Minneapolis w ogniu

Z policją mam pewien zgrzyt; z jednej strony, moje środowisko, zwłaszcza to skrajnie lewicowe i antyfaszystowskie otwarcie nią pogardza i widzi w niej wroga numer jeden. Pal go sześć, że większość tych deklaracji jest czysto wizerunkowa, bo to fajnie wygląda na plakatach i napisach na murach. Z drugiej strony, mam wśród policjantów sporo znajomych i złego słowa na żadnego nie powiem. Choć grzeczne chłopaki to zazwyczaj nie są.

Śledzę uważnie doniesienia amerykańskich mediów o zamieszkach w USA, po śmierci George’a Floyda. Człowiek zginął, uduszony nogą policjanta, przyciśnięty do trotuaru, w trakcie zatrzymania. Po, co tu kryć, zabójstwie Floyda, amerykańskie miasta, głównie Minneapolis, zapłonęły żywym ogniem w świętej sprawie. Floyd był czarny. Zginął z rąk białego. Nic więcej, zwłaszcza w kryzysie, robić nie było trzeba. Chaos i anarchia przyszły same.

Branża muzyczna ze Stanów, którą śledzę w mediach społecznościowych równie uważnie, zrazu wydała wyrok. Floyd jest ofiarą, a katem policja, napędzona rasistowskim katalizatorem. Artyści stają po stronie tych, którzy wołają o sprawiedliwość. Ja też się tam sytuuję. Zawsze. Po stronie wolności i sprawiedliwości. Jednakowoż często nie wystarcza mi sama deklaratywność, bo lubię wiedzieć, o co się biję. A gdy się zajrzy do sprawy Floyda, to już nie jest tylko czysty, biały rasizm, ale coś więcej, co nie ugina się przed prostą dychotomią: dobry czarny i zły biały.

Floyd zginął wskutek bezbrzeżnej brutalności funkcjonariusza. Fakt. Funkcjonariusz czeka w areszcie na proces. Fakt drugi. Wnioski ulicy: wszyscy biali policjanci ciemiężą czarnych obywateli. Darujcie Państwo tę łopatologię, ale tak to trochę tam wygląda. Kto był w Stanach, ten doskonale wie, że władza policjanta jest tam nieporównywalnie większa niż moce naszych stróżów prawa. Nie trzeba jednak jechać aż do Stanów, żeby przekonać się, jak poczynają sobie z obywatelami policjanci, np. w cywilizowanej Francji. Po ostatnich protestach żółtych kamizelek, filmików w sieci jest aż nadto. Żadne działania człowieka, prócz realnego zagrożenia życia lub zdrowia funkcjonariusza, nie usprawiedliwia policyjnej agresji. Podobnie jest jednak w przypadku tych, którzy łakną i pragną sprawiedliwości. Żadna rzecz nie usprawiedliwia zbrodni i występku, jeśli chce się walczyć o prawdę.

Gdzieniegdzie da się przeczytać, że Floyd został zatrzymany z fałszywymi banknotami, którymi chciał zapłacić w sklepie. Ochrona wezwała policję. Podczas zatrzymania, Floyd miał stawiać opór, miał być pod wpływem narkotyków etc. Tych informacji w polskich mediach trudno się doszukać. Być może są to klasyczne fejkniusy. Dla mnie jednak wystarczą, żeby zapalić żółte, ostrzegawcze światło, że skoro coś podobnego się pojawia, to może jednak nie było z zatrzymaniem Floyda do końca tak, jak tego chce ulica. Że zabił go policjant, tylko dlatego, że Floyd był czarny.

Nie usprawiedliwiam przemocy, ani małej, ani wielkiej. Przemocy czynionej przez bandziora, ani przez policjanta. Każda jest taka sama. Podobnie jak kradzież. Czy złodziejem jest państwo, czy rabuś w kominiarce. Kradną jednakowo. Pamiętam, jak czytałem w „Przerwanej dekadzie” E. Gierka jego opinie o strajkach radomskich i ich tłumieniu w 1976 r. J. Rolicki pytał Gierka, czy radomskie ścieżki zdrowia i masowe aresztowania były potrzebne. E. Gierek powiedział wówczas, że sam zorganizował jako górnik we Francji i Belgii kilkanaście strajków i protestów, i nikomu nawet frank nie zginął wtedy z kieszeni, a rabunek sklepów w Radomiu przy okazji protestów politycznych był faktem, który dziś próbuje się zrównać z działaniami korowskiej opozycji. Dlatego właśnie należy oddzielić działanie polityczne od zwykłego bandytyzmu, który bardzo często chowa się za flagami i transparentami, bo łatwiej się w ich anturażu wmieszać w tłum, żeby kraść.

Trzeba krzyczeć, jeśli widać, że przemoc mierzona w obywatela zabija bez powodów. Trzeba iść na ulice. Ale nie trzeba od razu podpalać komitetów, tylko raczej próbować zakładać własne. Nie wolno też dawać się nabierać na plewy: kiedy ktoś wybija witrynę w sklepie i wynosi z niego telewizor, nie broni demokracji i praw człowieka tylko kradnie. Nazywa się go wtedy złodziejem, a nie manifestantem. Podobnie, gdy rzuca kamieniami w samochody TVN-u, z twarzą pomalowaną w narodowe barwy. To żaden patriota, tylko wandal i przestępca. I żaden relatywizm tego nie odwróci.