Żużel: Stal Gorzów górą w lubuskich derbach

Pierwsze w tym sezonie starcie dwóch lubuskich drużyn, ale już 101. w historii, odbyło się na stadionie w Zielonej Górze. Gorzowianie przyjechali do lokalnych rywali w glorii lidera PGE Ekstraligi i jedynej niepokonanej ekipy w żużlowej ekstralidze. Zaczęli mecz fatalnie i po czterech wyścigach przegrywali 10:20, lecz ostatecznie zwyciężyli 50:40.

Na wstępie wypada wspomnieć, że zaplanowane na miniony piątek mecze PGE Ekstraligi, Motor Lublin – Apator Toruń oraz GKM Grudziądz – Unia Leszno, ze względu na złe prognozy pogody zostały przełożone na 21 maja. Oba niedzielne spotkania, Falubazu Zielona Góra ze Stalą Gorzów i Włókniarza Częstochowa ze Spartą Wrocław odbyły się bez przeszkód. Znakomicie w zespole Falubazu jeździł w niedzielny wieczór Partyk Dudek, na początku dotrzymywał mu jeszcze kroku Max Fricke, ale prawdziwą furorę zrobił młodzieżowiec Nile Tufft, który w spotkaniu ze Stala zadebiutował w PGE Ekstralidze. Najpierw do spółki z Fabianem Ragusem wywalczył podwójną wygraną, a w wyścigu czwartym zdobył kolejne dwa punkty. Do prawdziwej sensacji doszło jednak w piątym biegu, do którego zaskoczony wynikiem trener gorzowskiej ekipy Stanisław Chomski wystawił Bartosza Zmarzlika jako rezerwę taktyczną za Karczmarza. Dwukrotny mistrz świata jechał w parze z pozyskanym przed tym sezonem z Falubazu Słowakiem Martinem Vaculikiem, zapowiadało się więc, że Stal wygra co najmniej 4:2. Tymczasem jadący w barwach zielonogórskiej drużyny Dudek nieoczekiwanie minął metę na pierwszej pozycji, a partnerujący mu w tym biegu Damian Pawliczak wyprzedził Vaculika i to Falubaz wygrał wyścig 4-2. W tym momencie Falubaz prowadził 20:10 i zapachniało sensacją. Ale tylko na moment, bo gorzowianie opanowali nerwy i w kolejnych sześciu biegach aż czterokrotnie ich para mijała metę na dwóch czołowych pozycjach. Znakomicie w tym okresie spisywali się Anders Thomsen i Szymon Woźniak, skutecznie zaczął ścigać się też Martin Vaculik, a Bartosz Zmarzlik, poza jednym słabszym występem w piątej gonitwie, w pięciu pozostałych w jakich w niedzielny wieczór wystartował był nieosiągalny dla rywali i skończył zmagania z dorobkiem 17 punktów.
Najlepszy w zielonogórskiej ekipie Patryk Dudek także pojechał w sześciu wyścigach i był od Zamrzlika tylko o jeden punkt gorszy (zdobył ich w sumie 16), ale sam jeden nie był w stanie przeważyć szali. Max Fricke gasł z każdym kolejnym biegiem i w całym meczu zdobył zaledwie 7 punktów. Nie istniał na torze Piotr Protasiewicz, który wywalczył tylko jeden punkt w czterech startach. Nic dziwnego, że rozczarowani jego postawą kibice Falubazu po meczu znów w mediach społecznościowych równali go z ziemią, a w najłagodniejszych ocenach wysyłali na emeryturę. Na domiar złego najsłabszy mecz w sezonie zaliczył Słoweniec Matej Zagar (3+1 pkt w czterech wyścigach).
Piotr Żyto, trener Falubazu, szacował, że Stal będzie do ugryzienia, jeśli dobrze spiszą się juniorzy i Pawliczak. Te rachuby okazały się chybione, bo w meczu ze Stalą zawiedli seniorzy. Przewaga Falubazu po piątym biegu zaczęła szybko topnieć, a po dziewiątym wyścigu Stal objęła prowadzenie, którego nie oddała już do końca zawodów zwyciężając ostatecznie 50:40. Gorzowianie z dorobkiem 8 punktów umocnili się na prowadzeniu w PGE Ekstralidze. Drugą lokatę zajmuje Motor Lublin, a trzecią
Sparta Wrocław.
W 5. kolejce udało się rozegrać tylko dwa mecze. Poza derbami Ziemi Lubuskiej do skutku doszło drugie niedzielne spotkanie, Włókniarza Częstochowa ze Spartą Wrocław. Był to już 120. ligowa potyczka żużlowców tych drużyn w historii. Tym razem jednak częstochowianie na własnym torze mocno rozczarowali swoich fanów doznając drugiej porażki w obecnym sezonie. Z wrocławskim zespołem ekipa Włókniarza przegrała 38:52 i nawet przez moment nie była równorzędnym przeciwnikiem. Sparta przyjechała do Częstochowy jeszcze bez swojego asa Taia Woffindena, bo Brytyjczyk wciąż nie wrócił do pełni sił po kontuzji, lecz w niedzielę pierwsze skrzypce we wrocławskiej ekipie grali Artiom Łaguta i Maciej Janowski zdobyli po 17 pkt), którym dzielnie sekundowali Gleb Czugunow (10 pkt) i Daniel Bewley (8). W zespole częstochowskich „Lwów” najwięcej punktów zdobyli Jakub Miśkowiak (11), Duńczyk Leon Madsen (7) i Bartosz Smektała (5).
Druga w tym sezonie porażka na własnym torze oznacza, że szanse Włókniarza na wysokie miejsce w fazie play-off stają się coraz bardziej teoretyczne. Dość powiedzieć, że na dziewięć ostatnich domowych meczów, Włókniarz wygrał tylko dwa. To miażdżąca statystyka.
A wrocławianie wracali wreszcie do domu w dobrych humorach, bo nie dopuścili do trzeciej porażki z rzędu i awansowali z ostatniego ósmego miejsca w tabeli PGE Ekstraligi na trzecie. Do zespołu ma wkrótce wrócić Woffinden, akurat na trudne mecze ze Stalą Gorzów (16 maja) i Unią Leszno (23 maja).
W klasyfikacji najskuteczniejszych zawodników ligi wciąż prowadzi Bartosz Zmarzlik, który notuje niebywale wręcz wysoką średnią biegową – 2,905 pkt. Za nim plasują się Maciej Janowski (2,500) i Martin Vaculik (2,450).

Program 6. kolejki:
Sobota 15 maja:
Unia Leszno – Falubaz Zielona Góra, godz. 16:00;
GKM Grudziądz – Motor Lublin, godz. 21:00.
Niedziela 16 maja:
Apator Toruń – Włókniarz Częstochowa, godz. 16:30;
Sparta Wrocław – Stal Gorzów, godz. 19:15.

Żużel: Stal króluje w ekstralidze

Stal Gorzów w drugiej kolejce żużlowej ekstraligi pewnie pokonała Motor Lublin 52:38 i z czterema punktami na koncie objęła prowadzenie. Wypada przypomnieć, że w pierwszej kolejce gorzowianie wygrali z wyjeździe z broniącą mistrzowskiego tytułu Unią Leszno, która z kolei w miniony weekend rozprawiła się w Częstochowie z Włókniarzem 49:41.

Po zwycięstwie w Lesznie gorzowski zespół momentalnie wyrósł na jednego z głównych kandydatów do przerwania trwającej od 2017 roku dominacji ekipy Fogo Unii. Aktualni wicemistrzowie Polski w miniony weekend w drugiej kolejce PGE Ekstraligi podejmowali u siebie Motor Lublin i rzecz jasna uważani byli za faworytów tej potyczki. Gorzowianie, ponownie prowadzeni przez Piotra Palucha, dzielnie zastępującego walczącego z koronawirusem trenera Stanisława Chomskiego, nie zawiedli oczekiwań swoich fanów pewnie pokonując lubelską drużynę 52:38. Ponownie najlepszy w ich ekipie był dwukrotny indywidualny mistrz świata Bartosz Zmarzlik, który wygrał wszystkie swoje wyścigi i zdobył komplet 15 punktów. Niewiele gorszy od niego był pozyskany przed tym sezonem z Falubazu Zielona Góra Słowak Martin Vaculik, który wywalczył 13 punktów. Mecz nie był zagrożony, bo pogoda dopisała, a tor poprawiony pod okiem komisarza zawodów i sędziego był równy i pozwalała na szybkie i bezpieczne ściganie.
Po pierwszej serii startów, zgodnie z przewidywaniami, prowadzili gospodarze różnicą czterech punktów. Wśród gości wyróżniał się debiutujący w elicie Mateusz Cierniak, który zdobył dla Motoru sześć punktów. Na półmetku zmagań Stal prowadziła 24:18, a brylującym w ekipie gospodarzy Zmarzlikowi i Vaculikowi kroku dotrzymywali jeszcze Duńczyk Anders Thomsem (zdobył w meczu 11 punktów) oraz Szymon Woźniak, który wywalczył osiem punktów.
W zespole Motoru dobrze spisał się Jarosław Hampel, co było miłą niespodzianką dla kibiców tej drużyny, bo ten żużlowiec jeszcze niedawno ciężko przechodził zakażenie Covid-19. Były wicemistrz świata zdobył dziewięć punktów z dwoma bonusami i był to jego najlepszy występ na gorzowskim torze od kilku lat.
Trener Motoru Maciej Kuciapa już w 8. wyścigu skorzystał z rezerwy taktycznej i posłał do walki Duńczyka Mikkela Michelsena, który wespół z Rosjaninem Grigorijem Łagutą stworzyli mocny duet. Bieg rozegrano na raty, bo w pierwszym podejściu doszło do kraksy z udziałem Thomsena i Michelsena. W powtórce duńsko-rosyjska para wygrała podwójnie i lublinianie zniwelowali stratę do dwóch punktów. Ale był to jedyny taki zryw zespołu gości w tym meczu. Michelsen bliżej z torem zapoznał się jeszcze w 10. wyścigu. Duńczyk na pierwszym łuku uderzył kolanem o tor, co wytrąciło go z równowagi i doprowadziło do upadku. Sędzia zawodów Artur Kuśmierz podjął dyskusyjną decyzję o powtórce z udziałem czterech zawodników, bo Michelsen raczej zasłużył na wykluczenie. Gorzowianie nie rwali z tego powodu szat, bo powtórzony bieg wygrali podwójnie i odzyskali sześciopunktowe prowadzenie, którego nie pozwolili już rywalom zmniejszyć i które w kolejnych biegach jeszcze systematycznie powiększali.
Przyczynił się do tego głównie Szymon Woźniaka, który po dwóch pierwszych słabszych wyścigach w drugiej części spotkania przebudził się i wygrał dwa biegi. Szczególnie istotne było jego zwycięstwo w 11. wyścigu, w którym za rywali miał Hampela i Łagutę. Gorzowianie przesądzili o swoim zwycięstwie w tym starciu już w 13. biegu po podwójnej wygranej pary Zmarzlik – Thomsen. Ale prezes Stali Marek Grzyb może też cieszyć się z transferu Vaculika, bo Słowak w drugim ligowym występie imponuje wysoką formą. Zmarzlik i właśnie Vaculik oraz Thomsen i Woźniak zaczęli ten sezon w iście mistrzowskim stylu, ale czy starczy im pary do końca rozgrywek, na razie trudno przewidzieć.
Broniąca tytułu Unia Leszno z pewnością nie odda mistrzostwa bez walki. W ekipie „Byków” porażka z gorzowianami w meczu inaugurującym nowy sezon nie wzbudziła paniki, nawet wręcz przeciwnie – pomogła w mobilizacji przed wyjazdowym starciem z także aspirującym do walki o najwyższe laury Włókniarzem Częstochowa. Częstochowianie rozpoczęli niedzielny mecz z Unią z impetem i po kilku biegach mieli już nawet osiem punktów przewagi, lecz wtedy przyjezdni dokonali korekt w ustawieniach swoich motocykli i szybko wrócili do gry. Punktowali jednak tylko seniorzy, bo juniorzy znów wypadli fatalnie – Pludra i Sadurski zdobyli tylko jeden punkt, który przysługiwał im z urzędu w biegu juniorskim.
Ale w ekipie Włókniarza w trakcie rywalizacji słabych stron ujawniło się znacznie więcej. Bartosz Smektała i Kacper Woryna chyba jeszcze nie czuję się na częstochowskim torze jak na swoim, bo byli wolni i lepiej spisywał się od nich nawet Jonas Jeppesen. Najbardziej zawiódł jednak jeden z liderów zespołu Fredrik Lindgren. Widać było, że szwedzki żużlowiec na początku sezonu ma kłopoty sprzętowe i nie jest jeszcze równorzędnym wsparciem dla Duńczyka Leona Madsena. On zresztą też daleki jest od swojej optymalnej dyspozycji. Po jedenastu biegach ekipa Unii po raz pierwszy wyszła w tym meczu na prowadzenie i wtedy podopieczni trenera Piotra Barona złapali taki wiatr w żagle, że tylko cud mógł uratować gospodarzy od porażki. Ale choć zawody odbywały się pod Janą Górą, cud na częstochowskim torze się nie wydarzył, a po 13. biegu, w którym para Miśkowiak – Lindgren przegrała podwójnie, Unia przyklepała swoje zwycięstwo i już do końca tylko pilnowała przewagi, by ostatecznie wygrać mecz 49:41.
Aktualni mistrzowie Polski w tej chwili są w tabeli ekstraligi na czwartej pozycji. Prowadzi Stal Gorzów (dwa mecze, dwa zwycięstwa, komplet czterech dużych punktów i małe punkty +20), przed Spartą Wrocław (jeden mecz, dwa punkty, małe +12) i Apatorem Toruń (dwa mecze, dwa punkty, małe 0). Unia jest na czwartym miejscu (dwa mecze, dwa punkty, małe +2), Falubaz na piątym (dwa mecze, dwa punkty, małe 0), a Włókniarz na szóstym (jeden mecz, zero punktów, małe – 8).
Dwie ostatnie lokaty zajmują GKM Grudziądz (jeden mecz, zero punktów, małe – 12) oraz Motor (jeden mecz, zero punktów, małe – 14). W klasyfikacji najskuteczniejszych zawodników ligi prowadzi Bartosz Zmarzlik (średnia punktów 2,900). Za nim są Nicki Pedersen (2,667), Tai Woffinden i Martin Vaculik (obaj 2,600).
Trzecia kolejka PGE Ekstraligi zostanie rozegrana w najbliższy weekend. W piątek Unia Leszno podejmie Apatora Toruń, a Włókniarz Częstochowa Falubaz Zielona Góra, natomiast w niedzielę GKM Grudziądz zmierzy się u siebie ze Stalą Gorzów, a Motor w Lublinie ze Spartą Wrocław.

Samorządy tną dotacje dla klubów żużlowych

W wyniku pandemii koronawirusa samorządowe budżety są poddawane coraz to nowym obciążeniom, przez co władze miejskie zaczynają ciąć koszty lub zapowiadają to zrobić w najbliższym czasie. Najmocniej zagrożony obcięciem dotacji jest sport wyczynowy, ale najmocniej skutki zmniejszenia dopływu publicznych pieniędzy uderzą w obficie dotąd czerpiące z tego źródła kluby żużlowe.

Sytuacja budżetowa żużlowych miast jest bardzo trudna nie tylko ze względu na koszty walki z pandemią. Przyczynia się do tego także polityka prawicowego rządu, która nie sprzyja samorządom, bo podatki PIT i CIT są tak modyfikowane, że wpływy do miejskich budżetów systematycznie maleją. A wydatki, choćby na oświatę, gwałtownie rosną. Do tego władze miast muszą ratować, czyli dotować coraz większymi kwotami żywotne dla lokalnych społeczności instytucje, jak zakłady komunikacyjne, służby komunalne czy instytucje zarządzające np. obiektami sportowymi czy kulturalnymi.
W niektórych ośrodkach żużlowych radni póki co nie zmniejszyli dotacji dla tamtejszych klubów żużlowych. Przykładem takiej postawy jest Grudziądz, więc rywalizujący w PGE Ekstralidze tutejszy GKM w przyszłym roku również ma dostać z miejskiej kasy obiecane dwa miliony złotych. Ale już w Lublinie, którego władze wcześniej biły rekordy w hojności dla Motoru, dotując w minionym sezonie klub kwotą aż czterech milionów złotych, w przyszłym roku zapowiedziały obcięcie tej subwencji niemal o połowę. Niepewność zapanowała też w dwóch czołowych ekipach poprzedniego sezonu, czyli w Unii Leszno i Stali Gorzów. Leszczyński klub otrzymał w 2020 roku z budżetu miasta wsparcie w wysokości 800 tys. złotych, ale już wiadomo, że w przyszłym sezonie może liczyć góra na 600 tys. złotych, natomiast gorzowski na razie nawet nie wie, czy dostanie choćby złotówkę. Nawet na szkolenie młodzieży, na co dostawał do tej pory ok. 100 tys. złotych rocznie.
W Częstochowie prezydent miasta zaproponował po 1,5 miliona złotych z puli dotacji na dwa sztandarowe kluby – żużlowy Włókniarz i piłkarski Raków. Dla żużlowców taka kwota jest niewystarczająca, bo w sezonie 2020 mieli z tej puli dwa miliony złotych, a w lepszych latach wsparcie dochodziło nawet do 3,5 miliona zł rocznie. W Rybniku władze lokalne zapowiedziały całkowite wstrzymanie dotacji na sport, ale ugięły się pod naciskiem środowiska. Wiadomo już jednak na sto procent, że ROW Rybnik w przyszłym roku na pewno nie dostanie jak przed rokiem dwóch milionów złotych i może wydębi góra jedną czwartą tej kwoty.
Ciekawe, że te informacje pojawiły się dopiero po zakończeniu okresu transferowego w naszych żużlowych ligach, w trakcie którego większość klubów licytowały się o zawodników oferując im sute kontrakty. Dzisiaj ich szefowie zapewniają zawodników, że pieniądze dla nich na pewno się znajdą i nie muszą obawiać się cięć w kontraktach. Naszym zdaniem nie mówią prawdy, ale jak dalece posunęli się w swoich kłamstwach, przekonamy się dopiero na wiosnę.

Unia oddała dwóch wychowanków

Wychowankowie mistrza Polski Unii Leszno Dominik Kubera i Bartosz Smektała, uznawani za czołowych żużlowców młodego pokolenia, zmienili barwy klubowe. 21-letni Kubera podpisał kontrakt z Motorem Lublin, a 22-letni Smektała z Włókniarzem Częstochowa.

Kubera i Smektała mimo młodego wieku mogą pochwalić się pokaźną kolekcją trofeów. Obaj mają w dorobku po pięć mistrzowskich tytułów wywalczonych w PGE Ekstralidze z Unią Leszno, a Smektała jeszcze dodatkowo ma na koncie srebrny medal wywalczony z „Bykami” w 2014 roku w swoim debiutanckim sezonie w żużlowej ekstraklasie, w którym wystartował jako szesnastolatek. Kubera ma w dorobku dwa medale, srebrny i brązowy Indywidualnych Mistrzostwach Świata Juniorów, a Smektała w tej kategorii wiekowej wywalczył złoty i dwa srebrne krążki, a na krajowym podwórku wygrał wszystkie juniorskie turnieje i klasyfikacje. Miniony sezon PGE Ekstraligi dla Smektały był pierwszym w roli seniora, a dla Kubery ostatnim w roli młodzieżowca. Obaj swoimi zdobyczami punktowymi w lidze (średnia biegowa powyżej 1,8 pkt) mieścili się w czołowej dwudziestce zawodników.
Skoro byli tacy dobrzy, dlaczego Unia nie zatrzymała tak obiecujących zawodników w swoich szeregach? Powodem jest przepis o obowiązku posiadania w zespole zawodnika do lat 24 na pozycji seniorskiej, który spowodował, że wartość utalentowanych i skutecznie jeżdżących młodych polskich zawodników na rynku transferowym gwałtownie wzrosła. Klubu z Leszna po prostu nie było stać na utrzymanie w zespole Kubery i Smektały na warunkach finansowych, jakie oferowali im w nowym sezonie ligowi konkurenci. Prezes leszczyńskich „Byków” Piotr Rusiecki z ciężkim sercem musiał więc oddać dwóch wychowanków – Kuberę do Motoru, gdzie dołączy m.in. do Grigorija Łaguty, Mikkela Michelsena, Jarosława Hampela i Wiktora Lamparta, a prawdopodobnie także Mateusza Cierniaka i Krzysztofa Buczkowskiego, a Smektałę do zespołu Włókniarza Częstochowa, w którym będzie partnerem takich żużlowych tuzów, jak Szwed Fredrik Lindgren i Duńczyk Leon Madsen.

Cieślak odszedł z Włókniarza

W miniony piątek nie doszedł do skutku ligowy mecz Włókniarza Częstochowa ze Stalą Gorzów. Spotkanie zostało odwołane z powodu fatalnego stanu toru na częstochowskim stadionie. Goście z Gorzowa mieli uzasadnione podejrzenia, że nawierzchnia została spreparowana albo że przy jej przygotowaniu popełniono rażące błędy.

Pośrednio przyznał im rację trener Włókniarza Marek Cieślak, który w dniu niedoszłego meczu ze Stalą ostentacyjnie zrezygnował z posady. A top jest w polskim żużlu postać nietuzinkowa i zrobiło si z tego wydarzenie. 70-letni obecnie szkoleniowiec jako zawodnik cała karierę spędził we Włókniarzu Częstochowa (1968-1986), w tym też klubie zadebiutował w 1993 roku w roli trenera, a trzy lata później wywalczył z nim drużynowe mistrzostwo Polski. Potem ekipa rozsypała się i spadła do niższej ligi, a Cieślak rozpoczął trwającą dwadzieścia lat wędrówkę po innych polskich klubach, zanim w 2018 roku znów został trenerem zespołu Włókniarza. Przez te dwie dekady ze zmiennym powodzeniem prowadził ekipy Van Pur Stali Rzeszów, Polonii Piła, Atlasu Wrocław, Falubazu Zielona Góra, Unii Tarnów, Ostrovii Ostrów Wielkopolski i ponownie Falubazu. Ma na koncie cztery tytuły drużynowego mistrza Polski – do zdobytego z Włókniarzem w 1996 roku dorzucił jeszcze triumfy z Atlasem Wrocław w 2006, Falubazem Zielona Góra w 2011 i Unią Tarnów w 2012 roku. Przez ostatnie 20 lat pracę z zespołami klubowymi z powodzeniem godził z obowiązkami selekcjonera kadry Polski. Pod jego wodzą nasi żużlowcy ośmiokrotnie triumfowali w Drużynowym Pucharze Świata i są pod tym względem rekordzistami wszech czasów.
Warto też dodać, że Cieślak cieszy się zasłużoną opinią jednego z najlepszych specjalistów od przygotowania torów w Polsce, a może nawet i na świecie. Tak doświadczony fachowiec doskonale wiedział, że zarządzone przez prezesa Włókniarza Michała Świącika na cztery dni przed najważniejszym meczem sezonu prac na torze to błąd, który w przypadku załamania pogody musi zakończyć się katastrofą. I tak też się stało, bo we wtorek przez Częstochowę przeszła nawałnica. Ulewa zamieniła tor w grzęzawisko, które jeszcze w piątek, w dniu meczu ze Stala Gorzów, nie nadawało się do jazdy. Cieślak, który przez cały poprzedni tydzień nie miał nic wspólnego z prowadzonymi na torze pracami, nie chciał być w żaden sposób z nimi wiązany, więc w piątek rano złożył dymisję z funkcji trenera Włókniarza.
W mediach tak tłumaczył powody swojej decyzji. „Od poniedziałku to nie ja przygotowywałem tor, tylko toromistrz i prezes (Michał Świącik – przyp. jtk), który chwalił się zresztą ogromem prac w mediach społecznościowych. Ubolewam nad tym co się stało, bo Włókniarz to mój klub, z którym związany jestem od 16. roku życia. Chce mi się wyć, bo być może teraz znów będę musiał pracować na obczyźnie lub w ogóle rzucić pracę trenera. Wypowiedzenie złożyłem w piątek o ósmej rano, bo nie mogłem brać odpowiedzialności za tor, którego nie przygotowywałem. To była przemyślana decyzja, a niektórzy wiedzieli o niej już w czwartek. Boli mnie, że przez Włókniarz byliśmy świadkami antyreklamy żużla”.
Spotkanie Włókniarza ze Stalą zostało na godzinę przed rozpoczęciem odwołane właśnie z powodu fatalnego stanu toru, chociaż w Częstochowie od wtorku już nie padało. Działacze częstochowskiego klubu przekonywali jednak, że wtorkowa nawałnica była tak silna, że jej efektów nie dało się usunąć do piątku. Odmiennego zdania byli gorzowianie, którzy twierdzą, że podczas przygotowania nawierzchni gospodarze popełnili kardynalny błąd bronując tor tuż przed ulewą, przez co tak mocno nasiąkł wodą, że w piątek wciąż był grząski, chociaż dookoła wszędzie było już sucho. W tej sprawie werdykt miała wydać Komisja Orzekającą Ligi i powszechnie spodziewano się, że przyzna walkower na korzyść Stali.
Wracając do konfliktu prezesa Włókniarza z byłym już trenerem drużyny, to jego powodem były słabe ostatnio wyniki. Po serii porażek na własnym stadionie Michał Świącik uznał, że doszło do nich głównie z winy sprzyjającego zawodnikom gości toru i dlatego przed spotkaniem z gorzowskim zespołem, z którym Włókniarz rywalizuje bezpośrednio o miejsce gwarantujące walkę o medale w fazie play off, zarządził gruntowną rekonstrukcję nawierzchni toru ignorując sprzeciw Cieślaka w tej sprawie. Zasłużony trener w wypowiedziach dla mediów stwierdził: „Prezes Świącik, zamiast mnie oczerniać i obwiniać, powinien powiedzieć przepraszam i przyznać uczciwie, że ktoś mu źle podpowiedział. Wierzę, że chciał dobrze, że chciał poprawić tor wbrew opinii trenera, ale nic dobrego z tego nie wyszło. Ja mu powiedziałem, że jak mi nie ufa, to niech mnie zwolni. Nie zrobił tego, więc musiałem sam się zwolnić, żeby się nie podpisywać w protokole meczowym i nie brać odpowiedzialności za stan toru” – zapewniał Cieślak.

Nerwowy jak Rune Holta

Żużlowcy Falubazu Zielona Góra w 9.kolejce PGE Ekstraligi zrewanżowali się Włókniarzowi Częstochowa za dotkliwą porażkę (31:59) na własnym torze w pierwszej rundzie obecnego sezonu. Tym razem zielonogórzanie okazali się lepsi i wygrali na częstochowskim torze 47:43. Z zawodników gospodarzy najgorzej przegraną zniósł Duńczyk z polskim paszportem Rune Holta.

Nerwy 47-letniemu Holcie najpierw puściły na torze, gdy startował w pierwszym z wyścigów nominowanych. Był to ważny bieg, bo w tym momencie Włókniarz przegrywał 37:41 i była szansa na odrobienie strat. Duński weteran speedway’a wystartował znakomicie i z pierwszego wirażu wyszedł na pierwszym miejscu. Ale jadący mu „na plecach” zielonogórzanin Piotr Protasiewicz, równie doświadczony jak Holta, bo już 45-letni żużlowiec, nie zamierzał odpuszczać i na drugim wirażu ostro zaatakował przy bandzie. Holta chciał go tam przyblokować, ale w pewnym momencie stracił na chwile panowanie nad motocyklem i wychodząc już na prostą tylnym kołem zahaczył o maszynę Protasiewicza. Zawodnik Falubazu upadł na tor, ale chociaż kraksa wyglądała na poważną, to na szczęście nic złego mu się nie stało. Leżał co prawda dość długo na torze, ale wstał i o własnych siłach zszedł do parku maszyn. Protasiewicz wykazał się hartem ducha, bo wystartował w powtórce tego biegi i go wygrał, zapewniając tym samym swojemu zespołowi cenne zwycięstwo w całym meczu. Holta w powtórce nie pojechał, bo przez sędziego zawodów Piotra Lisa został rzecz jasna wykluczony i dodatkowo ukarany żółtą kartką. Nic dziwnego, że do swojego boksu w parku maszyn wrócił wściekły jak osa. Niestety, swoją frustrację wyładował w najgłupszy możliwy sposób, czyli na przypadkowej osobie. Trafiło na pracującego tam w pocie czoła operatora kamery stacji Eleven Sports, który wykonując swoje obowiązki po prostu zbliżył się w poszukiwaniu jak najlepszego ujęcia.
Holta nie od razu go zauważył i dlatego bez żadnych hamulców komentował niedawne wydarzenia na torze z jego udziałem, ale jak już zorientował się, że jest nagrywany, rzucił się na kamerzystę z rękami i mocno mu naubliżał, co z tego, że po angielsku. Sytuacja zrobiła się niezręczna, bo w czasach pandemii nadawcy telewizyjni są dla klubów żużlowych najważniejszymi partnerami i żaden prezes nie życzy sobie z nimi zadrażnień. Błyskawicznie swoje stanowisko w tej sprawie wyjawił za pośrednictwem Twittera prezes Speedway Ekstraligi Wojciech Stępniewski. Zapowiedział w nim, że Holta poniesie konsekwencje swojego karygodnego zachowania.
Działacze Włókniarza także zrozumieli powagę sytuacji i w krótkich żołnierskich słowach polecili Holcie przeprosić za wybryk. Sprawca zamieszania nie czekał z tym długo, bo zaraz po meczu tłumaczył swojej zachowanie i przepraszała za nie na łamach oficjalnej strony internetowej Włókniarza. „Miałem problem ze swoją maseczką, bo podczas zawodów uległa uszkodzeniu, a ponieważ obowiązuje reżim sanitarny, musiałem z braku maseczki cały czas chodzić w kasku. Nie była to dla mnie komfortowe. A tego kamerzystę już wcześniej kilka razy upominałem, żeby nie podchodził do mnie tak blisko, bo muszę mieć w boksie trochę miejsca dla siebie, a on powinien przecież zachować dystans społeczny. Nie wiem czy mnie zrozumiał, może nie rozumiał po angielsku, ale gdy tuż po wypadku z Piotrem Protasiewiczem, w bardzo nerwowej atmoserze i maksymalnym zdenerwowaniu, znowu zobaczył obiektyw kamery niemal przy swojej twarzy, nie wytrzymałem i ostro zareagowałem. Ale gdy już opadły emocje zrozumiałem, że nie było to zachowanie godne sportowca i zapewniam, że jest mi teraz bardzo przykro, że tak się stało. Buzowała we mnie adrenalina, było dużo emocji, to jednak nie tłumaczy mojego postępowania, bo coś takiego w ogóle nie powinno mieć miejsca” – kajał się Holta. Sprawa prawdopodobnie rozejdzie się po kościach, bo tak naprawdę tylko zielonogórzanie mieliby interes w rozdmuchaniu tej afery, lecz tylko w przypadku porażki. A ponieważ wyjechali z Częstochowy z tarczą, nie musieli szukać szczęścia przy zielonym stoliku.
W drugim piątkowym meczu GKM Grudziądz pokonał na wyjeździe ROW Rybnik 51:39. Dwa pozostałe mecze 9. rundy, Stali Gorzów z Motorem Lublin i Sparty Wrocław z Unią Leszno, zakończy się w niedzielę po zamknięciu wydania. W klasyfikacji najskuteczniejszych zawodników ligi na pierwszym miejscu jest Emil Sajfutdinow ze średnią bieg. 2,629. Tuż za nim plasują się Artiom Łaguta (2,500) i Martin Vaculik (2,370). Najskuteczniejszym polskim zawodnikiem jest Bartosz Zmarzlik (2,181), który w rankingu ogólny zajmuje ósme miejsce. Z kolei najskuteczniejszym juniorem ze średnią 1,900 jest Dominik Kubera. Daje mu to dziewiętnaste miejsce w rankingu.

Ekstraliga zacznie nowy sezon w kwietniu

Inauguracyjna kolejka żużlowej PGE Ekstraligi odbędzie się 3 i 5 kwietnia 2020 roku. Drużynowego mistrza Polski poznamy 27 września. Tytułu bronić będzie Unia Leszno. Podobnie jak w tegorocznym sezonie wszystkie 64 mecze ligowe będą transmitowane na antenach Eleven Sports (piątki) oraz nSport+ (niedziele).

Pierwsze mecze nowego sezonu zostaną rozegrane w piątek 3 kwietnia. Tego dnia Sparta Wrocław podejmie na swoim torze Motor Lublin, a Włókniarz Częstochowa zmierzy się u siebie z GKM Grudziądz. W niedzielnych spotkaniach aktualny mistrz Polski Unia Leszno będzie walczyć o punkty w Gorzowie z tamtejszą Stalą, natomiast beniaminek ROW Rybnik podejmie u siebie Stelmet Falubaz Zielona Góra.

Ta potyczka nie jest jednak jeszcze całkowicie pewna, bo w rybnickim klubie nie dzieje się w ostatnich dniach najlepiej z powodu sporu o pieniądze z urzędem miasta. W przypadku najbardziej niekorzystnego obrotu sytuacji ekipa ROW Rybnik może stracić licencję na występy w PGE Ekstralidze, a na jego miejsce wejdzie inny zespół. Ogromna ochotę na to ma Apator Toruń, który wraz ze spadkiem z ekstraklasy stracił tytularnego sponsora (Get Well) i wrócił do dawnej nazwy.

Druga runda PGE Ekstraligi odbędzie się podczas Świąt Wielkanocnych i wówczas wyjątkowo dwa mecze zostaną rozegrane w sobotę 11 kwietnia (Unia Leszno – Sparta Wrocław oraz GKM Grudziądz – ROW Rybnik), a pozostałe 12 kwietnia w niedzielę (Falubaz Zielona Góra – Włókniarz Częstochowa oraz Motor Lublin – Stal Gorzów).

Część zasadnicza sezonu 2020 zakończy się 23 sierpnia, a runda finałowa będzie rozgrywana od 6 do 27 września. Na 19 lipca zaplanowano indywidualne międzynarodowe mistrzostwa PGE Ekstraligi, zaś tradycyjna Gala PGE Ekstraligi odbędzie się w Warszawie 5 października.

Przy układaniu terminarza żużlowej ekstraklasy trzeba było uwzględnić kilka kryteriów, jak obłożenie stadionów zawodami rangi FIM i FIM Europe, a także innymi wydarzeniami organizowanymi na obiektach klubów PGE Ekstraligi, naprzemienność meczów w dwóch pierwszych rundach, nie rozgrywanie więcej niż dwóch meczów przez jedną drużynę z rzędu u siebie lub na wyjeździe oraz nie rozgrywanie meczów derbowych w pierwszych czterech rundach. Bardzo ważnym elementem terminarza było uwzględnienie w nim dat rezerwowych (piątki/niedziele).

 

Unia Leszno nadal na tronie

Żużlowcy Unii Leszno pokonali w rewanżowym meczu finału PGE Ekstraligi Spartę Wrocław 59:31 (pierwszy mecz, we Wrocławiu, wygrali 47:43) i po raz trzeci z rzędu zdobyli mistrzostwo Polski. Brązowe medale wywalczyła ekipa Włókniarza Częstochowa, pokonując w dwumeczu o 3. miejsce Falubaz Zielona Góra.

Zespół prowadzony przez Piotra Barona w obecnym sezonie przegrał tylko jeden mecz w rundzie zasadniczej, a w obu finałowych potyczka nawet przez moment nie musiał obawiać się o zwycięstwo. Wisienką na torcie była rozegrana w miniona niedziele rewanżowa potyczka ze Spartą. Stadion w 60-tysięcznym Lesznie wypełnił się do ostatniego miejsca. Zwycięstwo żużlowców Unii, którzy zdobyli trzeci z rzędu, a 17 w historii mistrzowski tytuł (Unia jest pierwszą drużyną od 24 lat, która po raz trzeci z rzędu została mistrzem Polski, co poprzednio udała się Sparcie Wrocław w latach 1993-1995) oglądało 16 760 widzów. Punkty dla ekipy „Byków” zdobywali: Piotr Pawlicki (12), Janusz Kołodziej (10+2), Bartosz Smektała (10+1), Rosjanin Emil Sajfutdinow (10), Australijczyk Brady Kurtz (8+2), Jarosław Hampel (5+1), Dominik Kubera (4).

Dla Hampela i Kołodzieja to już siódmy mistrzowski tytuł w karierze. W historii polskiego żużla więcej drużynowych trofeów na koncie ma tylko sześciu żużlowców. Najlepszy pod tym względem jest Stanisław Tkocz, który w barwach ROW Rybnik wywalczył 11 tytułów w latach 1956-70. A Unia Leszno jako klub nie ma sobie równych w polskim speedway’u w liczbie zdobytych mistrzostw Polski. Leszczynianie mają ich obecnie w dorobku już 17 i od kolejnego zespołu na liście wszech czasów, ROW Rybnik, mają o pięć złotych medali więcej. W drugiej dekadzie XXI wieku Unia Leszno mistrzowskie tytuły zdobywała w 2010, 2015, 2017, 2018 i 2019 roku.
Brązowy krążki tegorocznych mistrzostw wywalczył zespół Włókniarza Częstochowa, który w dwumeczu o trzecie miejsce okazał się lepszy od Falubazu Zielona Góra (57:33 i 44:45).

Tradycyjnie żużlowy sezon zakończy 7 października wielka gala w ATM Studio w Warszawie, podczas której rozdane zostaną nagrody w pięciu kategoriach. Wśród gości z pewnością brylował będzie świeżo upieczony indywidualny mistrz świata, bo dwa dni wcześniej na Motoarenie w Toruniu odbędą się ostatnie zawody cyklu Grand Prix. Największe szanse na zdobycie tytułu ma żużlowiec Stali Gorzów Bartosz Zmarzlik, który prowadzi z przewagą 9 punktów nad Rosjaninem Emilem Sajfutdinowem (Unia Leszno) i 11 pkt nad Duńczykiem Leonem Madsenem (Włókniarz Częstochowa). Cała trójka pewnie zjawi się na gali, bo wszyscy dostali nominacje do nagród za starty w PGE Ekstralidze.

Lista nominowanych:
Kategoria „Niespodzianka Sezonu”: Jakub Jamróg (Sparta Wrocław), Wiktor Lampart, Mikkel Michelsen, Paweł Miesiąc (wszyscy Motor Lublin), Anders Thomsen (Stal Gorzów);
Kategoria „Najlepszy Junior”: Maksym Drabik (Sparta Wrocław), Michał Gruchalski (Włókniarz Częstochowa), Dominik Kubera, Bartosz Smektała (obaj Unia Leszno), Wiktor Lampart (Motor Lublin);
Kategoria „Najlepszy Trener”: Piotr Baron (Unia Leszno), Marek Cieślak (Włókniarz Częstochowa), Adam Skórnicki (Falubaz Zielona Góra), Dariusz Śledź (Sparta Wrocław), Jacek Ziółkowski (Motor Lublin);
Kategoria „Najlepszy Zawodnik Zagraniczny”: Jason Doyle (Get Well Toruń), Leon Madsen (Włókniarz), Martin Vaculik (Falubaz Zielona Góra), Emil Sajfutdinov (Unia Leszno), Tai Woffinden (Sparta Wrocław);
Kategoria „Najlepszy Polski Zawodnik”: Maksym Drabik, Maciej Janowski (obaj Sparta Wrocław), Janusz Kołodziej, Piotr Pawlicki (obaj Unia Leszno), Bartosz Zmarzlik (Stal Gorzów).

 

Przerwa wakacyjna żużlowców

Po 10. kolejkach żużlowcy Unii Leszno są już pewni awansu do fazy play off PGE Ekstraligi, a bliska tego celu są Sparta Wrocław, Falubaz Zielona Góra i GKM Grudziądz. Teraz liga ma wakacyjna przerwę do 26 lipca.

Broniąca mistrzowskiego tytułu Unia Leszno nie doznała jeszcze w tym sezonie goryczy porażki i na cztery kolejki przed końcem fazy zasadniczej mając 22 punkty na koncie zapewniła już sobie udział w play off. W ostatniej przed wakacjami 10. kolejce ekipa „Byków” zdeklasowały piątego w tabeli Włókniarza Częstochowa, pokonując go na własnym torze 57:33. Dla częstochowian ta klęska była podwójnie bolesna, bo zajmujący czwarte miejsce GKM Grudziądz (13 pkt) uciekł im w tabeli na cztery „oczka”.

Zwycięstwo Sparty nad Stalą Gorzów (58:32) umocniło pozycję wrocławian w strefie medalowej, bo 17 pkt to już solidny dorobek. Gorzowianie z siedmioma puntami na koncie w tym sezonie raczej już nie powalczą o miejsce na podium. Honoru klubów z Ziemi Lubuskiej przyjdzie bronić zatem Falubazowi Zielona Góra, który po wygranej w Lublinie z Motorem (49:41) z 13 pkt w dorobku utrzymał trzecią lokatę. Outsiderem ligi jest zespół Get Well Toruń, zamykający tabelę z trzema „oczkami” i jednym tylko zwycięstwem.

Na czele klasyfikacji indywidualnej wciąż pozostaje kontuzjowany obecnie Tai Woffinden ze Sparty ze średnią biegową 2,459. Drugi jest Jason Doyle z Get Well (2,444), trzeci Bartosz Zmarzlik ze Stali (2,418),czwarty Leon Madsen (Włókniarz – 2,400), a piąty Martin Vaculik (Falubaz – 2,353 pkt).

PGE Ekstraliga ma teraz przerwę i żużlowcy wrócą na tory dopiero pod koniec lipca. Do końca rundy zasadniczej pozostały cztery kolejki. W 11. serii meczów 26 lipca Unia zmierzy się z Motorem, a Włókniarz z Get Well, zaś 28 lipca Sparta z GKM Grudziądz, a Falubaz ze Stalą.

 

Żużel: Na trybunach było tłoczno

Stęsknieni za żużlem kibice po zimowej przerwie tłumnie odwiedzili stadiony podczas inauguracyjnej kolejki PGE Ekstraligi. Cztery mecze obejrzało łącznie 55 812 widzów i była to najwyższa frekwencja w ostatnich latach. Pomysł rozgrywania dwóch spotkań w piątki i dwóch w niedzielę okazał się trafiony.

Oba piątkowe mecze, w Zielonej Górze (Falubaz – Get Well Toruń 53:37) i Częstochowie (Włókniarz – Stal Gorzów 47:43)), obejrzało na trybunach po 15 tysięcy kibiców. Ten znakomity wynik został poprawiony w niedzielę na stadionie w Lesznie, gdzie na potyczkę Unii ze Spartą Wrocław (50:40) wybrało się ponad 16 tysięcy fanów czarnego sportu. Najmniejszą widownię zgromadził mecz beniaminka żużlowej ekstraklasy Motoru Lublin z GKM Grudziądz (49:41), ale tylko dlatego, że lubelski stadion ma pojemność 9812 miejsc i tyle biletów tylko sprzedano. Chętnych na zakup wejściówek było jednak dwa razy więcej. W sumie wszystkie cztery spotkania 1. kolejki obejrzało z trybun 55 812 widzów. Dla porównania – w poprzednim sezonie inauguracyjna runda PGE Ekstraligi zgromadziła 38 974 widzów, a dwa lata temu 35 469.

Broniąca tytułu Unia Leszno już w pierwszy starcie potwierdziła przedsezonowe przewidywania, że także w obecnej edycji PGE Ekstraligi będzie najpoważniejszym kandydatem do mistrzostwa. Działaczom leszczyńskiego klubu udało się utrzymać skład z poprzedniego sezonu i mecz ze Spartą potwierdził słuszność tej decyzji. Unia ma szansę na na historyczny wyczyn, bo jeśli wygra także obecną edycję ekstraligi, zostanie pierwszą drużyną, która w XXI wieku dokona tej sztuki trzy razy z rzędu. Ekipa „Byków” w niedziele pewnie pokonała Spartę Wrocław 50:40, ale wrocławianie stosunkowo niską porażkę zawdzięczają fenomenalnej jeździe trzykrotnego indywidualnego mistrza świata (2013, 2015 i 2018) Taia Woffindena. Brytyjczyk wygrał pięć wyścigów i zademonstrował formę, która każe widzieć w nim faworyta także w tegorocznym cyklu Grand Prix.

To zła wiadomość dla naszych żużlowców, którzy od lat dominują w rywalizacji drużynowej i regularnie plasują się na niższych stopniach podium, lecz ten najbardziej prestiżowy tytuł od triumfu Tomasza Golloba w 2010 roku wciąż znajduje się poza ich zasięgiem. Przez te osiem sezonów wywalczyli czterokrotnie tytuły wicemistrzów (Jarosław Hampel w 2013, Krzysztof Kasprzyk w 2014, Patryk Dudek w 2017 i Bartosz Zmarzlik w 2018) oraz dwukrotnie zajmowali trzecia lokatę (Hampel w 2011 i Zmarzlik w 2016). Wspomniany Tomasz Gollob, który wciąż nie odzyskał sprawności po wypadku na torze motocrossowym dwa lata temu, wrócił w tym sezonie do żużlowego świata w nowej roli komentatora stacji nC+. On to właśnie ocenił, że kwartet naszych żużlowców (Zmarzlik, Maciej Janowski, Patryk Dudek i Janusz Kołodziej) w tej edycji cyklu Grand Prix właśnie w Woffindenie powinien upatrywać najgroźniejszego konkurenta.

Co do rywalizacji w PGE Ekstralidze, to po pierwszej kolejce jest jeszcze za wcześnie na typowanie faworytów. Tym bardziej, że nigdzie porażki nie zostały puszczone płazem. Najbardziej radykalni w rozliczeniach okazali się szefowie GKM Grudziądz, którzy przegraną w Lublinie uznali za kompromitację i wezwali wszystkich zawodników „na dywanik”.