Chłopcy z Gdańska

21 lip 2025

Spór, który niedawno powstał wokół wystawy zorganizowanej w Muzeum w Gdańsku pod tytułem „Nasi chłopcy” dotknął pewnej nuty wspomnieniowej sklerotyków. W czasie wojny, jak w garnku, gotują się i mieszają indywidualne losy wielu ludzi i grup, do których byli zaliczani. W Polsce to dotyczyło mieszkańców rejonów uznanych przez Niemców za części Rzeszy – a więc Kaszub, rejonu Poznania. Śląska i naszych, wówczas niewielkich, terenów nadmorskich, z Gdańskiem (Wolnym Miastem) włącznie.

Na tym tle powstawało i powstaje wiele nieporozumień, które jednak zaczynają się – moim, jak zwykle nieuczesanym zdaniem, od opowiadań średniego i najmłodszego pokolenia zasłyszanych od dawno już nieżyjących członków rodzin.

Mam szczęście do wysłuchiwania takich opowiadań. Właśnie ostatnio pewna urocza pani, teoretycznie już staruszka, ale młodsza ode mnie o ponad 10 lat, opowiadała w towarzystwie o swoich wojennych, a zarazem dziecięcych, losach. Powiedziała – „I wtedy weszli do naszej wsi umundurowani żołnierze niemieccy”. Od razu zadałem niegrzeczne pytanie – ale z jakiej formacji? Czy to byli żołnierze Wehrmachtu, czy oddział SS?

Ale ta pani nie wiedziała, pytała mnie czym się różnili – dla niej żołnierz niemiecki to facet w zielonym mundurze. Ciemniejszym, albo jaśniejszym. Czasem w czarnym, jak jechał czołgiem. A SS to chyba takie szczególnie wzorowe oddziały??

Mniej i bardziej złe mundury

Byłem zaskoczony „prostotą” tej wiedzy i przy innych okazjach sprawdziłem jej powtarzalność wśród rodzin znajomych. Tylko niewielka część męskiej młodzieży rozróżnia Wehrmacht od SS, ale nikt z rozmówców nie wiedział, jak SS powstało. Podpowiadam – z grupy ochronnej Adolfa Hitlera. Mieli własny korpus oficerski, różniące się nazwami stopnie wojskowe, tatuaże potwierdzające uczestnictwo, jasnozielone mundury, specjalną przysięgę, kultywowaną dyscyplinę i wpajany pogląd, że są etnicznie czystymi Germanami tym samym elitą obywatelską i wojskową. Uczono ich poczucia wyższości rasowej i starano się naśladować zwyczaje rzymskich legionów. Nawet powitalno-pożegnalny okrzyk „Heil Hitler” był w gruncie rzeczy niepoważnym naśladownictwem rzymskiego „Ave Caesar”.

To rozróżnienie niemieckich jednostek miało w czasie II wojny istotne znaczenie. Jednostki SS traktowały obywateli, wojska i powstające oddziały partyzanckie podbitych krajów, z zaszczepioną nienawiścią i lekceważeniem. Natomiast niemiecka armia, czyli Wehrmacht, traktowała wrogów ze specyficznym szacunkiem, wyniesionym przez oficerów ze szkół wojskowych, w których starano się podtrzymywać pruskie tradycje lokujące tę armię na wysokich pozycjach w Europie i świecie. Według tych tradycji żołnierz niemiecki, a zwłaszcza oficer, nie musiał być wobec wrogów przyjacielski i litościwy, ale powinien być solidny w realizacji zobowiązań, szanować ich sztandary, hymny, mundury i stopnie wojskowe.

Nie mam skłonności do fantazjowania. Widziałem oficerów Wehrmachtu salutujących naszemu (czyli wtedy jeńców z Powstania) improwizowanemu sztandarowi podczas momentu oddawania broni po kapitulacji Powstania w akademiku na placu Narutowicza. Widziałem także żołnierzy SS opluwających i podpalających inną naszą chorągiew. Różnice zachowań były wyraźne.

Dobrzy dezerterzy

Na tym tle przejdźmy do sedna tematu tego artykułu. W Wehrmachcie było dużo żołnierzy pochodzących z polskich rodzin, ale, jak wspomniałem, wielopokoleniowo zamieszkałych na terenach uznanych w czasie wojny za części państwa niemieckiego. Obowiązywał tam normalny pobór do wojska. Nie było formalnych możliwości odwołania, poza lekarskim uznaniem braku odpowiedniego stanu zdrowia. Młodzież męska z tych rodzin szła więc do wojska i była wysyłana na różne fronty lub na okupację podbitych krajów. Najwięcej trafiało na front wschodni, ale wielu służyło też w jednostkach na terenie Francji i Włoch.

W końcowej fazie wojny, w 1944 roku dezercja i ucieczka do jednostek angielskich czy amerykańskich występowała, ale była niewielka m.in. z racji bariery językowej i zagrożenia wysokimi karami – z karą śmierci włącznie. Zwiększyła się gwałtownie z chwilą wejścia na front włoski korpusu Gen. Andersa. Niemieccy żołnierze polskiego pochodzenia zaczęli uciekać do Andersa niemal masowo. Zdarzało się, że mieli w Korpusie kolegów, a nawet członków rodzin.

Niektóre źródła mówią nawet o ponad 30 tysiącach – co mnie nie wydaje się prawdopodobne. Cały korpus wychodząc z ZSRR liczył nie więcej niż 75 tysięcy, a po walkach w Afryce i po kampanii włoskiej zmniejszył się do ok. 45-50 tysięcy.

Kilku takich byłych niemieckich żołnierzy, w – czystych i wyprasowanych angielskich mundurach – spotkałem w październiku 1945 roku po wojnie na dworcu we Frankfurcie nad Menem. Przyjechali „na przepustkę” – jak ja – aby zbadać możliwości „złapania” jakiegoś transportu do Polski.

Powiedziałem im o ostrzeżeniach oficerów z Londynu. Stwierdzili, że właśnie dlatego szukają transportów cywili, wywiezionych do Niemiec „na roboty”, pojadą w cywilnych ubraniach. Spieszy im się, bo w kraju czekają niedawno poślubione żony i małe dzieci. Mówili też, że korpus Andersa jest włączony do brytyjskich sił okupacyjnych we Włoszech, i powoli przygotowywany do transportu do Anglii.

Ale atmosfera wokół tych planów nie była dobra. Póki trwała wojna, to oddziały złożone z obywateli państw sojuszniczych były oczywiście przydatne, ale utrzymywanie ich w Anglii w czasach pokoju, podnosiło koszty obrony narodowej i spotykało się z parlamentarnym oporem. W Korpusie liczono się z tym, że po powrocie będzie stopniowo umniejszany i w końcu rozwiązany. O ile dobrze pamiętam, przewidywania te potwierdziły się w 1947 roku.

Chłopcy z polskich rodzin z Gdańska, Katowic, Chorzowa. Bytomia, Grudziądza i wielu innych miejscowości, którzy zdezerterowali z niemieckiej armii i kończyli wojnę w Korpusie generała Andersa, wracali do Polski przez parę lat – chyba aż do 1956 roku. Niektórzy początkowo byli nękani przez UB, inni nie byli. U większości obywateli cieszyli się uznaniem i łatwo znajdowali odpowiadającą im pracę.

Dlatego z pewnym zdziwieniem wysłuchałem w TV wypowiedzi zdenerwowanych panów w zaawansowanym wieku; niemal wrogo traktujących tę grupę. Zarzut powodujący zdenerwowanie – że to przecież nie „nasi” chłopcy, bo zaczęli wojnę w niemieckim wojsku. Zaczęli, bo musieli. Ale uciekli i kończyli wojnę w polskim wojsku. Wielu z nich brało udział w krwawej bitwie o Monte Cassino i w bardziej spokojnym zdobywaniu Bolonii. Ci, którzy jeszcze żyją, są polskimi kombatantami II Wojny światowej. I nie wypada na nich krzyczeć, nawet jeśli się jest nosicielem tradycji Wolnego Miasta Gdańska.

Najnowsze

Sprawdź również

Pokaż twarz robocie!

Pokaż twarz robocie!

Chińcyki - roboty trzymają się mocno. Są trendy w tym sezonie politycznym. Podobnie też chińskie samochody elektryczne i chińskie nowości AI. Czyli „sztucznej inteligencji”, po angielsku zwanej „Artificial Intelligence”. Zaś Chińczycy często na AI mówią „Shēndù...

Kijów i Berlin mogą ominąć Warszawę

Kijów i Berlin mogą ominąć Warszawę

Polska może pomóc Ukrainie wygrać wojnę, a mimo to przegrać walkę o porządek, który powstanie po jej zakończeniu. Po 2022 roku polska polityka wobec Ukrainy została zdominowana przez ideologiczny entuzjazm. Każdą próbę rozmowy o polskim interesie, gospodarce czy...

Rządy „prawa” czy wielkich korporacji

Rządy „prawa” czy wielkich korporacji

Lekarstwo Pfizera na poprawę ostrości widzenia Firmy z Zachodu przez stulecia korzystały z taniej pracy, tanich surowców, rynku zbytu kolonii. Ale musiały znaleźć sposób na dalszą ich eksploatację, kiedy te odzyskały niepodległość. Zachodni kolonialiści tracili...

Współlokator+ nie ocalił koalicyjnej hipokryzji

Współlokator+ nie ocalił koalicyjnej hipokryzji

Prezydent zawetował ustawę o „osobie najbliższej”. Stało się więc to, co było oczywiste, że się stanie. Nawrocki opowiada bajki o „obronie małżeństwa”, ponieważ jak podkreśla bezustannie „nic, co jest quasi-małżeństwem, nie może liczyć na moje wsparcie”. Krucha jest...

Pokaż twarz robocie!

Legionista z Widzewa

Zanim został bohaterem narodowym Wietnamu, musiał kilka razy uciekać. Pierwszy raz z fabryki w Westfalii. Był tam polskim, przymusowym robotnikiem. Do Niemiec trafił tam z łódzkiej dzielnicy Widzew. Urodził się w rodzinie tkaczy w 1923 roku. W czasie niemieckiej...

Czarnek na dywaniku

Czarnek na dywaniku

Przemysław Czarnek nie został jeszcze premierem, ale już zapowiedział, co zrobi, gdy nim zostanie. Na antenie TV Republika stwierdził, że „zmusiłby na arenie międzynarodowej Ukrainę do radykalnej zmiany kursu wobec Polski i Polaków, nie tylko jeśli chodzi o kwestie...