Spłoniemy w imię zysku

Pożary w Amazonii to tylko wierzchołek góry lodowej. Płonąca Afryka, wycięte lasy na Madagaskarze i w Indonezji, uparte trwanie przy spalaniu ropy naftowej – to wszystko część jednego problemu.

Żeby zrozumieć, dlaczego grozi nam klimatyczna zagłada, musimy wpierw pojąć, czym jest globalny kapitalizm i dlaczego system ten sprzyja unicestwieniu zarówno przyrody, jak i całej ludzkości. To, czego jesteśmy świadkami nie jest żadnym „wypadkiem przy pracy” i przejściowym sezonem na pożary, lecz stanowi nieunikniony rezultat założeń, które stoją za globalnym systemem kapitalistycznym. Podstawą funkcjonowaniu gospodarki kapitalistycznej jest dogmat zysku. Zysk i pieniądz rządzą dziś praktycznie wszystkim, a rywalizacji, konkurowania i zdobywania pieniędzy jako naczelnej wartości i głównego życiowego zadania uczy się w szkołach dzieci i młodzież. Zysk i pomnażanie kapitału są wręcz religijną regułą, która stać ma za każdą działalnością człowieka w świecie. W pewnym momencie po prostu przyznano rację najbogatszym i uznano, że ich kapitał to główny i zasadniczy cel naszego istnienia. Narzucana wszystkim ideologia homo oeconomicusa – człowieka rynkowego i egoistycznego – wprost zachęca więc do działania celem osiągnięcia konkretnego, mierzalnego zysku. Jest to idea wprost perwersyjna, która wmawia nam, że egoizm w warunkach rynkowego działania przynosi ostatecznie większe dobro, ponieważ rzekomo pozostaje „racjonalny”. Homo oeconomicus jest w związku z tym egoistą i graczem rynkowo-giełdowym, który działa tylko we własnym interesie i bynajmniej nie zastanawia się nad tym, co będzie jutro, za pięć lub dziesięć lat.
W taki oto sposób „racjonalne” – w imię bieżącego zysku – stało się palenie i wycinanie lasów pod nowe uprawy. W tych warunkach „racjonalne” jest też nieustanne produkowanie broni, a dla lobby naftowego korumpowanie „ekspertów” i „polityków”, byle dalej sprzedawać ropę i czerpać z niej zyski, utrzymując swój stan posiadania. „Racjonalnym” pozostaje więc samo zdobycie pieniądza, metody i środki są zaś praktycznie dowolne.
Większa konsumpcja, większa produkcja i finalnie – sam zysk to reguły, które przyświecają każdej działalności człowieka w kapitalizmie. Krótkoterminowy profit, krótkoterminowa korzyść i chwilowy wzrost słupków oraz akcji na giełdzie wyczerpują w zasadzie definicję pojęcia „sukces”. Nikt przecież nie zapłaci, ani nie nagrodzi cię za to, że będziesz kierował się większym dobrem i pomyślisz o tych, którzy urodzą się za dekadę lub dwie. Panuje reguła „po nas choćby potop”. Wymierający właśnie gatunek nosorożca białego północnego ma po prostu wyjątkowo niewiele środków na koncie i z perspektywy rynku jego egzystencja nie ma żadnego znaczenia. Z perspektywy rynku i właścicieli funduszy, akcji i korporatokratów nawet życie 6 miliardów ludzi nie stanowi większej wartości, jeśli przy okazji nie prowadzi do osiągnięcia zysku i nie daje konkretnych profitów! Dlatego też do przetrwania zagłady w schronach szykują się dziś głównie ludzie najbogatsi…
Ideologia uznająca egoizm za pozytywny czynnik rozwoju powinna być oceniana w tych samych kategoriach moralnych, co nazizm. To ona stoi za katastrofą ekologiczną i klimatyczną.
Kapitalizm podobnie jak nazistowska eugenika prowadzi eksterminację wszystkiego, co nie poddaje się jego kryteriom i nie służy do pomnażania kapitału. Na drodze do wyzysku stoją zwierzęta, stoi przyroda, ale stoją też całe rzesze nieprzydatnych z perspektywy kapitału ludzi. Jeśli więc spalenie połowy puszczy w Amazonii przyniesie chwilowy wzrost zysków określonej liczbie spółek – oznacza to, że jest to działalność opłacalna, rentowna, a więc i po prostu „obiektywnie-bo-rynkowo” korzystna i racjonalna. To rynek decyduje o wszystkim, a pieniądz jest ostatecznym kryterium sukcesu i prawdy. Założenia, które stoją za ideologią neoliberalną, ale także i za całym systemem kapitalistycznym to prosty przepis na zagładę ludzkości, ponieważ zasoby pochodzące z przyrody, od innych ludzi (czyt. „kapitał ludzki”), a także zasadniczo całą teraźniejszość kapitalizm traktuje tylko i wyłącznie jako zasób, który można wyzyskać do bieżącego celu, jakim jest zarabianie jeszcze większych pieniędzy.
Pomysł, żeby globalnym życiem zarządzała ideologia zysku i procentowe wskaźniki zysków na giełdzie jest nie tylko absurdalny i irracjonalny, ale zagraża też całej naszej egzystencji. Żyjemy w kapitalistycznym przedłużeniu wieków ciemnych, gdzie akumulacja i indywidualistyczny kult wzbogacenia się zastąpiły wszelkie inne miary postępu i rozwoju. Jeśli się nad tym zastanowić to kapitalizm jest też systemem „totalitarnym”, tzn. kontroluje zarówno produkcję, jak i samych odbiorców tejże produkcji.
Siła sterowanej algorytmami reklamy jest taka, że większość społeczeństwa zupełnie nieświadomie działa na rzecz nowej zagłady. Wystarczy jednocześnie oglądać np. reklamę „Doritos” i już samym późniejszym aktem zakupu produktu wspiera się koncerny w ich produkcji oleju palmowego, co przyczynia się do zagłady przyrody… Nawet o tym nie wiedząc. Świadomość fałszywa ma zresztą to samo źródło, co potęga koncernów reklamowych – obie pochodzą od kapitału.
Cele społeczne, ekologiczne i inne nie mają siły przebicia, ani możliwości rywalizacji z ideologią „racjonalnego” kapitału, ponieważ to pieniądz reguluje też dostęp do środków masowego przekazu.
Tą drogą zdobywa zarówno głosy, konsumentów, jak i decyduje o codziennych wyborach. Pieniądz w postaci kapitału otrzymują zresztą tylko ci, którzy powiększają zysk dla już potężnych korporacji, bogatych firm i bogatych ludzi. Żaden program eliminacji bezrobocia, likwidacji bezdomności, czy głodu nie zyska więc w kapitalizmie większej aprobaty i jest – z perspektywy kapitału – zwyczajnie nieopłacalny.
Utrzymanie bezpieczeństwa socjalnego, mieszkanie dla każdego, zapewnienie wszystkim dzieciom dobrej i pełnowartościowej edukacji… Praktycznie wszystkie te cele nie mają żadnego usprawiedliwienia w świecie, gdzie o racji lub błędzie decyduje tylko to, czy masz pieniądze. Dlatego też większość postępowych projektów społecznych pozostaje niezrealizowana i to pomimo tego, że jako globalna wspólnota posiadamy już środki, które z powodzeniem i to w przeciągu kilku zaledwie lat mogłyby wyeliminować np. problem skrajnego ubóstwa, czy głodu.
Kiedy w XIX wieku Karol Marks i Fryderyk Engels opisywali problemy związane z rozwojem wczesnego kapitalizmu sporo uwagi poświęcili też skażeniu, jakie niósł ze sobą rozwój przemysłu w Anglii i krajach młodego wówczas kapitalizmu. Prawdopodobnie nie spodziewali się jednak, że globalny i w pełni rozwinięty kapitalizm zagrozi klimatowi i życiu również globalnie. To, że kapitalizm koliduje z ideą zrównoważonej gospodarki i zdrowiem ludzkim wiedzieli jednak już wtedy – dlatego sam Marks zwracał już uwagę na to, że kapitał traktuje wszystkie zasoby pochodzące ze środowiska przyrodniczego jako „gratis”. Podobnie dziś – zwierzęta, lasy, morza i oceany są ofiarą produkcji w imię zysku o którą nikt się nie martwi: wszystko to, co samo i głośno nie domaga się pensji uważa się za prezent na rzecz świętego zdobywania pieniądza. Wyspa śmieci to po prostu efekt uboczny i nikt konkretny też za nią nie odpowiada – bo przyroda nie dysponuje kapitałem, a więc i nie ma prawa głosu. Nie jest „racjonalna”, bo nie gra na giełdzie.
Globalny świat pracy jest dziś potencjalnie jedynym sojusznikiem przyrody, który może upomnieć się o wszystko to, co tracimy na ołtarzu pieniądza.
Rozwiązania, których potrzebujemy globalnie nie są rozwiązaniami, które może dać nam współczesny system kapitalistyczny. Ekonomizm, rynkowa ocena zapotrzebowania na pracę, na ludzi, na przyrodę… To intelektualny i moralny skansen, którego współczesne stosowanie prowadzi nas ku wielkiemu wymieraniu gatunków: w tym i ostatecznie naszego – zwłaszcza w jego solidarnej, zorganizowanej formie. Fetysz zysku i fetysz wzrostu jest częścią kapitalistycznego fetyszyzmu towarowego, który narzucany jest nam przez najbogatszych i najpotężniejsze korporacje. Jako całe społeczeństwo mamy ciągle drżeć ze strachu w oczekiwaniu na nowe wskaźniki wzrostu gospodarczego – tak jakby to, czy korporacje i banki powiększają swój kapitał miało wpływ na to, czy mamy co włożyć do naszego garnka i za co ogrzać swój dom na zimę.
Stopa zysku to wskaźnik zysku chciwych ludzi, prowadzących rabunkową politykę koncernów i klimatycznych kryminalistów oraz banksterów.
Ciągłe wykazywanie się zyskiem ma sens tylko z perspektywy zawłaszczycieli i tych, którzy wciąż pragną mieć jeszcze więcej: konkretniej – z perspektywy udziałowców, właścicieli firm i posiadaczy aktywów finansowych. Dla człowieka pracy istotne są konkretne dobra: mieszkanie, zdrowe pożywienie, miejsce do spania, godne miejsce pracy, dostęp do dóbr kultury… Zapotrzebowanie na sam kapitał jest zapotrzebowaniem, które wykazuje kilka procent najbogatszych, który mają do niego dostęp.
A jednak to oni mają dziś monopol na mierzenie przydatność wszystkich innych, są panami życia i śmierci dla środowiska.
Prawdziwym wyzwaniem współczesności jest nie samo wytwarzanie, lecz sprawiedliwy podział i sprawiedliwe udostępnianie dóbr. Zasadniczej zmianie muszą ulec zasady i cele przyświecające wytwarzaniu i produkowaniu. Zbrodniczą ideologię zysku musimy zastąpić imperatywem interesu społecznego i kryterium użyteczności z perspektywy rzeczywistych, sprawiedliwie osiągalnych potrzeb całej ludzkości. Jeśli globalny kapitał ma problem z tym, że chcemy zlikwidować głód na świecie, ochronić i ocalić lasy oraz puszcze, czy zapewnić każdemu dostęp do dobrej opieki medycznej to tylko oczywisty dowód na to, że jego użyteczność dobiegła już końca. Najwyższy czas, by zniknął!
Z tego też względu sam gwarantowany dochód podstawowy i dzielenie pieniędzy wytworzonych przez kapitalizm, czy miejscowe pudrowanie systemu i drobne reformy nie są w stanie zmienić położenia naszej planety. Postęp musi polegać na całościowej zmianie zasad wynagradzania i oceny przydatności społecznej. Cierpiący na ekonomizm finansiści często postulują i domagają się zmian w dzieleniu dóbr i dochodów: praktycznie nigdy jednak nie kwestionują zasadniczej i najbardziej chorobotwórczej zasady: kryterium kapitalistycznego zysku, jako jedynego wyznacznika skuteczności, efektywności i wydajności gospodarczej. Gospodarka przyszłości, w której nie dusimy się z braku czystego powietrza i nie walczymy o dostęp do wody, to gospodarka planowa i realizująca cele społeczne, a nie kolejna mutacja systemu rynkowego, gdzie świętością są akcje, obligacje i procenty na korporacyjnych kontach.
Albo osiągniemy erę postwyzysku i ekologicznego socjalizmu, albo dalej będziemy grali w grę na zasadach narzucanych nam przez ideologię „racjonalnego” egoizmu, który sprzyja tylko najbogatszym i najpotężniejszym. Późny kapitalizm domaga się od nas ofiar niczym w horrorze, a jedyną nagrodą za wycinkę lasów, skażenie mórz i kolejne ofiary pod postacią całych gatunków jest przetrwanie zasad, które bynajmniej nie służą ogółowi i wcale nie zbliżają nas do bardziej równego, sprawiedliwego, pokojowego i ekologicznego świata. Kompromitacja i kres przydatności kapitalizmu mają swoje źródło właśnie tutaj: system ten nie zapewnia już warunków odpowiednich dla przetrwania ludzkości, czy nawet życia jako takiego.
Sprzeczność zachodząca pomiędzy reprodukcją zdrowego społeczeństwa, harmonijnym istnieniem ludzkości w świecie niezmasakrowanej przyrody, a interesem najbogatszych i realizowaniem interesów koncernów to zasadnicza i główna sprzeczność. Jej rozwiązanie przyniesie nam albo przetrwanie, albo zagładę i dezintegrację zorganizowanego społeczeństwa. Jak zwraca uwagę m.in. Noam Chomsky to ostatnie może bowiem istnieć tylko w warunkach, kiedy każdy posiada zapewnione dla siebie konieczne minimum egzystencji, a reprodukcja może odbywać się w warunkach pokoju i współpracy. W świecie rodem z filmów postapokaliptycznych, gdzie walka o czystą wodę to główny cel walczących na śmierć i życie grupek dogorywającej ludzkości, taka organizacja nie będzie już osiągalna.
Krytyka kapitalizmu i antykapitalizm nie są projektami do wyciągnięcia z szafy za 100 lat – to zadania na dziś. Nie ma już czasu na oczekiwanie, aż kapitalizm sam kiedyś doceni życie i uzna zrównoważone, niezniszczone środowisko naturalne za opłacalne, istotne i warte ocalenia. Potrzebujemy zbiorowej interwencji państw i masowej aktywności społecznej praktycznie na całym świecie. Tu i teraz.

Zawalczyć o Ziemię

10 lat. Wystarczyło aby zniszczyć Ziemię. Czy tyle samo wystarczy aby ją ocalić?

Ziemia to nasz Świat. Nie mamy innego, a ewentualne plany życia na innych planetach póki co możemy odstawić na dalsze czasy. Przez brak dostępu do Słońca i konieczność przetransportowania ogromnych pokładów energii na inną planetę, życie poza Ziemią po prostu nie będzie wykonalne jeszcze bardzo długo. Gdzie będą wobec tego żyli nasi potomkowie, jeżeli na Ziemi przestanie wystarczać potrzebnych im zasobów?
Podczas ostatnich 10 lat ludzkość, a więc również każdy z nas, przyczyniła się do ogromnych strat na Ziemi. Strat liczonych przez liczbę susz, powodzi, pożarów, tornad. Zjawiska, które jeszcze kilka lat temu były rzadkością, teraz występują wielokrotnie w ciągu jednego tylko miesiąca. Wprowadzają niepokój i ogromne straty w ludziach. Tego nie da się już nie zauważyć. Globalne ocieplenie jest już faktem. Teraz jest więc moment, aby powziąć konkretne decyzje.
Filozofia życia tu i teraz i doraźne działania nie sprzyjają jednak podejmowaniu odważnych, zakrojonych na szeroką skalę, długoterminowych projektów, które obejmowałyby międzysektorową proekologiczną współpracę. Za akceptacją każdego projektu stoi bowiem człowiek, który jeżeli nie jest świadomy przyszłości i konsekwencji swoich działań, może podjąć decyzję korzystną jedynie dla swojej strefy komfortu czy dla swojego politycznego interesu. Oznaczać to może nic innego, jak skuteczne zablokowanie pomysłu, który mógłby przyczynić się do uratowania Ziemi. Wszechobecna mimo wielkiego postępu biurokracja i krótkowzroczność polityków wydają się być więc największymi wrogami przełomowych przedsięwzięć.
Aby nie tylko minimalizować skutki globalnego ocieplenia, ale pomóc Ziemi w odnowieniu swojego potencjału nie wystarczy jedynie skupiać się na obniżaniu emisji gazów i przestać produkować plastik. Aby bowiem cofnięcie skutków ocieplenia i uporządkowanie planety było możliwe, należy sięgnąć do pokładów intelektualnych tych, którzy przyczynili się do jej postępującej zagłady.
Człowiek już teraz jest w posiadaniu technologii, którą może wykorzystać w tym celu. Jednak potrzebna jest do tego odwaga i determinacja nie kilku szalonych, jak określili by ich niektórzy, naukowców, ale całej rzeszy ludzi, którzy swoim doświadczeniem i wpływami doprowadziliby do zaistnienia takich rozwiązań, które rzeczywiście zakończą trwanie tego olbrzymiego jak Ziemia problemu. Ci odważni posiadający przełomowe pomysły wciąż są jednak niemile widziani w środowiskach, gdzie słowa takie jak „zmiana” oznacza coś kompletnie odmiennego.
Jeden z takich odważnych projektów, w który ma zostać zaangażowana sztuczna inteligencja i najnowsza technologia został zaprezentowany na konferencji Amazona pod nazwą „Footprint Coalition”.
Przedsięwzięcie ma potrwać 10 lat, a jego efektem ma być całkowite oczyszczenie Ziemi i cofnięcie efektu cieplarnianego. Jego inicjatorem jest Robert Downey Jr, od lat obecny w czołówce najlepiej zarabiających aktorów świata. Nie powinno dziwić więc, że człowiek taki jak on ma prawo być przekonanym, że niemożliwe nie istnieje. Jednak o ile jednak w showbiznesie mógł spełnić najśmielsze marzenia, to właśnie największych trudności nie upatruje w braku wiary w skuteczność przedsięwzięcia, ale, jak mówi, właśnie w biurokracji, niechęci do dzielenia się własnością intelektualną i trudnościach we współpracy międzyrządowej. Istotą problemu nie jest więc fakt, że projekt może nie zostać zrealizowany z przyczyn chociażby logistycznych. Problemem na jaki chcę zwrócić uwagę jest to, że to wciąż człowiek i jego mentalne ograniczenia tak bardzo zagrażają uratowaniu jego samego. Działania porządkujące i oczyszczające Ziemię przy takiej skali zniszczenia to już nie tylko indywidualne czynności jednostek. To konieczność współpracy ludzi, którzy wspólnie muszą podjąć decyzje ważne nie tylko dla nich samych. To otwarcie się na tych, którzy przeciwstawiając się średniowiecznym praktykom, żyją myślą przyszłości i postępu.
Projekt Downeya ma ruszyć wiosną 2020 roku. Na ten moment nie wiemy nic oprócz tego, że jeden człowiek zamierza poświęcić kolejne lata swojego życia, aby zawalczyć o Ziemię, na której sam nie spędzi już wyjątkowo dużo czasu. Projekt może nie ruszyć, jeżeli spotka na swojej drodze ludzi, którzy poza swoim politycznym interesem nie wiele już potrafią dostrzec.

Książęce eko-wygłupy

Wnuk królowej Elżbiety, książę William, wraz z rodziną postanowili wpisać się w nowe trendy bycia cool i zademonstrować fałszywe przejęcie sprawami destrukcji środowiska naturalnego.

Ostatnio wiele się mówi o szkodliwości latania, gdyż silniki lotnicze spalają po kilka kilogramów paliwa na jeden kilometr lotu i generują olbrzymie ilości dwutlenku węgla. W związku z tym William i Kate, nowouświadomieni klimatycznie arystokraci, postanowili planowaną podróż do Szkocji odbyć lotem rejsowym, tzw. tanimi liniami, w więc i w klasie ekonomicznej.
Oszczędność okazała się jednak, oględnie mówiąc pozorna. Tak naprawdę, ten pomysł na turystyczną ludowość książęcej pary kosztował naszą planetę dodatkowe cztery tony spalonego paliwa lotniczego.
Oczywiście, wszystko opiera się w ostatecznym rozrachunku o mechanizmy rynkowe, w tym wypadku rynkowo-reklamowe. Linie lotnicze FlyBe, które obsłużyły przelot Williama i Kate dostrzegły w tych pasażerach szansę na rozgłos. Posłały więc po arystorkatów specjalny samolot i nim dostali się oni na lotnisko w Norwich. Stamtąd książę i księżna Cambridge mieli odlecieć do Aberdeen. Jednak samolot rejsowy FlyBe na tej trasie – jak to często u dyskontowych przewoźników bywa – nie był oznaczony firmowym logiem. Nie dałoby się zatem wykorzystać tego lotu jako dźwigni reklamowej na czym przecież FlyBe bardzo zależało.
Przewoźnik podstawił więc inny samolot. Ten przewidziany standardowo w tym rejsie wracał też pusty. Tak właśnie arystokraci i właściciele firm walczą ze zmianą klimatyczną.

Kim są dziś Zieloni?

Ogromne czarne morze z małymi, zielonymi, miejskimi wyspami, gdzieniegdzie czerwone i niebieskie plamki pośród peryferyjnych obszarów położonych na wschodzie – tak wygląda mapa wyborcza Niemiec po ostatnich wyborach europejskich.Były one niekwestionowanym sukcesem Zielonych, którzy osiągnęli bezprecedensowy wynik. Co więcej, wiele sondaży wskazuje obecnie, że mogą być również zwycięzcami wyborów do parlamentu federalnego. Jest to niewątpliwie przełomowy moment w politycznej historii Niemiec, w której tradycyjne partie tracą masowe fundamenty; głosy wyborców idą zasadniczo w dwóch kierunkach, albo dla Zielonych, albo dla skrajnie prawicowej alternatywy dla Niemiec (AfD). Sukces tego stronnictwa politycznego został przyjęty z nadzieją przez lewicę na całym kontynencie, która chce w nim widzieć szansę na to, że gniew ludzi udręczonych neoliberalnym zaciskaniem pasa może być zagospodarowany nie tylko przez różnej maści nacjonalistów. Czy są to nadzieje uzasadnione?

Zieloni wygrali na dużych obszarach metropolitalnych i są szczególnie popularni w bogatych miastach, takich jak Hamburg, Monachium (stolice trzeciego i siódmego najbogatszego regionu europejskiego) oraz Stuttgart. Innym pewnym faktem jest to, że ich wyborcza baza znajduje się w rdzeniu Europy Zachodniej, a mianowicie w Niemczech, Francji i Wielkiej Brytanii. Są oni dość słabo reprezentowani w innych częściach Europy Zachodniej i Północnej, a na Wschodzie zupełnie nie istnieją, chociaż zaistnienie tam przydałoby im się najbardziej.
Wątpliwe praktyki, niezły program
Przed rzutem oka na historię i program Zielonych, spójrzmy na artykuł w Der Spiegel, poświęcony Katharinie Fegebank, przywódczyni Zielonych w Hamburgu, ich twierdzy w Niemczech, i jej walkę o fotel burmistrzyni Hamburga. Jak dowodzi dziennik, jej publiczne występy i opinie są mieszaniną wszystkiego: oportunizmu, kiczowatych zagrywek, między innymi gdy śpiewa kolędy i opowiada historie na jarmarku bożonarodzeniowym, lub gdy obdarowuje gorącą kawą przybyłych na pogrzeb Helmuta Schmidta, ambiwalencji. Ta ostatnia objawia się zwłaszcza w stosunku do Olafa Scholza (burmistrza Hamburga rządzącego podczas protestów G20 w 2017 roku, w międzyczasie ministra finansów): z początku Fegebank współpracowała z nim i jego administracją przy organizacji szczytu, ale potem, gdy protesty przeciwko szczytowi nasiliły się, zmieniła stronę i zaczęła go gwałtownie krytykować. Jej działania najlepiej opisuje postawa „vernünftige Mitte” – pojęcie to tłumaczone jest jako „racjonalny polityczny centryzm”, trafniej jednak można je zdefiniować następująco: to świadomość istniejących problemów społecznych, a następnie zwalczanie ich, niezależnie od tego, czy oznaczałoby to koalicje z konserwatystami czy z korporacyjnymi pieniędzmi. Fegebank nie jest jedyną Zieloną, która zdaje się kierować w polityce taką właśnie metodą.
W eurowyborach wątpliwe praktyki niektórych czołowych Zielonych jeszcze jednak aż tak nie raziły. Za to znaczny segment wyborców porwał program, w którym zapisano, iż w 2030 r. 45 proc. energii ma pochodzić ze źródeł odnawialnych. W przyszłości, do 2050 r., Zieloni chcieliby dojść do poziomu 100 proc. W Unii Europejskiej pod względem postulatów progresywnych w kwestii środowiska znajdują się na czele. Ten śmiały plan, przekonują, powinien być finansowany przez nową instytucję federacyjną, rodzaj ogólnoeuropejskiej agencji ochrony środowiska, a pieniądze powinny pochodzić głównie z wkładów państw członkowskich: „Lepiej przeznaczyć 0,7 proc. na projekty ogólnoeuropejskie, a nawet globalne środowiskowe, niż 2 proc. dla armii i jej wyposażenia”. Tak Zieloni odnoszą się do budżetu NATO. Ponadto finansowanie ma zostać również osiągnięte poprzez opodatkowanie wydobycia paliw kopalnych, gigantów IT oraz europejskich rajów podatkowych. Oczywiście potrzebne jest europejskie ministerstwo finansów, jego powołanie to kolejna propozycja w ich agendzie programowej.
Jeśli chodzi o instytucje europejskie, Zieloni uznają, że Parlament Europejski odgrywa raczej niewielką rolę w forsowaniu nowych przepisów, dlatego potrzebna jest reforma, tak zwana „demokratyzacja” instytucji UE. Sposób, w jaki to się musi wydarzyć, nie jest jasno określony, ale Zieloni są pewni, że „potrzebna jest lepsza komunikacja między parlamentami krajowymi a europejskimi”. Gdy chodzi o międzynarodowe umowy handlowe i ochronę pracowników, są oni wyraźnie przeciwni umowom TTIP oraz CETA, przynajmniej w ich obecnej formie, jednocześnie głoszą, że World Trade Organization „musi przestrzegać postanowień Międzynarodowej Organizacji Pracy”. W ich programie pojawia się również minimalna płaca europejska, ale bez objaśnienia, w jaki sposób można ją dostosować do lokalnych standardów życia w różnych częściach Unii.
Kulejący internacjonalizm
Wniosek? Program jest mieszanką eleganckich formuł, skupionych na bardzo pilnych, aktualnych tematach, prezentowanych ze względnie progresywnych pozycji, jednak w taki sposób, by za bardzo nie zakłócać dotychczasowego neoliberalnego porządku społeczno-gospodarczego. Podejście Zielonych można w najlepszym razie nazwać umiarkowanie lewicowym – nie wskazuje ono i zarazem nie krytykuje pochodzenia problemów nowoczesnego społeczeństwa. Ta retoryka może być łatwo pomylona z linią dawnej europejskiej partii ALDE (obecnie ReNew Europe), być może z tą różnicą, że brakuje im swojego Verhofstadta (lidera byłej partii europejskiej ALDE), który pytał: „Dlaczego nie mamy własnego europejskiego Google?” Zieloni sprawnie posługują się narzędziami z arsenału politycznego marketingu, wyczuwając, że dawny dualistyczny podział sceny politycznej w krajach, gdzie są mocni, upada, a coś będzie musiało wypełnić polityczną pustkę po socjaldemokratach. Z pewnością w ich agendzie są ważne i bardzo potrzebne tezy i postulaty, zwłaszcza te, które odwołują się do silniejszej ochrony środowiska i wzmocnionej solidarności finansowej krajów UE. Ich program ma niewątpliwie coś z internacjonalistycznego tonu lewicy, postuluje on rozwiązywanie problemów globalnie, co odróżnia go od typowego neoliberalnego merkantylizmu gospodarczego poszukującego ciągle i wszędzie wskaźników wzrostu gospodarczego.
Problem tylko w tym, że wszystko to jest niekompletne: krytyczny ton Zielonych w stosunku do ostatniego kryzysu strefy euro i obecnego spowolnienia gospodarczego nękającego Europę Południową nie wskazuje na rzeczywistego sprawcę, a mianowicie na wielką francusko-niemiecką koalicję kapitału. W dyskusji dotyczącej uchodźców i migracji ekonomicznej nie wspominają oni o migracji wewnątrzeuropejskiej, masowych przemieszczaniu się wykwalifikowanej siły roboczej z krajów takich jak Rumunia czy Bułgaria. Jeśli chodzi o jakość powietrza i zanieczyszczenie środowiska, w ich programie nie ma wzmianki o rażących różnicach między dwoma geopolitycznymi częściami Europy, Wschodem i Zachodem. Badania Air Quality Monitoring Agency wyraźnie pokazują, że żelazna kurtyna w ogóle nie upadła jeśli chodzi o tę kwestię. A gdy wspominany jest Europejski Bezwarunkowy Dochód Podstawowy, który jest bardzo modnym tematem, trudno jest spostrzec, w jaki sposób zielone „racjonalne centrum polityczne” różni się w tej materii od przemówień z Davos.
Obrońcy Snowdena i wielbiciele Macrona
Dzieje Zielonych mają swój formalny początek w styczniu 1980 roku, kiedy to kilku lewicowych polityków z ówczesnych środowisk opozycyjnych, związanych z obroną praw człowieka, pacyfizmem i aktywizmem antynuklearnym spotkało się na pierwszym kongresie w Karlsruhe. Jednak korzenie partii można znaleźć w protestach z 1968 roku, oraz w inicjatywach obywatelskich i ruchach studenckich, które powstały później w wyniku tamtych protestów. Teraz Zieloni są niezwykle popularni w dużych aglomeracjach i bogatych ośrodkach metropolitarnych, ale swoje pierwsze zgromadzenia partyjne, a nawet pierwsze sukcesy polityczne odnotowali w wiejskiej Badenii-Wirtembergii. Tam też 16 marca 1980 roku po raz pierwszy weszli do parlamentu regionalnego. W niemieckich wyborach federalnych z 1983 roku, których głównym wydarzeniem był upadek koalicji socjalno-liberalnej kierowanej przez Helmuta Schmidta, po raz pierwszy weszli do Bundestagu (parlamentu federalnego). Już nigdy go nie opuścili; równocześnie jednak ten sukces oznaczał początek walk wewnętrznych, które niekiedy zacięte były do tego stopnia, że realny wydawał się rozpad organizacji. Cały program i struktura partii zostały zasadniczo ukształtowane przez frakcje Realos i Fundis.
Realos jest frakcją kompromisu i jest otwarta na negocjacje z innymi stronami w celu utworzenia koalicji, a nawet rządów. Najważniejszymi osobistościami politycznymi tej frakcji są Joschka Fischer, Cem Özdemir i Winfried Kretschmann. Fundis, co znaczy tyle, co fundamentaliści, są radykalnie lewicową frakcją, która nie chce porzucić podstawowych zasad partii. Walczą zatem o rozbrojenie, zniesienie NATO, eko-socjalizm, a w polityce wewnętrznej są absolutnie przeciwni sprzymierzaniu się i dogadywaniu z tradycyjnymi partiami, SPD i CDU. Fundis tworzą Jutta Ditfurth i Rainer Trampert (żadne z nich nie jest powszechnie znane na poziomie polityki europejskiej, w przeciwieństwie do przywódców Realos), członkowie i członkinie Ligi Komunistycznej z byłych Niemiec Zachodnich, oraz byli antyrewizjoniści z Jusos (młodzieżówki SPD). Fundis to również takie postacie jak Hans-Christian Ströbele, który angażuje się w nagłaśnianie skandali związanych z informacjami opublikowanymi prze Edwarda Snowdena. Do tego stopnia, że zaproponował nawet, aby Snowden otrzymał niemieckie obywatelstwo i azyl polityczny. Jest też Jürgen Trittin, który jest w dużej mierze twórcą krajowego planu stopniowego wycofywania broni jądrowej z Niemiec; kiedy był ministrem środowiska, nie mógł być związany jawnie z Fundis, ale wielokrotnie wspierał ich poglądy i stanowiska.
Najbardziej wpływowymi postaciami Zielonych nie są jednak ci odważni i nieszablonowi w poglądach ludzie. Nieporównywalnie więcej do powiedzenia mają Realos. A tam postacią pierwszoplanową jest choćby wspomniany już Winfried Kretschmann, który od ponad ośmiu lat kultywuje bardzo bliskie i serdeczne stosunki z CDU w Badenii-Wirtembergii, ale także z gigantami przemysłu motoryzacyjnego z okolicy, Daimlerem i Porsche. Sympatia dla nich, a także bagatelizowanie ich odpowiedzialności za skandal związany z niemiecką emisją dwutlenku węgla, a nawet częściowe lobbowanie na ich rzecz, to postawy, które sprawiłyby, że ktoś mógłby zastanawiać się, co ten człowiek jeszcze robi w „ekologicznej” partii.
Cem Özdemir to z kolei ucieleśnienie społeczno-kulturowego modelu integracji społeczności tureckiej. Wychował się w rodzinie gastarbeiterów i z tej niezbyt dobrej pozycji startowej doszedł na główną scenę niemieckiej polityki. By prezentować na niej poglądy typowo liberalne. Özdemir to m.in. wielki zwolennik propozycji Macrona, głoszącej wzmocnienie gospodarcze i militarne Europy wokół francusko-niemieckiego rdzenia. Wzywał on Angelę Merkel, by „nie opuszczała Francji czekającej z wyciągniętą ręką”. Oprócz przedstawiania stosunkowo stereotypowej wizji współczesnych europejskich problemów, która zaczyna się począwszy od „nieliberalnych reżimów w Polsce i na Węgrzech”, „gwałtownych i niebezpiecznych protestów Żółtych Kamizelek”, polityk Zielonych spokojnie akceptuje fakt, że Włochy i Grecja nie mogą sobie same poradzić z kryzysem uchodźczym, nie wspomina, że obecnie oba kraje przechodzą przez jedną z najostrzejszych recesji w historii), a kwestia środowiska i kryzysu klimatycznego, w której powinno się poszukiwać powodów globalnych migracji, zostaje po prostu przemilczana. W ostatecznym rozrachunku „alternatywne” przesłanie tego polityka dla Europy i Niemiec to realizm polityczny, otwartość na „centrum” i straszenie prawicowymi populistami.
Torby to nie wszystko
Trudno przewidzieć, czy taką właśnie drogę Zieloni obiorą w przyszłości. Jeśli „otwartość na centrum” będzie nadal w tej partii zwyciężać, przepadnie nie tylko jej główny atut, czyli wizerunek ugrupowania alternatywnego wobec tych dawno skompromitowanych, ale i cały sens istnienia organizacji – dążenie do wdrożenia agendy ekologicznej, która może zapobiec obecnej, coraz bardziej wyraźnej, katastrofie klimatycznej. Zieloni mogliby być alternatywą. Mając tylko 80 000 członków w całych Niemczech, zdecydowanie wygrali w ostatnich wyborach do Parlamentu Europejskiego z SPD, do której należy 400 tys. obywatelek i obywateli. Mogą jednak popisowo ten potencjał roztrwonić, wygaszając swoje postulaty w sprawach klimatycznych czy też modyfikując je w taki sposób, by zadowolony był wielki kapitał.
Bo nie chodzi tylko o kupowanie samochodów elektrycznych, unikanie podróży samolotem, recykling plastikowych toreb i niejedzenie wołowiny. Cały kryzys klimatyczny związany jest ze sposobem produkcji, dystrybucji i konsumpcji, zintegrowanym z systemem gospodarczym opartym na zysku, stałym wzroście gospodarczym i wyzysku pracowników. Przełomowy moment w globalnym ekosystemie wiąże się również z ponownym przemyśleniem i przewartościowaniem tych kwestii gospodarczych oraz skierowaniem uwagi globalnego społeczeństwa na tych, którzy mają moc i wpływ na zatrzymanie, a nawet odwrócenie dotychczasowego kursu.

Tłumaczył Wojciech Łobodziński. Skróty i adaptacja pochodzą od redakcji. Tekst ukazał się w oryginale na bułgarskim portalu lewicowym Baricada.org. Autor jest aktywistą DIEM25.

Czas wielkiego wymierania

Kolejne, ostrzeżenie o grożącej nam katastrofie gatunkowej potwierdzają entomolodzy z Niemiec i eksperci z Australii. Owady znikają jak dinozaury.

Prace biologów z Towarzystwa Entomologicznego w Krefeld, polegająca na obserwacji od 30 lat owadów wzdłuż części Renu (w regionie przy granicy z Holandią), mają kluczowe znaczenie dla metabadań prowadzonych na całym świecie, w szczególności przez uczonych Francisco Sanchez-Bayo i Kris Wyckhuys z australijskich uniwersytetów w Sydney i Queensland. Badania te pozwoliły na zebranie dowodów masowego wymierania owadów, największego od czasu wyginięcia dinozaurów. Skutki tego mogą okazać się katastrofalne dla ekosystemów i ludzkości.
Populacja owadów na planecie wydaje się nieskończona. Dość powiedzieć, że na każdego człowieka przypada około 250 milionów owadów. Jednak i w tym obszarze działalność człowieka może okazać się zgubna.
Otóż od 1994 roku, czyli początku obserwacji w Krenfeld, ogólna biomasa owadów zmniejszyła się o 76 proc. Badacze wskazują, że zmniejszająca bioróżnorodność w Europie Zachodniej wywołana jest działalnością człowieka.
„Musimy zrozumieć, że przyroda Europy Zachodniej kurczy się, a pola uprawne szkodzą owadom – tam nie ma pokarmu, a jedynie trucizny. Z kolei rezerwaty przyrody staja się coraz bardziej izolowane, a owady nie są w stanie migrować tam, ze względu na zbyt wielkie odległości. Najbardziej boimy się przekroczyć punkt, za którym nie będziemy mogli powrócić do stanu poprzedniego” – powiedział holenderski uczony Hans de Kroon, który omawiał wyniki prac niemieckich kolegów dla wyjaśnienia nagłego spadku populacji ptaków w tym regionie.
Proces wymierania owadów potwierdzony jest od Kostaryki po południową Francję.
„Wniosek jest jasny – jeśli nie zmienimy sposobów produkcji żywności, owady jako całość pójdą ścieżką wyginięcia w ciągu kilku dziesięcioleci” – napisali przywołani na początku australijscy uczeni.

Niech Trump płaci

Miasto Nowy Jork zamierza wystawić biznesowi Donalda Trumpa potężny rachunek za łamanie przepisów o redukcji emisji gazów cieplarnianych. Ekolodzy są
zachwyceni, przedstawiciele Trump Organisation – wściekli.

Prezydent USA uważa mówienie o zmianach klimatycznych za bujdę i lewacki spisek – dał temu wyraz niejednokrotnie w publicznych komentarzach. Jednak władze metropolii New York City traktują sprawę poważniej i wprowadziły regulacje, które mają skłonić właścicieli nieruchomości do tego, by budynki były maksymalnie przyjazne dla środowiska. Obiekty o powierzchni większej niż 25 tysięcy stóp mają zredukować emisje gazów cieplarnianych o 40 proc.
Osiem obiektów w Nowym Jorku należących do Trump Organization łamie zaprojektowane normy. Wśród budynków, które łącznie emitują 27 tys. ton gazów cieplarnianych, są słynne Trump Tower przy Piątej Alei oraz Trump Building na Wall Street.
Trump i zarządcy jego firmy mają jeszcze czas na naprawienie sytuacji: kary będą nakładane począwszy od 2030 r. To wtedy do Trump International Hotel & Tower nadejdzie pierwszy mandat na kwotę 850 871 dolarów, a pozostałe budynki mandaty odpowiednio niższe. Łącznie niechęć do ochrony środowiska ma kosztować firmę Trumpa 2,1 mln dolarów rocznie – oblicza „The Guardian”. Chyba, że zgodnie z rekomendacjami w budynkach zostanie przebudowana wentylacja i klimatyzacja, a szklane fasady unowocześnione.
Bill de Blasio, prezydent Nowego Jorku, osobiście potępiał Trumpa za nieekologiczne praktyki podczas mityngu proekologicznego, jaki odbył się dziś przed Trump Tower. – Prezydencie Trump, mamy na ciebie oko – przemawiał. – Twoje budynki, generujące zanieczyszczenia, są częścią problemu. Zapłać albo obetnij emisję!
Przez całe wystąpienie samorządowca z Trump Tower płynęła głośna muzyka, a aktywistom zaangażowanym w sprawy klimatyczne przeszkadzali zwolennicy prezydenta. Uczestnicy protestu trzymali transparenty z napisem „Nowy Zielony Ład” – ich oponenci pokrzykiwali, iż de Blasio jest najgorszym w historii włodarzem Nowego Jorku.
– Robimy to, co jest konieczne, by mierzyć się z kryzysem klimatycznym – mówią „The Guardian” przedstawiciele nowojorskiego ratusza. Do 2050 r. emisje z miasta mają zostać ograniczone o 80 proc. w stosunku do poziomu z roku 2005. Aktywiści ekologiczni są zgodni: kierunek zmian, jaki narzucili w mieście, jest dobry.

Labour zielenieje

W zakończonych niedawno wyborach samorządowych Partia Pracy utraciła część mandatów na rzecz Zielonych. Jednak dwa dni wcześniej zdołała skłonić cały brytyjski parlament do przyjęcia uchwały o historycznym znaczeniu – pierwszej takiej na świecie. Dzięki niej ma szanse stanąć na czele potężniejącego ruchu na rzecz ratowania kraju przed katastrofą klimatyczną i w ten sposób odzyskać wielu lewicowych wyborców, których utraciła m.in. na skutek własnej bezradności w kwestii brexitu.

Nie sposób nadal pytać, „czy” światu i Europie grożą poważne skutki zmian klimatycznych”. Raporty ONZ i organizacji takich jak Greenpeace to jedno. Natomiast po tym, jak trzy podmioty w branży ubezpieczeniowej opublikowały raport z badania na temat najkosztowniejszych ryzyk, z którymi mierzyć się musi sektor finansowy, odpowiedź może być wyłącznie twierdząca. Trudno nie wierzyć tym, których powołaniem jest liczenie, ile na czym zyskają, a ile stracą. A raporty szacownych organizacji, owszem, ukazują się i to coraz ciekawsze: w jednym z najnowszych ONZ tłumaczy, że jest już za późno na ratowanie ekosystemów, jakie znamy. Nastawić się trzeba na ratowanie samej ludzkości (przyjmując założenie, że stanowi ona dla świata jakąś wartość).
W Wielkiej Brytanii zapanował klimat do poważnej debaty o klimacie, a nawet do podjęcia stanowczych działań mających na celu przeciwdziałanie zmianom klimatycznym.
Jak pokazał sondaż przeprowadzony przez ośrodek Opinium związany z magazynem „The Observer”, 63 proc. Brytyjczyków jest zdania, że znajdują się w stanie „klimatycznego stanu wyjątkowego” (climate emergency), 64 proc. uważa, że rząd jest odpowiedzialny za podjęcie działań w związku ze zmianami klimatu, zaś aż 76 proc. jest gotowych głosować w wyborach tak, żeby chronić klimat i naszą planetę. Nic dziwnego, że po temat od razu sięgnęli laburzyści, którzy cały czas szukają sposobu na zdobycie decydującej przewagi sondażowej nad torysami. Niezdecydowanie w sprawie brexitu kosztowało ich duży spadek zaufania wśród młodych. Możliwe więc, że bicie na alarm w sprawie przyszłości Ziemi pozwoli im odrobić straty. Zwłaszcza, że nośny eko-motyw opakowali w bardzo równościową, nawet antykapitalistyczną retorykę.
Przełomem w rozbudzaniu ogólnokrajowej świadomości okazały się młodzieżowe strajki klimatyczne, które przetoczyły się przez Europę w marcu i kwietniu protesty w Londynie przeprowadzone przez Extinction Rebellion. To oddolny, niehierarchiczny ruch dążący do wywołania niezwłocznej, systemowej przemiany w podejściu decydentów i całego społeczeństwa do zmian klimatu poprzez nacisk na polityków metodą masowego, pokojowego nieposłuszeństwa obywatelskiego, inspirowany m.in. Gandhim i Martinem Lutherem Kingiem. Kiedy w dniach 15-19 kwietnia aktywiści ER urządzili serię okupacji newralgicznych miejsc Londynu i innych brytyjskich miast, policja w samej stolicy aresztowała ponad 680 osób. Opinia publiczna stanęła po stronie ekobuntowników, a wielu komentatorów nie zostawiło na premier Theresie May suchej nitki za to, że odmówiła spotkania z protestującymi, wśród których znalazła się słynna 16-letnia Greta Thunberg.
Zgodnie z wymową swojej nazwy Momentum, lewicowa frakcja Partii Pracy, niezmordowanie „pompująca” wszelkie postępowe rozwiązania w łonie partii, postanowiła skorzystać z pędu sytuacji politycznej i połączyć siły z zyskującym na popularności ER, by skłonić kierownictwo Labour do zdecydowanych działań.
Udało im się to, bo prawdopodobnie laburzyści, dzięki odmłodzeniu aktywu po objęciu kierownictwa przez Jeremy’ego Corbyna, orientują się już, że w kręgach lewicowych dyskurs równościowy coraz ściślej się zrasta ze świadomością klimatyczną.
Inspiruje ich też popularność, jaką wśród progresywnych Amerykanów zyskała koncepcja Green New Deal (Nowego Zielonego Ładu).
W konkretnej postaci sprowadziła się do rezolucji, którą nowa „gwiazda” Demokratów Alexandria Ocasio-Cortez i senator Edward Markey starali się przeforsować przez Kongres. Projekt ich uchwały kreślił wizję, która łączyła kryzys klimatyczny z kryzysem społecznym w USA, podkreślała że głównymi ofiarami skutków ocieplenia klimatu i niszczenia ekosystemów są osoby ubogie i wykluczone, w największym stopniu narażone na zanieczyszczenie środowiska, niezdrową żywność i słaby dostęp do służby zdrowia. W myśl tej idei – w pewnym stopniu zbieżnej z rodzącą się od niedawna koncepcją ekosocjalizmu – odnowa klimatyczna musi wiązać się nierozerwalnie z polityką równościową i przezwyciężeniem dzikiego korporacyjnego kapitalizmu poprzez aktywny udział państwa w uruchomieniu masowych inwestycji w „zielone technologie”, które tworzyłyby nowe miejsca pracy i podnosiły jakość życia mas. Nieprzypadkowo zdecydowano się na nawiązanie do New Dealu z lat 30. XX w. Jednocześnie rozwiązania proponowane przez Markey i Ocasio-Cortez nacechowane są podobnymi wadami co projekt prezydenta F.D. Roosevelta, czyli podejściem technokratycznym, proponującym „kapitalizm z ludzką twarzą”, tylko tym razem „zielony”.
Rezolucja została ostatecznie odrzucona zarówno przez Izbę Reprezentantów jak i przez senat, w którym poniosła wręcz miażdżącą porażkę: zero głosów „za”. Nic to dziwnego w epoce Donalda Trumpa, kiedy lobby producentów paliw kopalnych czuje się w Kongresie jak ryba w wodzie. GND okazał się jednak pomysłem bardzo ożywczym dla amerykańskiej lewicy i zainspirował wiele oddolnych zielono-równościowych inicjatyw lokalnych, a nawet pozwolił na popularyzację idei znacznie bardziej postępowych niż zapisy samego projektu uchwały: zarówno eko– jak i socjalistycznych.
Inicjatywa parlamentarna Partii Pracy podjęta pod naciskiem „buntowników klimatycznych” i własnych „dołów” powstała w odmiennych okolicznościach. Po pierwsze: ekologiczna świadomość Brytyjczyków. Po drugie: miażdżąca krytyka, jaka spadła na głowy konserwatywnego rządu za ich skandaliczną indolencję na polu programu dla klimatu – o czym później.
1 maja laburzystom udało się w ten sposób przeforsować w Izbie Gmin pierwszą na świecie parlamentarną deklarację o „klimatycznym stanie wyjątkowym”.
Jej najważniejszym punktem jest przyjęcie 2050 r. za termin wdrożenia gospodarki zeroemisyjnej. To znacznie wyższe ustawienie poprzeczki niż to przyjęte przez obecny rząd, które zakładało, że do połowy stulecia nastąpi redukcja emisji dwutlenku węgla o 80 proc. w stosunku do poziomu z 1990 r.
Sam tekst rezolucji zgodnie popartej przez obie główne partie nie zapiera tchu w piersiach. Jest krótszy, bardziej ogólnikowy i lakoniczny niż rezolucja Ocasio-Cortez i Markeya. Utrzymany jest tylko w bardziej alarmistycznym tonie, dającym do zrozumienia, że Wielka Brytania już teraz znajduje się w dramatycznym kryzysie ekologicznym. Najbardziej liczy się fakt parlamentarnego konsensusu co do jej brzmienia.
Okazało się, że lewica potrafi narzucić czasem swoją hegemonię nawet w warunkach sprawowania pełni władzy przez konserwatystów.
Liczy się też fakt, że niezależnie od dosłownej treści deklaracji, laburzyści – przede wszystkim sam Corbyn – starali się dorobić do niej bardziej radykalne „ideolo”, niż wynika to z samego tekstu. Równościowa, a nawet antykapitalistyczna wymowa pobrzmiewała w publicznych wypowiedziach na ten uchwały i w komunikatach w mediach społecznościowych.
Przemawiając 1 maja w parlamencie Corbyn kładł nacisk na światowe znaczenie ogłoszenia przez Wielką Brytanię klimatycznego stanu wyjątkowego. Wyraził nadzieję, że decyzja ta pozwoli „uruchomić falę działań ze strony rządów i parlamentów całego świata”.
– Nie możemy już marnować czasu. Znaleźliśmy się w stanie kryzysu klimatycznego, który niebezpiecznie wymknie się nam spod kontroli, o ile natychmiast nie podejmiemy szybkiego, zdeterminowanego działania – kontynuował lider Labour.
To zdecydowanie inna wizja światowego przywództwa, niż choćby wyobrażenia przyświecające Donaldowi Trumpowi w jego scenariuszu powrotu „wielkiej Ameryki”. Przemawiając do tłumu oczekującego na decyzję parlamentu Corbyn wypowiedział jeszcze następujące słowa:
– Sama deklaracja stanu wyjątkowego oznacza, że rozumiemy jego znaczenie. Chodzi jednak o to, co dalej. Chodzi o zieloną rewolucję przemysłową. W przeciwieństwie do poprzednich rewolucji przemysłowych, korzyści z których – tak jak kapitał – płynęły do wąskiej grupy, korzyści z tej rewolucji popłyną do wszystkich.
Można przyjąć, że determinacja klimatyczna stała się więc integralną częścią składową laburzystowskiego programu równościowego przekształcenia społeczeństwa i socjalnego przekształcenia stosunków gospodarczych – jeżeli uznać, że słowo „socjalistyczne” jest tu na wyrost.
Partii Pracy udało się bardzo zręcznie wykorzystać narastającą w kraju ekoświadomość i dokonała ona przy tej okazji wzmocnienia tej tendencji. Już wcześniej bowiem klimatyczny stan wyjątkowy ogłaszano na różnych poziomach lokalnych, w konkretnych miejscowościach – były to jednak małe inicjatywy.
Tymczasem kilka dni wcześniej deklarację zbliżoną do laburzystowskiej przyjął parlament Walii.
Z kolei dzień po rezolucji ogólnokrajowej, swój klimatyczny stan wyjątkowy ogłosił parlament Szkocji. Tu plan na przyszłość został określony nawet bardziej ambitnie: zero emisji do 2045.
Jeżeli dochodzi już do „wyścigów” na cele redukcyjne, znaczy to, że Brytyjczyków – na kilku poziomach organizacji społeczeństwa – rzeczywiście porwało „zielone uniesienie”. To wyraźna tendencja polityczna i partia Corbyna bardzo słusznie robi, starając się ją spożytkować poprzez wysforowanie się na czoło ruchu klimatycznego. Wybory lokalne, które odbyły się w części brytyjskich okręgów dwa dni po deklaracji, okazały się co prawda niekorzystne dla Labour i to właśnie dlatego, że część wyborców partii odpłynęła do Zielonych. Tak czy inaczej świadczy to o słuszności obranego kierunku. Trudno jednocześnie oczekiwać, że niekorzystna dla Partii Pracy decyzja wyborcza, która najpewniej wcześniej wynikła z rozczarowania „nieogranięciem” partii na obszarze klimatycznym, może zostać odwrócona w ciągu jednego dnia.
Największą słabością deklaracji klimatycznej laburzystów jest bez wątpienia fakt, że nie jest ona w żadnym stopniu wiążąca prawnie – nie jest ustawą.
Nie oznacza to jednak, że jest zawieszona w próżni, bo stoi za nią mobilizacja wciąż rosnącej części społeczeństwa – to w istocie jest ważniejsze niż zapis na papierze. Niezbicie dowodzi tego kompromitacja torysów na polu polityki klimatycznej, która obecnie tylko potęguje kompromitację ogólną potwierdzoną przez ich fatalny wynik w wyborach samorządowych. Inicjatywa Partii Pracy była odpowiedzią na kolejną aferę z udziałem partii rządzącej, która wybuchła niedługo wcześniej. W 2015 r. rząd przeznaczył 100 mln funtów na modernizację brytyjskich autostrad pod kątem obniżenia emisji zanieczyszczeń powietrza. Pieniądze te miały być wydane zgodnie z celami do 2020 r. Protokoły do których dotarł „Observer” nie pozostawiają wątpliwości: powiedzieć, że projekt „jest w lesie”, to za mało. Z całej puli wydano dotychczas dopiero… 7,7 mln funtów!
Gromy, jakie w związku z tym skandalem posypały się na znienawidzony rząd Theresy May były z pewnością jednym z powodów, dla których konserwatyści potulnie zagłosowali za klimatycznym stanem wyjątkowym. Hańba, jaką okryli się torysi, z jednej strony pomogła więc umocnić się Partii Pracy na polu walki klimatycznej, z drugiej – narzuca laburzystom odpowiednio wyższe oczekiwania społeczne, jeżeli w najbliższej przyszłości utworzą rząd.
Na razie nie jest przesądzone, że wygrają wybory parlamentarne i Jeremy Corbyn będzie premierem. Z przyjętej rezolucji nie wynika też, jakie dokładnie partia zamierza przyjąć gospodarcze środki ratowania nie tylko brytyjskiego, ale i ziemskiego klimatu, by uniknąć wyłącznie „pompowania” przysłowiowego już lobby wiatrakowego i mydlenia postępowcom oczu pozorami zielonego kapitalizmu. Jak skutecznie połączyć walkę o znośny klimat dla życia na Ziemi z budową równościowego społeczeństwa sprawiedliwości społecznej, w przyszłości być może socjalistycznego?
Wiadomo tylko, że jeżeli ma powstać społeczeństwo socjalistyczne, to musi ono być zielone – obecnie jest to już warunek przetrwania cywilizacji ludzkiej w jakiejkolwiek akceptowalnej postaci.
Poza tym prawdziwy socjalizm rozumiany jako pełna demokracja gospodarcza współgra z koncepcją gospodarki opartej na odnawialnych źródłach energii i na zrównoważonym, nieprzemysłowym rolnictwie, a więc na mniej scentralizowanej strukturze gospodarczej niż ta uzależniona od paliw kopalnych. Labour ma więc przynajmniej teoretyczne szanse na przyczynienie się do powstania takiej nowej formy społecznej.
A jeżeli się nie uda? Cóż, w ramach jedynego optymistycznego scenariusza można wtedy przyjąć, że po ostatecznej katastrofie klimatycznej, wśród odradzających się stopniowo społeczeństw pierwotnych będzie panować „komunizm pierwotny”, który siłą rzeczy musi być względnie eko. Zatem, lewacy, głowy do góry!

Już jest za późno

Trzy lata pracy 450 ekspertów ONZ ds. bioróżnorodności zamknięte w opublikowanym właśnie 1800-stonicowym raporcie przynoszą bardzo złe wiadomości: „Jesteśmy w trakcie niszczenia samych fundamentów naszych gospodarek, naszych środków przeżycia, bezpieczeństwa żywnościowego, zdrowia i jakości życia na całym świecie” – mówił dziś na konferencji prasowej Robert Watson, przewodniczący grupy naukowej Narodów Zjednoczonych (IPBES). Ten proces niestety przyśpiesza. Nasze środowisko jest już w tak żałosnym stanie, że przetrwane gatunku ludzkiego stanęło pod znakiem zapytania.

Już 75 proc. naturalnego środowiska ziemskiego zostało „poważnie uszkodzone” poprzez ludzką działalność. W rezultacie ok. miliona gatunków fauny jest zagrożonych całkowitym wyginięciem w ciągu najbliższych dziesięcioleci. Jeśli przyjąć, że długość historii Ziemi to doba, dwie dziesiąte sekundy istnienia ludzkości narobiły szkód wielkości kosmicznych katastrof.
Oto piątka winnych uszeregowana od najgroźniejszego: traktowanie powierzchni ziemi (rolnictwo i wycinanie lasów), bezpośrednie wykorzystywanie dóbr naturalnych (rybołówstwo, myślistwo), zmiany klimatyczne, zanieczyszczenie środowiska i niekontrolowany rozwój gatunków inwazyjnych z powodu zachwiania równowagi ekologicznej. Nawet jeśli klimatyczna umowa paryska, której ambicją jest ograniczenie globalnego ocieplenia do dwóch stopni Celsjusza powyżej poziomu sprzed epoki przemysłowej, zakończy się sukcesem, zmiany klimatyczne pójdą w górę tej klasyfikacji, co negatywnie wpłynie na pozostałe czynniki.
Pierwszym celem działań ratunkowych powinna być zmiana całego systemu żywnościowego. Choć naukowcy piszą wprost, że jedzenie mięsa ma największy – wśród innych produktów – negatywny wpływ na naszą przyrodę, synteza raportu przyjęta przez delegacje polityczne nie wzywa bezpośrednio do zmniejszenia konsumpcji mięsa, ze względu na naciski niektórych wielkich producentów.
Kilka liczb: tylko 13 proc. oceanów można określić jako „dzikie” i 23 proc. powierzchni lądowych, najczęściej w miejscach bardzo oddalonych od ludzkiej infrastruktury lub nieproduktywnych. „Ponad jedna trzecia lądów i trzy czwarte ich słodkiej wody są używane do produkcji rolnej i hodowli zwierząt rzeźnych” – mówi tekst raportu i zwraca uwagę, że wynikająca z tego degradacja gleby zredukowała produktywność rolną na ponad 20 proc. powierzchni upraw, co dotyka już trzech miliardów ludzi. 80 proc. ludzkich ścieków ląduje w przyrodzie bez żadnego oczyszczania (w tym do 400 milionów ton metali ciężkich), a to sprawia, że już 40 proc. ludzkiej populacji nie ma dostępu do czystej wody pitnej.
Już za późno, by przywrócić naturę do poprzedniego stanu, ale jeśli „teraz, nie później” będzie zdecydowana planetarna wola polityczna, by dokonać transformacji ekologicznej metod produkcji, ludzkość przeżyje. W przeciwnym wypadku podzieli los gatunków, które zniszczyła.

Głos lewicy

Jesteśmy ugotowani

Przemyślenia Łukasza Molla o Dniu Ziemi:
„Mieliśmy ładną koincydencję – zmartwychwstanie, połączyło się z życiodajnymi pogańskimi tradycjami nastania wiosny (zachowanymi w lanym poniedziałku) i z Dniem Ziemi. Prawdziwa celebracja życia.
Tak się złożyło, że jako porządny marksista podszedłem do sprawy życia materialistycznie i w święta pracowałem nad artykułem recenzyjnym dotyczącym zielono-marksistowskich teorii zmian klimatycznych. I przypomniałem sobie dlaczego w ostatnim czasie staram się nie myśleć i nie czytać o ekologii. Coraz więcej wskazuje, że jesteśmy ugotowani – dosłownie. Więcej niż prawdopodobne, że w ciągu kilku kolejnych lat zadecyduje się przyszłość życia na ziemi na niewyobrażalny okres. Być może zniszczymy je w sposób nieodwracalny. Wszystkie możliwe wskaźniki ekologiczne – zanieczyszczenie oceanów, topnienie lodowców, utrata bioróżnorodności, pustynnienie ziem uprawnych – mrożą krew w żyłach. Kiedy pomyślę o tym, że Ziemia może być jakąś martwą pylastą niecką jak planety i gwiazdy, które oglądamy na zdjęciach, doznaję prawdziwej metafizycznej trwogi. I ogarnia mnie bezradność, bo wiem, że kapitał nie zrezygnuje z robienia zysków za wszelką cenę, a i my zostaliśmy pod niego sformatowani w ten sposób, że w swoich głęboko zakorzenionych nawykach nie potrafilibyśmy żyć tak, jak wymaga od nas tego kryzys ekologiczny. W swoich banalnych, codziennych aktywnościach celebrujemy śmierć, nie życie.
I niby wiadomo, skąd tak niska świadomość tego, co nas czeka: wyparcie kłopotliwej prawdy, pogoń mediów za sensacją, sowicie opłacani propagandyści, a przede wszystkim zwykłe przyzwyczajenia, inercja, zaaferowanie codziennością. A jednak nie przestaje mnie to dziwić i na swój chory sposób fascynować.

Do roboty!

Po świętach od razu wracam do pracy. Koalicję Europejską i Sojusz Lewicy Demokratycznej czekają w najbliższych tygodniach ważne wydarzenia. 1 maja organizujemy, jak co roku, w Warszawie i innych miastach pochody i pikniki z okazji Święta Pracy. Zapraszamy na nie wszystkich, którym nieobojętne są prawa pracowników, walka o dobre warunki pracy i wyższe płace. Kilka dni później chcemy przypomnieć Polakom o piętnastej rocznicy wejścia Polski do Unii Europejskiej. Wspólnie z Fransem Timmermansem, kandydatem lewicy na szefa Komisji Europejskiej, Leszek Miller i Włodzimierz Cimoszewicz, autorzy naszego sukcesu z 2004 r., będą rozmawiać z wyborcami o przyszłości Polski w Unii Europejskiej. Finał 26 maja, gdy odbędzie się wielki wybór: między Polską w Unii Europejskiej a Polską poza nią – mówi Marcin Kulasek, sekretarz generalny SLD.

Odzyskiwanie wolności

W świecie malejącej stabilności i rosnących nierówności postawienie na odzyskiwanie przez lewicę pojęcia wolności brzmi na straceńczą misję. Z drugiej strony – cóż jest do stracenia?

Rzut oka na ideową linię frontu nie napawa optymizmem. Przed wiosennymi wyborami do Parlamentu Europejskiego wzrost znaczenia populistycznej prawicy nie ulega wątpliwości. Kolejne państwa zaczynają być podatne na jej przekaz niechęci do elit, lęku przed obcymi oraz odrzucenia wizji ponadnarodowych wspólnot politycznych.
Nowy porządek polityczny
Do listy krajów, w których zaczęła odnosić swoje sukcesy – na razie na poziomie regionalnym – dołączyła niedawno Hiszpania. W wyniku wzrostu jej znaczenia przeciągają się próby utworzenia rządu w Szwecji. Gdy jej reprezentanci wychodzą z ław belgijskich gabinetów rządowych trzęsie to całą tamtejszą sceną polityczną.
Jednocześnie – wbrew prognozom sprzed 10 lat – globalny kryzys ekonomiczny nie przyniósł światu zdecydowanego odejścia od neoliberalizmu. Choć nie da się ukryć, że pojawiło się więcej przestrzeni do głoszenia alternatywnych przekonań, a także nieco więcej przyzwolenia na obieranie bardziej pragmatycznego kursu przez rządy, to jednak skala wdrażanej w różnych zakątkach globu polityki cięć i zaciskania pasa i jej skutki (od Brexit po wysokie bezrobocie w Grecji) nie dają nam zapomnieć o sobie po dziś dzień.
W tak zarysowanym kontekście mówienie o wolności – szczególnie w lewicowym czy progresywnym wydaniu – nie jest sprawą prostą. Jedna z ważnych stron ideowego sporu preferuje wyidealizowaną wspólnotę, dla której wolność stanowić może zagrożenie. Nie po to odbudowuje się poczucie narodowej dumy, jedności i wartości, by ktoś miał je bezkarnie kwestionować.

Między populizmem a liberalizmem

Powody do wpisania kogoś na ten nieprawomyślny rejestr mogą się zresztą – o czym warto pamiętać – zmieniać. W monokulturowej Polsce podejrzana może być właściwie każda odmienność, podczas gdy np. Marie Le Pen sprawnie udaje się przekonać niemało francuskich gejów, że stoi po ich stronie w kontrze nawet nie tylko do radykalnych islamistów, co do muzułmanów w ogóle.
Po drugiej stronie mamy obóz liberalny, który przez długie lata zrównywał wolność z wolnością gospodarczą. W efekcie opowieść o wolności przestała kojarzyć się na przykład z wolnością od niedostatku – tak jak prawa człowieka często kojarzą się dziś z (niewątpliwie ważnymi) demonstracjami czy maratonami pisania listów, a nie prawem do opieki zdrowotnej, edukacji czy świadczeń społecznych.
Pokryzysowy liberalizm retorycznie próbuje się przesuwać, w różnych językach prezentując opowieść o tym, jak to „byliśmy głupi”. Praktyka rządzenia pokazuje niestety, że z utartych kolein wychodzi się trudniej, niż poprzez parę deklaracji o trosce o planetę czy potrzebie wzmacniania klasy średniej. Chcący budować ropociągi Justin Trudeau czy podnoszący akcyzę na paliwa i zapominający o stworzeniu wiarygodnej alternatywy dla transportu samochodowego Emmanuel Macron są tego najlepszymi przykładami.
Dla formacji ekopolitycznych wyzwanie to okazuje się podwójnie trudne. W jaki sposób przekonywać do regulacji, niezbędnych do walki ze zmianami klimatu, które krytykowane będą z prawej strony za „atak na wolność”? Jak pokazywać, że odpowiedzią na konsumpcyjny idealizm nie jest autorytarna wspólnota, dla której różnorodność jest siłą, a nie słabością?

Skandynawska zieleń

Odpowiedzi na te pytania próbuje udzielić lider duńskiej partii ekopolitycznej Alternatywa, Uffe Elbaek. Fakt, że przed jej założeniem był ministrem kultury z ramienia tamtejszej partii socjalliberalnej zdaje się tłumaczyć, dlaczego wciąż do wątku wolności podchodzi z pewnym sentymentem – sentymentem, który nie przeszkadza mu jednak w podkreślaniu roli nordyckiego modelu społecznego czy otwartego na różnorodność społeczeństwa.
Swoje przemyślenia przed tegorocznymi wyborami parlamentarnymi przelał na karty swej nowej publikacji The Next Denmark. Freedom and Community – a New Narrative. Już sam tytuł wskazuje na ideowe filary wizji Elbaeka, które – by przynieść najlepszą synergię – powinny iść ze sobą w parze.
Nieprzekonanych uspokajam – dla tego duńskiego polityka nie ma nic lepszego, niż progresywne podatki i powoływanie się na Thomasa Piketty’ego. Marząc o wspólnocie podkreśla, w jaki sposób była ona podmywana przez lata neoliberalnego kursu ekonomicznego. Za źródła kryzysu liberalnego porządku demokratycznego uważa nierówności, ślepą pogoń za wzrostem gospodarczym oraz wynikłą z tego połączenia alienację.
Na kryzys demokracji radzi on… więcej demokracji – i to nie tylko w systemie politycznym, ale również w gospodarce. Zaufanie zamiast kontroli, tolerancja zamiast murów, funkcjonowanie w obrębie granic ekosystemowych zamiast pogoni za statusem materialnym – oto skrócony wyciąg z recepty na odnowienie naszych społeczeństw w duchu kreatywnej, demokratycznej rewolty przeciwko status quo. I tu właśnie w tę opowieść wkracza wolność – a nawet trzy wolności. Fundamentem wizji Elbaeka nie jest „wolność od”, na przykład wszechogarniającego państwa, lecz „wolność do” życia w demokratycznych, dających naszemu życiu sens społecznościach, do doświadczania harmonii, równowagi i bliskości oraz do równych praw i możliwości życiowych. To wizja, w której wolność nie zależy od zasobności portfela, ale która przenika wszystkie dziedziny życia. Jej poszerzanie na całe społeczeństwo nie jest fanaberią, lecz warunkiem jej zaistnienia.

Wspólnota współpracy

Wspomnianemu marzeniu o nowej, lepszej Danii (i świecie) towarzyszy zestaw kilkudziesięciu propozycji programowych, podzielonych na 10 działów. Znajdziemy w nich sporo dobrze znanych z kart programów ekopolitycznych pomysłów, takich jak skrócenie tygodnia pracy (lider Alternatywy proponuje jego ograniczenie do 30 godzin) czy wykorzystanie zamówień publicznych do promowania biznesu realizującego cele społeczne i ekologiczne.
To, co w zaprezentowanej wizji się wyróżnia, to sporo miejsca poświęconego na promowanie modelu spółdzielczego. Dania ma w tym zakresie bogatą, sięgającą XIX wieku historię – ich rozwój napędzała popularność szkół ludowych, a ich kulturowe znaczenie umożliwiło podtrzymanie atrakcyjności tego modelu i jego stosowanie w nowych sektorach, takich jak rozproszona energetyka odnawialna.
Zdaniem Elbaeka model kooperatywny realizuje w praktyce zasady demokracji ekonomicznej i powinien być wspierany, np. poprzez stworzenie dedykowanego spółdzielniom banku inwestycyjno-rozwojowego. Specjalny fundusz spółdzielczy mógłby wspierać finansowo nowe inicjatywy ze środków już istniejących spółdzielni, a pieniądze reinwestowane przez nie w swoją działalność mogłyby z kolei być zwolnione z podatków.
Podobne zwolnienie powinno jego zdaniem przysługiwać również (przez pierwszy rok bądź do osiągnięcia określonej wielkości/obrotów) nowym biznesom – a już na pewno tym, realizującym cele społeczne lub ekologiczne.
Postulat ten wpisuje się w szerszy pakiet doceniania aktywności i kreatywności gospodarczej (np. premiowania firm stawiających w równym stopniu na kwestie ekologiczne, społeczne i ekonomiczne) przy jednoczesnej, konsekwentnej walce z negatywnymi kosztami zewnętrznymi dotychczasowego modelu działalności gospodarczej (opodatkowanie zużycia zasobów naturalnych na szczeblu międzynarodowym, oddzielenie bankowości detalicznej od reszty systemu bankowego).

Nowe horyzonty wolności

Wizja poszerzania wolności sięga w Elbaeka tam, gdzie tradycyjnie ją rozumiejący liberałowie rzadko sięgali. Proponuje on zagwarantowanie – z poziomem konstytucyjnym włącznie – praw przyrodzie, co wymuszałoby np. rekompensowanie lasom za eksploatację surowców, które dostarczają człowiekowi). W ustawie zasadniczej powinny znaleźć się jego zdaniem również prawa i wolności cyfrowe, jakie jak uznanie prawa użytkowników do swoich danych czy ograniczenie inwigilacji do przypadków, w których zgodę na nadzór wyraził sąd.
Z postulatów tych wyłania się obraz ludzi, którzy odzyskują kontrolę i podmiotowość. By marzenie to nie pozostało jedynie na papierze muszą rosnąć musi wpływ pracowników na przedsiębiorstwa, w których są zatrudnieni (od udziału w podejmowanych decyzjach oraz prawa pierwokupu sprzedawanej firmy po dostęp do ich akcji), a demokratyczne doświadczenie przekazywane nie tylko za pomocą teorii, ale również praktyki (3-6 – miesięczna, analogiczna do wojskowej, obowiązkowa służba demokratyczna w organizacjach pozarządowych lub innych inicjatywach społecznych po zakończeniu edukacji szkolnej).
Atrakcyjność tak zaprezentowanej wizji, poza jej holistycznym charakterem, polega na nieoczywistym łączeniu wątków we spójną opowieść o świecie. Świecie, w którym – podobnie jak w publikacji Dirka Holemansa o wolności i bezpieczeństwie w coraz bardziej złożonej rzeczywistości – wolność nie polega na zawierzaniu rzeczywistości niewidzialnej ręce rynku, lecz na jej aktywnym współtworzeniu w każdym aspekcie życia.

Wyborczy test

Być może taka właśnie opowieść, twórczo wiążąca ze sobą stare, dobre ekopolityczne zasady samostanowienia, sprawiedliwości społecznej oraz świadomości ekologicznej, może być dobrym antidotum na rosnące wpływy prawicowego populizmu? Póki co – patrząc się na wyniki z Niemiec czy z Belgii – wykazuje ona pewien potencjał mobilizacyjny, choć głównie w Europie Północnej.
Okazuje się bardziej żywotna, niż można było się tego spodziewać po odrodzeniu oldskulowej polityki walki klasowej w Wielkiej Brytanii czy eksperymentach z lewicowym populizmem na południu kontynentu. Pytanie o to, na ile można ją próbować zaszczepić w Europie Środkowej – i z jakimi wyborczymi skutkami – pozostaje otwarte.