W moje role wchodziłam od wewnątrz

Dopóki mąż był redaktorem naczelnym „Polityki” i człowiekiem bardzo związanym ze środowiskami twórczymi – wszystko było w porządku. Zmieniło się, gdy został wicepremierem, a szczególnie w stanie wojennym. Była to jednak dla mnie niesłychanie bolesna sytuacja, która trwała aż dziesięć lat i przypadło na potencjalnie bardzo twórczy okres między czterdziestką i pięćdziesiątką – z Elżbietą Kępińską rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Karierę teatralną rozpoczęła Pani, po ukończeniu studiów w Warszawie, jednym sezonem, 1959/1960, w Gdańsku, w Teatrze Wybrzeże. Czy znany, poetycki film Janusza Morgensterna „Do widzenia do jutra”, ze Zbigniewem Cybulskim, trafnie oddaje atmosferę schyłku lat pięćdziesiątych w Gdańsku, epokę Bim-Bomu?
Bardzo trafnie. To były czasy, kiedy poznałam będących tam Zbyszka Cybulskiego, Bobka Kobielę, Mundka Fettinga, Wowo Bielickiego, Jacka Fedorowicza. Dyrektorem Teatru Wybrzeże był wtedy Zygmunt Hűbner i to był złoty okres tej sceny. A także – mogę tak powiedzieć – mój złoty okres.
Zadebiutowała Pani w „Smaku miodu” Delaney…
Tak. Poza tym zagrałam Polly w „Operze za 3 grosze” Brechta, Kelnerkę w „Nosorożcu” Ionesco i Ofelię w „Hamlecie”. Po roku zaangażował mnie Janusz Warmiński do warszawskiego Ateneum. Jeszcze w Gdańsku Andrzej Wajda zaangażował mnie i Zbyszka Cybulskiego do sztuki „Dwoje na huśtawce” Saroyana, ale potem przeniósł próby i oczywiście premierę do Ateneum.
Po Pani debiucie jeden z recenzentów nazwał Panią następczynią Ireny Eichlerówny…
To było miłe, ale nie przywiązuje wagi do takich komplementów. Było w owym czasie więcej utalentowanych debiutantek, choćby Ela Czyżewska czy Marta Lipińska.
Jakim partnerem i człowiekiem był dla pani Cybulski?
Człowiekiem przeuroczym, ale partnerem bardzo trudnym. Miał bowiem nie tylko mnóstwo różnych zajęć, odrywających go od pracy w teatrze, ale przede wszystkim absolutną niechęć do nauczenia się tekstu i do normalnych teatralnych prób. Był z krwi i kości aktorem filmowym. Męczyły go powtórki, powtarzanie tekstu.
Domyślam się, że okres Ateneum wspomina Pani z łezką w oku…
Jako jeden z najlepszych w moim życiu zawodowym. Możliwość współpracy z Aleksandra Śląską, wspaniałą aktorką i profesjonalistką w każdym calu, z Janem Świderskim, Jackiem Woszczerowiczem, Guciem Holoubkiem, Krzysztofem Chamcem, Jerzym Kaliszewskim, Kajtkiem Kowalskim, Andrzejem Sewerynem, Romkiem Wilhelmim, Jankiem Matyjaszkiewiczem, Jerzym Kamasem, Janem Kociniakiem, Marianem Kociniakiem, Anią Seniuk, Joasią Jędryką, Mirką Dubrawską.
Jednak zdecydowała się Pani przyjąć propozycję Zygmunta Hűbnera i przeszła Pani do Powszechnego…
Trochę pochopnie, bo atmosfera w Powszechnym, mimo osobowości Hűbnera, nie dorównywała tej w Ateneum. Mówiąc szczerze, trudno mi o tym mówić, bo na moją sytuację zawodową miał wpływ fakt, że związałam się z Mieczysławem F. Rakowskim. Z tego powodu zostałam w poddana środowiskowej infamii. Dopóki mąż był redaktorem naczelnym „Polityki” i człowiekiem bardzo związanym ze środowiskami twórczymi – wszystko było w porządku. Zmieniło się, gdy został wicepremierem, a szczególnie w stanie wojennym. Była to jednak dla mnie niesłychanie bolesna sytuacja, która trwała aż dziesięć lat i przypadło na potencjalnie bardzo twórczy okres między czterdziestką i pięćdziesiątką. Malarz może przechować obraz, a pisarz książkę do lepszych czasów. Aktor nie ma tego komfortu.
Jak się przejawiała ta infamia?
Milkły rozmowy, gdy wchodziłam, nikt nie przysiadał się do mojego stolika w bufecie. Jeden z dyrektorów na czyjeś pytanie dlaczego ona nie gra, powiedział szczerze, że boi się mnie obsadzać, bo lęka się reakcji publiczności. A przecież potrafiono wtedy brutalnie wytupać, wyklaskać nieakceptowanego politycznie aktora.
Nie próbowała Pani bronić się wtedy, w okresie tej anatemy, przedstawiać jakieś racje?
Był taki nastrój, że nikt nie chciałby tego słuchać, nikt ze mną nie dyskutował. Poza tym ja po pewnym czasie zaczęłam się bać cokolwiek powiedzieć, wyrazić swoje zdanie, odmówić gry w jakimś ogonie, co mi od czasu do czasu proponowano. Nie wyobrażałam sobie, że ten zawód może mnie naprawdę na zawsze odrzucić, a poza tym mam bardzo cienką skórę. Obawiałam się natomiast, że ta sytuacja będzie trwała wiecznie, że na zawsze będę napiętnowana. To jest zawód bardzo zespołowy, więc odrzucony aktor praktycznie nie ma prawa istnieć w tym zawodzie.
Nikt z koleżanek i kolegów nie wsparł Pani psychicznie?
Na pewno nie wszyscy się do mnie odnosili z ostentacyjnym dystansem, niektórzy sympatycznie, ale ja w ogóle starałam się nie prowokować sytuacji dla innych kłopotliwych.
Przecież wzięła Pani udział w bojkocie telewizji w stanie wojennym…
Wzięłam w tym sensie, że odrzuciłam w stanie wojennym propozycje z telewizji, ale wewnętrznie uważałam ten bojkot za błąd. Mam jednak opory przed mówieniem o tym, bo nie chcę o sobie mówić, że jestem jeszcze jedną ofiarą stanu wojennego, tyle tylko, że z przeciwnej strony barykady. Tak naprawdę nie wiem, jak potoczyłoby się moje życie zawodowe, gdyby nie stan wojenny i polityczna rola mojego męża. Może tak samo, może inaczej, być może nie aż tak dramatycznie. Przecież także niektóre moje koleżanki, które nie znalazły się z tym kręgu namiętności politycznych, też zniknęły z horyzontu. Jednak duży w tym udział ma mój charakter, bo nie jestem przebojowa.
Czy w końcu jednak Pani karta odwróciła się na lepszą stronę?
W jakimś stopniu tak. Dostałam cień satysfakcji w postaci roli w „Czarnej komedii” Petera Schaeffera. Poczułam się zaakceptowana przez zespół, który ze mną pracował i nieco podniosłam głowę. Później przyszły „Kaleka z Inishman”, „Czwarta siostra”, „Prezydentki” i kilka innych.
Usatysfakcjonowały Panią te zadania?
Te tak, ale np. przeżyłam nieporozumienie z „Letnikami” Gorkiego. Reżyser naopowiadał mi różnych rzeczy, że moja postać będzie mityczna, że będzie snuć się poetycko po scenie, więc – nie bez sceptycyzmu – zgodziłam się. Po czym na próbach okazało się, że to jest zwyczajne asystowanie. Byłam jeszcze wtedy na etacie, brałam pieniądze, czułam się więc zobowiązana, żeby być przydatną, ale było to naprawdę upokarzające. Zwłaszcza, że w oczach młodych aktorów, aktorka, która raz czy drugi wystąpi w czymś takim, traci szacunek, zwłaszcza, że dla nich jakaś tam pani Kępińska, to nic nie znaczy. I nie dlatego, że zrobiła to źle, ale jeżeli nie liczą się z nią reżyserzy, to oznacza, że nadaje się ona na śmietnik, do wyrzucenia na aut. Dla nich liczy się głównie popularność, rola w serialu, która daje ogromną popularność.
Utrzymuje Pani więzi towarzyskie ze środowiskiem, z kolegami i koleżankami z Pani generacji?
Słabo. Nigdy zresztą nie byłam zbyt zabawowa, zbyt towarzyska, a to głównie tworzyło takie więzi, choć dziś w ogóle i tak są one słabe. To nie te czasy. Kiedyś było inaczej. Mieszkało się byle jak, byle gdzie, ale bawiono się stale. Pamiętam bankiety w Ateneum do białego rana, skąd wracało się taksówkami, bo ludzie nie mieli samochodów.
Marta Fik napisała o Pani, że grała Pani role „kobiet udręczonych do ostateczności, pożeranych przez namiętności, często na pograniczu normalności i psychopatii”. Czy zawód, charakter ról bardzo wpływa na Pani – by tak rzec – prywatną psychikę?
Prawdziwy profesjonalista nigdy nie pozwoli sobie, by zawód nadmiernie wpływał na prywatne życie. Natomiast rzeczywiście lubię takie pokręcone, dziwne postacie, nie jednowymiarowe, nie płaskie, dla których tekst wygłaszany jest tylko przykrywką czegoś głębszego. Szukam biografii takiej postaci od strony wewnętrznej, a dopiero do tego dobieram formę. Pamiętam, jak grałam Simonę, towarzyszkę życia Marata w sztuce Weissa, „Marat-Sade”, której akcja rozgrywała się w szpitalu wariatów. Dostałam po niej listy od psychiatrów, którzy pytali mnie czy obserwowałam kiedyś pacjentów w szpitalu psychiatrycznym, tak trafnie udało mi się pokazać obłęd postaci. Sprawiło mi to przyjemność jako aktorce. Jednak własnej, prawdziwej psychiki nigdy nie wystawiałam na szwank ze strony szaleństwa, bo jestem zawodową aktorką.
Dziękuję za rozmowę.

Elżbieta Kępińska – ur. w 1937 roku Częstochowie. Aktorka trzech scen: gdańskiego Wybrzeże oraz warszawskich Ateneum i Powszechnego. Swoim błyskotliwym debiutem gdańskim w „Smaku miodu” Delaney (1959) i kreacją, obok Zbigniewa Cybulskiego w „Dwoje na huśtawce” Gibsona w Ateneum weszła w poczet najświetniejszych polskich dramatycznych aktorek teatralnych. Ma na swoim koncie dziesiątki ról teatralnych (m.in. Ofelię w „Hamlecie” Szekspira, Friedę w „Zamku” Kafki, Uczennicę w „Lekcji” Ionesco, Claire w „Pokojówkach” Geneta, Eleonorę w „Sprawie Dantona” Przybyszewskiej, Elmirę w „Świętoszku” Moliera, Kate w „Kalece z Inishman” McDonagha, Erna. Liczne role w teatrze telewizji. Wśród ról filmowych: Kazia w „Samsonie” A. Wajdy, Robotnica w „Dziś w nocy umrze miasto” J. Rybkowskiego, Basia w „Rozwodów nie będzie” J.S.Stawińskiego, kasjerka we „Wszystko na sprzedaż” A. Wajdy, Binia w „Romansie Teresy Hennert” I. Gogolewskiego i inne.