Głos prawicy

Jutro będzie futro

Dziennikarz „Gazety Polskiej” Wojciech Mucha wyraził słuszne oburzenie z powodu wycofania się PiS z zakazu hodowli zwierząt na futra:
O tym, że lis hodowany na futro jest „super spoko”, bo taki tłusty, że nie jest w stanie biegać. I że frajerzy mogą se włączyć filmik Prezesa na Youtube. I że certyfikat. I w ogóle.
Od jakiegoś czasu czułem pismo nosem. Widziałem, jak posłowie deklarujący miłość do „wszelkich stworzeń” unikają rozmowy. Mówiono mi, żebym odpuścił, bo sprawa już jest przegrana. Kiedy przeprowadzaliśmy w „Gazecie Polskiej” wywiad z ministrem rolnictwa Janem Ardanowskim, byłem prawie pewien. Wczoraj klamka zapadła. PiS wycofa się z zakazu hodowli zwierząt przeznaczonych na futra. Zakazu, który stawiałby nas w szeregu cywilizowanych gospodarek i byłby szansą nie tylko na to, by w naszym kraju nie zabijano milionów zwierząt, ale i na to, by z ulgą mogli odetchnąć mieszkańcy wielu miejscowości, od lat protestujący przeciwko tym wątpliwym symbolom potęgi polskiego rolnictwa.
Wiedziałem, że nic z tego, gdy na łamach „GP” minister rolnictwa o protestujących mieszkańcach bez żadnego zażenowania wypowiedział się pogardliwie, porównując ich do garstki kodziarzy, którzy krzyczeli wówczas pod Sądem Najwyższym. Jakby nie widział, że w przeciwieństwie do Pawła Kasprzaka i jego ekipy, zdesperowani protestujący właśnie nie chcą, by „było tak, jak było”, że chcą normalności.
Ale to nie koniec. Minister rolnictwa Jan Ardanowski w rozmowie z „Gazetą Polską” używał repertuaru argumentów znanego doskonale z potyczek z tuzami futrzarskiej propagandy. Sugerował więc, że kto broni zwierząt, zapewne nie ma empatii do abortowanych nienarodzonych, opowiadał o mitycznym zagrożeniu ze strony „niemieckich utylizatorów”, wreszcie opowiadał niestworzone rzeczy na temat rzekomych miliardów wpływów do budżetu czy dziesiątkach tysięcy miejsc pracy „w przemyśle”.
Tyle że przez ostatni rok te wszystkie mity roznieśliśmy z Jackiem Liziniewiczem w pył na łamach mediów Strefy Wolnego Słowa. Jeden po drugim, w zasadzie nim jeszcze cała dyskusja na dobre się rozpoczęła. Nie otrzymaliśmy w zamian żądania sprostowania, żadnego pozwu, jak ma to miejsce z tekstami opisującymi nieprawdziwe fakty. Co więcej, hodowcy odmawiali kolejnych spotkań z nami w programach publicystycznych i ogłaszali pisma, w których stwierdzali, że nie będą udzielać nam informacji. Jeden raz przysłali (chyba tylko pro forma) pismo, z którego wynika tyle, że sami nie wiedzieli, czego chcą. Innym razem straszyli, jeszcze kiedy indziej pogardliwie śmiali się w nos. Cóż – mieli rację.
Mieli rację, że nie muszą się martwić. Sprawą nie zajęło się na poważnie ani ministerstwo, ani politycy. Nie ma spisu inwentarza, nie wiadomo, ile właściwie jest w Polsce wszystkich futerkowych. Szacunki mówią o 10 mln, ale kto to policzy? Ile z nich jest szczepionych? Jak często prowadzone są kontrole na oddzielonych od świata wysokimi murami fermach? Co jedzą norki? Bo że m.in. odpady z krajów Trzeciego Świata, to ujawniliśmy. Co dzieje się na fermach, które widzimy w zasadzie w okresie zimowym, gdy hodowcy chcą się pochwalić stadami podstawowymi, nim jeszcze narodzą się młode.
Niestety. Drobne, ale krzykliwe lobby, które na eksporcie surowych skór zarabia miliardy złotych, okazało się silniejsze niż zdrowy rozsądek. Silniejsze niż fakty, silniejsze niż obrońcy zwierząt, mieszkańcy wsi. Wreszcie silniejsze niż prezes PiS Jarosław Kaczyński. Dostosowana do prawicowego odbiorcy pseudopatriotyczna retoryka w połączeniu z nachalnym promowaniem „przemysłu” przez część mediów poskutkowała. Okazało się, że wystarczy kilku gości z kasą, wtyki w Toruniu i już można rozporządzać tym, jak ma wyglądać ustawa. Wody w usta nabrali posłowie, którzy dotychczas opowiadali się za zakazem. Jakby gromy ciskane z eteru i wizji rzeczywiście działały paraliżująco.
Minister rolnictwa Jan Ardanowski przekonywał wczoraj, że „hodowle zostają, ale warunki się zaostrzą”. O tym, jaka będzie rzeczywistość, niech świadczą inne jego słowa. Oto usłyszeliśmy, że hodowle zwierząt futerkowych będą poddawane szczególnej kontroli i że „polepszy się dobrostan zwierząt”, które – przypomnijmy – żyją w małej klatce tylko po to, by trafić do wózka z gazem, a potem na plecy nowobogackich. Poprawa warunków to oczywiście bzdura, którą minister mógł sobie darować. Nie sposób zapewnić zwierzętom futerkowym dobrostanu, by szedł on jednocześnie w parze z opłacalnością produkcji. Zresztą, w depeszy PAP czytam: „Minister rolnictwa zapowiedział równocześnie, że fermy futerkowe zostaną poddane certyfikacji, jeśli będzie trzeba międzynarodowej, która sprawi, że zwierzęta będą utrzymywane w warunkach adekwatnych do ich wymagań”. Spieszę wyjaśnić Państwu, że to zmiana w stosunku do tego, co kilkanaście dni temu minister deklarował w rozmowie z „GP”, w której przekonywał, że certyfikacja międzynarodowa jest pewnikiem. Za chwile okaże się zapewne, że certyfikacja wcale nie jest potrzebna. Będzie tak, jak było.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *