Psucie reguł fiskalnych

Rząd PiS uprawia „kreatywną księgowość”, ukrywając nowe zadłużenie poza krajową definicją długu publicznego.
Według najnowszej prognozy Komisji Europejskiej opublikowanej 7 maja, polski dług publiczny wzrośnie z 46,0 proc. produktu krajowego brutto na koniec 2019 roku do 58,5 proc. PKB na koniec bieżącego roku. Ten największy przyrost od początku III Rzeczypospolitej wynika z nadzwyczajnych wydatków i spadku wpływów budżetowych, spowodowanych działaniami mającymi ograniczyć pandemię COVID-19.
Pomimo nadzwyczajnej sytuacji rząd Prawa i Sprawiedliwości wciąż jednak formalnie nie ogłosił stanu klęski żywiołowej, który zawieszałby działanie konstytucyjnego limitu długu publicznego na poziomie 60 proc. PKB, ustawowego progu ostrożnościowego 55 proc. PKB oraz stabilizującej reguły wydatkowej. Zamiast tego rząd PiS ukrywa nowe zadłużenie poza krajową definicją długu publicznego – której dotyczą krajowe reguły fiskalne.
Efekty kreatywnej księgowości rządu widać w rosnącej rozbieżności między długiem publicznym, liczonym zgodnie z krajową, oraz unijną definicją. Różnica może urosnąć z 2,4 proc. PKB na koniec 2019 r. do ok. 8 – 11 proc. PKB na koniec tego roku (licznik długu publicznego Forum Obywatelskiego Rozwoju działa według unijnej metodologii liczenia długu).
Co więcej, przedstawione przez Komisję Europejską szacunki wzrostu zadłużenia być może nie uwzględniają w pełni kosztów „Funduszu Przeciwdziałania COVID-19”, o którym ciągle niewiele wiadomo.
Jak przypomina FOR, dekadę temu, w następstwie globalnego kryzysu finansowego i kryzysu zadłużeniowego w strefie euro, rząd Platformy Obywatelskiej i Polskiego Stronnictwa Ludowego przeniósł część zadłużenia w Krajowym Funduszu Drogowym do Banku Gospodarstwa Krajowego, usuwając je tym samym poza definicję państwowego długu publicznego i – w konsekwencji – poza krajowe reguły fiskalne. To obecnie około 50 mld zł.
Teraz rząd Prawa i Sprawiedliwości idzie dalej, organizując w ten sam sposób „Fundusz Przeciwdziałania COVID-19” w BGK i „Tarczę Finansową” w Polskim Funduszu Rozwoju, stanowiących nowe wydatki w łącznej kwocie ok. 200 mld zł (część ma zostać spłacona przez beneficjentów).
„Fundusz Przeciwdziałania COVID-19” i „Tarcza Finansowa” są zorganizowane w Banku Gospodarstwa Krajowego i Polskim Funduszu Rozwoju – poza budżetem państwa i krajową definicją długu. Takie działania nie tylko niszczą wiarygodność reguł fiskalnych, lecz także zmniejszają przejrzystość finansów publicznych i utrudniają obywatelom rozliczenie władzy.
Psucie reguł zadłużenia jest problemem zarówno ze względów gospodarczych, jak i instytucjonalnych. Po pierwsze, wysoki poziom zadłużenia hamuje wzrost gospodarczy. Badania pokazują, że wysoki dług publiczny jest wyraźnie skorelowany z wolniejszym wzrostem gospodarczym i prawdopodobnie jest on tego przyczyną.
Po drugie, narastający dług publiczny osłabia odporność finansów publicznych na przyszłe kryzysy, w których rosną koszty obsługi długu i spadają wpływy podatkowe. Po trzecie, dług publiczny pozwala politykom wydawać pieniądze bez konieczności ściągania podatków, a tym samym utrudnia ich rozliczanie przez obywateli5.
Polskie reguły fiskalne są tak pomyślane, aby umożliwiały skokowy wzrost zadłużenia w warunkach nadzwyczajnych, takich jak pandemia COVID-19. To wymaga jednak ogłoszenia stanu klęski żywiołowej – czego rząd PiS wciąż formalnie nie uczynił. Zamiast tego psuje reguły fiskalne, usuwając kolejne wydatki poza krajową definicję długu publicznego.

Dlaczego Chiny nie ustalają konkretnego celu wzrostu gospodarczego?

Chiny postanowiły nie wyznaczać konkretnego rocznego celu wzrostu gospodarczego na 2020 r. Jest to mądra, dalekowzroczna i odpowiedzialna decyzja, aby poradzić sobie ze skomplikowaną sytuacją w kraju i na świecie.

Nowa narracja w rządowym raporcie roboczym przedłożonym krajowemu prawodawcy ujawnia praktyczną zasadę przywództwa polegającą na dostosowywaniu się do niepewności i ogromnych trudności spowodowanych epidemią koronawirusa i globalną recesją
gospodarczą.
Epidemia mocno odbiła się na chińskiej gospodarce w pierwszym kwartale, powodując spadek produktu krajowego brutto o 6,8 procent w skali roku.
Chociaż gospodarka z pewnością zyska na wartości dzięki wspieranej przez rząd polityce, Chiny muszą w pełni uwzględnić trudności, ryzyko i niepewność oraz zwiększyć prędkość reagowania.
Cele wyznaczone przez rząd chiński w tym roku są bardziej elastyczne i wykonalne. Za sprawą koncepcji modelu zrównoważonego rozwoju, która nigdy nie dąży do krótkoterminowych zysków kosztem korzyści długoterminowych. Raport podkreśla wagę, jaką przywiązuje się do promowania zatrudnienia, zapewnienia pełnej gry podmiotom rynkowym i poprawy warunków życia ludzi.
Zatrudnienie należy ustabilizować, tworząc w tym roku ponad 9 milionów miejsc pracy, jak zauważa raport, podkreślając koncepcję stawiania ludzi na pierwszym miejscu.
Rok 2020 jest szczególnym rokiem dla Chin. Kraj ten chce wyeliminować ubóstwo i zbudować podstawy umiarkowanie zamożnego społeczeństwa. Oznacza to, że rząd musi zapewnić ludziom odpowiednie zakwaterowanie, usługi medyczne i inne usługi publiczne.
Fakt, że nie ustalono żadnego konkretnego celu, nie oznacza, że ​​Chiny porzuciły determinację, by osiągnąć stały wzrost w obliczu piętrzących się trudności. Aby osiągnąć te cele, Chiny muszą twardo trzymać się swojej polityki reform i otwarcia.
Nowa narracja pokazuje determinację Chin, by stać się bardziej realistycznym, elastycznym i dalekowzrocznym, z wizją innowacyjnego, skoordynowanego, zielonego i otwartego rozwoju dla wszystkich.
Chińska gospodarka wciąż ma dobre perspektywy. Zgodnie z najnowszym raportem Światowej Perspektywy Gospodarczej Międzynarodowego Funduszu Walutowego, pomimo przewidywanego spadku tempa wzrostu PKB, oczekuje się, że w Chinach, w tym roku nastąpi wzrost gospodarczy oraz silne odbicie w 2021 r.
Brak celu to dobry cel.

Gospodarka 48 godzin

Żart premiera
W pierwszym kwartale tego roku produkt krajowy brutto dla całej Unii Europejskiej spadł o 2,7 proc. w stosunku do unijnego PKB z pierwszego kwartału ubiegłego roku. W strefie euro spadek był jeszcze szybszy bo o 3,2 proc. Największy regres zanotowała gospodarka Francji, gdzie PKB zmniejszył się o 5,4 proc. w porównaniu z pierwszym kwartałem 2019, a po niej Włochy – minus 4,8 proc. Natomiast niemiecki PKB (największa gospodarka Europy) spadł o 1,9 proc. rok do roku. Tym niemniej są kraje, które nawet w czasie pandemii rozwijają się w przyzwoitym tempie. Tu prym wiedzie Rumunia, mająca 2,7 proc. wzrostu w pierwszym kwartale i zapewne Irlandia, gdzie jeszcze nie ma zweryfikowanych wyników za pierwszy kwartał br. Dobrze wypada także Litwa, ze wzrostem 2,5 proc., oraz Bułgaria (plus 2,4 proc.). Jak widać, z wyjątkiem Irlandii nie są to najzamożniejsze kraje naszego kontynentu. Polska wypada przyzwoicie, ze wzrostem PKB w pierwszym kwartale 2020 r. o 1,6 proc., choć oczywiście daleko nam do czołówki. Ten wynik stał się natomiast powodem do dowcipu w wykonaniu premiera Morawieckiego, który komentując nasz PKB zażartował: „Zaskakujemy świat i Europę tempem naszego działania. Podjęliśmy decyzje, co do ochrony zdrowia w najszybszym możliwym tempie”. To zabawne stwierdzenie, w sytuacji, gdy Polska należy do pięciu najgorzej radzących sobie z epidemią krajów Europy.

Mniej przestępstw na PKP
Mniejszy ruch pociągów i spadek liczby pasażerów spowodował, że mniej także jest przestępstw i wykroczeń na kolei. W pierwszym kwartale odnotowano lekki spadek takich zdarzeń. Było ich o 140 mniej – w pierwszym kwartale 2019 zanotowano 1700 zdarzeń, a teraz 1560. W 2020 r. dotychczas funkcjonariusze Straży Ochrony Kolei ujęli około 700 sprawców przestępstw i wykroczeń. Odzyskano mienie o łącznej wartości 175 000 zł. Mniej jest zwłaszcza kradzieży na szkodę podróżnych. W porównaniu do tego samego okresu 2019 r., od stycznia do kwietnia odnotowano spadek kradzieży o 23 proc. Od początku tego roku SOK-iści ujęli 128 sprawców kradzieży. Zmniejszyła się też liczba kradzieży przesyłek wagonowych oraz węgla z wagonów towarowych (takie kradzieże węgla w Polsce trwają i trwać będą, bo mają już pond stuletnią tradycję). Cały czas zdarzają się też kradzieże przewodów i innych elementów linii kolejowej, czemu próbuje się przeciwdziałać za pomocą częstych kontroli punktów skupu złomu. W tym roku na ponad 4000 kontroli, SOK-iści wykryli nielegalnie zbywane mienie kolejowe tylko w dwóch punktach skupu. W walce ze złodziejami SOK wykorzystuje specjalnie wyposażone samochody – mobilne centra monitoringu, które dzięki kamerom mogą obserwować kilkukilometrowe odcinki linii kolejowych. Wykorzystywane są też foto-pułapki, które powiadamiają patrol, gdy w zabezpieczonym obszarze pojawi się niepowołana osoba. W nocnych patrolach stosuje się zaś termo- i noktowizory. SOK-istów oczywiście wspomagają też psy. Straż Ochrony Kolei ma dodatkowe zadania w czasie epidemii. Funkcjonariusze prowadzili kontrole temperatury podróżnych w pociągach wjeżdżających na teren Polski, do czasu wstrzymania ruchu międzynarodowego. Badają też temperaturę u pracowników pociągów towarowych wjeżdżających do Polski.

Wzrost cen zjada nasze dochody

Styczniowej inflacji nie można bagatelizować. Rośnie ona najszybciej od grudnia 2011 r.

Po grudniowym, nieoczekiwanie wysokim wzroście inflacji (do 3,4 proc.), dane ze stycznia potwierdzają kontynuację wzrostu cen. Jest to głównie efekt wyższych cen żywności oraz cen związanych z utrzymywaniem mieszkań. Wysoki wzrost cen towarów i usług konsumpcyjnych w ujęciu miesięcznym (o 0,9 proc.) w połączeniu ze spadkiem cen przed rokiem, spowodował wyjątkowo wysoki wzrost cen, bo o 4,4 proc. w ujęciu rocznym.
Członkowie Rady Polityki Pieniężnej są w coraz trudniejszej sytuacji. Wysoka dynamika cen produktów i usług konsumpcyjnych może utrwalić wysokie oczekiwania inflacyjne i przyczynić się do dłuższego utrzymywania się inflacji powyżej celu banku centralnego – ocenia Towarzystwo Ekonomistów Polskich. W takiej sytuacji konieczne jest odpowiednie dostosowanie komunikatów RPP oraz branie pod uwagę możliwości podwyżek stóp procentowych w przypadku braku spadku dynamiki inflacji po pierwszym kwartale tego roku. Styczniowej inflacji nie można bagatelizować!
Przed publikacją danych o grudniowej inflacji można było się spodziewać silniejszego impulsu inflacyjnego z uwagi na możliwość kontynuacji wzrostu cen żywności oraz wzrost cen administracyjnych. W ubiegłym roku tego rodzaju zjawiska występowały w ograniczonej formie, a inflacja w ujęciu miesięcznym spadała. Niemniej jednak, mając na uwadze skalę miesięcznego wzrostu cen w grudniu ubiegłego roku, styczniowy, miesięczny wzrost cen jest wyjątkowo duży, najwyższy od 2011 roku.
Początek roku zazwyczaj obfituje w podwyżki cen administracyjnych, w tym energii, wywozu śmieci itp. Tak było i w tym roku.
Wzrost cen z tytułu użytkowania mieszkań (głównie efekt wzrostu cen energii) wyniósł w ujęciu miesięcznym 2,3 proc.
Oprócz tego kontynuowany jest oczekiwany wcześniej wzrost cen w kategorii żywność, napoje oraz wyroby tytoniowe (wzrost o 1,7 proc.).
Czynnikiem powstrzymującym silniejszy wzrost wskaźnika cen towarów i usług konsumpcyjnych były ceny transportu, co jest efektem stabilizacji cen paliw w pierwszych tygodniach tego roku.
Miesięczne wzrosty cen przy jednoczesnym spadku cen w ubiegłym roku dały w efekcie bardzo wysoki wzrost inflacji w ujęciu rok do roku, aż o 4,4 proc., co jest najwyższym wynikiem od grudnia 2011 roku.
Należy podkreślić, że dane podane przez Główny Urząd Statystyczny nie obejmują wszystkich komponentów wzrostu cen z uwagi na to, że w przyszłym miesiącu podane zostaną szczegółowe dane w oparciu o zrewidowany „koszyk konsumpcyjny”. Ostateczne dane o dynamice cen towarów i usług konsumpcyjnych w styczniu mogą zatem nieznacznie się różnić od tych, którymi aktualnie dysponujemy. Wstępne wyniki styczniowej dynamiki tych cen mogą również świadczyć o możliwości kontynuowania wzrostowej tendencji inflacji bazowej, kluczowego dla RPP wskaźnika, w kontekście prowadzenia polityki pieniężnej.
Wysokość styczniowej inflacji stwarza spory problem członkom RPP. Jak już wielokrotnie wspominaliśmy w komentarzach dotyczących inflacji i działań RPP, w sytuacji rosnącej inflacji członkowie RPP powinni w odpowiedni sposób dostosowywać swoją strategię informacyjną do nowej sytuacji – wskazuje Towarzystwo Ekonomistów Polskich.
Można zrozumieć, że część członków RPP jest przekonana do tymczasowości wyższej inflacji oraz braku konieczności zmiany stóp procentowych. W sytuacji z jaką jednak mamy do czynienia konieczne jest odejście od aktualnego stylu komunikowania, na rzecz bardziej restrykcyjnej retoryki. Tylko w ten sposób można wpływać na zakotwiczenie oczekiwań inflacyjnych (o czym pisaliśmy w styczniowym komentarzu dotyczącym inflacji w grudniu 2019 r.).
Utrzymywanie neutralności lub wręcz zapowiadanie możliwości obniżek stóp procentowych jest niebezpieczne, w kontekście możliwości utraty wiarygodności przez władze monetarne.

Im dłużej, tym gorzej

O takich osiągnięciach ekipa z Prawa i Sprawiedliwości może tylko pomarzyć. Niestety pod jej rządami sytuacja
Polski systematycznie się pogarsza.

PiS-owska „dobra zmiana” miała zastać Polskę zrujnowaną po poprzednich rządach. Oto te ruiny, których zestawienie zostało sporządzone przez Mariana Waldemara Kuczyńskiego:
– 460 mld. zł uzyskanych przez Polskę z budżetu Unii Europejskiej;
– 1000 km. nowych autostrad oraz 1200 km. dróg ekspresowych;
– ponad 12000 km. dróg lokalnych;
– spadek liczby Polaków zagrożonych ubóstwem z 45 proc. do do 22 proc. mieszkańców;
– jeden z najdłuższych w Europie (52 tygodnie) urlopów rodzicielskich.
– Dobra pozycja w Unii, przejawiająca się w tym, że Polak był szefem Parlamentu Europejskiego oraz Rady Europejskiej
– wzrost liczby narodzin (w tym z dofinansowania in vitro urodziło się 27 tys. dzieci); –
– świadczenie rodzicielskie 1000 zł otrzymywane przez rok;
– podwyżki płac nauczycieli w sumie o 44 proc.
– od 2007 do 2015 roku długość życia kobiet z 79,7 lat wzrosła do 81,1, a mężczyzn z 71 lat do 73,5;
– płaca minimalna wzrosła z 936 zł do 1750 zł, zaś płaca przeciętna z 2691 zł do 3783 zł;
– bezrobocie spadło z 10 proc. do 7,9 proc.;
– nakłady na zdrowie zwiększyły się z 41,5 mld zł do 66,1 mld.
Ponadto, w okresie od 2007 do 2015 r. nasz PKB na głowę w stosunku do średniego w UE wzrósł z 53,8 proc. do 70 proc, eksport z 387 do 682 mld.zł; zatrudnienie osób w wieku 55-64 z 29,7 proc. do 42,5 proc.;
– przybyło przedszkoli: z 16.9 tys do 21,6 tys;
– 110 tys. młodym ludziom dofinansowano zakup mieszkania;
– 260 tys. firm powstało z pomocą państwa, w tym 100 tys kobiecych i 25 tys. założonych staraniem osób 50+;
– odsetek dzieci objętych opieką przedszkolną na wsi zwiększył się z 23 proc. do 57 proc.
– wsparcie finansowe uzyskało 1,5 tys start-upów.
– wydrukowano 1,8 mln. bezpłatnych podręczników dla uczniów;
– nastąpił trzykrotny wzrost liczby studiujących osób niepełnosprawnych;
– termomodernizacja objęła 800 tys. mieszkań;
– ułożono 8 tys km światłowodów.
Takie są niektóre rezultaty ośmiu lat rządów koalicji – PSL. Nietrudno zauważyć, że na tle tych liczb, dokonania Prawa i Sprawiedliwości prezentują się gorzej niż żałośnie.
W praktycznie każdej dziedzinie jest regres: gorzej, mniej, słabiej. Strefa skrajnego ubóstwa rośnie, długość życia Polaków się skraca, sytuacja w budowie dróg i autostrad to już w ogóle żenada, nie ma żadnego wsparcia dla zakupów mieszkania, w Unii Europejskiej jesteśmy marginalizowani.
Jednak rządowa propaganda sukcesu, uprawiana w tzw. mediach publicznych, czyli zawłaszczonych przez rząd PiS, buduje obraz potiomkinowskiej Polski. Tyle, że te atrapy „sukcesu” kiedyś upadną i wszyscy zobaczą, w jakiej naprawdę kondycji jest nasz kraj i jego mieszkańcy.
Wypada się zdziwić, że opozycja, mając tak wyraźne dowody swoich dokonań, oraz nieudolności ekipy PiS, nie wykorzystała tych wszystkich danych przed wyborami.
Może jednak rzeczywiście PO wolała poczekać w opozycji na pełną kompromitację rządów PiS, zamiast próbować niewielkiego zwycięstwa w ubiegłym roku i rządów z nieprzychylnym prezydentem?

Rząd PiS opróżnia portfele Polaków

Coraz większy obszar biedy, coraz gorsza jakość życia mieszkańców – takie są ponure efekty działalności ludzi, którzy od czterech lat sprawują władzę w naszym kraju. Zostało to już obliczone.

Okazuje się, że jak najbardziej prawdziwe jest powszechne przeświadczenie Polaków o szybkim i bolesnym wzroście cen.
Wreszcie to się potwierdziło statystycznie, w wyliczeniach GUS – choć wszyscy wolelibyśmy, aby nasza cenowa rzeczywistość nie okazała się aż tak ponura.

Biedniejszym zabierają więcej

Mogliśmy się jednak spodziewać, że liczby potwierdzą nasze odczucia – bo przecież od paru lat czuliśmy wyraźnie, że pod rządami PiS jesteśmy coraz dotkliwiej bici po kieszeni – a pędzące ceny „zjadają” zyski wynikające z programu Rodzina 500 plus. Odczuwają to zwłaszcza rodziny słabiej zarabiające.
Dużego, wyraźnego wzrostu cen przez wiele miesięcy nie potwierdzały badania Głównego Urzędu Statystycznego, oparte niestety na nie całkiem precyzyjnych i wiarygodnych przesłankach.
Władze GUS mają zresztą świadomość, że dokonywane przez nich badania cen mogą być obarczone sporą dozą niedokładności. Dlatego na stronie GUS widnieje oświadczenie, tłumaczące, dlaczego polskie ustalenia statystyczne dotyczące cen, nie pokrywają się z powszechnymi odczuciami o ich wysokości.
„Wynik pomiaru wzrostu cen konsumpcyjnych wyrażony wskaźnikiem nigdy nie będzie odpowiadał społecznemu odczuciu. Składa się na to wiele przyczyn, zarówno obiektywnych, jak i subiektywnych. Najważniejszą z nich jest przeciętny charakter wskaźnika, pomiar odnoszący się do dużych zbiorowości, różniący się od sytuacji poszczególnych gospodarstw domowych czy rodzin” – stwierdza Główny Urząd Statystyczny.
Inną przyczyną tego, że społeczne odczucia mogą się kłócić ze statystyką, jest nasza zróżnicowana wrażliwość na ruch cen.
„Na ogół występuje większa wrażliwość społeczna na zmiany cen artykułów i usług podstawowych, a mniejsza na zmiany cen artykułów i usług zaspokajających mniej istotne potrzeby lub kupowanych rzadziej. To wywołuje skłonność utożsamiania wzrostu cen artykułów podstawowych z ogólnym wzrostem cen. Skłonność ta jest tym wyraźniejsza, im większa część budżetu rodziny przeznaczana jest na artykuły pierwszej potrzeby” – podkreśla GUS.

PiS lawinowo podnosi ceny

Stały ruch cen w górę, który jest efektem rządów PiS zaczął się w 2016 r. Warto przypomnieć, że we wcześniejszych latach mieliśmy nawet lekką deflację (ogólny spadek cen). Niestety, ruch cen dotknął szczególnie właśnie te rodziny, które, jak zaznaczył GUS, większą część swego budżetu przeznaczają na artykuły pierwszej potrzeby – bo te artykuły obecnie drożeją u nas najszybciej.
Inna sprawa, że takie rodziny stanowią około dwie trzecie wszystkich gospodarstw domowych w Polsce. Nie należą one do zamożnych warstw naszego społeczeństwa i są szczególnie dotkliwie bite po kieszeni przez ceny, nabierające coraz większego rozpędu pod rządami obecnej ekipy.
Dziś ceny rosną tak powszechnie i tak szybko, że jest to bardzo dobrze widoczne w statystyce. Gdyby nawet Główny Urząd Statystyczny, przejęty w 2016 r. przez PiS, chciał to ukrywać (o co oczywiście nikt go nie podejrzewa), to nie byłby w stanie.

Najdrożej prawie od ćwierćwiecza

Najnowszy komunikat GUS pokazuje, jak zmieniały się ceny w okresie od stycznia do listopada 2019 r. – i porównuje je z tym samym okresem ubiegłego roku. Wynik jest więcej niż niepokojący. W bieżącym roku były w Polsce miesiące, w których ceny rosły najszybciej od niemal ćwierćwiecza!.
Okazuje się, że w porównaniu z jedenastoma miesiącami ubiegłego roku najbardziej podrożały warzywa – aż o 20,6 proc. To zaprzecza kłamliwej propagandzie, uprawianej w rządowej telewizji, przekonującej, że ceny warzyw przestały rosnąć.
Niewiele ustępuje im skok cen za wywóz śmieci, który wyniósł średnio 20,4 proc. Trzecie miejsce na cenowym podium zajmuje cukier – w porównaniu z 2018 r. zdrożał o 16,5 proc. W ślad za cukrem zdrożały zaś naturalnie wszelkie produkty, które go zawierają. Pokazuje to przykład pieczywa – podrożało o 8,9 proc., co było nieuchronnym wynikiem wzrostu cen mąki o 8,1 proc.
A co oprócz chleba? Na przykład wieprzowina, najpowszechniej konsumowane mięso w Polsce: zdrożała o 8,3 proc. – czyli szybciej niż cała żywność, której ceny zwiększyły się średnio o 5,1 proc.
Jeśli jednak będziemy porównywać ze sobą nie jedenastomiesięczne okresy lat 2018 i 2019, lecz listopad 2018 z listopadem 2019, to wzrost cen żywności wyniósł aż 7 proc.
To oczywiście tylko wierzchołek góry lodowej, bo znaczący wzrost cen objął niemal wszystkie dziedziny naszego życia.
Przykładowo, usługi fryzjerskie, kosmetyczne i pielęgnacyjne zdrożały średnio o 5 proc. Usługi lekarskie – o 5,2 proc. Wszelkie usługi związane z prowadzeniem domu – o 5 proc. Czynsze – o 4,9 proc. Gazety i czasopisma – o 5,7 proc. Cała turystyka zorganizowana – o 5,6 proc (ale jeśli ktoś wyjeżdżał w tym roku za granicę z biurem podróży to zapłacił średnio o 7 proc. więcej). Tak wymieniać można długo.

Dyskretny obiektywizm statystyk?

Ten szybki wzrost niemal wszystkich cen bardzo dobrze widać w sporządzanych przez GUS notowaniach, dotyczących konkretnych produktów i usług.
Trudniej go natomiast uchwycić w jednolitym, ogólnym wskaźniku wzrostu cen wszelkich towarów i usług. Zdaniem GUS, od listopada 2018 r. wszystkie te ceny zwiększyły się średnio zaledwie o 2,6 proc.
Nie wątpiąc w obiektywizm statystyk, wydaje się, że widocznie uwzględniane są tu również takie towary i usługi, które dość trudno zauważyć w codziennym koszyku dóbr, najczęściej konsumowanych przez Polaków.
Jak podaje GUS, w samym listopadzie bieżącego roku, w porównaniu z październikiem, największy wpływ na ogólny wskaźnik cen towarów i usług konsumpcyjnych miały wyższe ceny żywności, rekreacji i kultury oraz napojów alkoholowych i wyrobów tytoniowych. Wszystkie te dobra zdrożały w ciągu miesiąca o 0,4 proc.

Rząd się wyżywi

Niestety, przyszły rok będzie wyraźnie droższy od upływającego. I tradycyjnie, tak jak dotychczas pod rządami PiS, najbardziej stracą mniej zamożni Polacy.
W kolejce czekają już podwyżki cen energii elektrycznej. W tym roku zostały wstrzymane przez rządzących, aby nie zmniejszać szans wyborczych Prawa i Sprawiedliwości. W 2020 ceny prądu wzrosną co najmniej o 20 proc., zarówno dla przedsiębiorstw jak i dla gospodarstw domowych (choć dokładne ceny energii poznamy po Nowym Roku). Prąd jest używany do wszystkiego, więc mówiąc najkrócej, wszystko podrożeje.
Rząd chce ratować trzeszczący budżet, więc o 10 proc. zwiększy się akcyza na alkohol i papierosy. Od połowy 2020 r. podrożeją również papierosy elektroniczne, na razie jeszcze objęte zerową akcyzą.
Innym podatkiem, który wzrośnie w przyszłym roku, będzie opłata paliwowa, nakładana na benzynę, olej napędowy i gaz. Uiszczają ją producenci i importerzy paliw, ale oczywiście jest ona przenoszona na ceny płacone na stacjach benzynowych. Stawka opłaty paliwowej za 1000 litrów benzyn zwiększy się o 5,28 zł, a za 1000 l oleju napędowego o 8,73 zł.
Rosnące ceny paliw oznaczają naturalnie wyższe koszty transportu i wszelkich przewozów, co spowoduje wzrost cen ogromnej większości towarów i usług.
W ślad za paliwami podrożeją też i samochody, na co wpływ będą mieć nowe, zaostrzone normy bezpieczeństwa pojazdów oraz kolejne ograniczenia emisji dwutlenku węgla.
Ściśle biorąc, wszystkie te nowe obostrzenia nie zaczną obowiązywać już w przyszłym roku, ale producenci aut muszą się przygotować do ich spełnienia. To zaś będzie wymagać wielu skomplikowanych działań w przemyśle samochodowym. Ich koszt z pewnością zostanie już z wyprzedzeniem doliczony do cen pojazdów i części.
Tak więc, po trudnym dla naszych kieszeniu roku 2019, czeka nas zapewne jeszcze trudniejszy 2020. Strefa skrajnego ubóstwa w Polsce, która pod rządami PiS rozszerzyła się po wieloletnim spadku, prawdopodobnie wzrośnie jeszcze bardziej.
Wszystko to jednak nie spędza snu z oczu prominentom obozu rządzącego Oni się wyżywią, a propagandyści sukcesu w rządowych mediach (tzw. „publicznych”) będą dzień w dzień wmawiać, że wszystkim nam żyje im się coraz lepiej.

Jak się kończy zabawa z płacą minimalną

Zwolnienia z pracy, protesty zarówno pracowników jak i pracodawców, próby omijania przepisów. Takie są skutki eksperymentu południowokoreańskiego prezydenta z drastycznym podniesieniem najniższej płacy.

Na świecie trudno znaleźć lepszy przykład sukcesu gospodarczego niż Korea Południowa.
Nieprzerwany od 20 lat wzrost PKB łączy się z niskim zadłużeniem publicznym i utrzymującą się od ponad dekady wysoką nadwyżką na rachunku obrotów bieżących.

Przedwyborcza obietnica

Co więcej, Seul może pochwalić się globalnymi championami w przemyśle motoryzacyjnym czy elektronice użytkowej, a także niezwykle wysokimi wydatkami na badania i rozwój, które znacznie zwiększają szanse długotrwałego utrzymania dobrej koniunktury.
Jednak nawet tak silna i latami dobrze zarządzana gospodarka nie jest odporna na fatalne decyzje polityczne. Jedną z nich była kampanijna obietnica o podniesieniu pensji minimalnej.
Ubiegający się o fotel prezydenta Moon Jae-in szedł po władzę, zapewniając, że najniższe wynagrodzenie wzrośnie o ok. 55 proc w zaledwie trzy lata. Podobne tempo podwyżek obiecują rządzący w Polsce.
Po impeachmencie i skazaniu na wieloletnie więzienie byłej prezydent Korei Park Geun-hye w 2017 r. Moon miał szeroko otwarte drzwi do Błękitnego Domu.

Po 10 tys dla każdego

Lewicowy kandydat popełnił niestety kardynalny błąd i wbrew zdrowemu rozsądkowi, a nawet chłodnej kalkulacji politycznej, obiecał dokonać niemożliwego. Chciał podnieść do 2020 r. godzinowe wynagrodzenie minimalne z 6,47 tys. do 10 tys. wonów, czyli do równowartości niespełna 9 dolarów amerykańskich (poziom znacznie wyższy niż w USA).
Według szacunków obejmujących oczekiwany wzrost płacy w całej gospodarce minimalna wypłata stanowiłaby ok. 70 proc. mediany i 60 proc. średniego wynagrodzenia, czyli najwięcej w OECD.
Na nic się zdały protesty Federacji Mikroprzedsiębiorców, których 92 proc. ankietowanych członków w połowie 2017 r. sprzeciwiało się tak drastycznej podwyżce wynagrodzeń. Głosy rozsądku i opamiętania napływały jednak nie tylko z kraju, ale i z zagranicy.
Krótko po decyzji o podniesieniu najniższego wynagrodzenia o 16 proc. na rok 2018 głos zabrał Międzynarodowy Fundusz Walutowy. W listopadzie 2017 r. szef misji MFW dla Korei Tarhan Feyzioglu mówił, że rząd powinien znacznie zmniejszyć tempo podwyżek, gdyż może to negatywnie wpływać na konkurencyjność kraju oraz zatrudnienie.
W kolejnych miesiącach negatywnie na temat decyzji Moona wypowiadała się także Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD), sugerując, że zbyt wysokie minimalne wynagrodzenie może zaszkodzić zatrudnieniu, jeżeli wyższe koszty pracy nie będą związane z poprawą produktywności.
Nawet publiczny think-tank Korean Development Institute przygotował opracowanie dotyczące wpływu wzrostu płacy minimalnej na zatrudnienie (Employment Effect of Minimum Wage Increase), w którym krytycznie odnosił się do szybkiego wzrostu wynagrodzeń. Wskazywał, że utrzymanie tempa wzrostu pensji minimalnej spowoduje utratę 96 tys. miejsc pracy w 2019 r. i 144 tys. w 2020 r.

Zamiast wzrostu – zwolnienia

Na te wszystkie głosy prezydent Moon był głuchy i kontynuował swoją kontrowersyjną politykę gospodarczą stymulującą rozwój m.in. wyższymi płacami. Zderzenie z rzeczywistością przyszło jednak bardzo szybko.
Jeszcze w połowie 2017 r. ogólny poziom zatrudnienia w ujęciu rok do roku rósł w Korei Południowej o 1,5 proc. Po kilku miesiącach tempo wzrostu zatrudnienia obniżyło się do mniej niż 1 proc., a pod koniec 2018 r. wyhamowało do 0,1 proc.
Najbardziej ucierpieli pracownicy, którzy otrzymywali wynagrodzenia minimalne lub bliskie tej wartości (handel, restauracje i hotele). Pomiędzy październikiem 2017 r. a październikiem 2018 r. zatrudnienie w tych branżach spadło z 6,1 miliona do 5,91 mln, czyli o prawie 200 tys. osób (dane Statistics Korea).
Reuters pisał swojej analizie, że strategia gospodarcza rządu, zamiast spowodować wzrost wynagrodzeń, skutkowała mniejszymi wypłatami (krótszy tydzień pracy) i brakiem możliwości dorobienia podczas nadgodzin (ograniczenie kosztów przedsiębiorstw).
Tak negatywnie zmiany na rynku pracy nie mogły zostać zignorowane. Co więc zrobił prezydent Moon?

Przeprosiny i niskie płace

Masowe zwolnienia spowodowały, że tempo wzrostu minimalnego wynagrodzenia zostało zmniejszone, ale stawka na 2019 r. i tak była podniesiona o prawie 11 proc. do 8350 wonów. Jednak już w momencie ogłoszenia tej decyzji (druga połowa 2018 r.) było wiadomo, że sytuacja gospodarcza nie pozwoli na zwiększenie najniższej pensji do 10 tys. wonów w 2020 r.
Prezydent wtedy przeprosił, obiecując przy tym, że 10 tys. zostanie „osiągnięte w najbliższym możliwym czasie”. Ta obietnica jednak także, nie będzie szybko zrealizowana (na pewno nie w trakcie bieżącej kadencji Moona).
Obecnie wiadomo, że w przyszłym roku wzrost minimalnego wynagrodzenia wyniesie tylko 2,9 proc, czyli będzie najwolniejszy w minionej dekadzie i trzeci z najsłabszych w ostatnim 30-leciu.
Jak ocenia Cinkciarz.pl, wydarzenia w Korei Południowej jasno pokazują, że zbyt gwałtowne i niepowiązane z poprawą kwalifikacji pracowników podnoszenie minimalnego wynagrodzenia powoduje wyłącznie problemy. Skutkuje ono zwolnieniami oraz protestami najpierw mikroprzedsiębiorców, a potem zawiedzionych pracowników (dziesiątki tysięcy osób demonstrowały w Korei Południowej w 2018 i 2019 r.) lecz w żaden sposób nie wspomaga wzrostu gospodarczego.
Zresztą, w przeszłości inne kraje również eksperymentowały z gwałtownym wzrostem najniższych płac: Francja w latach 1997-2005 czy Węgry w latach 2000-2002. I w żadnym przypadku nie była to dobra decyzja.

Powtórzymy nieudany eksperyment?

Kampanijne zapowiedzi w Polsce również zakładały gwałtowną podwyżkę minimalnego wynagrodzenia, którego procentowe wzrosty i relacja do mediany czy średniej wypłaty mają być analogiczne do tych obiecywanych przez Moona. Skutki dla naszego kraju mogą być jeszcze gorsze niż dla fundamentalnie silnej Korei Południowej. Dlaczego?
W Polsce ponad 20 proc. zatrudnionych (najwięcej w Unii Europejskiej) nie zarabia więcej niż 110 proc. pensji minimalnej. Silne skupienie się wynagrodzeń blisko najniższej krajowej oznacza drastyczne podwyżki dla dużej grupy osób. Te podwyżki nie są powiązane z poprawą kwalifikacji tych osób, różnicami kosztów życia pomiędzy regionami czy wiekiem – zauważa Cinkciarz.pl.
Brak zależności wynagrodzenia od produktywności i umiejętności będzie oznaczać konieczność zwolnień. Wzrośnie również pokusa do omijania regulacji, jak to miało miejsce w Korei Południowej.
Relatywnie wysokie wynagrodzenie może także oznaczać wzrost bierności zawodowej młodych ludzi, gdyż pracodawcy za narzucone z góry zbyt wysokie koszty pracy będą wymagali wygórowanych kompetencji w relacji do wieku kandydata.
Polska jest więc narażona na znacznie dotkliwsze konsekwencje zbyt szybkiego wzrostu minimalnego wynagrodzenia niż Korea Południowa.

 

Chwiejna, ale równowaga

Pod rządami PiS polska gospodarka rozwija się coraz wolniej, ale szeroko reklamowana propagandowo równowaga wydatków i dochodów, została zapisana w projekcie przyszłorocznej ustawy budżetowej.

Jak zachwala rząd, przygotowany na przyszły rok budżet jest prospołeczny i prorozwojowy.
W projekcie ustawy budżetowej zaplanowano dochody – 429,5 mld zł, oraz wydatki również – 429,5 mld zł. Wprawdzie wiele państw Unii Europejskiej, korzystając z dobrej koniunktury ostatnich lat, osiągnęło już nadwyżkę budżetową, ale w Polskich warunkach już ta teoretyczna równowaga budżetowa jest sukcesem. Teoretyczna – bo nie brak opinii, że w przyszłym roku budżet trzeba będzie nowelizować.
Równowaga nie oznacza jednak całkowitego wyeliminowania deficytu. Otóż deficyt sektora finansów publicznych (według metodologii unijnej) ma ukształtować się na poziomie 0,3 proc. naszego produktu krajowego brutto.
Rząd zakłada, że w przyszłym roku PKB naszego kraju zwiększy się, w ujęciu realnym, tylko o 3,7 proc. Będzie to zatem wzrost znacznie wolniejszy niż w ostatnim okresie. Przypomnijmy, że w ubiegłym roku tempo wzrostu polskiej gospodarki wynosiło jeszcze 5,1 proc, w tym roku spadnie do najwyżej 4,4 proc., zaś w przyszłym roku będzie znowu dużo wolniej.
Jednocześnie pójdą w górę ceny. Średnioroczny wzrost cen towarów i usług konsumpcyjnych rząd zaplanował na 2,5 proc. ale już dziś widać, że to stanowczo zbyt optymistyczne założenie, gdyż dobrze będzie jeśli wzrosną nie więcej niż o 3 proc.
Mimo wzrostu cen, Polacy, według rządu, wciąż będą dużo kupować. Przewiduje się nominalny wzrost spożycia prywatnego o 6,4 proc. (faktycznie będzie zapewne o połowę mniejszy).
Na prognozowane dochody będzie miał wpływ wolniejszy niż dotychczas wzrost gospodarczy i przewidywany wzrost inflacji, a także działania nieco zmniejszające podatek dochodowy. Chodzi tu o zwolnienie z podatku przychodów z pracy i umów zlecenia osób poniżej 26 roku życia do kwoty 85 528 zł (od sierpnia 2019 r.), obniżenie stawki podatkowej dla pierwszego progu podatkowego na skali podatkowej z 18 do 17 proc. (od października 2019 r.), oraz podwyższenie kosztów uzyskania przychodu (od października 2019 r.). Wszystko to będzie miało wpływ na przyszłoroczne finanse naszego państwa.
Natomiast czynnikiem pozytywnie wpływającym na dochody budżetu będzie dalszego uszczelnianie systemu podatkowego.
Mimo sprowadzenia wydatków budżetowych do poziomu planowanych dochodów, Rada Ministrów zapewnia iż w przyszłym roku zapewniono niezbędne środki finansowe zarówno na kontynuację dotychczasowych programów jak i na realizację nowych. Chodzi tu zwłaszcza o utrzymanie rozszerzonego programu „Rodzina 500+”, który od 1 lipca 2019 r. obejmuje wszystkie dzieci do 18. roku życia bez kryterium dochodowego, finansowanie świadczenia uzupełniającego dla osób niezdolnych do samodzielnej egzystencji, podwyższenie zasiłku pielęgnacyjnego oraz wzrost kryterium dochodowego uprawniającego do świadczenia z funduszu alimentacyjnego. Wydatki budżetowe zwiększy także wypłata uzupełniającego świadczenia rodzicielskiego dla osób, które wychowały co najmniej czworo dzieci i ze względu na długoletnie zajmowanie się potomstwem nie wypracowały emerytury w wysokości odpowiadającej co najmniej kwocie najniższego świadczenia emerytalnego.
Rząd planuje też waloryzację świadczeń emerytalno-rentowych od 1 marca 2020 r. , według wskaźnika waloryzacji na poziomie 103,24 proc.., a także zwiększenie limitu wydatków na obronę narodową. W tym sektorze . zaplanowano o około 5 mld zł środków więcej w stosunku do 2019 r – co niektórzy ekonomiści z prof. Grzegorzem Kołodką na czele, uważają za szkodliwy nonsens. Po stronie wydatków uwzględniono też wsparcie finansowe przewozów autobusowych oraz tradycyjnie, budowę kanału łączącego Zalew Wiślany z Zatoką Gdańską.

Rynek pracy wciąż śmieciowy

Minęły już ponad trzy lata rządów PiS i pomimo deklaracji o dobrej zmianie na rynku pracy, nic takiego nie nastąpiło, a wręcz na wielu obszarach doszło do pogorszenia sytuacji. Polski rynek pracy jest coraz bardziej podzielony – są dobrze płatne i względnie stabilne miejsca pracy dla części pracowników wysoko wykwalifikowanych, ale zarazem duża część rynku pozostaje zdominowana przez niskopłatne umowy śmieciowe. Jednocześnie rząd uparcie wspiera rodzimą, drobną przedsiębiorczość, chociaż warunki pracy w mikroprzedsiębiorstwach są najgorsze, a skala łamania praw pracowniczych największa.
Rząd ze wsparcia dla małych, polskich firm uczynił jeden z fundamentów polityki gospodarczej. Stąd między innymi zwolnienie od płacenia składek dla małych firm, obniżka podatku CIT dla firm o niskich przychodach czy wprowadzenie działalności nierejestrowanej dla najmniejszych podmiotów. Również ograniczenie handlu w niedzielę dokonywało się pod hasłem wsparcia dla drobnej rodzimej przedsiębiorczości i osłabienia korporacji zagranicznych. Okazuje się jednak, że zgodnie z danymi GUS sytuacja w małych firmach jest fatalna. Mikroprzedsiębiorstwa gorzej płacą, częściej łamią prawa pracownicze, oferują niższą jakość usług, są mniej innowacyjne. Tymczasem w Polsce jest ich coraz więcej i zatrudniają coraz więcej osób. W 2017 r. działalność gospodarczą w Polsce prowadziło 2,07 mln przedsiębiorstw o liczbie pracujących do 9 osób, co oznacza wzrost ich liczby o 3,5 proc. w skali roku. W tym samym roku w mikroprzedsiębiorstwach pracowało 4,09 mln osób, czyli o 133 tys. więcej niż rok wcześniej. Przeciętne miesięczne wynagrodzenie brutto w takich firmach w 2017 r. wyniosło zaledwie 2800 zł brutto, czyli 2018 zł na rękę. Tymczasem w firmach zatrudniających ponad 9 osób średnia płaca w tym samym czasie wynosiła 4530 zł, czyli aż o 1730 zł więcej. Warto też zwrócić uwagę, że umowę o pracę w najmniejszych przedsiębiorstwach według ostatnich danych miało tylko 1,42 mln na 4,09 mln pracujących, czyli niecałe 35 proc.. Blisko dwie trzecie miało umowy innego rodzaju.
W kampanii wyborczej PiS obiecywał radykalne ograniczenie śmieciówek i poprawę sytuacji osób o najniższych dochodach, niestety jednak obietnice nie zostały dotrzymane, a wręcz sytuacja części pracujących uległa pogorszeniu. Zgodnie z danymi Głównego Urzędu Statystycznego pod koniec 2017 r. wynagrodzenie nie przekraczające ówczesnej płacy minimalnej (2000 zł brutto) otrzymywało 1,52 mln osób, czyli 13 proc. ogółu zatrudnionych na umowę o pracę. W 2016 r. takich pracowników było 1,47 mln, a zatem liczba osób pobierających co najwyżej płacę minimalną wzrosła o 3,8 proc.. GUS podkreśla, że to kolejny rok wzrostu liczby osób o minimalnych zarobkach. W 2016 r. przybyło ich 108 tys., czyli 8,0 proc.. Na dodatek z raportów Państwowej Inspekcji Pracy wynika, że ponad jedna czwarta firm nie przestrzega przepisów dotyczących minimalnego wynagrodzenia.
GUS poinformował też, że pod koniec 2017 r. 1,2 mln osób prowadziło pozarolniczą działalność gospodarczą, nie zatrudniając pracowników na podstawie stosunku pracy (samozatrudnieni) i w porównaniu do analogicznego okresu 2016 r. roku nastąpił wzrost o 4,3 proc. W latach 2012-2015 liczba ta utrzymywała się na poziomie 1,1 mln osób, a w 2016 r. wzrosła o 4,5 proc. i wyniosła ok. 1,15 mln. Nieznacznie zmniejszyła się jedynie liczba osób, z którymi została zawarta umowa zlecenie lub umowa o dzieło, a które nie były nigdzie zatrudnione na podstawie stosunku pracy. W 2017 r. takich osób było 1,2 mln, czyli o około 4 proc. mniej niż w 2016 r., ale skala śmieciowego zatrudnienia wciąż jest olbrzymia, a przecież jeszcze kilkaset tysięcy osób pracuje w ramach darmowych lub niskopłatnych staży i setki tysięcy ludzi pracuje w szarej strefie. Na dodatek Polska pozostaje jednym z europejskich liderów odnośnie umów na czas określony. Umowę czasową pod koniec 2018 r. miało ponad 3 mln osób, czyli 23,4 proc. pracowników etatowych.
Nie ma też dobrej zmiany w zależnym bezpośrednio od władzy sektorze publicznym. PiS krytykował rządy PO-PSL za kilkuletnie zamrożenie płac w budżetówce, a tymczasem wynagrodzenia setek tysięcy pracowników sektora publicznego i samorządowego wciąż utrzymują się na bardzo niskim poziomie. W ciągu ostatnich trzech lat wynagrodzenia w budżetówce były wskaźnikowo zamrożone, choć rząd zwiększał fundusz płac o 1-2 mld zł rocznie. Oznaczało to, że jednostki budżetowe otrzymywały większe pieniądze, ale decyzje o podwyżkach podejmowali kierownicy poszczególnych placówek. W konsekwencji pensje pracowników posłusznych władzy rosły szybciej niż wszystkich innych. Niektórzy otrzymywali gigantyczne premie, nagrody i podwyżki, inni nie dostawali nic.
Również warunki pracy w spółkach skarbu państwa poprawiły się przede wszystkich dla nominatów obecnej władzy, a wielu prezesów bardzo źle traktuje pracowników, łamiąc prawa pracownicze, stosując mobbing i dyskryminując nieprzychylne rządowi związki zawodowe.
Wreszcie, pomimo dobrej koniunktury i szybkiego wzrostu gospodarczego, wciąż na niskim poziomie pozostają w Polce wskaźniki aktywności zawodowej i zatrudnienia, co szczególnie dotyczy kobiet. Zgodnie z ostatnimi danymi GUS współczynnik aktywności zawodowej wyniósł w IV kw. 2018 r. 56,1 proc. (mężczyzn 64,9 proc., a kobiet zaledwie 48,0 proc.) wobec 56,8 proc. kwartał wcześniej (spadek o 0,6 pkt proc. u mężczyzn i 0,9 pkt. proc. u kobiet). Dwa lata wcześniej było to 56,3 proc., a trzy lata temu 56,5 proc.. Innymi słowy z roku na rok pogarszają się wskaźniki aktywności zawodowej! Pogorszył się też wskaźnik zatrudnienia. W IV kwartale 2018 r. wyniósł on 54,0 proc. (u mężczyzn 62,6 proc., a u kobiet tylko 46,1 proc.) wobec 54,6 proc. w III kw., co oznacza spadek o ponad 200 tys. osób. Warto zwrócić uwagę, że spadek u kobiet wyniósł aż 1 pkt proc., a u mężczyzn tylko 0,3 pkt, proc.
Okazuje się więc, że szybki rozwój gospodarczy, spadek bezrobocia, wzrost ściągalności podatków nie przełożyły się na znaczącą poprawę sytuacji pracowników. Rządy PiS to stracona szansa na rynku pracy.

Sukces nie jest raz na zawsze

Czy utkniemy na poziomie biedniejszych i mniej konkurencyjnych południowych państw członkowskich UE?

Poziom życia Polaków w stosunku do USA, globalnego lidera gospodarczego, przekracza dzisiaj 50 proc. W przededniu I wojny światowej w 1913 roku, na koniec II RP w 1938 r. i na koniec Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej w 1988 r., nasz poziom życia oscylował wokół zaledwie 20 poziomu ówczesnych Amerykanów.
W 1989 r. należeliśmy do najbiedniejszych narodów Europie. Jednak po upadku socjalizmu jako pierwsi rozpoczęliśmy szeroko zakrojone reformy, które umożliwiły rozwój poprzez mechanizm rynkowy. Pierwsi w bloku socjalistycznym zaczęliśmy gonić kapitalistyczny poziom życia. Budowa rynku i napływ kapitału zagranicznego w III RP doprowadziły do modernizacji gospodarki.

Mogliśmy zacząć działać

Przystąpienie do Unii Europejskiej otworzyło wspólny rynek na polskie firmy, ostatecznie integrując je z europejską gospodarką. Dalszy sukces zależy od reform ograniczających szkodliwy wpływ polityki na gospodarkę, w tym rządów prawa, które odróżniają rozwinięte gospodarki Zachodu od reszty świata. Próby industrializacji ziem polskich przez państwowy kapitał w okresie zaborów, II RP i PRL zakończyły się porażkami.
W okresie rozbiorów rozwój gospodarczy ziem polskich w stosunku do ówczesnego lidera, Imperium Brytyjskiego, pozostał niezmieniony. Wzrost przyspieszył dopiero w Królestwie Kongresowym wraz z pewnym zakresem rynkowej industrializacji.
W II Rzeczpospolitej odcięcie od tradycyjnych rynków i problemy wewnętrzne blokowały nasz rozwój. Relatywny sukces pierwszej dekady otwartości na kapitał i ograniczonej roli państwa, zakończył światowy kryzys gospodarczy w 1929 r.. Państwową industrializację, która tymczasowo napędziła koniunkturę, przerwała wojna. Również w PRL marzenia socjalistycznych teoretyków o państwowych przemysłach, które rozwinęłyby się chronione przed zewnętrzną konkurencją, okazały się płonne. Po 40 latach państwowej industrializacji, konieczne było rozpoczęcie procesu budowy nowoczesnej gospodarki od nowa.

Zakotwiczenie w Europie

W okresie zaborów, II RP i PRL próbowaliśmy industrializacji kierowanej i finansowanej przez państwo. Jednak tym razem zdecydowaliśmy się wziąć przykład z Zachodu: pozwoliliśmy Polakom działać, budując rynek i reformując instytucje państwa. W rezultacie po raz pierwszy w swojej historii wytworzyliśmy silną i relatywnie zamożną klasę średnią.
Izolację od zagranicy zastąpiliśmy otwarciem na zagraniczną konkurencję i kapitał. Wejście zagranicznych przedsiębiorstw wiązało się z transferem technologii i metod organizacji pracy, umożliwiając rozwój oparty na wzroście wydajności, a nie tylko nakładach kapitałowych.
Przystąpienie do UE zakotwiczyło nas w europejskich powiązaniach gospodarczych oraz wymusiło modernizację firm i państwa.
Bank Światowy określa Unię Europejską mianem „maszyny konwergencji”, ponieważ jej wolność przepływu towarów, usług, kapitału i ludzi, wraz z równymi regułami gry na rynku, najlepiej na świecie umożliwiają doganianie krajów bogatszych przez kraje biedniejsze, takie jak Polska.
Pytanie stojące dzisiaj przed Polską brzmi: czy będziemy kontynuować doganianie najbardziej konkurencyjnych gospodarek świata, realizując model kapitalizmu kojarzony z północnymi państwami członkowskimi UE, czy utkniemy na poziomie biedniejszych i mniej konkurencyjnych południowych państw członkowskich.
Wielka Brytania, Irlandia, Holandia, Niemcy, Austria, jak również kraje skandynawskie, charakteryzują się większym zakresem wolności gospodarczej, sprawnością instytucji państwa, wyższymi stopami zatrudnienia i większymi, bardziej wydajnymi przedsiębiorstwami.
Na przeciwnym biegunie znajdują się państwa członkowskich kojarzone z tzw. Południem – Grecja, Włochy i Portugalia. Wszystkie z nich na pewnym etapie napotkały bariery dalszego rozwoju – w przypadku Włoch po bardzo dynamicznym wzroście w latach powojennych – takie jak przeregulowanie, złe zarządzanie finansami publicznymi i wysokie stopy bezrobocia.

Nie tylko wysokie płace

Od końca XIX wieku Polacy kolejnymi falami emigrują na Zachód w poszukiwaniu pełniejszych możliwości samorealizacji, które stwarza nie tylko dobrobyt tamtejszych społeczeństw, ale i zwykle większy zakres wolności
Po otwarciu europejskich rynków pracy Polacy wyjeżdżali przede wszystkim do północnych państw członkowskich UE, które poza wysokimi płacami charakteryzują się m.in. szerokim zakresem wolności gospodarczej i konkurencyjnymi rynkami produktów. Niestety, Polska pozostaje w ogonie Unii Europejskiej (22. miejsce) i na dość odległym miejscu na świecie (54. miejsce) w indeksie wolności gospodarczej.
Migracja międzynarodowa zastępowała dotąd migracje do miast, podobnie jak w wielu innych regionach peryferyjnych. Przełamiemy ten problem, kiedy pokonamy własną peryferyjność i osiągniemy poziom rozwoju zbliżony do Europy Zachodniej. Tak było w Irlandii w latach 90-tych, kiedy zbliżyła się do poziomu rozwoju Wielkiej Brytanii, z kraju emigrantów stając się krajem imigrantów.
Transformacja ustrojowa to nie tylko imponujący wzrost gospodarczy. Zorientowanie Polski na Zachód to także zwiększenie stopnia ochrony praw człowieka. Wejście Polski do Rady Europy, a następnie do NATO i Unii Europejskiej, to także wzrost wskaźników, które łącznie rozumiemy jako liberalną demokrację.
W najważniejszych rankingach radykalnie poprawiliśmy swoją pozycję, jeśli chodzi o wolność słowa i mediów, standardy procesu wyborczego, równość wobec prawa (w tym równość płci) i jakość wymiaru sprawiedliwości.
Wśród wszystkich państw, które od 2004 r. są członkami UE, Polska stanowiła wzór do naśladowania. Nic jednak nie jest dane raz na zawsze. Ostatnie trzy lata to niespotykana wcześniej obniżka standardów, mająca swoje główne źródło w uzależnianiu sądownictwa od polityków i spadku jakości prawa.