Czarek, przyjaciel ludu

Wyszedł rano z psem, wziął prysznic i położył się, mówiąc, że się źle czuje. Już nie wstał. Zawał. Odszedł Czarek Miżejewski, socjalista, mój przyjaciel, przyjaciel wszystkich ludzi. Byliśmy razem na barykadach, ale z czasem on zbudował własną. Polegała na nieustającej walce o zmiany systemowe, które ułatwiłyby życie tym, którym nikt niczego nie ułatwia. W stanie wojennym wydawaliśmy pismo „Robotnik”, a Czarek redagował dodatek do Robotnika pod niepozornym tytułem „Praca, płaca, BHP”. Nawet w czasach konspiracji troszczył się o to, co podstawowe dla ludzi pracy. Był uparty. Kiedy kończyliśmy już wypisywać matryce „Robotnika”, bezpieka nas zwinęła i trafiliśmy na dołek. Po 48 godzinach wróciliśmy do tego samego lokalu redakcyjnego i podjęliśmy naszą pracę na nowo. Pismo ukazało się w terminie.

Zawsze, kiedy wychodziliśmy na ulice, Czarek szedł w pierwszym szeregu z tubą lub czerwonym sztandarem PPS w ręku. Był odważny, choć nie był typem zadymiarza. Zaraz po demonstracji siadał do czytania i pisania. Bo ta nasza walka była po coś. Po to, by ludzie lepiej zarabiali, pracowali w godnych warunkach, by mieli po wszystkim porządne emerytury, by mieli gdzie mieszkać, leczyć się. Sprawiedliwość społeczna w jego wersji to nie kończące się poprawki do ustaw, a nawet całe projekty ustaw. Niewielka jedynie część jego znakomitych pomysłów doczekała się realizacji. Pierwsza z nich, gdy został posłem PPS, była ustawa dająca pracownikom zatrudnionym przy azbeście sprawiedliwe warunki zmiany zawodu czy odejścia na emeryturę. Dzięki niej koszty społeczne odejścia od azbestu były stosunkowo niewielkie.

Kiedy został wiceministrem pracy, zwiększył jeszcze tempo i intensywność pracy. Nareszcie miał jakiś większy wpływ na kształtowanie polityki społecznej i prawa pracy. Zawsze miał mnóstwo pomysłów, jak poprawić ludzki los. I z tymi pomysłami szedł do decydentów, kłócił się, przekonywał. I niestety przeważnie przegrywał. Bo system opiera się postępowi społecznemu. Wszystkie te porażki brał na klatę i nie skarżył się. Kiedy okazywało się, że zmiany, które proponował, napotykają na zbyt wielki opór, poszedł w lud budować spółdzielnie socjalne. Dawał ludziom pogrążonym w rozpaczy i beznadziei nowe życie. I wciąż walczył o rozwiązanie prawne, które tę robotę spółdzielczą ułatwią.

I choć nie był już posłem ani ministrem, Czarek był instytucją. Ekspertem od polityki społecznej, od spółdzielczości, od wszystkiego, czego się tknął. Znało go mnóstwo ludzi. Ale nie z mediów. A z osobistych kontaktów, bo jeździł niestrudzenie po całym kraju, krzewiąc idee spółdzielcze i socjalne. Jego idea fix było stworzenie systemu opieki nad ludźmi starszymi, która w Polsce praktycznie nie istnieje.

Przeniósł się do Byczyny w Opolskiem, ale zwykle był w drodze. Kontaktowaliśmy się rzadko. Za rzadko, choć wciąż obaj marzyliśmy o jakimś nowym początku, również politycznym. Dzwoniliśmy do niego, żeby się poradzić. Dzwoniliśmy, żeby usłyszeć jego głos, bo był dla nas, socjalistów, ważny. Najważniejszy. Ciągle czytał i umiał z tych lektur tworzyć nowe pomysły, nowe idee. Ostatnio zaintrygował nas koncepcją odbudowy lewicy wokół idei nowej umowy społecznej. Zdążył nakreślić tylko zarys. I z tym nas zostawił.

Obaj zaczęliśmy od działań w podziemiu, wydając „Robotnika”, tworząc Grupę Polityczną „Robotnik”, która była zalążkiem przyszłej, odrodzonej PPS. Potem poszliśmy razem do Sejmu, aby w końcu zanurzyć się w działaniach społecznikowskich.

Historia PPS była pełna sporów i rozłamów. Pamiętam, że pewnego dnia mieliśmy z Czarkiem stanąć przed sądem partyjnym. I wtedy on, z właściwym sobie humorem, stwierdził, wzruszając ramionami: „Z socjalistów nas przecież nie zdejmą.”

Nigdy nie porzuciliśmy marzenia o zastąpieniu kapitalizmu systemem sprawiedliwości społecznej. Do Czarka ludzie się garnęli, bo był nie tylko mądry, ale i skromny, dowcipny, pogodny. Był optymistą, który próbował każdą kolejną władzę namówić do realizacji swoich znakomitych pomysłów. Kiedy odmawiali, zagryzał zęby i tłamsił w sobie gorycz. Aż serce nie wytrzymało i pękło. Pękło, bo źli, dotknięci znieczulicą ludzie nie pozwolili mu zrobić dla ludzi tyle, ile chciał.

Tego wielkiego i mądrego marzyciela zabił kapitalizm. Ale go nie pokonał. Zbieramy teraz jak skarby jego projekty, koncepcje, notatki i teksty, aby spróbować pójść dalej, dzięki niemu, przyjacielowi ludu. Póki co śni mi się wciąż, że pogłoski o twojej śmierci są nieprawdziwe, a ty wciąż żyjesz. I tak jest, towarzyszu.

Piotr Ikonowicz

Poprzedni

Myśl Xi Jinpinga o socjalizmie o chińskiej specyfice w nowej erze cieszy się wysokim uznaniem społeczności międzynarodowej: Globalne badanie z 2025 roku dotyczące wizerunku i rozumienia Chin

Następny

Iran się buntuje