jednolitym prawem, w każdej dziedzinie, we wszystkich krajach członkowskich. To jedyne rozwiązanie, które zapewni pokojowe współistnienie wszystkich narodów UE . Także narodowi polskiemu. Polska, dzięki wysiłkowi polskich komunistów i socjalistów, w wyniku II wojny światowej uzyskała nowe terytoria (na przestrzeni historii należące kiedyś do królów polskich) i granice na zachodzie i północy, które były bezpieczne, dopóki istniał ZSRR Dzisiaj takimi nie są.
Po upadku Układu Warszawskiego, politycy polscy postanowili szukać opieki w objęciach nowego wielkiego brata – USA. Ufność dzieci jest zrozumiała, ale dorosły polityk powinien zadać sobie pytanie: dlaczego USA miałyby faworyzować Polskę kosztem RFN ? Przecież żywioł niemiecki ma w Ameryce wpływy dużo większe niż polski. Bo z terytorium Polski jest łatwiej zaatakować Rosję ? Z krajów nadbałtyckich, a od kilku lat z Ukrainy, jest dużo łatwiej. Gwarancje bezpieczeństwa ze strony USA są zatem iluzją. Tymczasem elity postSolidarności podnoszą obecnie roszczenia o reparacje wojenne – ale nie tylko w stosunku do Niemiec, co oczywiście rozbudza rewizjonizm części Niemców , ale także do Rosji (jako następcy prawnemu ZSRR)! W polityce zagranicznej,
Nowa Lewica polska powinna zająć następujące stanowisko: 1. Polska w stosunku do RFN nie zgłasza żadnych żądań finansowych z tytułu odszkodowań za straty poniesione podczas II wojny światowej; jako reparacje wojenne uznaje swoje terytoria zachodnie i północne, które przed wojną należały do III Rzeszy Niemieckiej. 2. Polska chce dalszej integracji UE i w związku z tym podejmie działania mające na celu przystąpienie do strefy euro. 3. Polska pragnie dobrych stosunków ze wszystkimi sąsiadami, w tym z Rosją, wobec czego opowiada się za zniesieniem sankcji gospodarczych przez UE w stosunku do Rosji; w polityce bilateralnej z tym partnerem podejmie kroki normalizujące stosunki i prowadzące do obustronnej owocnej współpracy. 4. Polska uznaje, że Ukraina jako suwerenne państwo ma prawo do samostanowienia; jednocześnie opowiada się za równouprawnieniem wszystkich narodów Ukrainy.
Rząd koalicji „Lewica razem” rozumie historyczne przyczyny banderyzmu: przyczyniły się do tego akty dyskryminacji społeczeństwa ukraińskiego w czasach I i II RP, dokonywane przez magnatów i ówczesne rządy polskie. Rodziny zamordowanych nie przebaczą; mogą to zrobić rządy suwerennych państw – Polski i Ukrainy. Generalnie: Polska pod rządami koalicji „Lewica razem” powinna się dystansować od USA – co jest niezbędną reakcją na politykę zagraniczną tego państwa, polegającą na „uruchamianiu” kolejnych konfliktów zbrojnych na świecie, w tym w sąsiedztwie i na terenie Europy – na rzecz dalszej integracji z UE oraz normalizacji stosunków z innymi krajami, w szczególności z Rosją.
Wojsko – koniec snów o potędze!
Lewacy w zasadzie są pacyfistami, ale warto przypomnieć, że w czasie rewolucji (rosyjskiej, hiszpańskiej) nawet anarchiści walczyli z bronią w ręku z siłami starego, prawicowego porządku. Prawda jest taka, że siły zbrojne ma każde państwo, także Polska, ale minęły już czasy kiedy Polska była militarną potęgą. Żeby nią być, trzeba mieć silną ekonomiczne, technologicznie i samodzielną gospodarkę. Polska takim krajem nie jest, dlatego trzeba mierzyć zamiary na siły i działać racjonalnie.
Wobec ograniczonego budżetu, powinniśmy przyjąć doktrynę obronną, polegającą na rezygnacji z rozwijania sił zbrojnych o charakterze zaczepnym, a rozwijaniu systemów obronnych. W trybie pilnym, powinniśmy zrezygnować z zakupu i utrzymywania wszelkiego rodzaju okrętów oceanicznych oraz podwodnych. Bałtyk jest na takie za mały, a w imperialnych podbojach uczestniczyć nie chcemy. Główną obroną powinny byś wojska rakietowe, ale zaprzestańmy kupowania uzbrojenia bez przekazywania technologii, co umożliwi produkcję uzbrojenia na własnym terytorium.
Bo chodzi też o rozwój własnego przemysłu obronnego, co pozwoli na utrzymanie miejsc pracy. W tej dziedzinie powinniśmy współpracować przede wszystkim z państwami UE. Wydatki zbrojeniowe budżetu państwa powinny być na poziomie pozwalającym na samodzielną obronę w przypadku hipotetycznego ataku ze strony Ukrainy. Bo Ukrainę można kochać, ale trzeba pamiętać, że jest to młode państwo z buzującym nacjonalizmem… Jeśli chodzi o WOT – Wojska Obrony Terytorialnej, rząd „Lewicy razem” powinien je przekształcić w JOT – Jednostki Ochrony Terytorialnej, które powinny być oparte o OSP – jednostki Ochotniczej Straży Pożarnej, a celem tych jednostek powinno być ratownictwo ludności w czasie pożarów, powodzi i innych kataklizmów ale także wojny.
Część środków przeznaczanych obecnie na zbrojenia, należałoby przeznaczyć na program budowy/modernizacji cywilnej infrastruktury antykatastroficznej i antywojennej: awaryjne ujęcia wody, awaryjne zasilanie w energię elektryczną gminnych wodociągów i kanalizacji sanitarnej, modernizację krajowego systemu elektroenergetycznego w kierunku umożliwiającym pracę wyspową w oparciu o lokalne siłownie. Bo trzeba pamiętać, że w przypadku wojny, KSE zostanie zniszczony, i to na kilka lat (przykładem Jugosławia zaatakowana przez USA).
Gospodarka – działajmy racjonalnie!
Krajowy system energetyczny (KSE) przez najbliższe 20 lat powinien nadal być oparty o węgiel, bo w gospodarce trzeba postępować racjonalnie. W ostatniej dekadzie sporo zainwestowaliśmy w budowę nowych i modernizację starszych bloków energetycznych, należy pozwolić na ich amortyzację i akumulację. Jednocześnie trzeba rozwijać budowę odnawialnych źródeł energii. Miejmy jednak świadomość że są to źródła niestabilne ! Jeśli chodzi o siłownie wiatrowe to tak, jak byśmy transport morski ponownie oparli o żaglowce!
Tak dla żaglowców jak i dla KSE, w którym gros energii elektrycznej pochodziłoby z siłowni wiatrowych, największym niebezpieczeństwem jest… cisza, flauta, brak wiatru, albo przeciwnie – sztormowa pogoda, zbyt silny wiatr. W takich warunkach wiatraki przestają pracować i następuje blackout, ogólnokrajowa awaria zasilania w energię elektryczną, rozpad KSE, z którego bardzo ciężko się podnieść. Z kolei jeśli chodzi o fotowoltaikę to jest dobra wiosną i latem, gdy jest dużo słońca.
Kilka dni pochmurnej pogody, w szczególności jesienią i zimą, powoduje, że urządzenia zasilane z tego źródła przestają działać. Wtedy, gdy są najbardziej potrzebne! Z kolei magazynowanie energii wcale nie jest takie ekologiczne, bo wiąże się z koniecznością utylizacji zużytych akumulatorów. Warto w tym miejscu zauważyć znaczenie programów antysmogowych, bo dla paneli fotowoltaicznych chmury naturalne mają takie same znaczenie jak sztuczne… Potrzebny jest zatem państwowy program budowy regionalnych i gminnych elektrociepłowni, opalanych paliwem: 1. biomasą (w postaci biogazu uzyskiwanego ze ścieków komunalnych, lub brykietów uzyskiwanych z rolnictwa); 2. odpadami komunalnymi (śmieciami – takie elektrociepłownie już działają, np. PGE w Rzeszowie). 3. Elektrownie wodne, w tym szczytowo-pompowe.
To są wielkie pokłady energii, które w Polsce wykorzystywane są w niewielkim stopniu. Przy czym należy przyjąć zasadę, że nie skazujemy istniejących elektrowni na „wygaszanie”, lecz je modernizujemy – ze względu na istniejący układ sieci wysokich napięć, w celu stabilizacji KSE. Oprócz wymienionych, należy wykorzystywać inne źródła energii, zapewniające niezależność od warunków pogodowych. Przy czym nie mam na myśli energii atomowej – awarie elektrowni w Czarnobylu i w Fukushimie powinny nas czegoś nauczyć – lecz energii z wodorowych ogniw paliwowych. Takie elektrownie już pracują w Europie: w Austrii, Włoszech, Niderlandach.
Po zmianie ustroju, w wyniku stosowania programu Balcerowicza, polska gospodarka została poddana prywatyzacji, co często miało charakter „wrogiego przejęcia”, Tak było z cukrownictwem, hutnictwem, przemysłem energetycznym – wiele przedsiębiorstw zostało sprzedanych za psie grosze. Nadal wiele jest zagrożonych, głównie z powodu wejścia tych firm na giełdę papierów wartościowych i otwarcie się na kapitał zewnętrzny, który często ma charakter spekulacyjny.
Rząd koalicji „Lewica razem” powinien zatem zadbać o te resztki majątku po PRL, poprzez wycofanie w GPW akcji spółek akcyjnych z większościowym udziałem SP, mających strategiczne znaczenie dla państwa. Pozostanie na GPW grozi drastycznym spadkiem wartości rynkowej. Przykładem jest firma, której pracownikiem jest autor tego artykułu:10 lat temu po wprowadzeniu akcji na giełdę ich cena wynosiła 26 zł, obecnie wynosi ok. 3 zł. Choć przez ten czas wzrosła wartość tak majątku produkcyjnego jak również sprzedaż…
Gospodarka państwa w dużym stopniu zależy od systemu podatkowego. W Polsce jest on nieefektywny i niesprawiedliwy. O VAT nawet obecny rząd twierdzi, że był słabo ściągalny, bo przedsiębiorcy oszukują. Podobnie jest z podatkiem CIT. Cytat ze strony „biznes-firma.pl”: „Szacuje się, że obecnie średnie obciążenie firm podatkiem CIT wynosi 0,44 proc. obrotu. Związek Przedsiębiorców i Pracodawców podkreśla przy tym, że nawet 2/3 firm unika płatności podatku dochodowego, nie wykazując dochodu, a stratę z działalności. (…)
Można by zastąpić podatek dochodowy od osób prawnych podatkiem obrotowym, który miałby charakter powszechny i jednolitą stawkę. Łatwo byłoby go obliczyć, ale i zoptymalizować. Eksperci ZPP szacują, że wprowadzenie 1 procentowego podatku od przychodów, czyli podatku obrotowego, dałoby powyżej 30 mld zł dodatkowych wpływów do budżetu państwa”. Nic dodać, nic ująć. Jeśli chodzi o podatek PIT, to, śladem najbardziej rozwiniętych krajów UE, trzeba wprowadzi więcej stawek i progów podatkowych: postuluję wprowadzenie skali pięciostopniowej: 2, 10, 18, 32 i 42 %. Jak łatwo zauważyć, nie ma stawki zerowej, czyli zwolnienia z podatku; zamiast tego trzeba przywrócić pojęcie kosztów uzyskania przychodów. Stawka 2% miałaby ważne znaczenie społeczne, bo przywróciłaby osobom objętym tym podatkiem godność obywatelską.
Demokracja dla wszystkich!
Istnieje wiele wariantów demokracji. Obecnie, w Polsce, żyjemy w demokracji bolszewickiej, mamy do czynienia z tyranią większości. Ale większości nie rzeczywistej, ale wynikającej z zastosowania w wyborach parlamentarnych metody D’Hondta, która, choć formalnie nadal proporcjonalna (są inne opinie do których się przychylam) , jak chce Konstytucja, to jednak faworyzuje duże ugrupowania. A dochodzą jeszcze JOW-y, czyli jednomandatowe okręgi wyborcze, gdzie obowiązuje zasada, że jeden bierze wszystko, a reszta, często blisko 50-procentowa, nie ma nic.
Taka ordynacja obowiązywała dotąd przy wyborze prezydenta kraju, senatorów, prezydentów, burmistrzów i wójtów oraz radnych w większych miastach. Jeśli chodzi o JOW-y, to przede wszystkim taki system nie jest racjonalny: śmierć, ujawnione przestępstwo powodują, że osoba wybrana na daną funkcję – nie pełni jej, albo tymczasowo zastępuje ją osoba nie wybrana lecz mianowana, np. zastępca burmistrza albo komisarz; zachodzi konieczność organizowania wyborów uzupełniających. W wyborach do Sejmu w 2015 r. , na listę partii PiS oddano 37,58% ważnie oddanych głosów, ale dzięki ordynacji wyb. z metodą D’Hondta, ugrupowanie to mogło rządzić samodzielnie! To nie jest sprawiedliwe! To nie jest demokracja! Jeśli chodzi o ordynację wyborczą to opowiadam się za powrotem do źródeł; zarówno II jak i III RP. Należy wprowadzić ordynację wyborczą, która spowoduje, że każdy wyborca zyskuje reprezentację w organie przedstawicielskim. Ten cel zapewni ordynacja proporcjonalna, oparta o wielomandatowe okręgi wyborcze, ze zwykłą metodą liczenia, uzupełniona o listę krajową.
Wyjaśniam: 1 mandat na Sejm to 0,217391 % głosów (100 / 460 mandatów), zatem każde ugrupowanie, którą poprze taki odsetek wyborców, powinno mieć posła w Sejmie! W 2015 roku uprawnionych do głosowania było 30 534 948 obywateli / 460 mandatów = 66 380,32 głosów; głosów ważnych było: 15 200 671 / 460 = 33 044,94 głosów. Ugrupowanie na liście krajowej, które uzyskałoby tyle głosów, otrzymałoby 1 mandat. Analogiczna ordynację należałoby stosować w wyborach do rad gminnych, miejskich, powiatowych oraz sejmików wojewódzkich.
Trzeba też powrócić do źródeł w kwestii wyboru władz wykonawczych samorządów terytorialnych. W latach 90-tych burmistrzów i prezydentów nie wybierano w wyborach bezpośrednich. Rada wybierała Zarząd z wójtem, burmistrzem, prezydentem na czele. Czas na ostatni postulat w kwestii samorządów: trzeba ujednolicić nazwy funkcji szefów samorządowych władz wykonawczych – proponuję: wójt, burmistrz (zamiast prezydenta), wojewoda (zamiast marszałka sejmiku wojewódzkiego). Zamiast wojewody, przedstawiciel rządowy mógłby się nazywać: inspektor rządu RP w województwie.
Prezydent może być tylko jeden – prezydent RP. Jednakże opowiadam się za tym, by Prezydent był wybierany nie w wyborach bezpośrednich, ale przez Zgromadzenie Narodowe. Rzeczywistą władzę wykonawczą powinna pełnić Rada Ministrów.
Czas na nową Konstytucję, czas na V RP!
Zacznijmy od rozszyfrowania inicjałów: RP. Postuluję, by nasze państwo nazywało się: Republika Polska. Nie Rzeczpospolita, czyli wspólna, należąca do ogółu – bo taka była tylko za czasów Polski Ludowej. Za czasów II i I należała do magnatów i szlachty; III i IV należała do elit postSolidardości i kapitalistów. Trzeba zacząć od naprawy państwa. Kwestia Trybunału Konstytucyjnego pod względem prawnym jest tak zapętlona, że trzeba ciąć mieczem: w nowej konstytucji nazwa TK zniknie, a jego funkcje zostaną przesunięte do Sądu Najwyższego. Nowa konstytucja jednoznacznie zdefiniuje, że Polska jest państwem świeckim. Obecny art. 13 odróżni faszyzm od komunizmu. Społeczne protesty wskazują, że trzeba w Konstytucji dodać artykuł dający prawo kobietom do aborcji, a także art. o związkach partnerskich. Trzeba dodać art. w którym Senat zostanie zdefiniowany jako izba samorządowa, wybierana nie w wyborach bezpośrednich, lecz w systemie przedstawicielskim, np. przedstawicieli województw będą wybierały sejmiki wojewódzkie. Konstytucja powinna także odnosić się do UE, w tym do unii walutowej.
Wniosek z tego jest taki, że bez zmiany konstytucji się nie obejdzie.


W mojej ocenie obecnie Lewica nie odróżnia się od establiszmentu. Najwyższy czas by nowa Lewica miała własną narrację – zdecydowanie zrywającą z obowiązującą poprawnością polityczną.

Program na piątkę

Po neoliberalnej, autorytarno-tradycjonalnej czas na socjalliberalną/socjaldemokratyczną V RP.

Czy stać socjalnych liberałów i socjaldemokratów na kompromis taktyczny? Będzie on konieczny, by odsunąć od władzy Zjednoczoną Prawicę (w budowie sanacji bis), a także po by, kontynuować dalszą modernizację polskiego społeczeństwa: jego gospodarki, sfery publicznej, jak i tradycjonalnej, przedoświeceniowej mentalności społecznej. Zadanie, przed którym stają zwolennicy społeczeństwa łączącego efektywną gospodarkę z bezpieczeństwem socjalnym, a zarazem szerokimi swobodami obywatelskimi, przypominają obóz patriotyczny z l. 1788-92. Ten rzucił wyzwanie nibypaństwu szlacheckiej I RP i jego magnackiej oligarchii, jej kastowo-stanowym podziałom. Istniejący od XVII wieku przeciwnik polskich chłodnych entuzjastów nowoczesności przepoczwarzył się obecnie w narodowo-konserwatywny, autorytarny, parafiański, obskurancki obóz narodowo-katolickiej prawicy. Rządzi on polskim społeczeństwem na modłę międzywojennej sanacji przy ideologicznym turbowspomaganiu endeckich zmartwychwstańców.
Komentatorzy wydarzeń na polskiej scenie politycznej rzadko wykraczają poza kwestie taktyki i strategii wyborczej. Zapominają, że tylko czyny polityka są owocami, słowa to tylko liście, które porywa wiatr historii. Niektórzy nawet zalecają korepetycje u amerykańskich speców od urabiania postaw w telemeledemokracji. Do wyjątków należą pogłębione analizy socjoekonomiczne. Przy spojrzeniu z perspektywy interesów życiowych i całościowej wizji kultury widać dwa wciąż istniejące w polskim społeczeństwie obozy: narodowo-katolicki „zakon polskości” organizowany przez upartyjnione państwo wokół historycznej roli Kościoła katolickiego oraz potencjalny obóz demokratycznego, nowoczesnego państwa dobrobytu czy raczej demokratycznego społeczeństwa wspólnej troski.
To symbolicznie z jednej strony obóz spod znaku sienkiewiczowskiego Zagłoby. Odwołuje się on do pomocy „boskich auxiliów”, Opatrzności, by naród wybrany mógł przez rechrystianizację obronić Europę przed „cywilizacją śmierci”. mesjanizm czy już schizofrenia? Z drugiej strony – obóz, który uosabia postać państwowca z Przedwiośnia Żeromskiego – Szymona Gajowca. To obóz wciąż nieistniejących „szklanych domów”, wciąż ulepszanego organizmu pracy zbiorowej, która pozwala każdemu na dobre życie oraz realizację potencjału intelektualnego i ekspresję tożsamości: narodowej, klasowej, zawodowej, światopoglądowej czy płciowej, słowem, zmarginalizowani w Polsce prawnukowie Oświecenia. Są to dwie powszechne matryce czy, wedle określenia Andrzeja Mencwela, „wzory polskiej tożsamości kulturowej”. Zwolennicy obu obozów są rozproszeni, są i w Polsce A i B, są na wsi i w małych, i dużych miastach, są i zamożni i ubodzy. Program, z którym obóz antypisowski mógłby pójść do zwycięskich wyborów parlamentarnych, musi zawierać postulaty, które dają się zrealizować po objęciu władzy, a zarazem tworzą fundamenty V RP, odmiennej od pisowskiej poprzedniczki. Program powinien wychodzić od polepszenia materialnych warunków egzystencji, połączonej z naprawą kontroli nad państwem, by doprowadzić do korekty zbiorowego imaginarium.
Program musi brać pod uwagę fakt, że wyczynowy, neoliberalny kapitalizm uruchomił walec prywatyzacji, deregulacji, osuszania podatkowego państwa. Po jego przejściu pozostały resztki państwa socjalnego. Model ten kontynuują w uszczuplonej formie społeczeństwa skandynawskie, w jeszcze słabszej Niemcy i pozostałe kraje starej UE. Na szczęście los się odwraca: integrująca się Wspólnota Europejska zrobiła pierwszy krok w kierunku unii fiskalnej, zaciągnęła bowiem wspólny dług na rynkach finansowych; dąży też do neutralności energetycznej i opodatkowania korporacji technologicznych i sektora finansowego.
W tych warunkach łatwiej o realizację programu wykraczającego poza dotychczasową neoliberalną agendę, której była wierna Platforma Obywatelska i która doprowadziła do degradacji i upokorzenia klas pracujących. Dlatego niewiele pomoże eksploatowanie sentymentów przełomu transformacyjnego, zawartych w idei Nowej Solidarności. Trzeba bowiem wychodzić od faktu, że mamy do czynienia z rzeczpospolitą obojga narodów. Dla obu zbiorowych lokatorów wspólnym mianownikiem jest dobre życie, ta żywa idea Greków. Jej składowymi są warunki życia pozwalające zaspokajać potrzeby bytowe, by życie było wolne od znoju, uzależnienia od innych, a także by trwało w środowisku, w którym można oddychać czystym powietrzem, w otoczeniu zieleni, w którym słońce nie dociera przez zadymione niebo. Dlatego możliwości socjotechnik urabiania postaw wyborców są tu ograniczone, każdy bowiem jest tu własnym ekspertem. Chodzi więc o to, by te warunki zmienić tak, by zadowoleni z życia byli nie tylko ci, co stoją przy szwedzkim stole RP, ale także i ci, których pisowskie reformy socjalne trochę do niego przybliżyły.
W postpisowskiej Polsce trochę paradoksalnie zadanie dalszej modernizacji polskiego społeczeństwa przypada dwóm formacjom reprezentującym przeciwstawne siły społeczne: formacji liberałów gospodarczych reprezentujących interesy beneficjentów transformacji i lewicy ubiegającej się o reprezentację interesów klas pracowniczych, utrzymujących się z pracy rąk i umysłów. Konkurenci PiS-u mają problem: lewica z odzyskaniem poparcia klas pracujących, a liberałowie z ograniczoną bazą społeczną. Chcąc wyglądać lepiej w oczach obojętnego dotąd wyborcy, nadwiślańscy liberałowie muszą przełknąć dwie gorzkie pigułki: odnieść się do progresji podatkowej i przezwyciężyć konserwatyzm w kwestii dalszego upodmiotowiania jednostki. PO bowiem to partia liberałów gospodarczych, klękają oni na jedno kolano przed biskupem, a także, choć bez większego entuzjazmu, szanują polskiego wampirycznego patriotę. Pod pomnikiem wyklętego złożą wieniec, ale poza okiem kamer telewizyjnych.
PO zagubiło złoty róg
Kłopot rodzimych liberałów polega na tym, że swój program już zrealizowali. Wdrożyli wolny rynek, stworzyli sferę publiczną według kanonów demokracji liberalnej, ożywili lokalne społeczności. Jednak nieplanowanym dzieckiem „wolnej Polski” okazała się gospodarka poddostawców, mistrzów skręcania śrubek, strefa taniej pracy dla rodzimego i zagranicznego biznesu, sprzyjający oszczędnościom regresywny system podatkowy. Ursus zmienił się w Factory. Ale powstały też warunki awansu zawodowego i materialnego dla specjalistów z wysokimi kwalifikacjami.
Pojawili się polscy golden boys. PO bowiem reprezentuje beneficjentów transformacji, około 15 proc. – 17 proc. dobrze zaadoptowanych do radzenia sobie na wolnym rynku w roli przedsiębiorców, specjalistów pracujących dla zagranicznych korporacji i rodzinnego sektora publicznego, przede wszystkim z największych miast, gdzie powstaje polski PKB. Znajduje się tu, obok rodzimych kapitalistów, tradycyjna inteligencja z wysoce wyszkoloną siłą roboczą (lekarze, inżynierowie, architekci, prawnicy). Na czoło wysunęła się nowa klasa menedżerów i kierowników, pośredników finansowych, brokerów, zarządzających bankami i funduszami inwestycyjnymi. Obie te grupy społeczne tworzą klasy i stany kierownicze i wykształcone, wrzucane do wora „klasa średnia”. Ale co z pozostałymi zatrudnionymi w budżetówce, w minifirmach, w strefach specjalnych, w coraz większym sektorze usług biznesowych dla zagranicznych gości? Kiedy się zaczęły ujawniać coraz większe koszty społeczne wolnego rynku i komercjalizacji usług publicznych, rosły szeregi niezadowolonych.
Wytworzone bogactwo społeczne przestało skapywać na dół. Został złamany podstawowy warunek umowy społecznej: każdy ma coś i nikt nie jest tak bogaty, żeby mógł kupić innych. Przed klęską wyborczą PO w 2015 r. udział płac w PKB między 1995 a 2014 spadł o ponad 10 proc. , a 5 mln korzystało z pomocy społecznej. Dlatego PO kojarzy się czekającym w kolejce na swoją część narodowego tortu z radami, które otrzymywało młode pokolenie dryfujące na śmieciówkach: „zausz firmę”, „zmień pracę”, „weź kredyt”. Dlatego próżne jest oczekiwanie, że dyrektor ze sprzątaczką będą szli obok siebie w jednym pochodzie, a potem zagłosują na tego samego kandydata.

W tej sytuacji PO samodzielnie skazane jest na kolejną porażkę wyborczą. Nie jest ona w stanie stworzyć programu zaadresowanego jednocześnie do beneficjentów III RP, jak i tych, dla których okazała się ona macochą.
Stosując rozmaite wizerunkowe czary mary może znacznie elektorat powiększyć, ale jak trafić pod wiejskie i małomiasteczkowe adresy?
To nie słabości wizerunkowe, lecz anachroniczny, neoliberalny program prowadzi PO od klęski do klęski wyborczej.
Tu pojawia się ważna rola lewicy. Wpływ społeczny tej formacji ogranicza, przynajmniej częściowo, odium realnego socjalizmu, i zmasowany antykomunizm całego solidarnościowego obozu. Medialny malunek sprowadza PRL do stalinowskich represji i pustych półek sklepowych. Nie prześnione, lecz wymazane ze społecznej świadomości zostało wielkie osiągnięcie PRLu: przeniesienie chłopskich i robotniczych dzieci do miast, w których mogli znaleźć pracę w fabrykach, szanse edukacji, udziału w kulturze wysokiej.
Był to przełomowy etap procesu modernizacji polskiego społeczeństwa. W procesie tym rozpoczętym w latach 80. XIX w. „przenosimy się ze stanów do klas, ze wsi do miast, z zagród do zakładów, z chałup do mieszkań; z narodu szlacheckiego wyłania się naród demokratyczny, a z etnicznego – obywatelski”, stwierdza Andrzej Mencwel, który od lat wszechstronnie bada polskie zmagania z nowoczesnością. Ale i SLD nie ma czystego sumienia, przyłożyło rękę do neoliberalnych reform: uśmieciowienia pracy i redukcji podatku dochodowego (ustawy z 2003 r. o pracy tymczasowej, o liniowym podatku PIT, co zapoczątkowało przechodzenie menedżerów na samozatrudnienie).
SLD odrzuciło także przy wsparciu PO ustawę Samoobrony o podatku dla najbogatszych. Obecnie społecznym zapleczem lewicy są pracownicy budżetówki, młodzi prekariusze, często z wyższym wykształceniem, a także potencjalnie pracownicy montażowi, dawna wielkoprzemysłowa klasa robotnicza, teraz zawojowana przez Związek Zawodowy Solidarność. Dopiero skuteczne działanie na rzecz dowartościowania pracownika, warunków jego pracy i odpowiedniej płacy, by pozwoliło odzyskać głosy klas pracowniczych.
Tu lewicy potrzebny jest odwyk od pochwał liberalnego salonu „Warszawki”.
Praca w strefie specjalnej POLSKA
Podstawą bezpieczeństwa socjalnego większości jest odpowiednio wynagradzana praca. PiS wiele dokonał na tym polu. Wprowadził płacę minimalną (2800 zł brutto w przyszłym roku), stawkę godzinową (teraz 17 zł), stara się ukrócić prekarne zatrudnienie, lecz w dalszym ciągu traktuje cały kraj jako jedną wielką strefę specjalną dla biznesu.
Chwali się amerykańskimi gigantami zamierzającymi tworzyć w kraju kolejne centra tanich usług biznesowych. Uprawia charakterystyczny dla autorytaryzmów korporatywizm – dla jednych obniżenie podatków, np. jeśli przychody firmy nie przekraczają 50 mln zł, i zachowa zysk w kasie, nie płaci podatku dochodowego (tzw. estoński CIT).
Dla pracowników trochę wyższa płaca minimalna. Byle była zgoda między klasami, bo to psuje rodzinną harmonię i utrudnia rządzenie. Zacieranie konfliktu o podział nadwyżki jest źródłem największych potencjalnych rozbieżności między obu biegunami opozycji. Postulaty lewicy idą drogą sugerowaną przez wielu ekonomistów (M. Husson, H. Cleaver). Prowadzi ona do tego, by każdy wzrost produktywności gospodarki o 10 proc. prowadził do większej pensji o 5 proc. i spadku czasu pracy o 5 proc. .
W rezultacie nowy postulat lewicy skracania czasu pracy, najpierw do 35 godzin tygodniowo, ma szanse odbudować jej polityczną pozycję. Do tego dochodzi wprowadzenie umów zbiorowych i reprezentacja interesów załóg wobec zarządu firmy, jak to robi Związkowa Alternatywa pod kierownictwem Piotra Szumlewicza. Biznes natomiast mógłby otrzymać na wzór szwedzki łagodne warunki upadłości dla firm, by nie ograniczać ich innowacyjności, a zarazem odpowiednie zabezpieczenie dla ich pracowników.
Ten kompromis zapewnia szwedzkiej gospodarce, mimo wysokich podatków, nie tylko konkurencyjną gospodarkę, ale także pokój społeczny. Problemem dla lewicy jest także kurczenie się pod wpływem automatyzacji miejsc pracy, do których potrzebne są przeciętne umiejętności. Coraz więcej osób ze średnimi kwalifikacjami musi podejmować prace, do których by wystarczyły niższe.
Usługi publiczne i podatki. PiS dał gotówkę do ręki rodzinom z dziećmi i emerytom, lecz usługi zdrowotne, edukacyjne każe kupować w komercyjnym sektorze. Także jeśli chodzi o infrastrukturę transportową obiecuje „szprychowe” połączenie kolejowe z CPK, lecz nie potrafi połączyć transportu kolejowego z samochodowym (intermodalność), ani odbudować lokalnych połączeń kolejowych i autobusowych. Dlatego PO musi ostatecznie porzucić swoich nauczycieli – amerykańskich polityków i ekonomistów. Wdrożyli oni wspólnie katastrofalny dla świata model kapitalizmu, a teraz pogrążają w kryzysie własne społeczeństwo. Przez Bałtyk znacznie bliżej do celu.
Dlatego wzorem państw skandynawskich budowa sieci żłobków, przedszkoli, dofinansowanie systemu edukacji, słowem, wysoki poziom usług publicznych jest podstawą rzeczywistego państwa dobrobytu.
Krokiem we właściwym kierunku jest projekt dodatku do kobiecej emerytury za każde wychowane dziecko. Ta idea Małgorzaty Trzaskowskiej chociaż częściowo wynagradzałaby wysiłek pokoleń, które na swoich barkach dźwigało ciężar kryzysu schyłkowego PRL-u i neoliberalnej transformacji w III RP. Wysoka jakość usług publicznych wymaga korekty wydatków budżetowych oraz przebudowy systemu podatkowego, tym samym walki z populizmem antypodatkowym Polaków. Nadchodzi właściwy czas, by w debacie publicznej ukazać skutki gospodarcze i społeczne różnych rozwiązań podatkowych, także w perspektywie sprawiedliwości społecznej.
Ale na początek wystarczy korekta sytemu podatkowego: wprowadzenie III progu podatku dochodowego, utrudnienie korporacjom optymalizacji podatkowej, obniżanie VAT-u, zniesienie 19 proc. podatku liniowego dla samozatrudnionych menedżerów. Na kolejny etap trzeba przesunąć jeszcze bardziej drażliwą debatę nad podatkami majątkowymi czy spadkowym. Teraz jeszcze mogą dojść podatki od usług cyfrowych i transakcji finansowych, a także przemyślana polityka wobec transferu kapitału (3 proc. polskiego PKB powraca do macierzystych siedzib zagranicznych korporacji).
Państwo jako sternik dalszej modernizacji gospodarki
Sprawą dalszej dyskusji jest strategia prorozwojowa, by gospodarka narodowa przesuwała się ku coraz wyższym ogniwom w światowych łańcuchach produkcji i wartości dodanej. W tej perspektywie konieczna będzie strategia wpisywania polskich firm i uczelni w coraz bardziej nowoczesne fazy produkcji niemieckiego kompleksu przemysłowego. Niemieckie Cesarstwo Przemysłowe, przy wsparciu sąsiadów, jest jako jedyne konkurencyjne wobec azjatyckich rywali.
Nasza cywilizacja, choć nasycona technologiami przetwarzania informacji, wciąż przetwarza gigatony atomów, a sektor korporacji technologicznych wytwarza tylko 10 proc. PKB, i zatrudnia 5 proc. siły roboczej. Wciąż potrzebne są nasycone wiedzą przyrodniczo-techniczną wielkie maszyny i linie produkcyjne, w których specjalizuje się niemiecka gospodarka.
PiS nie jest do tego zdolny. Budzenie tradycyjnego lęku wobec sąsiada zza Odry nie uwzględnia jakościowej zmiany sytuacji, którą stanowi demokratyczna przemiana instytucji i mentalności niemieckiego społeczeństwa. Do dyskusji jest wielkość i rola sektora publicznego. Nie budzi natomiast dyskusji konieczność stworzenia przejrzystego nadzoru nad funkcjonowaniem publicznych spółek. Będzie to wymagało usunięcia patologii wynagradzania partyjnych działaczy członkostwem w radach nadzorczych („dojna zmiana”).
Polityka zagraniczna
W tej dziedzinie nie ma większych różnic. Idea przewodnia to powrót polskiej myśli geopolitycznej znad Dzikich Pól do Weimaru, powrót do ścisłej współpracy na rzecz dalsze integracji Wspólnoty Europejskiej.
Taka polityka prowadzi do preferencji dla aktywności w ramach NATO i europejskiego sojuszu obronnego. Dopiero w tych ramach powinny być osadzone inicjatywy w relacjach dwustronnych z USA, obecnie tak hołubione przez PiS ze szkodą dla polskiego budżetu i rodzimego przemysłu zbrojeniowego. Znów „cudza służebnica”. Nie ma powodów, by Polska w interesie rywalizacji rosyjsko-amerykańskiej stawała się państwem frontowym, tym bardziej, że bazy z bronią atomową znajdujące się w pobliżu granic przeciwnika stają się w razie konfliktu pierwszym celem ataku.
W przeciwieństwie do nieodległej przeszłości, Polska nie ma już z Rosją konfliktów granicznych. PiS lekceważy też działania na forum UE i organizacji wielostronnych dla korekty światowej gospodarki, przede wszystkim dla łagodzenia kryzysu klimatycznego dzięki transformacji energetycznej.
Pod rządami pana (prezesa), wójta i plebana?
Nadwiślańscy liberałowie (poza środowiskiem „Kultury Liberalnej”) w obawie przed propagandowymi ciosami konkurenta kultywują szczególnie złośliwą odmianę mieszanki ideologicznej. Hołubią wolność w sferze gospodarczej, a zarazem tkwią światopoglądowo w polskim kulturowym zaścianku.
Dziwny to liberalizm, który wypiera się dziedzictwa oświecenia, autonomii orzeczeń nauki o biologii człowieka, o antropoewolucji. Nie przyjmuje też do wiadomości, że „żyjemy na średniej wielkości planecie, okrążającej przeciętną gwiazdę, na skraju zwyczajnej galaktyki spiralnej, jednej z miliona galaktyk w obserwowalnej części wszechświata” – wedle słów Stephena Howkinga. Polska dusza nie może przekroczyć od czasu reformacji progu kruchty.
Wyraźny historyczny trop prowadzi do sojuszu, najpierw szlachty, później prawicy narodowej z Kościołem katolickim. Ten duopol buduje wspólną narrację, opartą na odpowiednio spreparowanej tożsamości wokół narodu rozumianego etnicznie. To tożsamość wielkiej rodziny, której przewodnikiem są hierarchowie narodowego Kościoła; chce on mieć ostanie słowo w rozstrzyganiu dylematów moralnych, jakby miał do tego demokratyczny mandat.
Bogoojczyźnianą narrację wzmacnia rodzina, teraz też szkoła która stała się miejscem prania młodych mózgów na temat najnowszej historii spod znaku IPN. W rezultacie młodzi odbiorcy informacyjnej sieczki utracili krytycyzm wobec propagandowych przekazów.
Dlatego obozowi rządzącemu łatwo przychodzi posługiwać się socjotechniką strachu – wcześniej przed komunistami, przed uchodźcami z Bliskiego Wschodu, obecnie przed ideologią LGBT, potworem genderem, seksualizacją dzieci, upadkiem tradycyjnej rodziny, jakby nie zagrażały jej bardziej przemoc domowa, alkoholizm czy pracoholizm rodziców. PiS wspólnie z Kościołem idą pod prąd przemianom mentalności i postaw życiowych, które przyniosła w wianie cywilizacja przemysłowa.
Wzrost dochodów zrodził konsumpcjonizm i hedonistyczny stosunek do życia. Fizyczny kres egzystencji staje się tylko kresem konsumpcji. Uwodzi ona komfortem materialnym, ofertą wolności i uznaniem wartości przeciętnej egzystencji.
Wielkie miasto ery industrializacji uwolniło jednostkę z gorsetu tradycji, jej biografię w coraz większym stopniu zaczynają kształtować własne preferencje i wartości, rośnie swoboda interpretacji religijnych nakazów – w sprawie antykoncepcji, aborcji, rozwodów czy homoseksualizmu. Na dodatek, znikły w skali masowej plagi, które dziesiątkowały dawne populacje, zniknęły tym samym trwoga i lęk. Specjalne instytucje przynoszą pomoc, asekurują w sytuacjach nadzwyczajnych klęsk jak obecnie pandemii. Codzienność kręci się wokół pracy i rodziny, a przed domokrążcą z dalekiego świata chroni Festung Europa.
Niepokój o przyszłość ma charakter praktyczny, dotyczy troski o najbliższe środowisko, czyste powietrze, klimat. Program minimum (maksimum byłoby wypowiedzenie nierównoprawnego konkordatu z państwem watykańskim) to powrót do rozważanego swego czasu przez PO dobrowolnego 1 proc. podatku od dochodów osobistych na rzecz organizacji religijnych.
Tym bardziej, że wówczas Kościół jako instytucja pożytku publicznego, dla wielu nawet najwyższego, by się wpisywał w demokratyczny ład. Decyzja wiernych staje się wtedy swoistym audytem poziomu posługi słowa i wzoru.
Skoro religia by się stała sprawą prywatną obywatela, należałoby zamiast nauki religii oddanej bez nadzoru Kościołowi wprowadzić, jak w innych państwach UE, religioznawstwo.
Młodzież bez świadectwa dojrzałości społecznej: janczarzy nacjonalizmu, rynkowe sępy, depresyjni konformiści
Milenialsi mogą, zastępując seniorów z ostatniej kampanii prezydenckiej, zdecydować o zwycięstwie wyborczym w 2023 r. Ich głosy się rozłożą stosownie do typów postaw, który demonstrują na ulicach, w mediach społecznościowych czy aktywności w różnych stowarzyszeniach.
W głowach części polskiej młodzieży odbija się echo indoktrynacji z ambony i z ławki szkolnej. To młodzież narodowa.
Jej idolami są Konfederaci z ich fundamentalizmem rynkowym z jednej strony, a z drugiej – prawica narodowa: ksenofobiczna, homofobiczna, skłonna do przemocy. Pracujący biedni mogą 11 listopada poczuć się bohaterami, niosą szturmówkę jako świadectwo poświęcenia dla wyższej sprawy – Ojczyzny bohaterów. Tutaj koalicja powinna stawiać na narodowym piedestale, zamiast żołnierzy wyklętych, bohaterów polskiej modernizacji (np. S. Staszica, D. Chłapowskiego, S. Szczepanowskiego), a także walczących o demokratyczne społeczeństwo (np. T. Kościuszkę, P. Ścigiennego, J. Dąbrowskiego, L. Waryńskiego, B. Limanowskiego).
Polska szkoła uczy też pilnie przedsiębiorczości. Tymczasem tylko dwóch, trzech spośród chętnych może być przedsiębiorcami. Przed resztą stoi w najlepszym razie kariera specjalisty – najemnego pracownika korporacji, w gorszym: pracownika budżetówki, sektora usług personalnych, montażysty.
Jednak 49 proc. młodych preferuje pracę na własny rachunek, a ich marzeniem jest własna firma, wynika z badań sondażowych. Bardami tej młodzieży stali się utrefieni na ekspertów radykalni politycy prawicowi, trybuni gospodarczej wolności  (J. Korwin-Mikke, K. Bosak, S. Mentzen). Ich ideałem stał się mały „miś”: właściciel biura rachunkowego, kantoru, internetowego kramiku, bądź wykonawcy teleinformatycznych usług dla biznesu.
Poglądy młodych urabiają także pracownicy pseudonaukowych think tanków (obecnie R. Gwiazdowski, T. Wóblewski). To do nich przemawia zasada, że zwycięzca bierze wszystko. Dlatego preferują egoistyczne strategie, odrzucają paternalizm państwa i wspólnoty, imponują im amerykańscy libertarianie, tak samo walczący z podatkami i opresyjnym państwem; bezpieczeństwo ma im zapewnić pistolet.
To z nimi stoczy się walka o poglądy i postawy, by adekwatnie oceniała współczesny kapitalizm jako zdominowany przez wielkie korporacje i jałowy konsumpcjonizm, a także by dojrzała zalety systemu repartycyjnego zabezpieczenia na starość, opartego na więzi pokoleń. Ta więź tworzy dopiero prawdziwą wspólnotę życia i pracy.
Partie opozycyjne powinny skoncentrować uwagę na tej młodzieży, która stara się zdobyć wysokie kwalifikacje, nie boi się zespołowej pracy i współdziałania, by rozwiązać różne problemy utrudniające życie. Chcą być ludźmi zasługi, na koncie mają to, co zrobili w życiu.
Dla niej liczą się dobre miejsca pracy, własne lokum, dobre relacje z innymi. Konkurenci PiSu mają przewagę cenną dla młodych, ponieważ oferują kolejne pozycje w katalogu wolności jednostki, po wolnościach obywatelskich i politycznych (równość płci, tożsamości seksualnej, związki partnerskie, otwarte społeczeństwo).
Bez tych zmian szerzej się otworzy dla rozczarowanego pokolenia droga do migracji, tym razem przed ostatecznym stłamszeniem. Jednak decydujące mogą się okazać większe szanse startu zawodowego i usamodzielnienia, które zapewnia mieszkanie na wynajem. Pod tym względem PiS odnotowuje same porażki.
Sentymenty, resentymenty, marketingowe sztuczki, ruchy pozorne prowadzą opozycję do kolejnej klęski wyborczej. Czas na tworzenie fundamentów pod V RP, łączącą wolność z uprawnieniami socjalnymi, na miejscu skansenu osobliwości dziejowych.

Projekt V RP

PiS w końcu kiedyś odda władzę. Jednak ustrój państwa będzie trzeba budować na nowo w oparciu o nowe struktury i nową umowę społeczna. Podstawą takiej umowy może być Konstytucja z 1997 roku ale nie tylko w jej treści ale również zgodnie z intencją jej autorów oraz społecznym konsensusie wyrażonym w referendum konstytucyjnym.

 

Konieczne będzie jednak stworzenie na nowo wielu instytucji publicznych a także opisanie zasad systemu społeczno-ekonomicznego. Nie może być ani powrotu to rzeczywistości tworzonej przez Platformę Obywatelską ani też kontynuacji „aksamitnej” dyktatury PiS.

V Rzeczypospolita trzeba budować od nowa choć może warto przypomnieć rozwiązania które funkcjonowały w Polsce po roku 1989 ale kolejne większości parlamentarne dążąc do jak najwyższej efektywności sprawowania władzy wprowadzały poprawki i coraz lepsze rozwiązania maja coraz lepszą efektywność a w konsekwencji ograniczające demokracje i wpływ obywateli na realne sprawowanie władzy politycznej.

Być może konieczna jest zmiana konstytucji tak by zakotwiczyć w niej instytucje państwowe na tyle silnie, by kolejne ulotne większości parlamentarne miały problem ze swobodnym w nich majstrowaniu. Może trzeba w konstytucji dokładniej opisać kompetencje i zasady działania Trybunału Konstytucyjnego, Prezydenta, Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji , Rzecznika Praw Obywatelskich NBP i Rady Polityki Pieniężnej.

Na pewno trzeba przygotować ustawy regulujące system ekonomiczny prawny i społeczny , przynajmniej w duchu opisanym w konstytucji. Powinny one określać sposoby realizacji zapisanych w praw obywatelskich, ekonomicznych i z społecznych. Trzeba będzie na nowo określić ustrój polityczny. Najważniejsze będzie jednak odbudowanie społecznego dialogu w którym różnice zdań będą wartością większą o pozornej zgody. Zamiast więc tak jak PiS , wcielać w życie pomysł PO na mieszaną ordynację, która ma utrwalić dominację dwóch bloków osadzonych głęboko w dwudziestowiecznych koncepcjach, nie przystających zupełnie ani do dzisiejszych ani do jutrzejszych problemów lepiej wrócić do proporcjonalnej ordynacji, która obowiązywała 1991 roku.

Odnowienie debaty politycznej jest niezbędne tak jak zdefiniowanie problemów.

Nikt nie interesuje się ani zapisami konstytucji w kwestii społecznej gospodarki rynkowej ani propozycjami ekonomistów, którzy wyraźnie wskazują, że neoliberalizm jest źródłem problemów gospodarczych a nie ich rozwiązaniem.

Nie wystarczą korekty systemu ani przypominanie rozwiązań z początku wieku.

Jeżeli nie wprowadzimy bardziej sprawiedliwego systemu podatkowego nie będzie możliwy ani szybki ani nawet jakikolwiek rozwój. Żadne z obietnic, którymi PiS epatował w kampanii wyborczej nie zostanie zrealizowana jeśli nie zostanie zmieniony system podatkowy. Dziś opiera się na obywatelach o najniższych dochodach. Jest degresywny, obciążenia podatkowe maleją ze wzrostem przychodów. Państwo nie osiąga przychodów pozwalających na realizację swoich zadań więc zawiesza ich realizację lub obniża ich poziom. To pogarsza sytuację obywateli w szczególności tych o dochodach poniżej średniej. Spada ich zaufanie do instytucji państwa i do samej demokracji. To samonapędzający mechanizm prowadzący do powstania flanelowej dyktatury.

Propozycje Nowoczesnej, PO czy KOD nie budują takiej alternatywy. Nie zagrożą ani rządom PiS ani nie zbudują nowego ładu. Brak demokratycznej alternatywy utrwala przekonanie, że nawet mało demokratyczny PiS może być lepszy niż oligarchiczne rządy neoliberałów. Tym bardziej, w kwestii ograniczani demokracji i budowy struktur inwigilujących obywateli obie grupy są zgodne Różnią ich trochę grupy obywateli, których prawa należy ograniczać w pierwszej kolejności…

O ile podstawą kompromisu grup opozycyjnych wobec Pis może i powinien być program przywrócenia litera a zwłaszcza ducha konstytucji to na naprawę państwa po PO-PiS-ie to nie wystarczy.
Potrzebny będzie program głębokiej zmiany politycznej społecznej i gospodarczej.

Politycznej w zakresie bardziej skutecznych gwarancji demokratycznych państwa , poszerzenia gwarancji praw obywatelskich, decentralizacji struktur zarządzania państwa i ich demokratyzacja.

W zakresie praw społecznych i ekonomicznych, poszerzenie ich katalogu oraz poszerzenie katalogu narzędzi ich realizacji oraz obowiązków wobec instytucji państwowych.

W zakresie systemu politycznego i partyjnego wprowadzenie w pełni proporcjonalnego systemu glosowania , odchodzenie od bezpośrednich wyborów jednoosobowych organów władzy, obniżenie lub nawet likwidacja progów wyborczych.

Nowej organizacji samorządu terytorialnego o znacznie większej autonomii budżetowej i decyzyjnej w ramach jego konstytucyjnych zadań.

A także co nie mniej istotne sformułowanie postulatów przebudowy europejskiego ładu w kierunku większej integracji z jednej strony, większej demokracji i skutecznej realizacji praw człowieka i obywatela zapisanych w europejskiej karcie społecznej.