Memento dla wszystkich

Przed zbliżającymi się, pozbawionymi niezbędnej głębszej refleksji, obchodami 100-lecia niepodległości należy wiedzieć, że jesteśmy na najlepszej drodze ku kolejnej jej stracie.

 

W początkowych latach III Rzeczpospolitej, w jednym z pierwszych numerów „Nie” Jerzy Urban pisał – oceniając ówczesną politykę – że nowi włodarze naszego kraju doprowadzą do sytuacji, w której powtórzy się tragiczna historia, a podzielona Polska znajdzie się pod protektoratem obcych. Wtedy, pomimo krytycznego oglądu postsolidarnościowej władzy, i mnie, i zapewne innym czytelnikom, powyższa prognoza wydawała się co najmniej przesadzona, i traktowałem ją tylko jako bardzo mocny, protestacyjny głos publicysty. Samospełniającym się proroctwem, w myśl niektórych socjologów, ta wizja niewątpliwie nie była, ale jednak…

 

W swoim czasie

szczekaliśmy na siebie, jak to lapidarnie określił, podczas naszego spotkania, prof. Andrzej Romanowski. Dziś każdą jego prasową wypowiedź, podobnie jak Bronisława Łagowskiego i Ludwika Stommy, czytam z wielkim zainteresowaniem, bowiem przynoszą nie tylko myśli poparte głęboką wiedzą i żelazną logiką, ale także wyrażają, tak rzadko okazywaną wśród polskich intelektualnych elit, odwagę w nazywaniu po imieniu rzeczy oczywistych.
Na przykład – warto przypomnieć – Andrzej Romanowski uważa, że „wszelka sensowna dyskusja… musi zacząć się od przyjęcia tezy o historycznej zasłudze polskich komunistów. Bo tylko oni – namiestnicy Stalina – mogli zbudować powojenne państwo polskie”.
Opublikowany w ostatnim sobotnio-niedzielnym magazynie „Gazety Wyborczej” esej Profesora pt. „Jak zepsuliśmy polski zegarek” powinien być powszechnie czytany, przede wszystkim na zapełnionych sejmowych i senackich salach oraz w siedzibach wszystkich polskich partii i ugrupowań politycznych. Niestety nie można liczyć na Kościół katolicki, którego cele – pisze Romanowski – niekoniecznie są zbieżne z polską racją stanu. No i także na beneficjentów różnych 500+,300+ oraz wszystkich innych+, i tych pozostałych, którym takie rozważania przeszkadzają w konsumpcji piwka.

 

Pierwsza konstatacja

prezentowanego tekstu dotyczy współczesności: „Bo czegoś takiego jak III Rzeczpospolita nigdy nie zaznaliśmy. Państwo przedrozbiorowe miało granice wschodnie dość płynne, a było niemal wyłącznie domeną szlachty. Państwo międzywojenne po rozstroju sejmowładztwa prowadziło dyktaturę. Obie te Rzeczpospolite padły łupem sąsiadów. Państwo powojenne, noszące od 1952 r. nazwę Polska Rzeczpospolita Ludowa, nie stało się przedmiotem obcej agresji, wykazało ponad dwa razy dłuższą trwałość niż Polska międzywojenna, a kształt terytorialny przekroczył czas jego istnienia. Ale było to państwo niesuwerenne, z egzotycznym ustrojem, strzeżone przez potężnego hegemona, państwo partii. Wcześniejsze zaś polskie państwa kadłubowe – Księstwo Warszawskie i Królestwo Polskie – byty zależne od woli mocarstw i upadały wraz z wojnami czy powstaniami. Na takim tle III RP doprawdy nie miała konkurencji. A i sukces, jaki osiągnęła, był na miarę tysiąclecia”.
Współczesna Rzeczpospolita była niewątpliwie historyczną szansą Polaków, acz niestety przez nich samych, konkretnie przez postsolidarnościowe rządy i prawicę, częściowo tylko wykorzystaną, za przyczyną kolejnych ideologicznych dogmatów i politycznych fobii. Narodziła się, jak poprzednio w 1918 roku, w wyjątkowo sprzyjających międzynarodowych okolicznościach, ale i dzięki nadzwyczajnemu gremium postaci – co prawda z odmiennych czy nawet wrogich obozów politycznych – dostrzegających jednak ten moment, w którym można i należy zacząć zaprowadzać inny porządek na naszej ziemi. Świadomość wyczerpania się wcześniejszych atutów Polski Ludowej i obowiązującej ideologii była powszechna nie tylko w licznych kręgach władzy, a socjaldemokratyczny kierunek przemian został zaakceptowany przez zdecydowaną większość aktywnych członków rozwiązywanej PZPR.
Nadzieję na lepszą Polskę mieli wiec nie tylko byli opozycjoniści, czego nie dostrzega się i o czym tak niewiele dziś się mówi. Niestety, poza niewątpliwymi osiągnięciami III RP, za dużo było w niej niespełnionych obietnic, nieprawości, łamania prawa, rozlicznej ekonomicznej prywaty i najzwyklejszej społecznej znieczulicy. Nie wystarczyło dla jej sukcesu zaklinanie rzeczywistości ciągle powtarzanym hasłem o odzyskanej wolności.

 

Przyczyn aktualnej

sytuacji w Polsce poszukuje autor w szerokiej panoramie historycznej, sięgającej czasów średniowiecza, w okresach późniejszych i w szczególnych losach tej części Europy, nie będącej ani jej zachodem, ani też wschodem. Przywołuje także liczne, minione głosy ostrzeżenia o „polskiej młodości i kruchości”, zagrażającym jej dalszemu istnieniu. Opisując bardzo niepochlebnie fenomen i stan PiS-owskiego sukcesu odczytuje go również, co zresztą stanowi kontynuację rozważań sprzed wielu lat, w szczególnych cechach Polaków, potwierdzonych licznymi, także zagranicznymi, krytycznymi opiniami. Kończy te rozważania słowami: „Ale jest też PiS partią gorszą, bo ustrój wodzowski jest tu posunięty dalej niż w PZPR, a opresja płynie z wewnątrz, z samych narodowych trzewi. Wobec komunistycznej indoktrynacji można było zatkać uszy jako przed czymś obcym i narzuconym, można się było przed nią schronić w kościele. Przed indoktrynacją PiS-owską nie ma schronienia. No i komuniści – cokolwiek powiedzieć – rządzili się racją stanu państwa, które zostało im dane. PiS, deklamując o państwie i narodzie, okazuje się antypaństwowy i antynarodowy równocześnie”.

 

Druga konstatacja

dotyczy więc naszych perspektyw: „A przecież przed 30 prawie laty ofiarowano nam więcej niż złoty róg w „Weselu”. Uzyskaliśmy niemal za darmo, bez kropli krwi, niepodległość i demokrację, przyjazne granice, NATO i Unię Europejską. Dziś własne, polskie ręce rozmontowały najlepszą Rzeczpospolitą w polskich dziejach. Nie mając pod ręką państwa zaborczego, podniesiono rękę na państwo własne. Gdy więc horyzont polityczny ostatecznie się zachmurzy, gdy Tramp porozumie się wreszcie z Putinem, to przynajmniej nie krzyczmy, że Europa nas zdradziła. Europę zdradziliśmy my sami. Europa, tak zresztą jak Polska, okazała się dla Polaków zbyt trudnym wyzwaniem”.

 

Toczący się z wielkim sukcesem

sondażowy walec Prawa i Sprawiedliwości wywołuje, co zrozumiałe, takie właśnie ponure prognozy i, bardzo możliwe, jeszcze gorsze perspektywy. Stanowiąc protest przeciw obecnej polskiej rzeczywistości mają zachęcić innych – przede wszystkim inteligencję, klasy średnie, ludzi młodych (bo nie robotnicy i chłopi czytają ten tytuł) – do antypisowskiego czynu, gdyż w przeciwnym razie Polska może przestać istnieć nie tylko jako państwo demokratyczne ale i suwerenne.
Natomiast Witold Gadomski w swoim czasie napisał, że uwzględniając zasadnicze podziały w opozycji, nie wierzy w żaden wspólny, zorganizowany ruch antypisowski, a szansę na zwycięstwo widzi w destrukcji i rozpadzie Zjednoczonej Prawicy. Biorąc pod uwagę deklarację Jarosława Kaczyńskiego, iż nie wybiera się na polityczną emeryturę, przyjdzie nam jeszcze długo czekać na ten rozkład PiS, jeśli w ogóle my go doczekamy.

 

Mimo tych niepocieszających przewidywań

rodzi się w Polsce bardziej optymistyczna realność, oparta na poszukiwaniu przyczyn obecnego stanu rzeczy. Robert Biedroń mówi: „Chcę, żeby ludzie poczuli, że nie jesteśmy już na zawsze skazani na tę alternatywę, którą znamy. Czyli że albo będzie tak, jak dotąd mówiła opozycja: będziecie mieli wolność, ale jesteście zdani tylko na siebie. Albo jak to, co proponuje obecna władza: damy wam wsparcie materialne, ale odbierzemy wam wolność i wszystko w państwie będzie tak, jak my chcemy. W 2018 roku Polki i Polacy zasługują na jedno i drugie – godne warunki materialne i osobistą wolność. I że nie musimy ciągle patrzeć na tę polityczną jatkę, lecz możemy się zająć wprowadzaniem nowych pomysłów i rozwiązań, które poprawią nasze życie.” I dodaje: „Polacy jednak umieją ważyć, co jest dla nich ważniejsze: czy autorytaryzm w imię ochrony tradycyjnych wartości i tożsamości, czy europejska stabilizacja i bezpieczeństwo. Wiedzą, że skoro stoję w obronie geja lub feministki, to stanę też w obronie wyrzuconych z pracy”.

 

Silny samorząd, demokratyczna Polska

to hasło wyborcze SLD-Lewica Razem, ale równie celnym jest stwierdzenie Włodzimierza Czarzastego: „Uważamy, że nie może być tak, że jedynym spoiwem budowania jakiejkolwiek koalicji jest nienawiść do PiS. Uważamy, że przyszłość Polski, sposób w jaki będzie wyglądała programowo, jest ważniejsze niż nienawiść… w Polsce toczy się dyskusja czy mają być dwa bloki – PiS i anty-PiS, czy oparty na programach model trzech bloków – PiS-owski, chadecko-liberalny pod przywództwem Platformy Obywatelskiej i socjaldemokratyczno-progresywny. Każdy ma prawo do swojej drogi. My, SLD Lewica-Razem opowiadamy się za tym drugim rozwiązaniem, opartym na systemie wartości, na wizji państwa, na przyszłości Polski” – zadeklarował Czarzasty. Ponadto skierował także ofertę pomocy Robertowi Biedroniowi, o ile ten stworzy program lewicowy i będzie chciał stanąć na czele ruchu lewicowego.

 

A może jednak nie jest

z tymi Polakami najgorzej, bowiem nie raz dowiedli, i niekoniecznie w walce, że potrafią zbudować Gdynię i Centralny Okręg Przemysłowy, ale także odbudować kraj po straszliwych pożogach, dwukrotnie scalić Polskę w nowych granicach, dokonać wielkich dzieł oświatowych i industrialnych, ale także zachować umiar, odpowiedzialność i narodowe porozumienie. Miejmy więc nadzieję, że gorsze pisowskie zło nie wyprze na dłużej lepszego, polskiego dobra.

 

Ps. Tekst prof. Romanowskiego opatrzony jest informacją, że poleca go redaktor Adam Michnik, zapewne nadal nie świadom, że do aktualnego, naszego bagna pośrednio się także przyłożył ze swoją gazetą.

Apel Polskich Twórców

…w sprawie wprowadzenia do dyrektywy w sprawie praw autorskich na jednolitym rynku cyfrowym prawa twórców do wynagrodzenia za eksploatację utworów w internecie.

 

Szanowny Panie Premierze,
Szanowne Panie, Szanowni Panowie – Ministrowie kultury, spraw zagranicznych, nauki, edukacji, cyfryzacji, rozwoju i przedsiębiorczości!
Szanowne Panie Europosłanki! Szanowni Panowie Europosłowie!
My, polscy twórcy oraz organizacje zrzeszające środowiska twórcze, tworzący kulturę polską i europejską, budujący tożsamość narodową i więzi społeczne, zwracamy się do Państwa, mających wpływ na stanowienie prawa, z prośbą o wsparcie projektu „Dyrektywy w sprawie praw autorskich na jednolitym rynku cyfrowym” i poparcie rozwiązań, które pomogą przetrwać polskiemu sektorowi kreatywnemu, oraz o zaangażowanie w jak najszybsze jej uchwalenie i implementowanie do polskich przepisów.
To my jesteśmy autorami utworów szeroko udostępnianych i wykorzystywanych w Internecie. Nie jest prawdą, że chcemy ograniczyć ludziom dostęp do naszej twórczości. Wręcz przeciwnie, chcemy by odbiorcy szeroko się nią interesowali. Nie chcemy również kontrolować komunikacji prywatnych użytkowników. Chcemy jedynie, żeby nasz trud i wysiłki w tworzenie wartościowych treści były właściwie opłacane przez tych przedsiębiorców, którzy bezprawnie korzystają z naszej twórczości. Bez wynagrodzenia nie będziemy w stanie dalej tworzyć i żyć.
Trwa cyniczna kampania przeciwko wprowadzeniu dyrektywy prowadzona przez duże koncerny technologiczne. Firmy te kierują ją do użytkowników nieświadomych kosztów jakie ponoszą twórcy i producenci treści. Kampania dezinformuje i opóźnia wprowadzenie potrzebnych i etycznych zasad obiegu treści chronionych prawem autorskim w sieci. Korporacje technologiczne nie chcą zmian bo zarabiają na niedostosowaniu przepisów do ich działalności. Co roku z powodu nieszczelnego systemu ochrony praw autorskich w Internecie polska gospodarka traci około trzech miliardów złotych.
Na początku września na posiedzeniu Parlamentu Europejskiego odbędzie się głosowanie, którego przedmiotem będą uwagi szczegółowe do zapisów dyrektywy. Projekt ten normalizuje przyszłość funkcjonowania kultury, związanych z nią branż kreatywnych i obiegu treści kreatywnych w wymagającym środowisku cyfrowym. Reforma prawa autorskiego jest gwarantem wolności słowa i niezależności twórców, bo nie ma skuteczniejszej cenzury od cenzury ekonomicznej.
Nowe możliwości cyfrowego kopiowania i powszechnego udostępniania wymagają rozszerzenia praw pokrewnych. Autorzy projektu dyrektywy jasno wskazują, że większość aktywności konsumentów treści ma formę cyfrową. Dlatego prawo autorskie musi działać także w Internecie.
Zwracamy się do Państwa, jako naszych reprezentantów, o ochronę praw autorów w Internecie poprzez poparcie Dyrektywy Parlamentu Europejskiego i Rady w sprawie praw autorskich na jednolitym rynku cyfrowym.
Reforma prawa autorskiego nie ograniczy wolności w Internecie, ale uczyni go etycznym!
#internetfairplay

 

Apel powstał z inicjatywy

Stowarzyszenia Kreatywna Polska

Organizacje twórców, które przyłączają się do apelu:

Stowarzyszenie Autorów i Wydawców „Copyright Polska”;
Stowarzyszenie Autorów Polskich – ZAIKS;
Stowarzyszenie Dziennikarzy i Wydawców REPROPOL;
Stowarzyszenie Filmowców Polskich SFP – ZAPA;
Stowarzyszenie Fotoreporterów;
Stowarzyszenie Pisarzy Polskich;
Stowarzyszenie Unia Literacka
Związek Kompozytorów Polskich

 

PS. W lipcu Parlament Europejski odmówił przyjęcia stanowiska do dyrektywy zaproponowanego przez Komisję Prawną. Polscy europosłowie w ogromnym stopniu przyczynili się do takiego wyniku głosowania, ponieważ prawie wszyscy zagłosowali przeciwko przyjęciu stanowiska i udzieleniu mandatu negocjacyjnego. Za kilka dni, 12 września, Parlament Europejski będzie głosował nad przyjęciem stanowiska do dyrektywy na sesji plenarnej. Jest to ostatnia szansa na zapewnienie sukcesu tego projektu.

Uczmy się pieniędzy

Edukacja finansowa dzieci to wspólna, rodzinna lekcja do odrobienia.

 

Ile wydajemy na dzieci? Początek września stanowi dobry okres na podsumowanie takich nakładów, bo nasze portfele pamiętają jeszcze wakacyjne podróże, a rozpoczęty właśnie rok szkolny wiąże się z niemałymi nakładami na podręczniki i akcesoria.
Koszty utrzymania dziecka nie są małe. Eksperci Centrum im. Adama Smitha oszacowali ostatnio, że koszt wychowania jednego dziecka w Polsce (do osiągnięcia osiemnastego roku życia) mieści się w przedziale od 190 do 210 tys. zł, a dwójki dzieci od 350 do 385 tys. zł, trójki zaś od 460 do ponad 500 tys. zł (koszty wychowania trzeciego dziecka stanowią ok. 60 proc. kosztów wychowania pierwszego).
Te wyliczenia nie są zaskakujące, od lat oceniano, że są to podobne sumy – choć oczywiście jest to pewna średnia, gdyż w rodzinach niezamożnych na ten cel wydaje się znacznie mniejsze kwoty. Trochę jednak dziwi, że są tacy, którzy uznają je tylko za koszt. To błąd. Wydatki na dzieci uznajmy przede wszystkim za inwestycję – i jeśli mamy taką możliwość, zwiększajmy je jak to tylko możliwe, bo dla przyszłego dobrobytu, także osobistego, duże inwestycje są konieczne.
Wszystko to nie zmienia faktu, że tam gdzie można, należy racjonalizować wydatki i szukać oszczędności, także z udziałem dzieci.
Dzieci są doskonałymi obserwatorami i więcej niż słowa powiedzą im obserwacje zachowań dorosłych. Jeżeli więc ktoś nie będzie analizował swoich wydatków, z łatwością zgodzi się na ekstra kieszonkowe, będzie narzekał na wysokość swojego wynagrodzenia, nie będzie dbał o swoje oszczędności, zwiększy szanse na powielenie tych niewłaściwych działań przez swoją pociechę.
Kształtujmy zatem właściwe postawy finansowe, poprzez odpowiednie zarządzanie domowym budżetem i lokowanie swoich oszczędności. Może się okazać, że w perspektywie kilku czy kilkunastu najbliższych lat jesteśmy w stanie zgromadzić kapitał rzędu kilkudziesięciu tysięcy złotych. Przyda się – na przykład na edukację dziecka (studia na wymarzonej, zagranicznej uczelni.) czy podróż naokoło świata.
Oszczędzać można samodzielnie. Warto zbudować planoszczędnościowy, który pozwoli zgromadzić środki na realizację życiowych planów. Systematycznie odkładane nawet niewielkie kwoty, z czasem pozwolą zgromadzić spore oszczędności. Przydadzą się w sytuacjach nagłych oraz takich, których się spodziewamy i które mogą trwać latami – choćby czas na emeryturze. Niestety, daje się zauważyć spadkowy trend w oszczędzaniu Polaków. zauważyli ekonomiści banku centralnego. W 2016 r. odkładaliśmy ok. 2 proc. rocznych dochodów – a już w I kw. 2017 roku zaledwie 0,1 proc., czyli praktycznie nic. Dobrze, że rośnie konsumpcja Polaków – źle, że oznacza to, iż przestali oszczędzać.
Warto, by dzieci od najmłodszych lat zapoznawały się z rolą pieniądza. Kiedy są jeszcze małe warto im opowiedzieć, jaką wartość mają monety i banknoty oraz dlaczego rodzice chodzą do pracy (oczywiście jeśli rodzice zarabiają skandalicznie mało, mogą też mówić, że pracują dla przyjemności, by nasza pociecha nie nabrała przekonania, iż w życiu liczy się wyłącznie kasa).
Kiedy dziecko będzie starsze, w wieku nastu lat, można je wprowadzić je w tajniki oszczędzania czy zagadnień związanych z obrotem bezgotówkowym i narzędziami do inwestowania pieniędzy. Należy dawać dobry przykład – to od rodziców dziecko może nauczyć się, jak planować budżet i rozsądnie wydawać pieniądze oraz odpowiedzialnie dysponować miesięcznym kieszonkowym.
Wspólne zakupy to doskonały moment na negocjacje i sprawdzenie podejścia naszego dziecka do finansów. Porównujmy ceny produktów, sprawdzajmy oferty dyskontów i hipermarketów. Pozwólmy dziecku uzasadniać swoje decyzje zakupowe – i mówmy im co ile kosztuje. Większa świadomość to większa umiejętność zarządzania swoim portfelem w przyszłości, a co za tym idzie – większe bezpieczeństwo naszych bliskich.
Może też nieco pomóc szkoła. W obecnym systemie szkolnictwa w Polsce przedmioty, które nieco poruszają tematykę finansów – to Wiedza o Społeczeństwie oraz Podstawy Przedsiębiorczości.
Niestety, brakuje przedmiotów, które wyczerpywałyby tematykę finansów osobistych, pokazywały działania rynku, mikro – i makroekonomii. Zagadnienia te poruszane są dopiero wtedy, gdy ktoś zdecyduje się na podjęcie dalszego kształcenia na uczelniach wyższych, bądź specjalistycznych kursach. Dlatego bardzo ważne jest uzupełnianie tej wiedzy od najmłodszych lat, nawet w warunkach domowych.

Kościelne wyłudzanie

Powinno się ostrzegać Polaków przed wyłudzaczami forsy ubranymi w sutanny.

 

Parafia św. Wojciecha w Białymstoku wezwała wiernych do uregulowania zaległości, które wynikają z braku składania dobrowolnych ofiar podczas kolędy. Rada Parafialna i Ekonomiczna postanowiła obciążyć rodziny, które zalegają z płatnościami, kwotą 2 złotych od każdej niedzieli, czyli około 100 zł rocznie. Pismo w tej sprawie otrzymali wszyscy, którzy nie przyjmowali księdza po kolędzie albo nie przekazywali podczas tych spotkań „dobrowolnych ofiar”.

 

Zwolnieni z podatku

Kościół katolicki w ramach tzw. tacy otrzymuje miliardy złotych rocznie. Już kilka lat temu arcybiskup Nycz mówił o 6 mld zł, które są zwolnione od podatku. To pieniądze nie księży, lecz Kościoła jako instytucji. Mimo to kler nie płaci podatku od osób prawnych. Jest to szara strefa, nie poddana żadnej kontroli. Księża przejmują olbrzymie środki, które wydają zgodnie ze swoimi kaprysami.

 

Naiwni

Nie dość jednak, że są to środki nieopodatkowane i często wykorzystywane w niejasny sposób, to na dodatek sposób ich zbierania może budzić poważne wątpliwości. Sytuacja z Białegostoku jest dość typowym przykładem wyłudzania pieniędzy, którego ofiarami są zazwyczaj osoby starsze, często niedołężne, samotne, podatne na manipulację. Parafia św. Wojciecha przesłała pismo o treści zbliżonej w formie do pism urzędowych, licząc na to, że wierni przestraszą się ewentualnych kar wynikających z nieuregulowania zaległości. W podobny sposób działają przestępcy przedstawiający się jako krewni ofiary czy złodzieje włamujący się na konta bankowe. Wykorzystują naiwność, zaufanie, a niekiedy strach ludzi, odwołując się do ich poczucia obowiązku.

 

Amber Gold bis

Część komentatorów w takich sytuacjach przerzuca winę na ludzi, którzy pozwalają się oszukać. Przecież nie musieli płacić – czytamy na wielu forach i w mediach społecznościowych. Warto jednak uwzględnić, że kler dla własnych interesów wykorzystuje właśnie ludzi najsłabszych i najbardziej podatnych na propagandę, wykorzystuje ich lęk, obawę, podatność na presję społeczną, wykorzystuje hierarchię władzy, konformizm wpajany przez system edukacji, media, polityków. Na podobnej zasadzie działała też machina finansowa Amber Gold – ludzie nie znali źródeł finansowania firmy Marcina P. i nie wiedzieli o jej braku gwarancji finansowych. Słyszeli tylko atrakcyjnie brzmiące deklaracje o wysokiej stopie zysku i oglądali reklamy. Kler działa podobnie, tylko nikt go nie rozlicza ani nie sprawdza, a jak naciąga ludzi, nawet nie mówi się o komisji śledczej. Na dodatek Kościół obiecuje nie tylko szczęśliwe życie na ziemi, ale też w zaświatach.

 

Szastanie miliardami

Co zatem robić? Przede wszystkim kler powinien być włączony w powszechny system podatkowy i jego finanse powinny być pod ścisłą kontrolą państwa. Trudno pojąć, dlaczego jedna z najpotężniejszych instytucji kraju nie musi płacić podatków ani wskazywać, na co wydaje środki zebrane od obywateli. Nie da się wyjaśnić, dlaczego darowizny nawet dla bliskich osób są w większości opodatkowane, a Kościół może obracać miliardami, których nikt nie kontroluje.

 

Uwaga, naciągacze!

Ponadto Polacy od najmłodszych lat powinni być ostrzegani przed wszelkimi formami kradzieży i wyłudzania, powinni być uczeni krytycznego myślenia, odporności na manipulacje, podejrzliwości wobec wszelkich samowolnych autorytetów. Przede wszystkim zaś jest po prostu odrażające, gdy potężna, bardzo bogata organizacja wyciąga od biednych, często schorowanych ludzi pieniądze, stosując różne techniki manipulacji i kłamstw.

Fikcyjne wsparcie dla pokrzywdzonych

Ministerstwo Sprawiedliwości zabiera pieniądze, przeznaczone na pomoc ofiarom przestępstw – i wydaje je na inne cele. Różne potrzeby budżetowe są bowiem ważniejsze.

 

Czy mamy do czynienia z jedną z największych afer finansowych ostatnich lat? Oto okazuje się, że w 2016 r. do państwowego Funduszu Pomocy Pokrzywdzonym wpłynęło 385 mln zł. Z tej kwoty na bezpośrednią pomoc ofiarom przestępstw wydano jedynie 16 mln zł. Reszta? Ano, jakoś się rozpłynęła na różne inne cele.
Wspomniany Fundusz Pomocy Pokrzywdzonym oraz Pomocy Postpenitencjarnej (od sierpnia 2017 r. używa się też nazwy Fundusz Sprawiedliwości) prowadzony jest przez Ministerstwo Sprawiedliwości i stanowi jedno z głównych źródeł finansowania pomocy dla ofiar przestępstw. Korzysta z niego jednak tylko drobny ułamek osób, które ucierpiały w wyniku działań przestępczych.
W ocenie NIK potencjał Funduszu Sprawiedliwości, który przy udziale organizacji pozarządowych mógłby być narzędziem kompleksowej i efektywnej pomocy pokrzywdzonym, był dotychczas wykorzystywany w stopniu dalece niewystarczającym.

 

Tylko dla nielicznych

W naszym kraju popełnia się rocznie średnio około 800 tys rozmaitych przestępstw. Jednakże z danych Ministerstwa Sprawiedliwości wynika, że pomoc z Funduszu Pomocy Pokrzywdzonym otrzymuje niewiele ponad 24 tys. osób. W rzeczywistości – bo dane resortu nie są wiarygodne – jest ich zapewne znacznie mniej. „Kontrola wykazała, że wartość ta może być kilkukrotnie zawyżona” – stwierdza Najwyższa Izba Kontroli.
Polska, jak wiele innych państw, jest w stanie jedynie w ograniczonym stopniu rekompensować ofiarom szkody spowodowane przestępstwem. Dlatego tak istotne jest, aby posiadane środki były jak najlepiej wykorzystywane, a pomoc finansowa trafiała do osób, które tej pomocy najbardziej potrzebują. Niestety, dzieje się zupełnie inaczej.
Dotychczas Ministerstwo Sprawiedliwości nie zapewniło odpowiedniej i skutecznej pomocy ofiarom przestępstw. Gdyby nawet istniała wola naprawy tej skandalicznej sytuacji, to uniemożliwiają to rażące zaniedbania, panujące w ministerstwie kierowanym przez Zbigniewa Ziobrę. „Resort nie dysponował podstawowymi danymi, m.in. o liczbie pokrzywdzonych, liczbie postępowań karnych, w których występowali pokrzywdzeni, czy liczbie przestępstw uprawniających do ubiegania się o kompensatę” – stwierdza raport Najwyższej Izby Kontroli.
W ocenie NIK brak tych danych uniemożliwiał resortowi rzetelne zaplanowanie wysokości środków przeznaczanych na pomoc pokrzywdzonym.
Zdaniem Izby, obecne rozwiązania prawne i organizacyjne nie tworzą spójnego i kompleksowego systemu pomocy dla ofiar przestępstw. Pomoc ta jest realizowana przez różne instytucje, w ramach odmiennych systemów prawnych, które nie są ze sobą powiązane.
Generalnie, panuje bałagan, bo zakresy działania różnych trybów i form pomocy, pokrywają się w całości lub znacznej części. W dodatku, za mało jest danych statystycznych, dotyczących wydatków poszczególnych instytucji pomocowych. Nie pozwala to na ocenę ich celowości i efektywności.
Fundusz Pomocy Pokrzywdzonym oraz Pomocy Postpenitencjarnej zasilany jest w dużym stopniu przez nawiązki, czyli kary finansowe, które w sądach zasądzane są od przestępców na rzecz osób fizycznych i prawnych. Ze zgromadzonych środków powinny być udzielane dotacje dla organizacji pozarządowych. Zadaniem tych organizacji jest zaś wypłacanie pieniędzy na cele pomocy pokrzywdzonym przestępstwem i osobom im najbliższym (zwłaszcza na pomoc medyczną, psychologiczną, rehabilitacyjną, prawną i bytową).

 

Resort płaci coraz mniej

Kierowane przez Zbigniewa Ziobrę Ministerstwo Sprawiedliwości miało i ma wszelkie narzędzia, by skutecznie oraz powszechnie pomagać osobom pokrzywdzonym przestępstwem. Nie chce jednak tego robić. Jak wskazuje NIK, środki pieniężne Funduszu Sprawiedliwości pozwalały na zaplanowanie i udzielenie pomocy osobom pokrzywdzonym oraz członkom ich rodzin, w znacznie szerszym zakresie, niż faktycznie miało to miejsce w latach 2016-2017.
I tak, w planie finansowym Funduszu na 2016 r. zaplanowano 30 mln zł na świadczenie pomocy ofiarom przestępstw, a pod koniec roku (20 października 2016 r.) kwotę tę jeszcze zwiększono, do prawie 102 mln zł. Ofiarom przestępstw wypłacono jednak tylko 19,7 mln zł.
W kolejnym roku (2017) łączna wysokość dotacji przekazanych na pomoc ofiarom przestępstw została jeszcze bardziej zmniejszona. W planie na 2017 rok zaplanowano wydanie aż 117,9 mln zł – ale dla ofiar przestępstw przeznaczono zaledwie 16,4 mln zł
Środki finansowe zgromadzone na koncie Funduszu Sprawiedliwości rokrocznie rosły, ale do pokrzywdzonych przestępstwami trafiało ich coraz mniej. Na koniec 2016 r. wyniosły, jak wspomniano na początku, ponad 385 mln zł (czyli o ponad 289 mln zł więcej niż na koniec 2015 roku). Natomiast w 2017 r. na koncie Funduszu zgromadzono już prawie 463 mln zł. Pomimo posiadania tak wielkich pieniędzy, Ministerstwo Sprawiedliwości zmniejszyło i łączne wydatki Funduszu, i maksymalną kwotę jednostkowej dotacji dla organizacji pozarządowych – z 800 tys. zł do 600 tys. zł.
Jak widać, wydatki Funduszu dla ofiar przestępstw były na wyjątkowo niskim poziomie, w stosunku do stanu zgromadzonych środków. „Oznacza to, że Ministerstwo Sprawiedliwości nierzetelnie planowało i realizowało wydatki na pomoc pokrzywdzonym” – stwierdza NIK.

 

Inne ofiary są nieważne

Wśród tych, co w ogóle dostali jakiekolwiek pieniądze z Funduszu Sprawiedliwości, głównym beneficjentem pomocy (72 proc.) były osoby pokrzywdzone przemocą w rodzinie oraz uchylaniem się od alimentów – pomimo że oba te przestępstwa stanowią zaledwie ok. 3,3 proc. ogólnej liczby przestępstw popełnianych w skali roku w Polsce (przemoc w rodzinie – 2 proc., nie płacenie alimentów – 1,3 proc.).
W dodatku akurat te dwie kategorie pokrzywdzonych uprawnione są do szczególnej pomocy państwa z innych źródeł: w trybie ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie oraz z Funduszu Alimentacyjnego. „Proporcja tej grupy beneficjentów pomocy, do pokrzywdzonych innymi kategoriami przestępstw, jest nieadekwatnie duża do rzeczywistej struktury przestępczości” – zauważa NIK.
Oznacza to, że na przykład ofiary rozbojów i pobić czy wypadków drogowych mają minimalne szanse, żeby dostać jakieś wsparcie finansowe z Funduszu Sprawiedliwości. Nikt się tym jednak nie przejmował, bo Ministerstwo Sprawiedliwości nie przygotowało żadnych mechanizmów oceny efektywności funkcjonowania Funduszu. Nie przeprowadzało też kontroli wykorzystania dotacji, ani ich nie rozliczało. Generalnie, zaangażowanie resortu w wykorzystywanie środków Funduszu na rzeczywistą pomoc pokrzywdzonym, było praktycznie żadne.

 

Pomoc ma być ograniczana

NIK podkreśla, że działania resortu uniemożliwiły likwidację barier w dostępie do pomocy ze środków Funduszu – czyli, zamiast pomagać ofiarom przestępstw, w istocie im szkodziły. . Nieprawidłowa była współpraca ministerstwa z organizacjami pozarządowymi, które w imieniu państwa udzielały bezpośredniej pomocy pokrzywdzonym.
Minister Sprawiedliwości nie podejmował działań o charakterze edukacyjnym, informacyjnym i szkoleniowym, czego wynikiem była niska rozpoznawalność i wiedza o działalności Funduszu. W konsekwencji ograniczało to możliwości uzyskania pomocy przez osoby pokrzywdzone przestępstwem, dla pomocy którym Fundusz ten przecież został powołany.
Zapewne o to właśnie chodziło, by pomagać jak najmniejszej liczbie ofiar przestępstw – a środki Funduszu Sprawiedliwości przeznaczać na różne zadania budżetowe. Pzyczyniło się do tego również zmniejszenie w 2017 r. liczby punktów pomocy z Funduszu Sprawiedliwości: z 281 do zaledwie 78. Dla porównania, w ramach systemu nieodpłatnej pomocy prawnej funkcjonuje prawie 1500 punktów w całym kraju – choć pożytek jest z nich marny, bo trudno tam uzyskać jakąkolwiek pomoc prawną.

 

Niech się mury pną do góry

Prawie całkowitą już likwidację w Polsce pomocy dla osób pokrzywdzonych przestępstwem powodują przepisy nowego prawa o ustroju sądów powszechnych (weszło w życie z dniem 12 sierpnia 2017 r.). Doprowadziły one do znaczącego rozszerzenia zakresu wydatków Funduszu na inne cele.
Teraz, zgodnie z prawem, pieniądze z Funduszu Sprawiedliwości można wydawać także na przedsięwzięcia w ogóle niezwiązane z pomocą pokrzywdzonym. Budżet państwa jest napięty, więc władza postanowiła siegnąć po środki przeznaczone pierwotnie dla ludzi pokrzywdzonych przez działania przestępców. „Może to skutkować dalszym ograniczeniem realizacji podstawowych zadań Funduszu, czyli pomocy ofiarom przestępstw i ich rodzinom” – podkreśla NIK.
Tak się już dzieje, gdyż zgodnie z obecnymi przepisami, wprowadzonymi z inicjatywy rządu Prawa i Sprawiedliwości, środki zgromadzone w Funduszu mogą być przeznaczane nie tylko dla ofiar przestępstw, ale także dla sądów, prokuratury, policji i innych służb.
Ministerstwo Sprawiedliwości tłumaczy, że jeśli wszystkie te urzędy będą miały lepsze warunki działania, to będą funkcjonować skuteczniej, a w rezultacie liczba przestępstw w Polsce się zmniejszy. Tym samym, mniejsza będzie też liczba ofiar przestępstw – zaś zmniejszenie grona osób pokrzywdzonych przestępstwem to przecież jedna z najskuteczniejszych form pomocy, jakiej można udzielić za pomocą środków Funduszu.
W rezultacie takiej polityki, pieniądze z Funduszu Sprawiedliwości idą na finansowanie robót budowlanych, zakup samochodów czy innego wyposażenia dla różnych służb i urzędów. I tylko w minimalnym zakresietrafiają do ofiar przestępstw. Podstawowe zadanie Funduszu, czyli bezpośrednia pomoc pokrzywdzonym przestępstwem jest już praktycznie fikcją. Jak stwierdza NIK, „w ogóle nie było bezpośredniego rekompensowania szkód”
W odpowiedzi na wyniki kontroli, Minister Sprawiedliwości Zbigniew Ziobro poinformował, że do końca 2018 r. resort planuje wydanie na pomoc pokrzywdzonym i zapobieganie przestępczości łącznie 220 mln zł. Tę deklarację trudno jednak traktować całkiem serio. „Jak pokazują przykłady lat ubiegłych, zaplanowanie środków nie oznacza, iż faktycznie zostaną one wydatkowane” – zauważa NIK.
Poza tym, wszystko zależy od tego, na co w rzeczywistości zostaną wydane pieniądze przeznaczone dla pokrzywdzonych przestępstwem. Bo jeśli, tak jak dotychczas, głównie na budynki, samochody i wyposażenie różnych urzędów, to ofiary przestępców nadal zostaną bez realnej pomocy.

Brygady Tygrysa

I jak tu nie wierzyć w powtarzalność historii, i że historia lubi zataczać koło i powielać to, co już było? Swego czasu był taki popularny serial w telewizji „Brygady Tygrysa”, w którym pewna ekipa, pod pewnym dowództwem tępiła niegodziwości, nadużycia, czy zbrodnie, bo oficjalne tzw. służby jakby nie dawały radę, nie wywiązywały się z tego do czego były powołane. Było to na „obcym terenie”, ale i u nas w kraju była też namiastka tych brygad, czyli komisje robotniczo-chłopskie, które działały w czasach, gdy instytucje, urzędy państwowe też jakby nie do końca wywiązywały się z zadań do których były powołane. Działania tych komisji wyglądały trochę groteskowo, a nawet prześmiewane były jako brygady tygrysa, ale cóż, jakie czasy, takie działania.
No i trzeba trafu, że i teraz powstały takie brygady, choć właściwie to nie mają jakiejś nazwy, ale są i działają. PiS stworzył jakieś komisje, grupy ludzi, oczywiście swoich, którzy nachodzą samorządy i weryfikują ich działalność, a właściwie ich samorządność, czyli finanse, którymi rządzą, a tak naprawdę, to ile z tych finansów trafia do kieszeni ludzi z tych samorządów, czy to jako pensje, nagrody, premie itp. A wszystko to kontekście afery z obfitymi nagrodami w rządzie. Jak wy do nas tak, to my do was też tak, bo te sprawdzanie samorządów, to odbywa się raczej u przeciwników politycznych. I jak tu nie wierzyć w państwo teoretyczne, które jakby nie funkcjonuje w rytmie prawnym z prawidłowymi zasadami prawnymi, ale działa doraźnie, akcyjnie, a często przeciw komuś w jakimś odwecie. Potwierdzeniem tego może być sprawa tzw. frankowiczów, afera słynnej spółki finansowej, co to wmówiła naiwnym, że złoto rośnie, nie mówiąc już o różnych wyłudzeniach finansowych, w tym szczególnie niebotycznych wyłudzeń podatku Vat. A takie tam aferki, jak ostatnia śmieciowa, to w zasadzie powszechność. No ale jak by nie patrzeć, to prócz tej montowni, czy marketu którym jesteśmy na kontynencie, to okazało się jeszcze, że jesteśmy też śmietnikiem tego kontynentu. A ile jeszcze tych afer do wykrycia pozostało? No i jak tu żyć w państwie teoretycznym, panie premierze, no jak żyć!?

Nic się nie da poradzić

System nieodpłatnej pomocy prawnej dla najuboższych jest w naszym kraju kosztowną fikcją.

 

Od 2016 r. działa w Polsce system nieodpłatnych porad prawnych. Działa – to za dużo powiedziane. On działa co najwyżej teoretycznie, a w rzeczywistości co najwyżej ledwo wegetuje.
Szczerze mówiąc, system darmowej pomocy prawnej jest zwykłą lipą, bo kryteria skorzystania z niego zostały ustawione bardzo restrykcyjnie – i spośród Polaków w wieku od 26 do 65 lat (a właśnie tacy ludzie załatwiają najwięcej różnych spraw prawnych) obejmują niemal wyłącznie nędzarzy.
Nędzarze nie mają jednak zbyt wielu interesów prawnych, w których byłaby im potrzebna porada prawnika, a poza tym, z reguły nie są oni w stanie zrozumieć prawniczego języka, jakim posługują się adwokaci i radcowie.
Przedstawiciele obu tych profesji, wbrew etyce swego zawodu, migają się zresztą od dyżurowania w poradniach prawnych, bo kasa jest z tego niewielka, a ponadto wypłacana przez państwo z opóźnieniem.
Jeśli zaś się nawet nie migają, to pracują tam od niechcenia, z daleko mniejszym zaangażowaniem niż w przypadku klientów, płacących im żywą gotówką – i udzielają porad wysoce zdawkowych.

 

Pomoc – ale dla pozarządowych

W rezultacie, z nieodpłatnej pomocy prawnej mało kto w Polsce korzysta – a już na pewno nie ci, którym byłaby ona najbardziej potrzebna.
Na pewno najbardziej skorzystały na niej rozmaite organizacje pozarządowe działające w naszym kraju. Otrzymały one od państwa polskiego grube miliony na stworzenie systemu darmowej pomocy prawnej. Stworzyły coś, co w praktyce nie funkcjonuje – ale nikt się tym oczywiście nie przejmuje.
Na papierze wygląda to tak, że z początkiem 2016 r. wszystkie powiaty uruchomiły na terenie całej Polski 1524 punkty nieodpłatnej pomocy prawnej (po dwa na powiat), w których osoby uprawnione mogą uzyskać pomoc profesjonalnego prawnika. To wymóg unijny. Standardy europejskie przewidują bowiem możliwość uzyskania nieodpłatnej pomocy prawnej osoby w trudnej sytuacji życiowej lub materialnej.
W Polsce funkcjonują oczywiście od ponad stu lat rozwiązania zapewniające pomoc prawnika dla takich osób w trakcie postępowań sądowych (obrońcy z urzędu). Dostęp do pomocy prawnej jest jednak szczególnie potrzebny zanim sprawa trafi do sądu, na etapie przygotowawczym, po to, by nie przegrać jej z kretesem lub pomyślnie rozwiązać problem.
Jak podała Najwyższa Izba Kontroli. od 2016 r. rozszerzono grupę uprawnionych do skorzystania z darmowej pomocy prawnej – z około 3.1 mln do prawie 21 mln osób. Jest to oczywista nieprawda, bo ta ostatnia liczba oznaczałaby, że praktycznie każdy dorosły Polak ma prawo do nieodpłatnych porad prawniczych.
Wprawdzie teoretycznie powiększono krąg beneficjentów o posiadaczy Karty Dużej Rodziny i osoby znajdujące się w sytuacji nadzwyczajnej, ale nie ma to praktycznie żadnego znaczenia, tym bardziej, że pojęcie nadzwyczajności sytuacji jest rozmaicie interpretowane – na ogół tak, by czyjejś sytuacji nie uznawać za nadzwyczajną i uprawniającą do skorzystania z darmowej pomocy.

 

Drogie darmowe porady

W 2017 r., analizując dane liczbowe napływające z darmowych poradni prawnych, Minister Sprawiedliwości Zbigniew Ziobro stwierdził, że z możliwości uzyskania darmowej pomocy skorzystało ok. 2 – 3 proc. uprawnionych. Na tej podstawie ocenił, że cały system jest nieefektywny – i oczywiście miał rację.
Średnio od nieco ponad 100 zł do około 3 tysięcy 300 zł kosztowała Skarb Państwa jedna nieodpłatna porada prawna.
W latach 2016 i 2017 (do listopada włącznie) na utworzenie, utrzymanie punktów porad prawnych oraz na honoraria dla prawników, wszystkie powiaty otrzymały z budżetu państwa łącznie 180 mln 343 tys. zł.
Pieniądze te prawie w całości zostały przeznaczone na dotacje dla organizacji pozarządowych udzielających porad, oraz na wynagrodzenia prawników. Około 3 procent tej kwoty wydano na pokrycie kosztów obsługi biur.
Prawnicy byli wynagradzani za każdą godzinę gotowości a nie za konkretną liczbę udzielonych porad, których prawie wcale nie udzielali. Słowem – żyć nie umierać.
Według danych Ministerstwa Sprawiedliwości w 2016 r. średni koszt jednej udzielonej porady wyniósł ponad 202 zł (im więcej porad, tym mniejszy koszt jednostkowy).
Jednostkowe koszty porad były wyższe o prawie 50 zł w punktach prowadzonych przez organizacje pozarządowe, które słono liczyły sobie od państwa, za swe wątpliwej jakości usługi. Taniej o dziwo, było w poradniach prowadzonych przez adwokatów i radców prawnych. Dobrze to pokazuje, jak wielka jest pazerność organizacji pozarządowych w Polsce.

 

Wiadomo, że nic nie wiadomo

Nikt w naszym kraju nie podjął próby oszacowania zapotrzebowania na nieodpłatną pomoc, zwłaszcza w oparciu o dane o osobach, którym odmówiono pomocy. Nikt też nie zastanawiał się nad jej skutecznością – czyli nad tym, czy udzielona pomoc okazała się pożyteczna. Nie zostały także w pełni zidentyfikowane bariery w dostępie do tej formy pomocy, uniemożliwiające obywatelom skorzystanie z niej.
Istnieje wprawdzie w Polsce organem opiniodawczo – doradczy Ministra Sprawiedliwości, którym jest Rada Nieodpłatnej Pomocy Prawnej oraz Edukacji Prawnej. O tej Radzie nikt jednak nie słyszał, toteż nie została ona włączona w ocenę funkcjonowania systemu oraz w ewentualne przygotowania jego modyfikacji.
Niedawna kontrola NIK wykazała, że Polacy nie korzystają z finansowanych przez państwo porad prawnych. Przeciętnie w jednym dniu pracy takiego punktu, udzielona została jedna porada, która najczęściej trwała nie więcej niż godzinę (a zwykle pół).
Według NIK, wynika to z niedopasowania organizacji systemu do potrzeb społecznych, które nie zostały zbadane. Powoduje to, że pomoc ta nie jest dostępna dla osób, które faktycznie jej potrzebują.
Niska frekwencja w punktach nieodpłatnej pomocy prawnej jest też spowodowana brakiem informacji o możliwości skorzystania z takiej pomocy. W Polsce brakuje bowiem edukacji prawnej. W wielu przypadkach osoby potrzebujące pomocy, nie mają świadomości, że mogłyby za darmo skonsultować się z prawnikiem.
W rezultacie, zainteresowanie możliwością uzyskania nieodpłatnej pomocy było dotychczas niewielkie.

 

Radzili, żeby się poradzić

Według danych Ministerstwa Sprawiedliwości w 2016 r. we wszystkich punktach takiej pomocy, udzielono 443 tys. 804 porady. Danych za rok ubiegły NIK nie podała.
Porady te nie miały większego znaczenia i najczęściej polegały na poinformowaniu o obowiązującym stanie prawnym (językiem trudno zrozumiałym dla laika). Najrzadziej udzielana była pomoc najbardziej potrzebna – czyli sporządzanie projektów pism i wniosków do sądu.
Co gorsza, darmowa pomoc nie obejmuje pism procesowych w postępowaniach przygotowawczym lub sądowym oraz pism w postępowaniu sądowo-administracyjnym – czyli w sprawach bardzo częstych i sprawiających ludziom duże kłopoty.
W większości przypadków czas poświęcony na udzielenie porady nie przekraczał 30 minut. W takim czasie osoby potrzebujące mogły uzyskać jedynie informację prawną. Potwierdzili to naukowcy, według których uzyskanie rzetelnej pomocy prawnej musi trwać co najmniej godzinę. Ale nie u nas, gdzie taka pomoc nierzadko sprowadza się do rady, żeby poradzić się prawnika.
Wszystko wskazuje na to, że fikcja darmowej pomocy prawnej będzie nadal utrzymywana, bo nikomu z decydentów nie zależy na jej funkcjonowaniu. W ocenie NIK system nieodpłatnej pomocy prawnej w bardzo ograniczonym zakresie, jeżeli w ogóle, przyczynił się do eliminowania nierówności w dostępie do wymiaru sprawiedliwości w Polsce.
Jak zawsze, bogaci na ogół dobrze radzą sobie z prawem, a biedni padają przy pierwszym paragrafie.

Czy warto z kartą?

To pułapka zastawiona na klientów przez banki. Z prawie każdej pułapki da się jednak ostrożnie wyjąć przynętę, unikając wpadnięcia w finansowe sidła.

Najlepiej oczywiście w ogóle nie korzystać z kredytów bankowych, ale czasem trzeba. Nasze wygodnictwo podpowiada nam czasami, że warto nawet wyposażyć się i w kartę kredytową.
Owszem, karta kredytowa może stanowić wygodne i elastyczne wsparcie dla domowego budżetu, w postaci dodatkowych funduszy. Nie każdy jednak wie, jak z niej odpowiednio korzystać.
Wystarczą bowiem impulsywne zakupy czy przeoczenie terminu spłaty, by słono odczuć skutki w portfelu – a nawet zrobić pierwszy krok na drodze do spirali zadłużenia. Można się jednak się przed tym uchronić, wykorzystując jednocześnie dodatkowe środki z karty.

Jeśli mamy zdolność

Choć karta kredytowa z pozoru przypomina i oferuje podobny zakres usług co zwykła karta do transakcji bezgotówkowych, to różnice między nimi są znaczne.
Z karty kredytowej mogą korzystać wyłącznie ci klienci banków, którzy posiadają odpowiednią zdolność kredytową i otrzymają zgodę na wydanie tego rodzaju karty.
Umożliwia ona bowiem skorzystanie z kredytu, czyli dysponowanie pożyczonymi pieniędzmi od banku. Jej posiadacze mogą dokonywać płatności bezgotówkowych, nawet wtedy, jeśli nie mają środków na swoim podstawowym rachunku. W ten sposób wykorzystują przyznany przez bank limit kredytowy, czyli po prostu zaciągnięty kredyt. Każdą wydaną złotówkę muszą więc zwrócić.
Jeśli nie wyrobią się z tym w odpowiednim terminie, poniosą koszt naliczonych karnych odsetek (dużo wyższych, niż zwykłe).

Kredyt bez odsetek

Kredyt na karcie kredytowej różni się jednak od zwykłych pożyczek gotówkowych tym, że jeśli zostanie spłacony w terminie, jest bezodsetkowy – czyli darmowy (oddajemy tyle samo, ile wydaliśmy).
Kiedy wydajemy pieniądze przy pomocy karty kredytowej, obracamy środkami pożyczonymi od banku. Jeśli oddamy je w wyznaczonym czasie, nie zapłacimy odsetek.
– Zwykle mamy na to około 50 – 60 dni. By jednak nie naciąć się na wysokie odsetki, które mogą sięgać nawet 10 proc., warto sprawdzić, jak liczony jest okres rozliczeniowy w przypadku naszej karty. Informację na ten temat znajdziemy na przykład na wyciągu, który otrzymujemy co miesiąc z banku. Zawarte są na nim szczegóły dotyczące wysokości wykorzystanego limitu z karty i daty jego spłaty –  mówi Leszek Zięba, ekspert Związku Firm Pośrednictwa Finansowego.
Jeśli mamy więc pewność, że wyrobimy się w terminie i bez problemu uregulujemy całą należność, warto niekiedy skorzystać z karty kredytowej.
– Jest to korzystne szczególnie wtedy, gdy na przykład chcemy kupić coś w okazyjnej cenie i wiemy, że szybko spłacimy zobowiązanie w całości – dodaje Leszek Zięba.

Uwaga na rolowanie długu

Jeśli się spóźnimy i przepadnie nam okres bezodsetkowy, powinniśmy jak najszybciej uregulować całość zadłużenia.
W przeciwnym razie może bowiem dojść do sytuacji, że gdy zapomnimy o terminie i cały czas będziemy korzystać z limitu karty kredytowej, na przykład robiąc impulsywne zakupy, spłacimy w tym czasie jedynie minimalne, comiesięczne raty. Bank będzie oczywiście z radością obserwować, jak rośnie kwota naszego zadłużenia.
Jeszcze większym zagrożeniem jest zjawisko rolowania długu.
– Polega ono na tym, że choć spłacamy już kartę kredytową, to i tak na koniec miesiąca znów płacimy nią, bo nie wystarcza nam środków do tzw. pierwszego. Taka sytuacja jest niebezpieczna, bo może doprowadzić do spirali zadłużenia i jednocześnie obciąża nas odsetkami, które są naliczane od całości niespłaconego zadłużenia – podkreśla Michał Krajkowski, ekspert ZFPF
Gdy zatem decydujemy się na kartę kredytową, dostosujmy jej limit, czyli maksymalną kwotę, na którą możemy się zadłużyć, do naszych możliwości – tak, aby nawet w sytuacji, gdy wykorzystamy wszystkie dostępne środki na karcie, nie mieć problemu z ich spłatą.

Nie do bankomatu

Warto także pamiętać o tym, że karta kredytowa nie powinna nam służyć do wypłat gotówki z bankomatu.
Co prawda bank dopuszcza taką możliwość, ale jest to pułapka, zastawiona przez cwanych bankierów na klientów. Podejmując z bankomatu pieniądze za pomocą karty kredytowej trzeba liczyć się bowiem z bardzo wysokimi opłatami za taką transakcję, ściąganymi w postaci prowizji za pobranie pieniędzy. Ponadto, wtedy nie obowiązuje także żaden okres bezodsetkowy.
Aby korzystanie z karty kredytowej nie wiązało się wysokimi kosztami, należy nie tylko przestrzegać spłaty zadłużenia w terminie, ale także sprawdzać zasady opłaty rocznej lub miesięcznej za korzystanie z tego środka płatniczego.
Banki korzystają z każdej okazji, by złupić nam skórę. Zdarza się jednak i tak, że dla zachęty, razem z kartą oferują dodatki i rozmaite bonusy na przykład dodatkowe ubezpieczenie, zwrot za transakcje bezgotówkowe czy rabaty u partnerów.
Zanim wszakże zdecydujemy się na kartę kredytową, dokładnie sprawdźmy warunki umowy i zapoznajmy się z tabelą opłat. W rzeczywistości prawie nikt tego nie robi, ale warto.
Mimo tego, że karty mogą stać się dla banków maszynką do zarabiania pieniędzy bez żadnego wysiłku, to w Polsce w ostatnich latach stopniowo spadała liczba kart kredytowych będących w obiegu.
Obecnie jest ich około 6 milionów i bankierzy nie są specjalnie zainteresowani zwiększaniem tej liczby.
Mogą bowiem być one również kłopotliwe dla banków komercyjnych.
Zdarza się bowiem, że nieuczciwi klienci potrafią znacznie skuteczniej, niż w przypadku zwykłych kredytów, unikać spłacania zadłużenia na karcie kredytowej.

Bańka załatwia pieniądze

Wkrótce najzdolniejsi polscy sportowcy mają dostać dodatkowe pieniądze od spółek Skarbu Państwa. Średnio ma to być 40 tys. złotych rocznie, ale minister sportu Witold Bańka zabiega, żeby te wsparcie finansowe było pokaźniejsze.

Sportowcy będą mogli wydawać te pieniądze wedle uznania, czyli nie tylko na przygotowania do zawodów, lecz także na koszty bytowe, np. opłacenie rachunków za prąd czy gaz, albo na naukę języków obcych. Wielkość wsparcia finansowego będzie zależała od indywidualnych ustaleń spółek z zawodnikami. Projekt ma objąć kilkadziesiąt zawodniczek i zawodników, czyli łączna kwota dofinansowania wyniesie kilka milionów złotych rocznie. Minister sportu Witold Bańka podkreśla, że to sponsorzy będą decydować, których zawodników i z jakich dyscyplin sportu chcą wspierać. Przypomnijmy, że resort już uruchomił program „Team 100”, który wspiera sportowców do lat 23, którzy także otrzymują pomoc finansową w wysokości 40 tys. złotych rocznie.