Kapsułki pamięci

Izabella Sierakowska
Gdy w 1972 roku wstąpiłem, nie bez dozy lęku, w szacowne, oplecione kłączami dzikiego wina, ocienione mury I Liceum Ogólnolnokształcącego im. Stanisława Staszica w Lublinie, ona właśnie została przydzielona do mojej klasy jako „sorka”, jak się do niej zwracaliśmy (powszechnie stosowany skrót od „profesora”), od „ruskiego” (tak się wtedy mówiło o przedmiocie pod nazwą „język rosyjski”).
Od razu ją polubiłem i nie wątpię, że to samo mogę powiedzieć o odczuciach szkolnych koleżanek i kolegów. Była świetną, bardzo komunikatywną nauczycielką, przekazującą nam swój przedmiot dynamicznie, z werwą, pasją, przystępnie i atrakcyjnie, co przecież w przypadku języka rosyjskiego nie było wtedy, z różnych powodów, takie oczywiste. To w dużym stopniu „sorce” Izie zawdzięczam nie najgorszą kiedyś znajomość tego języka, którą z latami w dużym stopniu wytraciłem. Nas cieszyło jednak przede wszystkim to, że była dla nas przyjazna, sympatyczna, ciepła i opiekuńcza, choć jednocześnie bardzo rzeczowa i wymagająca. Wiem, że w czasach poprawności obyczajowej może to dla kogoś zabrzmieć niewłaściwie, ale wspominam przecież inne, odległe czasy – na męskiej części szkolnej zbiorowości pani „sorka” Izabella (często akcentowała owe dwa „l” w jej imieniu, mówiąc: „ja nie jestem żadna bela”) wtedy 25-letnia (!!!), sprawiała mocne wrażenie jako bardzo atrakcyjna kobieta, ładna, o fenomenalnie zgrabnej figurze.
Do tego z wdziękiem posługiwała się przedniojęzykowym, teatralnym „ł”. Uwielbialiśmy ją też za jej liberalizm, tolerancję i wyrozumiałość dla naszych sztubackich wybryków. Pewnego dnia, przed lekcją u „Izy” (tak o niej mówiliśmy), korzystając z długiej przerwy międzylekcyjnej wybrałem się z kolegą Darkiem do pobliskiego sklepu spożywczego na kefir (w niezapomnianej małej buteleczce) i rogala. Zakup i konsumpcja zajęły nam na tyle dużo czasu, że spóźniliśmy się dobrych kilka minut na lekcję i rozbawieni jak szczeniaki „wparowaliśmy” do klasy, ocierając z ust resztki konsumpcji. Nie od razu zauważyliśmy bowiem, że klasie przebywa, z tzw. wizytacją lekcji, skryty w tylnej części sali, dyrektor szkoły, człowiek o bardzo surowym fizys i sposobie bycia.
Gdy go zauważyliśmy, wysztywniło nas, przestaliśmy odbywać nasz wesoły „taniec świętego Wita” i popadliśmy w kłopotliwe zmieszanie. Jednak pani Iza, wbrew zwyczajowemu w takich sytuacjach zachowaniu nauczycieli, zamiast spróbować wykazania się przed surowym autorytetem dyrektorskim swoją pryncypialnością, nie zbeształa nas przykładnie, ale wyrozumiale kiwając głową powiedziała do nas spokojnie: „Siadajcie chłopcy”. Zaimponował nam ten jej „luz i swoboda”, bo „wszyscy” się tego dyrektora bali, czuli przed nim respekt. Po wielu latach to pani Izabella, już jako liderka lubelskiej lewicy, wciągnęła mnie na początku lat dziewięćdziesiątych w działalność w kręgu SdRP, a potem SLD, zachęcając do pisania w organizacyjnym piśmie „Demokrata”. W 1992 roku zaangażowała mnie w działalność lubelskiego „komitetu na rzecz referendum w sprawie karalności za przerywanie ciąży”, w ramach tzw. komitetów Bujaka.
Tak się jednak złożyło, że w późniejszych latach już mnie los bezpośrednio z panią Izą nie zetknął, choć bardzo kibicowałem jej działalności poselskiej, głównie na niwie walki o prawa kobiet.
Joachim Lamża
Joachim (jesteśmy po imieniu), to jedna z najwspanialszych twarzy polskiego aktorstwa, doskonały aktor drugiego planu, dysponujący tzw. „mordą”, „wspaniale odpychającą” i „groźną”, z „bokserskim” nosem co sprawiało i sprawia, że angażowany jest do ról przestępców, psychopatów, esesmanów, osobników których strach byłoby spotkać w tzw. „ciemnej uliczce”. Któż nie pamięta go choćby z „Vabank” Juliusza Machulskiego z epizodu antypatycznego funkcjonariusza niemieckiej straży granicznej, (może gestapowca?), który z groźną, badawczą miną kontroluje dokumenty dyrektora Kramera (Leonard Pietraszak) i jego towarzysza.
Wielu widzów pamięta go też n.p. z telewizyjnej „Kobry”, ze spektaklu „Kłopoty to moja specjalność” (1977) według powieści Raymonda Chandlera w reżyserii Marka Piwowskiego – z roli płatnego zabójcy „Małego”. Do telewizyjnego spektaklu „Pamiętnik pani Hanki” został Joachim zaangażowany do roli niemej, policyjnego tajniaka w kawiarni, obserwującego lokal „zza gazety”. Joachim nie wypowiada ani słowa, ale przez cały czas swojej sekwencji silnie przyciąga swoją sugestywnością uwagę widza. Czyż to nie wspaniała rekomendacja klasy aktora?
Zachwycać nie wypowiadając ani słowa. Lubię go też bardzo w roli Tybalda w pradawnym (1973) telewizyjnym spektaklu szekspirowskiego „Romeo i Julia” w reżyserii Jerzego Gruzy. Podczas któregoś z wakacyjnych pobytów nad Bałtykiem (akurat w Kątach Rybackich na Mierzei Wiślanej) postanowiłem skorzystać z okazji by umówić się z Joachimem na wywiad, jako że mieszka on w nieodległej Gdyni-Orłowie.
Zadzwoniłem, zgodził się, zapytał gdzie jestem i zaproponował, że to on zamiast mnie przyjedzie na spotkanie. Był piękny, letni dzień i pewnie miał zwyczajnie ochotę na przejażdżkę, tym bardziej, że jest zawołanym motocyklistą i mężczyzną wysportowanym. Nie minęły dwie godziny jak zajechał, skądinąd w towarzystwie syna, pięknym motocyklem, w efektownym kasku, niczym „swobodny jeździec” z filmu Denisa Hoppera. A że przed domostwem w którym mieszkałem było sporo osób, więc przyjazd Joachima, którego od razu rozpoznano, był niejaką sensacją, a mnie przy okazji przysporzyło glorii na zasadzie światła odbitego.
Zanim przystąpiliśmy do rozmowy przy drewnianym stole, w cieniu parasola, do witających Joachima przyłączył się mój rudy kundelek „Frędzel” vel „Miś”. Chmurna nieco twarz Joachima rozpromieniła się uśmiechem, wziął pieska na ręce i czule zwrócił się do niego „per kruszynko”, po czym obaj wystawili się do sweet fotki. Bo Joachim, ten znakomity aktor i filmowa „straszna morda”, jest czarującym i łagodnym człowiekiem.
Irena Laskowska
Nieżyjącą już panią Irenę Laskowską najlepiej pamiętam z roli w „Ostatnim dniu lata” (1958) Tadeusza Konwickiego w duecie z Janem Machulskim, ale też ze sceny frenetycznego tańca w obrazie „Salto” tego samego reżysera czy z epizodu pracownicy Muzeum Narodowego wyprowadzonej „w pole” przez Agnieszkę (Krystynę Jandę) w „Człowieku z marmuru” Andrzeja Wajdy. Na wywiad przyjechałem do jej domu na Żoliborzu. 89-letnia już wtedy pani Irena na wejściu zaproponowała mi byśmy przeszli na „po imieniu”. Na wstępie zaproponowała mi kieliszek nalewki i papierosa.
Lubię takie osoby i już. Nie odmówiłem ani jednego ani drugiego. Kieliszki napełniły się trunkiem, ale co do papierosów, to okazało się, że właśnie się one pani Irenie skończyły. Zaproponowałem, że „wyskoczę” do najbliższego kiosku, co w szybkim tempie uskuteczniłem. Rozmowa toczyła się płynnie, bo pani Irena miała co opowiadać i opowiadała barwnie. Co jakiś czas mówiła „zdrowie”, podnosiła kieliszek do ust i maczała je delikatnie w nalewce.
I tak maczając usta w tej samej mikroskopijnej dawce nalewki przegadaliśmy blisko trzy godziny, a ja zebrałem obfity materiał. Jakiś czas później spotkałem panią Irenę na pogrzebie jej brata, znakomitego operatora filmowego Jana Laskowskiego, który także, podczas wywiadu jaki z nim przeprowadziłem w sąsiednim domu, uraczył mnie wspaniałą nalewką, a w przypływie dobrego humoru, który rozwinął się w trakcie naszej rozmowy, „zaproponował” mi, abyśmy „zrobili razem jakiś film”.
Tadeusz Borowski
Z tym świetnym aktorem scen warszawskich spotkałem się w jednym z pomieszczeń w pływalni na Solcu, gdzie bywał regularnie i gdzie się ze mną umówił w pewne zimowe popołudnie.
Zagrał setki ról teatralnych, filmowych, telewizyjnych. Zapamiętałem go szczególnie z kilku ról. Po pierwsze, z roli lekarza w filmie „Zaraza” Romana Załuskiego (1973), opowiadającego o epidemii czarnej ospy, która w 1963 roku dotknęła Wrocław. W łóżkowym duecie z Anną Seniuk wystąpili tam oboje w jednej z pierwszych tzw. śmiałych, „nagich” scen erotycznych w polskim kinie.
Po drugie, z roli Don Cezara de Bazan w pięknym, zapomnianym dziś spektaklu Teatru Telewizji, w „Ruy Blas” Wiktora Hugo, w reżyserii Ludwika René (Nowy Rok 1973). Po trzecie, jako współczesnego narratora wprowadzającego telewidzów, na tle Zamku Królewskiego w Warszawie, w temat spektaklu historycznego Grzegorza Królikiewicza „Trzeci Maja” (1976). Jednak po raz pierwszy w życiu zobaczyłem pana Tadeusza na żywo, na scenie w Lublinie, gdy jako młody, niespełna trzydziestoletni aktor zagrał Lenina w tamtejszym Teatrze imienia Juliusza Osterwy (był krótko w jego zespole, bodaj jeden sezon), w sztuce Michaiła Szatrowa „Bolszewicy”. Premiera odbyła się w kwietniu 1970 roku z okazji 100 rocznicy urodzin wodza Wielkiej Socjalistycznej Rewolucji Październikowej.
Gdy o tym wspomniałem panu Tadeuszowi opowiedział mi związaną z tym wydarzeniem krótką anegdotę.
Przed premierą oficjalną, ale otwartą, odbył się pokaz zamknięty dla działaczy, dla aktywu Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, w tym dla pracowników Komitetów Miejskiego i Wojewódzkiego Partii w mieście. „Kilka minut po zgaśnięciu światła, podniesieniu kurtyny i rozpoczęciu akcji sztuki – opowiedział mi pan Tadeusz – na widownię wszedł jakiś spóźniony widz, ostrożnie stąpając by nie czynić hałasu, jak to zazwyczaj mają w zwyczaju spóźnialscy. Mężczyzna ów usiadł na wolnym fotelu w pierwszym rzędzie i po chwili uważnego wpatrywania się we mnie, czyli w Lenina, pochylił się ku najbliższemu sąsiadowi i wyszeptał teatralnym szeptem, czyli tak, że my na scenie i widzowie siedzący w pierwszych rzędach dobrze to usłyszeli: „Bardzo dobrze towarzyszu, podobny jak cholera”.