Wyszyński nieświęty

Kolejny polski duchowny wchodzi na ołtarze Kościoła katolickiego. Polskie media zachłystują się w peanach nad osobą kard. Stefana Wyszyńskiego – bo to właśnie on został 12 września beatyfikowany w stołecznej Świątyni Opatrzności Bożej.

Zachwytów nie mąci fakt, że sama konotacja świętości we współczesnym świecie mocno przybladła. Oczywiście tego przyczyną są skandale różnego rodzaju, zwłaszcza obyczajowe i korupcyjne, trapiące Kościół rzymski. Nagminnie goszczą one na łamach mediów. Dotyczą one także kanonizowanych i beatyfikowanych – czyli świętych i błogosławionych mających stanowić wzorce moralno-osobowych wg nauki Kościoła – w rodzaju Matki Teresy z Kalkuty, założyciela Opus Dei Escrivy de Balaguera czy samego Jana Pawła II.

Beatyfikacja (z łac. beatificare – wyróżniać) – to akt wydawany przez Kościół katolicki, uznający osobę zmarłą za błogosławioną, zezwalający na publiczny kult, ale o charakterze lokalnym (np. w diecezji czy państwie). Wydawany jest po pozytywnym przeprowadzeniu procesu beatyfikacyjnego. Beatyfikację – stanowiącą niejako niższy stopień kultu i jest zazwyczaj wstępem do kanonizacji (czyli uznaniem pełnej i globalnie czczonej świętości) – zatwierdza papież.

Większość czytelników „Trybuny” mniej lub bardziej zna meandry kariery kościelnej i politycznej – tak to trzeba nazwać – kard. Stefana Wyszyńskiego, długoletniego Prymasa Polski (1948-81). Związana jest ona nierozerwalnie z najnowszymi, powojennymi dziejami Polski Ludowej. Nie będę więc wspominać powszechnie kojarzonych faktów, nawet jeśli w ostatnich latach (po 1989 r.) przedstawiano je najczęściej w mitycznej, nierzeczywistej, mocno zakłamanej formie. „Dziękujemy” za to IPN-owi i zwierzęco-antykomunistycznym środkom masowej komunikacji. dla nich historię Polski rysuje się wyłącznie wedle schematu „czerni i bieli”. Oczywiście – czerń ma utożsamiać rządzących Polską do 1989 tzw. „komunistów”. Bez rozróżnienia niuansów, czasów i ewolucji jakim podlegała władza w PRL. Tak rysuje się też hagiografię, publicznie i powszechnie przedstawiającą postać i działania Stefana Wyszyńskiego na przestrzeni upływającego czasu . Bo on też się zmieniał, ewoluował, dostosowywał się do okoliczności. Jak każdy człowiek, a polityk (tej rangi) przede wszystkim.

Wyszyński był nieodrodnym synem polskiej wsi i takiej religijności, by nie rzec – pobożności. Charakteryzującej się od zawsze manifestacyjną, ludową, plebejską formą wiary religijnej. Bardzo specyficzną dla społeczności rolniczych i tradycjonalistycznych. To był twardy i mocno zmurszały – jak nawet na lata poprzedzające Vaticanum II – konserwatyzm. Stąd się u niego brał dewocyjny kult Matki Jezusa. Było to żywe echo dawnych, przed-chrześcijańskich kultów płodności i Matki Ziemi, ubranych oczywiście w katolicki sztafaż liturgii, kultu i specyficznej dewocji. Ma się ono dobrze do dziś w całej, ludowej wiejsko-małomiasteczkowej formie kultu maryjnego.
Z tym wiąże się także prymasowska konserwatywnie, zachowawczo uzasadniona niechęć do „nowinek”, jakie niosły czasy poprzedzające II Sobór Watykański, wobec głównych kierunków soborowej debaty, której wektory nadawali tzw. „progresiści” (zwłaszcza jeśli chodziło o hasła-klucze Jana XXIII reform w Kościele: accomodata renovatio i aggiornamento – czyli uwspółcześnienie Kościoła i jego nauki) oraz czasów burzy i naporu, jakie wstrząsnęły Kościołem i katolicyzmem – zwłaszcza na Zachodzie Europy i w Ameryce Łacińskiej – po Soborze. Na tym tle, w warstwie teologiczno-praktycznej przebiegał konflikt (skrywany i o którym się dziś mało mówi) między Wyszyńskim a tzw. „katolicyzmem otwartym”, reprezentowanym w czasach przedsoborowych, podczas trwania Soboru i po nim (gdy przyszła pora na praktyczne wdrażanie uchwał soborowych) przez środowiska proreformatorskie wewnątrz polskiego katolicyzmu.

Chodzi przede wszystkim o krakowski Znak

Jerzy Turowicz i spółka byli entuzjastami kierunków rozwoju, jakie miało nadać Kościołowi i jego nauce Vaticanum II. Tymczasem Wyszyński oraz gros polskiego episkopatu byli „chłodno wycofani” wobec tych pomysłów i prób drobnych nawet reform w Kościele. I przyczyną tego nie był fakt, iż Polską rządzili wówczas „komuniści”. Powtórzę – wynikało to z ich konserwatyzmu, tradycjonalizmu i owej dewocyjno-bigoteryjnej religijności, pozbawionej indywidualizmu w kontakcie wierny – Absolut, subiektywnego i krytycznego stosunku do wiary oraz personalnej realizacji jej zasad. W takim bowiem wymiarze maleje znaczenie kapłana, tak mocno podkreślane w polskiej religijności, której hołdował m.in. Wyszyński. I to jest też przejaw polskiego klerykalizmu. Tu należy również szukać współczesnych problemów Polski z nad-obecnością Kościoła w przestrzeni publicznej i negatywnego stosunku wielu hierarchów oraz lwiej części duchowieństwa do demokracji, wolności obywatelskich, swobód obyczajowych. .

Nawiasem mówiąc – m.in. dlatego lata pontyfikatu Karola Wojtyły wielu zachodnioeuropejskich, progresywnie nastawionych teologów i filozofów katolickich (i nie tylko oni, ale także znawcy tematyki kościelnej oraz grono krytycznych i obiektywnych watykanistów) słusznie i zasadnie uznało za regres w stosunku do czasów soborowych. Jan Paweł II to nieodrodny syn polskiego katolicyzmu i takiej też wersji Kościoła – w efekcie niektórzy obserwatorzy pisali nawet o powrocie do czasów „Piusów”.

Wracając do ewolucji, jakiej podlega każdy człowiek wraz z upływem czasu: nie inaczej było ze Stefanem Wyszyńskim. Oto w latach 30. XX wieku młody ksiądz Wyszyński, będąc redaktorem naczelnym katolickiego miesięcznika diecezji włocławskiej „Ateneum Kapłańskie” opublikował ponad 100 tekstów, z których większość zahaczała o problemy zderzenia katolickiej nauki społecznej, z potężnymi zagadnieniami społecznymi, wywołanymi głębokim kryzysem gospodarczym, masowym bezrobociem i brakiem sprawiedliwości społecznej trawiącymi II RP. Tu widzimy źródła jego socjalnych zainteresowań, ale w perspektywie … narodowej. Dziś publikowane w mediach panegiryki ukrywają skrzętnie jego narodowo-socjalistyczne fascynacje sprzed wojny. Wyszyński nie krył bowiem zachwytu nad rozwiązaniami na szeroką skalę zastosowanymi w III Rzeszy. Taki był wówczas trend w Europie. Oto kilka przykładów i cytatów:

  • „Dzisiejsza Trzecia Rzesza podjęła tytaniczną próbę realizacji wielkich idei, które mają przynieść odrodzenie ludzkości. (…) Rasizm kryje w sobie pewne zdrowe myśli, które dotychczas znane były tylko w szczupłym gronie lekarzy i biologów. Dziś przyszedł czas na ich rehabilitację” (Ateneum Kapłańskie, nr 1938, z. I s. 23)
  • „Rasizm kryje w sobie pewne zdrowe myśli, które dotychczas znane były tylko w szczupłym gronie lekarzy i biologów. Dziś przyszedł czas na ich rehabilitację” (tamże)
  • „Zasady wychowawcze nacjonalizmu niemieckiego są WZORCEM dla innych narodów. W nacjonalizmie odbija się dusza Niemiec” (Ateneum Kapłańskie, 1937, z. I, s 152).
    O stwierdzeniach jawnie zahaczających o antysemityzm pojawiających się w tym periodyku (zresztą jak w wielu katolickich i narodowych publikatorach) nie warto wspominać. Pisał na ten temat m.in. Przemysław Prekiel w tekście pt. „ONR-u rasizm na sztandarach” („Nigdy Więcej”, wiosna-lato 2014). Co oczywiście nie przeszkadzało potem, w czasie wojny, Wyszyńskiemu pomagać ściganym i prześladowanym powszechnie obywatelom polskim pochodzenia żydowskiego.
    To w tych narodowych – niesłychanie tradycjonalistycznie pojmowanych – wartościach należy szukać źródeł takich słynnych wystąpień publicznych kard. Wyszyńskiego, już jako Prymasa Polski, gdy jawnie poparł władze Polski Ludowej. Rozumiał, że było to w interesie państwa polskiego, zachowania spokoju społecznego i dalszego rozwoju kraju. To październik 1956, kiedy po wyjściu z internowania Prymas otwarcie apeluje o poparcie programu jaki niosła osoba Władysława Gomułki, ówczesnego I Sekretarza PZPR i autentycznego w owym czasie przywódcy Polski. Tu także należy zakwalifikować niemniej słynną homilię na błoniach jasnogórskich w gorących dniach sierpnia 1980 i apel o rozwagę oraz odpowiedzialność nie tylko ze strony władzy, ale i strajkujących pracowników. Krotko mówiąc – Wyszyński mimo swego konserwatyzmu i antykomunizmu był propaństwowcem. W starym, -XIX wiecznym stylu z rolą Kościoła jako najważniejszej siły w państwie i społeczeństwie.
  • Na zakończenie dwie refleksje. Tu, w takich uwarunkowaniach i wizjach świata, Polski, człowieka – tkwią źródła sukcesu Tadeusza Rydzyka i jemu podobnych kapłanów. Ich świat jest po prostu inny, nowoczesnym być nie może. Brakuje nim jednak, mimo wszystkich ograniczeń i antymodernizmu, szerszego spojrzenia na państwo i społeczeństwo, jakim dysponował Wyszyński. Inne były czasy, inne wyzwania. Co oczywiście nie determinuje ewentualnego zachowania w warunkach demokracji po 1989 r. To są jedynie luźne przypuszczenia.
    I druga refleksja. Oto dwie, niesłychanie ważne dla dziejów Polski w II połowie XX wieku, dla historii Polski Ludowej, osobistości życia publicznego, przedstawiane na zasadzie absolutnej antynomii i walki – czyli Wyszyński i Gomułka – osobowościowo, mentalnie, w sposobach widzenia świata i ludzi są niesłychanie do siebie zbliżone. Mimo politycznych różnic i personalnych doświadczeń. Bardzo podobne, gdyż wyrosłe z tej samej gleby polskiego konserwatyzmu i tradycji. Paradoks – nie, samo życie.