Pan Niebieski, który gapił się na kozy Ważny tunajt

Nie wiem jak Państwo, ale ja uwielbiam Monthy Pythona. Kiedyś już chyba nawet o tym pisałem. Ostatnio zasłyszałem piękną historię, która spokojnie mogłaby posłużyć za montypajtonowski scenariusz do jednego ze skeczy. Napisało ją jednak samo życia, a wyreżyserował pech. I to nie w Londynie, tylko w Warszawie. Założę się, że cześć z Was o niej słyszała. Jest jednak, ta historia, na tyle zabawna, że warto poświęcić jej dodatkowy tekst. Przeżyjmy to jeszcze raz.

Trzy lata temu miasto stołeczne podpisało umowę z czeczeńskim uchodźcą z Dagestanu. Umowa opiewała na niecałe 100 tysięcy rocznie. Za tę sumę Czeczen z Dagestanu obstalował miastu stado 60 kóz, które miały sobie żyć w zaroślach przy Wiśle, po praskiej stronie Mostu Gdańskiego; zwierzęta miały wyżerać trawę, aby nad rzekę powróciło ptactwo i miało gdzie uwić gniazda. Jak brzeg zachwaszczony, to ptak nie przyleci, bo się boi, że w krzakach siedzi kuna albo szczur i wyżre mu jaja. A jak kozy trawę zjedzą, zrobi się czyściej i przestrzenniej, to się piórowate zlecą i miluśki trel powróci nad brzeg, aby cieszyć ucho mieszkańców metropolii. Parę dni temu, smutny finał historii, który zapewne Państwo znacie, przyniosły ogólnopolskie media. Zdziesiątkowane stado kóz. Bezdomny, który miał je doglądać za 50 zł i parówki. Truchło kozie gnijące w rzece. Muzułmański właściciel, który ma wszystko gdzieś. No i na końcu biedny, stołeczny Ratusz, który tylko rozkłada ręce i mówi, że nic nie wiedział o procederze. Kozy miały żreć trawę, tymczasem wyzdychały. Kontrole z miasta były, ale nie stwierdziły żadnych zastrzeżeń. Uchodźca czeczeński zapadł się pod ziemię, a pod adresem, pod którym figurował, nikt o nim nie słyszał. 96 tysięcy złotych rok w rok brał. I tych pieniędzy też już nikt raczej nie zobaczy. Tyle, Szanowni Państwo, mogliście obejrzeć i usłyszeć sami w mediach prawego i lewego nasłuchu. Gdy się jednak pójdzie nad Wisłę, pod Most Gdański, można się dowiedzieć od tłuszczy paru dodatkowych, równie ciekawych, jeśli nie ciekawszych niusów, a jako że nie każdy z Państwa/Was ma możliwość chodzenia pod most, macie od tego mnie.
Uchodźca-Czeczen z Dagestanu wygląda osobliwie. Nosi brodę do pasa i jest zadowolony z życia. Tak przynajmniej opisują go lokalsi. Ma mieć trzy żony z którymi żyje i jedenaścioro dzieci, na które pobiera 500 plus. Jak łatwo policzyć, niemały grosz. Oczywiście, do tego kasa z miasta za kozy i Bóg wie jeszcze co od pomocy społecznej, aktywistów, zielonych płuc Polski etc. Można podejrzewać, że nie krzywduje. Mieszkać miał uchodźca czeczeński z Dagestanu pod Warszawą, w Piasecznie czy Józefowie, ale tylko z pozoru, bo ostatnio przebywał na wciąż w stolicy. O przeszłości jegomościa niewiele wiadomo. Adresu stałego zamieszkania brak. Z kimś takim miasto podpisuje umowę za państwowe pieniądze. I do tego w szczytnym celu. Tymczasem koleś bierze kasę do kieszeni, kozy grodzi elektrycznym pastuchem, żeby się nie rozlazły po Warszawie. Do pilnowania najmuje jednego z miejscowych niebieskich ptaków, bo któż, jak nie ptak niebieski zrozumie kozy. I tu się zaczyna, Szanowni Państwo, opowieść iście montypajtonowska.
Miejscowi powiadają, że Pan Niebieski, kiedy znudziło mu się siedzenie nad rzeką z kozami, zaczął nadużywać alkoholu. To zupełnie zrozumiałe w takiej sytuacji. Tylko On, rzeka i kozy. Jak tu się nie napić? Któregoś dnia zabrał podobno ze sobą jedną czy dwie podopieczne do tramwaju i pojechał z kozami do miasta. Prowadzał je na postronku. Wszedł nawet do sklepu, żeby uzupełnić zapasy. Kozy zaczęły wyżerać ludziom zakupy z koszyków i wtedy podniósł się raban. Jak to, menel w mieście łazi z kozami po ulicy. Ktoś zrobił doniesienie, no i się zaczęło. Znawcy problemu powiadają, że pod koniec swojej kariery w charakterze opiekuna kóz, Pan Niebieski robił sobie coraz częstsze wycieczki do miasta. Wyłączał elektrycznego pastucha, żeby samemu się nań nie nadziać. Kozy szły w szkodę. Część z nich zagryzły bezpańskie, miejskie psy. Część opiła się wody z rzeki i padła. Reszta przeżyła i poczekała na przyjazd chłopców z Animal Patrol. Jak w skeczu Monthy Pythona, kiedy para przychodzi na imprezę z kozłem. Tyle że u nas, imprezę za publiczną kasę ufundowało miasto.
W tym zamieszaniu z kozami najbardziej oczywiście szkoda samych kóz, bo co bydlęta winne, że mają takich opiekunów, ale cała ta sytuacja pokazuje, jak to Państwo jest rzeczywiście nijaki i tekturowe na wciąż. Podpisali umowy, wypłacili pieniądze, gazety napisały, odtrąbiono sukces i zamknięto teczkę z napisem „Zielona i ekologiczna Warszawa”. Że walka polityczna i haki na Platformę? Poszło się na wojnę, to i trzeba się liczyć, że przeciwnik będzie strzelał. Nikt pod karabinem nie trzymał…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *