Ruska wojna hybrydowa w Ciechocinku

Początkowo nic nie zapowiadało nieszczęścia. Słońce wstało, tak jak wstać miało – o godzinie 5.57.  Panie i panowie – różnie. Jedni dopiero kładli się spać, drudzy właśnie zasnęli, jeszcze inni zastanawiali się, gdzie są i z kim śpią właściwie. Jak to „u wód” po upojnej, dancingowej sobocie.

 

Choć proboszcz rozdzwonił się już o 6.30, to pierwsze oczy zaczęły się przecierać ok. 8.00. W tej sytuacji kuracjusze uznali, że najlepsze pora na niedzielną mszę, to godz. 10.00. Dziesiąta jest w sam raz. Człowiek jest już na tyle przytomny, że rozumie całe zło, jakiego się pod wpływem gorzały dopuścił. Ona, ta gorzała – wiadomo – robi z człowiekiem, co chce. Choćby najbardziej bogobojnym. A nawet z najbardziej bogobojnym szczególnie.

 

Po wyznaniu grzechów,

przynajmniej do obiadu tutejsze „małżeństwa poznańskie”, zderzały się z pełnymi nagany spojrzeniami. Po obiedzie obyczaje powoli zdawały się wracać do normy, a więc i ci, którzy „poznali się” podczas turnusu, lub wręcz swoje „poznańskie małżeństwo” zawarli minionej nocy, też mogli liczyć na zrozumienie. Słowem w niedzielę w Ciechocinku panował spokój pomieszany z poczuciem niejakiego smutku, bo przecież turnus bezlitośnie dobiegał końca.
Czy to może ta wczesnojesienna, posobotnia nostalgia, czy zmęczenie, czy co, w każdym razie początkowo nikt nie zwrócił na niego uwagi. Ot, facet, jak inni. Że rozstawiał stojaki, jakieś wzmacniacze, komputer – no, to co? Uważnego obserwatora dziwić mogło tylko, że miał klucz do otwierania ulicznych skrzynek elektrycznych i swobodnie zasilił się w prąd. Jakby był u siebie! A poza tym? Nic, uliczny grajek po prostu. W Ciechocinku, na co drugiej płycie chodnikowej rozkwita muzyczny talent. Może tu nie ma hydraulików, może trafić na szewca trudno, ale muzyków jest pod dostatkiem. Stary skrzypek-rzępolista, dwie nastolatki pitolące jedna na gitarze, druga na skrzypcach, Indianie peruwiańscy (meksykańscy, ekwadorscy, kolumbijscy?) wygrywający swe niepokojące rytmy na okarynach i fujarach, duo disco polo ze „Zdrojowej”… Artystów jest tu takie zatrzęsienie, że jeszcze jeden rozkładający graty na chodniku nie zwracał niczyjej uwagi.
Ten błąd okazał się tragiczny w skutkach – dla Polski i polskości. To był Ruski! Nikt się tego nie spodziewał, a jednak. Znowu wbili nam nóż w plecy. I to we wrześniu! Tym razem nóż w postaci klucza wiolinowego. Bez najmniejszych wątpliwości był to przejaw ruskiej wojny hybrydowej w czystej, wręcz podręcznikowej postaci. Dobrze zaplanowanej i zgranej w czasie z wcześniej napisanym planem. Napisanym cyrylicą, rzecz jasna.
Dość powiedzieć, że podczas występu młodziana, wolno, zupełnie jakby na wstecznym biegu, przeleciał nad Ciechocinkiem, na wysokości 10 tys. metrów samolot udający pasażerski. Leciał na wschód. Nagle, niby to przygotowujący się do popisu młody człowiek, zniknął na chwilę. To znaczy był, ale jakby jakaś mgła go otuliła, może chmura? W tym samym czasie on – raz prawą ręką, raz lewą, a na końcu obiema – dotykał swych dużych, bardzo ciemnych okularów zasłaniających mu pół twarzy. Przypadek? Tylko ktoś bardzo naiwny wierzy w takie przypadki. Oni, to znaczy ten na dole i ci tam, na wysokości 10 tys. metrów, wyraźnie zgrywali częstotliwości nadawania i odbierania.
Po chwili wszystko wróciło do normy. Mgła się rozproszyła tak samo nie wiedzieć kiedy, jak się pojawiała.
Pierwszy dźwięk, którym zaatakował Ciechocinek, był mocny i czysty. To nie były jakieś dwie drewniane łyżki, na których – uderzając nimi o kolano – prawdziwi, prości Rosjanie grają zdumiewająco pięknie. To nawet nie była bałałajka, na której co drugi Ruski od dzieciństwa przygrywa sobie do obiadu. To była najprawdziwsza, elektryczna gitara wysokiej klasy… Tak ich teraz wyposażają!
Ponownie szarpnął struny. Publiczność zwróciła ku niemu głowy. U stóp fontanny zdobiącej Tarasy Hellwiga zrobiło się jasno-srebrzyście, gdyż przeważały głowy siwe.
– Proszę Panstwa, odezwał się miło swą ruszczyzną-polszczyzną. Młody, prosty jak struna, ładnie ubrany, cały na jasno, czyściutki, uśmiechnięty… Żadnego kiksu, żadnego przypadku – warząchwią można takiego jeść. Panie od razu dały wyraz swej sympatii, witając go miłymi brawkami.
– Proszę Panstwa. Przyjechałem tu, żeby razem z Panstwem trochę pośpiewać znanych piosenek. Rosyjskich i radzieckich… Nawet się z tym nie krył, niczego nie udawał – radzieckich! Łapią Państwo, jaka to bezczelność?! Proponować Polakom w wolnej Polsce, radzieckie piosenki?…
– Które znajom Panstwo i chętnie śpiewają. Zacznę od starej ballady…
Ale ich szkolą! Od „Briadiagi” zaczął…

Po dikim stiepiam Zabajkalja,
gdie zolota rojut w garach
Bradiaga sudbu preklinaja
taszczitsja z sumoj na plecziach.

Rozumiecie istotę podstępu?… Że niby los zesłańców polskich wywiezionych na Sybir, ich tęsknota za ojczyzną, za rodziną, że niby ból i cierpienie, zadane przez cara były… Nie przez Ruskich, przez cara… A car – ten wszystkich gnębił… Ruskich też… Znaczy oni nas w łańcuchy zakuwali, a ten tu śpiewa, że wspólnie cierpieliśmy! No, ja bardzo przepraszam, ale zakuwany i zakuwający może i cierpią wspólnie, ale ten drugi tylko wtedy jak młotkiem w palec trafi, a nie w zamek od łańcucha…
Tymczasem ludzie zasłuchani, z oczami zasnutymi jakimś marzeniem, w ogóle na to nie zwracali uwagi. Zatopieni we wspomnieniach… Młodości? Obozów harcerskich, kolonii, na które komuna dzieci polskie masowo wywoziła, żeby je właśnie takimi balladkami karmić?… Tą jedną piosenką Ruski ugotował publikę na miękko.
Jeszcze tylko ksiądz z pobliskiego kościoła, widząc, co się dzieje, próbował ratować ducha narodowego uderzając w dzwony, ale i on w gruncie rzeczy ograniczył się do standardowego dzwonienia – jak to na nieszpory. Ruski przeczekał, a publika razem z nim, drwiąc przy okazji ze świętych dla każdego prawdziwego Polaka dźwięków.
Ledwo więc one zamilkły, ten znowu uderzył w struny i nad całym Ciechocinkiem (wzmacniacze miał po byku) popłynęło:

Serce to najpiękniejsze słowo świata
Serce to w życiu najcudniejszy skarb
Serce – miłości hymn co w słońce wzlata
To baśń skrzydlata to szczęście i zaklęty czar

W Rosji Radzieckiej piosenka słynnej Lubow Orłowej była typową „maskirowką”, kamuflażem przykrywającym grozę stalinowskiej czystki lat 30-tych. W wolnym Ciechocinku zaś, to było swoiste memento przemycone tu podstępnie w niedzielne popołudnie. Takie: uważajcie Polaczki, bo jeszcze zatańczycie, jak my wam zagramy… A mimo to wszyscy śpiewali. Niektórzy nawet po rosyjsku, choć sam zapiewajło śpiewał po polsku.
Jakie on jeszcze nuty niczym piach rzucał w tryby naszej odradzającej się polskości? Proszę bardzo:

 

„Smuglianka-Mołdawanka”,

napisana w 1940 roku, już po zajęciu Kresów Wschodnich. Gdyby ich nie zajęli, sami byśmy sobie taką napisali. Może nawet i lepszą! W końcu i my kiedyś z Mołdawią graniczyliśmy i mieliśmy z Mołdawiankami własne doświadczenia.
A oto następna ruska agitka:

Ciemna dziś noc
Świszczą kule po stepie i znów
Za depeszą depeszę przez mrok
Wiatr po drutach przesyła…

Kto to śpiewał w oryginale? Mark Naumowicz Bernes. Łapiecie ten niuans? Wiecie, kto robił Rewolucję Październikową? No… A kto piosenkę z rosyjskiego przetłumaczył? Tuwim!…
I po tylu latach prawdziwi Polscy znoszą to wszystko bez mrugnięcia okiem… Chociaż nie, niektórzy mrugali, ocierając łzy wzruszenia. To jest nie do zaakceptowania! To jest w całkowitej sprzeczności z naszym patriotycznym etosem.
Było jeszcze, a jakże:

Zawsze niech będzie słońce,
Zawsze niech będzie niebo,
Zawsze niech będzie mama,
Zawsze niech będę ja…

Tak – Miansarowa. Tamara. Za tę piosenkę dostała w Sopocie Bursztynowego Słowika. W 1963 roku… I po to ten Ruski do Ciechocinka przyjechał, żeby nam wygrzebywać Gomułkowskie trupy z szafy? Mamy swój, czysto polski, Sopot Hit Festival i to nam w zupełności wystarczy.
Tymczasem, jakby po złości, jakby kontynuując, Ruski zaśpiewał jeszcze: „To były piękne dni”. Niestety – wygrzebany z naftaliny przebój bez reszty rozruszał podstarzałą widownię. Pani o ramionach rozłożystych jak konary baobabu i o piersiach jak „grudź” ruskiego „gieroja” rozhuśtała w jej rytmie swoje wdzięki, aż gałęzie pobliskich krzewów się ugięły. Gdyby w tym momencie ktoś wjechał w pobliże fontanny ze stołem zastawionym kawiorem i szampanem, to ona bez namysłu wskoczyłaby pomiędzy kieliszki, żeby ostatni raz zatańczyć panom swój szalony, kipiący zwierzęcym erotyzmem taniec. Z powodu braku stołu musiała się ograniczyć do ławki, na której tańczyła na siedząco.
Za to z kolei nic a nic nie ograniczało pań młodszych od niej, na oko „wczesnych sześćdziesiątek”, które – tak! tak! – wywijały między rabatami hopaka z prysiudami. Bo „Katiuszą”, eksportową piosenką radzieckiego imperializmu, zakończył swą wojnę hybrydową ruski „zielony ludzik”, na użytek Ciechocinka przebrany na biało. Wojnę zakończoną, nie bójmy się tego, całkowitym jego zwycięstwem. Nie dość, że przekazano mu liczne znaki pokoju w postaci miłych uśmiechów, słów serdecznych, ale też w postaci żywej gotówki, która aż mu się na boki rozsypywała, gdyż każdy wyciągał rękę po jego płyty. I to jest prawdziwa miara naszej klęski – nie dość, że znów nas zruszczył, to jeszcze na tym zarobił.
Nie smućmy się jednak, nie rozrywajmy szat. Publiczność jego stanowili ludzie urodzeni grubo przed 1989 rokiem, rokiem wolności…

 

To ludzie straceni dla Niepodległej.

Niczego nie zrozumieli, niczego się nie nauczyli. Komuna w jeszcze żywej postaci. Ale, już niedługo.
Jednak nawet tam, na deptaku w Ciechocinku, podczas zdradzieckiego koncertu ruskiego śpiewaka, pośród wrogiego Niepodległej tłumu, znaleźli się obywatele godni swej polskości. Byli, a jakoby ich nie było…
On na oko miał pod 90-tkę, wyraźnie oparty już o Pana Boga. Ona z dziesięć lat młodsza. Gdyby nie odrosty, to kruczo-czarna. Ruski grał, a oni nie reagowali. Byli jak skała tatrzańska – całkowicie niepodatni na jego propagandę.
On zdawał się w ogóle nie wiedzieć, gdzie jest i co się dzieje. Ona – wyraźnie chcąc zdążyć przed Panem Bogiem – na szybko załatwiała wszystkie zaległości:
– Widzisz cholerniku, na co ci przyszło! Idź, lataj za tymi babami, jak zawsze latałeś. No, idź. Nie możesz, co? To kara za moje krzywdy. Za moje łzy wylane przez tyle lat. Niech te dziwki teraz o ciebie dbają! Niech cię karmią, ubierają… One rozbierać cię tylko potrafiły. A czapkę na ten pusty łeb przez baby wypalony, to ja muszę ci nakładać. Dobra, nałożę. Jak nie nałożę, to będę musiała koło ciebie skakać, bo przecież porażenia dostaniesz, łajdusie jeden…
Rozległy się brawa. Przez chwilę myślała, że to jej myśli tak głośne się zrobiły, że wszyscy usłyszeli. Ale nie, to temu Ruskiemu klaskali…
– Człowiek ze swoimi problemami zawsze zostaje sam, pomyślała gorzko i poprawiła mężowi czapkę, bo znowu na oczy mu się zsunęła. Jedyna niepokalana ruszczyzną w tym zdradzieckim towarzystwie babka-Polka.

Zachęcanie przez zawstydzanie

Destrukcja systemu prawnego dokonywana przez PiS nie cieszy się przesadnym poparciem Polaków. Mimo to protesty uliczne pozostają względnie nieliczne, a notowania partii Kaczyńskiego trzymają się jak zaklęte – z lekką tendencją wzrostową.

 

Sytuacja to powoduje rosnącą wściekłość środowisk liberalnych i demokratycznych, które wyraźnie nie mogą poradzić sobie ani z diagnozą sytuacji, ani z opracowaniem sensownego planu przeciwdziałania.
Strofowanie narodu
W przestrzeń publiczną płyną osobliwe przekazy, wzywające obywateli do czynu i wzmożenia. Można je podzielić na trzy zasadnicze warianty.

 

Wariant 1 – macie to wszystko, puste debile, dzięki nam

„Fajnie wam się żyje w tym kraju? Nieźle, co? Skromna »furka«, »klamoty« z butiku, nierzadko własna »kawalerka«, a w niej sprzęt audiowizualny ful, zimą snowboard w Sölden, latem adventure-club w Nowej Zelandii. To się nie wzięło znikąd. Komuś to zawdzięczacie. Swoim rodzicom bądź innym współrodakom w ich wieku. Ludziom, którzy nieobarczeni luksusami, które dla was stały się niczym niezwykłym, wychodząc 30 lat temu na ulice walczyli przeciw »komunie« o wolną Polskę, o kraj, w którym żyjecie. Jeszcze”.
Lipcowy apel do polskiej młodzieży, zamieszczony na oficjalnej stronie KOD, podbił internety. Nie w taki sposób, o jaki chodziło autorom, ale jednak…
Trudno o przykład głębszego oderwania się od rzeczywistości. Podobny wizerunek młodego pokolenia, żyjącego naprawdę w świecie umów śmieciowych, wątpliwych perspektyw i ciągłej niepewności, powtarza się w różnych wariantach opozycyjnych apelów. Wariant „żyjecie dobrze dzięki naszemu poświęceniu” adresowany jest, co ważne, do ludzi z tej samej klasy społecznej – nowego mieszczaństwa, które w oczach KOD pogubiło się i podtopiło moralnie w oceanach sojowego latte.
Obraz bananowej młodzieży ma zapewne związek z lokalizacją warszawskich demonstracji – w pobliżu popularnych klubów i kawiarni. Uogólnienie obserwacji warszawki do całego pokolenia świadczy jednak o czymś gorszym – pokolenie zmęczonych „budowniczych III RP” najwyraźniej nie znalazło czasu i wspólnego języka, by porozmawiać z własnymi dziećmi i dowiedzieć się czegoś o ich faktycznych marzeniach i obawach.

 

Wariant 2 – jesteście, chamy, kupieni za pięć stówek

„Biedny, otumaniony 500+, tanio kupiony pseudodumą rodem z paska wiad. tvp 40 procentowy »narodzie« – rozpłyń się i przepadnij. Jesteś zakałą świata!” – wpis aktora Jacka Poniedziałka stał się również hitem internetu.
Nie o Poniedziałka tu jednak idzie. Przedstawiony fragment to zebrane w kilku zdaniach rozczarowanie polskiej liberalnej inteligencji polskim nieliberalnym ludem. Podobne, łagodniej wyrażone, rozczarowania można cytować setkami – padają z ust dawnych opozycjonistów (Frasyniuk, Celiński, Niesiołowski) i ludzi kultury.
Większość z nich uderza w tony litościwo-protekcjonalne (pogubieni, zbałamuceni, ofiary telewizyjnej propagandy itp.) – na tym tle jawnie pogardliwa diagnoza Poniedziałka jawi się jako krynica szczerości.
Jest to klasyczna postawa polskiego szlachcica-inteligenta wobec polskiego chłopa, ukształtowana przez doświadczenie powstania styczniowego i wcześniejszej rabacji galicyjskiej. Można zastanawiać się oczywiście, czy taki sposób opisu – uwiedzenie polskiego ludu przez PiS – jest prawdziwy, czy nie. Z pewnością antyelitarna krucjata PiS ma coś z ducha rabacji, ale pod względem politycznej strategii obrażanie się na stanowiącą większość społeczeństwa klasę ludową i jawne jej poniżanie jest praktyką samobójczą – również znaną w polskiej historii i wielokrotnie ćwiczoną.

 

Wariant 3 – ucieczka w świat bajek, czyli ku pokrzepieniu serc

„Mama nie przeczyta dziś bajki, musi biec pod sąd. Młode prawniczki postawiły się władzy”, „KOD ubrał Misia Uszatka w koszulkę z napisem »konstytucja«”, bohaterskie czyny Klementyny Suchanow polegające na sprayowaniu napisu „czas na sąd ostateczny”, przewożenie do Sejmu protestujących w bagażniku, opowieści o tym, że demokrację w Polsce uratują kobiety…
Czytając antypisowskie portale i gazety, można zanurzyć się w zupełnie alternatywnym świecie, pełnym krzepiących wieści, sympatycznych opowieści o dzielnych ludziach, wspomnień z protestów, pisanych w wysokim diapazonie apelów wydawców prasy. Ciepło, mile, przytulnie, swojsko – czyli w dobrym towarzystwie „wspaniałych ludzi”. To nic, że wedle wszystkich badań wśród popierających PiS przeważają kobiety – to nic, że młodzież uważa protestujących pod Sejmem rodziców i dziadków za wcielenie obciachu (dlaczego? Patrz: Wariant 1).
Środowiska opozycyjne zdają się nie dostrzegać postępującej infantylizacji we własnych szeregach. Śmiech jest w polityce bronią morderczą – w nieodpowiednich rękach może stać się również narzędziem samobójcy.

 

Licytacje demokratyczne

Kolejnym mechanizmem społecznym, znanym i opisanym, jest wewnętrzna dynamika w obrębie ruchu prodemokratycznego. Trwa tu niezwykle zacięta walka o przywództwo. Nałożenie wewnętrznej konkurencji na zasadniczą walkę z PiS prowadzi do posunięć bardzo dziwnych i zupełnie niezrozumiałych dla społeczeństwa. Weźmy przykład z Wrocławia – przez wiele tygodni trwały tu dwie konkurencyjne demonstracje w obronie sądów. Gdy jedną tworzył komitet z udziałem Nowoczesnej i SLD, drugą (zwykle dwie godziny później) organizował inny komitet z udziałem partii Razem. Ostatecznie oba środowiska skłóciły się na amen, co zaowocowało również wysypem bardzo podobnych kandydatek na prezydenta miasta i – co łatwo przewidzieć – zmarnowaniem oddanych na nie głosów.

 

Hybrydowa rewolucja – co robić?

Problemem opozycji jest dziś nie odpowiedź na pytanie, czy rządy PiS są złe i szkodliwe (oczywiście – są), lecz o zasadniczy wybór strategii walki z formacją Kaczyńskiego. Podstawowe odpowiedzi są dwie: wygrać wybory i przejąć władzę lub wszcząć rewolucję. Odpowiedź pierwsza oznacza jednak akceptację dzisiejszej Polski jako kraju demokratycznego, w którym wyborcze zwycięstwo jest możliwe. Czy tak jest, czas pokaże.
Wariant rewolucyjny zderza się z problem praktyki rządów populistycznych, która sama w sobie jest rozciągniętą w czasie rewolucją. Hybrydowa rewolucja typu populistycznego (Rosja, Węgry) ma to do siebie, że dla większość obywateli życie płynie zupełnie „normalnie” – ukazują się gazety, ludzie pracują i jeżdżą na wczasy, działa jakaś opozycja. Brak czynnika, który zdołałby wypchnąć tłumy na ulice. Zanika jedynie po cichu zasadnicza cecha demokracji – możliwość zmiany władzy w wyniku wyborów. Problem polega jednocześnie na tym, że hybrydowe wojny i rewolucje można prowadzić tylko z pozycji władzy – żadna opozycja nie jest w stanie działać na podobnych zasadach. Polska anty-PiS próbuje dziś działać po części w obrębie systemu demokratycznego, po część wychodząc na ulicę w trybie półrewolucyjnym, po części próbując PiS po prostu przeczekać.
Każda z tych strategii okazuje się, jak na razie, zawodna, a ich połączenie dezorientujące społeczeństwo.

 

Mimo opozycji…

Paliwem PiS, podobnie jak każdego współczesnego ruchu populistycznego, jest nienawiść do elit i chęć wywarcia na nich zemsty – mniejsza o to, za co i jak.
Bez zrozumienia tej niezwykle prostej prawdy anty-PiS skazany jest na klęskę. Oczywiście, większość polityków opozycji świetnie zdaje sobie z tego sprawę. Dominuje jednak asekurancka strategia przetrwania i przeczekania. Każdy inny wariant oznacza koniec marzeń o powrocie do sytuacji sprzed ostatnich wyborów.
Na razie opozycja parlamentarna i duża część pozaparlamentarnej prowadzi wobec społeczeństwa dziwaczną politykę zawstydzania, mającą rekompensować własne zaniedbania i brak jakiejkolwiek wizji.
Polakom wychodzącym na protesty w obronie demokracji należy się najwyższy szacunek – wielu z nich, w tym niżej podpisany, wychodzi jednak na protesty nie dzięki, lecz mimo apelów opozycyjnych elit.

Hybrydowa wojna wyborcza

Począwszy od aneksji Krymu coraz większą furorę na świecie robi termin wojna hybrydowa. Jednym z jej elementów jest z pewnością wojna w przestrzeni cybernetycznej.

 

Minione 2 – 3 lata dostarczyły wiele przykładów coraz bardziej zaawansowanych i niszczących ataków cybernetycznych. Ich obiektem były najważniejsze dziedziny życia wielu państw. Do najbardziej spektakularnych należały: przełamanie zabezpieczeń sieci Departamentu Stanu USA i Białego Domu w 2014 r., ingerencje w wybory prezydenckie w USA i referendum w sprawie Brexitu w Wlk. Brytanii, wybory prezydenckie we Francji oraz pobudzanie działań na rzecz uzyskania niepodległości przez Katalonię.
Jednak to nie działania ukierunkowane na instytucje polityczne oraz wojskowe, finansowe i gospodarcze, a także na osobistości świata polityki, będą przedmiotem poniższych rozważań. Będzie nimi niższy poziom działań czyli informacja rozpowszechniana za pośrednictwem internetowych serwisów społecznościowych i zagrożenia z tym związane.
Dzisiejszy świat wymaga korzystania z wielu informacji. Ludzie włączeni są w różnorodne procesy społeczne, polityczne, gospodarcze, ekonomiczne oraz poddawani są lawinie różnych informacji. Zmienia się sposób pozyskiwania informacji oraz komunikowania się ludzi między sobą. Coraz mniej osób czyta tradycyjne gazety. Zamiast studiować sążniste artykuły czytelnicy poszukują krótkich, przyciągających uwagę informacji. Najlepszym narzędziem jakie wymyślił człowiek, służącym realizacji tego celu jest Internet, czyli ogólnoświatowy system połączeń między komputerami. Ocenia się, że z Internetu korzysta obecnie ok. 4 mld ludzi, w Polsce prawie 28 mln czyli ok. 72 proc. społeczeństwa. Do najpopularniejszych narzędzi służących rozpowszechniania i wymianie informacji należą: portale internetowe (internetowe serwisy informacyjne poszerzone o różne przydatne funkcje) i serwisy społecznościowe umożliwiające łączenie i komunikowanie się osób, które dzielą się swoimi zainteresowaniami i wiedzą.
Do najpopularniejszych serwisów społecznościowych należą Facebook oraz Twitter. Nie będę ich przedstawiał, każdy może znaleźć niezbędne informacje na ich temat w Internecie. Warunkiem korzystania nich jest założenie konta (profilu), czyli zarejestrowanie się, sprowadzające się najczęściej podania imienia i nazwiska lub pseudonimu oraz adresu poczty elektronicznej. Niektóre wymagają podania innych danych np. daty urodzenia, zamieszczenia zdjęcia, podania uczelni, które się ukończyło itp. Po rejestracji użytkownik może zalogować się na swoje konto i zaprosić do dyskusji i wymiany informacji znajomych (Facebook) lub wybrać użytkowników, których chce obserwować (Twitter). Ten drugi jest szczególnie ulubiony przez polityków. Oprócz błyskawicznego przekazywania informacji umożliwia on obserwowanie innych użytkowników tego serwisu.
Potencjalny użytkownik serwisów społecznościowych musi zdawać sobie sprawę z tego, że obserwując innych sam jest również obserwowany. Musi również wiedzieć, że w serwisach społecznościowych jest wiele kont (profili) fałszywych udających prawdziwe. W terminologii internetowej takie fałszywe konta nazywane są botami. Boty potrafią automatycznie wykonywać pewne czynności w zastępstwie człowieka i mogą udawać jego zachowania. Specjaliści oceniają, że tylko w ciągu trzech tygodni listopada 2017 r. na Twitterze powstało ponad 10 tys. botów. Ich cechą charakterystyczną jest to, że nie zawierają danych osobowych o właścicielu, jego zdjęć oraz nie „wrzucają” żadnych informacji, choć z założenia służą wymianie informacji. Z reguły mało osób je obserwuje, natomiast one śledzą dużą liczbę profili – każdy ponad sto kilkadziesiąt kont znanych osób publicznych.
Jak pisze Violetta Krasnowska na łamach Polityki, z analizy przeprowadzonej przez profil @SocialowaSowa wynika, że konto Grzegorza Schetyny obserwuje ponad 100 tys. użytkowników Twittera. Prawie wszystkie zostały założone w 2017 roku, a prawie połowa z nich (46 tys.) nigdy nie opublikowała żadnej wiadomości. Jeszcze gorzej jest w przypadku kont Rafała Trzaskowskiego i Patryka Jakiego. Około 90 proc. obserwujących ich konta to boty.
Po co to wszystko? Odpowiedź jest prosta jeżeli spojrzymy na kalendarz zbliżających się kampanii politycznych, zwłaszcza wyborczych. Anna Mierzyńska – specjalistka od marketingu sektora publicznego i mediów społecznościowych – twierdzi na swym portalu, że 10 tys. uśpionych botów od 31 października 2017 r. obserwuje twitterowe konta wszystkich liderów opinii publicznej w Polsce. Oznacza to, że w Polsce zaczęła się wyborcza wojna informacyjna, a właściwie wojna dezinformacyjna. Przynajmniej 10 tys. „uśpionych” botów, które na Twitterze pojawiły się w ciągu zaledwie ostatnich 3 tygodni listopada 2017 r., czeka na rozkazy. Zaatakują na pewno podczas kampanii wyborczej. Pytanie – kto zlecił zbudowanie tej cyfrowej armii.
Według Mierzyńskiej, do dezinformacji wykorzystane zostaną media społecznościowe, bo tam tego typu kampanie najlepiej się udają. Dezinformacja ma dotyczyć polityki przed i w trakcie zbliżających się kampanii wyborczych. Celem takiej wojny informacyjnej jest wpływanie na nastroje społeczne przez przekazywanie nieprawdziwych informacji (fake newsów), podkręcanie emocji (aż do tych skrajnych) w najważniejszych przestrzeniach sporu politycznego i w kluczowych środowiskach zaangażowanych w ten spór, a także jak najszersze kolportowanie treści zgodnych interesem atakującego oraz blokowanie treści niekorzystnych dla niego.
Czego potrzeba do realizacji takich celów? Przede wszystkim żołnierzy. Cyfrowych żołnierzy, którzy będą mieli dostęp – przez serwisy społecznościowe, bo to najprostsze – do liderów opinii publicznej, liderów politycznych, głównych bohaterów kampanii wyborczych. Prawdziwej armii, w dużej części dziś uśpionej, choć w każdej chwili gotowej do ataku (to piechota) oraz grupy znakomicie wyszkolonych „oficerów”, specjalistów od kampanii politycznych, którzy przez długie miesiące będą budować w cyfrowej przestrzeni politycznej swoją wiarygodność, wpływy, kontakty z najważniejszymi liderami środowiskami opiniotwórczymi. Gdy wojna się już zacznie, „oficerowie” zaczną udostępniać dezinformacyjne treści, a piechota nada im odpowiedni zasięg, w razie czego zablokuje kogo trzeba, podkręci nastroje społeczne itp. I wojna informacyjna będzie się toczyć.
Zdaniem Anny Mierzyńskiej w Polsce to już się dzieje – na polskim Twitterze. Cała armia piechoty już tu jest. Obserwuje. Na razie czeka, ale jest w każdej chwili gotowa do ataku. To regularna, całkiem nowa armia botów – zautomatyzowanych kont, zaprogramowanych tak, aby umieszczać specjalnie sprofilowane treści, udostępniać wskazane informacje (tweety) itp. Te na razie nie działają. Czekają na wytyczne osób, które je programują. A programiści – na wytyczne tych, którzy prowadzą tę wojnę. Dziś nie ma możliwości, by bez pomocy samego Twittera stwierdzić, kto to jest czy choćby gdzie założono te konta, w kraju czy za granicą. Zleceniodawcy pozostają nieznani.
Z badań Roberta Gorwy, doktoranta Oxford Internet Institute na temat propagandy w polskim Internecie, wynika, że Polska jest na wyjątkową skalę dotknięta polityczną propagandą. W swym raporcie przedstawia analizę polskich danych na Twitterze i pokazuje, że bardzo niewielka liczba podejrzanych kont botów jest odpowiedzialna za nieproporcjonalnie dużą część aktywności w próbowanych dyskusjach politycznych. Co więcej, w tym zestawie danych okazuje się, że jest dwa razy więcej podejrzanych kont botów prawicowych niż profili lewicowych. Konta prawicowe są dużo bardziej płodne niż ich lewicowe odpowiedniki, a niewielka liczba bardzo aktywnych prawicowych kont generuje ponad 20 proc. całkowitej ilości aktywności politycznej na Twitterze zbadanej w ciągu trzech tygodni.
Cytowana wyżej Violetta Krasnowska podaje przykłady wykorzystania botów do sterowania protestami społecznymi. W 2017 r. podczas lipcowych protestów w obronie niezależności sądów w ciągu 2 godzin w dniu 22 lipca (między 19.00 a 21.00) 10 najbardziej aktywnych użytkowników Twittera wysyłało jeden negatywny tweet co 4 sekundy. Jeden z użytkowników opublikował w lipcu ponad 10 tys. tweetów, tj. kilkaset dziennie. To zachowania typowe dla botów.
Mówiąc o wykorzystaniu botów nie można pominąć doświadczeń zagranicznych. Największe doświadczenia w tej dziedzinie ma Rosja. Przy pomocy armii botów zneutralizowano masowe protesty po ostatnich wyborach do rosyjskiej Dumy. Gdy manifestanci zwoływali się poprzez Internet i serwisy społecznościowe natychmiast rozpoczęły się ataki na przywódców protestów. Czy polskie ataki na „ulicę i zagranicę” oraz wieszanie portretów przeciwników politycznych nie przypominają działań rosyjskich?
Coraz częściej boty wykorzystywane są w kampaniach wyborczych w USA. Według raportu Fake News boty odpowiadały za ponad 18 proc. postów (tekstów umieszczanych na forum dyskusyjnym przez internautów) dotyczących ostatniej kampanii wyborczej. Ocenia się, że liczba zautomatyzowanych kont na amerykańskim Twitterze waha się od 9 do 15 proc, co przy liczbie 328 mln aktywnych użytkowników w USA, daje 29-49 mln kont. Dla porównania, w Polsce jest ok. 22 mln użytkowników Facebooka i ok. 4 mln Twittera.
Do rozprzestrzeniania fałszywych informacji nie trzeba obecnie tworzyć fikcyjnych kont. W Internecie funkcjonują serwisy produkujące fałszywe zrzuty z ekranowych postów i tweetów. W Polsce znany jest portal „Niezależny Dziennik Polityczny” uważany za dzieło rosyjskich służb specjalnych w Polsce. Dziennikarze portalu OKO.press postarali się dowiedzieć o nim więcej. Niestety zbyt wiele nie ustalili.
Portalem Niezależnego Dziennika Politycznego zajęło się Centrum Stosunków Międzynarodowych, które w projekcie „Wojna informacyjna w Internecie” dokonało analizy narzędzi wykorzystywanych przez Rosję w celu manipulowania opinią publiczną oraz wpływania na środowiska polityczne. Okazało się, że „Niezależny Dziennik Polityczny” ma w Polsce spory zasięg. Jego artykuły rozpowszechniane są przez YouTube, takie strony jak Neon24.pl czy wiernipolsce.pl oraz powielane przez media prawicowe i o dziwo liberalne, jak np. Radio TOK FM.
Według specjalistów powielanie treści blogów i komentarzy na stronach serwisów informacyjnych to najczęściej stosowana w Polsce metoda dezinformacji. Mając na uwadze zaangażowanie rosyjskich służb w wymienione na wstępie wybory i referenda można że stuprocentową pewnością stwierdzić, że to samo czeka Polskę w okresie kampanii parlamentarnej.
Na podstawie analiz uzasadnione wydaje się stwierdzenie, że większość stron wykorzystywanych przez rosyjskie służby wytworzona została w Polsce. Zdaniem specjalistów największy zasięg miały: wolna-polska.pl, dzienniknarodowy.pl, zmianynaziemi.pl, alexjones.pl, pch24.pl. Według znanego dziennikarza Tomasza Piątka, jeden ze znanych prawicowych portali internetowych „żywcem” przeklejał wiadomości z anglojęzycznego rosyjskiego portalu „Russia Today”.
Zdaniem Anny Mierzyńskiej część wykrytych przez nią utworzonych w listopadzie 2017 r. na Twitterze kont-botów może być dziełem Rosji. Z kolei dziennikarz Stanisław M. Stanuch uważa, że te tysiące uśpionych botów to nie są jeszcze właściwe boty dezinformacyjne. Udają one normalnych użytkowników i starają się wzbudzić zaufanie. Jego zdaniem czas właściwych botów dezinformacyjnych dopiero nadejdzie.
Z powyższych rozważań wynika, że w najbliższych miesiącach i latach poddani zostaniemy zmasowanym działaniom dezinformacyjnym i oszczerczym. Mniej lub bardziej udane próby takich działań mają już miejsce, wystarczy odwiedzić niektóre fora internetowe. Przykładem niech będzie niedawna kampania hejtu nienawiści i oszczerstw skierowana przeciwko Ewie Gawor – dyrektor Biura Zarządzania Kryzysowego M. St. Warszawy. Próba generalna nastąpi podczas kampanii przed wyborami samorządowymi, główne uderzenie przed wyborami parlamentarnymi. Niestety, wielu naszych rodaków ma poważne problemy w odróżnieniu informacji prawdziwej od fałszywej lub podejrzanej. Jako użytkownik Facebooka i w mniejszym stopniu Twittera czytam niekiedy różne podejrzane informacje i komentarze pisane przez różne „rozpalone głowy”. W pojedynczych przypadkach musiałem wylać komentatorom przysłowiowe wiadro wody na głowę. Dlatego warto odwiedzić strony internetowe poświęcone przedstawionym problemom, jak np. Dziennik Zachodni. Warto dowiedzieć się jak niektóre partie polityczne radziły sobie z wykorzystywaniem botów.
Nie oznacza to, że po przeczytaniu materiałów na ten temat potrafimy wykrywać dezinformację i staniemy się na nią odporni. Niektóre rzekomo sensacyjne informacje ukazują się na tak krótki czas, że nie ma możliwości sprawdzenia ich prawdziwości. Pamiętać należy, że głośnym wydarzeniom towarzyszyć będzie prawdziwy wysyp fałszywych informacji i ataków personalnych. Na takie ataki muszą być przygotowani kandydaci, którzy zdecydują się wziąć udział w wyborach samorządowych. Wojna będzie bezpardonowa, trup medialny będzie się słał gęsto, nikt nie będzie brał jeńców.
Jakie jest na to lekarstwo? Czasami wystarczy zachować spokój, przypomnieć sobie znane niegdyś hasło „prasa (telewizja) kłamie”, dostosować je do współczesnych warunków. Zastanówmy się jakie książki kupujemy, jakie gazety czytamy, jakie stacje telewizyjne oglądamy, a radiowe słuchamy. Dla kogo mogą pracować ich autorzy lub zatrudnieni w nich redaktorzy. Warto czasem wyłączyć telewizor lub komputer, zamknąć książkę albo odłożyć gazetę i chwilę się zastanowić. To tylko tyle i aż tyle.

Wojna hybrydowa czy fascynacje rusofobów

Znajomi pełni obaw i troski odradzający mi wyjazd. Żona żegnająca mnie wręcz ze łzami w oczach, pełna lęku o mój los. Tak reagowano, gdy w maju, wyjeżdżałem na press-tour wraz grupą polskich dziennikarzy dzięki Fundacji im. Gorczakowa do Rosji.

 

Przecież, „jak wszyscy nad Wisłą wiedzą”, trwa wojna. Hybrydowa wprawdzie, cokolwiek to znaczy, ale zawsze wojna. Wszak nasze niezależne i obiektywne media i demokratycznie wybrani politycy, informują nas stale, że bronimy się walecznie przed „rosyjską agresją”. W tych warunkach mój wyjazd do Moskwy i Petersburga, urastał wręcz do rangi postaw heroicznych, wszak w wojenny czas jechałem do „jaskini lwa”.

 

Inauguracja prezydenta Putina i Kreml

Pierwszy dzień pobytu był znamienny, gdyż przypadł w dniu inauguracji prezydentury wybranego na nową kadencję Władimira Władimirowicza Putina. Prezydent Rosji w swym wystąpieniu nakreślił główne cele tej kadencji i warto zauważyć, że strategiczna osią tych działań ma być przełom w sferze ekonomii i radykalna poprawa sytuacji oraz warunków życia obywateli Federacji Rosyjskiej. Szereg spotkań, także tych spontanicznych, na ulicach Moskwy potwierdza, że wbrew antyrosyjskiej propagandzie, prezydent Władimir Putin cieszy się powszechnym poparciem swojej wizji Rosji oraz szacunkiem dla swojej pracy na rzecz państwa i wielonarodowego, wielokulturowego i multireligijnego społeczeństwa współczesnej Rosji. W wystąpieniu prezydenta Rosji o żadnej wojnie, w tym hybrydowej z Polską, słowo nie padło. Wprawdzie, co stwierdziłem osobiście, lądowisko śmigłowców prezydenckich na Kremlu osłaniają systemy przeciwlotnicze, to w obliczu współczesnych zagrożeń terrorystycznych nie dziwi. Jedyną „wojnę” jaką wykryłem, to wojna o czystość złotych kopuł kremlowskich soborów, którą toczą specjalnie hodowane kremlowskie jastrzębie, polujące na brudzące gołębie.

 

Wnuczka marszałka Rokossowskiego

Skoro czas wojenny, to spotkaliśmy się z wnuczką marszałka Polski i ZSRR Konstantego Rokossowskiego, redaktorką „Rossijskiej Gaziety” Ariadną Rokossowską. Mówiąca piękną polszczyzną, wnuczka najmłodszego i w ocenie wielu historyków najzdolniejszego radzieckiego marszałków okresu II Wojny Światowej, przybliżyła nam szereg anegdot i ciekawostek z życia wielkiego przodka. Marszałek Rokossowski, w przeciwieństwie do Żukowa i wielu innych dowódców radzieckich tego okresu, słynął nie tylko z wielkich talentów militarnych (choćby autorska operacja „Bagration”), szczęścia żołnierskiego, ale i szacunku dla życia swych podwładnych. Marszałek, oficer radziecki z pochodzenia Polak, represjonowany i torturowany przez NKWD, do końca swych dni uważał się za Polaka, miał polski mundur i zostawił ciekawe wspomnienia, które warto przeczytać. Pani redaktor, walczy o dobrą pamięć o swym pradziadku, wojną tego jednak nie nazywa.

 

W „centrum dowodzenia wojną hybrydową” o wojnie też nic nie wiedzą

Z drżącym sercem przekraczałem progi słynnego wieżowca redakcji „Rossija Siewodnia”. Wszak to tu, jak od lat piszą polskie media, kryją się tysiące „trolli” i „rosyjskich hakerów”, którzy na rozkaz samego prezydenta Putina prowadzą wojny hybrydowe. Wojny, w których według zachodnich mediów odnoszą sukcesy takie jak wybór prezydenta Trumpa w USA. Dyrektor Centrum Projektów Międzynarodowych Agencji Informacyjnej i Radio Sputnik, Dmitrij Gornostajew, oprowadził nas otwarcie po redakcjach, w tym niemieckiej, amerykańskiej, chińskiej, irańskiej a nawet polskiej. Wprawdzie każda z dziesiątek redakcji jest większa niż nasz PAP, to trudno mówić o tysiącach zasiedlających wieżowce. Profesjonalizm, wysokiej klasy sprzęt robił wrażenie. Jednak otwartość zaprzeczała twierdzeniom o „tajnych obiektach” i „tajnych operacjach”. Co szokowało? Młodość tak pracowników jak i kadry zarządzającej, co przekłada się na entuzjazm i dynamikę pracy, co było odczuwalne. Wszechobecne było zdziwienie gospodarzy, skąd wściekłe ataki na „Russia Today” ze strony niektórych środowisk politycznych z Zachodu. Wszak wolność słowa i prawo dostępu do informacji to kanon zachodniej demokracji. Skoro media zachodnie ze swym punktem widzenia obecne są w Rosji, to co jest strasznego w tym, że w ramach pluralizmu informacyjnego społeczeństwa krajów zachodnich poznają rosyjski punkt widzenia? Kierownictwo RT podkreślało, że wiele faktów i wydarzeń przekazuje tylko „Russia Today” gdyż ma tysiące korespondentów na całym globie, zatem eliminacja RT ma podłoże w czystej zawiści merytorycznej i chęci wykluczenia rynkowego konkurenta.

 

Kolacja z „generałem wojny informacyjnej” kochającym muzykę Chopina

W ramach wizyty, mieliśmy zaszczyt spotkania a potem kolacji z Turałem Kerimowym, zastępcą szefa Agencji Sputnik. Przemiły, błyskotliwy, o szerokiej wiedzy, nie przekraczający 30-ki młody człowiek, głęboko wierzący wyznawca Islamu, prowadził z nami kilkugodzinny dialog. Cięte riposty i głębokie przekonanie do wygłaszanych, niekiedy stanowczych ocen i sadów, w ramach toczonej z nami – polskimi dziennikarzami polemik, nie przesłaniały jednak głęboko humanistycznej osobowości dyrektora. Ten przedstawiciel elity rosyjskiej młodego pokolenia, meloman słuchający w samochodzie muzyki Fryderyka Chopina, wygłosił kilka interesujących sądów. Dyrektor ocenił prawo Wielkiej Brytanii do pouczania Rosji w kontekście spreparowanej prowokacji Wielkiej Brytanii związaną z rzekomym otruciem Skripalów oraz postawę jej dziennikarzy na konferencji w Genewie, dokąd Rosjanie przywieźli świadków potwierdzających ustawkę i wyreżyserowanie użycia broni chemicznej w Dumie w Syrii nad wyraz barwnie. „Jeśli uznasz, że prostytutka ma prawo uczyć Cię moralności, to czymże dla Ciebie będzie wówczas sama moralność?”. W odpowiedzi zaś ma moje zastrzeżenie, że Rosja nigdy nie będzie Polski traktowała partnersko, choćby poprzez fakt swej terytorialnej wielkości czy fakt że jest supermocarstwem jądrowym skontrował mnie nie mniej barwnie. „Mylisz się Krzysztof całkowicie. Potężny mężczyzna, wobec subtelnej kobiety zachowuje się ze szczególną delikatnością. Czyż nie? Tak musi postępować Rosja względem Polski, jeśli chce coś osiągnąć. Rosja nigdy nie będzie się zachowywała wobec Polski tak jak względem silnych Niemiec czy USA”. I na koniec Tural Kierimow wyraził znamienną opinię. „Musimy doprowadzić do dialogu pomiędzy Polską i Rosją, póki żyją Ci co pamiętają normalne relacje między obu naszymi krajami. Jeśli pozostawimy to pokoleniom wychowanych w konfrontacyjnej atmosferze, ułożenie dobrosąsiedzkiego dialogu będzie niezwykle trudne o ile niemożliwe”. Musze przyznać, że nie podzielając do końca kilku opinii, trudno mi się z dyrektorem było nie zgadzać. Z racji zawodowych specjalizacji, wszak od lat opisuję konflikt wojenny w Syrii, dyrektor Sputnika zaskoczył mnie dodatkowo. W obliczu szczegółowej wiedzy Turała, który zjeździł Syrię wzdłuż i wszerz, jego znajomości kulisów funkcjonowania assadowskiej Syrii, bliskowschodniej filozofii prowadzenia polityki, momentami w dyskusji z Nim wymiękałem. Ze smutkiem muszę też skonstatować, że daleko naszym młodym politykom i ludziom mediów do szerokiej wiedzy, obycia i kultury jaka uderzała od młodzieży zarządzającej RT.

 

Dzień Zwycięstwa, „Paliaki sajuzniki”

Według najnowszej, jedynie słusznej wykładni historii opracowanej przez fachowców z IPN a propagowanej w PiS-landii, 9 maja to żałobny dzień – „początek drugiej okupacji’. Zatem aby nie drażnić zwycięzców II Wojny Światowej, ja „okupowany”, dla niepoznaki zamaskowałem się. Założyłem furażerkę z czerwona gwiazdą, bluzę mundurową, przypiąłem gierogijewską lientoczkę i udałem się podglądać sprzęt wojenny biorący udział w defiladzie na Placu Czerwonym. Podziwiając czołgi, rakiety i samoloty, wdałem się w dialog z Rosjanami, którzy dowiadując się że jestem Polakiem, sami z siebie solennie mnie zapewniali, że nikt przy zdrowych zmysłach na Polskę nie zamierza napadać i że cieszą się ze razem z „sajuznikiem” świętują zwycięstwo nad faszystami. Wszak jak mi zakomunikowano, „my wmiestie brali Berlin”.

Po defiladzie udałem się pod „Teatr Bolszoj” gdzie spotykają się weterani Wielkiej Wojny Ojczyźnianej. Z racji zaawansowanego wieku jest już ich niestety coraz mniej. I tu, przeżyłem przykry moment. Nie wiedząc gdzie uciec wzrokiem, wstydziłem się za swój kraj. Spotkałem wysokiego szczupłego weterana, o wielu odznaczeniach.

– Pan nie jest Rosjaninem – odezwał się z uśmiechem.
– Nie, nie jestem, jestem z Polski.
– Polak?
– Tak.
– Byłem w Polsce, bardzo dawno byłem w 1944, szturmowaliśmy Pragę, Warszawę-Pragę. Dużo padło naszych i waszych z rąk faszystów. – Ścisnął mi mocniej dłoń i rzekł: – Pamiętajcie o naszych chłopakach. Oni tam zostali na zawsze.

Wraz towarzyszącym kolegą, ze spuszczonymi głowami opuściliśmy Teatralną Płoszczadz, bo co odpowiedzieć staruszkowi o siwych włosach? Że pamiętamy rozwalając pomniki ku czci tych poległych, jak ten „Czerech śpiących” pomnik braterstwa broni właśnie na Warszawie Pradze-Północ?

 

Dyplomacja obywatelska ostatnią szansą uratowania dialogu Polska-Rosja?

Niezwykle ciekawym elementem podróży, było spotkanie polskich dziennikarzy dyrektorem Fundacji Wsparcia Dyplomacji Publicznej im. Gorczakowa, Leonidem Draczewskim. To wybitna postać – dyplomata, były wiceminister spraw zagranicznych Rosji, były sportowiec, ale nade wszystko były ambasador Rosji w Polsce. Mówiąc o fundacji założonej przez byłego szefa rosyjskiej dyplomacji i premiera, Jewgienija Primakowa, ambasador Draczewski wskazywał, że głównym celem fundacji jest umożliwienie spotkań i rozmów na poziomie społecznym. Ambasador wyraził żal z powodu przerwania, z polskiej inicjatywy, współpracy w ramach Polsko-Rosyjskiego Forum Dialogu Obywatelskiego. Leonid Draczewski współprzewodniczył tej inicjatywie wraz z Krzysztofem Zanussim. Podobnie Polacy wycofali się z utworzonej podczas wizyty prezydenta Putina w Polsce w 2002 roku, a reaktywowanej w 2008 r. Polsko-Rosyjskiej Grupy ds. Trudnych. Pan ambasador jest jednak optymistą ma nadzieję, że wcześniej czy później współpraca ta zostanie reaktywowana. Zadeklarował, że ze strony rosyjskiej jest otwartość i gotowość do dalszych działań.

Spotkaliśmy się również z kierownictwem Fundacji Rosyjsko-Polskiego Centrum Dialogu i Porozumienia, która prowadzi działania w obszarze współpracy akademickiej i kulturalnej. Obie fundacje zapraszają polskie organizacje pozarządowe i środowiska akademickie do aplikowania o środki na projekty służące rosyjsko-polskiemu dialogowi czy dyplomacji niepublicznej. Szczegółowe warunki znajdują się na stronach internetowych obu fundacji i warto tam sięgnąć wszystkim, którym obce są antyrosyjskie obsesje i „ hybrydowe wojny”. Rosjanie czekają na partnerów pośród polskich organizacji pozarządowych i akademickich. Są środki na wsparcie tych, którzy stworzą projekty opierające się na dialogu, na tym co łączy oba narody i pozwala się im wzajemnie poznawać.
Po podróży, z której miałem nie wrócić, stwierdzam: na Wschodzie bez zmian, obywatele Federacji Rosyjskiej są do Polski i Polaków nastawieni życzliwie. Wojny nie ma i ‚nie budziet”, nawet tej przez rusofobów upragnionej – hybrydowej.