„Ekologiczna katastrofa” we Wrocławiu

Sezon jesienno-zimowy, to dobry czas by podyskutować o ekologii, ochronie środowiska, smogu i tematach z tym związanych. Zwłaszcza iż to dziś palące zagadnienia.

Społecznego Forum Wymiany Myśli zaprasza więc na najbliższą, październikową debatę poświęconą tej gorącej palecie tematów, tworzących cały wachlarz spraw niosących zagrożenia dla środowiska, egzystencji ludzkości i pojedynczego człowieka. Temat naszej najbliższej dyskusji brzmi:
– „EKOLOGICZNA KATASTROFA: WROCŁAW – POLSKA – EUROPA – ŚWIAT”
Do dyskusji zaprosiliśmy przedstawicieli środowisk ekologicznych z Wrocławia, jak również ludzi związanych z organizacjami zajmującymi się ochroną środowiska. Staramy się zapewnić obecność reprezentantów Uniwersytetu Przyrodniczego specjalizujących się w tej dziedzinie, jak również ludzi z branży górniczo-geologicznej mających inne spojrzenie na klimatyczne zmiany związane z tzw. antropocenem czyli epoką bezwzględnej hegemonii człowieka nad przyrodą. Do udziału w debacie zaprosiliśmy również przedstawicieli wrocławskiego magistratu, odpowiedzialnych za te sprawy w naszym mieście. Czyli będzie i „lokalnie” i „globalnie”. Tematyka jest nie tyle kontrowersyjna co wielopłaszczyznowa i budząca emocje. Może i tym razem w „Tajnych kompletach” też tak będzie. Debata odbędzie się w dniu 24.10.2019r., o godz. 17.30 w księgarni-kawiarni „TAJNE KOMPLETY”, ul. Przejście Garncarskie 2, we Wrocławiu.

Polska rakiem Europy

Pojawił się nowy raport analiz jakości powietrza w Europie. Zanieczyszczenie było przyczyną ok. 400 tys. przedwczesnych zgonów na terenie Europy, w tym aż 43 tys. w Polsce. Jesteśmy najbardziej rakotwórczym krajem Starego Kontynentu.

Raport opiera się na danych zgromadzonych i opracowanych przez Europejską Agencję Środowiska (European Environment Agency, EEA), która jest strukturą Unii Europejskiej zajmującą się monitorowaniem stanu środowiska naturalnego. Jest kierowana przez zarząd złożony z przedstawicieli rządów krajów członkowskich, przedstawicieli Komisji Europejskiej, oraz dwóch naukowców wyznaczonych przez Parlament Europejski wspomaganych przez specjalny ekspercki komitet naukowy.
Z raportu nt. jakości powietrza w Europie, opublikowanego w środę przez Europejską Agencję Środowiska (EEA), wynika, że niemal wszyscy mieszkańcy europejskich miast są wciąż narażeni na poziom zanieczyszczenia powietrza przekraczający bezpieczne dla zdrowia wartości, określone przez Światową Organizację Zdrowia (WHO). Nowe analizy EEA opierają się na najświeższych, oficjalnie dostępnych danych na temat jakości powietrza, które gromadzone były przez sieć 4 tys. stacji monitoringu na terenie Europy. Opracowanie dotyczy roku 2016.
Trzy główne rodzaje zanieczyszczeń: pyły (PM), dwutlenek azotu i ozon obecny w dolnej warstwie atmosfery wskazano jako największe zagrożenia. Autorzy raportu zaznaczają, że zła jakość powietrza znajduje fatalne odbicie w stanie zdrowia mieszkańców Europy, zwłaszcza jeśli chodzi o miasta.
Z dokumentu jednoznacznie wynika, że Polska jest niechlubnym liderem pod względem stężenia benzo(a)pirenu, jednej z najbardziej rakotwórczych substancji. Norma to 1 ng na metr sześcienny powietrza, a stężenia w naszym kraju sięgają niekiedy nawet 22,7 ng. Średnie stężenie zaś utrzymuje się na poziomie 5 ng. Na ogół więc dopuszczalna maksymalna norma przekroczona jest aż pięć razy! A bywają chwilę gdy po prostu oddychamy trucizną. Jak bowiem inaczej nazwać okoliczności, gdy poziom kancerogennych toksyn w powietrzu jest niemal 23 razy wyższy od dopuszczalnego?
– To nie do przyjęcia, by ktokolwiek z nas miałby się martwić o to, czy zwykła czynność oddychania jest dla niego bezpieczna, czy nie. Musimy być pewni, że standardy jakości powietrza w naszej Unii są wszędzie utrzymane – powiedział Karmenu Vella, unijny komisarz ds. środowiska, gospodarki morskiej i rybołówstwa, odnosząc się do raportu Europejskiej Agencji Środowiska. Cytuje go m. in. portal Onet.
Z analiz EEA wynika, że w 2016 r. w 41 krajach Europy sam tzw. pył zawieszony (PM 2.5) obecny w powietrzu przyczynił się do ok. 412 tys. przedwczesnych zgonów. Ok. 374 tys. tych zgonów miało miejsce w krajach Unii Europejskiej. W Polsce z powodu oddychania zanieczyszczonym powietrzem umiera 43,1 tys. ludzi.
W porównaniu z najwyższymi dopuszczalnymi stężeniami w UE, stężenia cząstek pyłu zawieszonego w 2017 r. były nazbyt wysokie w siedmiu krajach członkowskich EU – Bułgarii, Chorwacji, Czechach, Włoszech, Polsce, Rumunii i Słowacji.
Głównymi źródłami zanieczyszczeń powietrza są: transport drogowy, elektrownie, przemysł, rolnictwo i gospodarstwa domowe.
– Europa ma dziś wyjątkową możliwość ustalenia ambitnego planu, który pozwoli poradzić sobie z systemowymi przyczynami zanieczyszczeń powietrza i ich wpływu na środowisko – skomentował szef EEA, Hans Bruyninckx; cytuje go portal Nauka w Polsce.

Mgłym czyli Dymła

Kiedy rozpoczynałem pisanie tego felietonu, w Polsce i na świecie trwał „Światowy Strajk Klimatyczny”. Tysiące młodych ludzi żądają od polityków i możnych tego świata energicznych i zdecydowanych ruchów w celu ratowania naszej planety przed katastrofą klimatyczną. Trudno się dziwić, bo to właśnie młodzi mieszkańcy planety ziemia poniosą skutki niefrasobliwej polityki ekologicznej.

„Katastrofa klimatyczna” to tak naprawdę zbiorcze określenie wielu zagrożeń o charakterze globalnym, które mogą skutkować unicestwieniem cywilizacji, jaką znamy. Niestety wielu prominentnych polityków i urzędników państwowych, nie bardzo wie, o czym mówi, jak przykładowo pan prezydent mieszający emisję CO2 ze smogiem.

Emisja cieplarniana

„Ocieplenie globalne” to wzrost temperatury naszej atmosfery. Jest zauważalne na podstawie wzrostu średnich temperatur w skali globalnej. W opinii wielu specjalistów jest wynikiem wzrostu emisji ciepła przez naszą cywilizację oraz emisję CO2 (dwutlenek węgla) głównie z powodu spalania paliw kopalnych. CO2 tworzy warstwę izolacyjną uniemożliwiającą oddawanie ciepła, podobnie jak w szklarni. Nazywamy to „efektem cieplarnianym”. Podobnie działa emisja metanu. Jego źródłem są między innymi zwierzęta hodowlane.
Według opinii wielu autorytetów naukowych, prezentowanych, między innymi, na Szczycie Klimatycznym w Nowym Yorku, a także zawartych w raportach Międzyrządowego Zespołu ds. Zmian Klimatu, (IPCC) powołanego w 1988 na wniosek członków ONZ, jesteśmy zagrożeni kataklizmem. Nie będzie to „Armagedon” opisany przez Jana Ewangelistę w Apokalipsie, lecz cała seria wydarzeń: jałowienie terenów uprawnych, ekstremalne zjawiska klimatyczne, topnienie czap lodowych powodujące wzrost poziomu oceanów, zanieczyszczenie powietrza, gleby i wody, migracje spowodowane degradacją środowiska i związane z tym konflikty społeczne.

Co robić?

W efekcie niektóre państwa podjęły próby zaradcze, tworząc traktaty międzynarodowe, proekologiczne, przykładowo Protokół z Kioto (wszedł w życie 2005) czy też Porozumienie Paryskie (2015).
Na dzisiaj, obserwujemy znikomy efekt tych poczynań.
Emisja gazów cieplarnianych ma charakter globalny. Skuteczne przeciwdziałanie tym zjawiskom jest możliwe jedynie w skali globalnej jako wspólne działanie całej ludzkiej społeczności. Istnieje także wiele negatywnych zjawisk, które możemy rozwiązać na poziomie naszego państwa.
To smog, degradacja zasobów hydrologicznych, wylesianie, zaśmiecanie środowiska plastikiem itp.

Zacznijmy od „smogu”.

Tu wreszcie mogę wyjaśnić tytuł felietonu. Mgłym i Dymła to spolszczenie angielskiego słowa smoke i fog (dym i mgła). Jeżeli mam się nim truć to, niech przynajmniej ma polską nazwę.
Smog to zanieczyszczenia mechaniczne dostające się do powietrza, którym oddychamy. Ich źródłem jest głównie spalanie węgla i innych paliw kopalnych. Smog produkujemy sami (gospodarstwa domowe ok. 70 proc. pojazdy spalinowe ok. 20 proc., reszta to przemysł). Na skutek oddychania zanieczyszczonym powietrzem umiera ok. 45 tysięcy Polaków.
Środki zaradcze to odejście od energetyki węglowej, zmiana systemów ogrzewania na bezemisyjne, elektromobilność.
Polska pustynnieje! Redukcja zasobów wodnych jest powszechnie widoczna. Spada poziom wód gruntowych, obniżają się poziomy rzek w wielu rejonach mamy do czynienia z suszą rolniczą i geologiczną. Czy to tylko efekt kilku ostatnich gorących i bezdeszczowych lat? Chyba nie. Wskutek regulacji rzek tracimy naturalne zbiorniki retencyjne na terenach zalewowych, od lat meliorujemy tereny bagienne na potrzeby rolnictwa, wycinamy naturalne lasy, które zatrzymują wodę. Można to oczywiście próbować odwrócić, lecz koszty społeczne będą duże.
Wylesianie (zmniejszanie się powierzchni lasów naturalnych) jest głównie powodowane zajmowaniem przez człowieka na swoje potrzeby terenów leśnych, a także wykorzystywaniem drewna na potrzeby przemysłu.
Rośliny w procesie fotosyntezy pochłaniają CO2 a wydzielają tlen. Tereny Leśne mogą redukować efekt cieplarniany. Mogą także w pewnym stopniu ograniczyć, poprzez filtrowanie, ilość nawozów stosowanych w rolnictwie, które spływają do rzek. Lasy stanowią siedliska flory i fauny, stanowią o różnorodności ekosystemu, w którym żyjemy. Różnorodność, ze względu na złożoność zależności i powiązań stanowi o jego stabilności.
Jeżeli znamy zagrożenie, mamy pojęcie jak mu zaradzić, mamy świadomość nieuchronności szybko zbliżającego się kataklizmu, to dlaczego tak niewiele robimy? Co jest przeszkodą?
W świecie kapitalizmu i globalnej gospodarki podstawowym wyznacznikiem jest zysk. O losach świata decydują potężne korporacje i grupy nacisku zdolne wywierać presję na polityków, i rządy. Realizacja programów ekologicznych jest kosztowna, nie gwarantuje doraźnych korzyści.

Świat potrafi?

Za emisję CO2 odpowiadają głównie wielkie gospodarki, USA, Chiny, Indie, Rosja. To najwięksi truciciele. Jednak przywódcy tych krajów nie są nawet zainteresowani realizacją traktatów klimatycznych. Zasłaniają się interesem narodowym, który tak naprawdę jest interesem koncernów. Brazylia niszczy Amazonię, twierdząc, że to dziedzictwo narodowe i ma prawo. USA propaguje tezę, że ta cała ekologia to nic pewnego, może to wymysł jajogłowych. Chiny to wielka niewiadoma, ale na dziś zajęte są swoją rosnącą gospodarką. Unia Europejska wydaje się najbardziej zaangażowana w ochronę klimatu, lecz dostrzegam nutę hipokryzji w przemieszczaniu wysokoemisyjnych zakładów do Indii i Chin równocześnie z uchwalaniem kwot emisyjnych. Miejsce emisji nie ma znaczenia dla efektu cieplarnianego.
Czy jednak jest możliwe ratowanie naszej planety?
Chyba tak, raz już osiągnęliśmy sukces. Przypomnijmy sobie historię „dziury ozonowej” z lat 70 i 80 XX wieku. Zjawisko zaobserwowało wiele autorytetów naukowych, w tym NASA. Rozwiązaniem było zmniejszenie emisji freonów. Społeczność międzynarodowa podpisała Protokół Montrealski (1987). W efekcie jego realizacji zagrożenie znika. W późniejszych latach pojawiło się wiele teorii spiskowych, głosów zaprzeczających istnieniu zagrożenia głównie ze środowisk liberalnokonserwatywnych. Kto chce, niechaj wierzy. Liczy się tylko poprawa bezpieczeństwa planety.

A co w Polsce?

Wybory. Każda partia w swoim programie posiada punkt ekologia. Nawet Zjednoczona Prawica, mimo tego, że niektórzy działacze PiS odsadzają od czci i wiary protestującą młodzież, mimo autorstwa lex Szyszko, blokowania dyrektywy UE o dochodzeniu do „zerowej emisji”, mimo wygaszenia lądowej energetyki wiatrowej, mimo importu rosyjskiego węgla, obiecują, że będą proekologiczni. Kiedyś.
Najbardziej obiecujący jest program „Lewicy”, Posiada pakiet ekologiczny i chyba jest „szyty” na naszą miarę i możliwości.
Nie dajmy się zwodzić pseudo naukowym wywodom, że nie ma sensu pracować nad ograniczeniem emisji CO2, bo Polska w porównaniu z wielkimi trucicielami to ułamek procenta. Nieważne czy dolewamy wody do wanny kieliszkiem, czy wiadrem poziom rośnie i pewnie się przeleje. Wybuch wulkanu (np. włoska Etna) to 10-krotność naszej rocznej emisji CO2. Wulkany to jednak jednorazowa emisja, ogromna, ale planeta sobie z tym radziła, choć występowały zaburzenia klimatu. Erupcja wulkanu jest jednorazowa, a my emitujemy gazy cieplarniane ciągle. Nie warto poprawiać sobie samopoczucia faktem, że Niemcy emitują dwa razy więcej.
Dopiero po wyborach będziemy wiedzieli, czy skutecznie zwalczymy smog, czy zbudujemy czystą energetykę i czy polska przyroda nie będzie dewastowana. Zależy to od nas.
Kandyduję do Sejmu RP z Listy lewicy między innymi po to, by zajmować się tematem ekologii.

Pan Niebieski, który gapił się na kozy Ważny tunajt

Nie wiem jak Państwo, ale ja uwielbiam Monthy Pythona. Kiedyś już chyba nawet o tym pisałem. Ostatnio zasłyszałem piękną historię, która spokojnie mogłaby posłużyć za montypajtonowski scenariusz do jednego ze skeczy. Napisało ją jednak samo życia, a wyreżyserował pech. I to nie w Londynie, tylko w Warszawie. Założę się, że cześć z Was o niej słyszała. Jest jednak, ta historia, na tyle zabawna, że warto poświęcić jej dodatkowy tekst. Przeżyjmy to jeszcze raz.

Trzy lata temu miasto stołeczne podpisało umowę z czeczeńskim uchodźcą z Dagestanu. Umowa opiewała na niecałe 100 tysięcy rocznie. Za tę sumę Czeczen z Dagestanu obstalował miastu stado 60 kóz, które miały sobie żyć w zaroślach przy Wiśle, po praskiej stronie Mostu Gdańskiego; zwierzęta miały wyżerać trawę, aby nad rzekę powróciło ptactwo i miało gdzie uwić gniazda. Jak brzeg zachwaszczony, to ptak nie przyleci, bo się boi, że w krzakach siedzi kuna albo szczur i wyżre mu jaja. A jak kozy trawę zjedzą, zrobi się czyściej i przestrzenniej, to się piórowate zlecą i miluśki trel powróci nad brzeg, aby cieszyć ucho mieszkańców metropolii. Parę dni temu, smutny finał historii, który zapewne Państwo znacie, przyniosły ogólnopolskie media. Zdziesiątkowane stado kóz. Bezdomny, który miał je doglądać za 50 zł i parówki. Truchło kozie gnijące w rzece. Muzułmański właściciel, który ma wszystko gdzieś. No i na końcu biedny, stołeczny Ratusz, który tylko rozkłada ręce i mówi, że nic nie wiedział o procederze. Kozy miały żreć trawę, tymczasem wyzdychały. Kontrole z miasta były, ale nie stwierdziły żadnych zastrzeżeń. Uchodźca czeczeński zapadł się pod ziemię, a pod adresem, pod którym figurował, nikt o nim nie słyszał. 96 tysięcy złotych rok w rok brał. I tych pieniędzy też już nikt raczej nie zobaczy. Tyle, Szanowni Państwo, mogliście obejrzeć i usłyszeć sami w mediach prawego i lewego nasłuchu. Gdy się jednak pójdzie nad Wisłę, pod Most Gdański, można się dowiedzieć od tłuszczy paru dodatkowych, równie ciekawych, jeśli nie ciekawszych niusów, a jako że nie każdy z Państwa/Was ma możliwość chodzenia pod most, macie od tego mnie.
Uchodźca-Czeczen z Dagestanu wygląda osobliwie. Nosi brodę do pasa i jest zadowolony z życia. Tak przynajmniej opisują go lokalsi. Ma mieć trzy żony z którymi żyje i jedenaścioro dzieci, na które pobiera 500 plus. Jak łatwo policzyć, niemały grosz. Oczywiście, do tego kasa z miasta za kozy i Bóg wie jeszcze co od pomocy społecznej, aktywistów, zielonych płuc Polski etc. Można podejrzewać, że nie krzywduje. Mieszkać miał uchodźca czeczeński z Dagestanu pod Warszawą, w Piasecznie czy Józefowie, ale tylko z pozoru, bo ostatnio przebywał na wciąż w stolicy. O przeszłości jegomościa niewiele wiadomo. Adresu stałego zamieszkania brak. Z kimś takim miasto podpisuje umowę za państwowe pieniądze. I do tego w szczytnym celu. Tymczasem koleś bierze kasę do kieszeni, kozy grodzi elektrycznym pastuchem, żeby się nie rozlazły po Warszawie. Do pilnowania najmuje jednego z miejscowych niebieskich ptaków, bo któż, jak nie ptak niebieski zrozumie kozy. I tu się zaczyna, Szanowni Państwo, opowieść iście montypajtonowska.
Miejscowi powiadają, że Pan Niebieski, kiedy znudziło mu się siedzenie nad rzeką z kozami, zaczął nadużywać alkoholu. To zupełnie zrozumiałe w takiej sytuacji. Tylko On, rzeka i kozy. Jak tu się nie napić? Któregoś dnia zabrał podobno ze sobą jedną czy dwie podopieczne do tramwaju i pojechał z kozami do miasta. Prowadzał je na postronku. Wszedł nawet do sklepu, żeby uzupełnić zapasy. Kozy zaczęły wyżerać ludziom zakupy z koszyków i wtedy podniósł się raban. Jak to, menel w mieście łazi z kozami po ulicy. Ktoś zrobił doniesienie, no i się zaczęło. Znawcy problemu powiadają, że pod koniec swojej kariery w charakterze opiekuna kóz, Pan Niebieski robił sobie coraz częstsze wycieczki do miasta. Wyłączał elektrycznego pastucha, żeby samemu się nań nie nadziać. Kozy szły w szkodę. Część z nich zagryzły bezpańskie, miejskie psy. Część opiła się wody z rzeki i padła. Reszta przeżyła i poczekała na przyjazd chłopców z Animal Patrol. Jak w skeczu Monthy Pythona, kiedy para przychodzi na imprezę z kozłem. Tyle że u nas, imprezę za publiczną kasę ufundowało miasto.
W tym zamieszaniu z kozami najbardziej oczywiście szkoda samych kóz, bo co bydlęta winne, że mają takich opiekunów, ale cała ta sytuacja pokazuje, jak to Państwo jest rzeczywiście nijaki i tekturowe na wciąż. Podpisali umowy, wypłacili pieniądze, gazety napisały, odtrąbiono sukces i zamknięto teczkę z napisem „Zielona i ekologiczna Warszawa”. Że walka polityczna i haki na Platformę? Poszło się na wojnę, to i trzeba się liczyć, że przeciwnik będzie strzelał. Nikt pod karabinem nie trzymał…

Bomba z opóźnionym zapłonem

22 września 2019 roku Światowa Organizacja Meteorologiczna wydała raport specjalny dotyczący stanu globalnego klimatu. Zasadniczym problemem naświetlonym w raporcie jest fakt zdecydowanie szybszych i gwałtowniejszych niż przewidywano zmian klimatycznych.

W raporcie możemy przeczytać między innymi w jak niepokojąco szybkim tempie wzrasta średnia temperatura na świecie. Zgodnie z przygotowanymi przez naukowców z Genewy danymi, od 1850 roku, kiedy to ruszyła epoka przemysłowa do początków wieku XX temperatura na Ziemi wzrosła o 1,1 stopnia. Dla porównania, już tylko w latach 2011 – 2015 średnia temperatur podniosła się o 0,2. Rekord ocieplenia przypada jednak na ostatnie 5 lat. Co więcej, zgodnie z cytowanym raportem, 90% wszystkich dziejących się na ziemi kataklizmów jest związanych z niczym innym jak właśnie z pogodą. Jeżeli taki trend się utrzyma, światu grozi seria kataklizmów, spowodowanych gwałtownym podnoszeniem się poziomu mórz. Choć prognoza ta zakrawa o wizję rodem z filmów science fiction to należy zdać sobie sprawę, że jej przejawy są już widoczne w Polsce. Mając do czynienia z powtarzającymi się już niemal rokroczne suszami, ciężko mówić o anomaliach pogodowych, które z czasem ustąpią. Postępujące ocieplenie nie zatrzyma się nagle, a jeżeli tak się cudownie stanie, potrzeba będzie wielu lat, a może kolejnych dekad, aby stan środowiska naturalnego powrócił do czasów sprzed agresywnie prowadzonej ingerencji człowieka.
Osuszanie mokradeł, wylesianie, czy intensywny rozwój bez troski o wodę wraz z efektem globalnego ocieplenia to wciąż aktywna bomba z opóźnionym zapłonem. Dlatego też tak ważne jest podjęcie konkretnych działań, które zabezpieczą tych, którzy już od lat zbierają plony niszczycielskiej polityki. Mam w tym miejscu na myśli rolników. Sytuacja ekonomiczna na wsi jest bardzo trudna. Co więcej, obecnie ocenia się ją za najtrudniejszą od dwudziestu lat. Już niemal wszystkie działy produkcji rolnej są nieopłacalne. Bez wsparcia ich pracy i jej zabezpieczenia nie warto łudzić się, że ceny produktów rolnych, ale i nie tylko one, powrócą do racjonalnego poziomu.
Wielu politykom zarzuca się, że ciężko dojrzeć w ich programach wyborczych uznania problemu klimatycznego za absolutnie priorytetowy. To fakt, że wiele z ugrupowań politycznych, ze względu na swój szeroko pojęty interes, dyplomatycznie pomija ten temat. Nie jest prawdą jednak, że wszystkie z nich. Lewica bardzo jasno opowiada się za stanowiskiem uznania klimatu za jedno z największych wyzwań politycznych najbliższych lat. Ze względu na fakt, że to właśnie susza jest dla Polski obecnie jego najbardziej dotkliwą konsekwencją, Lewica przedstawiła plan ubezpieczeń dla małych i średnich gospodarstw rolnych. Zgodnie z nim koszt ubezpieczenia plonów od suszy będzie w całości pokrywany przez państwo. Co więcej, za priorytet stawia sobie również zwiększenie dla wszystkich gospodarstw dopłat do ubezpieczeń od klęsk żywiołowych, których wysokość mając na uwadze analizy ostatnich lat, drastycznie spada. Nie ma co się dziwić. Działania prewencyjne nie leżą w interesie partii rządzącej, która wyjątkowo usilnie próbuje ignorować ostrzeżenia o nadchodzących kataklizmach. Wsłuchując się w prowadzoną publicznie narrację można doznać wrażenia, że polski obywatel żyje w dwóch absolutnie różnych światach. W jednym z nich ocieplenie klimatyczne nie istnieje, a ci przed nim ostrzegający uznawani za nienormalnych. W drugim, wspomniane zjawisko jak najbardziej istnieje i co gorsze niepokojąco rośnie w siłę.
Głęboko wierzę, że prawda jest jedna. I każdy, kto pozwoli sobie na świadomą refleksję, dotrze do niej samodzielnie. Ma to znaczenie tym bardziej, że świadome zmierzenie się z problemami społeczeństwa da możliwość zbudowania realnie wspierającego programu wyborczego. Lewica stawia na samodzielność myślenia i na tworzenie programu opartego na wartościach. Tym bardziej cieszy, że zgodnie z ostatnim sondażem, to Lewica jest tym ugrupowaniem politycznym, które wybierane jest przez wyborców nie ze względu na strach czy obawy przed zmianą, jak dokonują tego wyborcy innych dużych ugrupowań, ale właśnie ze względu na wyznawane wartości. Warto podkreślić, że samodzielność myślenia, otwartość na różne punkty widzenia nie kłóci się z prowadzeniem prosperującego silnego społeczeństwa. Społeczeństwa świadomego konsekwencji swoich przeszłych działań i wspólnie próbującego naprawić popełnione błędy.

Powrót kamizelek

Po okresie wakacyjnym, gdy protesty „żółtych kamizelek” zadawały się wytracać moment, ostatnia sobota przyniosła radykalną zmianę. I nowy kontekst protestów – „kamizelki” połączyły się z obrońcami klimatu.

Nie zdążyła minąć 14:00, gdy policja ogłosiła aresztowanie ponad stu osób. Do pierwszych starć ludzi z policją doszło już na dworcu św. Łazarza, potem koło kościoła św. Marii Magdaleny. „Żółte kamizelki” postanowiły nie wkładać dziś kamizelek, więc policja atakowała każdą grupę ludzi. W końcu zapłonęły barykady, jest wielu aresztowanych i rannych.
Nielegalna manifestacja „żółtych kamizelek” z Pól Elizejskich, mimo represji i łapanek połączyła się z legalnym marszem na rzecz ratowania klimatu w Dzielnicy Łacińskiej, obok Ogrodu Luksemburskiego. Na bulwarze św. Michała manifestanci razem skandowali „Wszyscy nienawidzą policji!”, „Rewolucja!”, „Spadaj Macron!” lub „Spierdalajcie!” – do policji. Tłum zrobił się tak duży, że policji było trudniej dzielić pochód na części i każdą grupę rozpraszać oddzielnie. Po stronie manifestantów byli ubrani w swój kolor ludzie z Black bloc, którzy przeprowadzili mały, niszczycielski napad na budynek banku i okoliczne agencje handlu nieruchomościami.
Na Paryż rząd rzucił dziś 7, 5 tys. uzbrojonych policjantów, z wyrzutniami pocisków, działkami wodnymi i granatami z gazem. Ganiani po mieście manifestanci zgromadzili się na lewym brzegu rzeki : „Będzie goręcej niż na Kubie!” – skandowali nie tylko obrońcy klimatu. Na sztandarach „RIC” – domaganie się referendum z inicjatywy obywatelskiej i znowu skandowanie „A-anti-anti-capi-tali-sme!”, na przodzie napis „Klimat i sprawiedliwość społeczna!”.
„Jesteśmy tutaj!” – śpiewały „żółte kamizelki”, dla których to 45 tydzień protestów. Było bardzo ciepło, słonecznie, ale klimat psuł się od samego rana. Wysiadający na St. Lazare zostali przywitani gazem, pałowano grupki ludzi. Na lewym brzegu powstała barykada z płonących skuterów i motocykli. Poleciało trochę szyb, wybitych zalegającymi hulajnogami. Jest sporo strat materialnych. Po każdym ataku policji biegający w różne strony medics zajmowali się rannymi, szybko pojawiła się straż pożarna.
Mimo to manifestacja skierowała się do Bercy, ministerstwa finansów. Szły za nią oddziały policji obrzucane od czasu do czasu czym popadnie. Siedziba Banku Ludowego została cokolwiek pokiereszowana i otagowana napisem „Żaden bank nie jest ludowy”. Greenpeace uznał, że jest tak niebezpiecznie, że ogłosił rozwiązanie marszu, lecz nie bardzo został wysłuchany. Na początku przyszłego miesiąca będą z kolei manifestować policjanci, którzy „już nie mogą”.

Czy Bałtyk umiera?

Globalne zmiany klimatu powodują wielkie zagrożenie dla mórz i oceanów. W przypadku małego i zamkniętego morza, jakim jest Bałtyk, zmiany te powodują zwielokrotniony efekt. Dlatego też Morze Bałtyckie powinno być przedmiotem naszego szczególnego zainteresowania i troski. Ale czy jest?

W Gdańsku doskonale wiemy, jak ważny jest Bałtyk dla naszego bezpieczeństwa, wolności, bogactwa, dobrobytu i zdrowia. Dlatego chcemy pomówić o stanie Morza Bałtyckiego, zachodzących w nim obecnie zmianach, przyszłym pokojowym wykorzystywaniu jego bogactwa, związanych z tym zagrożeń i sposobach przeciwdziałania nim. Czego Polska może się nauczyć z doświadczeń innych krajów, takich jak Niemcy, w zakresie polityki ekologicznej?
Spotkajmy się więc o 18:00, w czwartek 26 września 2019 r. w nowej przestrzeni spotkań w Gdańsku w Sztuce Wyboru (ul. J. Słowackiego 19) gdzie stara pruska historia spotyka się z przyszłością współczesnej europejskiej aglomeracji. Porozmawiajmy w gronie polskich i niemieckich ekspertów w dziedzinie ekologii, ekonomii, polityki i prawa w celu znalezienia konsensusu i zrozumienia na płaszczyźnie socjaldemokratycznych wartości.

Spłoniemy w imię zysku

Pożary w Amazonii to tylko wierzchołek góry lodowej. Płonąca Afryka, wycięte lasy na Madagaskarze i w Indonezji, uparte trwanie przy spalaniu ropy naftowej – to wszystko część jednego problemu.

Żeby zrozumieć, dlaczego grozi nam klimatyczna zagłada, musimy wpierw pojąć, czym jest globalny kapitalizm i dlaczego system ten sprzyja unicestwieniu zarówno przyrody, jak i całej ludzkości. To, czego jesteśmy świadkami nie jest żadnym „wypadkiem przy pracy” i przejściowym sezonem na pożary, lecz stanowi nieunikniony rezultat założeń, które stoją za globalnym systemem kapitalistycznym. Podstawą funkcjonowaniu gospodarki kapitalistycznej jest dogmat zysku. Zysk i pieniądz rządzą dziś praktycznie wszystkim, a rywalizacji, konkurowania i zdobywania pieniędzy jako naczelnej wartości i głównego życiowego zadania uczy się w szkołach dzieci i młodzież. Zysk i pomnażanie kapitału są wręcz religijną regułą, która stać ma za każdą działalnością człowieka w świecie. W pewnym momencie po prostu przyznano rację najbogatszym i uznano, że ich kapitał to główny i zasadniczy cel naszego istnienia. Narzucana wszystkim ideologia homo oeconomicusa – człowieka rynkowego i egoistycznego – wprost zachęca więc do działania celem osiągnięcia konkretnego, mierzalnego zysku. Jest to idea wprost perwersyjna, która wmawia nam, że egoizm w warunkach rynkowego działania przynosi ostatecznie większe dobro, ponieważ rzekomo pozostaje „racjonalny”. Homo oeconomicus jest w związku z tym egoistą i graczem rynkowo-giełdowym, który działa tylko we własnym interesie i bynajmniej nie zastanawia się nad tym, co będzie jutro, za pięć lub dziesięć lat.
W taki oto sposób „racjonalne” – w imię bieżącego zysku – stało się palenie i wycinanie lasów pod nowe uprawy. W tych warunkach „racjonalne” jest też nieustanne produkowanie broni, a dla lobby naftowego korumpowanie „ekspertów” i „polityków”, byle dalej sprzedawać ropę i czerpać z niej zyski, utrzymując swój stan posiadania. „Racjonalnym” pozostaje więc samo zdobycie pieniądza, metody i środki są zaś praktycznie dowolne.
Większa konsumpcja, większa produkcja i finalnie – sam zysk to reguły, które przyświecają każdej działalności człowieka w kapitalizmie. Krótkoterminowy profit, krótkoterminowa korzyść i chwilowy wzrost słupków oraz akcji na giełdzie wyczerpują w zasadzie definicję pojęcia „sukces”. Nikt przecież nie zapłaci, ani nie nagrodzi cię za to, że będziesz kierował się większym dobrem i pomyślisz o tych, którzy urodzą się za dekadę lub dwie. Panuje reguła „po nas choćby potop”. Wymierający właśnie gatunek nosorożca białego północnego ma po prostu wyjątkowo niewiele środków na koncie i z perspektywy rynku jego egzystencja nie ma żadnego znaczenia. Z perspektywy rynku i właścicieli funduszy, akcji i korporatokratów nawet życie 6 miliardów ludzi nie stanowi większej wartości, jeśli przy okazji nie prowadzi do osiągnięcia zysku i nie daje konkretnych profitów! Dlatego też do przetrwania zagłady w schronach szykują się dziś głównie ludzie najbogatsi…
Ideologia uznająca egoizm za pozytywny czynnik rozwoju powinna być oceniana w tych samych kategoriach moralnych, co nazizm. To ona stoi za katastrofą ekologiczną i klimatyczną.
Kapitalizm podobnie jak nazistowska eugenika prowadzi eksterminację wszystkiego, co nie poddaje się jego kryteriom i nie służy do pomnażania kapitału. Na drodze do wyzysku stoją zwierzęta, stoi przyroda, ale stoją też całe rzesze nieprzydatnych z perspektywy kapitału ludzi. Jeśli więc spalenie połowy puszczy w Amazonii przyniesie chwilowy wzrost zysków określonej liczbie spółek – oznacza to, że jest to działalność opłacalna, rentowna, a więc i po prostu „obiektywnie-bo-rynkowo” korzystna i racjonalna. To rynek decyduje o wszystkim, a pieniądz jest ostatecznym kryterium sukcesu i prawdy. Założenia, które stoją za ideologią neoliberalną, ale także i za całym systemem kapitalistycznym to prosty przepis na zagładę ludzkości, ponieważ zasoby pochodzące z przyrody, od innych ludzi (czyt. „kapitał ludzki”), a także zasadniczo całą teraźniejszość kapitalizm traktuje tylko i wyłącznie jako zasób, który można wyzyskać do bieżącego celu, jakim jest zarabianie jeszcze większych pieniędzy.
Pomysł, żeby globalnym życiem zarządzała ideologia zysku i procentowe wskaźniki zysków na giełdzie jest nie tylko absurdalny i irracjonalny, ale zagraża też całej naszej egzystencji. Żyjemy w kapitalistycznym przedłużeniu wieków ciemnych, gdzie akumulacja i indywidualistyczny kult wzbogacenia się zastąpiły wszelkie inne miary postępu i rozwoju. Jeśli się nad tym zastanowić to kapitalizm jest też systemem „totalitarnym”, tzn. kontroluje zarówno produkcję, jak i samych odbiorców tejże produkcji.
Siła sterowanej algorytmami reklamy jest taka, że większość społeczeństwa zupełnie nieświadomie działa na rzecz nowej zagłady. Wystarczy jednocześnie oglądać np. reklamę „Doritos” i już samym późniejszym aktem zakupu produktu wspiera się koncerny w ich produkcji oleju palmowego, co przyczynia się do zagłady przyrody… Nawet o tym nie wiedząc. Świadomość fałszywa ma zresztą to samo źródło, co potęga koncernów reklamowych – obie pochodzą od kapitału.
Cele społeczne, ekologiczne i inne nie mają siły przebicia, ani możliwości rywalizacji z ideologią „racjonalnego” kapitału, ponieważ to pieniądz reguluje też dostęp do środków masowego przekazu.
Tą drogą zdobywa zarówno głosy, konsumentów, jak i decyduje o codziennych wyborach. Pieniądz w postaci kapitału otrzymują zresztą tylko ci, którzy powiększają zysk dla już potężnych korporacji, bogatych firm i bogatych ludzi. Żaden program eliminacji bezrobocia, likwidacji bezdomności, czy głodu nie zyska więc w kapitalizmie większej aprobaty i jest – z perspektywy kapitału – zwyczajnie nieopłacalny.
Utrzymanie bezpieczeństwa socjalnego, mieszkanie dla każdego, zapewnienie wszystkim dzieciom dobrej i pełnowartościowej edukacji… Praktycznie wszystkie te cele nie mają żadnego usprawiedliwienia w świecie, gdzie o racji lub błędzie decyduje tylko to, czy masz pieniądze. Dlatego też większość postępowych projektów społecznych pozostaje niezrealizowana i to pomimo tego, że jako globalna wspólnota posiadamy już środki, które z powodzeniem i to w przeciągu kilku zaledwie lat mogłyby wyeliminować np. problem skrajnego ubóstwa, czy głodu.
Kiedy w XIX wieku Karol Marks i Fryderyk Engels opisywali problemy związane z rozwojem wczesnego kapitalizmu sporo uwagi poświęcili też skażeniu, jakie niósł ze sobą rozwój przemysłu w Anglii i krajach młodego wówczas kapitalizmu. Prawdopodobnie nie spodziewali się jednak, że globalny i w pełni rozwinięty kapitalizm zagrozi klimatowi i życiu również globalnie. To, że kapitalizm koliduje z ideą zrównoważonej gospodarki i zdrowiem ludzkim wiedzieli jednak już wtedy – dlatego sam Marks zwracał już uwagę na to, że kapitał traktuje wszystkie zasoby pochodzące ze środowiska przyrodniczego jako „gratis”. Podobnie dziś – zwierzęta, lasy, morza i oceany są ofiarą produkcji w imię zysku o którą nikt się nie martwi: wszystko to, co samo i głośno nie domaga się pensji uważa się za prezent na rzecz świętego zdobywania pieniądza. Wyspa śmieci to po prostu efekt uboczny i nikt konkretny też za nią nie odpowiada – bo przyroda nie dysponuje kapitałem, a więc i nie ma prawa głosu. Nie jest „racjonalna”, bo nie gra na giełdzie.
Globalny świat pracy jest dziś potencjalnie jedynym sojusznikiem przyrody, który może upomnieć się o wszystko to, co tracimy na ołtarzu pieniądza.
Rozwiązania, których potrzebujemy globalnie nie są rozwiązaniami, które może dać nam współczesny system kapitalistyczny. Ekonomizm, rynkowa ocena zapotrzebowania na pracę, na ludzi, na przyrodę… To intelektualny i moralny skansen, którego współczesne stosowanie prowadzi nas ku wielkiemu wymieraniu gatunków: w tym i ostatecznie naszego – zwłaszcza w jego solidarnej, zorganizowanej formie. Fetysz zysku i fetysz wzrostu jest częścią kapitalistycznego fetyszyzmu towarowego, który narzucany jest nam przez najbogatszych i najpotężniejsze korporacje. Jako całe społeczeństwo mamy ciągle drżeć ze strachu w oczekiwaniu na nowe wskaźniki wzrostu gospodarczego – tak jakby to, czy korporacje i banki powiększają swój kapitał miało wpływ na to, czy mamy co włożyć do naszego garnka i za co ogrzać swój dom na zimę.
Stopa zysku to wskaźnik zysku chciwych ludzi, prowadzących rabunkową politykę koncernów i klimatycznych kryminalistów oraz banksterów.
Ciągłe wykazywanie się zyskiem ma sens tylko z perspektywy zawłaszczycieli i tych, którzy wciąż pragną mieć jeszcze więcej: konkretniej – z perspektywy udziałowców, właścicieli firm i posiadaczy aktywów finansowych. Dla człowieka pracy istotne są konkretne dobra: mieszkanie, zdrowe pożywienie, miejsce do spania, godne miejsce pracy, dostęp do dóbr kultury… Zapotrzebowanie na sam kapitał jest zapotrzebowaniem, które wykazuje kilka procent najbogatszych, który mają do niego dostęp.
A jednak to oni mają dziś monopol na mierzenie przydatność wszystkich innych, są panami życia i śmierci dla środowiska.
Prawdziwym wyzwaniem współczesności jest nie samo wytwarzanie, lecz sprawiedliwy podział i sprawiedliwe udostępnianie dóbr. Zasadniczej zmianie muszą ulec zasady i cele przyświecające wytwarzaniu i produkowaniu. Zbrodniczą ideologię zysku musimy zastąpić imperatywem interesu społecznego i kryterium użyteczności z perspektywy rzeczywistych, sprawiedliwie osiągalnych potrzeb całej ludzkości. Jeśli globalny kapitał ma problem z tym, że chcemy zlikwidować głód na świecie, ochronić i ocalić lasy oraz puszcze, czy zapewnić każdemu dostęp do dobrej opieki medycznej to tylko oczywisty dowód na to, że jego użyteczność dobiegła już końca. Najwyższy czas, by zniknął!
Z tego też względu sam gwarantowany dochód podstawowy i dzielenie pieniędzy wytworzonych przez kapitalizm, czy miejscowe pudrowanie systemu i drobne reformy nie są w stanie zmienić położenia naszej planety. Postęp musi polegać na całościowej zmianie zasad wynagradzania i oceny przydatności społecznej. Cierpiący na ekonomizm finansiści często postulują i domagają się zmian w dzieleniu dóbr i dochodów: praktycznie nigdy jednak nie kwestionują zasadniczej i najbardziej chorobotwórczej zasady: kryterium kapitalistycznego zysku, jako jedynego wyznacznika skuteczności, efektywności i wydajności gospodarczej. Gospodarka przyszłości, w której nie dusimy się z braku czystego powietrza i nie walczymy o dostęp do wody, to gospodarka planowa i realizująca cele społeczne, a nie kolejna mutacja systemu rynkowego, gdzie świętością są akcje, obligacje i procenty na korporacyjnych kontach.
Albo osiągniemy erę postwyzysku i ekologicznego socjalizmu, albo dalej będziemy grali w grę na zasadach narzucanych nam przez ideologię „racjonalnego” egoizmu, który sprzyja tylko najbogatszym i najpotężniejszym. Późny kapitalizm domaga się od nas ofiar niczym w horrorze, a jedyną nagrodą za wycinkę lasów, skażenie mórz i kolejne ofiary pod postacią całych gatunków jest przetrwanie zasad, które bynajmniej nie służą ogółowi i wcale nie zbliżają nas do bardziej równego, sprawiedliwego, pokojowego i ekologicznego świata. Kompromitacja i kres przydatności kapitalizmu mają swoje źródło właśnie tutaj: system ten nie zapewnia już warunków odpowiednich dla przetrwania ludzkości, czy nawet życia jako takiego.
Sprzeczność zachodząca pomiędzy reprodukcją zdrowego społeczeństwa, harmonijnym istnieniem ludzkości w świecie niezmasakrowanej przyrody, a interesem najbogatszych i realizowaniem interesów koncernów to zasadnicza i główna sprzeczność. Jej rozwiązanie przyniesie nam albo przetrwanie, albo zagładę i dezintegrację zorganizowanego społeczeństwa. Jak zwraca uwagę m.in. Noam Chomsky to ostatnie może bowiem istnieć tylko w warunkach, kiedy każdy posiada zapewnione dla siebie konieczne minimum egzystencji, a reprodukcja może odbywać się w warunkach pokoju i współpracy. W świecie rodem z filmów postapokaliptycznych, gdzie walka o czystą wodę to główny cel walczących na śmierć i życie grupek dogorywającej ludzkości, taka organizacja nie będzie już osiągalna.
Krytyka kapitalizmu i antykapitalizm nie są projektami do wyciągnięcia z szafy za 100 lat – to zadania na dziś. Nie ma już czasu na oczekiwanie, aż kapitalizm sam kiedyś doceni życie i uzna zrównoważone, niezniszczone środowisko naturalne za opłacalne, istotne i warte ocalenia. Potrzebujemy zbiorowej interwencji państw i masowej aktywności społecznej praktycznie na całym świecie. Tu i teraz.

Zawalczyć o Ziemię

10 lat. Wystarczyło aby zniszczyć Ziemię. Czy tyle samo wystarczy aby ją ocalić?

Ziemia to nasz Świat. Nie mamy innego, a ewentualne plany życia na innych planetach póki co możemy odstawić na dalsze czasy. Przez brak dostępu do Słońca i konieczność przetransportowania ogromnych pokładów energii na inną planetę, życie poza Ziemią po prostu nie będzie wykonalne jeszcze bardzo długo. Gdzie będą wobec tego żyli nasi potomkowie, jeżeli na Ziemi przestanie wystarczać potrzebnych im zasobów?
Podczas ostatnich 10 lat ludzkość, a więc również każdy z nas, przyczyniła się do ogromnych strat na Ziemi. Strat liczonych przez liczbę susz, powodzi, pożarów, tornad. Zjawiska, które jeszcze kilka lat temu były rzadkością, teraz występują wielokrotnie w ciągu jednego tylko miesiąca. Wprowadzają niepokój i ogromne straty w ludziach. Tego nie da się już nie zauważyć. Globalne ocieplenie jest już faktem. Teraz jest więc moment, aby powziąć konkretne decyzje.
Filozofia życia tu i teraz i doraźne działania nie sprzyjają jednak podejmowaniu odważnych, zakrojonych na szeroką skalę, długoterminowych projektów, które obejmowałyby międzysektorową proekologiczną współpracę. Za akceptacją każdego projektu stoi bowiem człowiek, który jeżeli nie jest świadomy przyszłości i konsekwencji swoich działań, może podjąć decyzję korzystną jedynie dla swojej strefy komfortu czy dla swojego politycznego interesu. Oznaczać to może nic innego, jak skuteczne zablokowanie pomysłu, który mógłby przyczynić się do uratowania Ziemi. Wszechobecna mimo wielkiego postępu biurokracja i krótkowzroczność polityków wydają się być więc największymi wrogami przełomowych przedsięwzięć.
Aby nie tylko minimalizować skutki globalnego ocieplenia, ale pomóc Ziemi w odnowieniu swojego potencjału nie wystarczy jedynie skupiać się na obniżaniu emisji gazów i przestać produkować plastik. Aby bowiem cofnięcie skutków ocieplenia i uporządkowanie planety było możliwe, należy sięgnąć do pokładów intelektualnych tych, którzy przyczynili się do jej postępującej zagłady.
Człowiek już teraz jest w posiadaniu technologii, którą może wykorzystać w tym celu. Jednak potrzebna jest do tego odwaga i determinacja nie kilku szalonych, jak określili by ich niektórzy, naukowców, ale całej rzeszy ludzi, którzy swoim doświadczeniem i wpływami doprowadziliby do zaistnienia takich rozwiązań, które rzeczywiście zakończą trwanie tego olbrzymiego jak Ziemia problemu. Ci odważni posiadający przełomowe pomysły wciąż są jednak niemile widziani w środowiskach, gdzie słowa takie jak „zmiana” oznacza coś kompletnie odmiennego.
Jeden z takich odważnych projektów, w który ma zostać zaangażowana sztuczna inteligencja i najnowsza technologia został zaprezentowany na konferencji Amazona pod nazwą „Footprint Coalition”.
Przedsięwzięcie ma potrwać 10 lat, a jego efektem ma być całkowite oczyszczenie Ziemi i cofnięcie efektu cieplarnianego. Jego inicjatorem jest Robert Downey Jr, od lat obecny w czołówce najlepiej zarabiających aktorów świata. Nie powinno dziwić więc, że człowiek taki jak on ma prawo być przekonanym, że niemożliwe nie istnieje. Jednak o ile jednak w showbiznesie mógł spełnić najśmielsze marzenia, to właśnie największych trudności nie upatruje w braku wiary w skuteczność przedsięwzięcia, ale, jak mówi, właśnie w biurokracji, niechęci do dzielenia się własnością intelektualną i trudnościach we współpracy międzyrządowej. Istotą problemu nie jest więc fakt, że projekt może nie zostać zrealizowany z przyczyn chociażby logistycznych. Problemem na jaki chcę zwrócić uwagę jest to, że to wciąż człowiek i jego mentalne ograniczenia tak bardzo zagrażają uratowaniu jego samego. Działania porządkujące i oczyszczające Ziemię przy takiej skali zniszczenia to już nie tylko indywidualne czynności jednostek. To konieczność współpracy ludzi, którzy wspólnie muszą podjąć decyzje ważne nie tylko dla nich samych. To otwarcie się na tych, którzy przeciwstawiając się średniowiecznym praktykom, żyją myślą przyszłości i postępu.
Projekt Downeya ma ruszyć wiosną 2020 roku. Na ten moment nie wiemy nic oprócz tego, że jeden człowiek zamierza poświęcić kolejne lata swojego życia, aby zawalczyć o Ziemię, na której sam nie spędzi już wyjątkowo dużo czasu. Projekt może nie ruszyć, jeżeli spotka na swojej drodze ludzi, którzy poza swoim politycznym interesem nie wiele już potrafią dostrzec.

Książęce eko-wygłupy

Wnuk królowej Elżbiety, książę William, wraz z rodziną postanowili wpisać się w nowe trendy bycia cool i zademonstrować fałszywe przejęcie sprawami destrukcji środowiska naturalnego.

Ostatnio wiele się mówi o szkodliwości latania, gdyż silniki lotnicze spalają po kilka kilogramów paliwa na jeden kilometr lotu i generują olbrzymie ilości dwutlenku węgla. W związku z tym William i Kate, nowouświadomieni klimatycznie arystokraci, postanowili planowaną podróż do Szkocji odbyć lotem rejsowym, tzw. tanimi liniami, w więc i w klasie ekonomicznej.
Oszczędność okazała się jednak, oględnie mówiąc pozorna. Tak naprawdę, ten pomysł na turystyczną ludowość książęcej pary kosztował naszą planetę dodatkowe cztery tony spalonego paliwa lotniczego.
Oczywiście, wszystko opiera się w ostatecznym rozrachunku o mechanizmy rynkowe, w tym wypadku rynkowo-reklamowe. Linie lotnicze FlyBe, które obsłużyły przelot Williama i Kate dostrzegły w tych pasażerach szansę na rozgłos. Posłały więc po arystorkatów specjalny samolot i nim dostali się oni na lotnisko w Norwich. Stamtąd książę i księżna Cambridge mieli odlecieć do Aberdeen. Jednak samolot rejsowy FlyBe na tej trasie – jak to często u dyskontowych przewoźników bywa – nie był oznaczony firmowym logiem. Nie dałoby się zatem wykorzystać tego lotu jako dźwigni reklamowej na czym przecież FlyBe bardzo zależało.
Przewoźnik podstawił więc inny samolot. Ten przewidziany standardowo w tym rejsie wracał też pusty. Tak właśnie arystokraci i właściciele firm walczą ze zmianą klimatyczną.