Okropieństw Houellebecqa nigdy dość

Mam złe przeczucie, że to może być jedna z ostatnich powieści Michela Houellebecqa.

Bo skoro główny bohater „Serotoniny” Florent-Claude-Labrouste egzystuje na takim dnie na jakim go obserwujemy, to gdzie może zostać usytuowany bohater kolejnej hipotetycznej powieści ciągle niedoszłego laureata Literackiej Nagrody Nobla? W piekle? A może już pod dnem piekła? No dobrze, ale co po piekle? No bo mrok i rozpacz bijąca pod niebiosa z kart prozy Houellebecqa są coraz mroczniejsze i coraz bardziej rozpaczliwe. A co do Nobla, to powiem tak: Panie i Panowie z Komitetu Noblowskiego w Sztokholmie albo nie znają na literaturze, albo są za leniwi, żeby staranniej zastanowić się nad prozą Houellebecqa, albo są hipokrytami i mają lęk przed sprzeciwieniem się „poprawnej”, konwencjonalnej opinii, według której to pisarz popularny, popowy, taki ktoś w rodzaju ich Henninga Mankela, Jo NesbØ czy polskiego Marka Krajewskiego od Breslau. A z niego taki pisarz „popowy” jak z Balzaca, którego powieści abonowały ku rozrywce damy z towarzystwa na prowincji i w Paryżu w czasach Ludwika Filipa, jako dodatek do magazynów poświęconych modzie i innych „żurnali”. Dodajmy do tego element z zakresu biografii pisarza, jej aspektu, by tak rzec, biologicznego, z którego wynika, iż poza tym, że nie dość że nie jest on już młodzieniaszkiem (rocznik 1958), to prowadzi przy tym rabunkowy dla swojego organizmu tryb życia, wypalając dziennie dziesiątki papierosów, wypijając codziennie kilka butelek wina i stroniąc pogardliwie od wszelkiej, szeroko rozumianej higieny życiowej, czym zwyczajnie sam wpędza się do grobu. Zejdę jednak z Houellebecqa – jego życie, jego ciało, nic mi po prawdzie do tego i kieruję uwagę na powieść, aczkolwiek jako czytelnik mam jednak interes, by pisał do późnej starości jak Wolter, Kraszewski czy Lew Tołstoj. Całe grono recenzentów opisało już szczegółowo tę krańcową depresję w jakiej żyje bohater „Serotoniny” Labrouste, jego ratowanie się przed nią z pomocą wytworów chemii farmaceutycznej, jego obrzydzenie do świata, do jego niezmierzonej ohydy, jego diagnozę obumierającej w coraz szybszym tempie cywilizacji zachodniej, rozpad wszelkich uczuć, więzi, nawet popędu seksualnego, degrengoladę wszystkiego. U Houellebecqa ten stan totalnej katastrofy moralnej i fizycznej zachodniej cywilizacji upostaciowuje niegdysiejsza „słodka Francja” ze „słodkim” Paryżem na czele. Nawiasem mówiąc, uważam to streszczanie w recenzjach tzw. fabuły, przebiegu akcji, czy jak by tego nie nazwać, za działanie nielojalne wobec czytelników, za niefrasobliwe odbieranie im przyjemności czerpanej z niespodzianek doznawanych w trakcie lektury, pomijając już, że to odtwórcza „głupiego robota”, robiona po najmniejszej linii oporu. Niezależnie od tego, jeden z krytyków zauważył pewien paradoksalny rys „Serotoniny”, który jednakowoż nie wyraża się w tym, że cierpienia i absurd egzystencji Labrouste’a to przyprawione hedonizmem męki bogatego paryskiego burżuja konsumującego majątek rodowy. To byłby banał stary jak świat, a przy tym dobrze znany i nie zmienia tego okoliczność, że bohater ma w swoim totalnym zblazowaniu, zniechęceniu, znudzeniu i zbrzydzeniu egzystencją własną i światem, że ma mianowicie problem ze wzbudzeniem w sobie zwyczajnego hedonizmu. A że „Serotonina” jest także powieścią antykonsumpcjonistyczną (w tym wymiarze akurat idzie Houellebecq tradycyjnym szlakiem radykalnej lewicy zachodniej – co ciekawe w Polsce ideowy antykonsumeryzm się nie przyjął i nawet najradykalniejsza lewica go nie eksponuje), więc ten antykonsumpcjonizm uprawiany przy pomocy rozpasanej konsumpcji również ma rysy szydercze czy autoszydercze. Ów paradoks „Serotoniny” polega natomiast na tym, że pisarz który do tej pory nie stworzył ani jednej prawdziwie pozytywnej postaci, tym razem ją do „Serotoniny” wstawił i jest to – o horrendum!!! – francuski arystokrata wyznający, a przy tym z powodzeniem praktykujący tzw. tradycyjne wartości, w tym przypadku starofrancuskie w sosie katolickim, w tym harmonijne, niemal mistyczne małżeństwo, zamiast uganiania się za byle orgazmami. Nie chce mi się wierzyć, że Houellebecq, ten bezwzględny szyderca ze wszystkich i wszystkiego, naprawdę wierzy i na serio każe nam uwierzyć, że w spadkobiercach arystokratycznej Francji widzi jej ocalenie. Na to nie zdobyłby się we Francji nawet najbardziej skrajny prawicowiec i konserwatysta, a autor „Serotoniny” takim jednak nie jest. Węszę w tym raczej celową, złośliwą prowokację ze strony Houellebecqa, który wie, że dominującą we Francji, nienawidzącą arystokracji jak wściekłej zarazy, krytykę liberalno-lewicową może to tylko rozwścieczyć, a w najlepszym razie wzbudzić w stosunku do niego nienawistną szyderę, że oto w całej „krasie” i już bez osłonek objawiły się poglądy tego „reakcjonisty” . A to ze strony Houellebecqa tylko taka, ot, stylistyczno-retoryczna, przekorna figura literacka. Czym jednak jest dla czytelnika ten (prawda – lekko zneutralizowany przez wspomnianą, pozytywną postać) ponury, gigantyczny katalog wszystkich nędz współczesnego świata i ponurej kondycji człowieka, w porównaniu z którym czarny, przepełniony rozpaczą obraz zarysowany w XX wieku przez francuskich egzystencjalistów jawi się niczym słodka i cienista Arkadia? Czy nie jest to – nomen omen – konsumpcja odgrzewanych kotletów, wędrowanie dobrze znanym szlakiem, a mówiąc najordynarniej – doznanie typu „ale to już było?”. Otóż właśnie, moim zdaniem – nie i w tym zaprzeczeniu zawiera się uznanie Houellebecqa, nie pierwszy skądinąd raz, za pisarza wielkiego. W jego alchemii literackiej jest właśnie to coś, co sprawia, że czytanie jego prozy, to źródło dzikiej przyjemności czytelniczej. Zgadzam się zatem z Wojciechem Orlińskim, który napisał, że „Serotonina” to „lektura lekka i przyjemna”, tak jak dla każdego prawdziwego konesera literatury „lekturą lekką i przyjemną” jest lektura wszelkiej wielkiej literatury. Tak, na tym polega inny paradoks, że lektura katalogu najstraszliwszych okropności egzystencji, obraz nudy i obrzydliwości, które ona rodzi jest jako akt czytelniczy źródłem prawdziwej przyjemności. Słowem – życie sobie, ponura diagnoza sobie, a satysfakcja estetyczna sobie. Czy jeszcze ktoś wierzy, że estetyce blisko do etyki? Zatem ponowna lektura monotonnych, powtarzających się okropności w wydaniu Houellebecqa jest po prostu lekko perwersyjną przyjemnością. Cenną uwagę o walorach jego prozy sformułował (nawiasem mówiąc od dawna uważałem to samo), krytyk Wojciech Stanisławski: „Jest oczywiście w „Serotoninie”, jak we wszystkich poprzednich powieściach, zapomniana trochę zdolność wprowadzenia na poziom literatury doświadczeń powszechnych, ba, wszechogarniających, które jednak dotąd pozostawały niedostrzegalne dla pisarzy, niejako przezroczyste: zaczepiali je swoim piórem publicyści, migały w tle niczym elementy scenografii, bywały przedmiotem humoreski, nigdy dotąd jednak nie stały się przedmiotem poważnej powieści, nie zauważono ich jako składowej, ba, determinanty naszego życia”. Zgoda, z jednym tylko akcentem polemicznym – problem nie polega na tym że wspomniani „inni pisarze” tego czy innego nie dostrzegają. Problem polega na tym, że brakuje im genialnego talentu literackiego Houellebecqa. Nie bardzo mnie interesuje, czy Houellebecq jest lewicowcem czy prawicowcem, konserwatystą, reakcjonistą czy nihilistą. Dla mnie mógłby być nawet samym diabłem. Interesuje on mnie bowiem tylko jako pisarz, jako artysta. I jako diagnosta świata. Dlatego zupełnie nie rozumiem zniechęcenia Krzysztofa Vargi do prozy Houellebecqa właśnie po lekturze „Serotoniny”. Nie jest ona może tak dobra jak „Mapa i terytorium”, chef d’oeuvre pośród jego prozy. Z jego ust, czy raczej spod jego pióra, a może jednak z jego klawiatury, spijam z przyjemnością wszelką ohydę, bo Houellebecq wielkim pisarzem jest (bez cudzysłowu). Koniec i bomba, a kto nie przeczyta, ten trąba.

Michel Houellebecq – „Serotonina”, przekł. Beata Geppert, Grupa wydawnicza Foksal (WAB), Warszawa 2019, str. 334, ISBN 978-83-280-6639-7

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *