Trzecia klęska Heynena

Reprezentacja Polski siatkarzy przegrała w półfinale mistrzostw Europy ze Słowenią 1:3. Nawet jeśli był to najlepszy mecz w turnieju, nie zmienia to jednak faktu, że pod wodzą Vitala Heynena biało-czerwoni ponieśli klęskę w trzeciej tegorocznej imprezie – po Lidze Narodów i turnieju olimpijskim. Tej oceny nie zmienia nawet brązowy medal wywalczony po zwycięstwie 3:0 nad Serbią. Trzeba Belga pożegnać ozięble i oddać kadrę w lepsze ręce.

Przegrana ze Słowenią to kolejna porażka reprezentacji Polski z rodzaju niewytłumaczalnych. I druga w tym roku, po ćwierćfinałowej klęsce z Francją w turnieju olimpijskim w Tokio. Biało-czerwoni mieli wszystkie atuty po swojej stronie – grali u siebie, przy żywiołowym dopingu wypełnionych niemal po brzegi trybun katowickiego Spodka, a Heynen miał do dyspozycji wszystkich graczy 14-osobowej kadry. I mimo to nie udało się pokonać słoweńskiej drużyny prowadzonej przez Alberto Giulianiego, która nie zakwalifikowała się na igrzyska w Tokio, a na mistrzostwach świata zagrała tylko raz i nie odegrała w nich większej roli. Słoweńcy rekompensowali sobie te niepowodzenia w mistrzostwach Europy, na dodatek w czterech ostatnich edycjach robili to zawsze kosztem polskiego zespołu. W 2015 roku biało-czerwoni przegrali z nimi w Sofii w ćwierćfinale, w 2017 roku w barażach o ćwierćfinał przed własną publicznością, w 2019 roku w wypełnionej po brzegi słoweńskimi kibicami Arenie Stozice w Lublanie w półfinale, a w tym roku także w półfinale nie dali im rady nawet w „Spodku”.
Można oczywiście powiedzieć, że nasi siatkarze popadli w jakiś „słoweńska klątwa”, coś na wzór „klątwy olimpijskich ćwierćfinałów”, bo na tym etapie odpadali we wszystkich startach na igrzyskach w XXI wieku. Zapewne jakiś wpływ na postawę naszych graczy to ma, skoro w Tokio lęk przed ćwierćfinałową porażka skutecznie splątał im nogi w meczu z Francją, zaś w sobotę podobny paraliż przeszkodził im w zwycięstwie nad Słoweńcami, chociaż po koncercie gry w pierwszym secie to zwycięstwo było dla wszystkich oczywistą oczywistością.
To chyba nie jest przypadek, że nasi siatkarze od zdobycia w 2018 roku mistrzostwa świata potem przegrali właściwie wszystkie najważniejsze mecze. Dlaczego tak się dzieje, skoro ponoć mamy najliczniejszą na świecie kadrę wyśmienitych zawodników, z których można bez żadnego trudu zestawić trzy mocne drużyny, zdolne walczyć o najwyższe laury. Dlaczego Heynenowi nie udało się stworzyć drużyny tak mocnej, żeby zdobyła i olimpijskie złoto, i mistrzostwo Europy, a także dla rozrywki i podtrzymania formy wygrała również Ligę Narodów? Dlaczego nasi siatkarze, tak doświadczeni i ograni na wielkich imprezach, jak Bartosz Kurek, Michał Kubiak czy Fabian Drzyzga nie wytrzymali mentalnie tegorocznych wyzwań i zawiedli pokładane w nich nadzieje. A gdy presji nie wytrzymali liderzy kadry, ich śladem poszła reszta i nagle wszyscy nasi siatkarze w trzecim secie meczu ze Słowenią zaczęli popełnić kardynalne błędy i zespół rozpadł się na kawałki.
Nie ma żadnego powodu do dyskusji, czy Vital Heynen powinien nadal prowadzić polska kadrę. Wyniki jego pracy są jednoznacznie dyskwalifikujące go w tej roli. Chłop niewątpliwie bardzo chciał dobrze, ale ewidentnie nie poradził sobie z prowadzeniem kadry, w której ma co najmniej 30 równorzędnych zawodników. Sztuką jest wybrać z nich graczy odpowiednich, a nie o najgłośniejszych nazwiskach. Sztuka też jest dobrze przygotować zespół do turnieju – fizycznie, taktycznie i mentalnie. Wygląda na to, że Heynen tego dobrze nie potrafi robić, ale ta jego nieumiejętność wychodziła w najważniejszych meczach, gdy po drugiej stronie siatki stawali rywale nie gorsi, za to lepiej zgrani i bardziej zdeterminowani. Bartosz Kurek w ostatnim secie meczu ze Słowenią nie zdobył punktu po żadnym ze swoich sześciu ataków, Wilfredo Leon nie zaserwował w najważniejszych momentach asa, nie postawił skutecznego bloku i stracił kilka punktów po złym odbiorze piłki, Michał Kubiak bez przerwy tracił punkty po nieprzemyślanych akcjach, a Fabian Drzyzga rozgrywał piłki wedle doskonale wszystkim znanych schematów, więc Słoweńcy w ciemno przesuwali się w miejsca, gdzie rozgrywający polskiej drużyny posyłał piłkę. Nie bardzo wiadomo dlaczego Heynen nie dokonał zmian, dlaczego nie posłał do walki Kamila Semeniuka, Tomasza Fornala i Aleksandra Śliwki. Teraz nie ma to już znaczenia, bo po meczu o brązowy medal jego kontrakt wygasł i wątpliwe by ktoś z PZPS chciał jeszcze z nim rozmawiać o czymś innym, niż tylko finansowe rozliczenia.

Nasi siatkarze sprężyli się w meczu o brązowy medal bardziej niż Serbowie, którzy w półfinałowej porażce z Włochami stracili szanse na obronę mistrzowskiego tytułu. Wygrana 3:0 została okrzyczana jako sukces, ale to tylko PR-owski bełkot. Polacy mieli wszystkie atuty w ręku, żeby ten turniej wygrać, lecz zajęli tylko trzecie miejsce. Brązowy medal jest ich porażką, nie sukcesem. A władze PZPS powinny przyjrzeć się bliżej włoskiemu eksperymentowi (odmłodzona radykalnie reprezentacja Włoch zdobyła mistrzostwo Europy pokonując w finale Słowenię 3:2) – u nas też jest pokolenie młodych, piekielnie utalentowanych i pozbawionych kompleksów i wolnych od przesądów siatkarzy. Trzeba tylko dać im trenera z wizją i pomysłem, a sukcesy, te prawdziwe, mierzone złotymi medalami, z pewnością przyjdą. Trzeba schować dwa tytuły mistrzów świata do gabloty i zacząć wszystko od początku. Nie twierdzimy, że nowy selekcjonera reprezentacji Polski powinien zrezygnować z Kurka, Kubiaka, Drzyzgi, Nowakowskiego czy Zatorskiego, na pewno jednak nie powinien zaczynać układania kadry akurat od tych właśnie zawodników.

Z Rosją poszło łatwo, ale na drodze znów Słowenia

Zwycięstwo naszych siatkarzy w starciu z Rosjanami, aktualnymi wicemistrzami olimpijskimi, było sensacją tylko z powodu łatwości z jaką biało-czerwoni pokonali ekipę „Sbornej”– 3:0 w setach do 14, 24 i 19. Teraz reprezentację Polski czeka w 1/2 finału potyczka z drużyną Słowenii, z którą na tym etapie przegrali w mistrzostwach Europy w 2019 roku.

Po przeprowadzce z Krakowa do Gdańska forma polskiej drużyny jeszcze poszła w górę. Już w krakowskiej Tauron Arenie biało-czerwoni dwa ostatnie spotkania grupowe, z Belgią i Ukrainą, wygrali po 3:0, ale w żadnym nie zagrali tak perfekcyjnie niemal w każdym elemencie siatkarskiego rzemiosła, jak uczynili to w obu meczach rozegranych w gdańskiej Ergo Arenie. Już w pierwszym występie w tej hali, w spotkaniu 1/8 finału z Finlandią podopieczni trenera Vitala Heynene pokazali pełną moc i nawet przez moment nie dali rywalom nadziei na wygranie choćby honorowego seta. Ich przewaga była tak duża, że belgijski selekcjoner już w połowie poszczególnych partii wpuszczał na boisko zmienników Bartosza Kurka, Wilfredo Leona czy Fabiana Drzyzgi. Blok, zagrywka, atak, przyjęcie – wszystko w ich grze funkcjonowało perfekcyjnie, a do tego dochodziła jeszcze zadowolenie, jakie czerpali z dopingu wypełnionych do ostatniego miejsca trybun. Dopingu, od którego przecież nie tylko siatkarze w czasie pandemii zdążyli się już odzwyczaić. „Na igrzyskach w Tokio trybuny świeciły pustkami, słyszeliśmy każdy pisk buta, każde słowo na boisku. Przychodzenie na salę, gdzie są tylko zawodnicy i dziennikarze, było smutne. Jesteśmy przyzwyczajeni do pełnych trybun w Polsce, czy to na meczach klubowych, czy reprezentacji. W czasie spotkania z Finlandią atmosfera była fantastyczna, tak samo było w meczu z Rosją. To nas niosło do walki o każdą piłkę” – przyznał rozgrywający naszej drużyny
Fabian Drzyzga.
Przed rozpoczęciem tegorocznego turnieju o mistrzostwo Europy przewidywano, że biało-czerwoni trafia na zespół Rosji dopiero w półfinale, bo był on murowanym faworytem do zwycięstwa w grupie C. Niespodziewanie jednak „Sborna” zajęła dopiero drugą lokatę, za Holandią. Co prawda rosyjska drużyna w fazie grupowej doznała tylko jednej porażki, ulegając Turcji, to jednak formą nie zachwycała. Także w meczu 1/8 finału z dużo niżej notowaną ekipą Ukrainy podopieczni fińskiego trenera Tuomasa Sammelvuo nie zachwycili swoją grą, chociaż wygrali bez większych problemów 3:1. Daleko im było jednak do dyspozycji prezentowanej w olimpijskim turnieju, w którym zmiatali kolejnych rywali z parkietu i dopiero w finale zostali zatrzymani przez grającą ponad swoje możliwości reprezentacje Francji.
W europejskim czempionacie trener Sammelvuo nie mógł jednak powołać do kadry wszystkich najlepszych rosyjskich siatkarzy. Jeszcze przed igrzyskami z gry w kadrze zrezygnował środkowy Dmitrij Muserski, a na ME 2021 z powodu problemów zdrowotnych nie mogli zagrać atakujący Maksim Michajłow i jego zmiennik na tej pozycji Wiktor Poletajew, a już w czasie turnieju urazu nabawił się kolejny atakujący – Kiriłł Klec. Fiński szkoleniowiec musiał załatać lukę przesuwając na tę pozycję przyjmującego Jegora Kliukę oraz wezwał w ramach tzw. transferu medycznego dodatkowego atakującego Maksima Żygałowa.
Potyczki z reprezentacją Rosji są dla sympatyków siatkówki w Polsce tym samym, co dla fanów piłki nożnej mecze z Niemcami czy Anglią. Triumfy nad tym zespołem pamięta się najbardziej i najbardziej docenia, co pewnie jest pokłosiem legendarnego już dzisiaj meczu ekipy Huberta Wagnera o złoto na igrzyskach 1976 roku w Montrealu. Z sześciu ostatnich spotkań z Rosj Polacy wygrali trzy, w tym 3:1 w tegorocznej Lidze Narodów i teraz 3:0 w europejskim czempionacie, które z pewnością zostanie na długo zapamiętane ze względu na niespotykaną we wcześniejszych potyczkach miażdżącą wręcz przewagę biało-czerwonych. Była ona widoczna zwłaszcza w pierwszym secie, wygranym przez Polaków 25:14. Bez wątpienia to był najlepszy mecz naszej siatkarskiej reprezentacji nie tylko w tym turnieju, ale w całym tegorocznym sezonie, a może nawet w ostatnich kilku latach. „Prym w polskim zespole wiedli Wilfredo Leon i Bartosz Kurek, którzy zdobyli po 14 punktów, ale też wspaniale walczyli w obronie i przyjęciu. Brawa należą się jednak całej drużynie, także zmiennikom. Rosjanie tylko w drugim secie stawili naszej drużynie mocniejszy opór i przegrali dopiero na przewagi 24:26, lecz nawet w tej partii nie potrafili przejąć inicjatywy i wypracować punktowej przewagi. Natomiast pierwsza i trzecia odsłona tego spotkania była koncertem gry w wykonaniu biało-czerwonych, co przyznały w pomeczowych recenzjach nawet rosyjskie media. „Cieszy mnie zwycięstwo, ale jeszcze bardziej cieszy to, że ta grupa po niepowodzeniu na igrzyskach wróciła do gry i prezentuje taki wysoki poziom. Ja mogę jedynie wejść do szatni i bić brawo. Jestem z nich dumny. Podnieść się z tak trudnej chwili i miesiąc później grać tak fantastycznie to naprawdę sztuka” – powiedział zadowolony z wygranej trener Vital Heynen.
W półfinale reprezentacja Polski będzie miała okazję do rewanżu na Słoweńcach za porażkę sprzed dwóch lat, poniesioną także w półfinale mistrzostw Europy 2019. Co ciekawe, zestaw półfinalistów w obu tych europejskich czempionatach różni się tylko jednym zespołem – dwa lata temu w 1/2 finału zagrały Polska ze Słowenią oraz Francja z Serbią, a w tym roku Polska ponownie zmierzy się ze Słowenią, zaś w drugiej parze Serbia zagra z Włochami. Po raz kolejny potwierdza się opinia, że łatwiej jest zdobyć olimpijskie złoto, niż wygrać mistrzostwo najsilniejszego pod względem siatkarskim na świecie Starego Kontynentu. Najlepszym dowodem jest choćby to, że w 1/8 finału odpadli złoci medaliści igrzysk 2020/21 roku w Tokio, a w ćwierćfinale srebrni medaliści Rosjanie.
Perspektywa półfinałowego starcia z zespołem Słowenii wzbudza jednak pewien niepokój w polskim obozie. To w ostatnich latach przeciwnik piekielnie dla biało-czerwonych niewygodny, a jeszcze na dodatek w ćwierćfinałowym spotkaniu z Czechami, którzy chwilę wcześniej w imponującym stylu wyrzucili za burtę turnieju Francuzów, Słoweńcy pokazali siatkówkę naprawdę na mistrzowskim poziomie, chociaż nie mieli większej przewagi w żadnych statystykach. Wielką formą błysnęli atakujący Toncek Stern i Tine Urnaut, legitymujący się 85 procentem skuteczność w ataku. Ale wszyscy gracze wicemistrzów Europy z 2015 i 2019 roku grali jak w transie, notując jako zespół 76-procentową skuteczność w ataku i 62-procentową w przyjęciu. Nic dziwnego, że ograli Czechów 3:0 (25:21, 25:19, 27:25) i pewnie awansowali do półfinału.
W drugiej parze Włosi, którzy łatwo pokonali Niemców 3:0, zmierzą się z Serbią, która z kolei wygrała z Holandią 3:0. Spotkania półfinałowe odbędą się w sobotę w katowickim Spodku. Polska rozpocznie mecz ze Słowenia o 17:30.

Leon zagra w Swarzędzu

Czołowy włoski zespół siatkarski Sir Safety Perugia, którego gwiazdą jest Wilfredo Leon, do nowego sezonu przygotowywać się będzie w Polsce. I zagra w XVI Memoriale Arkadiusza Gołasia.

Jedna z najlepszych klubowych drużyn na świecie zaplanowała zgrupowanie przed nowym sezonem XVI w Zalasewie pod Swarzędzem. W swoich planach szkoleniowych trener tej znakomitej drużyny Nikola Grbić, który do niedawna był przecież szkoleniowcem Grupy Azoty ZAKSA Kędzierzy-Koźle, z którą w tym roku wygrał przecież Ligę Mistrzów CEV, umieścił występ ekipy Sir Safery Perugia w Memoriale Arkadiusza Gołasia. Na dodatek awizując kadrę w najsilniejszym składzie, w pełnym składzie. „Otrzymaliśmy już listę zawodników, których będzie można podziwiać na żywo w Zalasewie” – zapewnia Anna Sumelka, przedstawicielka organizatorów XVI Memoriału Arkadiusza Gołasia. „Są na niej wszystkie największe gwiazdy włoskiego zespołu – Wilfredo Leon, Amerykanin Matthew Anderson, Włoch Simone Giannelli i Argentyńczyk Sebastian Sole. Każdy z nich to siatkarz światowego formatu.
Dzięki temu rywalizacja w XVI Memoriale Arkadiusza Gołasia zapowiada się dla kibiców ekscytująco, bo w turnieju wystąpią też trzy mocne polskie zespoły – Grupa Azoty ZAKSA Kędzierzyn-Koźle, Projekt Warszawa (do niedawna VERVA Warszawa Orlen Paliwa) i Aluron CMC Warta Zawiercie. A odkąd pojawiła się wieść o udziale w imprezie włoskiego giganta zastanawiano się, jaki skład wystawi do gry Nikola Grbić oraz czy znajdzie się w nim gwiazdor reprezentacji Polski Wilfredo Leon.
Znakomita większość biletów na imprezę została już sprzedana. Turniej rozpocznie się w sobotę 25 września od półfinałowych meczów, w których Sir Safety Perugia zmierzy się z Aluronem CMC Wartą Zawiercie, a Projekt Warszawa z Grupą Azoty ZAKSĄ Kędzierzyn-Koźle. W niedzielę zwycięzcy zagrają w finale o pierwsze miejsce w turnieju, a pokonani o trzecią lokatę. Mecze będą sie rozpoczynały w dwóch porach – o godz. 12:30 i 15:30.

Cichy powrót reprezentacji siatkarzy z Tokio

Kadra Vitala Heynena wylądowała na lotnisku w Warszawie. Przykro było jednak na nich patrzeć. Pogrzebowego nastroju w ekipie Vitala Heynena nie poprawiła nawet grupa kibiców witająca ich transparentem z napisem „Dla nas jesteście złoci”. Kapitan drużyny Michał Kubiak nie zdobył się na choćby jedno zdanie i umknął przed pytaniami dziennikarzy.

Przed siatkarzami na warszawskim lotnisku witano entuzjastycznie brązowego medalistę w zapasach Tadeusza Michalika. Gdy grupa opuściła halę przylotów, łatwo było zauważyć delegację działaczy PZPS, rodziny siatkarzy oraz kilkudziesięciosobową grupkę kibiców z transparentem „Dla nas jesteście złoci”. Siatkarze byli tym hasłem nawet trochę skonsternowani, bo widać było po nich, że jeszcze nie przetrawili klęski i nie odzyskali dawnej pewności siebie. Michał Kubiak nie chciał rozmawiać z dziennikarzami, na szczęście niektórzy jego koledzy z zespołu wykazali się większa odwagą. „Na razie wciąż jeszcze odczuwamy smutek i rozczarowanie. Nie ma co ukrywać, że wszyscy jesteśmy w szoku. Na głębszą analizę przyjdzie czas podczas zgrupowania przed mistrzostwami Europy, na których będziemy chcieli poprawić naszą grę i wypaść lepiej niż na igrzyskach. Teraz jednak dla nas najważniejsze jest zobaczenie się z bliskimi. Musimy trochę zresetować głowy i nie myśleć o siatkówce przez kilka najbliższych dni” – powiedział Aleksander Śliwka. Najlepszy gracz w polskim zespole, Wilfredo Leon, też rozważnie cedził słowa: „Wiedzieliśmy, że Francja to przeciwnik na naszym poziomie, z którym umiemy grać. Ale to jest sport i tym razem my byliśmy gorsi. Przegraliśmy jako drużyna, a w takich momentach trzymamy się razem. ”. Z kolei Piotr Nowakowski w swoich wypowiedziach podkreślał, że to, co się stało, już się nie odstanie i teraz trzeba skupić na następnych celach. „Na igrzyskach nie było nam dane zdobyć medalu, ale jeszcze dużo ważnych imprez przed nami. Nie ma co teraz wyciągać wniosków i się zamartwiać. Ja teraz chcę jak najszybciej spotkać się z rodziną” – podkreślił siatkarz, którego koledzy w kadrze żartobliwie nazywają „Cichy Pit”.
Pytania o dalszą przyszłość kadry siatkarze zbywali zwykle wzruszeniem ramion. Nic dziwnego, w tej chwili projekt prowadzony od trzech lat przez Vitala Heynena leży w gruzach i nikt w tej chwili nie ma pojęcia, nawet belgijski szkoleniowiec, czy da się z tego gruzowiska odtworzyć zespół zdolny do podjęcia walki w rozpoczynających się już niedługo mistrzostwach naszego kontynentu. A przecież biało-czerwoni grać będą w Polsce. Europejski czempionat rozpocznie się 1 września, a finał w katowickim Spodku zaplanowano na 19 września. O sukces łatwo nie będzie, bo w finale olimpijskim zagrają przecież dwie drużyny z Europy – Rosja i Francja. Okazja do rewanżu będzie, tylko czy woli walki starczy?
Zgrupowanie reprezentacji rozpocznie się w połowie sierpnia. Powinno pod wodzą Vitala Heynena, ale on jest tak zdruzgotany porażką w Tokio, że może nawet nie podjąć się tego zadania.

IO 2020/21: Wszyscy czekali na wygraną siatkarzy, ale się nie doczekali

Przełożony przez organizatorów na późny wieczór wedle japońskiego czasu ćwierćfinałowy mecz naszych siatkarzy z Francją był ostatnim akordem wtorkowych zmagań biało-czerwonych na olimpijskich arenach w Tokio. Niestety, było to smutne zakończenie, albowiem biało-czerwoni przegrali z Francją 2:3 i odpadli z walki o olimpijskie medale. To piąte igrzyska w XXI wieku, w których reprezentacja Polski odpada w 1/4 finału.

Jako pierwsze do skromnego jak dotąd medalowego dorobku polskiej reprezentacji we wtorek dorzuciły się kajakarki Karolina Naja i Anna Puławska, zdobywając srebro w wyścigu dwójek (K-2) na dystansie 500 metrów. Polki minimalnie przegrały w finale z ekipą Nowej Zelandii (Lisa Carrington, Caitlin Regal), która zwyciężyła z czasem 1:35,785, ustanawiając nowy rekord olimpijski. Polki były wolniejsze o zaledwie 0,968 sekundy. Brąz zdobyły Węgierki (Danuta Kozak, Dora Bodony). Warto odnotować, że nasze kobiece kajakarskie dwójki w wyścigach na 500 m nie schodzą z podium od igrzysk 2000 roku w Sydney. „Jestem w kadrze od 2009 roku i wiem, że to nie przypadek. Teraz dominują zawodniczki z rocznika 1990, które już mają w dorobku trzy olimpijskie medale, a w sobotę mogą zdobyć kolejny w czwórce” – twierdzi Karolina Naja, która ma już w swoim dorobku trzy medale olimpijskie. W ostatnich latach przywiozła brąz z Londynu (2012) i Rio de Janeiro (2016), pływając jeszcze z Beatą Mikołajczyk. Po igrzyskach w Brazylii kajakarka zaszła w ciążę i wzięła roczny rozbrat ze sportem. Po urodzeniu syna wróciła do treningów i startów. Dla Puławskiej to dopiero pierwsze igrzyska w karierze. W parze z Nają świetnie spisywała się już jednak na ostatnich mistrzostwach świata w Szegedzie w 2019 roku, gdy Polki sięgnęły po srebro. Na tegorocznych mistrzostwach Europy w Poznaniu również uplasowały się na drugim stopniu podium. Obie nasze reprezentantki wystartują jeszcze w wyścigu kajakarskich czwórek (K4) na 500 m. W ekipie oprócz Naji i Puławskiej popłyną jeszcze Helena Wiśniewska i Justyna Iskrzycka (popłyną w piątek). We wtorkowych finałach walczyły jeszcze Marta Walczykiewicz (4. miejsce w K1 na 200 m) oraz kanadyjkarze Wiktor Głazunow i Tomasz Barniak (7. miejsce w C2 na 1000 m).
Nie zawiódł oczekiwań zapaśnik Tadeusz Michalik i do dorobku polskiej ekipy dorzucił brązowy medal w kategorii do 97 kg, pokonując w walce o trzecie miejsce Węgra Alexa Gergo Szoke. W półfinale Polak przegrał z dwukrotnym mistrzem świata Rosjaninem Musą Jewłojewem, faworytem zawodów w Tokio w tej wadze, więc swój występ w Tokio może uznać za udany.
Kolejne medale miały zdobyć nasze młociarki i nie zawiodły. Anita Włodarczyk wygrała wynikiem 78,48 m i zdobyła swój trzeci złoty medal olimpijski w karierze. W ostatniej próbie Chinka Zheng Wang zepchnęła Malwinę Kopron na trzeciej miejsce wynikiem 77,03 m, więc ostatecznie nasze młociarki wywalczyły dwa medale – złoty i brązowy. Trzecia z naszych reprezentantek, Joanna Fiodorow zajęła siódmą lokatę i po konkursie ogłosiła zakończenie sportowej kariery.

Nadzieje na kolejny medal olimpijski w Tokio wiązaliśmy z tyczkarzem Piotrem Liskiem, lecz wynik 5,80 w finale starczył mu tylko na zajęcie szóstego miejsca. Wygrał fenomenalny Szwed Armand Duplantis z rezultatem 6,02 m, przed Amerykaninem Chrisem Nilsenem (5,97, m) i Brazylijczykiem Thiago Brazem (5,87 m).
Może lukę tę zapełni oszczepniczka Maria Andrejczyk. W kwalifikacjach już w pierwszej próbie posłała oszczep na odległość 65,24 m, czyli poza minimum uprawniające do udziału w finale. Wielkie kłopoty miały jednak groźne rywalki Andrejczyk. Wśród 12 zawodniczek, które wystąpią w finale, zabraknie dwukrotnej mistrzyni olimpijskiej (2008, 2012) i rekordzistki świata – Barbory Spotakovej. Odpadła także Sara Kolak, która w Tokio miała bronić tytułu mistrzyni olimpijskiej. Nie oznacza to jednak „autostrady do złota” dla Polki. Groźna będzie na pewno Chinka Lyu Huihui (61,99 m w kwalifikacjach) i Australijka Mackenzie Little, która w Tokio ustanowiła rekord życiowy 62,37 m. Finał igrzysk olimpijskich w rzucie oszczepem kobiet odbędzie się w czwartek. Początek rywalizacji o godzinie 13:50.
Ale we wtorek kibice w Polsce czekali przede wszystkim na kolejny zwycięski występ siatkarzy, jedynej naszej ekipy w grach zespołowych na igrzyskach w Tokio. Biało-czerwoni zakończyli zmagania w pierwszej fazie turnieju olimpijskiego na pierwszym miejscu w grupie A i w 1/4 finału trafili na czwarty zespół w grupie B, którym okazała się ekipa Francji. Trójkolorowi zaczęli zmagania w fazie grupowej słabo, ale w czwartej serii gier nieoczekiwanie wygrali z niepokonaną wcześniej Rosją, a w ostatniej kolejce urwali dwa sety drużynie Brazylii, sygnalizując tymi rezultatami niepokojący wzrost formy.

To wzbudziło w polskim obozie nerwowość, bo w ostatniej potyczce z Francuzami, w tegorocznej Lidze Narodów, biało-czerwoni nie dość że przegrali 2:3, to jeszcze rozstali się z rywalami w fatalnej atmosferze, bowiem gwiazdor trójkolorowych Earvin Ngapeth oskarżył publicznie trenera Vitala Heynena oraz kapitana naszej drużyny Michała Kubiaka o… rasizm. Francuski siatkarz na jednym z portali społecznościowych napisał, że belgijski trener biało-czerwonych nazywał osobę pracującą przy Lidze Narodów „czarnuchem”, zaś kapitan naszej kadry na boisku miał wulgarnie odzywać się do graczy francuskiego zespołu. „To czysty rasizm! Są na to świadkowie. Nie wspominam nawet o obelgach ze strony pana Kubiaka w trakcie meczu (takich jak sk****n). Czy takie osoby mają być częścią świata siatkówki?” – napisał na Instagramie N’Gapeth. Heynen odpowiedział mu na Twitterze takim wpisem: „Jeden jedyny raz zareaguję na to, co napisano w internecie. W całym moim życiu nie dopuściłem się rasistowskich określeń wobec drugiej osoby. Co więcej, mocno wierzę w równość wszystkich ludzi bez względu na ich kolor skóry, religię czy pochodzenie”.
Ale oskarżenia francuskiego siatkarza wywołały reakcję Międzynarodowej Federacji Piłki Siatkowej (FIVB), która podjęła decyzję o wszczęciu śledztwa. „FIVB jest świadoma komentarza, który siatkarz reprezentacji Francji Earvin N’Gapeth umieścił w mediach społecznościowych. Prowadzimy obecnie dochodzenie w sprawie zarzutów o dyskryminujące zachowanie. Jeśli zostanie stwierdzone, że doszło do naruszenia Regulaminu Dyscyplinarnego FIVB, sprawa zostanie przekazana do Panelu Dyscyplinarnego” – poinformowała organizacja w komunikacie. Do tej pory FIVB nie zdradziła wyników dochodzenia.
Wtorkowy mecz z Francją miał więc dać też odpowiedź na pytanie, jak wyglądają obecnie relacje między graczami obu drużyn (kilku zawodników w kadrze Francji to zawodnicy polskich klubów) oraz jak w trakcie spotkania zachowywać względem siebie będą N’Gapeth, Kubiak i Heynen.

Zachowywali się jak trzeba, ale pod względem sportowym Francuz zagrał na nosie i Heynenowi i Kubiakowi. Belg pogubił się w tym meczu, bo dokonał złych wyborów personalnych. Najgorszym z nich było wystawienie w wyjściowym składzie Kubiaka. Ale trzeba uczciwie przyzna, że poza Wilfredo Leonem i Pawłem Zatorskim, praktycznie wszyscy pozostali gracze naszej kadry w najważniejszych momentach spotkania zawodzili. I dlatego przegrali walkę o półfinał.

Warto podkreślić, że żaden z czterech zespołów z grupy A nie awansował do strefy medalowej. W rozegranych wcześniej pozostałych meczach 1/4 finału Rosjanie pokonali Kanadyjczyków 3:0 (25:21, 30:28, 25:22), Brazylia wygrała z Japonią 3:0 (25:20, 25:22, 25:20), a Włosi sensacyjnie przegrali po tie-breaku z Argentyńczykami 2:3 (25:21, 23:25, 22:25, 25:14, 12:15). Tak więc o medale powalczą wyłącznie zespoły z grupy B. W czwartek Rosja zagra z Brazylią, a Francja z Argentyną. Biało-czerwoni obejrzą sobie te mecze w telewizorze.

IO Tokio 2020/21: Polscy siatkarze zagrają z Francją w 1/4 finału

Nasi siatkarze w swoim ostatnim występie w fazie grupowej turnieju olimpijskiego pokonali Kanadę 3:0 i zakończyli rywalizację w grupie A na pierwszym miejscu. W ćwierćfinale biało-czerwoni we wtorek zmierzą się z czwartym zespołem grupy B Francją. W ostatnich czterech olimpijskich występach reprezentacja Polski odpadała właśnie w tej fazie rozgrywek.

Pobudka przed szóstą rano miejscowego czasu, śniadanie, a o 9:00 początek meczu. Tak wyglądał niedzielny poranek polskich siatkarzy, pierwszy taki w trakcie olimpijskiej rywalizacji, bo wszystkie poprzednie spotkania biało-czerwoni rozgrywali w terminach popołudniowych. Dla Kanadyjczyków taka wczesna pora rozgrywania meczu nie była nowością, bo mieli za sobą trzy potyczki, z Włochami, Iranem i Wenezuelą, stoczone przed południem. Dwie z nich, z Iranem i Wenezuelą, wygrali bardzo pewnie, a z Włochami prowadzili już 2:0 w setach. Niestety dla nich, siatkarze „Squadra Azzurra” w końcu się przebudzili i trzy kolejne partie wygrali i cały mecz 3:2. Kanadyjczycy przed meczem z Polakami mieli jeszcze na koncie porażkę z Japończykami 1:3, ale zajmowali w grupie A trzecią lokatę z dorobkiem siedmiu punktów, było już jednak pewne, że awansują do 1/4 finału z czwartego miejsca, bo wyprzedzi ich zwycięzca meczu Japonia – Iran.
Biało-czerwoni także nie musieli martwić się o awans, lecz trener Vital Heynen rzucił na szalę wszystkie siły. Powód był oczywisty – mecz ćwierćfinałowy z Francją nasza drużyna także ma zagrać w sesji przedpołudniowej, zatem spotkanie z Kanadyjczykami cała nasza ekipa potraktowała jak poligon doświadczalny i mobilizację przed najważniejszą dla nich próbą w tym olimpijskim turnieju. Najważniejszą dlatego, że wszyscy w naszej ekipie pamiętają o słynnej już „klątwie ćwierćfinału” – w czterech ostatnich igrzyskach reprezentacja Polski odpadała właśnie w tej fazie zmagań. Jeszcze przed spotkaniem z Kanadą było już wiadome, że w grupie B czwartą lokatę zajmie zespół Francji, który awans zapewnił sobie wygrywając nieoczekiwanie w czwartej serii gier mecz z najlepszą w tej stawce ekipą Rosji 3:1. Kibice w Polsce od ponad 40 lat czekają na olimpijski medal siatkarzy. Po złocie wywalczonym w 1976 roku w Montrealu przez legendarną ekipę Huberta Wagnera w kolejnych startach w igrzyskach nie zdołali stanąć na podium. W XXI wieku biało-czerwoni wystąpili na igrzyskach czterokrotnie i za każdym razem odpadali w ćwierćfinale. Zaczęło się w 2004 roku w Atenach, gdy filarami kadry byli m.in. Arkadiusz Gołaś, Piotr Gruszka, Krzysztof Ignaczak, Łukasz Kadziewicz, Dawid Murek, Sebastian Świderski i Paweł Zagumny. Polski zespół w fazie grupowej wygrał z Serbią i Czarnogórą, Tunezją oraz Argentyną, ale przegrał z Grecją i Francją, przez co do fazy pucharowej awansował z czwartej lokaty i w 1/4 finału trafił na Brazylię i przegrał z późniejszymi mistrzami olimpijskim 0:3.
Klątwy nie udało się zdjąć w 2008 roku w Pekinie, gdzie nasz zespół zagrał jako aktualny wicemistrza świata. Selekcjonerem reprezentacji był Argentyńczyk Raul Lozano, ale w ćwierćfinale nadzieli na medal pozbawili polski zespół Włosi, którzy wygrali po kapitalnym meczu obu drużyn w tie-breaku 17-15. Cztery lata później w Londynie nasz zespół, pod wodzą Włocha Andrei Anastasiego w ostatnim meczu fazy grupowej sensacyjnie przegrał 1:3 z Australia i w efekcie w 1/4 finału trafił na piekielnie mocną wtedy drużynę Rosji, z którą przegrał 0:3.
Także na poprzednich igrzyskach w Rio de Janeiro klątwa dała o sobie znać, bo chociaż Polacy przyjechali do Brazylii jako aktualni mistrzowie świata, to w ćwierćfinałowym boju nie sprostali Amerykanom i przegrali z nimi 0:3.
W najbliższy wtorek nad ranem polskiego czasu nasi siatkarze znów staną przed szansą zdjęcia „klątwy ćwierćfinałów”. Teoretycznie biało-czerwoni mają mocniejszą pozycję od trójkolorowych, bo są aktualnymi mistrzami świata, a ponadto pokonali ich w kwalifikacjach do Igrzysk w Tokio, lecz w historii zmagań obu zespołów Francuzi mają lepszy bilans, zwłaszcza w ostatnich pięciu latach. W oficjalnych imprezach międzynarodowych oni częściej triumfowali. W zwycięskich dla biało-czerwonych mistrzostwach świata w 2018 roku mecz z Francja przegrali jednak 1:3, a w Lidze Narodów z trzech spotkań nasz zespół na swoją korzyść rozstrzygnął tylko jedno. Za to w mistrzostwach Europy Polacy byli górą, bo w meczu o 3. miejsce pokonali trójkolorowych 3:1. W sumie jednak bilans starć Polaków z Francuzami po 2017 roku jest remisowy – oba zespoły mają w dorobku po trzy zwycięstwa i trzy porażki.
A na dodatek ekipa Francji po niemrawym starcie w turnieju w dwóch ostatnich meczach zademonstrowała wielką formę – po wygranej z Rosją w ostatniej serii gier stoczyła pasjonujący mecz z Brazylią, przegrywają dopiero w tie-breaku (22:25, 39:37, 17:25, 25:21, 18:20).
Dlatego trenera Heynena i wszystkich wybranych przez niego do olimpijskiej kadry polskich siatkarzy we wtorek czeka wielka próba nerwów i charakteru. Muszą złamać „klątwę ćwierćfinałów”.

IO Tokio 2020/21: Polscy siatkarze znów na fali

Polscy siatkarze zrehabilitowali się za porażkę z Iranem (2:3) i w swoim drugim meczu na igrzyskach w Tokio wygrali z Włochami 3:0 (25:20, 26:24, 25:20). W środę kolejnym rywalem biało-czerwonych będzie najsłabsza w grupie A ekipa Wenezueli.

Pod nieobecność Michała Kubiaka (wszedł na boisko dopiero w końcówce trzeciego seta z Włochami) w potyczce z Irańczykami w polskim zespole brakowało lidera. W meczu z ekipą Italii roli tej podjął się Bartosz Kurek, któremu sekundował bojowo nastawiony Wilfdredo Leon. Ten duet zdobył w sumie 32 punkty (Kurek 14, Leon 18). Pozostali gracze także poprawili jakość swojej gry, więc aktualni mistrzowie świata zaprezentowali się jako zespół znakomicie.
Po niespodziewanej porażce z Iranem atmosfera wokół naszej siatkarskiej reprezentacji lekko zgęstniała, lecz także Włosi nie byli zachwyceni występem swojej drużyny w wygranym przez nią dopiero w tie-breaku meczu z Kanadą (ekipa Azzurrich przegrywała już 0:2 w setach i 10:13 w trzeciej partii), więc przed meczem z Polską byli pełni obaw o wynik. I te obawy jak się okazało nie były bezpodstawne. W drużynie biało-czerwonych ponownie zabrakło borykającego się z urazem pleców Michała Kubiaka, ale włoski zespół miał znacznie poważniejsza lukę kadrową, bo z powodu kontuzji nie mógł w nim zagrać rozgrywający Simone Giannelli.
„Prawdopodobnie serwowaliśmy lepiej niż w meczu z Kanadą, ale przeciwko takiemu zespołowi jak Polska dobre uderzenia to za mało. Byliśmy zmuszeni grać piłką z dala od siatki, a to odbierało nam atut zaskoczenia i pozwalało rywalom na sprawne ustawianie bloku” – przyznał trener reprezentacji Włoch Gianlorenzo Blengini.
Kolejnym rywalem biało-czerwonych w grupie A będzie zespół Wenezueli, z którym zagrają w środę (początek o 9:25 czasu polskiego). Włosi natomiast tego dnia zmierzą się z niepokonaną jak dotąd ekipą gospodarzy igrzysk. Japońscy siatkarze w drugiej rundzie gier wygrali z Kanadą 3:1 i dzięki tej wygranej awansowali na pierwsze miejsce w tabeli, wyprzedzając również niepokonanych jeszcze w imprezie Irańczyków (w drugim meczu pokonali Wenezuelę 3:0). Reprezentacja Polski spadła na trzecią pozycję. A przez igrzyskami prognozowano, że to właśnie Japonia z Kanadą będą walczyć o czwarte miejsce w grupie, zaś trzy pierwsze lokaty rozdzielą między siebie Polacy, Irańczycy i Włosi. Teraz jednak wygląda na to, że jeśli Włosi w dwóch najbliższych potyczkach nie wygrają z Japonią i Iranem, to o ostatnie miejsce dające awans do ćwierćfinału czwarte miejsce przyjdzie im bić się z Kanadyjczykami.
W grupie B prym wiodą niepokonane po dwóch kolejkach ekipy Brazylii (3:0 z Tunezją i 3:2 z Argentyną) oraz Rosji (3:1 z Argentyną i 3:1 z USA). Po jednym zwycięstwie mają drużyny Stanów zjednoczonych (3:0 z Francją) i Francji (3:0 z Tunezją), a bez zwycięstwa są jak na razie Argentyńczycy i Tunezyjczycy.
Biało-czerwoni deklarują walkę o olimpijskie złoto, ale trzeba pamiętać, że w czterech ostatnich turniejach olimpijskich biało-czerwoni odpadali w ćwierćfinale – kolejno z Brazylią, Włochami, Rosją i Stanami Zjednoczonymi.
Reprezentacja Polski znalazła się w teoretycznie łatwiejszej grupie A i zagra z Włochami (9. w rankingu FIVB), Kanadą (10.), Japonią (11.), Iranem (12.) i Wenezuelą (33.). Ma to swoje dobre i strony. Z jednej strony Biało-czerwoni, którzy są aktualnym mistrzem świata i drugą drużyną rankingu FIVB są zdecydowanym faworytem grupy A, z drugiej w ćwierćfinale zmierzą się z bardzo niewygodnym rywalem z grupy B, którą tworzą: Brazylia (lider rankingu FIVB), Rosja (3.), Francja (4.), Stany Zjednoczone (5.), Argentyna (8.) i Tunezja (16.). Oznacza to, że Polska nawet wygrywając swoją grupę prawdopodobnie trafi na zespół z czołowej piątki rankingu FIVB.
Faza grupowa turnieju siatkarzy na igrzyskach olimpijskich w Tokio potrwa od 24 lipca do 1 sierpnia. Mecze będą rozgrywane na Ariake Arena w Tokio, a początek spotkań tej fazy zaplanowano na 2:00, 4:05, 7:20, 9:25, 12:40 i 14:45 czasu polskiego. Mecze ćwierćfinałowe (3 sierpnia) będą się rozpoczynać o 2:00, 6:00, 10:00 i 14:30, półfinały (5 sierpnia) o 6:00 i 14:00. Spotkania o medale zostaną rozegrane w sobotę 7 sierpnia – spotkanie o trzecie miejsce o 6:30, a finał o 14:15.
Siatkarze rywalizują o olimpijskie laury po raz 15 (ta dyscyplina sportu zadebiutowała na igrzyskach w 1964 roku). Pierwszymi triumfatorami była ekipa Związku Radzieckiego, która w finale wygrała z Czechosłowacją. W 1976 roku po złoto olimpijskie w Montrealu sięgnęła reprezentacja Polski po pamiętnym meczu o złoto ze Związkiem Radzieckim. Po trzy triumfy mają na swoim koncie maja reprezentacje Brazylii, ZSRR i USA, a po jednym Rosja, Japonia, Holandia, Serbia i Polska.

Liga Narodów: Polscy siatkarze szykują formę na Brazylię

Na półmetku rozgrywek w tegorocznej Lidze Narodów reprezentacja Polski z dorobkiem 18 punktów prowadziła w stawce 16 drużyn, przed Brazylią (18 pkt) i Francją (17 pkt). W trzeciej serii gier biało-czerwoni mieli za przeciwników Bułgarów (3:0), Holendrów (3:0) oraz Brazylijczyków, z którymi zmierzą się w piątek w hicie 9. kolejki spotkań.

Poza wpadką w przegranym 1:3 meczu ze Słowenią (w tabeli na półmetku zajęła 4. lokatę z dorobkiem 15 pkt) biało-czerwoni w pozostałych spotkaniach zmiatali przeciwników z parkietu, w tym także zespoły siatkarskich potęg – Stanów Zjednoczonych i Rosji. Potyczki ze słabymi zespołami Bułgarii i Holandii były tylko przystawką do dania głównego w trzeciej serii gier, czyli piątkowego starcia z kolejnym z potentatów – Brazylią. Chociaż trener Vital Heynen powtarza, że wynik w tegorocznej edycji Ligi Narodów nie ma dla niego znaczeni, bo miesiąc spędzony przez jego ekipę w Rimini ma mu pomóc w dokonaniu właściwego wyboru 12-osobowej kadry olimpijskiej, ale ponieważ każdy z 19 siatkarzy powołanych przez niego na turniej Ligi Narodów chce zagrać w Tokio i nie czuje się gorszy od kolegów, toteż obojętnie jaką szóstkę Belg wystawi do gry, to – pomijając niefortunny występ przeciwko Słoweńcom – leje ona rywali bez litości. Dlatego biało-czerwoni są liderem i mają szansę na zakwalifikowanie się do Final Four. Ale mecz z Brazylijczykami będzie dla nich początkiem serii starć z silnymi drużynami, bo w czwartej i piątej serii gier nasi siatkarze zmierzą się z Francją, Iranem, Japonią, Niemcami, Kanadą i Argentyną.
Rywalizacja w naszej ekipie jest ogromna, a żadna inna nie ma tak wyrównanej grupy graczy. Trener Heynen nie będzie więc musiał w tych ostatnich sześciu meczach nadmiernie eksploatować wąskiej grupy kadrowiczów, bo ma komfort kłopotu bogactwa, którego zazdroszczą mu szkoleniowcy wszystkich bez wyjątku ekip rywalizujących w Rimini.
Jakim potencjałem dysponuje dzisiaj reprezentacja Polski, boleśnie przekonali się w środę Bułgarzy, którzy w swojej kadrze dokonują pod wodzą włoskiego trenera Silvano Prandiego przebudowę pokoleniową. Po raz ostatni Polacy grali z nimi we wrześniu 2018 roku, w pierwszej rundzie mistrzostw świata. W Warnie, przy dopingu pięciu tysięcy swoich fanów, Bułgaria przegrała z Polską 1:3. Już wtedy środowi przeciwnicy naszej drużyny byli na wylocie ze ścisłej światowej czołówki, a dzisiaj już bez wątpienia do niej nie należą. W zespole prowadzonym przez 73-letniego włoskiego szkoleniowca Silvano Prandiego jedynym graczem światowej klasy jest Cwetan Sokołow. Atakujący Dynama Moskwa jest czwartym najlepiej punktującym zawodnikiem w tegorocznej edycji Ligi Narodów. Ale jego dobra gra to za mało, by przechodząca zmianę warty bułgarska reprezentacja była w stanie przeciwstawić się aktualnym mistrzom świata. Tym bardziej, że ze słabszymi przeciwnikami Bułgarzy też sobie nie radzą, bo w Rimini z sześciu wcześniej rozegranych spotkań wygrali tylko jedno i zajmują dopiero 14. miejsce. Przegrali z Francją (0:3), Niemcami (2:3), Włochami (2:3), Kanadą (0:3) i Iranem (0:3), a pokonali tylko Australię (3:0).
Vital Heynen posłał do boju z nimi inną szóstkę graczy w porównaniu z poprzednimi meczami. Na parkiet wyszli: Fabian Drzyzga, Łukasz Kaczmarek, Wilfredo Leon, Bartosz Bednorz, Jakub Kochanowski, Norbert Huber i Damian Wojtaszek. Wielu trenerów chciałoby mieć taką szóstkę pod swoja komendą, a na pewno Silvano Prandi, bo jego podopieczni stawili czoło polskiej drużynie tylko na początku pierwszego seta, ale tylko do stanu 10:10 Potem biało-czerwoni odjechali im na siedem punktów i do końca kontrolując przebieg gry zwyciężyli w tej partii 25:19.
W drugim secie Polacy zagrali jeszcze lepiej, na co Bułgarzy nie byli już w stanie odpowiedzieć i już do końca mecz z nimi bardziej przypominał sparing, niż grę o stawkę w poważnym turnieju. Drzyzga swobodnie uruchamiał wszystkie opcje w ataku, a Bednorz, Leon i Kochanowski bezlitośnie je wykorzystywali. Drugą partię polski zespół zakończył rezultatem 25:15, a w trzecie odsłonie meczu wręcz roznieśli bułgarski zespół wygrywając 25:12. Heynen przez większość meczu uśmiechał się zadowolony z gry swojej drużyny.
Dla biało-czerwonych starcie z Bułgarami, podobnie jak czwartkowy mecz z przedostatnią w stawce drużyną Holandii, również wygrany przez Polaków 3:0 (25:14, 25:17, 25:16), miały być w założeniu tylko rozgrzewką przed prestiżowym starciem z Brazylią, która w środę pokonała Holendrów 3:0 (25:19, 25:22, 27:25). Siatkarski klasy z udziałem biało-czerwonych i canarinhos odbędzie się w piątek. Początek godz. 21:00.

Reprezentacja Polski na czele Ligi Narodów

Porażka ze Słowenią chyba podrażniła mocno ambicję naszych reprezentacyjnych siatkarzy, bo w drugiej serii spotkań biało-czerwoni zagrali fenomenalnie gromiąc Australię 3:0, USA 3:0 i Rosję 3:1. Po sześciu rozegranych w Rimini meczach Ligi Narodów Polacy objęli prowadzenie w stawce 16 drużyn.

Nasi siatkarze zaczęli zmagania w Rimini od łatwej wygranej 3:0 z grającymi w rezerwowym składzie gospodarzami turnieju Włochami, następnie pewnie pokonali Serbię 3:1, lecz ostatnim spotkaniu tej serii, ze Słowenią, przegrali nadspodziewanie łatwo 1:3. Na zawodników, których trener Vital Heynen wystawił do gry w tym spotkaniu, spadła fala krytyki, a najmocniej oberwało się kapitanowi drużyny Michałowi Kubiakowi. Ale ta porażka w żaden sposób nie zmieniła personalnych planów belgijskiego szkoleniowca i na kolejne spotkanie, z Australią, wystawił skład, jaki rozpisał na długo przed rozpoczęciem turnieju w Rimini. Posłał na parkiet m.in. oszczędzanego do tej pory Piotra Nowakowskiego. Obok niego pojawili się po raz drugi w tej imprezie Kamil Semeniuk, Tomasz Fornal i Łukasz Kaczmarek, a wyjściową szóstkę uzupełnili pewniacy w olimpijskiej kadrze Fabian Drzyzga i Paweł Zatorski. Australijczycy nie stawili aktualnym mistrzom świata wielkiego oporu i przegrali 0:3 w trzech krótkich setach (16:25, 10:25, 12:25). To była siatkarska demolka, a w drugim secie biało-czerwoni wyrównali nawet rekordowe osiągnięcie w Lidze Narodów ekipy Niemiec, która w edycji 2019 pokonała Portugalię także wynikiem 25:10. Reprezentacja Polski ma jednak w dorobku jeszcze lepsze osiągnięcia. W 2011 roku w Pucharze Świata w wygranym 3:2 meczu z Iranem nasi siatkarze jeden z setów wygrali 25:8. A z Australijczykami w październiku 2019 roku w Pucharze Świata wygrali 25:9. W czwartkowej potyczce trener Vital Heynen wystawił do gry Drzyzgę, Kaczmarka, Semeniuka, Fornala, Nowakowskiego, Hubera, Zatorskiego (libero) oraz Kochanowskiego. Mistrzowie świata wrócili zatem na zwycięską ścieżkę. „W każdy meczu gramy tak, by go wygrać, ale głównym celem naszego występu w Lidze Narodów jest doprowadzenie wszystkich kadrowiczów do jak najlepszej formy. Dzięki temu będziemy mieli lepszy wybór przy ustalaniu składu olimpijskiej reprezentacji” – podkreśla belgijski selekcjoner biało-czerwonych.
Ale w drugiej serii spotkań po meczu z Australią nasz zespół czekały dwie „siatkarskie wojny” – najpierw z ekipą Stanów Zjednoczonych, a potem z Rosją. Rywalizacja Polaków z Amerykanami od lat ekscytuje kibiców. Nasi siatkarze pokonali ich m.in. w finale Ligi Światowej w 2012 w Sofii (3:0) i w pamiętnym półfinale MŚ 2018 w Turynie (3:2), amerykański zespół był za to górą chociażby w drugiej fazie grupowej MŚ 2014 (3:1), a była to jedyna porażka polskiej drużyny w tym zwycięskim dla niej turnieju. Po raz ostatni przed potyczką w Rimini obie drużyny zmierzyły się w październiku 2019 roku w Pucharze Świata. Amerykanie wygrali wtedy 3:1. W Lidze Narodów ekipy Polski i USA rywalizowały wcześniej trzykrotnie. W 2018 roku Amerykanie wygrali 3:0 (Hoffman Estates, faza grupowa) i 3:0 (Lille, turniej Final Six), a Polacy zwyciężyli w 2019 roku pokonując ich w Katowicach w fazie grupowej 3:2.
Na mecz w Rimini trener Heynen do walki z Amerykanami posłał Łomacza, Kurka, Kochanowskiego, Bieńka, Śliwkę, Bednorza, Wojtaszka (libero) oraz Muzaja, Semeniuka i Drzyzgę. Trener ekipy USA John Speraw po przegranym dzień wcześniej meczu z Rosją wystawił inny skład, z wracającym do wielkiej formy Matthew Andersonem, ale z pewnością nie była to reprezentacja USA w jej najlepszym wydaniu. Nasza zresztą także nie, lecz w tym zestawieniu zagrała na poziomie niedostępnym dla rywali, którzy tylko w drugim secie zdołali nawiązać wyrównaną walkę, zaś w dwóch pozostałych byli tylko bladym tłem dla świetnie grających Polaków, którzy wygrali mecz 3:0 (25:17, 28:26, 25:17).
W sobotę biało-czerwoni zmierzyli się z Rosją, przeciwnikiem wyjątkowym. Historia potyczek obu zespołów jest długa i pełna spektakularnych triumfów i bolesnych porażek. Rosjanie triumfowali w obu dotychczasowych edycjach Ligi Narodów, a w tegorocznej po pięciu kolejkach z 13 punktami na koncie byli liderami. Przed meczem z Polakami przegrali tylko z Japonią, ale z ekipą USA pewnie wygrali 3:1. Biało-czerwoni z czterema zwycięstwami i jedną porażka na koncie zajmowali drugą lokatę w stawce. Żeby wyjść na prowadzenie, musieli pokonać „Sborną” za trzy punkty.
Vital Heynen posłał do walki z rosyjskim zespołem Drzyzgę, Kubiaka, Bieńka, Muzaja, Leona, Kłosa oraz Zatorskiego (libero), Nowakowskiego, Kaczmarka i Łomacza, zaś fiński trener reprezentacji Rosji Tuomas Sammelvuo postawił na Pankowa, Kliuka, Wolwicza, Michajłowa, Wołkowa, Muserskiego oraz Gołubiewa (libero), Polietajewa, Senyszewa, Kobzara i Bogdana. Rosjanie byli bliscy porażki już w pierwszym secie, bo przegrywali już 17:20, ale uratował ich serią fenomenalnych serwisów Maksim Michajłow i dzięki temu wygrali pierwszą partię 25:21. Naszych siatkarzy to niepowodzenie jednak nie zdeprymowało i w trzech kolejnych setach mistrzowie świata zafundowali Rosjanom bolesną lekcję nowoczesnej siatkówki, wygrywając 25:19, 25:19 i 25:14.
Heynen konsekwentnie rotuje składem, ale akurat na spotkanie z rosyjską drużyną wystawił zaprawionych w bojach graczy. Taki skład mógłby spokojnie zagrać nawet o olimpijskie złoto, a jeśli kogoś w nim brakowało, to chyba tylko Bartosza Kurka. On miał jednak w sobotę wolne i dopingował kolegów z trybun.
W czwartym secie rozbici kompletnie Rosjanie stracili ochotę do walki i przegrali w upokarzającym dla nich stylu 14:25. Polacy rozbili rywali ich własną bronią. W zagrywce było (11:6), w bloku (11:4). Biało-czerwoni z bilansem 5–1 i 15 punktami na koncie objęli prowadzenie w tabeli Ligi Narodów, a w następnej serii spotkań zmierzą się z Bułgarią (środa), Holandią (czwartek) i Brazylią (piątek). Po sześciu kolejkach w stawce 16 zespołów nie ma już niepokonanych ekip.

Liga Narodów FIVB: Zmienna forma biało-czerwonych

W pierwszych trzech meczach w Lidze Narodów reprezentacja Polski odniosła dwa zwycięstwa (3:0 z Włochami i 3:1 z Serbią) oraz poniosła porażkę 1:3 ze Słowenią. Vital Heynen podkreśla jednak, że dla niego liczy się przede wszystkim postawa zawodników, bo przecież turniej w Rimini ma mu pomóc w wyborze kadry olimpijskiej.

Analizując występy naszych siatkarzy pod kątem statystyk można postawić tezę, że na początku turnieju w Rimini najlepsze wrażenie swoją grą zrobił Wilfredo Leon, a poza nim dobrze wypadli też Paweł Zatorski, Fabian Drzyzga i Bartosz Kurek. A tak wyglądają podstawowe statystyki graczy ekipy Vitala Heynena.
Wilfredo Leon: 25 punktów, 13 asów serwisowych, 39 procent skuteczności przyjęcia przy 33 piłkach, 43 procent skuteczności ataku, 2 bloki. Wyróżniał się perfekcją przy serwisach. Siłą nadrabiał punkty, które rywali mogli zdobywać w zagrywkach i atakach skierowanych prosto w niego. Przy nich i tak prezentował się lepiej niż można było oczekiwać. Michał Kubiak: 8 punktów, 35 procent skuteczności przyjęcia, 30 procent skuteczności ataku. Trener Heynen już na rok przed igrzyskami zapewniał, że tylko Kubiak może być pewny wyjazdu do Tokio, ale jak na razie kapitan biało-czerwonych zawodzi zarówno w przyjęciu, jak i ataku. Kamil Semeniuk: 15 punktów, 58 procent skuteczności przyjęcia, 39 procent skuteczności ataku, 4 bloki. Zaliczył udany debiut w reprezentacji w meczu o punkty. Grał odważnie, a jeśli ma coś do poprawy, to tylko zagrywkę. Aleksander Śliwka: 14 punktów, 1 as serwisowy, 38 procent skuteczności przyjęcia, 41 procent skuteczności ataku. Dużo kiwał, za to za rzadko kończył akcje silnymi atakami. Nie do końca rozumiał się z rozgrywającym Grzegorzem Łomaczem. Jego występ był rozczarowaniem, bo więcej oczekiwaliśmy. Tomasz Fornal: 10 punktów, 1 as serwisowy, 65 procent skuteczności przyjęcia, 60 procent skuteczności ataku. Mistrz Polski z Jastrzębskim Węglem na starcie przygotowań miał najmniejsze szanse na wyjazd do Tokio, ale jego akcje idą w górę. Z Włochami był solidny w przyjęciu i w ataku.
Bartosz Bednorz: 7 punktów, 3 asy serwisowe, 64 procent skuteczności przyjęcia, 17 procent skuteczności ataku, 1 blok). Bronił nieźle i tworzył zagrożenie zagrywką, ale przy tak niskim procencie ataku trudno mu wystawić dobre noty za występ przeciwko ekipie Italii. To chyba największy przegrany po pierwszej serii meczów Ligi Narodów. Heynen miał do niego wiele cierpliwości, bo postanowił, że pozostawi go na boisku do końca meczu, choć na lewym skrzydle nie tworzył praktycznie żadnego zagrożenia. Paweł Zatorski (libero): 62 procent przyjęcia przy 16 piłkach w meczu z Serbami. Pewność w przyjęciu i dobra asekuracja kolegów, poparta solidną i ofiarną grą w obronie – to był Zatorski jak za swoich najlepszych lat. Damian Wojtaszek (libero): 78 procent skuteczności przyjęcia przy 9 piłkach z Włochami, 47 procent skuteczności przyjęcia przy 23 piłkach ze Słowenią). Nie miał takiej pewności w grze jak Zatorski i w tej chwili na pozycji libero jest jednak numerem 2.
Mateusz Bieniek: 28 punktów, 4 asy serwisowe, 53 procent skuteczności ataku, 7 bloków). Wilfredo Leon jest w tej chwili w polskiej ekipie poza wszelką konkurencją, ale Bieniek przynajmniej próbuje za bardzo od niego nie odstawać. W spotkaniu ze Słowenią walczył, gdy inni już chowali głowy, nie bał się podejmować ryzyka. To dzięki niemu biało-czerwoni nie przegrali do zera. Jakub Kochanowski: 13 punktów, 1 as serwisowy, 62 procent skuteczności ataku, 4 bloki). Końcówki setów były w jego wykonaniu popisowe. Jakość jaką pokazał w spotkaniu z Serbią napawa optymizmem. Karol Kłos: 19 punktów, 72 procent skuteczności ataku, 5 bloków. Walka środkowych o miejsce w olimpijskiej kadrze będzie bardzo wyrównana. Kłos był świetny w ataku, ale imponował także grą na siatce. Czy był na poziomie Bieńka? Pewnie jeszcze nie, ale z Kochanowskim po tak dobrym występie z Włochami można go było porównywać. Norbert Huber: 8 punktów, 1 as serwisowy, 56 procent skuteczności ataku, 2 bloki). Nie miał wybitnych akcji, ale potrafił zrobić użytek z mocnej zagrywki, wykorzystać dograną mu piłkę i spełniał zadania, które wyznaczył mu trener Heynen. Przed turniejem w Rimini selekcjoner twierdził, że Huber ma dwa procent szans na wyjazd do Tokio.
Bartosz Kurek: 12 punktów, 43 procent skuteczności ataku, 2 bloki. Zagrał tylko z Serbią i zagrał solidnie. W tym meczu na skrzydłach większe wrażenie robili Leon i Semeniuk, ale do Kurka nie można było mieć pretensji. Łukasz Kaczmarek: 17 punktów, 43 procent skuteczności ataku, 2 bloki. W statystykach jego występ nie wygląda wybitnie, ale też w meczu ze Słowenią chyba oczekiwania wobec niego go przerosły. Maciej Muzaj: 14 punktów, 3 asy serwisowe, 44 procent skuteczności ataku. Zyskał najwięcej z atakujących. Kurka w ogólnym rozrachunku przeskoczyć będzie trudno, ale przy nieco gorszej postawie Kaczmarka, solidna gra Muzaja w meczu z Włochami wysunęła go w rankingu przed konkurentów.
Fabian Drzyzga: 1 punkt, 1 as serwisowy. Drzyzga potwierdził, że w tej chwili jest numerem jeden na pozycji rozgrywającego. Musi tylko popracować nad lepszą współpracą zwłaszcza z lewym skrzydłem. Cieszy natomiast to, że coraz lepiej dogaduje się z przyjmującym.
Grzegorz Łomacz: 2 punkty, 1 as serwisowy, 100 procent skuteczności ataku po jednym zagraniu). Wielu ekspertów obarcza go winą za słabą grę naszej drużyny przeciwko Słowenii. Faktem jest, że Łomacz nie zagrał w tym meczu dobrze, ale polskim zespole nic nie funkcjonowało dobrze, więc trudno wszystkie grzechy zrzucać na rozgrywającego.
Kolejne mecze Ligi Narodów Polacy zagrają od czwartku. Tego dnia o 18:00 zagrają z Australią, w piątek z USA (18:00), a w sobotę zmierzą się z Rosją (początek godz. 16:00). Od poniedziałku do środy w Rimini grają natomiast siatkarki. Polki w tej serii gier zmierzyły się z Koreą Południową (3:0), Belgią (2:3) i Dominikaną.