Filozof w polityce

Na antyunijnym horyzoncie politycznym we Francji pojawił się Front Ludowy (FP), nowa formacja o nazwie dawnej lewicowej koalicji wyborczej socjalistów i komunistów, która przez dwa lata (1936-1938) rządziła Francją. 61-letni Michel Onfray, spiritus movens tego ruchu i znany filozof, chce przez to powiedzieć, że można wszystko zmienić dzięki wyborom, „bez gilotyny”. Pragnie „demokratycznie” obalić Macrona i przy okazji Unię.

W Polsce wyszło kilka książek Onfraya, jego Traktat ateologiczny, w którym jedzie po religiach monoteistycznych i dostarcza argumentów na rzecz ateizmu, trochę hedonistycznego. Jest też jego esej o Freudzie Zmierzch bożyszcza, gdzie cokolwiek demoluje psychoanalizę. Ale u siebie wydał z setkę różnych prac, ludzie znają go trochę z telewizji, z debat. Długo nie kojarzył się z polityką, a dziś tworzy nowy Front przeciw macronistom i prezydentowi, żeby „ratować demokrację”.
Do niczego kandydować nie będzie, ale FP ma być „rewolucyjną siłą”, która pokona neoliberałów w wyborach. Tyle, że dla Onfraya Jean-Luc Mélenchon z Nieuległej Francji to „jakobin”, „za bardzo Robespierre”, podczas gdy on sam uważa się za współczesnego „żyrondystę” (odpowiednik „lewicy laickiej”). Onfray uważa, że jego ruch obywatelski będzie lewicowo-prawicowy, bo Front przebiega między neoliberałami-globalistami a całą resztą. Francja musi odzyskać suwerenność, wyjść z haniebnego układu z Maastricht, z jego „kryteriami”!
Neopopulista
Gilotyna ucięła kiedyś głowę niejednemu żyrondyście. Bywali skazywani przez Sąd Rewolucyjny, za antyrewolucyjność. Rozprawy nie były drobiazgowe, inicjatywa Onfraya woli pozostać Peace-and-love, mówi co najwyżej o „walce politycznej”. To już kolejna struktura otwarcie nawołująca do obalenia obecnego kształtu Unii, do Frexitu, jeśli trzeba. Onfray uważa Macrona za „aroganckiego chłopca”, który „nie umie podjąć żadnej decyzji” i nie nadaje się do kierowania krajem. Co do ludu, filozof wierzy w jego „zdrowy rozsądek”. Tak stał się przedstawicielem filozoficznego „neopopulizmu”.
Najbardziej z francuskich partii akcentuje konieczność Frexitu UPR (Republikański Związek Ludowy) François Asselineau, lecz ostatnio doszło tam do afery molestowania homoseksualnego, którego szef miał dopuszczać się wobec swych współpracowników. Partia się na razie zapadła. Onfraya też można określić politycznie jako socjal-gaullistę, ale, jak to u filozofa, sprawa jest bardziej złożona. Niby jest ateistą, ale „chrześcijańskim”, powołuje się na poglądy „wolnościowe”, na anarchizm Proudhona, ale prezentuje się jako „postanarchista”, gdyż nie wierzy już, że można „obalić własność” (a i państwo może się przydać).
Od antykapitalizmu do postkapitalizmu
Sudhir Hazareesingh, historyk idei z Oxfordu, uznał, że Onfray „jest dość klasycznym wolnościowcem, proudhonistą, który nie ma zaufania do elit i systemu parlamentarnego (…), to człowiek lewicy przywiązany do obrony klasy robotniczej i oświaty ludowej.” Jego krytycy bywają ostrzy: nazwano go już „oszustem intelektualnym”, zarzucono, że zmienia poglądy w zależności od mód medialnych, że ma „braki metodologiczne”.
W 2002 r. Onfray popierał na prezydenta Oliviera Besancenota, pocztowca, kandydata Rewolucyjnej Ligi Komunistycznej (LCR), trockistów. Cztery lata później zadeklarował, że „nie jest już przeciw kapitalizmowi”. W 2012 r. wystąpił przeciw kandydatowi lewicy Mélenchonowi, potem przestał głosować. Jeszcze dziś docina Mélenchonowi, że przez 20 lat popierał Maastricht, jak większość klasy politycznej, co musiało skończyć się dzikim neoliberalizmem i „egocentrycznym kłamcą”, jak Macron.
Onfray od początku stanął po stronie „żółtych kamizelek”, napisał książkę o peryferyjnej Francji, której globalizacja niewiele dała, a dużo zabrała. Mocno krytykował antysocjalną politykę partii prezydenckiej, niszczenie ochrony zdrowia, służb publicznych, edukacji. Wielu natomiast się skrzywiło, gdy nazwał Gretę Thunberg „postkapitalistycznym cyborgiem”: stał się zaraz „filozofem reakcyjnym”. On na to, że to nie dziwne, bo taka była propaganda przeciw „żółtym”, że to wręcz hitlerowcy, a nie „zwykli ludzie”. Uważa główne media za strukturalnie prosystemowe, klasistowskie: „w 95 proc. są własnością miliarderów.”
„Unia to trup”
Front Ludowy będzie domagać się wystąpienia Francji z Traktatu z Maastricht (ustanawiającego Unię Europejską, 1992), bo odebrał on rządowi w Paryżu możliwość podejmowania suwerennych decyzji. Onfray wykorzystuje inercję Unii podczas epidemii do krytyki jej „sztuczności”, „braku elementarnej solidarności”: „Unia pokazała, że jest martwa.” Chciałby teraz widzieć wszystkich suwerenistów pod jednym sztandarem, by zadać skuteczny cios Macronowi.
Z inicjatywy filozofa otwarcie cieszą się narodowcy i różni prawicowi radykałowie, ze względu na antyunijność. Do Frontu Ludowego zgłosił się Florian Philippot, były nr 2 Frontu Narodowego (FN), zastępca Marine Le Pen i szef ówczesnego „nurtu gejowsko-lewackiego” w partii, według jej ojca, Jean-Marie Le Pena. Dziś Philippot stoi na czele antyunijnego ugrupowania „Patrioci”, socjal-gaullistowskiego. Suwerenizm w różnym stopniu przenika teraz wiele partii, od lewicowej Nieuległej Francji (LFI), przez tradycyjną prawicę Republikanów, po Zjednoczenie Narodowe (RN, dawny Front Narodowy).
Neopopulizm Onfraya ma polegać na stworzeniu „populizmu akceptowalnego”, w ramach istniejących rozwiązań ustrojowych, z konstytucją jaka jest, podczas gdy lewica LFI domaga się nowej, VI Republiki. „Wszyscy odkrywają się dziś jako suwereniści, ale nie zapomnimy, kto obrażał suwerenistów w ciągu minionego ćwierćwiecza”, wzdychał Onfray w jednym z ostatnich wywiadów. Może przyciągnąć tych z LFI, dla których Mélenchon jest za mało antyunijny. „Front Ludowy to będzie machina wojenna plebsu” – powtarza. A „plebs” może się uwolnić „tylko w warunkach suwerenności”.
Bitwa à la Gramsci
Francuska oligarchia szykuje się do przedłużenia władzy obecnego prezydenta poprzez powtórzenie za dwa lata drugiej tury wyborów prezydenckich z 2017 r., z Marine Le Pen jako straszakiem, skazującym Macrona na zwycięstwo. Tak to widzi nie tylko Onfray. Ostatecznie, w razie czego, Le Pen łatwiej ułoży się z oligarchami, niż Mélenchon. Media już zaczynają pompować Le Pen jako jedyną „poważną” alternatywę dla Macrona, co doprowadza do rozpaczy resztę opozycji. Onfray mówi, że jej Zjednoczenie Narodowe działa według strategii Gramsciego, przez próbę „hegemonii kulturowej”. Ale i on ceni Włocha, bo czymże by był jego kwartalnik Front Ludowy?
Filozof odcina się od Le Pen („też jakobinka”), choć ona przywitała jego inicjatywę bardzo pozytywnie. Odcina się też od „technokratów” i „politykierów”, którzy „na ślepo” wyzywają ludzi „od petainistów, czy faszystów”, gdy mówią o suwerenności. Przede wszystkim nie znosi Macrona i jego neoliberałów za „niszczenie wszystkiego, co publiczne”, za wykonywanie szkodliwych społecznie rekomendacji Brukseli. Tu dość łatwo znajdzie sojuszników również na lewicy, lecz czy tak wewnętrznie różnorodne ciało polityczne może być skuteczne? I kto z Frontu Ludowego miałby wedrzeć się do drugiej tury?
Pytania bez odpowiedzi
Diagnoza jest jasna: „Dzikość globalizacji, wypaczenia Europy, arogancja rządów, zubożenie klas ludowych, współpraca mediów z władzą, niszczenie szpitali publicznych, secesja utraconych terytoriów Republiki – epidemia koronawirusa, jak fotograficzny wywoływacz, pokazała katastrofę naszego kraju.” Lecz przed kolejnym ruchem antyeuropejskim stoi trudne zadanie odznaczenia się w opinii publicznej. Niektórzy widzą w Onfrayu przewodnika, w świecie, któremu brak Oświecenia, ale to nie jest powszechne.
W Polsce wiadomości o rosnącej frondzie wobec Unii wzbudzają niechęć. Onfray, który widzi Francję, jak z książek Proudhona, zdecentralizowaną i niezależną, został już przez swych wrogów nazwany „wyznawcą teorii spiskowych”. Rzeczywiście mówi o „francuskim deep state”, ale to nie przeszkadza niektórym ciekawym nazwiskom zbliżać się do Frontu Ludowego. Polityczna kontestacja Unii rośnie, czy chcemy tego, czy nie.