W wiernej służbie dobrej zmiany!

Ireneusz Łazarski
W wiernej służbie dobrej zmiany!

W ostatnich latach wprowadzono wiele „dobrych zmian”, przetoczyły się też liczne dyskusje o miejscu i roli Sądu Najwyższego w strukturze polskiego systemu prawa i wymiaru sprawiedliwości. Najnowsze wypowiedzi prezesa Polski wskazują jednak, że to nie koniec, a z tych wprowadzonych dotychczas zmian partia wycofać się nie zamierza.

A jeśli, to zrobić to tak, by społeczeństwo nie zorientowało się, że PIS uległo naciskom TSUE. Takie kombinowanie zajmie sporo czasu, więc nie tylko nie dostaniemy pieniędzy na KPO (Krajowy Plan Odbudowy), ale też będziemy płacić wysokie kary za sztandarowe reformy Ziobry i jego akolitów. W tym kontekście przypomnijmy prerogatywy Sądu Najwyższego, bo zajmuje się wszystkim, lecz niezbyt tym, co nakazuje ustawa o Sądzie Najwyższym oraz Konstytucja. Otóż Sąd Najwyższy: stwierdza ważność wyborów, rozpoznaje protesty wyborcze, rozstrzyga zagadnienia budzące wątpliwości prawne, rozpoznaje kasacje, opiniuje ustawy oraz inne akty normatywne. W sprawach postępowań dyscyplinarnych sędziów, adwokatów, radców prawnych oraz notariuszy wydaje jedynie rozstrzygnięcia nadzorcze. Pierwszy Prezes SN jest także Przewodniczącym Trybunału Stanu, przed którym mogą stanąć: Prezydent RP, Premier oraz członkowie Rady Ministrów, Prezes NBP, Prezes NIK, członkowie Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, osoby, którym premier powierzył kierowanie ministerstwem oraz Naczelny Dowódca Sił Zbrojnych.
A co robi I Prezes SN Małgorzata Manowska? Wyrzuca/odsuwa sędziów od orzekania, podpisuje oświadczenie, w którym odnosi się do głośnych przypadków uchylania orzeczeń neosędziów – czyli osób powołanych do sądów na wniosek nowej Krajowej Rady Sądownictwa. Dzieli w nim sędziów na dobrych, nominowanych przez „dobrą zmianę”, i tych mianowanych wcześniej, czyli złych. „Wyrażam pełne poparcie dla sędziów, których orzeczenia, z rażącym naruszeniem Konstytucji, w ostatnim czasie uchylają lub w inny sposób lekceważą niektórzy sędziowie powołani przed rokiem 2018”. Owa KRS, nie mając do tego kompetencji, wskazuje prezydentowi, kogo ma powołać na sędziego. Jeszcze do niedawna dość powściągliwa, prezes Manowska, obecnie ustawiła się w pierwszej linii pasjonatów dobrych zmian, za które będziemy płacić 4,6 mln PLN kary dziennie. To na razie, bo przy wydajnej produkcji pieniądza pod nadzorem Glapińskiego, nie da się ukryć, że owa kara wkrótce przekroczy 5 dużych baniek. Wielokrotnie pisano, że pierwsza prezes SN pogłębia chaos w SN; już samo jej powołanie budziło i budzi wiele wątpliwości prawnych.
Rozstrzygnięcia wszystkich sądów, nie tylko SN, stają się niepewne, a powołana KRS nie gwarantuje niezależności od polityków. Tak wynika z orzeczeń SN, NSA i unijnego Trybunału Sprawiedliwości. Także Europejski Trybunał Praw Człowieka orzekł niedawno, że procedury powoływania sędziów prowadzą do naruszenia prawa do rzetelnego procesu. W obronie tego prawa stają sądy, nawet Izba Karna SN orzekła niedawno, że „Konieczność dochowania standardu rzetelnego procesu wymaga uchylenia zaskarżonego postanowienia” – uznając, że składy SN z nowymi sędziami nie były prawidłowo obsadzone. Podobne orzeczenia zapadają w sądach powszechnych, a sędziowie różnych sądów deklarują, że nie będą orzekać z neosędziami, aby nie narażać osób stających przed sądami.
Zamiast rozstrzygać zagadnienia prawne zgodnie ze swoimi kompetencjami, I prezes SN walczy z sędziami. Pisze w oświadczeniu o „politycznym aktywizmie”, „sprzeniewierzeniu się ślubowaniu sędziowskiemu”, a nawet sędziowskiej tyranii. „Sędzia, który nie potrafi, bądź świadomie nie chce, postępować zgodnie ze złożonym ślubowaniem powinien odejść ze służby”. Pisze też o szykanach, solidaryzuje się z sędziami, którzy stali się obiektem ostracyzmu środowiskowego, nie wspominając, że szykanom poddano jedynie tych, których KRS odsunęła od orzekania, m.in. za pytania prejudycjarne do TSUE. „Za niedopuszczalne uważam stygmatyzację, atakowanie i podważanie ich autorytetu”- twierdzi, ubolewając nad dyskomfortem doznanym przez swoich akolitów! „To nie oni powinni się wstydzić, tylko ci sędziowie, którzy, uzurpując sobie rolę ustrojodawcy, podważają fundamenty polskiego wymiaru sprawiedliwości”. Nie ukrywa nawet, że jedynym ustrojodawcą tworzącym fundamenty sprawiedliwości mają być jej mocodawcy w osobach prezesa Polski i Ziobry, którzy zapowiedzieli że dopiero „nadchodzi wielka reforma sądów”, co najwidoczniej uskrzydliło pierwszą Prezes. Stwierdzili też, że sędziowie, którzy przeszli przez nową KRS, „zasłużyli na awans niewątpliwie dobrym przygotowaniem merytorycznym i swoją ciężką codzienną pracą”. Będą więc dalsze awanse osób o wątpliwej reputacji i dorobku zawodowym, ale wiernych dobrym zmianom. A już kuriozum stanowi przypadek nominacji do Naczelnego Sądu Administracyjnego Ł. Piebiaka, wyrzuconego z ministerstwa za aferę hejterską, który nigdy nie orzekał w sądach administracyjnych. Pani Prezes dodaje: „Sąd Najwyższy nie może akceptować orzeczeń z pominięciem przepisów ustawy” Chodzi tu m.in o przepisy nakazujące Polsce zawieszenie stosowania się do orzeczeń TSUE, który orzekł był o ich niezgodności z prawem unijnym. Według pierwszej Prezes, ich nierespektowanie prowadzi do pogwałcenia praworządności i sprzeniewierzenia się ślubowaniu sędziowskiego, co jej zdaniem powinno skutkować odejściem sędziego z zawodu. Za wykonywanie orzeczeń europejskich trybunałów należy sędziów zastraszyć, a jeśli to nie pomoże – usunąć. Sędziowie powołani przed wprowadzeniem przez PIS zmian, dopuszczają się „aktów tyranii”, a jedynymi praworządnymi są wszyscy powołani przez nową KRS. Według pani Prezes bardzo praworządny jest też TK Julii Przyłębskiej, która potwierdziła przecież, że „sposób wyłaniania sędziowskich członków KRS jest zgodny z Konstytucją.
Zdaniem Manowskiej sędziowie powołani po 2018 r. też mają prawo podważać orzeczenia sędziów powołanych wcześniej, więc apeluje do sędziów o wstrzemięźliwość i nieuleganie pokusie uzurpowania sobie tej władzy, której Konstytucja ani ustawy sędziom nie przyznały. Pycha jest wrogiem służby” – tak twierdzi. Chcecie przestrzegać orzeczeń TSUE i ETPC, to odejdźcie z zawodu – wynika z oświadczenia. A z drugiej strony – marazm decyzyjny w sprawach, którymi SN winien się zajmować i rozstrzygać, widać było od chwili wątpliwej nominacji pani Prezes. Po prostu nie wiedziała zbytnio co robić, ale teraz uskrzydlona stwierdzeniami swoich mocodawców, pokazuje, że wie!
Potwierdzeniem tego jest nie tylko owe oświadczenie, ale też wywiad pani Prezes udzielony Justynie Dobrosz – Oracz. Wywiad – kuriozum, w którym dziennikarka robi wszystko, aby jej wysoka dostojność raczyła odpowiedzieć na jakiekolwiek pytanie! Nie tylko nie odpowiedziała na żadne, ale nawet nie dopuściła do ich zadania, a dziennikarkę potraktowała jak natrętną, brzęczącą muchę. Wygłosiła pouczającą tyradę na temat nieznajomości prawa przez TSUE i potwierdziła, że wszyscy nowi sędziowie zostali powołani bardzo prawidłowo (taką moc przyznała sobie zapewne po uskrzydlających rozmowach ze zwierzchnikami). „Wyrzuciłam kilku sędziów i z tego TSUE zrobiło bezpodstawną aferę, co jest niepoważne!” Rozmowę zakończyła cenną dla wszystkich poradą: „Niech nikt nie spodziewa się mojej dymisji”. Tu widać postęp, bo wcześniej bywała uprzejma, za co jeszcze w sierpniu br. groziła jej dymisja. Ale zrozumiała, że tak dalej nie można, więc w porę się pozbierała i przyjęła godną postawę bojowniczki „ o dobre zmiany w sądownictwie”, co gwarantuje jej, i osobom podobnie powołanym, sowite apanaże i spokój.
Aby zobrazować merytoryczną niemoc prezes Manowskiej, ale też niezrozumienie swojej roli, wyjaśnijmy to na przykładzie tzw. sprawy frankowczów. Od dwóch lat mamy wyrok TSUE, kilka ważnych orzeczeń SN z przełomu lat 2019/2020, mnóstwo decyzji UOKiK i orzeczeń sądów powszechnych. To, co pozostało w sprawie do załatwienia, należy wyłącznie do sądów rozpatrujących sprawy. Mamy prawo, są jego wykładnie, pozostaje postępowanie dowodowe w celu ustalenia faktów związanych z wykonywaniem owych umów. Prezes Manowska chyba nie pojmuje, że abuzywność i jej zakres to fakty, które mają ustalić sądy powszechne w postępowaniu dowodowym. Sądy nie mają kłopotów z prawem i jego interpretacją, zaś najwięcej pracy wymaga sama materia sporu, zebranie faktów i sformułowanie roszczeń, a to już zadanie strony wnoszącej sprawę do sądu. Co strona wniesie, to sądy rozpatrzą, dokonają subsumpcji i orzekną. W tym procesie nie wyręczy ich Sąd Najwyższy, ani nawet ostateczny – po prostu nie może – bo nie leży to w jego kompetencji.
Aż tu nagle, w końcu ub. roku, prezes Manowska skierowała z izby do izby SN – czytaj z pokoju do pokoju, bo przecież nie z Izby Cywilnej do np. Karnej, sześć pytań o fakty związane z realizacją umów o kredyty indeksowane/denominowane do walut obcych. Jako mgr prawa, czując się – a jakże, równie uprawniony do ubiegania się o prezesurę owych Izb, a nawet TK, pytałem wcześniej, ale pytanie to ponowię: Z jakiego przepisu Konstytucji albo ustawy o Sądzie Najwyższym pani Manowska wykoncypowała, że zadaniem SN jest ustalanie faktów w jakiejkolwiek sprawie? Czyżby przeprowadziła gruntowną analizę wszystkich umów i zamierza na tej podstawie rozstrzygnąć o faktach, o których rozstrzyga postępowanie dowodowe?
No i się zaczęła epopeja z wyznaczaniem terminów rozpraw i ich odwoływaniem. Śledzili ją wszyscy zainteresowani z nastawieniem, że po kolejnym wyznaczeniu „teraz to już na pewno zapadną rozstrzygnięcia”. A tu totalna klapa; rozstrzygnięć nie ma do dziś, bo być nie może, chyba, że zamiarem byłoby wyręczenie sądów powszechnych i wykazanie, że sędziowie w tej sprawie są niepotrzebni, co też trudno wykluczyć! Zorientowawszy się zapewne o nonsensie kompetencyjnym owych pytań, prezes Manowska przekierowała je do kilku niezwiązanych merytorycznie instytucji, niektóre zaś do nieuznawanego przez jej mocodawców TSUE. Czyżby w tej sprawie była innego zdania? Tenże TSUE już w październiku 2019 r. orzekł, że ustanowionych w krajach UE praw należy przestrzegać, a prawa konsumenta podlegają ochronie szczególnej. Prezes Manowska chce chyba wskazać na wątpliwości dotyczące konieczności respektowania orzeczeń TSUE, bo niepodobna by chodziło o ich poszanowanie. Jednak najważniejsze, że sprawę udało się zamotać i spowodować opóźnienie wszelkich rozstrzygnięć, bowiem w sądach powszechnych zaczęła ustalać się szkodliwa praktyka orzecznicza na korzyść kredytobiorców (vide stanowisko KNF z grudnia 2020 r).
Przypomnijmy owe pytania skierowane przez panią Prezes z jednej Izby do drugiej, by ta druga odpowiedziała, a raczej opowiedziała o kursach (3 pytania), kondykcjach, przedawnieniu i wynagrodzeniu za kapitały. Pominęła przy tym fakt, że premier w tej sprawie pisał do TSUE trzykrotnie, że popiera, i że bardzo. Teraz milczy (?), ale na szczęście jego epistoły są nadal dostępne w necie.
W dyskusjach z udziałem czynników politycznych oraz NBP ukształtowało się przekonanie, że w sprawie frankowiczów, niezależnie od prawa, to władze mają rozstrzygnąć w końcu kto, komu, kiedy i ile ma oddać; stąd zapewne owe pytania.. Ale jak odpowiedzieć na pytania, które rozmijają się z kompetencjami Sądu Najwyższego? W czasach kiedy prawo, prawo znaczyło, ktokolwiek dostrzegł niejasności w przepisach, zwracał się do SN, a tenże zakasywał rękawy i rozstrzygał, jak oznajmia pismo (ustawy) – a tu SN zapytuje SN, bo dziś dobro ogółu wymaga wzajemnej współpracy wszystkich instytucji, więc skoro sądy powszechne postępują źle i rozstrzygają na korzyść jednostki, proces ten trzeba było zatrzymać, co w znacznej mierze się udało.
Autorka pytań, zatroskana kondycją rodzin i ich dzieci, zagadnęła w sprawie owych kredytów szereg instytucji, nie mających ze sprawą nic wspólnego. Pominęła przy tym interpretacje wielu autorytetów prawniczych, choćby prof. Łętowską, którą trudno posądzać o postawę antykonsumencką, a także uzasadnienia sądowych wyroków wydanych przez sądy powszechne. Wątpliwości prawnych tu nie ma, ale chodzi tu o obawy innego rodzaju. Niezależnie od tego, jak stanowi prawo, należy ustalić czy w ogóle, a jeśli tak, to ile i kiedy oddawać owym krwiopijcom frankowiczom, żerującym na bankach i nieszanującym woli ludu pracującego miast i wsi i ich dorobku zgromadzonego w bankach. A sądy powszechne przez ostatnie 30 lat odzwyczaiły się od wspierania władzy, co stało się nagminne i szkodliwe. W procesie reformowania należy owe utracone wartości przywrócić. Nie będą nam tu (…) wydawały wyroków na korzyść bogatych, w sytuacji, gdy dzieci wielu polskich rodzin głodują; takich wyroków nie zaakceptujemy! Zainteresowanych pogłębieniem wiedzy, polecam treść zapytań prezes Manowskiej ws. frankowiczów, skierowanych do wielu instytucji, w tym do Rzecznika Praw Dziecka(sic).
Izba Cywilna SN mogłaby pomóc mobilizować sądy i wskazywać np. które prawo stosować albo jak egzekwować wyroki od wszechmocnych banków po wygranym procesie. To w sposobie realizacji umowy leży pies pogrzebany, a nie w kursach, liczbie kondykcji, kosztach banku, braku prawa czy jego wykładni. Czy I Prezes SN Manowska tego nie wie? Sądy nie mają kłopotu z rozstrzyganiem o abuzywności, czy o innych naruszeniach prawa, więc wystarczyłoby czytać ze zrozumieniem uzasadnienia dotychczasowych wyroków. Zamiast tego pojawia się kuriozalne stwierdzenie, że „Sądy czekają na werdykt SN rozstrzygający o tym, kto, komu i ile powinien oddać po stwierdzeniu nieważności umowy kredytu”! A przecież mają do dyspozycji obowiązujące prawo, wyroki TSUE, SN, sądów powszechnych i decyzje UOKiK. W tej sytuacji oczekiwanie, że SN miałby ustalać to, o czym mowa powyżej, wydaje się potwierdzać tezę, że SN, NBP, banki, ich prawnicy, a także władze, są bardziej zainteresowani przedłużaniem, czyli unikaniem rozstrzygnięć. Prof. Ewa Łętowska słusznie twierdziła w 2019r., że w Polsce brak praktyki orzeczniczej, tradycji ochrony konsumentów, a nawet woli rozstrzygania, bo przepisy dot. abuzywności w umowach konsumenckich obowiązują w Polsce już od 2000r. Teraz to się zmieniło, a blokersa mamy nie w sądach powszechnych, lecz w Najwyższym.
Wbrew temu, co twierdzi wielu finansistów i ekonomistów, kredyty, o których mowa, nie wymagają odfrankowienia, lecz jedynie wyeliminowania abuzywnych klauzul. Te ok. pół miliona, to kredytobiorcy kredytów złotowych indeksowanych do CHF. W procedurach indeksacji nie jest potrzebna waluta obca, jak utrzymują banki, bo indeks to jedynie wskaźnik przeliczeniowy, o czym wie każdy emeryt. A w toczących się procesach banki łatwo nie odpuszczą, bo mają polityczne wsparcie. Włodarze RP przestali nawet udawać, że popierają „słuszne racje frankowiczów”; bowiem wszystko co szkodzi bankom, szkodzi też władzom, bo utrudni dostęp do pieniędzy. Anulowanie abuzywnych klauzul pozbawi banki majątku w postaci bezprawnie naliczonych należności. Ten powstały „znikąd” majątek jest znaczny, więc anulowanie naliczeń indeksacyjnych oznacza dla banków zmniejszenie potencjału kredytowego o setki miliardów PLN. Banki zrobią wszystko, aby nie utracić majątku, który nadal im „się po prostu należy”, co zmienić może jedynie sąd.
O podstawach rozstrzygania tych sporów pisała prof. Ewa Łętowska w swoim opracowaniu „ da mihi factum – dabo tibi ius” (daj mi fakty – dam ci prawo) odnosząc się do aspektów prawnych (dabo tibi ius). Dlatego już w pozwie należy podać wszystkie factum, co sprowadzi rolę sądu do „dabo tibi ius”, a bank do roli tego, który owe facta ma wyjaśnić. To kredytobiorca winien postawić bankowi zadania i pytania odnoszące się do zakresu swego żądania, bez angażowania innych instytucji czy ekspertów. A tu z pomocą pospieszyła prezes Manowska i jej Sąd Najwyższy; ale nie oszukujmy się – nie kredytobiorcom!
SN i jego Izby nie mogą rozstrzygać o faktach., nie rozstrzygną pytania o kondykcje, bo możliwość wzajemnego potrącenia nie jest ograniczona w czasie. Wystarczy, że strona wykaże zasadność kompensacji, tj. istnienie, wysokość i wymagalność przysługującej jej wierzytelności. Podobnie rzecz się ma z kursami walut i ich konsekwencjach. Pisałem o tym do Rzplitej. O czymże SN miałby tu orzekać?. Czy banki mają prawo do marży na kursach? Mają. Czy marże mogą być różne? Mogą. Czy może zmieniać fakty? Nie. To wydaje się potwierdzać tezę, że list Manowskiej i owe pytania to raczej gra na czas, czyli ściema, by rozstrzygnięcia przeciągać, na czym szczególnie zależy bankom. Przepisy o ochronie konsumentów obowiązują od 2000r. W 2019r. doszedł wyrok TSUE, wiele orzeczeń SN, UOKiK; nawet rząd RP pisemnie zobowiązał się, że wyrok TSUE będzie respektowany. Ciekawe, dlaczego przestał się tym chwalić?.
Kredyty indeksowane/denominowane to kredyty złotowe kredytów udzielonych we frankach, euro dolarach, problem w ogóle nie dotyczy. Wyeliminowanie klauzul indeksacyjnych rozwiązuje wszystkie sprawy związane z kursami. A abuzywności klauzul nie da się stwierdzić żonglując paragrafami, potrzebne są fakty, czyli potwierdzenia jak umowa była w rzeczywistości realizowana.
O czym zatem miałaby rozstrzygnąć Izba Cywilna SN, skoro ustalanie faktów należy do sądów powszechnych w postępowaniu dowodowym? Dlaczego przed sformułowaniem pytań, ich autorka nie dostrzegła potrzeby skonsultowania i uzgodnienia ich treści z autorytetami ekonomicznymi, finansowymi i prawnymi? Niestety, praktyka orzecznicza ku utrapieniu banków, zmierza w złym kierunku, o czym ostrzegała KNF, a frankowicze wykazują brak szacunku dla porządku ekonomicznego i społecznego. Nadto liczne instytucje i osobistości wyrażają obawy o kondycję systemu bankowego, budżetu, nowego ładu, przyrostu PKB, takoż i poszanowania zasad gospodarki rynkowej.
Oczekiwanie na jakiś werdykt SN w sprawie kredytów indeksowanych to nonsens. Na pytania, które postawiła I prezes SN odpowiedziały już dawno sądy powszechne i to wielokrotnie -. wystarczyłoby zrobić ściągę z niektórych uzasadnień, dorzucić parę zdań prof. E. Łętowskiej i sprawa zostałaby załatwiona. Sądy rozstrzygają na podstawie faktów i dokładnie je opisują. A co najważniejsze – przedstawiają sprawę w sposób nader zbieżny z rzeczywistością.
Po wyeliminowaniu abuzywności problem kursów walut znika, bo świadczenia stron są w złotówkach, ale co ważniejsze – banki stosowały kursy zgodne z tabelami, lecz odwrotne niż wynika to z natury transakcji kupna i sprzedaży, bo wprowadziły do umów mechanizm sprzedaży krótkiej, czyli odwróconej. Także w sprawie kondykcji: wystarczy ustalić, kto i co świadczył, czyli ile zapłacił, a różnicę, jako bezpodstawne wzbogacenie zwrócić. Cóż miałby do tego dodać SN? Również terminy przedawnienia SO rozstrzygnął zadziwiająco prosto (art 120 kc).: „jego bieg rozpoczyna się od dnia, w którym uprawniony mógł wezwać zobowiązanego do zapłaty”. Nie można go ustalić in abstracto, a jedynie indywidualnie na faktach, z uwzględnieniem tego co powyżej.
Najciekawsze jest pytanie o koszty kapitałów, tj. korzystanie z pieniędzy, bo w nim dostrzec można sugestię, jakoby kredytobiorcy ustalali z bankiem politykę kredytową i kapitałową. Jeśli bank tracił na swapach, czy foreksach i straty te wiąże z kredytami frankowymi, potwierdza tym samym, że kreował pozycje walutowe poszerzając sobie zakres gry na rynkach walutowych kosztem kredytobiorców. Koszt kapitału to koszt alternatywny inwestowania w bank przez właścicieli (kapitały własne), albo obcych (obligacje, pożyczki, kredyty udzielone przez inwestorów). Gdyby SN orzekł, że bankom należy się zwrot kosztów ich pieniędzy, byłby to zwrot na miarę przewrotu leninowskiego. Wówczas każdy wytwórca mógłby też domagać się od klienta zapłaty za każdy wyprodukowany bubel, bo koszty producenta to też zużycie kapitału!.
Tym sposobem odpowiedzi na wszystkie pytania prezes Manowskiej mamy z głowy. Zatem po kiego diabła kredytobiorcy mają czekać na Manowską, a teraz na kolejne orzeczenie TSUE w sprawie kosztu kapitałów, które nastąpi nie prędzej niż za dwa lata? Trzeba przyznać, że jest to manewr sprytny, bo władze i banki już osiągnęły to, co chciały – spowodowały zawieszenie postępowań przed sądami ad calendas graecas.
Banki utrzymują, że udzielały kredytów walutowych, ale indeksowaniu podlegają tylko kredyty złotowe, nie walutowe, bo tam nie ma klauzul. A indeksowanie to wycena instrumentu finansowego, w ramach którego bank nabył prawo do waluty CHF i pozycję „długą”, klient zaś pozycję „krótką” czyli obowiązek odkupienia prawa w ustalonym czasie i kursie. To oznacza, że umowa zawiera dwie instytucje prawne: kontrakt na opcję i kredyt bankowy. Pierwsza – to sprzedaż instrumentu finansowego, w której bank nabywa prawo do waluty CHF, za uzgodnioną kwotę w PLN, którą płaci klientowi. W ten sposób zostaje należność banku od klienta we frankach. To typowa opcja sprzedaży, za którą zapłatę w PLN ubrano w formę kredytu, natomiast klient, zwany odtąd frankowiczem, spłaca raty w ramach obowiązku wykupienia od banku prawa do waluty.
W latach 2004-2008 kontrakty na opcje zawierano z firmami. A ponieważ konsumentom oferowanie dealu „kup pan opcję” nie brzmiałoby poważnie, znaleziono na to sposób , wszczepiając” ową opcję w umowę kredytu. Wystarczyło jedynie klienta zgłaszającego się po kredyt przekonać o zaletach indeksowanego, co z ochotą czynili wszyscy, szczególnie pośrednicy, którzy za samo podpisanie umowy zarabiali krocie. Klient otrzymywał złotówki, bank zaś franki w postaci należności poddanej indeksacji. Banki mogą prowadzić obrót opcjami i innymi instrumentami, ale nie w powiązaniu z kredytami hipotecznymi, które przywiązują klienta do banku jak psa na łańcuchu.
Bez transakcji sprzedaży krótkiej waluty, udzielenie kredytu indeksowanego byłoby niemożliwe. Zatem indeksacja to ukryty kontrakt na instrument finansowy pochodny. Straty ponosi wystawca opcji czyli klient zwany kredytobiorcą, a zyski przypadają bankom dopóty, dopóki indeks PLN/CHF nie spadnie poniżej kursu ustalonego przy pierwszej transakcji. Tak banki stworzyły produkt, który nie tylko nie zapewniał równowagi kontraktowej między stronami, ale był także sprzeczny z zasadą uczciwości biznesowej niezależnie od statusu kredytobiorcy. Konsekwencje niezgodności umowy o kredyt indeksowany z naturą stosunku oraz zasadami współżycia społecznego określają nie tylko przepisy art. 385’ kc i Dyrektywa 93/13 EWG, ale też art. 58 kc (nieważność bezwględna). Aż dziw bierze, że ani nadzór bankowy, ani audytorzy kontrolujący banki rokrocznie przez ponad 15 lat tego nie wykryli. Pozostaje jednak pytanie – czy rzeczywiści chcieli? I teraz od ponad roku, wmieszała się w to prezes Manowska ze swoimi pytaniami i Sądem Najwyższym. Pomogła tym władzy i bankom, ale zaszkodziła wszystkim kredytobiorcom, bo z tego powodu niemal wszystkie sądy zawiesiły, oczywiście nieoficjalnie, postępowania. Bo to przecież banki mają pieniądze tak potrzebne władzy do realizacji ich politycznych celów.

Poprzedni

O Władysławie Gomułce z nieprzemijającą pamięcią Polskiego Października i o częściowej prawdzie z książki prof. Andrzeja Nowaka.

Następny

Analiza sytuacji (możliwości) rewolucyjnej w niektórych państwach i rejonach Azji (cz. I)