Czerwona gorączka opanowała całą Amerykę

Wirus antyrosyjskości po raz kolejny dotarł do Stanów Zjednoczonych. Choroba, na którą chronicznie cierpi Polska, zaczęła obecnie zbierać żniwo w USA. Trudno wyrokować czy i jak długo będzie na nią odporny Donald Trump, tym bardziej, że pierwsze jej symptomy można zaobserwować już nie tylko w jego macierzystej Partii Republikańskiej, ale także w łonie samej prezydenckiej administracji.

 

„Byliście państwo świadkami prawdopodobnie jednego z najbardziej haniebnych wystąpień amerykańskiego prezydenta podczas spotkania z rosyjskim przywódcą, z pewnością najbardziej haniebnego z tych, które obserwowałem” – to słowa Andersona Coopera, gwiazdy publicystyki CNN, który w ten sposób skomentował niedawną konferencję Trumpa z Władimirem Putinem w Helsinkach. Jego zdaniem, podobnie jak zdaniem większości liberalnych i konserwatywnych komentatorów w USA, już samo spotkanie z rosyjskim prezydentem nosiło znamiona zdrady narodowej. Czarę goryczy przelało zaś odżegnanie się Trumpa od kategorycznego oskarżenia Moskwy o ingerowanie w amerykańskie wybory prezydenckie w 2016 r.

To właśnie niespodziewana wygrana Trumpa sprzed dwóch lat skierowała uwagę amerykańskich publicystów i polityków w stronę Rosji. Wytłumaczenia sensacyjnej skądinąd porażki Hilary Clinton zaczęto doszukiwać się nie w zmęczeniu części społeczeństwa liberalną gospodarką, lecz w ingerencji rosyjskich hakerów. Wytłumaczenie proste, ale nader skuteczne. Tworzone przez Moskwę strony internetowe i fałszywe profile w mediach społecznościowych, krytykujące Clinton i sprzyjające Trumpowi, miały zatem przechylić szalę zwycięstwa na korzyść tego drugiego. Z pomocy Rosjan Trump miał korzystać także bezpośrednio, wysyłając swoich ludzi na spotkania m.in. z rosyjskim ambasadorem. Wysocy członkowie kampanii Trumpa spotykali się również z przedstawicielami Izraela i Arabii Saudyjskiej, ale o tych kontaktach media amerykańskie informują jakby mniej.

Nie ulega wątpliwości, że wiele z kont w mediach społecznościowych zostało założonych w Europie Wschodniej, przede wszystkim w Macedonii. To stąd wynajęci internauci podrzucali fałszywe, ale i prawdziwe oskarżenia wobec kandydatki Partii Demokratycznej. Jak się okazało, znaczna część z nich była powiązana z rosyjskimi służbami. Trudno jednak zmierzyć ich rzeczywisty wpływ na przebieg prezydenckich wyborów w Stanach Zjednoczonych. Co prawda, źródła internetowe odgrywają coraz większą rolę w kształtowaniu sympatii politycznych, jednak konserwatywni biali wyborcy w średnim wieku – a tacy stanowili większość elektoratu Trumpa – nadal czerpią wiedzę przede wszystkim z „tradycyjnej” telewizji, zwłaszcza z Fox News. Trudno także jednoznacznie wykluczyć podobną działalność służb innych państw. Jednak mówi się i pisze wyłącznie o Rosji.

Od momentu wyboru Trumpa na prezydenta, amerykańskie media nie ustają w sugerowaniu, że zawdzięcza on swój urząd przede wszystkim Rosjanom. Co jakiś czas pojawia się także plotka o kompromitujących nagraniach wideo, którymi Kreml szantażuje amerykańskiego prezydenta. Ma to tłumaczyć jakoby nad wyraz pojednawczy stosunek Trumpa do Putina. Przy czym jeszcze kilka lat temu te same media przyklaskiwały tzw. resetowi w relacjach USA z Rosją, zapoczątkowanemu przez poprzedniego prezydenta Baracka Obamę. Prawda, że od tego czasu Krym znalazł się pod okupacją rosyjską, jednak i pozostali główni partnerzy USA, w tym Chiny, wcale nie prowadziły wyjątkowo pokojowej polityki. Tymczasem Xi Jinping, który niedawno załatwił sobie dożywotnie przywództwo i zakończył liberalny zwrot w kraju, przedstawiany jest przez amerykańskie media niczym mąż opatrznościowy światowego pokoju i wolnego handlu.

„Czerwona gorączka”, jak zwykło nazywać się antyrosyjskie nastroje, nie jest niczym nowym w USA. Już pod koniec XIX w. prasa amerykańska rozpisywała się na temat rosyjskich anarchistów, którzy mieli masowo przybywać do Stanów Zjednoczonych po to tylko, aby je zniszczyć od wewnątrz. Po zakończeniu I wojny światowej kraj opanował strach przed bolszewikami, skrywającymi się pod płaszczykiem imigrantów z Europy Wschodniej. To wówczas rozpoczęto deportacje z USA na niespotykaną dotąd skalę. Kilkaset mężczyzn i kobiet zostało wydalonych do Rosji tylko dlatego, że wzięli udział w strajku lub czytali socjalistyczną prasę. Dodatkowo wielu z nich niezgodnie z prawem pozbawiono amerykańskiego obywatelstwa. Kolejny ras antyrosyjski wirus zaatakował USA w latach 50., kiedy senator Joseph McCarthy „czyścił” państwowe urzędy z radzieckich szpiegów. Wystarczyło, aby ktoś wziął udział w spotkaniu Partii Komunistycznej USA, aby stracić pracę czy nawet trafić do więzienia. Mechanizm zawsze był ten sam: uwagę zmęczonego i poróżnionego społeczeństwa kierowano w stronę kozła ofiarnego, zaś każdą próbę krytyki istniejącego systemu uważano za „antyamerykańskie” zachowanie.

Nic tak nie spaja społeczeństwa jak wróg zewnętrzny, o czym wielokrotnie przekonywaliśmy się i nadal przekonujemy w Polsce. Prawda ta jest jeszcze dłużej znana w USA. Dlatego demokraci przy każdej okazji wypominają Trumpowi „prorosyjską” postawę. Ich zdaniem ma być ona spłatą długu za pomoc w wygraniu wyborów prezydenckich. Naprawdę zaś chcą w ten sposób odwrócić uwagę od własnych błędów, które doprowadziły ich do utraty Białego Domu i większości w Kongresie. Antyrosyjski wirus zainfekował nawet znaczną część Partii Republikańskiej. Konserwatywne elity przestraszyły się posądzenia o wspieranie „antyamerykańskiej” polityki obecnej administracji. Dotychczas bowiem to właśnie republikanie lubowali się w oskarżaniu o „antyamerykańskość” swoich przeciwników. Co więcej, część administracji prezydenckiej, w tym sekretarz stanu Mark Pompeo, przestraszyła się medialnej nagonki i zdystansowała się od pojednawczych słów Trumpa.

Polityka wewnętrzna i zagraniczna Donalda Trumpa obfituje w błędy i nagłe zwroty. Również sam prezydent pozostawia wiele do życzenia. To za jego przyczyną światem targają obecnie konflikty i emocje, których można by z łatwością uniknąć. Ta negatywna ocena nie zmienia jednak faktu, że sprowadzanie go do roli rosyjskiej marionetki – a taki wydaje się być przekaz głównych amerykańskich (ale i polskich) mediów – to droga prowadząca do pogłębienia już istniejących problemów i tworzenia nowych. Tymczasem poprawa stosunków na linii USA – Rosja leży nie tylko w interesie obu państw, ale także Polski i całej Unii Europejskiej. Uświadomienie sobie tej prostej prawdy to najlepsza szczepionka przeciwko antyrosyjskiemu wirusowi.

Polska-Rosja. Rozgrywki, animozje czy złudzenia

Najłatwiej mieć przyjaciół daleko. Francja, Węgry, czy nawet USA to od zawsze wprost wymarzeni przyjaciele Polski.

 

Trudne sąsiedztwo

Czy mieliśmy kiedyś z tymi krajami kiedyś jakieś spory graniczne? Nigdy. Najtrudniej bywało nam zawsze z Niemcami, Rosją i Ukrainą, (choć trudno zaprzeczyć, że ta ostatnia funkcjonuje w naszej historii, jako część dawnej Rzeczypospolitej). Przelano tam mnóstwo krwi – ale jednak trzeba przyznać, że to podobna do naszej mentalność i kultura. Pretensje do Polski miewa też Litwa, choć nasz naród nie wie do końca, o co właściwie Litwinom chodzi.
Oczywiście wszyscy wolimy tłumaczyć sobie, że po prostu mamy, „wrednych” sąsiadów. Szkopuł w tym, że oni mniemają o nas to samo. Napoleon mawiał, że aby prowadzić politykę, należy siąść nad mapą i popatrzeć, gdzie jesteśmy – bo właśnie to określa politykę państwa. Nasza aktualna klasa polityczna stara się mniemać, że „wrednych” sąsiadów da się może odsunąć lub napuścić na nich mocniejsze państwa.
Co do „odsuwania” sąsiadów: śmiem wątpić, by komuś się to udało. W przypadku naszych stosunków z Rosją winne jest budzenie zjaw, animozji i lęków, które dawno winny być pogrzebane. Wielkie historyczne krzywdy – choć prawdziwe – nie powinny jednak aż tak ciążyć na naszych wzajemnych odnoszenia. Rzeczywiste problemy między Polską i Rosją znajdują się dziś w zupełnie innych sferach, natomiast budzenie złych duchów przeszłości tylko utrudnia ich rozwiązywanie na bieżąco. Przepędźmy zjawy ciemnych nocy, budzenie tych potworów służy wyłącznie politykierstwu do osiągania drobnych wiktorii.

 

Wspólny wróg

W czym jak, w czym, ale nasza współczesna „grupa trzymająca władzę” w znajdowaniu wrogów spisuje się akurat na piątkę.
Józef Stalin powiedział kiedyś do swojego Biura Politycznego: „Jesteście jak ślepe kocięta, nie potraficie znaleźć wroga,, – on to potrafił. Wiadomo, nic tak nie jednoczy układu jak wspólny, wróg. Dlatego, gdy ongiś rozstrzeliwano wrogów bolszewizmu, ci umierali z imieniem Stalina na ustach. Nie przypuszczali , że zaliczono ich do kategorię wrogów, bo taki był polityczny zamysł ,,Ojca Narodów,,.
W tej chwili Rosja ma realne problemy z granicami – ale nie na zachodzie, ale na południu i dalekim wschodzie. Zbrojny, fanatyczny islam już od dawno prowadzi z nią otwartą wojnę. Zaś daleki wschód to wielkie Chiny, których rosnący potencjał burzy równowagę sił na przedpolach wielkiej Syberii.. Brak przyrostu naturalnego nawet w Polsce jest problemem, a co dopiero w Rosji – to już wręcz narodowa tragedia. Wielkie obszary Syberii wyludniają się. A co będzie za 20 lat, gdy większość kraju Chabarowskiego będą stanowić Chińczycy, którzy demokratycznie wybiorą swojego własnego gubernatora? Od lat już tam, rosyjskie kobiety chętniej wychodzą tam za mąż za Chińczyków, bo to po prostu robotne chłopy. Z tego powodu Putin ma słaby sen.
Gdyby nie polskie podjudzanie przeciw Rosji, Żyrinowski i jego wielkoruscy pobratymcy nie mieliby ze swoim ultra nacjonalizmem racji bytu, a tak dostarczamy im oręża. Nasza napuszona wrogość zasadza się przede wszystkim na budowaniu szowinizmu poprzez upraszczanie historii, to budują do nas wrogość i scala putinowski blok polityczny trzymający władzę. Prawda jest jednak taka, że mamy dziś wprost wymarzoną sytuację geopolityczną. Między nami a Rosją powstały państwa buforowe, które w swoim własnym interesie blokują ewentualne imperialne zapędy wielkiego sąsiada.

 

Ktoś zapyta: „a co z Bratnią Ukrainą”?

Przecież została ona rozgrabiona przez Rosję. Cóż, to nie my dawaliśmy jej gwarancje bezpieczeństwa i zwartości terytorialnej. To wielcy tego świata podjęli się tej roli, z której dziś nie kwapią się wywiązać. By wystąpić na Mundialu, trzeba pokazać umiejętności i wiarę we własne siły. By rozwiązywać skutecznie problemy naszego Ukraińskiego sąsiada, trzeba mieć pieniądze i sprawną armię. Nie mamy sprawnej i wyposażonej armii, ale za to nie mamy własnych pieniędzy. Tymczasem szczęśliwie, choć wstydliwie wykluczono Polskę z grupy państw negocjujących układ pokojowy dla Ukrainy. Sami Ukraińcy zresztą to zrobili. Nasze paternalistyczne ciągoty, że będziemy Ukrainę promować i ją wprowadzać do europejskich struktur, sama Ukraina już dawno „olała”. I dobrze, bo tu nie da się wynegocjować dobrego układu.
Popatrzmy na innych naszych sąsiadów: Węgry, Słowację, Czechy. Te państwa również są Ukrainie życzliwe, ale nie narzucają się jej jak Polska. Problem ukraiński jest złożony i tak jak każdy konflikt małżeński – nie da się rozwiązać z zewnątrz. Kto za mocno miesza się do sporów małżeńskich, może dostać po głowie i od jednej i od drugiej strony.
Złożoność problemu ukraińskiego polega na tym, że żyją tam miliony obywateli tego kraju, etnicznie będący Rosjanami. Tak jak Słowacja i Czechy dokonały rozwodu swoimi własnymi siłami, tak podobny podział musi dokonać się również na Ukrainie. Jeżeli brak takiej woli na miejscu – należy pomóc w utrzymaniu separacji i na tym poprzestać.
Straszenie nas przez polską prawicę i obóz władzy, że Rosja zajmie Ukrainę i później zajmie też Polskę – jest właśnie esencją polityki szukania wroga. Rosja nie podejmuje nawet wysiłku, by zajmować po kolei etniczne ukraińskie części tego państwa. Wcale nie jest zainteresowana „zjadaniem Ukrainy po kawałku”, ów konflikt traktuje teraz wręcz, jako drugorzędny wobec swojego zaangażowania w Syrii. Ta opinia jest tylko moja, bo cała polska klasa polityczna twierdzi inaczej, budzenie strachów zjednuje każdemu politykowi nimb zapobiegliwego męża stanu, a ja jestem skromnym mężem swojej żony i to mi wystarcza.
Polska nie ma z Rosją żadnych własnych bieżących geopolitycznych sporów. Nasze pretensje w większości kręcą się wokół przeszłości – i to głownie tej stalinowskiej. Łatwo oskarżamy Rosjan o wszelkie niegodziwości i wrogość, ale zdajmy sobie sprawę, że nie jest to takie proste, ten bolszewicki krwawy reżim tworzyli też Polacy, Dzierżyński wręcz zbudował fundament trwałości tego systemu. Zresztą największą ofiarą tej rewolucji byli sami Rosjanie i Ukraińcy. My Polacy wiele ucierpieliśmy od bolszewizmu, ale nie można wszystkich win automatycznie przenosić na Rosjan. Niemcy jednak potrafią to rozróżnić. W tej chwili nasze napięcie w stosunkach Z Federacją Rosyjską wynika z faktu, że Rosja działa w Syrii i jest to wyzwaniem dla USA. Czy my mamy środki i wolę polityczną by wikłać się tą rywalizację. Konflikt wynika z tego, że USA rywalizują w Syrii z Federacją Rosyjską, więc korzystają z napuszonej polskiej wrogości do Rosji, umieszczając na naszym terenie swoje siły zbrojne. Węgry, Słowacja, Czechy już nie okazują takiego nastawienia. W moim przekonaniu rozgrywki na tym poziomie nie są naszą domeną, nie jest to nasz wagomiar.. Tylko współpraca z Unią gwarantuje nam stabilną przyszłość, a właśnie Unię najbardziej lekceważymy. Mimo wszystkich słabości Unii sytuacja jest jak w starym przysłowiu ,,lepiej z mądrym zgubić niż z głupim znaleźć”.
Tak jak rozgrywki mundialowi szybko pokazały, gdzie nasze miejsce, tak i aktualna rozgrywka polityczna daleko przekracza nasze możliwości i zdolności. Sztuką jest budowanie relacji z bliskimi sąsiadami, z dalekimi one zawsze same z siebie się ułożą.

Wojna hybrydowa czy fascynacje rusofobów

Znajomi pełni obaw i troski odradzający mi wyjazd. Żona żegnająca mnie wręcz ze łzami w oczach, pełna lęku o mój los. Tak reagowano, gdy w maju, wyjeżdżałem na press-tour wraz grupą polskich dziennikarzy dzięki Fundacji im. Gorczakowa do Rosji.

 

Przecież, „jak wszyscy nad Wisłą wiedzą”, trwa wojna. Hybrydowa wprawdzie, cokolwiek to znaczy, ale zawsze wojna. Wszak nasze niezależne i obiektywne media i demokratycznie wybrani politycy, informują nas stale, że bronimy się walecznie przed „rosyjską agresją”. W tych warunkach mój wyjazd do Moskwy i Petersburga, urastał wręcz do rangi postaw heroicznych, wszak w wojenny czas jechałem do „jaskini lwa”.

 

Inauguracja prezydenta Putina i Kreml

Pierwszy dzień pobytu był znamienny, gdyż przypadł w dniu inauguracji prezydentury wybranego na nową kadencję Władimira Władimirowicza Putina. Prezydent Rosji w swym wystąpieniu nakreślił główne cele tej kadencji i warto zauważyć, że strategiczna osią tych działań ma być przełom w sferze ekonomii i radykalna poprawa sytuacji oraz warunków życia obywateli Federacji Rosyjskiej. Szereg spotkań, także tych spontanicznych, na ulicach Moskwy potwierdza, że wbrew antyrosyjskiej propagandzie, prezydent Władimir Putin cieszy się powszechnym poparciem swojej wizji Rosji oraz szacunkiem dla swojej pracy na rzecz państwa i wielonarodowego, wielokulturowego i multireligijnego społeczeństwa współczesnej Rosji. W wystąpieniu prezydenta Rosji o żadnej wojnie, w tym hybrydowej z Polską, słowo nie padło. Wprawdzie, co stwierdziłem osobiście, lądowisko śmigłowców prezydenckich na Kremlu osłaniają systemy przeciwlotnicze, to w obliczu współczesnych zagrożeń terrorystycznych nie dziwi. Jedyną „wojnę” jaką wykryłem, to wojna o czystość złotych kopuł kremlowskich soborów, którą toczą specjalnie hodowane kremlowskie jastrzębie, polujące na brudzące gołębie.

 

Wnuczka marszałka Rokossowskiego

Skoro czas wojenny, to spotkaliśmy się z wnuczką marszałka Polski i ZSRR Konstantego Rokossowskiego, redaktorką „Rossijskiej Gaziety” Ariadną Rokossowską. Mówiąca piękną polszczyzną, wnuczka najmłodszego i w ocenie wielu historyków najzdolniejszego radzieckiego marszałków okresu II Wojny Światowej, przybliżyła nam szereg anegdot i ciekawostek z życia wielkiego przodka. Marszałek Rokossowski, w przeciwieństwie do Żukowa i wielu innych dowódców radzieckich tego okresu, słynął nie tylko z wielkich talentów militarnych (choćby autorska operacja „Bagration”), szczęścia żołnierskiego, ale i szacunku dla życia swych podwładnych. Marszałek, oficer radziecki z pochodzenia Polak, represjonowany i torturowany przez NKWD, do końca swych dni uważał się za Polaka, miał polski mundur i zostawił ciekawe wspomnienia, które warto przeczytać. Pani redaktor, walczy o dobrą pamięć o swym pradziadku, wojną tego jednak nie nazywa.

 

W „centrum dowodzenia wojną hybrydową” o wojnie też nic nie wiedzą

Z drżącym sercem przekraczałem progi słynnego wieżowca redakcji „Rossija Siewodnia”. Wszak to tu, jak od lat piszą polskie media, kryją się tysiące „trolli” i „rosyjskich hakerów”, którzy na rozkaz samego prezydenta Putina prowadzą wojny hybrydowe. Wojny, w których według zachodnich mediów odnoszą sukcesy takie jak wybór prezydenta Trumpa w USA. Dyrektor Centrum Projektów Międzynarodowych Agencji Informacyjnej i Radio Sputnik, Dmitrij Gornostajew, oprowadził nas otwarcie po redakcjach, w tym niemieckiej, amerykańskiej, chińskiej, irańskiej a nawet polskiej. Wprawdzie każda z dziesiątek redakcji jest większa niż nasz PAP, to trudno mówić o tysiącach zasiedlających wieżowce. Profesjonalizm, wysokiej klasy sprzęt robił wrażenie. Jednak otwartość zaprzeczała twierdzeniom o „tajnych obiektach” i „tajnych operacjach”. Co szokowało? Młodość tak pracowników jak i kadry zarządzającej, co przekłada się na entuzjazm i dynamikę pracy, co było odczuwalne. Wszechobecne było zdziwienie gospodarzy, skąd wściekłe ataki na „Russia Today” ze strony niektórych środowisk politycznych z Zachodu. Wszak wolność słowa i prawo dostępu do informacji to kanon zachodniej demokracji. Skoro media zachodnie ze swym punktem widzenia obecne są w Rosji, to co jest strasznego w tym, że w ramach pluralizmu informacyjnego społeczeństwa krajów zachodnich poznają rosyjski punkt widzenia? Kierownictwo RT podkreślało, że wiele faktów i wydarzeń przekazuje tylko „Russia Today” gdyż ma tysiące korespondentów na całym globie, zatem eliminacja RT ma podłoże w czystej zawiści merytorycznej i chęci wykluczenia rynkowego konkurenta.

 

Kolacja z „generałem wojny informacyjnej” kochającym muzykę Chopina

W ramach wizyty, mieliśmy zaszczyt spotkania a potem kolacji z Turałem Kerimowym, zastępcą szefa Agencji Sputnik. Przemiły, błyskotliwy, o szerokiej wiedzy, nie przekraczający 30-ki młody człowiek, głęboko wierzący wyznawca Islamu, prowadził z nami kilkugodzinny dialog. Cięte riposty i głębokie przekonanie do wygłaszanych, niekiedy stanowczych ocen i sadów, w ramach toczonej z nami – polskimi dziennikarzami polemik, nie przesłaniały jednak głęboko humanistycznej osobowości dyrektora. Ten przedstawiciel elity rosyjskiej młodego pokolenia, meloman słuchający w samochodzie muzyki Fryderyka Chopina, wygłosił kilka interesujących sądów. Dyrektor ocenił prawo Wielkiej Brytanii do pouczania Rosji w kontekście spreparowanej prowokacji Wielkiej Brytanii związaną z rzekomym otruciem Skripalów oraz postawę jej dziennikarzy na konferencji w Genewie, dokąd Rosjanie przywieźli świadków potwierdzających ustawkę i wyreżyserowanie użycia broni chemicznej w Dumie w Syrii nad wyraz barwnie. „Jeśli uznasz, że prostytutka ma prawo uczyć Cię moralności, to czymże dla Ciebie będzie wówczas sama moralność?”. W odpowiedzi zaś ma moje zastrzeżenie, że Rosja nigdy nie będzie Polski traktowała partnersko, choćby poprzez fakt swej terytorialnej wielkości czy fakt że jest supermocarstwem jądrowym skontrował mnie nie mniej barwnie. „Mylisz się Krzysztof całkowicie. Potężny mężczyzna, wobec subtelnej kobiety zachowuje się ze szczególną delikatnością. Czyż nie? Tak musi postępować Rosja względem Polski, jeśli chce coś osiągnąć. Rosja nigdy nie będzie się zachowywała wobec Polski tak jak względem silnych Niemiec czy USA”. I na koniec Tural Kierimow wyraził znamienną opinię. „Musimy doprowadzić do dialogu pomiędzy Polską i Rosją, póki żyją Ci co pamiętają normalne relacje między obu naszymi krajami. Jeśli pozostawimy to pokoleniom wychowanych w konfrontacyjnej atmosferze, ułożenie dobrosąsiedzkiego dialogu będzie niezwykle trudne o ile niemożliwe”. Musze przyznać, że nie podzielając do końca kilku opinii, trudno mi się z dyrektorem było nie zgadzać. Z racji zawodowych specjalizacji, wszak od lat opisuję konflikt wojenny w Syrii, dyrektor Sputnika zaskoczył mnie dodatkowo. W obliczu szczegółowej wiedzy Turała, który zjeździł Syrię wzdłuż i wszerz, jego znajomości kulisów funkcjonowania assadowskiej Syrii, bliskowschodniej filozofii prowadzenia polityki, momentami w dyskusji z Nim wymiękałem. Ze smutkiem muszę też skonstatować, że daleko naszym młodym politykom i ludziom mediów do szerokiej wiedzy, obycia i kultury jaka uderzała od młodzieży zarządzającej RT.

 

Dzień Zwycięstwa, „Paliaki sajuzniki”

Według najnowszej, jedynie słusznej wykładni historii opracowanej przez fachowców z IPN a propagowanej w PiS-landii, 9 maja to żałobny dzień – „początek drugiej okupacji’. Zatem aby nie drażnić zwycięzców II Wojny Światowej, ja „okupowany”, dla niepoznaki zamaskowałem się. Założyłem furażerkę z czerwona gwiazdą, bluzę mundurową, przypiąłem gierogijewską lientoczkę i udałem się podglądać sprzęt wojenny biorący udział w defiladzie na Placu Czerwonym. Podziwiając czołgi, rakiety i samoloty, wdałem się w dialog z Rosjanami, którzy dowiadując się że jestem Polakiem, sami z siebie solennie mnie zapewniali, że nikt przy zdrowych zmysłach na Polskę nie zamierza napadać i że cieszą się ze razem z „sajuznikiem” świętują zwycięstwo nad faszystami. Wszak jak mi zakomunikowano, „my wmiestie brali Berlin”.

Po defiladzie udałem się pod „Teatr Bolszoj” gdzie spotykają się weterani Wielkiej Wojny Ojczyźnianej. Z racji zaawansowanego wieku jest już ich niestety coraz mniej. I tu, przeżyłem przykry moment. Nie wiedząc gdzie uciec wzrokiem, wstydziłem się za swój kraj. Spotkałem wysokiego szczupłego weterana, o wielu odznaczeniach.

– Pan nie jest Rosjaninem – odezwał się z uśmiechem.
– Nie, nie jestem, jestem z Polski.
– Polak?
– Tak.
– Byłem w Polsce, bardzo dawno byłem w 1944, szturmowaliśmy Pragę, Warszawę-Pragę. Dużo padło naszych i waszych z rąk faszystów. – Ścisnął mi mocniej dłoń i rzekł: – Pamiętajcie o naszych chłopakach. Oni tam zostali na zawsze.

Wraz towarzyszącym kolegą, ze spuszczonymi głowami opuściliśmy Teatralną Płoszczadz, bo co odpowiedzieć staruszkowi o siwych włosach? Że pamiętamy rozwalając pomniki ku czci tych poległych, jak ten „Czerech śpiących” pomnik braterstwa broni właśnie na Warszawie Pradze-Północ?

 

Dyplomacja obywatelska ostatnią szansą uratowania dialogu Polska-Rosja?

Niezwykle ciekawym elementem podróży, było spotkanie polskich dziennikarzy dyrektorem Fundacji Wsparcia Dyplomacji Publicznej im. Gorczakowa, Leonidem Draczewskim. To wybitna postać – dyplomata, były wiceminister spraw zagranicznych Rosji, były sportowiec, ale nade wszystko były ambasador Rosji w Polsce. Mówiąc o fundacji założonej przez byłego szefa rosyjskiej dyplomacji i premiera, Jewgienija Primakowa, ambasador Draczewski wskazywał, że głównym celem fundacji jest umożliwienie spotkań i rozmów na poziomie społecznym. Ambasador wyraził żal z powodu przerwania, z polskiej inicjatywy, współpracy w ramach Polsko-Rosyjskiego Forum Dialogu Obywatelskiego. Leonid Draczewski współprzewodniczył tej inicjatywie wraz z Krzysztofem Zanussim. Podobnie Polacy wycofali się z utworzonej podczas wizyty prezydenta Putina w Polsce w 2002 roku, a reaktywowanej w 2008 r. Polsko-Rosyjskiej Grupy ds. Trudnych. Pan ambasador jest jednak optymistą ma nadzieję, że wcześniej czy później współpraca ta zostanie reaktywowana. Zadeklarował, że ze strony rosyjskiej jest otwartość i gotowość do dalszych działań.

Spotkaliśmy się również z kierownictwem Fundacji Rosyjsko-Polskiego Centrum Dialogu i Porozumienia, która prowadzi działania w obszarze współpracy akademickiej i kulturalnej. Obie fundacje zapraszają polskie organizacje pozarządowe i środowiska akademickie do aplikowania o środki na projekty służące rosyjsko-polskiemu dialogowi czy dyplomacji niepublicznej. Szczegółowe warunki znajdują się na stronach internetowych obu fundacji i warto tam sięgnąć wszystkim, którym obce są antyrosyjskie obsesje i „ hybrydowe wojny”. Rosjanie czekają na partnerów pośród polskich organizacji pozarządowych i akademickich. Są środki na wsparcie tych, którzy stworzą projekty opierające się na dialogu, na tym co łączy oba narody i pozwala się im wzajemnie poznawać.
Po podróży, z której miałem nie wrócić, stwierdzam: na Wschodzie bez zmian, obywatele Federacji Rosyjskiej są do Polski i Polaków nastawieni życzliwie. Wojny nie ma i ‚nie budziet”, nawet tej przez rusofobów upragnionej – hybrydowej.