Wspomnienia Kolegi Kierownika

Jacek Fedorowicz (rocznik 1937), to człowiek licznych talentów. Kiedyś mówiło się o takich – człowiek renesansowy. Satyryk, rysownik, scenarzysta, aktor, felietonista, osobowość telewizyjna. Ukończył studia na Wydziale Malarstwa Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych w Gdańsku (dyplom uzyskał w 1960).

Był jednym z założycieli (m.in. ze Zbigniewem Cybulskim i Bogumiłem Kobielą) gdańskiego studenckiego teatru Bim-Bom (w latach 1954–1960). Należał Jeszcze w czasie studiów rozpoczął współpracę z gdańskim radiem jako autor i aktor, zaś jako autor i rysownik-karykaturzysta z prasą lokalną i ogólnopolską, tj. „Dookoła świata”, „Po prostu”, „Dziennik Bałtycki”, „Szpilki”, „itd” i inne. W drugiej połowie lat 60-tych występował w Telewizji Polskiej, gdzie współtworzył m.in. z Jerzym Gruzą programy rozrywkowe, Poznajmy się, Małżeństwo doskonałe, Kariera i Runda. W latach 70. był współautorem radiowego, w Trojce, magazynu satyrycznego 60 minut na godzinę, gdzie występował w kilkunastu rolach, tworząc m.in. postacie Kolegi Kierownika (antypatyczny buc w specyficzny sposób kaleczący mowę) i Kolegi Kuchmistrza. Prowadził też w radiu poranne pogadanki. Wraz z Piotrem Skrzyneckim prowadził pierwszy Festiwal Piosenki Polskiej w Opolu. W latach 60. i 70. często występował na estradzie, najpierw w „Kabarecie Wagabunda” (m.in. z Marią Koterbską, Mieczysławem Czechowiczem i Bogumiłem Kobielą), potem w programie „Popierajmy się” (z Bohdanem Łazuką, Tadeuszem Rossem, Piotrem Szczepanikiem i Ryszardem Markowskim). Dał się poznać jako utalentowany showmen telewizyjny prowadząc w charakterze superaktywnego konferansjera a nawet wodzireja programy „Małżeństwo doskonałe” i „Kariera”. W gruncie rzeczy był to rodzaj roli komediowej, jako że Fedorowicz strzelał prawdziwymi fajerwerkami bardzo dobrego humoru. Zanim do tego doszło pojawił się na ekranie filmowym w epizodzie w filmie Janusza Morgensterna „Do widzenia do jutra” (1960). Później pojawiał się w większych rolach komediowych w takich filmach jak zagubiony inteligent w „Nie ma róży bez ognia” Stanisława Barei, a w „Motodramie” Andrzeja Konica zagrał nawet główną rolę „Jajacka”. Bawił też widzów w roli speedy-przewodnika turystycznego w jednym z odcinków serialu Jerzego Gruzy „Wojna domowa”. Słowem – człowiek orkiestra.
Gdy się kończy lekturę jego kolejnego już tomu wspomnień figlarnych, czuje się żal, że to już koniec. Bo Fedorowicza felietonistę i pamiętnikarza można by jeść łyżkami bez znudzenia, bez przesytu i szkoda że jest tych felietonów w tym tomie tylko setka, okraszona znakomitymi ilustracjami samego autora. Rzeczywiście jest zabawny. Fedorowicz opowiada o swoim życiu dawnym głównie i o polityce współczesnej, i opowiada tak, że można boki ze śmiechu zrywać, choć to humorysta wyrafinowany, subtelny, ale jednocześnie nie stroniący od poważnej refleksji. Jego felietony należałoby chyba zaliczyć do gatunku powiastki filozoficznej typu wolteriańskiego, aczkolwiek narrator, choć może trochę Kandyda przypomina, to daleki jest od jego formuły, że żyjemy na „najlepszym ze światów”. Wśród licznych talentów Fedorowicza jest też talent rysowania, które dowcipnie ilustruje i kontrapunktuje humor tekstowy. Na sztych swojego dowcipu wziął Fedorowicz różne sprawy i tematy: przygody z czasów aktywności satyrycznej w telewizji i poza nią, tematy obyczajowe, media, głupotę urzędów, śmieszności, którymi przepełnione jest jego środowisko, wielką i mniejszą politykę. W lekturze na pewno pomaga pamięć psychofizycznej postaci autora, jego sylwetka, gestykulacja i charakterystyczna barwa głosu i typowy dla niego styl inteligenckiej grandilokwencji.
Jacek Fedorowicz – „Święte krowy na kółkach”, wyd. Wielka Litera, Warszawa 2017, str. 307, ISBN 978-83-8032-138-0