Sukces bonu – oczywisty acz niepełny

Ponad 2 mln polskich dzieci jeszcze nie skorzystały z bonu turystycznego. To zapewne najuboższe, cyfrowo wykluczone rodziny – te, dla których płacenie bonem byłoby szczególnie ważne.
Minęły kolejne wakacje w cieniu pandemii. Wielu Polaków zdecydowało się spędzić je w kraju i zapłacić za wypoczynek polskim bonem turystycznym. Świadczenie, którym zostało objętych ponad 7 milionów dzieci, miało stanowić pomoc finansową zarówno dla rodzin z dziećmi, jak i przedsiębiorców z branży turystycznej.
Pierwszy boom na tegoroczne wyjazdy z bonem przyniosły maj i czerwiec, tuż po zniesieniu obostrzeń w branży turystycznej. Na koniec czerwca liczba aktywowanych bonów wyniosła ponad 2 miliony i ponad 640 milionów złotych zrealizowanych płatności.
Zainteresowanie bonem nie słabło przez całe wakacje i tylko w ciągu 2 miesięcy liczba aktywacji wzrosła do 3 milionów a 2,6 miliona płatności zrealizowanych za pomocą bonu przyniosło już łącznie ponad 1,7 miliarda złotych, z czego ponad miliard wpłynął tylko w okresie wakacyjnych miesięcy. Z wypoczynku z polskim bonem turystycznym skorzystało już w sumie około 5 milionów dzieci.
– Polski Bon Turystyczny okazał się ogromnym sukcesem. Liczba aktywacji i wykorzystania bonu do opłacenia wakacyjnego wypoczynku pozwoliły wielu przedsiębiorcom częściowo odrobić straty z wielu poprzednich miesięcy. Wierzę, że pobudzony przez to rozwiązanie trend na turystykę krajową będzie nadal się utrzymywał, Polacy będą aktywnie podróżować także w niższych sezonach i te wakacje będą tylko punktem wyjścia do dalszej odbudowy dla całej branży – mówi Andrzej Gut-Mostowy wiceminister rozwoju i technologii
Warto tu dodać, że ten sukces był absolutnie oczywisty i przewidywalny, bo przecież jasne jest, że nikt nie zrezygnuje z możliwości zapłacenia mniej za wakacje. Dziwić należy się raczej temu, że rodzice aż ponad dwóch milionów polskich dzieci jeszcze nie zdecydowali się na skorzystanie z bonu turystycznego. Dość trudno to sobie wytłumaczyć.
Najprawdopodobniej chodzi tu o dzieci z najuboższych, wielodzietnych rodzin, czyli te, dla których możliwość płacenia bonem byłaby najbardziej pożądana. Skorzystanie z bonu turystycznego nie jest bowiem takie całkiem proste. Aby uzyskać bon, należy zarejestrować się w portalu PUE (Platforma Usług Elektronicznych) ZUS. Po rejestracji w PUE ZUS trzeba szukać specjalnej zakładki dla osób korzystających z bonu. Tam zostanie zweryfikowane, czy bon należy się danej rodzinie. W trakcie rejestracji trzeba podać aktualne dane kontaktowe, czyli email i numer telefonu komórkowego. Dla najuboższych, wykluczonych cyfrowo rodzin, które niejednokrotnie nie mają nawet komputera, ta droga często jest zamknięta. – Interesujące jest rozłożenie w czasie wypoczynku i płatności z wykorzystaniem bonu. W odróżnieniu od poprzednich lat, kiedy wyraźnie wyższa aktywność turystyczna zauważalna była w pierwszym miesiącu wakacji, płatności realizowane z bonem turystycznym rozkładały się równomiernie na lipiec i sierpień. Przedsiębiorcy turystyczni, którzy przystąpili do programu i przyjmują płatności bonem, w pełni skorzystali więc z ruchu turystów przez cały sezon i nie odczuli w sierpniu spadku liczby gości i przychodów – podkreśla Rafał Szlachta, prezes Polskiej Organizacji Turystycznej. To raczej zaskakujące stwierdzenie, bo wydawałoby się, że w Polsce, podobnie jak i w Europie Zachodniej, to sierpień staje się głównym miesiącem wakacyjnym. Ciekawe, czy POT ma jakieś twarde dane, pokazujące, że w minionych latach Polacy szli na urlopy głównie w lipcu?
Możliwość wykorzystania zniżki za sprawą polskiego bonu turystycznego nie kończy się wraz z tegorocznymi wakacjami. Wciąż można korzystać z niego płacąc za rozmaite atrakcje i jednodniowe wycieczki, nawet te bez noclegu (pod warunkiem, że w pakiecie znajdują się dwie różne usługi), wypady do miast, wycieczki szkolne, obozy, zielone szkoły czy turnusy rehabilitacyjne dla dzieci z niepełnosprawnościami.
Bonem można płacić do końca marca 2022 roku – także i za wyjazdy planowane po tym terminie, o ile tylko płatność zostanie zrealizowana do 31 marca przyszłego roku. Jest to zatem jakaś szansa dla rodziców wspomnianych ponad dwóch milionów polskich dzieci, którzy dotychczas jeszcze nie skorzystali z szansy niższych opłat za usługi turystyczne. Przypomnijmy: bon to 500 zł przysługujące na każde dziecko do 18. roku życia, a w przypadku niepełnosprawności 1000 zł. Można nim płacić za pobyt w hotelu, pensjonacie, gospodarstwie agroturystycznym itp. – oczywiście tylko w Polsce.

Wsiąść do samolotu byle jakiego

Polacy należą do europejskich nacji najbardziej spragnionych wakacyjnych podróży zagranicznych.
Jak wynika z najnowszego badania Europejskiej Komisji Podróży (European Travel Commision – ETC), pomimo ciągle panującej pandemii i ograniczonej możliwości przekraczania granic kraju, wielu Polaków zdecyduje się w tym roku na wznowienie dalszych podróży. Będą to przede wszystkim zagraniczne wycieczki turystyczne, zarówno z biurem podróży, jak i organizowane na własną rękę. Aż ponad trzy czwarte respondentów pochodzących z Polski planuje właśnie takie wyjazdy w najbliższym czasie, zostawiając pozostałych Europejczyków daleko w tyle. Ale także i oni chcą wyjeżdżać za granicę.
Zainteresowanie wyjazdami zagranicznymi jest dosyć zrozumiałe, bo trudno byłoby przypuścić, że powszechne obostrzenia czy utrudniona komunikacja między państwami skutecznie zniechęci Europejczyków do planowania zagranicznych wojaży. Nic bardziej mylnego. Wspomniane badanie ETC, przeprowadzone w lipcu bieżącego roku, wykazało, że 56 proc. mieszkańców naszego kontynentu ma pozytywne nastawienie do wakacji zagranicznych i twierdzi, że do końca sierpnia 2021 roku wyjedzie na urlop do innych krajów, w tym przede wszystkim właśnie europejskich. Natomiast pozostali respondenci podkreślają, że nie mają w planach podróży zagranicznych do końca tego roku kalendarzowego.
Spośród mieszkańców wszystkich przebadanych krajów Europy to właśnie Polacy wyrażają szczególnie duże zainteresowanie, jeżeli chodzi o planowanie wyjazdów urlopowych. Aż 79 proc. ankietowanych z Polski w przygotowanej przez ETC ankiecie zapowiedziało, że w ciągu najbliższych sześciu miesięcy weźmie udział w obejmującym nocleg wyjeździe zagranicznym. Oczywiście byłyby to przede wszystkim wyjazdy w sierpniu. Jest to największy odsetek w badaniu – na drugim miejscu pod tym względem uplasowali się Włosi (63,7 proc.) a na trzecim – Austriacy (56,6 proc.). Czwartym w kolejności krajem okazały się natomiast Niemcy (56,3 proc.), piątym Holendrzy (55,8 proc.).
Trudno pojąć, dlaczego akurat Polacy są na pierwszym miejscu. Poza zrozumiałym pragnieniem wyjazdu do ciepłych krajów, istotnym powodem mogły być tu chyba względy cenowe. Krajowa branża turystyczna tak wywindowała ceny w tym roku (co poniekąd zrozumiałe – chcą odrobić pandemiczne straty), że nawet biorąc pod uwagę koszt biletów lotniczych, wakacje zagraniczne mogą okazać się tańsze – no i z zagwarantowaną pogodą.
Jednak chyba jeszcze bardziej może dziwić tak duża chęć odbywania podróży zagranicznych u Włochów, którzy przecież i u siebie mogą znaleźć wszystkie interesujące krajobrazy czy atrakcje turystyczne. Włochy jako pierwsze w Europie padły jednak ofiarą pandemii, odczuły ją wyjątkowo boleśnie, a pragnienie wyjazdu jest naturalnym odreagowaniem ciężkich chwil – bo to, że wreszcie można wyjeżdżać świadczy o stopniowym powrocie do normalności. Znaczenie ma także i to, że nie tylko Włosi, lecz również obywatele innych państw europejskich, nie wiedzą, czy kolejny, oczekiwany atak pandemii, znowu nie spowoduje zamknięcia granic. Biorą więc pod uwagę skorzystanie z możliwości wyjazdowych, dopóki jeszcze jest to możliwe.
Mimo pozytywnego nastawienia Polaków do wakacyjnych podróży zagranicznych, wielu z nich ma jednak wątpliwości dotyczące nie tylko ogólnego bezpieczeństwa związanego z wyjazdem, ale także i niewygód transportu lotniczego (17 proc.) oraz coraz to nowszych obostrzeń administracyjnych spowodowanych pandemią (16 proc.). Niemałą część osób martwią również utrudnione wizyty w restauracjach (13 proc.) czy ograniczone ilości aktywności, jakie będzie można podjąć w miejscu pobytu (11 proc.). W efekcie jednak jedynie 9 proc. ankietowanych zmieniło swoje plany urlopowe przez te niedogodności.
W także lipcowym badaniu American Express Travel, dotyczących globalnych trendów w podróżowaniu, aż 87 proc. ankietowanych stwierdziło, że planowanie podróży zagranicznych pozwala im na oderwanie się od trosk życia codziennego i na bardziej radosne spojrzenie na przyszłość. Natomiast 78 proc. z nich dopowiada, że podróżują także celem poprawy zdrowia i dobrego samopoczucia.
Jak widać, podróże – co oczywiste – dają nam zastrzyk pozytywnej energii, szczególnie w ciężkich, pandemicznych czasach i niewiele czynników jest w stanie odwieść nas od decyzji o wyjazdach do innych krajów.

Kredytobiorca na tarczy

Napływa coraz więcej sygnałów, że banki utrudniają klientom skorzystanie z ustawowych wakacji kredytowych, przyjętych w związku z pandemią.

Tak zwana tarcza antykryzysowa 4.0. wprowadziła szanse uzyskania ochrony przed skutkami zamknięcia gospodarki w wyniku pandemii COVID-19. Jednym z przyjętych rozwiązań jest możliwość zawieszenia wykonywania umowy kredytowej, czyli tzw. „ustawowe wakacje kredytowe”, które dają konsumentom prawo do zawieszenia spłaty kredytu na okres do trzech miesięcy, bez naliczania odsetek i innych opłat. Z tego rozwiązania może skorzystać osoba, która w wyniku pandemii straciła pracę lub inne główne źródło dochodu.
Niestety, z sygnałów napływających do Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów, między innymi od stowarzyszenia Stop Bankowemu Bezprawiu wynika, że banki mogą utrudniać lub wręcz uniemożliwiać klientom skorzystanie z tego prawa.
Zdarza się, że ludzie zwracający się do banku z prośbą o udzielenie ustawowych wakacji kredytowych, nawet jeśli spełniają warunki, nie otrzymują ani propozycji skorzystania z tego rozwiązania, ani pełnej informacji o warunkach zawieszenia spłaty rat.Według sygnałów, które do nas docierają, konsument może nie otrzymywać jakiejkolwiek informacji czy potwierdzenia warunków zawieszenia wykonywania umowy. Jest natomiast nakłaniany do skorzystania wyłącznie z bankowego memorandum – wyjaśnia prezes UOKiK Tomasz Chróstny.
Tak więc, w wielu przypadkach konsumenci otrzymują w bankach wyłącznie ofertę skorzystania z bankowego, znacznie kosztowniejszego dla nich odroczenia płatności kredytu. Dzieje się tak wówczas, gdy zwracają się do władz banku o ustawowe, darmowe wakacje kredytowe i spełniają ustawowe kryteria do ich udzielenia.
Takie działania banków podważają sens funkcjonowania ustawowych wakacji kredytowych, które zostały przyjęte po to, aby ułatwić sytuację gospodarstw domowych, szczególnie dotkniętych ekonomicznymi skutkami pandemii. Te przepisy znalazły się w tarczy antykryzysowej jako jedno z ważnych rozwiązań chroniących konsumentów na rynku finansowym – tymczasem pojawiają się próby ich omijania.

-Wszcząłem postępowanie wyjaśniające w tej sprawie – sprawdzimy w nim czy w warunkach oferowania ustawowych wakacji kredytowych oraz w sposobie informowania o tym rozwiązaniu przez 26 banków dochodzi do wspomnianych nieprawidłowości. Jeśli niepokojące informacje przekazane do Urzędu się potwierdzą, będę wyciągał konsekwencje prawne wobec tych banków, które oferując korzystne dla siebie rozwiązania, naruszyły interes i prawa konsumentów – zapowiada prezes UOKiK Tomasz Chróstny.
UOKiK zachęca tych konsumentów, którzy spotkali się z problemami przy próbach zawieszenia wykonywania umowy kredytowej na postawie przepisów tarczy antykryzysowej 4.0, aby informowali o tym poprzez adres mailowy monitoring@uokik.gov.pl.
Urząd przypomina, że obecne przepisy dają możliwość zawieszenia wykonywania umowy kredytu konsumenckiego, hipotecznego oraz innych kredytów (zapisanych w art. 69 ustawy prawo bankowe), zarówno w części kapitałowej, jak i odsetkowej – czyli, że nie płaci się ani samej raty, ani procentów. W tym okresie kredytodawca nie może też pobierać żadnych innych opłat, z wyjątkiem składek za umowy ubezpieczenia powiązane z umową kredytu.
Z zawieszenia wykonywania umowy kredytowej mogą skorzystać ci konsumenci, którzy po 13 marca br. stracili pracę lub inne główne źródło dochodu. Maksymalny termin zawieszenia wykonania umowy wynosi trzy miesiące. Okres kredytowania, jak i wszystkie terminy przewidziane w umowie kredytu, ulegną stosownemu przedłużeniu o okres zawieszenia.
Jeśli bank wcześniej zawiesił konsumentowi spłatę kredytu na warunkach komercyjnych, to także ma on prawo by zwrócić się o udzielenie ustawowych wakacji kredytowych. Wówczas bank jest obowiązany udzielić mu ustawowych wakacji kredytowych – a przerwać przyznane mu przez siebie wakacje komercyjne

Kredytobiorca na tarczy

Napływa coraz więcej sygnałów, że banki utrudniają klientom skorzystanie z ustawowych wakacji kredytowych, przyjętych w związku z pandemią.

Tak zwana tarcza antykryzysowa 4.0. wprowadziła szanse uzyskania ochrony przed skutkami zamknięcia gospodarki w wyniku pandemii COVID-19. Jednym z przyjętych rozwiązań jest możliwość zawieszenia wykonywania umowy kredytowej, czyli tzw. „ustawowe wakacje kredytowe”, które dają konsumentom prawo do zawieszenia spłaty kredytu na okres do trzech miesięcy, bez naliczania odsetek i innych opłat. Z tego rozwiązania może skorzystać osoba, która w wyniku pandemii straciła pracę lub inne główne źródło dochodu.
Niestety, z sygnałów napływających do Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów, między innymi od stowarzyszenia Stop Bankowemu Bezprawiu wynika, że banki mogą utrudniać lub wręcz uniemożliwiać klientom skorzystanie z tego prawa.
Zdarza się, że ludzie zwracający się do banku z prośbą o udzielenie ustawowych wakacji kredytowych, nawet jeśli spełniają warunki, nie otrzymują ani propozycji skorzystania z tego rozwiązania, ani pełnej informacji o warunkach zawieszenia spłaty rat.Według sygnałów, które do nas docierają, konsument może nie otrzymywać jakiejkolwiek informacji czy potwierdzenia warunków zawieszenia wykonywania umowy. Jest natomiast nakłaniany do skorzystania wyłącznie z bankowego memorandum – wyjaśnia prezes UOKiK Tomasz Chróstny.
Tak więc, w wielu przypadkach konsumenci otrzymują w bankach wyłącznie ofertę skorzystania z bankowego, znacznie kosztowniejszego dla nich odroczenia płatności kredytu. Dzieje się tak wówczas, gdy zwracają się do władz banku o ustawowe, darmowe wakacje kredytowe i spełniają ustawowe kryteria do ich udzielenia.
Takie działania banków podważają sens funkcjonowania ustawowych wakacji kredytowych, które zostały przyjęte po to, aby ułatwić sytuację gospodarstw domowych, szczególnie dotkniętych ekonomicznymi skutkami pandemii. Te przepisy znalazły się w tarczy antykryzysowej jako jedno z ważnych rozwiązań chroniących konsumentów na rynku finansowym – tymczasem pojawiają się próby ich omijania.

– Wszcząłem postępowanie wyjaśniające w tej sprawie – sprawdzimy w nim czy w warunkach oferowania ustawowych wakacji kredytowych oraz w sposobie informowania o tym rozwiązaniu przez 26 banków dochodzi do wspomnianych nieprawidłowości. Jeśli niepokojące informacje przekazane do Urzędu się potwierdzą, będę wyciągał konsekwencje prawne wobec tych banków, które oferując korzystne dla siebie rozwiązania, naruszyły interes i prawa konsumentów – zapowiada prezes UOKiK Tomasz Chróstny.
UOKiK zachęca tych konsumentów, którzy spotkali się z problemami przy próbach zawieszenia wykonywania umowy kredytowej na postawie przepisów tarczy antykryzysowej 4.0, aby informowali o tym poprzez adres mailowy monitoring@uokik.gov.pl.
Urząd przypomina, że obecne przepisy dają możliwość zawieszenia wykonywania umowy kredytu konsumenckiego, hipotecznego oraz innych kredytów (zapisanych w art. 69 ustawy prawo bankowe), zarówno w części kapitałowej, jak i odsetkowej – czyli, że nie płaci się ani samej raty, ani procentów. W tym okresie kredytodawca nie może też pobierać żadnych innych opłat, z wyjątkiem składek za umowy ubezpieczenia powiązane z umową kredytu.
Z zawieszenia wykonywania umowy kredytowej mogą skorzystać ci konsumenci, którzy po 13 marca br. stracili pracę lub inne główne źródło dochodu. Maksymalny termin zawieszenia wykonania umowy wynosi trzy miesiące. Okres kredytowania, jak i wszystkie terminy przewidziane w umowie kredytu, ulegną stosownemu przedłużeniu o okres zawieszenia.
Jeśli bank wcześniej zawiesił konsumentowi spłatę kredytu na warunkach komercyjnych, to także ma on prawo by zwrócić się o udzielenie ustawowych wakacji kredytowych. Wówczas bank jest obowiązany udzielić mu ustawowych wakacji kredytowych – a przerwać przyznane mu przez siebie wakacje komercyjne.

Już nie na łasce i niełasce banków

Los kredytobiorcy, który wpadł w kłopoty, przestał wreszcie zależeć od widzimisię menadżerów bankowych. Przynajmniej na trzy miesiące.

Rządowa tarcza antykryzysowa numer 4,0 wprowadziła możliwość uzyskania wakacji kredytowych. Takie wakacje są rozwiązaniem, funkcjonującym w naszym kraju już od wielu lat, lecz do tej pory ich uzyskanie zależało od widzimisię i łaskawości szefostwa banku, w którym zaciągnęło się kredyt. Od ponad miesiąca wakacje kredytowe są już elementem polskiego prawa, a banki w Polsce nie mogą odmówić ich przyznania.
„Mamy świadomość, że banki już wcześniej oferowały możliwość zawieszenia spłat rat kredytu. Jednakże przedstawiane przez nie oferty nie były jednolite. Ponadto nie zawsze i nie każdy dany bank oferował kompleksowe i bezpłatne rozwiązanie. Dlatego też została podjęta decyzja o odgórnej regulacji tego zagadnienia” – informują przedstawiciele rządu.
Ta „odgórna regulacja” polegała na przyjęciu przepisów, które w ramach wakacji kredytowych daje prawo do zawieszenia na okres do trzech miesięcy wykonanywania umowy kredytów konsumenckich, hipotecznych oraz wszelkich innych kredytów w rozumieniu ustawy prawo bankowe. Zawieszona zostaje spłata zarówno części kapitałowej, jak i odsetkowej.
W tym okresie kredytodawca nie może naliczać ani pobierać odsetek, ani żadnych innych opłat, z wyjątkiem tych z tytułu składek za umowy ubezpieczenia powiązane z umową kredytu.
Nowe przepisy dotyczą jednak nie każdego, kto by chciał z takiego zawieszenia spłat skorzystać, lecz odnoszą się tylko do osób najbardziej potrzebujących – czyli takich, które po dniu 13 marca 2020 r. straciły pracę lub inne główne źródło dochodu. Zawieszenie spłaty następuje automatycznie z chwilą doręczenia kredytodawcy stosownego wniosku. Konsument sam zdecyduje, czy zawiesi spłatę na jeden, dwa czy trzy miesiące.
Według szacunków, przepisy mogą łącznie umożliwić uzyskanie wakacji kredytowych przez osoby, które zaciągnęły ok. 3,7 mln kredytów konsumenckich oraz 0,5 mln kredytów hipotecznych (tu w grę wchodzą znacznie wyższe kwoty niż w przypadku kredytów konsumenckich).
Rząd ocenia, że w zależności od scenariusza dotyczącego sytuacji na rynku pracy, wakacje kredytowe łącznie przyniosą korzyść dla gospodarstw domowych na poziomie od około 1 do 1,5 mld zł – choć przecież o faktycznych korzyściach finansowych trudno tu mówić, gdyż kredyty i tak trzeba będzie spłacić, tyle, że najwyżej o trzy miesiące później.
Rzeczywistym ułatwieniem jest natomiast to, że los kredytobiorcy, który wpadł w kłopoty, nie zależy już od łaskawości menadżerów bankowych. Przynajmniej przez trzy miesiące. Wedle oceny Związku Banków Polskich, do połowy lipca wpłynęło ponad 230 tys. wniosków o wakacje kredytowe. -To rozwiązanie nie ma charakteru stałego i wyważa interesy kredytobiorców oraz kredytodawców. Nie jest też skierowane do wszystkich kredytobiorców, ale jedynie do tych, którzy najbardziej ucierpieli w wyniku rozprzestrzeniania się COVID-19 – podkreśla podsekretarz stanu w Ministerstwie Rozwoju Marek Niedużak.
Mechanizm wakacji kredytowych nie budzi natomiast aprobaty części polskich przedsiębiorców – oczywiście zwłaszcza tych, którzy są związani z branżą bankową. Organizacja Business Centre Club wskazuje na możliwe, negatywne skutki tych rozwiązań dla bankowości spółdzielczej.
Zdaniem BCC, istotą wakacji kredytowych jest to, iż każdy kredytobiorca posiadający zadłużenie z tytułu kredytu ma prawo do odroczenia terminu spłaty swoich zobowiązań na okres do 3 miesięcy, informując jedynie bank o zamiarze skorzystania z tego rozwiązania, podając jako powód utratę pracy lub innego źródła dochodów.
Jak wskazuje BCC, oznacza to, że tak naprawdę o zastosowaniu tego rozwiązania decyduje wyłącznie jedna strona umowy. Przesunięcie spłat powodować zaś będzie utratę przychodów odsetkowych banków spółdzielczych, co jest szczególnie istotne dla tego sektora w tak trudnym 2020 r.
BCC uważa, że przy korzystaniu z wakacji kredytowych powinny obowiązywać pewne ograniczenia. Z takiego prawa nie powinni bowiem korzystać klienci, którzy już wcześniej mieli kłopoty ze spłatą kredytów. To rozwiązanie nie powinno mieć również zastosowania wobec zadłużenia z tytułu kredytów odnawialnych i kart kredytowych. Dochodzić może bowiem do sytuacji, że klient zwiększy swoje zadłużenie – i od razu skorzysta z wakacji kredytowych. Gdy wielu kredytobiorców wpadnie na taki pomysł, sytuacja ich wierzycieli (czyli banków) znacznie się pogorszy.
Można powiedzieć, że ewentualne kłopoty bankierów nie muszą obchodzić kredytobiorców. Z dugiej jednak strony, i dla dłużników, i dla całej naszej gospodarki lepiej byłoby, gdyby sektor bankowy zachował stabilność finansową.

Jak się zarabia na epidemii

Bankierzy opowiadają jak pomagają, udzielając wakacji kredytowych. Tyle, że te wakacje mogą bardzo zaszkodzić klientom. „Oczekuję większej wrażliwości ze strony sektora bankowego i natychmiastowej zmiany niektórych praktyk” – mówi Tomasz Chróstny, szef UOKiK.

Ponieważ przykład idzie z góry, więc i banki komercyjne działające w Polsce uznały, że będą się chwalić – na wzór rządu Prawa i Sprawiedliwości, którego główna aktywność wyraża się właśnie w przechwałkach i uprawianiu propagandy sukcesu.
Bankierzy zaczęli zatem opowiadać o swej działalności …społecznej dla dobra klientów. To się nieco kłóci z ich wizerunkiem w Polsce, bo co jak co, ale empatia i bezinteresowna pomoc drugim, to coś, czego rzadko możnaby się spodziewać po bankach w Polsce. A jednak bankierzy, ustami Związku Banków Polskich, wiele mówią o swych działaniach pomocowych, podejmowanych zarówno przez wielkie banki, jak i te drobne, spółdzielcze. Chodzi tu zwłaszcza o wakacje kredytowe oraz udzielanie preferencyjnych (dzięki państwowym gwarancjom) kredytów dla przedsiębiorstw.
Jak wiadomo, wakacje kredytowe polegają na zawieszeniu rat na pewien czas. Konsument może zawiesić spłatę całej raty, samego kapitału bądź wyłącznie odsetek. I okazuje się, że takie przyznawanie wakacji kredytowych, którymi chwalą się banki w Polsce, bywa raczej próbą oszwabiania klientów, niż pomagania im.
Jak bowiem wynika z obserwacji Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów oraz z otrzymanych sygnałów konsumentów, w niektórych bankach spłata zostaje odroczona w czasie, ale – w oparciu o zawarty aneks – odsetki należne za okres zawieszenia spłaty dodawane są do całkowitej kwoty kredytu i od tej sumy banki obliczają kolejne odsetki. „Ten sposób kapitalizacji rat odsetkowych wiąże się z dodatkową opłatą po stronie kredytobiorców” – jednoznacznie stwierdza UOKiK.
– Takie działanie banków jest kolejną próbą wykorzystania i tak trudnej sytuacji konsumentów. Celem wakacji kredytowych jest wsparcie kredytobiorców mających przejściową trudność w regulowaniu płatności. Niestety, dwukrotne naliczenie odsetek może pogorszać ich sytuację ekonomiczną, zaś sam mechanizm kapitalizowania odsetek nie zawsze jest prawidłowo prezentowany konsumentowi – mówi Tomasz Chróstny, prezes UOKiK.
Ze skarg wpływających do urzędu wynika również, że konsumenci mogą nie być w wystarczający sposób informowani o warunkach finansowych, na jakich decydują się na odroczenie spłaty rat kredytów. Klient powinien mieć przed zawarciem aneksu pełną wiedzę, jak wpłynie to na wysokość pozostałych do spłaty zobowiązań finansowych i ile faktycznie może kosztować go skorzystanie z wakacji kredytowych, oferowanych przez banki w czasie epidemii.
Konsumenci powinni zostać również poinformowani o prawie do odstąpienia od aneksu w terminie 14 dni – i kontynuowania umowy na dotychczasowych warunkach, jeśli np. dojdą do wniosku, że skorzystanie z wakacji kredytowych im się nie opłaca lub też nie pogorszyła się tak ich sytuacja finansowa, jak pierwotnie przypuszczali. Ważne jest również to, aby banki nie wymagały przy tej okoliczności osobistej wizyty w placówce celem rezygnacji z aneksu, jeżeli nie była ona wymagana przy jego zawarciu.
W związku z tymi wszystkimi nieprawidłowościami, prezes UOKiK sprawdzi czy banki rzetelnie informują konsumentów o skutkach zawarcia aneksu i nie utrudniają możliwości odstąpienia od niego. Wszczął też postępowanie wyjaśniające, w którym sprawdza zasady oferowania wakacji kredytowych przez banki.
– Wiele osób w związku z epidemią koronawirusa jest w trudnej sytuacji finansowej i korzysta z odroczenia spłaty rat kredytowych. Jest to oferta banków, z którą mogą się wiązać późniejsze problemy dla konsumentów. Otrzymane przez Urząd sygnały wskazują, że niektóre banki próbują wykorzystywać trudną sytuację, w jakiej znaleźli się klienci. Oczekuję większej wrażliwości ze strony sektora bankowego i natychmiastowej zmiany niektórych praktyk – dodajeTomasz Chróstny, prezes UOKiK.
Urząd wezwał zatem banki do przekazania dokumentów i informacji dotyczących oferowanych warunków wakacji kredytowych, by przeanalizować otrzymywane odpowiedzi.
Odroczenie rat możliwe jest po podpisaniu przez konsumenta specjalnego aneksu. Wątpliwości prezesa UOKiK budzi zawieranie przez banki w aneksach postanowień, które w przyszłości mogą powodować trudności w dochodzeniu przez kredytobiorcę praw przed sądem (np. w sytuacji żądania unieważnienia umowy kredytowej).
Postanowienia sugerują, że konsument złożył oświadczenie o uznanie określonej kwoty zadłużenia. Takie oświadczenie nie ma związku z odroczeniem spłaty rat ze względu na trudności wywołane epidemią. Zdaniem prezesa UOKiK, wymusza ono na słabszej stronie umowy złożenie oświadczenia nie mającego bezpośredniego związku z celem podpisania aneksu, którym jest odroczenie spłaty kredytu.
Do urzędu docierają również informacje o tym, że banki mogą interpretować samo podpisanie aneksu jako uznanie długu przez konsumenta. Konsekwencją tego mogłoby być w przyszłości wykorzystywanie zawarcia przez konsumenta aneksu do przerwania biegu przedawnienia roszczeń. Zdaniem prezesa UOKiK jest to nieuprawniona interpretacja. Zamiarem obu stron jest bowiem odroczenie spłaty kredytu – a nie uznanie długu przez konsumenta czy pozbawienie się przez niego w przyszłości możliwości kwestionowania ważności umowy kredytowej.

– Nie zgadzam się, że podpisanie aneksu dotyczącego zawieszenia spłaty rat kredytu może być traktowane jako uznanie długu. Wykorzystanie aneksów jako sposobu wymuszenia na konsumencie uznania długu oceniam, szczególnie w obecnej sytuacji, jako niedopuszczalne. Takie działanie może podważać zaufanie konsumentów do całego sektora bankowego. Instytucje finansowe, w tym szczególnie trudnym czasie epidemii, powinny wykazać się troską o swoich klientów i oferować im realne wsparcie, a nie zabezpieczać swoje partykularne interesy i pomnażać zyski – zarzuca polskim bankierom Tomasz Chróstny, prezes UOKiK.
Szef UOKiK wezwał również Związek Banków Polskich oraz banki komercyjne do zajęcia jednoznacznego stanowiska, że nie będą w przyszłości wykorzystywać na szkodę klientów aneksów dotyczących wakacji kredytowych, zawieranych w czasie epidemii – np. jako okoliczność powodującą przerwanie biegu przedawnienia roszczeń banków.
Urząd apeluje też do wszystkich konsumentów, by zanim zdecydowali się odroczyć spłatę rat, przeczytali dokładnie aneks przed akceptacją. Niech zapoznają się zwłaszcza z harmonogramem spłaty kredytu oraz wysokością rat przewidzianych po ustaniu wakacji kredytowych – i przemyślą, czy to rozwiązanie jest dla nich korzystne.

Bandersnatch

Aktualnie przebywam na wczasach z rodziną na greckiej wyspie na K. Byłem tu już dwa lata temu i tak mi się spodobało, że postanowiłem przyjechać w to samo miejsce raz jeszcze. Nie znam lepszego niż greckie wina, lepszej oliwy i lepszej niż grecka kuchni i pogody; wszystko mi tu smakuje, wiatr od morza pozwala choć na chwilę schłodzić myśli pod czaszką. Żeby jednak zupełnie nie zapomnieć skąd jestem, bo w końcu z każdych wakacji kiedyś się wraca, zabrałem ze sobą ze starego kraju książkę o księdzu Jankowskim i dzięki temu jeszcze kompletnie nie odleciałem, choć to lektura iście kosmiczna. Powieść „Uzurpator” autorstwa św. pamięci Bożeny Aksamit i Piotra Głuchowskiego, to wstrząsająca opowieść o tym, jak ktoś z pozoru kompletnie nierokujący i bez charyzmy, potrafi dzięki uporowi oraz tzw. szczęśliwym zbiegom okoliczności, awansować w Polsce na głównego rozgrywającego czasów największych przemian. To również historia o człowieku zagubionym i do cna cynicznym, który umie uzależniać od siebie całe rzesze ludzi i wykorzystywać z premedytacją ich słabość. To w końcu rzecz o człowieku z Pomorza; zrodzonym w niemieckiej rodzinie, w której matka do końca życia mówiła w domu po niemiecku, dziadek miał przed wojną pięć sklepów w Wolnym Mieście, a ojciec zginął na froncie wschodnim. On sam jednak wolał ubierać się w sarmackie kontusze i obstalowywać sobie rodowe pierścienie z orzełkiem, bo to w nowej Polsce widział swoje jutro. To on karmił i ubierał Lecha Wałęsę i opozycję w czasach największego kryzysu. To w garniturze za jego pieniądze Lech Wałęsa podpisywał Porozumienia Sierpniowe w Sali BHP. Kiedy powoli zbieramy graty z plaży albo znad basenu i idziemy szykować się do kolacji, włączam tuż przed nią komputer, żeby przeczytać, co też podczas nieobecności w Polsce akuratnie mnie ominęło. Dziś zatrzymałem się dłużej nad informacją o tym, że wicepremier Piotr Gliński postanowił zmniejszyć o 3 mln złotych dotację dla Europejskiego Centrum Solidarności w Gdańsku. Podobno nie oddaje ono prawdy historycznej o „Solidarności” i jej czasach i Ministerstwo nosi się z zamiarem powołania swojego „odpowiednika” na tamtym terenie – Instytutu Dziedzictwa Solidarności. Tak jak w przypadku Westerplatte. Jeśli historia którą zastajemy, obudowaną w ściany i wystawy za poprzedników, nie do końca nam odpowiada, zaczynamy pisać swoją własną historię za pomocą własnych ludzi i na własnych zasadach. Dziwi się pani prezydent Gdańska ideom rządowym, podług których mamy mieć dwie ścieżki tej samej historii, wyrażane w dwóch konkurencyjnych muzeach, ale mnie to w ogóle nie dziwi. Po niezbyt nawet uważnej lekturze powieści o księdzu Janowskim, nie sposób nie odnieść wrażenia, że ruch któremu nieformalnie przewodził i formalnie zupełnie go podtrzymywał materialnie i finansowo, to opowieść o co najmniej dwóch różnych wizjach tego samego dążenia; innymi słowy, z jednej matki rodzi się dwoje dzieci, które idą równoległą do pewnego momentu ścieżką. Później jedno wyrasta na spadkobiercę ojców i dziadów, drugie jest marginalizowane i podupada na zdrowiu Z czasem drugie, bardziej liche i pełne goryczy, powie, że to to pierwsze ukradło mu sukces, bo skumało się z komuną w Magdalence, i to ono powinno mieć, jako to prawdziwe i pominięte przy ustalaniu testamentu, jedyne prawa do nazwiska, ale los obszedł się z nim bardzo źle i dopiero teraz, kiedy dorosło i okrzepło, sięga po sprawiedliwość dziejową i może opowiedzieć potomnym, jak to naprawdę było. I rzeczywiście: ja chciałbym taką właśnie narrację zafundować na lekcjach historii młodym ludziom; aby dowiedzieli się, że wbrew temu co mogą dziś usłyszeć, „Solidarność” nigdy monolitem nie była i podzieliła się szybciej niż za Okrągłego Stołu. A że w związku z tym, wszyscy ci, którzy podpinają się pod jej spuściznę i twierdzą, że to ich racja jest najbliższa prawdy nigdy ze sobą nie będą w stanie się porozumieć, bo to by oznaczało, że jedna ze stron musiała by się zrzec dogmatu swojej nieomylności, musimy postawić dwa muzea „Solidarności”, żeby prosty człowiek mógł zapoznać się z dwiema wersjami-dziecka A i dziecka B. Musimy postawić dwa muzea II Wojny Światowej, żeby czasem nie było tak, że w jednym ktoś powie, że nie wszyscy Polacy byli Kolumbami rocznik 20, a Powstanie Warszawskie to nie najwspanialsza ostatnia pieśń patriotycznej Europy, tylko nieprzemyślana decyzja i rzeź, której można było ludziom oszczędzić. Żeby tak mówić, trzeba postawić alternatywne muzeum, bo władza obecna wie, jaka była prawda, a ta jak wiadomo, nie może być skalana choćby cieniem wątpliwości czy szarości. Nie dziwi więc mnie ta wielka władzy mobilizacja i zacięcie, żeby fundować dla narodu alternatywne zakończenia tej samej historii. Trochę jak w „Bandersnatchu” z serialu „Czarne Lustro”. Sami możemy sobie wybrać, którą ścieżką podąży nasz bohater. Szkopuł w tym, że ktoś mądry wyrysował kiedyś to algorytmiczne drzewko. Obejrzał wszystkie możliwe scenariusze i kombinacje i stwierdził…że w żadnym układzie nie będzie happy endu.

Jarek Ważny

Jarek Ważny – dziennikarz i muzyk w jednej osobie. Jest absolwentem dziennikarstwa UW, występował z takimi formacjami jak Większy Obciach, The Bartenders i deSka, Vespa, Obecnie gra na puzonie w grupie Kult a także z zespołami Buldog i El Doopa. prowadzi także bloga „PoTrasie”

Życie jak w Madrycie

Każdy wie, że Ciechocinek to polski Madryt. Bez dwóch zdań.

 

Leniwy, niedzielny i poobiedni Ciechocinek powoli budzi się do życia. Popołudnie to czas urządzania sobie wieczoru, ale też czas licznych tu koncertów i recitali. Starsi na ogół ludzie, przekonani o swojej utalentowanej wyjątkowości, ciągną w sezonie do Ciechocinka, jak do jakiej artystycznej Mekki. W każdym sanatorium ktoś daje jakieś przedstawienie. Śpiewacy, piosenkarze i konferansjerzy, soliści i instrumentaliści, ciągle jeszcze niezapoznani, zapełniają sanatoryjne hole i sale, a nawet ogrody i deptaki wokół fontann. Żaden repertuar im nie groźny, gotowi są rzucić wyzwanie każdemu. Pani, która bardziej skomplikowane dźwięki musi brać już co najmniej na dwa razy z oddechem pośrodku, mierzy się odważnie z piosenkami Edith Piaf niczym ułani z pancernymi zagonami Guderiana, starszy pan w typie „dziadka brat łaty”, z uwieszonym u szyi akordeonem, swobodnie staje obok legendy Kiepury, Pavarottiego, czy Carrerasa. Jest wszakże faktem, że jak ryknął, to żyrandol w zabytkowym sanatoryjnym holu zaczął się bujać… Śpiewają w Ciechocinku Tomowie Jonesowie, Lizy Minnelli, a już Zenków Martyniuków można wiązać w pęczki.
Pojawiają się jednak i artyści z większym dorobkiem. Ich niewątpliwy dryg do muzyki, silnie wsparty drygiem do interesów sprawiają, że ich sława jest autentyczna.
– Witajcie! Jakże miło znów być z Wami! Ale muszą Państwu przyznać się, że jestem tu, proszę Państwa, dzięki burmistrzowi Ciechocinka! Brawo!…
Odzywają się brawa. Brawka właściwie. Grzecznościowe klapu, klapu…
– Pan burmistrz udostępnił mi to miejsce na koncert dla Państwa za darmo, bez pieniędzy!…
Brawka wzmogły się, ale bez przesady. I szybko zgasły… Publika trochę jeszcze rozleniwiona obiadem, poobiednią drzemką, dopiero wchodzi na obroty.
Miejsce, w którym jesteśmy, to jeden z najbardziej popularnych adresów – słynna w całym sanatoryjno-emeryckim establishmencie, ciechocińska „Stodoła” w Parku Zdrojowym. Wszelako tej niedzieli w „Stodole” jest raczej cicho, gdyż vis a vis – w muszli koncertowej opodal, występuje artysta estradowy, piosenkarz o aksamitnym głosie, znany uzdrowiskowej publiczności w całej Polsce – pan Jacek Strzałkowski. Z Pułtuska, choć z Warszawy. To znaczy z Pułtuska rodem, a z Warszawy adresem. Publiczność obsiadła dwa sektory ławek parkowych ustawionych jedna obok drugiej w kilkudziesięciu ciasnych rzędach, w dwóch sektorach, rząd za rzędem. Całość pierścieniem otoczyli ci, dla których miejsc zabrakło.
Artysta się nie leni, śpiewa kawałek za kawałkiem. Publiczność – ta siedząca i ta na stojaka – z uczuciem, z łezką wzruszenia, podśpiewuje razem z nim szlagiery znane z radia typu „Kołchoźnik”, „Pionier”, czy „Szmaragd”. Pan Jacek zresztą innych nie śpiewa.
Nieco na uboczu, ale też nie tak całkiem z boku, stoją dwa małżeństwa – panowie oddelegowani do opieki nad dziećmi, panie rozmawiają. O innych paniach przede wszystkim, ale nie tylko:
– Słuchaj! Bym ci zapomniała powiedzieć – burmistrz mowę w kościele miał.
– Ewangelię czytał?
– Nie, o wyborach gadał. Ale nie pamiętam za bardzo, co. No ogólnie, że jest dobrze, ale jak nie on wygra, to będzie źle…
Tak oto panie całkiem przypadkiem, najzupełniej bezwiednie otworzyły przed nami na oścież świat powiatowej polityki. Pan burmistrz panu Jackowi za darmo udostępnił muszlę koncertową, a pan Jacek, podczas koncertu, za darmo pana burmistrza zebranej publiczności wyłożył na talerzu, do smacznego schrupania. Pana Jacka wszyscy tu uwielbiają, więc, jak on coś powie, to coś znaczy.
Artysta zresztą nie zasypuje gruszek w popiele i trzyma rękę na pulsie życia kraju. Doskonale wczuwa się w jego tętno i potrafi bezbłędnie się przystosować. A ponieważ akurat panuje moda narodowa bardzo, to jej się poddaje, a nawet twórczo ją wzbogaca. Na wahania, na dzielenie włosa na czworo, nie bardzo ma już czas. Rocznik 1953 było nie było. 65 lat i ciągle w trasie, ciągle na scenie – to nie w kij dmuchał. Trzeba brać, co los jeszcze daje… Dlatego, by wziąć, co się da, nie ma w nim nic przypadkowego, nic na żywioł.
Strój, repertuar, konferansjerka wszystko jest dobrze przemyślane i precyzyjnie wycelowane w odbiorcę, czy mówiąc wprost – w odbiorczynie. Jego publicznością są przede wszystkim kobiety. Zwykłe, codzienne. Gospodynie domowe, emerytowane księgowe, nauczycielki, panie „z kadr”, urzędniczki, panie z poczty, kasjerki, babcie wnukom, panie po różnych przejściach, którym w życiu raczej się nie przelewało. Zapracowane, zaniedbywane przez swych partnerów, mimo upływu lat i dawno minionej urody, ciągle tęskniące z czymś wielkim, romantycznym, wzniosłym. Za miłością mówiąc wprost, za uczuciem trawiącym ogniem ciało i duszę do spodu, do dna. Wiedzą, czują, że ona gdzieś jest, ta miłość, że się zdarza, tylko jeszcze im się nie przytrafiła. I każdego dnia, każdej nocy u boku swych mężów, lub w pustych już, wdowich łóżkach, o niej marzą. Nie tracą wiary, że w końcu przyjdzie. Że pewnego dnia znajdzie je jakiś odkrywca, który doceni te rozległe, rozedrgane powierzchnie, ogarnie je wzrokiem znawcy, dostrzeże bezmiar marnotrawionego dobra. One są jak lasy Amazonii – wciąż dziewicze, choć od lat eksploatowane.
Pan Jacek jest w ich wyobraźni takim właśnie odkrywcą, nieustraszonym traperem, dobrym aniołem sprawiającym, że marzenia przez chwilę, przez czas jego koncertu wydają się w zasięgu ręki. Piosenki o miłości, słowa o rozstaniu, o tęsknocie i wierności padają na żyzny, a jakże wygłodniały grunt ich dusz i serc. Przez te krótkie chwile pan Jacek jest tylko ich, tylko dla nich śpiewa. Każdej z osobna wyznaje miłość. Czarodziej, wielki mag, mistrz transcendencji przenoszący je w inny wymiar…
I on taki rzeczywiście jest! Czarny kapelusz, czarne okulary, czarny żakiet do pół uda, czarne spodnie, czarne buty. Tylko włosy jasno-blond, proste, długie, kończące się jakoś tak w połowie między szczęką a barkiem. Anielskie.
Uosabia zaklęty w sobie inny, lepszy świat. Dokładnie taki, na jaki one czekają całe życie. Styl, obycie, sztuka, pasja, poezja, muzyka – wszystko w jednym mężczyźnie o aksamitnym głosie…
Pan Jacek jest mistrzem w swoim fachu. Z benedyktyńską dokładnością i cierpliwością odtwarza nuty, tony, półcienie, by na końcu stać się na oczach oniemiałych z zachwytu pań idolem z czasów ich wczesnej młodości, sprawcą ich dziewczyńskich uniesień i marzeń. Te same zaśpiewy, łkania, cała sentymentalno-romantyczna zaduma. Nic od siebie wszystko od Janusza Gniatkowskiego.
– Proszę Państwa! Proszę Państwa! Jak mówiłem, pan burmistrz – chwała mu za to – udostępnił mi ten amfiteatr za darmo, bez pieniędzy, żebyśmy tylko mogli się spotkać. Jak Państwo dobrze wiedzą, nie jest łatwo być artystą bez pieniędzy. A jeszcze trudniej być artystą śpiewającym polskie piosenki i promującym polską muzykę. A ja – powiem Państwu – śpiewam tylko polskie piosenki i tylko dla Polaków!…
Brawa, tym razem silne, aprobujące, solidarne, polskie zgoła, były mu odpowiedzią: – Dla nas śpiewasz. To my. Polacy! Wiemy, o co się rozchodzi, wiemy… Brawo!
Nić patriotycznego porozumienia nawiązana przy pomocy klaszczących dłoni prawie natychmiast wystawiona jest jednak na próbę:
– Jeśli więc chcą Państwo mieć mnie na zawsze, mieć w domu artystę śpiewającego dobre, polskie przeboje, to zapraszam do pani Heni, tu obok. Tam, za pięćdziesiąt złotych, można nabyć album z moimi nagraniami. 120 piosenek na ośmiu płytach. Zapraszam!
Ponowne brawa. Prawdę powiedziawszy – odgłosy brawko podobne. Na dodatek przetykane tu i ówdzie gwizdami.
Pan Jacek niezrażony ani odrobinę ciągnął:
– Jak kupicie, będę śpiewał dalej, będę nagrywał nowe płyty. Tak długo, jak Bóg pozwoli.
Na wieść o Bogu gwizdy ucichły. Artysta wrócił więc do śpiewania. Po całym parku rozlały się dobrze znane dźwięki „Appassionaty”… Ale nie Sonaty fortepianowej nr 23 f-moll op. 57 Ludwiga van Beethovena, znanej jako „Appassionata”, tylko piosenki Hala Winna, amerykańskiego kompozytora i producenta muzycznego. Jego melodię podchwyciła pani Anna Jakowska, polska autorka tekstów, której nazwa Sonaty Beethovena – „Appassionata” (czyli z pasją, namiętnie) jakże trafnie wydała się dobrym tworzywem na tytuł i szlagwort. Tak oto z muzyki Amerykanina, z nazwy nadanej niemieckiej sonacie i z polskiego pomysłu zlepienia tego w całość przy pomocy tekstu, powstała ta „znana polska piosenka” – szlagier w kolekcji szlagierów Janusza Gniatkowskiego, jedna z tych piosenek, które pan Jacek Szydłowski wykonuje tylko dla Polaków:

Appassionata, wspomnienie dawnych dni,
Appassionata, melodia szczęścia chwil.
Dla ciebie grałem, gdy byłaś blisko mnie,
Swą wielką miłość
chciałem ci wyznać w niej.

Inną, powszechnie znaną, ciągle pamiętaną i lubianą przez publiczność „polską piosenką”, w których specjalizuje się pan Jacek, jest słynny meksykański utwór skomponowany przez Consuelo Velázqueza w 1940 roku, „Bésame mucho”, co znaczy „całuj mnie mocno”.
Z 1940 roku pochodzi także nie mniej sławna, napisana w Białymstoku, podczas gry w pokera, przez Jerzego Petersburskiego (muzyka) i Stanisława Laudana (tekst) „Błękitna chusteczka”… Czy jednak słusznie uchodzi ona za „polską”, skoro okoliczności jej narodzin są tak narodowościowo wątpliwe? Po pierwsze w 1940 roku Białystok był już pod sowiecką okupacją. Prawdziwi Polacy, należałoby się spodziewać, powinni być w lasach, a nie grać w pokera i melodyjki układać. Na dodatek ta piosenka – jak wspomina Laudan – jeszcze tej samej nocy została przetłumaczona na rosyjski. Tłumaczenie odbywało się zbiorowo. Tłumaczyli Henryk Gold, Petersburski, Laudan oraz, za przeproszeniem, Quart – szef Związku Muzyków w Białymstoku. Właściwie z marszu „Chusteczka” stała się jednym z największych przebojów Armii Czerwonej… No i co? „Polska” piosenka?
To niestety nie koniec. Oto, pod patriotycznym pretekstem artysta podtrzymuje przy życiu nawet takie coś:

Tam za górą jest granica,
Przy granicy jest strażnica,
A w strażnicy do swej lubej
Żołnierz pisał list…

Niby ładne, niby chwytające za serce, ale przecież napisane w 1950 roku! W samym środku stalinowskiej nocy. I to ma być utwór „tylko dla Polaków”?… Tego powinno się zakazać, to powinno się usuwać, jak ruskie pomniki!… Śpią w tym IPN-ie, czy do Ciechocinka nie jeżdżą?…
Wracając natknąłem się na jeszcze jednego muzyka. Śpiewał na ulicy. Miał głośnik, elektroniczne organy i miły uśmiech…

Gdzieś w hotelowym korytarzu krótka chwila
Splecione ręce gdzieś na plaży, oczu błysk,
Wysłany w biegu krótki list,
Stokrotka śniegu, dobra myśl
To wciąż za mało, moje serce, żeby żyć…

Przebój kogoś tak delikatnego jak Seweryn Krajewski, do tekstu kogoś tak lirycznego jak Agnieszka Osiecka, wykonywał człowiek-góra… Potężnie rozrośnięty w barach, wielki, z łapami do obsługi jakiejś maszyny budowlanej, a nie instrumentu klawiszowego. Raczej zbrojarz-betoniarz niż muzyk. A jednak śpiewał. Tak sobie, ale z wdziękiem.
Oparte o głośnik, napisane na kawałku kartonu, kopało po kostkach przechodniów jego artystyczne credo: „Zarabiam na życie jak w Madrycie”!

Sezon na klątwy i pytony

W Słupsku PiS rzuciło klątwę na „Klątwę”, która w tamtejszym teatrze ma być gościnnie pokazana pod koniec września. Żądają odwołania przedstawienia i podobno zebrali już tysiąc podpisów pod petycją.

 

Zakładam, że jeśli warszawski Teatr Powszechny w Warszawie powędruje z „Klątwą” Oliviera Frljicia – a powinien – po województwach, to będziemy świadkami 16 pisowskich klątw na „Klątwę”. Że też mnie nie przyszło nigdy dotąd do mózgownicy, żeby zebrać podpisy pod petycją z żądaniem odwołania ulicznych procesji Bożego Ciała. One cholernie obrażają moje uczucia niereligijne i drażnią mnie jak jasna cholera. Może odpowiedzieć PiS-owi pięknym za nadobne i podobnie potraktować ich uroszczenia?

 

PiS w teatrze czyli lis w kurniku

Tym razem – dokładnie mówiąc – w Instytucie Teatralnym im. Zbigniewa Raszewskiego. Wicepremier Gliński przymierza się do rozpisania konkursu na stanowisko dyrektora, choć kierująca obecnie IT Dorota Buchwald cieszy się uznaniem środowisk teatralnych, nikt jej niczego nie zarzuca ani nie kończy się żadna kadencja. List protestacyjny podpisało ponad tysiąc ludzi teatru, ale tak naprawdę po raz ostatni listem protestacyjnym artystów, konkretnie pisarzy, przejął się w 1964 roku Władysław Gomułka. Może profesor Gliński ukłuje obecną dyrektorkę szpilką? A poza tym, PiS nie powinno pchać swoich brudnych łap do teatru.

 

„Jaka to melodia?” „Żeby Polska była Polską”

„Dobra zmiana” dotarła do studia Roberta Janowskiego. Szła powoli, ale doszła. Ktoś musiał rzucić na niego klątwę, bo wróciła sprawą zmiany formuły programu „Jaka to melodia?”. Nie gustuję w tej audycji, bo jest moim zdaniem jest badziewiasta, ale pomysł by do popowych tematów muzycznych eksploatowanych przez prowadzącego dodać piosenki patriotyczne, w tym „wyklętych”, był jak żywcem wzięty z Barei. Janowski poprzednio obstał przy swoim, formuła pozostała po staremu, ale ktoś wyraźnie napiera na przeforsowanie „dobrej zmiany”. Wygląda to na samego Kurskiego, bo w sprawie ostatecznie nie tak w końcu strategicznej raczej mu się nikt do menu nie wtrąca, a na pewno nie Prezes. Jeśli się i tym razem Janowski nie ugnie, to tym razem ryzyko odebrania mu audycji jest większe. Podobno miałby ja przejąć po nim Jan Pietrzak. Wtedy w każdej audycji odgadywany będzie jakiś fragment „Żeby Polska była Polską”, a do tego dojdą brodate antykomunistyczne dowcipy pana Jana o partyjnych kacykach powiatowych z lat 50-tych.

 

Czy wojsko polskie obroni Westerplatte?

Tym razem „dobra zmiana” sama została zaskoczona dobrą zmianą. Na ogół wilk niesie, ale zdarza się, że czasem poniosą i wilka, gdy refleks zawodzi. Prezydent Gdańska Paweł Adamowicz, pomny tego, jak rok temu, 1 września na Westerplatte PiS ukradł mu imprezę, tym razem postanowił uprzedzić wydarzenie i zrezygnował, jako organizator, z reprezentacji Wojska Polskiego. Błaszczak z oburzenia aż zaskowyczał i zażądał zmiany decyzji. Tak jakby Adamowicz ukłuł jego figurkę szpilką. W odpowiedzi, Adamowicz oświadczył, że on, owszem, wojsko polskie zaprasza, ale tylko w roli gości na widowni. Honory domu będą więc pełnić harcerze, rok temu wykolegowani przez wojskowych na cacy, a właściwie przez pewną panią bodaj od Macierewicza, mistrzynię tej ceremonii rozpoczynanej o nieludzkiej porze 4.45. Tak czy inaczej, na półwyspie Westerplatte najwyraźniej ciąży klątwa od 1 września 1939. To tam sanacyjne wojsko Rydza po raz pierwszy wzięło manto od Niemiachów. Czy warto więc aż tak drzeć koty o ten pechowy skrawek ziemi?

 

Czarownice, wiedźmy i czarochy

Niedawno pisiorkowie oburzali się na Marię Nurowską, że przekłuwała szpilkami, w czarnoksięskim czy czarowniczym akcie, woskową figurkę Stanisława Piotrowicza, żeby go szlag trafił. Bez szpilek, ale jak czarownica postępuje Jadwiga Staniszkis w stosunku do Kaczora i jego Adriana. Po tym pierwszym, którego „Matka „Solidarności” rani regularnie, z wprawą sadystycznej pielęgniarki z horroru, zajęła się tym drugim. Dla niej Duda Andrzej, to jegomość „o błyszczących policzkach, bardzo z siebie zadowolony”. Duda to dla niej „karykatura prezydenta, aktor który gra prezydenta”. „Duda jest irytujący dla ludzi ceniących mocne kręgosłupy, nawet dla tych łamiących kręgosłupy innym” – dodaje Staniszkis. Przy Czarownicy Jadwidze, czarownica Maria ze swoimi szpilkami i woskową figurką, to prowincjonalna czaroszka, jak świętokrzyski Boruta przy Belzebubie, Władcy Wczechciemności. I z „Niezłomnego” została kupka nieszczęścia.

 

Koncert życzeń

W „New York Times” ukazał się artykuł, którego treścią były czarne spekulacje co do stanu zdrowia Najwyższego Prezesa. Jest tam między innymi wypowiedź politologa z Warszawy, dr Olgierda Anusewicza, który twierdzi, że ów stan jest bardzo zły i że „partia rządząca ukrywa prawdę bardziej niż ZSRR prawdę o stanie zdrowia Breżniewa”. Artykuł przywołał portal „Do Rzeczy”, na co ochoczo zareagowali jego czytelnicy. To co poniżej, to nie są bynajmniej wyłuskane wypowiedzi mniejszości. Podobny ton ma zdecydowana większość wypowiedzi. A oto niektóre z nich:
„PiS skończy na dnie bez Kaczyńskiego, tak jak wszystkie wodzowskie partie kończą. Przykład macie z PO, bez Tuska nie są w stanie zrobić niczego, ciągle przepychają się między sobą. A w PiS jest więcej chętnych do przejęcia władzy. To jedyne pocieszenie, że ta socjalistyczna rewolucja zaraz się skończy”.
„Dlaczego Jarosław Kaczyński trzyma w szafie truchło zdechłego w zeszłym roku kota?”
„Bez Kaczyńskiego to się rozsypie jak domek z kart. Żaden z wymienionych nie ma charyzmy. Imperium Hunów nie ma racji bytu bez Attyli”.
„Stasiek Bareja”: „O, oczko mu się odkleiło, temu pisiu”.
Gosposia: „Prezes umiera na naszych oczach. Nie pozostawił po sobie dzieci, żony, brata czy matki. Nigdy nie poznał ojca. Jego bratanica okazała się naiwną lafiryndą obracaną przez pechowych agentów obcych służb i płodzącą kolejne bękarty. Prezesowi trudno utrzymać koncentrację, logikę wypowiedzi czy jasność myśli. Przebąkuje tylko coś czasem do swojego kota: „To moja wina, moja. Nie musiałem go zabijać”. Życzę mu jak najszybszego spotkania z braciszkiem”.

 

„Alleluja”

„Ćwir, ćwir”: „My tu gadu gadu, a tam Błaszczak z Dudą rozmowy prowadzą, pociski w magazynach liczą”.
„Oby Jarosław K. doczekał procesu za zniszczenie Polski”
„PO-Bożny”: „Największy drań i szkodnik w dziejach Polski od upadku komuny od 1989 roku. Od 1989 roku pcha kij w szprychy, intryguję, mąci, uwstecznia, skłóca, szkodzi, niszczy. Niech zatem Pan dokończy dzieła, które rozpoczął na chrzcie świętym”.
„Kleryk”: „Prezes umiera na naszych oczach, jest coraz słabszy, ledwo może mówić. Każda najprostsza decyzja wymaga od niego niezwykłego wysiłku, do czego nie jest przyzwyczajony, wszystko zawsze otrzymywał od mamy na talerzu. Męczą go też koszmary. Nie rozstaje się ze swoim pistoletem, który dostał od SB w 1987 roku. Zalała go jego własna żółć”
„Godbye Coordoopel”: „Nie jest ważne, czy umrze za dzień, miesiąc czy kwartał. Kiedykolwiek to nastąpi, na drugi dzień PiS nie będzie. Rozerwą go wojny pretendentów. Tak sobie to zbudował, że wszystko wisi na nim i od tego padnie. Zatem, oby jak najszybciej. Modlę się o to każdego dnia”
„Niecierpliwy”: Oby jak najszybciej”.
„Im szybciej go nie będzie, tym lepiej dla Polski. Skończy się ten polski cyrk i może Polski nie wyrzucą z UE. Cały świat ma dosyć polskiego chamstwa”.
„Świadek historii”: „Znaczy się, tow. Jarosław jak Lonia Breżniew. Nadal przewodniczy obradom KCPiS, nie odzyskując przytomności. A co będzie jak USA wstrzymają dostawę części zamiennych?”
„Zniesmaczony”: „Wkrótce będzie się działo!!! Jasnowidz Jackowski przewidział gorący wrzesień. Oj, będzie się działo”
„Vox populi”: „To nie jest ścisła informacja, że z ch… na kaczych nogach nie jest dobrze. Z nim jest bardzo niedobrze. Oby jak najgorzej”.
„Horacy”: „Amerykanie wiedzą co piszą, maja dobry wywiad. Czołowi działacze PiS, pazerni na władzę i pieniądze niedługo skoczą sobie do gardeł”.
„Domowa pomoc” (treść usunięta)
Przypomina mi się oglądany w młodości francuski film kryminalny pod tytułem „Niech bestia zdycha” Claude Chabrola.
Niedawno pochowano na Powązkach powstańca warszawskiego, generała Zbigniewa Ścibora-Rylskiego, ps. „Motyl”. Pisowska tłuszcza tym razem nie wyła, bo „Motyl” nie przemawiał, lecz milczał sproszkowany w urnie. Z tego samego powodu „Wiadomości” Holeckiej-Adamczyka-Ziemca nie lustrowały go i jakby nigdy nic unosiły się nad jego cnotami, choć pogrzebu nie zaszczycili ani Duda ani Morawiecki, ani nawet szef MON, choć generała chowali.

 

Powrót starego pytona?

Potwierdza się sygnalizowany przeze mnie charakter afery wokół odsunięcia prezesa Polskiego Radia Jacka Sobali. To wojna „sakiewiczowszczyny” (Kluby „Gazety Polskiej”) z „kurszczyzną”, która reprezentuje jakoby bardziej „liberalną” część elektoratu PiS, zblatowaną z cyniczną „karnowszczyzną”. Coś jest na rzeczy, bo te orgie libertyńskiej swobody obyczajowej, jakie odbywają się w „Pytaniu na śniadanie” (Dwójka TVP), z tym gadaniem jak gdyby nigdy nic o „partnerach życiowych” (niesakramentalnych!!!), z tym iście francuskim hedonizmem kulinarnym, z tym brakiem odwołań do Boga i patriotyzmu, muszą „sakiewiczowszczyznę” drażnić, choć przede wszystkim drażni ją brak jawnego, formalnego dostępu do TVP. No i ten ten niesakramentalny ślub cywilny rozwodnika Kurskiego (Jacka) pobłogosławiony obecnością przez Karnowskich (biznes is biznes) oraz wicemarszałków Sejmu, Beatę Mazurek i Ryszarda Terleckiego, (podobno kolejną niesakramentalną parę w PiS, jak donosi jeden z tabloidów). Jaki „Kura” daje przykład? „Sakiewszczyzna” by to zniosła, bo i sam Sakiewicz nie jest bez grzechu, gdyby ją dopuszczono do telewizyjnego tortu na stole. A tu nie dość że nie, to jeszcze jej wyrywają państwowe radio. Sakiewicz otwartym tekstem i publicznie zadeklarował, że nie daruje ludziom, którzy „wkradli się w szeregi dobrej zmiany”, żeby szkodzić jemu i jego Klubom „Gazety Polskiej”. Zagroził, że będzie ich ścigał. W tej sytuacji bardziej czytelny staje się sens dwóch faktów. Po pierwsze, MSZ popiera projekt Ordo Iuris mający zastąpić wrażą, „genderową” konwencję antyprzemocową. Po drugie, zasygnalizowano możliwość powrotu do gry „starego pytona”, idola „Klubów „Gazety Polskiej” czyli Antoniego Macierewicza. Ma on podobno robić jakiś audyt w MON czyli grzebać tam Błaszczakowi po szufladach. Oba te fakty wyglądają na próbę udobruchania radykalnych, wpływowych klubów „sakiewiczowszczyzny”, na której utratę nie może sobie przecież Prezes pozwolić.

 

„Kler” zbliża się czyli worek, korek i rozporek

Z braku parlamentarzystów po Warszawie i po kraju snują się pytony. Jednak niedługo już tego dobrego. Parlamentarzyści wrócą na Wiejską, a inauguracja nowego, wyborczego sezonu politycznego zbiegnie się z premierą filmu Wojciecha Smarzowskiego „Kler”, w którym polskie duchowieństwo katolickie, od skromnego księżula na wsi do biskupa-flaszki w wykonaniu dawnego Janka Kosa, jawi się jako ruja, poróbstwo, chciwość, sodoma, gomora i ścierwo ostatnie. Słowem, worek, korek i rozporek. Jak powiedział pewien uczeń referując treść „Monachomachii” biskupa Ignacego Krasickiego: „Obżarstwo duchowieństwo opanowało”. Oj, będzie się działo.

Citius, altius, fortius

Przed udaniem się na plażę zaopatruję się w zestaw gazet, bo jakoś te kilka godzin trzeba przeżyć. Czy jest „Trybuna”? Pytam, bez nadziei na pozytywną odpowiedź, w kiosku.

 

Oczywiście, odpowiada pani. Czy jest „Gazeta Polska” – ta zawsze musi być, odpowiadam sobie w myśli. W moim kiosku we Wrocławiu starsze panie kupują ją, bo ksiądz tak nakazuje. Niestety zabrakło „Polityki”. ….Dostałam tylko jeden egzemplarz i już zszedł…. W poszukiwaniu „Polityki” udałem się na główną promenadę nadmorską w Ustce. Tam ją znalazłem. Na blacie leżały wszystkie dzienniki krajowe, a nie ma ich za wiele. Wśród nich także „Trybuna”. Leżała sobie skromnie obok „Gazety Polskiej”. Dobrze że są to tylko papierowe nośniki informacji, bo gdyby myślały to wojna w kiosku byłaby gotowa. „Trybuna” skromna, szczupła. Wiadomo, na opozycyjnej diecie. „Gazeta Polska” ociekająca tłustymi reklamami spółek skarbu państwa. Tak oto odbywa się wyprowadzanie pieniędzy z naszej kieszeni i zasilanie gazet tworzących front ideologiczny prawicy. Pamiętam że kiedy lewica była u władzy Trybuna także nie była rozpieszczana reklamami. Reklamowanie się w lewicowej gazecie uchodziło za obciach. Lewicowa władza wstydziła się lewicy.
Niestety na rynku gazetowym po lewej stronie nadal jest źle. Kiedy pytam znajomych, czy czytają „Trybunę” lub „Przegląd”, powiadają, że nie można ich kupić. Jest to bzdura. Kupić można, tylko się nie chce. Na lewicy panowało i nadal panuje intelektualne lenistwo. Widać to po marnej sprzedaży lewicowych czasopism. Kupowanie lewicowej prasy to także finansowy wkład w budowanie prasowego rynku po lewej stronie. Widać, że skromne poparcie dla lewicy koresponduje z marnym zainteresowaniem w zakupie lewicowej prasy. Obserwuję wielu znajomych i zagaduję na temat czytelnictwa. Oj niedobrze, niedobrze się dzieje na lewicy. Nie czytają prasy ci, którzy naprawdę powinni. Nic dziwnego, że prawica lepiej jest przygotowana do debat, do poszukiwania nowych idei, do zwyczajnego atakowania lewicy. A co na to lewica? Często nie za bardzo wie, co odpowiedzieć. Dała się zagonić do kąta, nie uczy się, nie czyta, nie pisze, a myśli, że posiadła wrodzoną mądrość.
W polityce jest tak jak w sporcie, Nie trenujesz, tracisz kondycję i umiejętności, spadasz do niższej ligi i w końcu odpadasz z rywalizacji. Dlatego szanowna Lewico trenuj. Czytaj, pisz, kupuj gazety, dyskutuj, poszukuj nowych rozwiązań. Czekanie na Mesjasza lewicy to strata czasu. Wykonywanie mechanicznych ruchów, budowanie struktur bez klarownej idei i wiedzy skazane jest co najwyżej na wegetację.