My – polska szlachta!

Liberum veto – możliwość unieważnienia uchwał Sejmu Najjaśniejszej Rzeczpospolitej sprzeciwem jednego posła – gnębiło nas od 1652 do 1791 roku. Było użyte 42 razy. Ale to nie wystarczyło.

W głębi szlacheckiej duszy części naszych Przodowników Polityki została tęsknota za tym rozwiązaniem. Nie mogą już stosować go w kraju, ale przecież ci niedorozwinięci zachodni Europejczycy stworzyli taką możliwość w skali międzynarodowej. Chcieli podstawiać nam nogę utrudniając marsz do świetlanej przyszłości, a podstawili urodziwego konia.

Nie chcemy obcej praworządności!

No to – Panowie Szlachta – wsiądźmy na tego konia, szable w dłoń i pokażmy tej zapyziałej Europie, jak można, po wstaniu z kolan i podniesieniu głowy, walczyć o suwerenność, wspieraną naszą własną, autorską praworządnością!

Przyznaję ze wstydem. Początkowo nie mogłem pojąć, dlaczego stopniowo wchodzimy w konflikt z Unią Europejską, dlaczego chcemy dużo stracić, a niewiele zyskać. Ale jako przestraszony sklerotyk posłuchałem wyjaśnień niektórych, przytłaczających swoją inteligencją, przedstawicieli rządzącej partii. I chyba częściowo zrozumiałem. Spróbuję nawet tą wiedzę nieco uporządkować, dając szansę jej zrozumienia innym sklerotykom i niedouczonej młodzieży.

Po pierwsze więc – okazało się, że ta Unia Europejska, do której chyba niepotrzebnie daliśmy się wciągnąć przez liberałów i postkomunistów, chce nas pozbawić tego, co cenimy najbardziej. Swobody i niezależności naszych władz w ustalaniu zasad rządzenia krajem i utrzymywania niezbędnej dyscypliny społecznej.

Naiwni Europejczycy sądzą, że można skutecznie zarządzać takim krajem jak Polska, bez centralizacji władzy w rękach szlachty, zgrupowanej w jednej grupie politycznej, prowadzonej pewną ręką genialnego stratega. Wprawdzie i ten strateg ma coraz trudniejsze życie, po jest skrycie podgryzany przez młodszych kandydatów do zajęcia jego miejsca, ale stworzony pod jego kierownictwem mechanizm otumaniania społeczeństwa, działa jeszcze dość sprawnie.

Naiwność Europejczyków sięga jeszcze dalej. Uważają, że nie jest wystarczające, jeśli sprawiedliwość jest w nazwie kierowniczego ugrupowania, że sędziowie, a nawet prokuratorzy, w naszym słowiańskim kraju. powinni być niezależni od centralnej władzy. To przecież oczywista bzdura! Skąd prokurator ma wiedzieć, kto jest, a kto nie jest winien, jeśli władza mu tego nie powie? Skąd sędzia ma wiedzieć, kogo zwolnić, a kogo i na jak długo „posadzić”? Przecież nie opanowaliśmy jeszcze telepatycznego wydawania poleceń. Porządek jest tylko wtedy, kiedy nie tylko prokuratorzy, ale i sędziowie, są przez centralną władzę powoływani i przepełnia ich wdzięczność za okazane zaufanie.

Niezbędna społeczna dyscyplina

Nie podoba się Europie także to, że nasza współczesna, partyjna szlachta, jest zwolenniczką nowoczesnych, dyscyplinujących metod psychologiczno – represyjnych, niesłusznie przez oponentów nazywanych „zamordyzmem”. Nie rozumieją, że bez zgodnego z naszym prawem stosowania tych metod, kobiety stale będą kwestionować zalecany przez Kościół całkowity zakaz aborcji, a rolnicy nie zechcą hodować zwierząt, tylko dla celów rozrywkowych lub estetycznych. Żeby to kwestionowanie odbywało się jeszcze w kulturalny sposób. Ale tak nie jest. Organizowane są burdy uliczne, używane nieprzyzwoite słowa, nawet posłowie. uchodzący za wzory spokoju i uprzejmości, biją naszych bezbronnych policjantów.
Ale to wszystko jest drobiazgiem w stosunku do zagrożeń moralności i wierności odwiecznym zasadom, jakie mogą nam grozić pod wpływem zachodniej Europy. Słabsza psychicznie część naszej młodzieży może rezygnować z nauczania religii, zmniejszać tradycyjną pobożność i zwiększać krytycyzm wobec instytucjonalnego kościoła Będą powtarzać bezbożne slogany o państwie świeckim, które przecież nie pasuje do naszych tysiącletnich zwyczajów.

Bezbożność nie będzie jednak przeszkadzała Europie w domaganiu się naszego solidarnego udziału w zagospodarowaniu czarno i śniadoskórych imigrantów, napływających głównie z ciągle dzikiej Afryki. A przecież to w większości muzułmanie, z natury niebezpieczni, zwłaszcza dla naszych kobiet. Ta ich religia pozwala na posiadanie kilku żon, co chwilami może być zabawne, ale przecież, na co dzień, jest trudne do zniesienia. I wpływa deprymująco na naszą młodzież.

Wymuszanie niesłusznych upodobań

Będą od nas także wymagać, abyśmy byli tolerancyjni wobec tych, którzy naruszają nasze prawa i nie chcą traktować rodziny tylko, jako związku mężczyzny i Kobiety. Każą nam szanować „seksualnych odmieńców”, nie pozwolą na tworzenie obszarów wolnych od LGBT, nie będą się zgadzać na deptanie udających sztandary szmat, w budzących naszą odrazę kolorach tęczy. Namawiać będą do dawania ślubów parom jednopłciowym, a może nawet pozwalania im na adoptowanie dzieci. Jeden z naszych prawych i sprawiedliwych uchodzący za „fontannę inteligencji” przewiduje nawet, że zmuszą nas do organizowania targów, na których sprzedawane będą dzieci, jak kiedyś w Ameryce czarni niewolnicy. Ale z tego nasi przyjaciele Amerykanie już dawno zrezygnowali. Szkoda – bo nie będą mogli przysłać nam wykwalifikowanych organizatorów takich imprez, tak, jak przysyłają żołnierzy.

Grozi nam także zamach na przyjętą u nas hierarchię troski i szacunku wobec określonych grup społecznych. Będą wymagali, abyśmy na czele tej hierarchii umieścili kobiety samotnie wychowujące dzieci, zwłaszcza niepełnosprawne. Potem pary wychowujące dzieci, potem pary bezdzietne, ale opiekujące się starszym pokoleniem. Na końcu tej „drabiny społecznej troski” będą single w wieku produkcyjnym.

To znowu oczywisty nonsens, odwracający nasze sprawiedliwe zwyczaje. Wiadomo przecież, że największą troską i ochroną trzeba otoczyć samotnych, starszych mężczyzn, zasłużonych dla kraju, i wychowujących kota albo psa. A na końcu matki z niesprawnymi dziećmi, którymi i tak opiekują się różne organizacje pozarządowe.

Lista zagrożeń ze strony Europy jest tak długa, że trzeba zastanowić się poważnie nie tylko nad wetowaniem jej budżetu, ale także nad sensem uczestniczenia w tym nieodpowiedzialnym gronie. To prawda, że o naszym uczestnictwie decydowaliśmy w oparciu o wyniki odpowiedniego referendum. Teoretycznie opinię społeczną o naszym odejściu powinniśmy – jak Anglicy – też uzyskać w tej formule. Ale w praktyce, prawi i sprawiedliwi, mogą to zrobić na postawie nieomylnej oceny aparatu władzy. W państwie rządzonym w formie dyktatury, wszystko jest możliwe. A ją już mamy. Jeszcze młodą, raczkującą, ale o strukturze żarłocznej gąbki, wchłaniającej stopniowo kolejne atrybuty władzy.

Zjeść ciastko i mieć ciastko

Polacy popierają weto i nie chcą praworządności, ale chcą pieniądze od państw, gdzie aborcja jest legalna, nie ma politycznej nienawiści wobec osób o innej orientacji i nie ma nagonki na komunizm.

Chcą mieć ciastko i zjeść ciastko. Być autorytarnym państwem policyjnym, gdzie leje się kobiety na protestach, mieć prawo wyboru partii, które to akceptują i rozwalają system prawny, a jednocześnie dostawać za to nagrody od – przynajmniej zdaniem władzy – lewackiej i martwej
moralnie Europy.

To się nie uda. Suwerenność narodowa nie oznacza prawa do bycia oprawcą i ponad nią są jeszcze szersze i ważniejsze wartości.
Europejscy pracownicy widzą co się w Polsce dzieje i ich solidarność ze społeczeństwem wybierającym Kaczyńskiego będzie umierać. Tak, ze SPOŁECZEŃSTWEM, nie z Kaczyńskim. Bo żadne społeczeństwo nie ukryje się za wybieranymi przez siebie politykami. To już nie są lata 30-te. Oczywiście, że z nacjonalizmu oraz skrajnego klerykalizmu wynika zerwanie z UE, bo Europa nie jest faszyzująca i nie da zgody na nagonkę na mniejszości, czy też np. na piekło kobiet.

PiS nie ma już prawie żadnych sojuszników i jest w UE tylko dla kasy, ale chce tej kasy na robienie w Polsce katopatriarchatu, dyktatury i nacjonalistycznego reżimu. Tak się nie da.

Ziobro i spółka myślą, że okiwają całą Europę, ale skończy się to wszystko tak, że wyzysk będzie zarówno narodowy, międzynarodowy i jeszcze do tego skończą się wszelkie dotacje.

Zdawajmy sobie jednak sprawę z tego, że oni tego pragną. To nie jest wypadek przy pracy. Biedny, ciemny oraz głęboko odizolowany obóz katolicko-narodowy to ich cel i jedyna wersja Polski w której mogą zachować władzę. Jeszcze będą musieli zakazać Netfliksa, czy cenzurować internet. I o tym też już marzą.

Zaczęło się od 500+, a skończy na – 1000… €.

A kapitał wygra przy każdym rozstrzygnięciu. Nawet bardziej na odcięciu Polski od UE. Ciemnogród odcięty od świata i dotacji to kolejna wielka emigracja i desperacja pracowników, jeszcze tańsza siła robocza…

Brukselski trójkąt niemocy

Jest taki trójkąt polityczny, w którym ginie idea europejskiej współpracy przyświecająca inicjatorom integracji gospodarczej i politycznej na naszym kontynencie.

Wierzchołkami trójkąta są Bruksela (a czasem Strasburg, w zależności od tego, gdzie aktualnie funkcjonuje europejski parlament), Warszawa i Budapeszt. Znaczną część pola niemocy wewnątrz trójkąta zajmują Niemcy – europejski motor zmian, hamulcowy i oportunista w jednym. Symbolem tych czasów stała się Angela Merkel, sprawująca urząd kanclerza Niemiec i jednocześnie lidera UE od roku 2005, czyli niemal od czasu wielkiego rozszerzenia Unii na kraje byłego bloku wschodniego.

Angela Merkel wytrwale budowała swoją i Niemiec pozycję polityczną. Dziś jej partia nie ma z kim przegrać wyborów w Niemczech, ale i sama Angela nie ma komu zostawić rządów. Merkel jest też liderką Europejskiej Partii Ludowej, największej grupy politycznej europarlamentu, od wielu lat decydującej o składzie Rady Europy i polityce europejskiej. Roli tej w żadnym stopniu nie umniejsza fakt, że przewodniczącym EPL, przynajmniej nominalnie, jest Donald Tusk.

W Brukseli toczą się więc gry polityczne – o ile oczywiście nie toczą się w Berlinie. Pozostałe wierzchołki trójkąta są w trwałych relacjach z Brukselą… i Berlinem.

Ciekawa jest sytuacja w Budapeszcie. Mimo względnie młodego wieku Victor Orban to weteran walki z socjalistycznym reżimem, współzałożyciel FIDESZ, uczestnik węgierskiego okrągłego (trójkątnego) stołu. Zdążył jeszcze być stypendystą Fundacji Sorosa na Uniwersytecie Oksfordzkim. Zainteresowanych tą postacią zachęcam do sięgnięcia po wydaną przez tygodnik „Przegląd” książkę „Co ma Victor Orban w głowie” Amélie Poinssot, francuskiej dziennikarki specjalizującej się w problematyce Europy Środkowej i Wschodniej. FIDESZ, partia Orbana, sprawuje władzę na Węgrzech nieprzerwanie od 2010 roku. Jest członkiem (o czym nie wszyscy wiedzą lub chcą pamiętać) Europejskiej Partii Ludowej – tej samej, której nieformalną liderką jest Angela Merkel, a formalnym przewodniczącym Donald Tusk. Taki układ na pewno pomógł Orbanowi w umacnianiu własnej pozycji w kraju oraz w przyciąganiu inwestycji zagranicznych. Pod tym względem Węgry skutecznie konkurowały z Polską. Na ulokowanie na Węgrzech całkiem nowych fabryk zdecydowały się Daimler (Mercedes) i Volkswagen (AUDI). Daimler otworzył pierwszą fabrykę u Orbana już w 2012, a drugą w 2019 roku. Duże przedsiębiorstwa mają tam także Bosch i Continental, a w tym roku BMW rozpoczęło budowę nowej fabryki w Debreczynie. Warto przypomnieć, że drugim co do wielkości akcjonariuszem Volkswagena (20% akcji) jest niemiecki land Dolnej Saksonii. Niemcy są największym zagranicznym inwestorem na Węgrzech i odbierają prawie 30% węgierskiego eksportu. Niemieccy inwestorzy bardzo sobie chwalą politykę rządu Orbana oraz wsparcie dla ich inwestycji. Różnice w rozkładaniu akcentów w wielu aspektach europejskiej polityki społecznej i gospodarczej w Niemczech i na Węgrzech nie wydają się im przeszkadzać, a może nawet cieszą się ich cichym poparciem.

FIDESZ mimo zapowiedzianego weta wobec unijnego budżetu i klauzuli o przestrzeganiu zasad praworządności może w ostatniej chwili wycofać się z tej decyzji, udając, że wierzy w zapewnienia unijnych polityków. To akurat ciekawe, bo w porównaniu z Polską, przynajmniej formalnie, Węgry wyglądają na kraj bardziej praworządny. Zgodnie z prawem FIDESZ po uzyskaniu wymaganej większości parlamentarnej zmienił węgierską konstytucję, system wyborczy i liczbę członków parlamentu. Działania rządu Orbana w sferze mediów, nauki i edukacji budzą natomiast poważne wątpliwości. Dawny stypendysta Sorosa wyrzucił z Węgier uczelnię swojego dobroczyńcy. Woli opierać się na współpracy z lokalnymi milionerami, tzw. oligarchami Orbana. System państwa prywatnego (sprywatyzowanego) nie podoba się nawet naszemu Klubowi Jagiellońskiemu.

O ile węgierski czubek (wierzchołek) trójkąta nie powstałby raczej bez wydatnej pomocy Brukseli (czy może Niemiec), o tyle nasz warszawski, trzeba szczerze powiedzieć, wyhodowaliśmy sobie sami i to – muszę z bólem przyznać – w dużej części w Krakowie. Głęboko w pamięć zapadł mi niedoszły „premier z Krakowa” i jego hasło „Nicea albo śmierć”. Hasło to stało się, niestety, stanowiskiem rządu. Zapewne mało kto dziś wie, o co wtedy chodziło (o tryb głosowania w Radzie Unii Europejskiej i możliwość blokowania decyzji), ale hasło się utrwaliło. Sojusznikiem Polski – tymczasowym – była wtedy Hiszpania. Nicea nie okazała się szczęśliwa. Premier Miller stracił władzę, traktat unijny ratyfikowano, a „premier z Krakowa” nie został premierem i niedługo potem zniknął z polityki. Karty zaczął rozdawać Prezes Jarosław.

Wśród obecnie rządzących jest jednak sporo osób związanych z Krakowem, choćby wicepremier Gowin i minister (nieomal wicepremier) Zbigniew Ziobro. To Ziobro ponownie użył narodowo-suwerennościowej argumentacji w debacie o unijnych zasadach. Teraz chodzi jednak nie o siłę głosów, lecz o (nie)praworządność – w haśle „Nicea albo śmierć” Niceę zastąpiono (nie)praworządnością. Argumentacja okazała się na tyle nośna, że wykorzystał ją premier Morawiecki w swoim sejmowym wystąpieniu. Jego europejskie weto wsparto stosowną uchwałą Sejmu, co raczej nie jest wielkim zaskoczeniem. Jak podał portal Onet, dziennikarze austriackiego POLITICO nazwali przemowę Morawieckiego dziecinadą, ale warto pamiętać, że podobnymi argumentami operują jawni przeciwnicy UE i że podobnym językiem posługiwali się brytyjscy inicjatorzy brexitu.

A przecież brakło głosów zaledwie pięciorga posłów, by Zbigniew Ziobro trafił w roku 2012 przed Trybunał Stanu za całokształt swojej działalności w pierwszym rządzie PiS‑u.

Przed nami kolejny odcinek gry o tron (europejski). Wielu spekuluje, że Victor Orban po zakulisowych negocjacjach z niemieckimi partnerami wycofa się z weta, zapewniając o bezpieczeństwie niemieckich inwestycji na Węgrzech i uzyskując obietnice dalszej pobłażliwości unijnych partnerów i instytucji. Rząd Kaczyńskiego/Morawieckiego ze swoim nieistotnym już wtedy wetem zostałby sam. Straty dla Polski i Polaków byłyby nie do odrobienia. Winą za to jednak należy obarczyć również resztę klasy politycznej, która pozwoliła grupie aktualnie trzymającej władzę przetrwać i dorwać się znów do… krzeseł.

Liczy się każdy cent

Z wetem Polaków i Węgrów i z zachowaniem starej Unii mam zgryz. Bo, jak to u nas na wsi, i tu trochę racji, i tu, choć sąsiedzi, drąc się na siebie nawzajem, uznają tylko racje własne, a nad cudzymi nawet nie chcą podumać. Dla przyzwoitości warto czasem pomyśleć, o co chodzi tym drugim. O co idzie im naprawdę. Bo przecież o coś musi.

Premier Morawiecki tłumaczy, że nie może być naszej zgody na nowe zapisy unijnego budżetu, który, podług nich, będzie teraz powiązany z praworządnością, bo to dla nas utrata suwerenności. Obecnie, wszystkie decyzje w sprawie pieniędzy na kolejne lata dla państw członkowskich, zapadają w wyniku budżetowego kompromisu, tj. takiej sytuacji, kiedy żadna ze stron nie jest do końca zadowolona. Tym razem, jeśli wierzyć temu, co mówią nam zewsząd politycy i komentatorzy, ma być tak, że jak praworządność w jakimś unijnym kraju będzie naruszana, pieniądze będą wstrzymywane. I tu nie mam wątpliwości co do słuszności zapisów. Te pojawiają się, kiedy uprzytamniamy sobie, kto ma o naruszeniach owej praworządności decydować. A mają to robić nie niezawisłe, unijne sądy, tylko większość zwykła krajów i rządów państw członkowskich. O tym, czy coś nosi znamiona łamania prawa nie zadecyduje sędzia, tylko polityk. Idąc tym tropem, łatwo sobie wyobrazić, że można zmontować polityczną koalicję kilku państw, oskarżyć rządy kraju który nie jest w naszej bandzie, o łamanie standardów państwa prawa, osądzić go większością głosów i zarżnąć brakiem dotacji. To w ostateczności. Wcześniej można wywierać na takie państwo, zwłaszcza mniejsze i biedniejsze, nacisk, że jeśli nie przyjmiecie dyrektyw o tym i owym po naszej myśli, to mamy zawsze hamulec bezpieczeństwa w postaci powiązanego mechanizmu. I nie bójcie się, coś tam się zawsze u was na was znajdzie. Nie jest to znowu taka wielka fantasmagoria, wyobrazić sobie taką lub podobną sytuację. Mówi o tym premier Słowenii, mówi nasz, mówi węgierski. Każdy mówi to samo, choć każdy gra o coś innego i przed czym innym ucieka. Nasz, przed frakcją Ziobry, który liczy sekundy, żeby móc go upokorzyć na oczach wyborców. To przede wszystkim. O łamaniu konstytucji, barbarzyńskich zapisach ustaw antyaborcyjnych i walkach z pseudoideologiami, Europa już od dawna wie. Orban gra głównie przeciw polityce migracyjnej, której boi się najbardziej i to na tym polu ma najwięcej do stracenia. Podobnie jak Słoweńcy. Czemu jednak sądzę, że pomimo, nie do końca przestrzelonej argumentacji, należy budżet zamknąć takim, jakim jest tu i teraz?

Sytuacja z budżetowym patem przypomina mi odrobinę akcję z kupowaniem przez Glińskiego „Damy z Gronostajem” od fundacji jaśniepaństwa. Polski rząd wydał ciężkie pieniądze podatników dla rodziny Czartoryskich, bo nie godziło się, żeby srebra rodowe nie były w naszym, znaczy się, państwowym, władaniu. Będą sobie wisieć, tak jak wisiały, z tą różnicą, że już nie książęce, a państwowe, bo za państwowe kupione. Nie ważne, że mało kogo obchodzi, czy, jak płaci za bilet i ogląda „Damę”, to płaci fundacji czy państwu, bo płaci cały czas tak samo. Ważne, że zarobił książę hrabia, bo minister ulał mu z budżetowego skarbca. Pieniądz jest najważniejszy. W tym wypadku pieniądz zmarnotrawiony. Za który można by, z puli ministerstwa, nie tylko nagradzać swoich pretorianów, ale ufundować dziesiątki stypendiów dla zdolnych uczniów szkół muzycznych i plastycznych, doposażyć sale lekcyjne, kupić pomoce naukowe, wysłać dzieci z wiejskich szkół do teatru. Zainwestować w człowieka.

Postanowiono zainwestować w płótno. Może piękne i doniosłe, ale zupełnie martwe, kiedy dookoła tylu żywych mogłoby się najeść za to kulturą do syta.

Negocjując budżet na najtrudniejsze czasy od planu Balcerowicza, Polacy muszą pamiętać, że idą się bić o kasę dla swoich ludzi. Dla całego narodu. Pisowskiego, platformianego, komuszego, klerykalnego. Całego. Tych pieniędzy ma być w wynegocjowanym budżecie dla nas jak najwięcej. Bo z nich będziemy mozolnie odbudowywać z gruzów gospodarkę, po covidowym blitzkriegu. Choćby Niemcy i Francja zapisały w budżecie uzależnienie dotacji od długości prącia głowy państwa, trzeba się na to zgodzić i wybierać na prezydenta odpowiedniego kandydata. Bo liczy się nie on, tylko unijna pomoc. Choćby Holendrzy i Hiszpanie uzależnili wypłatę środków od liczby homoseksualistów w kadrze narodowej skoczków w dal, trzeba wymienić ilu będzie trzeba i brać dotacje jak największe i jak długo się da. Bo te pieniądze pomogą ludziom. Dadzą im pracę. A praca da im chleb. Nadzieję, że przyszłość ich i ich dzieci może być jeszcze trochę weselsza niż teraz. Przynajmniej do 2064 roku, kiedy tor planetoidy ma się przeciąć z atmosferą Ziemi. Musimy więc walczyć o pieniądze, jak najwięcej pieniędzy, a nie o guzik od płaszcza, choć to może i honorowe a nawet i nie do końca bez sensu, ale pieniędzy ludziom nie da. A budżet unijny da. Człowiekowi. Temu, który nie ma. A tych jest wielu. I będzie jeszcze więcej.

Stanowisko Prezydium RN PPS w sprawie zapowiedzi weta budżetu unijnego

Rząd Mateusza Morawieckiego zagroził Unii Europejskiej wetem budżetu unijnego i pakietu pomocowego mającego na celu przezwyciężenie skutków kryzysu wywołanego pandemią, jeśli powiązane one będą z przestrzeganiem praworządności.

Rząd i Zjednoczona Prawica tłumaczą to, na użytek wewnętrzny, groźbą utraty suwerenności Polski, która ma według nich, w świetle prawa unijnego, swobodę kształtowania prawa związanego z porządkiem prawnym w Polsce. W mediach nasilają się nawoływania przedstawicieli Solidarnej Polski i PiS do opozycji sugerujące, że suwerenność państwa jest podstawową racją stanu i ma ona moralny obowiązek poparcia groźby weta.

Co oznacza dla Zjednoczonej Prawicy zachowanie suwerenności w zakresie praworządności:

– dalsze podporządkowanie wymiaru sprawiedliwości władzy wykonawczej, aby mogła ona w zależności od interesu swoich urzędników swobodnie wyrokować, kto jest winien przestępstwa, a kogo normy prawne nie obowiązują,

– opanowanie mediów prywatnych, aby prowadziły zakłamaną propagandę rzekomych sukcesów władzy, podobnie jak to czyni telewizja zwana niesłusznie publiczną lub narodową,

– natężenie indoktrynacji światopoglądowej i pseudonarodowej w szkołach, kosztem uniwersalnych wartości, co w marzeniach rządzących ma doprowadzić do wychowania pokolenia bezmyślnych, lecz wiernych obywateli,

– dalsze fałszowanie historii i budzenie nastrojów nacjonalistycznych w społeczeństwie,

– całkowite odebranie kobietom ich praw osobistych do dysponowania wg własnej woli swoim ciałem i zepchnięcia kobiet do rozumianej archaicznie roli żony i matki,

– pogłębianie podziałów w społeczeństwie jako przykrywka dla nietrafnych decyzji wynikających z własnej nieudolności.

Stanowczo stwierdzamy, że nie interesuje nas taka suwerenność.

Efektem ewentualnego weta może być pozbawienie Polski, a więc jej społeczeństwa środków pomocy finansowej UE w wysokości 776mld zł, bez której kryzys gospodarczy trwać będzie długie lata, a społeczeństwo cierpieć będzie niewyobrażalną biedę.

Wyrażamy swoje oburzenie faktem rozważania przez rządzących takiego scenariusza.

Zjednoczona prawica wywodzi swoje prawo do dowolnego kształtowania norm prawnych wolą narodu- suwerena, który powierzył im władzę w wyniku wyborów. Suweren został oszukany, bo w trakcie kampanii wyborczej nie informowano suwerena o planach pozbawiania go podstawowych praw związanych z osobistą wolnością, lecz mamiono doraźnymi korzyściami finansowymi.

Suwerenności państwa nie stanowi wartości uniwersalnej i musi odwoływać się do jej efektywności, czyli zdolności do ponoszenia odpowiedzialności za realizację potrzeb i wolności własnych obywateli.
Polska Partia Socjalistyczna walcząc o suwerenność narodu polskiego poddanego obcym mocarstwom walczyła jednocześnie o ustanowienie społeczeństwa sprawiedliwego i cieszącego się wolnościami osobistymi. Znalazło to swój wyraz w decyzjach pierwszych rządów po odzyskaniu niepodległości w 1918 roku których premierami byli działacze PPS Ignacy Daszyński i Jędrzej Moraczewski.

Przedkładamy to pod rozwagę.