Kres szybkich wzrostów

W minionym roku branża leasingowa ustanowiła rekord, który się nie powtórzy.

Firmy leasingowe sfinansowały w 2018 r. dobra trwałe o wartości 82,6 mld zł, czyli aż o 21,8 proc. większej niż rok wcześniej. Ten rynek systematycznie rośnie od dziewięciu lat, w tym od sześciu lat rozwija się w tempie dwucyfrowym.
Wszystko wskazuje na to, że 2019 będzie dziesiątym rokiem wzrostów – choć zakończy się już tylko z jednocyfrową dynamiką.
Głównym czynnikiem rozwoju gospodarczego Polski będzie w tym roku popyt krajowy, korzystający z dobrej sytuacji na rynku pracy.
Przy bardzo niskiej stopie bezrobocia (3,5 proc. na koniec 2018 wg badania aktywności ekonomicznej ludności, dobrych nastrojach konsumenckich oraz utrzymującym się wzroście wynagrodzeń w firmach, wydatki konsumentów będą głównym motorem wzrostu.
Warto jednak podkreślić, że za sprawą coraz większych problemów firm ze znalezieniem wykwalifikowanych pracowników, wyhamuje wzrost zatrudnienia w gospodarce. Z drugiej strony dynamikę konsumpcji prywatnej podbiją szacowane na ok. 20 mld PLN dodatkowe transfery socjalne w drugiej połowie roku.
Polska gospodarka będzie się również rozwijała za sprawą utrzymania aktywności sektora przemysłowego. Zapowiada to wzrost nowych zamówień w przemyśle, głównie jednak z rynku krajowego. Dane GUS pokazały średni wzrost łącznych zamówień w przemyśle o 11 proc. rok do roku, w IV kwartale 2018 r. . W rezultacie, produkcja przemysłowa wzrosła w styczniu 2019 o 6,1 proc. r/r, po wzroście o 3,1 proc. r/r w poprzednim miesiącu. Dynamika rynku leasingu będzie w 2019 r. niższa niż wynikałoby to z trendów w polskiej gospodarce. Przyczynią się do tego nowe regulacje podatkowe. Od 1 stycznia ustawodawca wprowadził dla leasingu aut osobowych górne limity rat leasingowych, które można zaliczyć do kosztów uzyskania przychodów. Obniży to wzrost wartości sfinansowanych pojazdów w 2019 r., a one stanowią największy segment rynku leasingowego w Polsce.

Czy obietnice PiS powiększą nasz dług?

Najnowsze prognozy Międzynarodowego Funduszu Walutowego wskazują, że polskie zadłużenie w relacji do naszego produktu krajowego brutto spadnie poniżej 45 proc. w przyszłym roku.

Będzie to o niemal 9 punktów procentowych mniej, niż szacowano jeszcze półtora roku temu i znacznie lepiej, niż prognozowała Rada Ministrów w pierwszej połowie 2018 r.
Międzynarodowy Fundusz Walutowy w swoich najnowszych prognozach dla Polski przewiduje obniżenie tempa wzrostu gospodarczego z 5,1 proc. w 2018 r. do 3,6 proc. w tym roku oraz 3,0 proc. w kolejnym.

Nasze dobre lata

Te oczekiwania MFW nie są zaskoczeniem. Polska rozwijała się w ostatnich dwóch latach wyraźnie powyżej swego potencjalnego tempa wzrostu (wynoszącego ok. 2,8 proc. według danych MFW). Wynikało to z bardzo dobrej sytuacji zewnętrznej (przynajmniej do trzeciego kwartału 2018 r.) oraz dużego napływu imigrantów z Ukrainy, którzy zasilili krajowy rynek pracy, zmniejszając z jednej strony trudności ze znalezieniem pracowników przez przedsiębiorstwa, a z drugiej zwiększając konsumpcję i wpływy do ZUS-u.
Tempo wzrostu było silne także ze względu na rosnącą wartość inwestycji współfinansowanych ze środków unijnych, a także stymulację polityki fiskalnej w postaci programu Rodzina 500 plus.
Poza tym szczególnie dobra koniunktura pozwalała podwyższyć wynagrodzenia, zmniejszyć bezrobocie i zwiększyć stopę zatrudnienia. Wszystkie te pozytywne dla wzrostu czynniki będą wygasać, stąd tempo wzrostu także się obniży właśnie do okolic 2,8 proc.

Dług w odwrocie

Znacznie ciekawszym elementem publikacji MFW jest analiza przyszłego zadłużenia Polski – Debt Sustainability Analysis (DSA). Nastąpiła tu zasadnicza poprawa w porównaniu do analogicznego opracowania sprzed półtora roku.
Według DSA, polskie zadłużenie sektora finansów publicznych ma spaść do 44,7 proc. w przyszłym roku. Będzie to olbrzymi postęp w zestawieniu z danymi za 2017 r. (50,6 proc.), a także w odniesieniu do zeszłorocznego „Wieloletniego Planu Finansowego Państwa” uchwalonego przez Radę Ministrów.
W „Wieloletnim Planie…” zadłużenie wobec PKB miało obniżyć się do 48,7 proc. Rok temu te szacunki wydawały się bardzo optymistyczne, gdyż prognozy „WPFP” się nie sprawdzały ze względu na finalnie mniejszy od oczekiwań wzrost PKB oraz niższe oszczędności.
Co ciekawe, olbrzymie „przestrzelenie” w prognozach było widoczne także w raporcie MFW z połowy 2017 r. Wtedy Fundusz szacował, że w 2020 r. relacja długu do PKB sięgnie 53 proc., a teraz jest to 44,7 proc.
To o prawie 9 pkt proc mniej w zaledwie półtora roku. Czym spowodowana jest tak silna poprawa polskich finansów?

Polska osiągnie nadwyżkę

Przede wszystkim, jak ocenia Cinkciarz.pl w prognozach MFW z połowy 2017 r. niedoszacowano tempa wzrostu PKB. W ujęciu nominalnym (czyli realny wzrost gospodarczy plus inflacja) odnotowano wzrost w ostatnich dwóch latach aż o 14 proc.
Z kolei w przypadku wielkości deficytu, jego wartości zostały zrewidowane w dół.
Półtora roku temu MFW szacował, że bez kosztów odsetek, deficyt w 2019 r. wyniesie 0,7 proc. PKB. Teraz oczekiwana jest nadwyżka na poziomie 0,9 proc. W rezultacie wzrost zadłużenia (dodając koszty finansowania) jest wolniejszy, niż oczekiwano, a wzrost PKB znacznie szybszy.
Ten podwójny i korzystny efekt to rezultat wcześniej wymienionych czynników związanych zarówno z nadzwyczaj szybkim wzrostem gospodarczym (dobra sytuacja zewnętrzna, imigranci, wzrost zatrudnienia), jak i mniejszymi niż się spodziewano wydatkami.
Zmniejsza to skalę dotacji z budżetu do wypłacanych emerytur oraz redukuje koszty utrzymania bezrobotnych. Pozytywnym elementem, o którym także warto pamiętać, było uszczelnienie systemu podatkowego.

Ostrożnie z obietnicami

Cześć z tych sprzyjających trendów powinna nadal być widoczna w 2019 r. Kolejne lata (po 2020) będą już jednak znacznie trudniejsze, zwłaszcza że unijnych środków będzie mniej.
Mała jest też szansa na pozytywny wpływ imigracji, a procesy demograficzne będą coraz bardziej doskwierać polskiej gospodarce, redukując zasoby siły roboczej i zwiększając koszty utrzymania osób biernych zawodowo.
Kluczowe jest więc teraz utrzymanie sektora finansów w ryzach, branie pod uwagę nieuchronnych procesów demograficznych – i przyjęcie założenia, że sytuacja zewnętrzna będzie znacznie mniej korzystna niż w ostatnich dwóch latach, które tak znacznie przyczyniły się do pozytywnej weryfikacji prognoz MFW.

Pożyczkodawcy mają się dobrze

Ludziom potrzebującym pieniędzy nie przeszkadza rzeczywiste oprocentowanie sięgające tysięcy procent. Ważne, że zdolność kredytowa jest zbędna.

Z badań przeprowadzonych przez Fundację Rozwoju Rynku Finansowego wynika, że firmy pożyczkowe mają swoją stałą grupę klientów, a co trzeci Polak dobrze ocenia działalność firm pożyczkowych.
44 proc. pytanych, którzy w przeszłości brali pożyczkę, uważa, że firmy pożyczkowe są potrzebne, natomiast wśród osób, które nie mają podobnych doświadczeń, tylko 12 proc. tak sądzi.
Niespecjalnie skarżymy się na ich działalność. Z danych Rzecznika Finansowego wynika, że udział nowych reklamacji klientów firm pożyczkowych stanowi tylko 1 proc. wszystkich reklamacji skierowanych do podmiotów rynku finansowego.

Rzeczywiście bardzo wysoka

Firmy pożyczkowe narzekają na konieczność podawania rzeczywistej rocznej stopy oprocentowania (RRSO), o której informacja, zgodnie z ustawą o kredycie konsumenckim, powinna znaleźć się w reklamach, na ulotkach i w ofertach kredytu.
Zdaniem przedstawicieli branży, dochodzi do błędnego rozumienia pojęć, a RRSO mylona jest z oprocentowaniem lub całkowitym kosztem kredytu. RRSO to wskaźnik, który w procentach wyraża koszt pożyczki w relacji do jej kwoty, jaki musiałaby ponieść osoba biorąca pożyczkę na rok.
„W przypadku pożyczek z krótkim okresem spłaty i na niską kwotę, które są charakterystyczne dla sektora pożyczkowego, RRSO zawsze przyjmuje bardzo wysokie wartości, co nie oznacza, że do spłaty będzie dług liczony w dziesiątkach tysięcy złotych. RRSO sprowadza oprocentowanie do skali roku – im krótszy czas trwania pożyczki, tym wyższe RRSO” – tłumaczą specjaliści z branży pożyczkowej, co oczywiście nie zmienia faktu, że oprocentowanie tych pożyczek jest zbójecko wysokie i każdy, kto tylko może, powinien ich unikać jak ognia.

Dajemy im zarobić

Branża osiąga dobre wyniki. Przychody sektora pożyczkowego w 2017 r. wyniosły 3,7 mld zł (danych za ubiegły rok dotychczas nie ma, ale zapewne będą
jeszcze lepsze).
Jednakże tylko 15 proc. instytucji pożyczkowych osiąga przychody powyżej 5 mln zł rocznie. W porównaniu z 2016 r. odnotowano wzrost przychodów o 19 proc.
Zysk netto całej branży pożyczkowej w Polsce w 2017 r. wyniósł 212,3 mln zł. W 2016 r. wynosił on tylko 115,1 mln zł. Jeśli takie tempo wzrostu się utrzymało, to w ubiegłym roku zysk przekroczył 300 mln zł. Poprawiła się także marża – z 3,5 proc. wzrosła do około 4 proc.

Obiecanki, cacanki

PiS da – i nie martwi się konsekwencjami. Rządzący zapowiadają dziś hojne wydatki pieniędzy publicznych, ale ich następcy będą musieli porządnie zaciskać pasa.

PiS zapowiedziało w polityce gospodarczej powtórzenie swoich działań z 2007 roku. Wówczas w szczycie światowej koniunktury rząd PiS uchwalił ustawy, które weszły w życie w trakcie spowolnienia w 2008 i 2009 r., zwiększając deficyt sektora finansów publicznych o 2 proc. PKB i wymuszając na rządzie PO-PSL szukanie oszczędności.
Obecne zapowiedzi również ogłoszono w szczycie koniunktury, ale w pełni wejdą w życie dopiero w kolejnych latach, gdy wedle dostępnych prognoz wzrost gospodarczy będzie wolniejszy i – w konsekwencji – sytuacja finansów publicznych trudniejsza.

Podciągnęła nas strefa euro

Lata 2015-2018 to okres najszybszego od 2007 r. wzrostu naszego największego partnera handlowego – strefy euro, co sprzyjało szybkiemu wzrostowi polskiej gospodarki.
O ile przez cały okres 2013-2015 gospodarka strefy euro urosła o 3,2 proc., to w latach 2015-2018 wzrost przyspieszył do 6,4 proc. Obecnie zaczyna już być widoczne cykliczne spowolnienie w strefie euro (prognozowany przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy wzrost w okresie 2019-2021 to 5,2 proc.).
Szybki wzrost strefy euro wspierał wzrost polskiej gospodarki, która wzrastała w szybkim tempie pomimo negatywnych skutków polityki PiS, najlepiej widocznych w załamaniu stopy inwestycji (po 3 latach rządów PiS jest ona na najniższym poziomie od ponad 20 lat). Wzrost gospodarczy, oparty przede wszystkim o konsumpcję, przyczynił się do szybkiego wzrostu dochodów podatkowych.
W kolejnych latach czeka nas jednak spadek tempa rozwoju, związany nie tylko ze spowolnieniem w strefie euro, ale także ze starzeniem się społeczeństwa (efekt dodatkowo pogłębiony obniżeniem wieku emerytalnego przez PiS).

Kiełbasa wyborcza

Najnowsze zapowiedzi partii rządzącej są dużo gorsze od ustaw uchwalonych przez nią w 2007 roku. Wówczas obniżono podatek od dochodów osób fizycznych i składki na ZUS, co choć zwiększyło deficyt sektora finansów publicznych w 2009 r. o ponad 2 proc. PKB, to jednocześnie obniżyło opodatkowanie pracy i sprzyjało wzrostowi zatrudnienia.
Obecne zapowiedzi w trzech czwartych dotyczą wzrostu wydatków socjalnych (500+ na pierwsze dziecko i trzynasta emerytura to łącznie 25-30 mld zł), a tylko w jednej czwartej zmniejszenia opodatkowania pracy (zwolnienia z PIT dla osób młodych oraz wzrost kosztów uzyskania przychodu – łącznie ok. 10 mld zł).
Poza ogłoszonymi w sobotę obietnicami, rząd PiS już wcześniej uchwalił na 2020 r. wzrost wydatków na zdrowie i armię o 0,27 proc. PKB, czyli ok. 5 ld zł. Razem z najnowszymi zapowiedziami daje to dodatkowe wydatki na poziomie 40-45 mld zł (prawie 2 proc. PKB).

Będzie coraz trudniej

Dobra koniunktura w ciągu ostatnich 3 lat ułatwiła wzrost ściągalności podatków, ukryte podwyżki podatków (brak zmiany progów podatkowych) i oszczędności (mrożenie wynagrodzeń w sektorze publicznym).
O ile jeszcze w tym roku możliwe będzie sfinansowanie wchodzących od połowy roku nowych wydatków bez zwiększenia zaplanowanego deficytu, to w 2020 r. sytuacja będzie już znacznie trudniejsza.
W czasie spowolnienia gospodarczego następny rząd będzie miał o wiele bardziej ograniczone pole manewru. Utrudnione będzie finansowanie nowych wydatków, ograniczona zostanie możliwość przeprowadzenia potrzebnych reform, jak np. reformy podatkowej.

Gonimy, ale wciąż jest daleko

Polacy od kilkudziesięciu lat ciągle słyszą, że aktualnej generacji rodaków będzie się jeszcze żyło skromnie, ale za to ich dzieci i wnuki powinny już opływać w dostatki takie, jak w państwach bogatego Zachodu.

 

Polska stopniowo zmniejsza dystans dzielący nas od najbogatszych państw Unii Europejskiej. Jeżeli chcemy żeby nasze dzieci i wnuki w 2050 żyły na równym poziomie co najbogatsze narody Europy to musimy mocno przyspieszyć – taki wniosek, jak się wydaje, dość oczywisty, wynika z raportu Warsaw Enterprise Institute.
Podobno średnia europejska jest już dziś w zasięgu ręki. Mimo to, żeby przekroczyć ją w roku 2030 nie wystarczy trwać na obecnym tempie rozwoju.

 

Daleko za czołówką

Ponieważ jednak nie zapowiada się, by nasza gospodarka była zdolna do przyśpieszenia, powinniśmy raczej zapomnieć o doszlusowaniu do przeciętnego unijnego poziomu zamożności już za 12 lat. Tym bardziej, że w ogólnoeuropejskim rankingu zajmujemy odległe 21. miejsce.
Polski dochód narodowy na głowę wprawdzie zbliża się do najwyżej rozwiniętych państw w Europie – ale jest to, umówmy się, raczej żółwie tempo.
Na przykład, Polska sukcesywnie goni Niemcy – jednak nasz dochód na głowę to wciąż niecałe 57 proc. poziomu niemieckiego.
Trochę bliżej nam do dwóch innych europejskich potentatów. W stosunku do Francji i Wielkiej Brytanii polski dochód narodowy na głowę osiągnął poziom 66 proc. a w minionym roku poprawiliśmy nasz wynik kolejno o około 1,5 punktu procentowego oraz o ok. 3 pkt. proc. Warto zauważyć, że PKB na głowę Czech już przekroczył 70 proc. niemieckiego.
Takim krajom, jak Polska, Węgry czy Łotwa osiągnięcie poziomu per capita Francji czy Wielkiej Brytanii zajmie – jak dobrze pójdzie – 15-20 lat. „Następne pokolenia Polaków powinny już żyć na podobnym poziomie, co Francuzi czy Brytyjczycy” – optymistycznie uważa WEI.
Doganianie Niemiec zajmie jednak znacznie więcej czasu, około 40-45 lat, przy założeniu zachowania obecnej dynamiki rozwoju Polski (którego to założenia raczej nie da się zrealizować).
Bardzo dobrze byłoby, gdybyśmy dogonili choć Czechy – ale i do nich sporo nam brakuje. Zwłaszcza, że Czechy to jedno z najmniej zadłużonych państw Europy (102 proc. produktu krajowego brutto), wyprzedzające nas także pod tym względem (zadłużenie Polski – 126 proc. PKB).

 

Uciec spod dobrej zmiany

Innym negatywnym dla nas czynnikiem jest wysoki poziom migracji. Polacy coraz chętniej wyjeżdżają, by uciec spod rządów „dobrej zmiany”.
Jak podaje WEI, w Polsce skala wyjazdów zwiększyła się w stosunku do 2016 roku (do Wielkiej Brytanii o 9,36 proc., do Niemiec o 3,15 proc., do Holandii – o 9,52 proc.). W stosunku do 2016 roku, Polskę opuściło dodatkowe 255 tys. obywateli. Łącznie już ponad 6,5 proc. obywateli Polski mieszka obecnie w innym kraju UE.
Wysoka migracja to jeden z czynników osłabiających zdolność naszej gospodarki do szybkiego rozwoju – i jej znaczenie w Unii. Pod tym względem wciąż jesteśmy kopciuszkiem.
W 2017 r. produkt krajowy brutto Unii Europejskiej – wyrażony w cenach bieżących – wyniósł prawie 15,3 bln euro i był wyższy niż rok wcześniej o 417,4 mld euro.
Ponad połowę PKB wygenerowały trzy państwa członkowskie, a najwięcej Niemcy. Ich wkład w PKB Unii wyniósł w 2017 r. prawie 3,3 bln euro, czyli ponad jedną piątą (21,3 proc.). Wielka Brytania wypracowała 15,2 proc., a Francja 14,9 proc.
Na kolejnych miejscach znalazły się Włochy (z udziałem 11,2 proc.), Hiszpania (7,6 proc.), Holandia (4,8 proc.), Szwecja (3,1 proc.), a następnie Polska (z zaledwie 3-procentowym udziałem w PKB UE).

 

Wśród unijnych słabeuszy

19 państw członkowskich, które tworzą strefę euro, wypracowało PKB w wysokości 11,2 bln euro w 2017 r. Strefa euro to 72,9 proc. unijnego PKB. Trzy czwarte PKB strefy euro to zasługa Niemiec (29,2 proc. strefy euro), następnie Francji (20,5 proc.), Włoch (15,4 proc.) i Hiszpanii (10,4 proc.).
My ani nie jesteśmy w strefie euro, ani – z naszymi 3 proc. – nie liczymy się w Unii gospodarczo.
Nic więc dziwnego, że, niezależnie od wyskoków naszych pożal się Boże, polityków, pozycja Polski w Unii jest bardzo słaba.
Swoją drogą, to trochę wstyd, że duży 38-milionowy kraj, ma mniejszą gospodarkę niż Holandia czy słabo zaludniona Szwecja.
Ostatnie dziesięć lat charakteryzowało się w Unii Europejskiej wzrostem PKB per capita, poza nielicznymi wyjątkami, takimi jak nieskora do wydajnej pracy Grecja.
Tendencja ta uległa zachwianiu w latach kryzysowych (kryzys osiągnął apogeum w latach 2008–2009). Jego skutki silnie odczuła strefa euro, co w wielu przypadkach przełożyło się na spadek PKB.
Unia Europejska, jak wskazuje WEI, doświadczyła w zasadzie w ostatnich latach dwóch kryzysów, których efektem był spadek realnego PKB. Pierwszy rozpoczął się w I kwartale 2008 r. i trwał ponad dwa lata. Drugi kryzys został spowodowany przez zadłużenie strefy euro. Realny, przedkryzysowy poziom PKB został osiągnięty w Unii Europejskiej dopiero w II kwartale 2015 roku.
Kryzys uderzył praktycznie we wszystkie kraje europejskie, a do najłagodniej potraktowanych należała Polska. Najmocniej doświadczyła go Grecja, kraje południa Europy, a z nowych członków UE – kraje bałtyckie, gdzie realny PKB spadł nawet o 20 proc.

 

Bogatsi idą wolniej

Dziś kraje Nowej Unii powoli odrabiają zaległości do gospodarek Europy Zachodniej. Nie wszystkie robią to w jednakowym tempie.
Liderami wzrostu PKB na głowę były w 2017 roku Rumunia, Łotwa i Litwa. W pierwszym przypadku, tempo sięgnęło aż 7,3 punktów procentowych, w drugim i trzecim – przekraczało 6 pkt proc.
Jednak Rumunia, przez ostatnich kilka lat uważana za „gospodarczego tygrysa” Europy, ze znakomitym tempem rozwoju (spadek bezrobocia poniżej 5 proc.), w połowie zeszłego roku dostała zadyszki i nie wiadomo, czy jej znakomite parametry są nadal do utrzymania. Według prognoz Komisji Europejskiej, w 2018 r. tempo PKB ma zmniejszyć się o połowę w porównaniu z 2017, a deficyt publiczny w Rumunii w 2020 roku będzie najwyższy w całej Unii.
Kolejną grupę, z również wysokim wzrostem, przekraczającym 5 pkt proc., tworzą: Estonia, Słowenia i Polska.
W granicach 4 pkt proc. zwiększyło się PKB per capita Chorwacji i Malty, a 3 pkt proc. – Hiszpanii, Cypru, Danii, Irlandii, Węgier, Bułgarii i Czech.
W grupie z 2-proc. wzrostem, znalazła się m.in. Słowacja obok Niemiec i Francji.
PKB na głowę praktycznie nie zmienił się w ciągu roku w Wielkiej Brytanii, Szwecji i w Luksemburgu – czyli tam, gdzie w Unii żyje się najzamożniej. Generalnie, co normalne, najbogatsze kraje nie rozwijały się tak szybko jak reszta Unii.

 

Obietnica dla przyszłych pokoleń

Następne pokolenie wielu państw Europy Środkowo-Wschodniej, a także Portugalczycy i Grecy, powinni żyć mniej więcej na takim samym poziomie jak Francuzi czy Brytyjczycy – uważa WEI. Jest to jednak raczej płonną nadzieją.
Oczywiście, żeby dystans się zmniejszał, potrzebny jest stabilny rozwój – wolniejszy państw dobrze rozwiniętych i szybszy, tych na niższym poziomie gospodarczym.
Unia Europejska to system naczyń połączonych, w którym dobra kondycja jednych zależy w znacznym stopniu od drugich. Tak jest w przypadku Niemiec, do których trafia znaczna część europejskiego eksportu.
Ekonomiści przewidują spowolnienie tej gospodarki, co odbije się też na wynikach Polski, Węgier czy Rumunii. Okres wysokich wzrostów gospodarka niemiecka ma już za sobą: PKB Niemiec spadł w trzecim kwartale o 0,2 proc. w porównaniu z kwartałem drugim. W skali roku, tj. w porównaniu z trzecim kwartałem 2017 PKB wzrósł zaledwie o 1,1 proc.

 

Ich nie dogonimy?

Mimo spodziewanych problemów, 2018 rok i następny nie zapowiadają się najgorzej dla UE, i to zarówno dla głównych graczy, jak i mniejszych, którzy ścigają liderów. Tendencja nadal jest wzrostowa, choć tempo słabnie.
Gdy czołówka zwalnia, reszta peletonu ma szansę do niego dołączyć. Do tej pory bywało jednak tak, że po chwilowym spowolnieniu te największe gospodarki znowu nabierały tempa – i reszta Europy zostawała w tyle.
Czy i teraz będzie podobnie? WEI wskazuje, że wiele zależy od tego, czy słabsze i mniejsze gospodarki będą w stanie wykorzystać prosperity na inwestowanie w te gałęzie gospodarki, które stwarzają największe możliwości rozwoju.
Inwestycje w badania i rozwój, poprawa infrastruktury, inwestowanie w kapitał ludzki i społeczny mogą zwiększyć tempo pościgu za najbogatszymi krajami Europy Zachodniej. Ale z tym wszystkim w Polsce jest akurat bardzo słabo.