Liczy się każdy cent

Z wetem Polaków i Węgrów i z zachowaniem starej Unii mam zgryz. Bo, jak to u nas na wsi, i tu trochę racji, i tu, choć sąsiedzi, drąc się na siebie nawzajem, uznają tylko racje własne, a nad cudzymi nawet nie chcą podumać. Dla przyzwoitości warto czasem pomyśleć, o co chodzi tym drugim. O co idzie im naprawdę. Bo przecież o coś musi.

Premier Morawiecki tłumaczy, że nie może być naszej zgody na nowe zapisy unijnego budżetu, który, podług nich, będzie teraz powiązany z praworządnością, bo to dla nas utrata suwerenności. Obecnie, wszystkie decyzje w sprawie pieniędzy na kolejne lata dla państw członkowskich, zapadają w wyniku budżetowego kompromisu, tj. takiej sytuacji, kiedy żadna ze stron nie jest do końca zadowolona. Tym razem, jeśli wierzyć temu, co mówią nam zewsząd politycy i komentatorzy, ma być tak, że jak praworządność w jakimś unijnym kraju będzie naruszana, pieniądze będą wstrzymywane. I tu nie mam wątpliwości co do słuszności zapisów. Te pojawiają się, kiedy uprzytamniamy sobie, kto ma o naruszeniach owej praworządności decydować. A mają to robić nie niezawisłe, unijne sądy, tylko większość zwykła krajów i rządów państw członkowskich. O tym, czy coś nosi znamiona łamania prawa nie zadecyduje sędzia, tylko polityk. Idąc tym tropem, łatwo sobie wyobrazić, że można zmontować polityczną koalicję kilku państw, oskarżyć rządy kraju który nie jest w naszej bandzie, o łamanie standardów państwa prawa, osądzić go większością głosów i zarżnąć brakiem dotacji. To w ostateczności. Wcześniej można wywierać na takie państwo, zwłaszcza mniejsze i biedniejsze, nacisk, że jeśli nie przyjmiecie dyrektyw o tym i owym po naszej myśli, to mamy zawsze hamulec bezpieczeństwa w postaci powiązanego mechanizmu. I nie bójcie się, coś tam się zawsze u was na was znajdzie. Nie jest to znowu taka wielka fantasmagoria, wyobrazić sobie taką lub podobną sytuację. Mówi o tym premier Słowenii, mówi nasz, mówi węgierski. Każdy mówi to samo, choć każdy gra o coś innego i przed czym innym ucieka. Nasz, przed frakcją Ziobry, który liczy sekundy, żeby móc go upokorzyć na oczach wyborców. To przede wszystkim. O łamaniu konstytucji, barbarzyńskich zapisach ustaw antyaborcyjnych i walkach z pseudoideologiami, Europa już od dawna wie. Orban gra głównie przeciw polityce migracyjnej, której boi się najbardziej i to na tym polu ma najwięcej do stracenia. Podobnie jak Słoweńcy. Czemu jednak sądzę, że pomimo, nie do końca przestrzelonej argumentacji, należy budżet zamknąć takim, jakim jest tu i teraz?

Sytuacja z budżetowym patem przypomina mi odrobinę akcję z kupowaniem przez Glińskiego „Damy z Gronostajem” od fundacji jaśniepaństwa. Polski rząd wydał ciężkie pieniądze podatników dla rodziny Czartoryskich, bo nie godziło się, żeby srebra rodowe nie były w naszym, znaczy się, państwowym, władaniu. Będą sobie wisieć, tak jak wisiały, z tą różnicą, że już nie książęce, a państwowe, bo za państwowe kupione. Nie ważne, że mało kogo obchodzi, czy, jak płaci za bilet i ogląda „Damę”, to płaci fundacji czy państwu, bo płaci cały czas tak samo. Ważne, że zarobił książę hrabia, bo minister ulał mu z budżetowego skarbca. Pieniądz jest najważniejszy. W tym wypadku pieniądz zmarnotrawiony. Za który można by, z puli ministerstwa, nie tylko nagradzać swoich pretorianów, ale ufundować dziesiątki stypendiów dla zdolnych uczniów szkół muzycznych i plastycznych, doposażyć sale lekcyjne, kupić pomoce naukowe, wysłać dzieci z wiejskich szkół do teatru. Zainwestować w człowieka.

Postanowiono zainwestować w płótno. Może piękne i doniosłe, ale zupełnie martwe, kiedy dookoła tylu żywych mogłoby się najeść za to kulturą do syta.

Negocjując budżet na najtrudniejsze czasy od planu Balcerowicza, Polacy muszą pamiętać, że idą się bić o kasę dla swoich ludzi. Dla całego narodu. Pisowskiego, platformianego, komuszego, klerykalnego. Całego. Tych pieniędzy ma być w wynegocjowanym budżecie dla nas jak najwięcej. Bo z nich będziemy mozolnie odbudowywać z gruzów gospodarkę, po covidowym blitzkriegu. Choćby Niemcy i Francja zapisały w budżecie uzależnienie dotacji od długości prącia głowy państwa, trzeba się na to zgodzić i wybierać na prezydenta odpowiedniego kandydata. Bo liczy się nie on, tylko unijna pomoc. Choćby Holendrzy i Hiszpanie uzależnili wypłatę środków od liczby homoseksualistów w kadrze narodowej skoczków w dal, trzeba wymienić ilu będzie trzeba i brać dotacje jak największe i jak długo się da. Bo te pieniądze pomogą ludziom. Dadzą im pracę. A praca da im chleb. Nadzieję, że przyszłość ich i ich dzieci może być jeszcze trochę weselsza niż teraz. Przynajmniej do 2064 roku, kiedy tor planetoidy ma się przeciąć z atmosferą Ziemi. Musimy więc walczyć o pieniądze, jak najwięcej pieniędzy, a nie o guzik od płaszcza, choć to może i honorowe a nawet i nie do końca bez sensu, ale pieniędzy ludziom nie da. A budżet unijny da. Człowiekowi. Temu, który nie ma. A tych jest wielu. I będzie jeszcze więcej.