Gonimy, ale wciąż jest daleko

Polacy od kilkudziesięciu lat ciągle słyszą, że aktualnej generacji rodaków będzie się jeszcze żyło skromnie, ale za to ich dzieci i wnuki powinny już opływać w dostatki takie, jak w państwach bogatego Zachodu.

 

Polska stopniowo zmniejsza dystans dzielący nas od najbogatszych państw Unii Europejskiej. Jeżeli chcemy żeby nasze dzieci i wnuki w 2050 żyły na równym poziomie co najbogatsze narody Europy to musimy mocno przyspieszyć – taki wniosek, jak się wydaje, dość oczywisty, wynika z raportu Warsaw Enterprise Institute.
Podobno średnia europejska jest już dziś w zasięgu ręki. Mimo to, żeby przekroczyć ją w roku 2030 nie wystarczy trwać na obecnym tempie rozwoju.

 

Daleko za czołówką

Ponieważ jednak nie zapowiada się, by nasza gospodarka była zdolna do przyśpieszenia, powinniśmy raczej zapomnieć o doszlusowaniu do przeciętnego unijnego poziomu zamożności już za 12 lat. Tym bardziej, że w ogólnoeuropejskim rankingu zajmujemy odległe 21. miejsce.
Polski dochód narodowy na głowę wprawdzie zbliża się do najwyżej rozwiniętych państw w Europie – ale jest to, umówmy się, raczej żółwie tempo.
Na przykład, Polska sukcesywnie goni Niemcy – jednak nasz dochód na głowę to wciąż niecałe 57 proc. poziomu niemieckiego.
Trochę bliżej nam do dwóch innych europejskich potentatów. W stosunku do Francji i Wielkiej Brytanii polski dochód narodowy na głowę osiągnął poziom 66 proc. a w minionym roku poprawiliśmy nasz wynik kolejno o około 1,5 punktu procentowego oraz o ok. 3 pkt. proc. Warto zauważyć, że PKB na głowę Czech już przekroczył 70 proc. niemieckiego.
Takim krajom, jak Polska, Węgry czy Łotwa osiągnięcie poziomu per capita Francji czy Wielkiej Brytanii zajmie – jak dobrze pójdzie – 15-20 lat. „Następne pokolenia Polaków powinny już żyć na podobnym poziomie, co Francuzi czy Brytyjczycy” – optymistycznie uważa WEI.
Doganianie Niemiec zajmie jednak znacznie więcej czasu, około 40-45 lat, przy założeniu zachowania obecnej dynamiki rozwoju Polski (którego to założenia raczej nie da się zrealizować).
Bardzo dobrze byłoby, gdybyśmy dogonili choć Czechy – ale i do nich sporo nam brakuje. Zwłaszcza, że Czechy to jedno z najmniej zadłużonych państw Europy (102 proc. produktu krajowego brutto), wyprzedzające nas także pod tym względem (zadłużenie Polski – 126 proc. PKB).

 

Uciec spod dobrej zmiany

Innym negatywnym dla nas czynnikiem jest wysoki poziom migracji. Polacy coraz chętniej wyjeżdżają, by uciec spod rządów „dobrej zmiany”.
Jak podaje WEI, w Polsce skala wyjazdów zwiększyła się w stosunku do 2016 roku (do Wielkiej Brytanii o 9,36 proc., do Niemiec o 3,15 proc., do Holandii – o 9,52 proc.). W stosunku do 2016 roku, Polskę opuściło dodatkowe 255 tys. obywateli. Łącznie już ponad 6,5 proc. obywateli Polski mieszka obecnie w innym kraju UE.
Wysoka migracja to jeden z czynników osłabiających zdolność naszej gospodarki do szybkiego rozwoju – i jej znaczenie w Unii. Pod tym względem wciąż jesteśmy kopciuszkiem.
W 2017 r. produkt krajowy brutto Unii Europejskiej – wyrażony w cenach bieżących – wyniósł prawie 15,3 bln euro i był wyższy niż rok wcześniej o 417,4 mld euro.
Ponad połowę PKB wygenerowały trzy państwa członkowskie, a najwięcej Niemcy. Ich wkład w PKB Unii wyniósł w 2017 r. prawie 3,3 bln euro, czyli ponad jedną piątą (21,3 proc.). Wielka Brytania wypracowała 15,2 proc., a Francja 14,9 proc.
Na kolejnych miejscach znalazły się Włochy (z udziałem 11,2 proc.), Hiszpania (7,6 proc.), Holandia (4,8 proc.), Szwecja (3,1 proc.), a następnie Polska (z zaledwie 3-procentowym udziałem w PKB UE).

 

Wśród unijnych słabeuszy

19 państw członkowskich, które tworzą strefę euro, wypracowało PKB w wysokości 11,2 bln euro w 2017 r. Strefa euro to 72,9 proc. unijnego PKB. Trzy czwarte PKB strefy euro to zasługa Niemiec (29,2 proc. strefy euro), następnie Francji (20,5 proc.), Włoch (15,4 proc.) i Hiszpanii (10,4 proc.).
My ani nie jesteśmy w strefie euro, ani – z naszymi 3 proc. – nie liczymy się w Unii gospodarczo.
Nic więc dziwnego, że, niezależnie od wyskoków naszych pożal się Boże, polityków, pozycja Polski w Unii jest bardzo słaba.
Swoją drogą, to trochę wstyd, że duży 38-milionowy kraj, ma mniejszą gospodarkę niż Holandia czy słabo zaludniona Szwecja.
Ostatnie dziesięć lat charakteryzowało się w Unii Europejskiej wzrostem PKB per capita, poza nielicznymi wyjątkami, takimi jak nieskora do wydajnej pracy Grecja.
Tendencja ta uległa zachwianiu w latach kryzysowych (kryzys osiągnął apogeum w latach 2008–2009). Jego skutki silnie odczuła strefa euro, co w wielu przypadkach przełożyło się na spadek PKB.
Unia Europejska, jak wskazuje WEI, doświadczyła w zasadzie w ostatnich latach dwóch kryzysów, których efektem był spadek realnego PKB. Pierwszy rozpoczął się w I kwartale 2008 r. i trwał ponad dwa lata. Drugi kryzys został spowodowany przez zadłużenie strefy euro. Realny, przedkryzysowy poziom PKB został osiągnięty w Unii Europejskiej dopiero w II kwartale 2015 roku.
Kryzys uderzył praktycznie we wszystkie kraje europejskie, a do najłagodniej potraktowanych należała Polska. Najmocniej doświadczyła go Grecja, kraje południa Europy, a z nowych członków UE – kraje bałtyckie, gdzie realny PKB spadł nawet o 20 proc.

 

Bogatsi idą wolniej

Dziś kraje Nowej Unii powoli odrabiają zaległości do gospodarek Europy Zachodniej. Nie wszystkie robią to w jednakowym tempie.
Liderami wzrostu PKB na głowę były w 2017 roku Rumunia, Łotwa i Litwa. W pierwszym przypadku, tempo sięgnęło aż 7,3 punktów procentowych, w drugim i trzecim – przekraczało 6 pkt proc.
Jednak Rumunia, przez ostatnich kilka lat uważana za „gospodarczego tygrysa” Europy, ze znakomitym tempem rozwoju (spadek bezrobocia poniżej 5 proc.), w połowie zeszłego roku dostała zadyszki i nie wiadomo, czy jej znakomite parametry są nadal do utrzymania. Według prognoz Komisji Europejskiej, w 2018 r. tempo PKB ma zmniejszyć się o połowę w porównaniu z 2017, a deficyt publiczny w Rumunii w 2020 roku będzie najwyższy w całej Unii.
Kolejną grupę, z również wysokim wzrostem, przekraczającym 5 pkt proc., tworzą: Estonia, Słowenia i Polska.
W granicach 4 pkt proc. zwiększyło się PKB per capita Chorwacji i Malty, a 3 pkt proc. – Hiszpanii, Cypru, Danii, Irlandii, Węgier, Bułgarii i Czech.
W grupie z 2-proc. wzrostem, znalazła się m.in. Słowacja obok Niemiec i Francji.
PKB na głowę praktycznie nie zmienił się w ciągu roku w Wielkiej Brytanii, Szwecji i w Luksemburgu – czyli tam, gdzie w Unii żyje się najzamożniej. Generalnie, co normalne, najbogatsze kraje nie rozwijały się tak szybko jak reszta Unii.

 

Obietnica dla przyszłych pokoleń

Następne pokolenie wielu państw Europy Środkowo-Wschodniej, a także Portugalczycy i Grecy, powinni żyć mniej więcej na takim samym poziomie jak Francuzi czy Brytyjczycy – uważa WEI. Jest to jednak raczej płonną nadzieją.
Oczywiście, żeby dystans się zmniejszał, potrzebny jest stabilny rozwój – wolniejszy państw dobrze rozwiniętych i szybszy, tych na niższym poziomie gospodarczym.
Unia Europejska to system naczyń połączonych, w którym dobra kondycja jednych zależy w znacznym stopniu od drugich. Tak jest w przypadku Niemiec, do których trafia znaczna część europejskiego eksportu.
Ekonomiści przewidują spowolnienie tej gospodarki, co odbije się też na wynikach Polski, Węgier czy Rumunii. Okres wysokich wzrostów gospodarka niemiecka ma już za sobą: PKB Niemiec spadł w trzecim kwartale o 0,2 proc. w porównaniu z kwartałem drugim. W skali roku, tj. w porównaniu z trzecim kwartałem 2017 PKB wzrósł zaledwie o 1,1 proc.

 

Ich nie dogonimy?

Mimo spodziewanych problemów, 2018 rok i następny nie zapowiadają się najgorzej dla UE, i to zarówno dla głównych graczy, jak i mniejszych, którzy ścigają liderów. Tendencja nadal jest wzrostowa, choć tempo słabnie.
Gdy czołówka zwalnia, reszta peletonu ma szansę do niego dołączyć. Do tej pory bywało jednak tak, że po chwilowym spowolnieniu te największe gospodarki znowu nabierały tempa – i reszta Europy zostawała w tyle.
Czy i teraz będzie podobnie? WEI wskazuje, że wiele zależy od tego, czy słabsze i mniejsze gospodarki będą w stanie wykorzystać prosperity na inwestowanie w te gałęzie gospodarki, które stwarzają największe możliwości rozwoju.
Inwestycje w badania i rozwój, poprawa infrastruktury, inwestowanie w kapitał ludzki i społeczny mogą zwiększyć tempo pościgu za najbogatszymi krajami Europy Zachodniej. Ale z tym wszystkim w Polsce jest akurat bardzo słabo.