Życie jak w Madrycie

Każdy wie, że Ciechocinek to polski Madryt. Bez dwóch zdań.

 

Leniwy, niedzielny i poobiedni Ciechocinek powoli budzi się do życia. Popołudnie to czas urządzania sobie wieczoru, ale też czas licznych tu koncertów i recitali. Starsi na ogół ludzie, przekonani o swojej utalentowanej wyjątkowości, ciągną w sezonie do Ciechocinka, jak do jakiej artystycznej Mekki. W każdym sanatorium ktoś daje jakieś przedstawienie. Śpiewacy, piosenkarze i konferansjerzy, soliści i instrumentaliści, ciągle jeszcze niezapoznani, zapełniają sanatoryjne hole i sale, a nawet ogrody i deptaki wokół fontann. Żaden repertuar im nie groźny, gotowi są rzucić wyzwanie każdemu. Pani, która bardziej skomplikowane dźwięki musi brać już co najmniej na dwa razy z oddechem pośrodku, mierzy się odważnie z piosenkami Edith Piaf niczym ułani z pancernymi zagonami Guderiana, starszy pan w typie „dziadka brat łaty”, z uwieszonym u szyi akordeonem, swobodnie staje obok legendy Kiepury, Pavarottiego, czy Carrerasa. Jest wszakże faktem, że jak ryknął, to żyrandol w zabytkowym sanatoryjnym holu zaczął się bujać… Śpiewają w Ciechocinku Tomowie Jonesowie, Lizy Minnelli, a już Zenków Martyniuków można wiązać w pęczki.
Pojawiają się jednak i artyści z większym dorobkiem. Ich niewątpliwy dryg do muzyki, silnie wsparty drygiem do interesów sprawiają, że ich sława jest autentyczna.
– Witajcie! Jakże miło znów być z Wami! Ale muszą Państwu przyznać się, że jestem tu, proszę Państwa, dzięki burmistrzowi Ciechocinka! Brawo!…
Odzywają się brawa. Brawka właściwie. Grzecznościowe klapu, klapu…
– Pan burmistrz udostępnił mi to miejsce na koncert dla Państwa za darmo, bez pieniędzy!…
Brawka wzmogły się, ale bez przesady. I szybko zgasły… Publika trochę jeszcze rozleniwiona obiadem, poobiednią drzemką, dopiero wchodzi na obroty.
Miejsce, w którym jesteśmy, to jeden z najbardziej popularnych adresów – słynna w całym sanatoryjno-emeryckim establishmencie, ciechocińska „Stodoła” w Parku Zdrojowym. Wszelako tej niedzieli w „Stodole” jest raczej cicho, gdyż vis a vis – w muszli koncertowej opodal, występuje artysta estradowy, piosenkarz o aksamitnym głosie, znany uzdrowiskowej publiczności w całej Polsce – pan Jacek Strzałkowski. Z Pułtuska, choć z Warszawy. To znaczy z Pułtuska rodem, a z Warszawy adresem. Publiczność obsiadła dwa sektory ławek parkowych ustawionych jedna obok drugiej w kilkudziesięciu ciasnych rzędach, w dwóch sektorach, rząd za rzędem. Całość pierścieniem otoczyli ci, dla których miejsc zabrakło.
Artysta się nie leni, śpiewa kawałek za kawałkiem. Publiczność – ta siedząca i ta na stojaka – z uczuciem, z łezką wzruszenia, podśpiewuje razem z nim szlagiery znane z radia typu „Kołchoźnik”, „Pionier”, czy „Szmaragd”. Pan Jacek zresztą innych nie śpiewa.
Nieco na uboczu, ale też nie tak całkiem z boku, stoją dwa małżeństwa – panowie oddelegowani do opieki nad dziećmi, panie rozmawiają. O innych paniach przede wszystkim, ale nie tylko:
– Słuchaj! Bym ci zapomniała powiedzieć – burmistrz mowę w kościele miał.
– Ewangelię czytał?
– Nie, o wyborach gadał. Ale nie pamiętam za bardzo, co. No ogólnie, że jest dobrze, ale jak nie on wygra, to będzie źle…
Tak oto panie całkiem przypadkiem, najzupełniej bezwiednie otworzyły przed nami na oścież świat powiatowej polityki. Pan burmistrz panu Jackowi za darmo udostępnił muszlę koncertową, a pan Jacek, podczas koncertu, za darmo pana burmistrza zebranej publiczności wyłożył na talerzu, do smacznego schrupania. Pana Jacka wszyscy tu uwielbiają, więc, jak on coś powie, to coś znaczy.
Artysta zresztą nie zasypuje gruszek w popiele i trzyma rękę na pulsie życia kraju. Doskonale wczuwa się w jego tętno i potrafi bezbłędnie się przystosować. A ponieważ akurat panuje moda narodowa bardzo, to jej się poddaje, a nawet twórczo ją wzbogaca. Na wahania, na dzielenie włosa na czworo, nie bardzo ma już czas. Rocznik 1953 było nie było. 65 lat i ciągle w trasie, ciągle na scenie – to nie w kij dmuchał. Trzeba brać, co los jeszcze daje… Dlatego, by wziąć, co się da, nie ma w nim nic przypadkowego, nic na żywioł.
Strój, repertuar, konferansjerka wszystko jest dobrze przemyślane i precyzyjnie wycelowane w odbiorcę, czy mówiąc wprost – w odbiorczynie. Jego publicznością są przede wszystkim kobiety. Zwykłe, codzienne. Gospodynie domowe, emerytowane księgowe, nauczycielki, panie „z kadr”, urzędniczki, panie z poczty, kasjerki, babcie wnukom, panie po różnych przejściach, którym w życiu raczej się nie przelewało. Zapracowane, zaniedbywane przez swych partnerów, mimo upływu lat i dawno minionej urody, ciągle tęskniące z czymś wielkim, romantycznym, wzniosłym. Za miłością mówiąc wprost, za uczuciem trawiącym ogniem ciało i duszę do spodu, do dna. Wiedzą, czują, że ona gdzieś jest, ta miłość, że się zdarza, tylko jeszcze im się nie przytrafiła. I każdego dnia, każdej nocy u boku swych mężów, lub w pustych już, wdowich łóżkach, o niej marzą. Nie tracą wiary, że w końcu przyjdzie. Że pewnego dnia znajdzie je jakiś odkrywca, który doceni te rozległe, rozedrgane powierzchnie, ogarnie je wzrokiem znawcy, dostrzeże bezmiar marnotrawionego dobra. One są jak lasy Amazonii – wciąż dziewicze, choć od lat eksploatowane.
Pan Jacek jest w ich wyobraźni takim właśnie odkrywcą, nieustraszonym traperem, dobrym aniołem sprawiającym, że marzenia przez chwilę, przez czas jego koncertu wydają się w zasięgu ręki. Piosenki o miłości, słowa o rozstaniu, o tęsknocie i wierności padają na żyzny, a jakże wygłodniały grunt ich dusz i serc. Przez te krótkie chwile pan Jacek jest tylko ich, tylko dla nich śpiewa. Każdej z osobna wyznaje miłość. Czarodziej, wielki mag, mistrz transcendencji przenoszący je w inny wymiar…
I on taki rzeczywiście jest! Czarny kapelusz, czarne okulary, czarny żakiet do pół uda, czarne spodnie, czarne buty. Tylko włosy jasno-blond, proste, długie, kończące się jakoś tak w połowie między szczęką a barkiem. Anielskie.
Uosabia zaklęty w sobie inny, lepszy świat. Dokładnie taki, na jaki one czekają całe życie. Styl, obycie, sztuka, pasja, poezja, muzyka – wszystko w jednym mężczyźnie o aksamitnym głosie…
Pan Jacek jest mistrzem w swoim fachu. Z benedyktyńską dokładnością i cierpliwością odtwarza nuty, tony, półcienie, by na końcu stać się na oczach oniemiałych z zachwytu pań idolem z czasów ich wczesnej młodości, sprawcą ich dziewczyńskich uniesień i marzeń. Te same zaśpiewy, łkania, cała sentymentalno-romantyczna zaduma. Nic od siebie wszystko od Janusza Gniatkowskiego.
– Proszę Państwa! Proszę Państwa! Jak mówiłem, pan burmistrz – chwała mu za to – udostępnił mi ten amfiteatr za darmo, bez pieniędzy, żebyśmy tylko mogli się spotkać. Jak Państwo dobrze wiedzą, nie jest łatwo być artystą bez pieniędzy. A jeszcze trudniej być artystą śpiewającym polskie piosenki i promującym polską muzykę. A ja – powiem Państwu – śpiewam tylko polskie piosenki i tylko dla Polaków!…
Brawa, tym razem silne, aprobujące, solidarne, polskie zgoła, były mu odpowiedzią: – Dla nas śpiewasz. To my. Polacy! Wiemy, o co się rozchodzi, wiemy… Brawo!
Nić patriotycznego porozumienia nawiązana przy pomocy klaszczących dłoni prawie natychmiast wystawiona jest jednak na próbę:
– Jeśli więc chcą Państwo mieć mnie na zawsze, mieć w domu artystę śpiewającego dobre, polskie przeboje, to zapraszam do pani Heni, tu obok. Tam, za pięćdziesiąt złotych, można nabyć album z moimi nagraniami. 120 piosenek na ośmiu płytach. Zapraszam!
Ponowne brawa. Prawdę powiedziawszy – odgłosy brawko podobne. Na dodatek przetykane tu i ówdzie gwizdami.
Pan Jacek niezrażony ani odrobinę ciągnął:
– Jak kupicie, będę śpiewał dalej, będę nagrywał nowe płyty. Tak długo, jak Bóg pozwoli.
Na wieść o Bogu gwizdy ucichły. Artysta wrócił więc do śpiewania. Po całym parku rozlały się dobrze znane dźwięki „Appassionaty”… Ale nie Sonaty fortepianowej nr 23 f-moll op. 57 Ludwiga van Beethovena, znanej jako „Appassionata”, tylko piosenki Hala Winna, amerykańskiego kompozytora i producenta muzycznego. Jego melodię podchwyciła pani Anna Jakowska, polska autorka tekstów, której nazwa Sonaty Beethovena – „Appassionata” (czyli z pasją, namiętnie) jakże trafnie wydała się dobrym tworzywem na tytuł i szlagwort. Tak oto z muzyki Amerykanina, z nazwy nadanej niemieckiej sonacie i z polskiego pomysłu zlepienia tego w całość przy pomocy tekstu, powstała ta „znana polska piosenka” – szlagier w kolekcji szlagierów Janusza Gniatkowskiego, jedna z tych piosenek, które pan Jacek Szydłowski wykonuje tylko dla Polaków:

Appassionata, wspomnienie dawnych dni,
Appassionata, melodia szczęścia chwil.
Dla ciebie grałem, gdy byłaś blisko mnie,
Swą wielką miłość
chciałem ci wyznać w niej.

Inną, powszechnie znaną, ciągle pamiętaną i lubianą przez publiczność „polską piosenką”, w których specjalizuje się pan Jacek, jest słynny meksykański utwór skomponowany przez Consuelo Velázqueza w 1940 roku, „Bésame mucho”, co znaczy „całuj mnie mocno”.
Z 1940 roku pochodzi także nie mniej sławna, napisana w Białymstoku, podczas gry w pokera, przez Jerzego Petersburskiego (muzyka) i Stanisława Laudana (tekst) „Błękitna chusteczka”… Czy jednak słusznie uchodzi ona za „polską”, skoro okoliczności jej narodzin są tak narodowościowo wątpliwe? Po pierwsze w 1940 roku Białystok był już pod sowiecką okupacją. Prawdziwi Polacy, należałoby się spodziewać, powinni być w lasach, a nie grać w pokera i melodyjki układać. Na dodatek ta piosenka – jak wspomina Laudan – jeszcze tej samej nocy została przetłumaczona na rosyjski. Tłumaczenie odbywało się zbiorowo. Tłumaczyli Henryk Gold, Petersburski, Laudan oraz, za przeproszeniem, Quart – szef Związku Muzyków w Białymstoku. Właściwie z marszu „Chusteczka” stała się jednym z największych przebojów Armii Czerwonej… No i co? „Polska” piosenka?
To niestety nie koniec. Oto, pod patriotycznym pretekstem artysta podtrzymuje przy życiu nawet takie coś:

Tam za górą jest granica,
Przy granicy jest strażnica,
A w strażnicy do swej lubej
Żołnierz pisał list…

Niby ładne, niby chwytające za serce, ale przecież napisane w 1950 roku! W samym środku stalinowskiej nocy. I to ma być utwór „tylko dla Polaków”?… Tego powinno się zakazać, to powinno się usuwać, jak ruskie pomniki!… Śpią w tym IPN-ie, czy do Ciechocinka nie jeżdżą?…
Wracając natknąłem się na jeszcze jednego muzyka. Śpiewał na ulicy. Miał głośnik, elektroniczne organy i miły uśmiech…

Gdzieś w hotelowym korytarzu krótka chwila
Splecione ręce gdzieś na plaży, oczu błysk,
Wysłany w biegu krótki list,
Stokrotka śniegu, dobra myśl
To wciąż za mało, moje serce, żeby żyć…

Przebój kogoś tak delikatnego jak Seweryn Krajewski, do tekstu kogoś tak lirycznego jak Agnieszka Osiecka, wykonywał człowiek-góra… Potężnie rozrośnięty w barach, wielki, z łapami do obsługi jakiejś maszyny budowlanej, a nie instrumentu klawiszowego. Raczej zbrojarz-betoniarz niż muzyk. A jednak śpiewał. Tak sobie, ale z wdziękiem.
Oparte o głośnik, napisane na kawałku kartonu, kopało po kostkach przechodniów jego artystyczne credo: „Zarabiam na życie jak w Madrycie”!

Sezon na klątwy i pytony

W Słupsku PiS rzuciło klątwę na „Klątwę”, która w tamtejszym teatrze ma być gościnnie pokazana pod koniec września. Żądają odwołania przedstawienia i podobno zebrali już tysiąc podpisów pod petycją.

 

Zakładam, że jeśli warszawski Teatr Powszechny w Warszawie powędruje z „Klątwą” Oliviera Frljicia – a powinien – po województwach, to będziemy świadkami 16 pisowskich klątw na „Klątwę”. Że też mnie nie przyszło nigdy dotąd do mózgownicy, żeby zebrać podpisy pod petycją z żądaniem odwołania ulicznych procesji Bożego Ciała. One cholernie obrażają moje uczucia niereligijne i drażnią mnie jak jasna cholera. Może odpowiedzieć PiS-owi pięknym za nadobne i podobnie potraktować ich uroszczenia?

 

PiS w teatrze czyli lis w kurniku

Tym razem – dokładnie mówiąc – w Instytucie Teatralnym im. Zbigniewa Raszewskiego. Wicepremier Gliński przymierza się do rozpisania konkursu na stanowisko dyrektora, choć kierująca obecnie IT Dorota Buchwald cieszy się uznaniem środowisk teatralnych, nikt jej niczego nie zarzuca ani nie kończy się żadna kadencja. List protestacyjny podpisało ponad tysiąc ludzi teatru, ale tak naprawdę po raz ostatni listem protestacyjnym artystów, konkretnie pisarzy, przejął się w 1964 roku Władysław Gomułka. Może profesor Gliński ukłuje obecną dyrektorkę szpilką? A poza tym, PiS nie powinno pchać swoich brudnych łap do teatru.

 

„Jaka to melodia?” „Żeby Polska była Polską”

„Dobra zmiana” dotarła do studia Roberta Janowskiego. Szła powoli, ale doszła. Ktoś musiał rzucić na niego klątwę, bo wróciła sprawą zmiany formuły programu „Jaka to melodia?”. Nie gustuję w tej audycji, bo jest moim zdaniem jest badziewiasta, ale pomysł by do popowych tematów muzycznych eksploatowanych przez prowadzącego dodać piosenki patriotyczne, w tym „wyklętych”, był jak żywcem wzięty z Barei. Janowski poprzednio obstał przy swoim, formuła pozostała po staremu, ale ktoś wyraźnie napiera na przeforsowanie „dobrej zmiany”. Wygląda to na samego Kurskiego, bo w sprawie ostatecznie nie tak w końcu strategicznej raczej mu się nikt do menu nie wtrąca, a na pewno nie Prezes. Jeśli się i tym razem Janowski nie ugnie, to tym razem ryzyko odebrania mu audycji jest większe. Podobno miałby ja przejąć po nim Jan Pietrzak. Wtedy w każdej audycji odgadywany będzie jakiś fragment „Żeby Polska była Polską”, a do tego dojdą brodate antykomunistyczne dowcipy pana Jana o partyjnych kacykach powiatowych z lat 50-tych.

 

Czy wojsko polskie obroni Westerplatte?

Tym razem „dobra zmiana” sama została zaskoczona dobrą zmianą. Na ogół wilk niesie, ale zdarza się, że czasem poniosą i wilka, gdy refleks zawodzi. Prezydent Gdańska Paweł Adamowicz, pomny tego, jak rok temu, 1 września na Westerplatte PiS ukradł mu imprezę, tym razem postanowił uprzedzić wydarzenie i zrezygnował, jako organizator, z reprezentacji Wojska Polskiego. Błaszczak z oburzenia aż zaskowyczał i zażądał zmiany decyzji. Tak jakby Adamowicz ukłuł jego figurkę szpilką. W odpowiedzi, Adamowicz oświadczył, że on, owszem, wojsko polskie zaprasza, ale tylko w roli gości na widowni. Honory domu będą więc pełnić harcerze, rok temu wykolegowani przez wojskowych na cacy, a właściwie przez pewną panią bodaj od Macierewicza, mistrzynię tej ceremonii rozpoczynanej o nieludzkiej porze 4.45. Tak czy inaczej, na półwyspie Westerplatte najwyraźniej ciąży klątwa od 1 września 1939. To tam sanacyjne wojsko Rydza po raz pierwszy wzięło manto od Niemiachów. Czy warto więc aż tak drzeć koty o ten pechowy skrawek ziemi?

 

Czarownice, wiedźmy i czarochy

Niedawno pisiorkowie oburzali się na Marię Nurowską, że przekłuwała szpilkami, w czarnoksięskim czy czarowniczym akcie, woskową figurkę Stanisława Piotrowicza, żeby go szlag trafił. Bez szpilek, ale jak czarownica postępuje Jadwiga Staniszkis w stosunku do Kaczora i jego Adriana. Po tym pierwszym, którego „Matka „Solidarności” rani regularnie, z wprawą sadystycznej pielęgniarki z horroru, zajęła się tym drugim. Dla niej Duda Andrzej, to jegomość „o błyszczących policzkach, bardzo z siebie zadowolony”. Duda to dla niej „karykatura prezydenta, aktor który gra prezydenta”. „Duda jest irytujący dla ludzi ceniących mocne kręgosłupy, nawet dla tych łamiących kręgosłupy innym” – dodaje Staniszkis. Przy Czarownicy Jadwidze, czarownica Maria ze swoimi szpilkami i woskową figurką, to prowincjonalna czaroszka, jak świętokrzyski Boruta przy Belzebubie, Władcy Wczechciemności. I z „Niezłomnego” została kupka nieszczęścia.

 

Koncert życzeń

W „New York Times” ukazał się artykuł, którego treścią były czarne spekulacje co do stanu zdrowia Najwyższego Prezesa. Jest tam między innymi wypowiedź politologa z Warszawy, dr Olgierda Anusewicza, który twierdzi, że ów stan jest bardzo zły i że „partia rządząca ukrywa prawdę bardziej niż ZSRR prawdę o stanie zdrowia Breżniewa”. Artykuł przywołał portal „Do Rzeczy”, na co ochoczo zareagowali jego czytelnicy. To co poniżej, to nie są bynajmniej wyłuskane wypowiedzi mniejszości. Podobny ton ma zdecydowana większość wypowiedzi. A oto niektóre z nich:
„PiS skończy na dnie bez Kaczyńskiego, tak jak wszystkie wodzowskie partie kończą. Przykład macie z PO, bez Tuska nie są w stanie zrobić niczego, ciągle przepychają się między sobą. A w PiS jest więcej chętnych do przejęcia władzy. To jedyne pocieszenie, że ta socjalistyczna rewolucja zaraz się skończy”.
„Dlaczego Jarosław Kaczyński trzyma w szafie truchło zdechłego w zeszłym roku kota?”
„Bez Kaczyńskiego to się rozsypie jak domek z kart. Żaden z wymienionych nie ma charyzmy. Imperium Hunów nie ma racji bytu bez Attyli”.
„Stasiek Bareja”: „O, oczko mu się odkleiło, temu pisiu”.
Gosposia: „Prezes umiera na naszych oczach. Nie pozostawił po sobie dzieci, żony, brata czy matki. Nigdy nie poznał ojca. Jego bratanica okazała się naiwną lafiryndą obracaną przez pechowych agentów obcych służb i płodzącą kolejne bękarty. Prezesowi trudno utrzymać koncentrację, logikę wypowiedzi czy jasność myśli. Przebąkuje tylko coś czasem do swojego kota: „To moja wina, moja. Nie musiałem go zabijać”. Życzę mu jak najszybszego spotkania z braciszkiem”.

 

„Alleluja”

„Ćwir, ćwir”: „My tu gadu gadu, a tam Błaszczak z Dudą rozmowy prowadzą, pociski w magazynach liczą”.
„Oby Jarosław K. doczekał procesu za zniszczenie Polski”
„PO-Bożny”: „Największy drań i szkodnik w dziejach Polski od upadku komuny od 1989 roku. Od 1989 roku pcha kij w szprychy, intryguję, mąci, uwstecznia, skłóca, szkodzi, niszczy. Niech zatem Pan dokończy dzieła, które rozpoczął na chrzcie świętym”.
„Kleryk”: „Prezes umiera na naszych oczach, jest coraz słabszy, ledwo może mówić. Każda najprostsza decyzja wymaga od niego niezwykłego wysiłku, do czego nie jest przyzwyczajony, wszystko zawsze otrzymywał od mamy na talerzu. Męczą go też koszmary. Nie rozstaje się ze swoim pistoletem, który dostał od SB w 1987 roku. Zalała go jego własna żółć”
„Godbye Coordoopel”: „Nie jest ważne, czy umrze za dzień, miesiąc czy kwartał. Kiedykolwiek to nastąpi, na drugi dzień PiS nie będzie. Rozerwą go wojny pretendentów. Tak sobie to zbudował, że wszystko wisi na nim i od tego padnie. Zatem, oby jak najszybciej. Modlę się o to każdego dnia”
„Niecierpliwy”: Oby jak najszybciej”.
„Im szybciej go nie będzie, tym lepiej dla Polski. Skończy się ten polski cyrk i może Polski nie wyrzucą z UE. Cały świat ma dosyć polskiego chamstwa”.
„Świadek historii”: „Znaczy się, tow. Jarosław jak Lonia Breżniew. Nadal przewodniczy obradom KCPiS, nie odzyskując przytomności. A co będzie jak USA wstrzymają dostawę części zamiennych?”
„Zniesmaczony”: „Wkrótce będzie się działo!!! Jasnowidz Jackowski przewidział gorący wrzesień. Oj, będzie się działo”
„Vox populi”: „To nie jest ścisła informacja, że z ch… na kaczych nogach nie jest dobrze. Z nim jest bardzo niedobrze. Oby jak najgorzej”.
„Horacy”: „Amerykanie wiedzą co piszą, maja dobry wywiad. Czołowi działacze PiS, pazerni na władzę i pieniądze niedługo skoczą sobie do gardeł”.
„Domowa pomoc” (treść usunięta)
Przypomina mi się oglądany w młodości francuski film kryminalny pod tytułem „Niech bestia zdycha” Claude Chabrola.
Niedawno pochowano na Powązkach powstańca warszawskiego, generała Zbigniewa Ścibora-Rylskiego, ps. „Motyl”. Pisowska tłuszcza tym razem nie wyła, bo „Motyl” nie przemawiał, lecz milczał sproszkowany w urnie. Z tego samego powodu „Wiadomości” Holeckiej-Adamczyka-Ziemca nie lustrowały go i jakby nigdy nic unosiły się nad jego cnotami, choć pogrzebu nie zaszczycili ani Duda ani Morawiecki, ani nawet szef MON, choć generała chowali.

 

Powrót starego pytona?

Potwierdza się sygnalizowany przeze mnie charakter afery wokół odsunięcia prezesa Polskiego Radia Jacka Sobali. To wojna „sakiewiczowszczyny” (Kluby „Gazety Polskiej”) z „kurszczyzną”, która reprezentuje jakoby bardziej „liberalną” część elektoratu PiS, zblatowaną z cyniczną „karnowszczyzną”. Coś jest na rzeczy, bo te orgie libertyńskiej swobody obyczajowej, jakie odbywają się w „Pytaniu na śniadanie” (Dwójka TVP), z tym gadaniem jak gdyby nigdy nic o „partnerach życiowych” (niesakramentalnych!!!), z tym iście francuskim hedonizmem kulinarnym, z tym brakiem odwołań do Boga i patriotyzmu, muszą „sakiewiczowszczyznę” drażnić, choć przede wszystkim drażni ją brak jawnego, formalnego dostępu do TVP. No i ten ten niesakramentalny ślub cywilny rozwodnika Kurskiego (Jacka) pobłogosławiony obecnością przez Karnowskich (biznes is biznes) oraz wicemarszałków Sejmu, Beatę Mazurek i Ryszarda Terleckiego, (podobno kolejną niesakramentalną parę w PiS, jak donosi jeden z tabloidów). Jaki „Kura” daje przykład? „Sakiewszczyzna” by to zniosła, bo i sam Sakiewicz nie jest bez grzechu, gdyby ją dopuszczono do telewizyjnego tortu na stole. A tu nie dość że nie, to jeszcze jej wyrywają państwowe radio. Sakiewicz otwartym tekstem i publicznie zadeklarował, że nie daruje ludziom, którzy „wkradli się w szeregi dobrej zmiany”, żeby szkodzić jemu i jego Klubom „Gazety Polskiej”. Zagroził, że będzie ich ścigał. W tej sytuacji bardziej czytelny staje się sens dwóch faktów. Po pierwsze, MSZ popiera projekt Ordo Iuris mający zastąpić wrażą, „genderową” konwencję antyprzemocową. Po drugie, zasygnalizowano możliwość powrotu do gry „starego pytona”, idola „Klubów „Gazety Polskiej” czyli Antoniego Macierewicza. Ma on podobno robić jakiś audyt w MON czyli grzebać tam Błaszczakowi po szufladach. Oba te fakty wyglądają na próbę udobruchania radykalnych, wpływowych klubów „sakiewiczowszczyzny”, na której utratę nie może sobie przecież Prezes pozwolić.

 

„Kler” zbliża się czyli worek, korek i rozporek

Z braku parlamentarzystów po Warszawie i po kraju snują się pytony. Jednak niedługo już tego dobrego. Parlamentarzyści wrócą na Wiejską, a inauguracja nowego, wyborczego sezonu politycznego zbiegnie się z premierą filmu Wojciecha Smarzowskiego „Kler”, w którym polskie duchowieństwo katolickie, od skromnego księżula na wsi do biskupa-flaszki w wykonaniu dawnego Janka Kosa, jawi się jako ruja, poróbstwo, chciwość, sodoma, gomora i ścierwo ostatnie. Słowem, worek, korek i rozporek. Jak powiedział pewien uczeń referując treść „Monachomachii” biskupa Ignacego Krasickiego: „Obżarstwo duchowieństwo opanowało”. Oj, będzie się działo.

Citius, altius, fortius

Przed udaniem się na plażę zaopatruję się w zestaw gazet, bo jakoś te kilka godzin trzeba przeżyć. Czy jest „Trybuna”? Pytam, bez nadziei na pozytywną odpowiedź, w kiosku.

 

Oczywiście, odpowiada pani. Czy jest „Gazeta Polska” – ta zawsze musi być, odpowiadam sobie w myśli. W moim kiosku we Wrocławiu starsze panie kupują ją, bo ksiądz tak nakazuje. Niestety zabrakło „Polityki”. ….Dostałam tylko jeden egzemplarz i już zszedł…. W poszukiwaniu „Polityki” udałem się na główną promenadę nadmorską w Ustce. Tam ją znalazłem. Na blacie leżały wszystkie dzienniki krajowe, a nie ma ich za wiele. Wśród nich także „Trybuna”. Leżała sobie skromnie obok „Gazety Polskiej”. Dobrze że są to tylko papierowe nośniki informacji, bo gdyby myślały to wojna w kiosku byłaby gotowa. „Trybuna” skromna, szczupła. Wiadomo, na opozycyjnej diecie. „Gazeta Polska” ociekająca tłustymi reklamami spółek skarbu państwa. Tak oto odbywa się wyprowadzanie pieniędzy z naszej kieszeni i zasilanie gazet tworzących front ideologiczny prawicy. Pamiętam że kiedy lewica była u władzy Trybuna także nie była rozpieszczana reklamami. Reklamowanie się w lewicowej gazecie uchodziło za obciach. Lewicowa władza wstydziła się lewicy.
Niestety na rynku gazetowym po lewej stronie nadal jest źle. Kiedy pytam znajomych, czy czytają „Trybunę” lub „Przegląd”, powiadają, że nie można ich kupić. Jest to bzdura. Kupić można, tylko się nie chce. Na lewicy panowało i nadal panuje intelektualne lenistwo. Widać to po marnej sprzedaży lewicowych czasopism. Kupowanie lewicowej prasy to także finansowy wkład w budowanie prasowego rynku po lewej stronie. Widać, że skromne poparcie dla lewicy koresponduje z marnym zainteresowaniem w zakupie lewicowej prasy. Obserwuję wielu znajomych i zagaduję na temat czytelnictwa. Oj niedobrze, niedobrze się dzieje na lewicy. Nie czytają prasy ci, którzy naprawdę powinni. Nic dziwnego, że prawica lepiej jest przygotowana do debat, do poszukiwania nowych idei, do zwyczajnego atakowania lewicy. A co na to lewica? Często nie za bardzo wie, co odpowiedzieć. Dała się zagonić do kąta, nie uczy się, nie czyta, nie pisze, a myśli, że posiadła wrodzoną mądrość.
W polityce jest tak jak w sporcie, Nie trenujesz, tracisz kondycję i umiejętności, spadasz do niższej ligi i w końcu odpadasz z rywalizacji. Dlatego szanowna Lewico trenuj. Czytaj, pisz, kupuj gazety, dyskutuj, poszukuj nowych rozwiązań. Czekanie na Mesjasza lewicy to strata czasu. Wykonywanie mechanicznych ruchów, budowanie struktur bez klarownej idei i wiedzy skazane jest co najwyżej na wegetację.

Pracownik w telefonie

Dziś, gdy przedsiębiorcy coraz częściej szukają ludzi do pracy, w cenie jest każdy sposób, który może jednych i drugich zetknąć ze sobą.

 

Wakacje to zawsze tradycyjny okres wzmożonego zapotrzebowania na pracowników tymczasowych – a równocześnie, świetny czas dla osób chcących dodatkowo zarobić.
Według wiosennych badań firmy Randstad dotyczących planów pracodawców, 15 proc. przedsiębiorców w Polsce zamierzało zatrudnić dodatkowe osoby do pracy w okresie wakacyjnym. Większość z nich (58 proc.) chce sprawnie obsłużyć letni szczyt usługowy i produkcyjny (występujący zwłaszcza w branży budowlanej).

 

Można przebierać

Otwierane w wakacje bary czy lodziarnie, prace polowe, budowanie domów, które należy ukończyć w stanie surowym przed sezonem jesiennych deszczów i niskich temperatur – przykłady popytu na prace sezonowe można mnożyć. Spora część pracodawców (26 proc.) musi też w swoich firmach po prostu znaleźć zastępstwo dla urlopowiczów.
Jednakże przy stopie bezrobocia wynoszącej 5,9 proc. wakacje mogą być prawdziwą zmorą dla
firm, które dużą część swoich zysków generują właśnie w letnim okresie.
Chętnych do pracy tymczasowej jest bowiem coraz mniej. Według analiz, już w I kwartale 2018 r. agencje pracy tymczasowej zatrudniły o 11 proc. mniej pracowników, niż w tym samym okresie poprzedniego roku.
Najprawdopodobniej w wakacje ten regres będzie jeszcze większy, bo Polacy coraz chętniej przeznaczają miesiące letnie na wypoczynek. A potrzeby kadrowe przedsiębiorców rosną, gdyż według raportu Ministerstwa Rodziny Pracy i Polityki Społecznej, liczba pracodawców chętnych na skorzystanie z pracowników tymczasowych wzrosła w zeszłym roku o ponad 20 proc.
O ile w tym roku? Nie wiadomo – ale wszystko wskazuje na to, iż zapotrzebowanie na pracę pracowników tymczasowych zwiększyło się jeszcze bardziej.
Pracownicy mogą przebierać dziś w ofertach pracy, szukanie pracownika tylko na „chwilę” może być więc trudne. Jednak na rynku zawsze znajdzie się miejsce dla tych osób, które nie szukają stałego zatrudnienia, a chcą jedynie dorobić lub połączyć przyjemne z pożytecznym i wyjechać w ciekawe miejsce utrzymując się z pracy tymczasowej – mówi ekspert Piotr Nejman.

 

Żeby nie za daleko

Sytuacja zmienia się obecnie o tyle, że już nie tylko różne agencje pracy tymczasowej czy Ochotniczne Hufce Pracy pozwalają na znalezienie pracowników w wakacje. Naprzeciw oczekiwaniom pracodawców wychodzi technologia.
Okazuje się, że pracownika na lato można dziś znaleźć za pomocą aplikacji mobilnej w telefonie. A i potencjalny pracownik, który nie ma ochoty wertować setek ogłoszeń w prasie czy internecie, może skorzystać z takiego rozwiązania, aby możliwie szybko wyszukać interesujące go zajęcie z godziwą płacą.
Sezonowa praca wakacyjna bardzo często łączy się z wyjazdami. Niekoniecznie zagranicznymi, ale również z krótkoterminową zmianą miejsca pobytu w obrębie województwa czy kraju. To, gdzie będziemy pracować, ma niejednokrotnie kluczowe znaczenie, być może istotniejsze niż same obowiązki.
Oczywiste jest, że miejsce pracy – czy to wakacyjnej, czy stałej – może zadecydować o przyjęciu lub odrzuceniu oferty zatrudnienia. W większych miastach na dojazdy przeznaczamy nawet 40 godz. miesięcznie.
Dlatego też, idea dopasowania propozycji pracodawcy do wymagań pracownika nabiera coraz większego znaczenia. Może na to pozwolić nowa aplikacja, nazwana Praca za Rogiem. Stanowi ona próbę połączenia oczekiwań pracodawców i pracowników (czyli znalezienia chętnego pracownika, bądź atrakcyjnej posady wakacyjnej). Korzysta ona z geolokalizacji, a swoim działaniem przypomina nieco… radar.
Użytkownik aplikacji (potencjalny pracownik czy przedsiębiorca) określa promień, w jakim, licząc np. od swojego miesca zamieszkania, chciałby znaleźć informacje o poszukiwanych pracownikach czy ofertach pracy i żądanych zarobkach.
Aplikacja, zainstalowana w smartfonie, podpowie im, gdzie można najbliżej wyszukać osoby skłonne do podjęcia zatrudnienia, a także potencjalne stanowiska i pracodawców, informując również o zarobkach. Aplikacja może się też przydać tym firmom dla których szybkość znalezienia kandydata odgrywa dużą rolę. Kontakt pomiędzy pracownikiem, a pracodawcą jest przy jej użyciu szybki i uproszczony.
Wydawać by się mogło, że taka aplikacja to zbędna fanaberia i mało przydatny gadżet informatyczny. A jednak, dotychczas skorzystało już z niej prawie 400 tys. osób w naszym kraju. Za pomocą smartfona załatwiamy coraz więcej spraw – a więc i skuteczne znalezienie pracownika czy dobrej pracy, także może się odbywać za pomocą klikania w jego klawiaturę.

A jeśli nawet trochę pada

Hotelarze i restauratorzy oczekują, że jeszcze wzrośnie liczba Polaków, którzy zostawią u nich swoje pieniądze, uzyskane z programu Rodzina 500 plus.

 

Wakacje rozpoczęły się na dobre, a przedstawiciele sektora usług hotelarskich i gastronomicznych witają sezon w doskonałych nastrojach – najlepszych od początku 2015 roku.
Odczyt „Barometru EFL” – czyli syntetycznego wskaźnika informującego o skłonności małych i średnich firm do wzrostu i rozwoju, publikowanego przez Europejski Fundusz Leasingowy – dla tej grupy przedsiębiorstw w II kwartale br. wyniósł bowiem 65,1 pkt. To najwyższy wynik, jaki kiedykolwiek zanotowano.
Na wielkość wskazań tego barometru wpływa ekspansja na nowe rynki, maksymalizacja zysków oraz inwestycje w środki trwałe. W badaniu wzięła udział reprezentatywna grupa 600 mikro, małych i średnich firm z całej Polski. Aktualna edycja badania odbyła się w kwietniu 2018 r

 

Czekanie na klientów

O tym, że restauratorzy i hotelarze spodziewają się gorącego sezonu wakacyjnego, świadczą też prognozy sprzedaży. Aż 55 proc. zarządzających pensjonatami, campingami, hotelami i wszelkimi knajpami liczy na wzrost zamówień, więcej klientów i wyższe obłożenie. Tylko co jedenasta z tych firm oczekuje spadku sprzedaży
Teraz właśnie zaczynają się największe obroty tej branży – i są symptomy, iż po rekordowych latach 2016-2017, tegoroczny sezon zakończy się jeszcze większym sukcesem.
– Jak wynika z raportu BIG InfoMonitor oraz BIK o sytuacji na rynku hotelowym, liczba gości obiektów hotelowych w tym roku może zbliżyć się do niemal 26 mln – podczas gdy w 2017 roku wyniosła nieco nad 24 mln. Ręce zacierają również restauratorzy, gdyż zwiększony ruch turystyczny oznacza więcej odwiedzających prowadzone przez nich resturacje i kawiarnie – mówi Radosław Kuczyński, prezes EFL.
Za planowanym wzrostem sprzedaży idzie prognozowana poprawa płynności finansowej firm działających w branży gastronomiczno-hotelarskiej. 4 na 10 przedsiębiorców spodziewa się poprawy w tym obszarze. Jest to związane ze specyfiką branży, w której obowiązują krótkie terminy płatności za usługi.

 

500 plus dla restauratorów

Skąd tak optymistyczne prognozy restauratorów i hotelarzy? Jak ocenia prezes EFL, coraz więcej Polaków zamiast wyjeżdżać do popularnych w ostatniej dekadzie krajów i takich jak Tunezja, Egipt, czy Turcja, decyduje się na wakacje w kraju.
Poza tym, sektor hotelarsko-gastronomiczny jest jednym z największych beneficjentów rządowego programu Rodzina 500+. Wzrost realnego dochodu gospodarstw domowych powoduje, że nie tylko rośnie codzienna konsumpcja prywatna. Z racji tego, że kwoty te z reguły nie są przeznaczane na oszczędności, spora część wydatków w ramach programu 500 plus trafia właśnie do kieszeni przedsiębiorców z branży noclegowej i gastronomicznej. Zrozumiałe więc, że są oni gorącymi orędownikami rozszerzenia tej formy wsparcia dla rodzin uboższych i wielodzietnych.
Warto zauważyć, że na dochody firm z sektora spędzania wolnego czasu nie wpływa bynajmniej zła pogoda. Czy pada, czy nie, jeśli ktoś dostaje urlop i stać go na wyjazd, to wyjeżdża.
A gdy leje deszcz, to obroty są nawet większe, bo turyści, zamiast robić dalekie spacery i pławić się w wodzie, chętniej siedzą w restauracjach i kawiarniach.