Wiosną czeka nas przesilenie

— Mamy do czynienia z kryzysem ekologicznym, asymetrią demografii w różnych częściach świata, ze spadkiem udziału USA w światowym PKB, podczas gdy polityka światowa była ukształtowana w czasach amerykańskiej hegemonii. To wszystko będzie korygowało światową politykę, a my jesteśmy na to kompletnie nieprzygotowani – mówi prof. UW Rafał Chwedoruk w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

JUSTYNA KOĆ: W ciągu niemalże 24 godzin mieliśmy rozpad koalicji rządzącej, mocno wątpliwą reasumpcję głosowania i korupcję polityczną. Jak poważny kryzys polityczny mamy?

RAFAŁ CHWEDORUK: Tak naprawdę to mamy permanentny kryzys polityczny od ostatnich wyborów sejmowych, którego politycznym źródłem była omawiana już nieraz kwestia nikłości przewagi PiS-u nad opozycją i jednocześnie upodmiotowienia mniejszych formacji koalicyjnych, które stawiały sobie za cel demonstrację, że w ogóle istnieją. Mogły to robić tylko pokazując, że się od PiS-u różnią. PiS z kolei opierał swoje poparcie społeczne na sprawczości, lecz teraz już nie mógł kontynuować tej polityki. Do tego doszła pandemia, która zwiększyła ogólne poczucie niepewności, chwilę później PiS stracił poparcie w sondażach na skutek wydarzeń z jesieni ubiegłego roku i co najważniejsze, zmieniła się administracja w Stanach Zjednoczonych.

PiS jest dużo słabszy niż był, a ostatnie działania podjął tak, jakby był równie potężny jak w poprzedniej kadencji.

Opozycja, mimo że faktycznie łącznie liczona opozycja przeważa w sondażach, przejęłaby dziś władzę, gdyby odbyły się wybory, to jest politycznie wciąż na tyle słaba, że nie jest w stanie wykorzystać słabości PiS-u. Mamy zatem polityczny pat, w którym wszyscy się miotają, a nikt nie ma instrumentów do zmiany sytuacji.
Reklama

Oczywiście per saldo to problem dla wszystkich, ale dla PiS-u większy.

Dlaczego? PiS mocno liczy na unijne pieniądze i odbudowanie poparcia.
Ponieważ opozycja jednego może być pewna; bez względu na to, co się będzie działo, jej elektorat przy urnach się stawi. We wszystkich elekcjach w ostatnich latach ten elektorat brał licznie udział w wyborach. PiS wygrywał za to ponadnormatywną mobilizacją, udawało mu się polaryzować konflikty w kwestiach korzystnych dla siebie, dzięki czemu zyskiwał dodatkowe poparcie. Teraz czynnik demograficzny działa przeciwko PiS-owi, ale także tego typu degrengolada polityki, jaką obserwowaliśmy wczoraj, dotycząca zarówno procedur, jak i zachowań polityków. Część wyborców, która głosowała na PiS warunkowo, nieufnych wobec świata polityki, jako pierwsza będzie uciekała w absencję wyborczą. Proszę zwrócić uwagę, że już pandemia okazała wyraźny spadek deklaracji udziału w wyborach.

Czekają nas zatem pewnie tygodnie podobnych przepychanek, nieprzespanych przez dziennikarzy nocy w oczekiwaniu na to, co zrobi poseł Iksiński czy Igrekowski. Będziemy tak trwali do nominalnego terminu wyborów z głosowaniami, podczas których będziemy wysłuchiwać kolejnych fanaberii posłów, którzy zmienili przed chwilą zdanie, chyba że ponownie pojawi się idea konstruktywnego wotum nieufności i stworzenia przez wszystkich poza głównym nurtem PiS-u technicznego, a faktycznie zdominowanego przez obecną opozycję rządu. Myślę, że jesienią tego roku, najdalej wiosną przyszłego czeka nas polityczne przesilenie.

Mam wrażenie, że ojcowie naszej demokracji po 1989 roku, jak Mazowiecki, Kuroń, Geremek, przewracają się w grobie, jak widzą to, co się dziś dzieje w Sejmie, jak widzą kolejne reasumpcje, aby zmienić wynik pod ekipę rządzącą. To morderstwo parlamentaryzmu?

W istocie jeżeli przypomnę sobie, że należałem do licznego grona krytyków Sejmów lat 90., to z dzisiejszej perspektywy jest to niemalże raj utracony.

Myślę, że niedługo zaczniemy tęsknić za Andrzejem Lepperem w tej materii, bo choć w specyficzny sposób, ale chociaż miał coś do powiedzenia.

Co do ojców demokracji, to niestety, ale po pierwsze trzeba ich skrytykować, bo trzeba przyznać, że trochę nie wyszli im wychowankowie. Nie potrafili stworzyć mechanizmów sukcesji. Niewątpliwie starsze pokolenie polityków, którzy kształtowali się w cieniu wielkich wydarzeń historycznych, góruje nad młodszym pokoleniem intelektualnie i funkcjonalnie. Nie jest przypadkiem, że liderzy trzech największych partii to politycy średnio-starszego pokolenia. Jednakże to i oni ponoszą odpowiedzialność za to, jak dziś polityka wygląda.

Drugi zarzut wobec pierwszego pokolenia polityków w realiach demokracji parlamentarnej jest taki, że wydawało się im, że wchodzimy do stabilnego świata zachodniego, który wszyscy obserwowaliśmy oczami lat 70,, czyli jego ostatniej złotej dekady. Tamten świat, w tym demokracja parlamentarna, zaczynał już wówczas przezywać kryzys. Wchodziliśmy do świata, który właśnie przemijał, ale tego nie dostrzegaliśmy. Naganne praktyki parlamentarne, upadek obyczajów to nie są praktyki tylko z Polski. Np. amerykańska polityka też podległa ogromnej degrengoladzie.

Czego emanacją był Donald Trump w Białym Domu?

Przede wszystkim tamtejsze finansowanie kampanii wyborczej, nieograniczone faktycznie już w żaden sposób. Tam można wszystko, wystarczy mieć pieniądze od lobbystów. Stąd nasze zdziwienia, chaos pojęciowy, to, że nie potrafimy odróżnić spraw ważnych od nieważnych. To moment, w którym światowa architektura polityki będzie się gwałtownie zmieniała na skutek wielu czynników, jak kryzys światowy kapitalizmu.

Co 10 lat światowa gospodarka staje na skraju załamania, a jedyne antidotum to sypanie pieniędzmi dodrukowanymi w panice. Mamy do czynienia z kryzysem ekologicznym, asymetrią demografii w różnych częściach świata, ze spadkiem udziału USA w światowym PKB, podczas gdy polityka światowa była ukształtowana w czasach amerykańskiej hegemonii.

To wszystko będzie korygowało światową politykę, a my jesteśmy na to kompletnie nieprzygotowani. Jesteśmy jakby „ludźmi wczorajszymi”, którzy ze zdumieniem odkrywają, że świat wygląda zupełnie inaczej, a upust temu dajemy w karczemnych awanturach na poziomie Sejmu.

To skoro nie demokracja parlamentarna, to co?

Problem polega na tym, że wszelkie instytucje, z jakich korzystamy, szkoła, telewizja, siły zbrojne, ONZ, partie polityczne, parlamenty, zostały ukształtowane przed globalizacją, w świecie, gdzie podstawą polityczną były państwa narodowe, jedne silne, inne słabe, niektóre imperialne, niektóre satelickie. Działo się to w świecie, gdzie podstawą był przemysł, handel i rolnictwo. Dziś podstawą są finanse, a wielkie koncerny mogą być silniejsze niż państwa narodowe. Oczekujemy od instytucji publicznych tego, co mogły nam dać w starym świecie. Chcemy mieć dostęp do beneficjów współczesności; ale jednocześnie mieć wygodne życie jak dawniej, nie chcemy płacić podatków, ale jednocześnie chcemy mieć te wszystkie usługi, które nam gwarantowały.

Tak samo z demokracją; chcemy mieć transparentną, stabilną, przewidywalną władzę, ale sami nie znosimy polityków, niezbyt chętnie chodzimy na wybory i w zasadzie to polityk powinien się nam tłumaczyć, że jest politykiem, a nie hydraulikiem albo lekarzem. W tym sensie jesteśmy tylko fragmentem globalnych zjawisk, paradoks polega na tym, że jedna rzecz, która była atrybutem świata stabilnych demokracji, u nas się przyjęła. To stabilny system partyjny. Od 2005 roku w tym systemie zmienia się niewiele, a przy tym nie jest to system zamknięty i nowe środowiska są w stanie wejść do Sejmu. Gdzie indziej tradycyjne systemy partyjne się walą na naszych oczach. W niektórych krajach, jak Wielka Brytania czy USA, są sztucznie podtrzymywane ordynacjami. Wszędzie indziej są tektoniczne wstrząsy, zatem chyba nikt nie ma prostego remedium.

Myślę, że nie jesteśmy świadomi, że stoimy przed fundamentalnymi wyborami w przestrzeni międzynarodowej, które zadecydują o naszych losach na dekady, i nie chodzi mi tu o mocno dyskusyjny zakup kilkuset czołgów Abrams.

Po co PiS-owi to całe zamieszanie z TVN?

Jest to potrzebne PiS-owi jak Pałac Saski Warszawie, tzn. w ogóle. Kiedy stan opozycji pozostaje wciąż niepewny, pojawiły się polemiki wewnętrzne, zwłaszcza na osi PO-Lewica, PiS dał opozycji prezent w postaci tematu, który łączy. Co więcej, to temat, w którym PiS będzie miał przeciwko sobie większość opinii publicznej, mało tego, istotna część wyborców prawicy niekoniecznie przyjmie diagnozę, że problemy PiS-u wynikają z rynku medialnego.

Co ciekawe, PiS nie podjął takich inicjatyw, kiedy był dużo silniejszy i kiedy mógł sobie na wiele pozwolić i mógł liczyć na lojalność 40, a nie 35 proc. wyborców, kiedy miał po swojej stronie administrację amerykańską. Teraz PiS jest dużo słabszy w każdym wymiarze, i krajowym, i zewnętrznym, zatem albo jest to fragmentem jakiejś szerszej całości, o której nie wiemy, że kryją się za tym jakieś tendencje polityki także międzynarodowej, a które poznamy za jakiś czas.

Drugie wyjaśnienie jest takie, że od początku ta sprawa opierała się na zupełnie oderwanej od realiów diagnozie i przypominało PiS z lat 2005-07, kiedy mając poparcie większości obywateli sam PiS sprowokował tyle konfliktów, że nie był w stanie ich wszystkich obsługiwać. To mocno przypomina tamtą sytuację. Kwestia aborcji, rynku medialnego i Pałac Saski to idealne wręcz połączenie dla opozycji w celu mobilizowania własnych wyborców i jednocześnie demobilizowania wyborców prawicy. Przyznam, że trudno mi znaleźć w pełni racjonalne wyjaśnienie politycznych obecnych działań PiS-u.

Myślę, że podobnym działaniem jest zmiana przez PiS Jarosława Gowina na Pawła Kukiza. Można zastanawiać się, który z polityków jest w stanie zagwarantować mniejszą stabilność domniemanej większości sejmowej.

Do upadku rządu? Może nawet do wcześniejszych wyborów?

Myślę, że zbyt łatwo mówimy o wcześniejszych wyborach. Wbrew nadziejom polityków PiS-u doprowadzenie do wcześniejszych wyborów nie jest czysto techniczną sprawą. W najlepszym razie potrzeba na to dużo czasu i działań paraliżujących funkcjonowanie Sejmu.

W kolejnych wyborach, niezależnie od tego, kto je wygra, to wielu obecnych posłów straci posady. Stąd chętnych do rozwiązywania Sejmu wielu nie będzie. Liczna grupa posłów byłaby gotowa oddać dużo, żeby jeszcze te kilkanaście miesięcy pozostać deputowanymi. To z kolei uprawdopodabniałoby scenariusz zmiany większości rządzącej i rząd techniczny. Samorozwiązanie Sejmu natomiast oznaczałoby porozumienie PiS-u z PO, a o to nie byłoby łatwo.

Zresztą dziś żadna strona nie jest gotowa na wybory. PO ledwo co uciekła spod sondażowego stryczka, Donald Tusk próbuje na nowo ułożyć relacje w partii, ale też stosunki z PSL i partią Szymona Hołowni. Na Lewicy też niedawno miał miejsce wstrząs tektoniczny. Ludowcy są jak zwykle w kropce, balansując na granicy progu 5 proc.

Przy najbardziej optymistycznym dla opozycji scenariuszu to głównym jej podmiotom potrzeba jeszcze co najmniej kilku miesięcy na konsolidację i przygotowanie się do wyborów.

Czy zatem wyobraża pan sobie sojusz PO z PiS w sprawie wcześniejszych wyborów?

To nie jest wcale takie trudne do wyobrażenia, jak się dziś wydaje. W PiS-ie także może dojść do konstatacji, że dalsze trwanie w takim paraliżu i braku faktycznej większości warto zakończyć. Medialne spektakle pozyskiwania poparcia pojedynczych posłów nie będą służyć rządzącym. To może być ciężkie do zaakceptowania przez wyborców, którzy głosują na PiS warunkowo. Siłą PiS-u była sprawczość, jak np. z 500 plus.

Pytanie tylko, czy wówczas PO zależałoby na tym, aby ułatwiać PiS-owi życie i pewnie czynnikiem decydującym byłyby pogłębione sondaże pokazujące możliwą realną frekwencję, wyniki, przepływy elektoratu itd.

Zatem taki jednorazowy sojusz byłby możliwy, choć mało prawdopodobny.

Co się dzieje z Lewicą, jest skłócona sama ze sobą, spada w sondażach, a wielu zastanawia się, czy to nie przyszły koalicjant PiS?
Generalnie w skali europejskiej, poza nielicznymi przypadkami, socjaldemokracja przezywa kryzys, co wiąże się z procesami globalizacji. W Polsce i tak mieliśmy do czynienia z wydarzeniem bezprecedensowym, czyli z powrotem lewicy pod szyldem SLD do Sejmu. Niewątpliwie Włodzimierz Czarzasty przejdzie do historii jako pierwszy polityk po 89 roku, który czegoś takiego dokonał. Natomiast lewica ma swoje problemy, jednym jest strukturalny, który będzie dawał o sobie regularnie znać.

Lewica ma wyborców tradycyjnych, SLD-owskich z jednej strony, którzy są mocno zorientowani przeciwko PiS, ale którzy w większości mieszkają w małych i średnich miastach, są antyklerykalni, ale agenda LGBT jest dla nich trudna do zaakceptowania. Z drugiej strony w ostatnich wyborach zagłosowało na lewicę wielu młodych, których motywacje krytyczne wobec PiS, ale i PO mają inny kontekst. To są wyborcy bardzo emancypacyjni kulturowo, bardziej doraźnie orientujący się na lewicowość pojętą jako sprzeciw wobec konserwatywnej lewicy. Pogodzenie tych dwóch biegunów jest trudne. Do tego sama lewica chciałaby reprezentować tych, którzy głosują na PiS, wyborców z mniej zamożnych regionów, pracowników najemnych itd. Po trzecie, lewica ma problem natury organizacyjnej; Włodzimierz Czarzasty odnosząc wielki sukces wyborczy popełnił jeden błąd, nie docenił politycznych aspiracji i siły SLD jako partii.

Teraz lewica musi się liczyć z tym, że partia Donalda Tuska, mimo że będzie się odżegnywała od idei współpracy z lewicą, podejmie ofensywę przeciwko niej. Dokładnie tak samo jak w 2007 i zwłaszcza 2011 roku. Warto też pamiętać, że w Koalicji Obywatelskiej są podmioty, na czele których stoją osoby wywodzące się z lewicy, jak choćby niewielka Inicjatywa Polska. Platforma chcąc polepszyć sondaże może to czynić tylko kosztem Lewicy i Szymona Hołowni. Paradoks polityki polega na tym, że gdy już przychodzi do kampanii wyborczej, to obserwujemy walkę nie tylko antagonistycznych podmiotów, ale także często walkę przyszłych sojuszników dlatego właśnie, że walczą o podobnego wyborcę.

Czyli porozumienia PO z lewicą długo jeszcze nie będzie i marne są szanse na wspólna listę zjednoczonej opozycji?

Polityka jest na wskroś pragmatyczna. Jeżeli okaże się, że stworzenie na długo przed wyborami wspólnej listy opozycji od PSL przez PO, Hołownię po lewicę przyniesie w sposób jednoznaczny wynik lepszy niż PiS-u, na co liczono podczas wyborów do PE, to taka lista powstanie. Natomiast jeśli takiej perspektywy nie będzie, przewaga PiS-u w sondażach będzie przekraczać wyraźnie 4-5 proc., to może się okazać, że wyławianie nisz wyborców, którzy nie akceptują PO, ale też zagłosują przeciwko PiS, będzie miało większy sens.

Sytuacja również diametralnie zmieni się, gdy PO przekroczy w sondażach mocne 30 proc. Ponieważ zrobi to kosztem mniejszych graczy, jak właśnie lewica, nie pozostawi wyjścia takim ugrupowaniom.

O tym wszystkim będzie zatem decydować zimna pragmatyka, choć oczywiście w wymiarze programowym byłoby lepiej, gdyby partie konserwatywne, lewicowe, liberalne nie startowały w wyborach sejmowych w jednym bloku.

A sojusz lewicy z PiS-em jest możliwy?

To był realny scenariusz kilkanaście lat temu, kiedy podziały nie były jeszcze tak silne, kiedy PiS i PO dopiero się kształtowały jako formacje polityczne, gdy hegemonia PO wydawała się być nieuchronna. W 2010 roku PO, po wyborach prezydenckich i samorządowych, praktycznie przejęła władzę nad wszystkim w państwie; PiS dziś tylko może pomarzyć o takiej sytuacji. Wówczas możliwe były różne scenariusze. Na Słowacji, swego czasu w Rumunii doszło do współpracy konserwatystów z socjalistami przeciwko hegemonii formacji liberalnej. Natomiast od tego czasu polska polityka bardzo się zmieniła.

Po pierwsze wszystkie działania wobec uprawnień emerytalnych służb mundurowych i dochodzące do tego działania na kanwie polityki symbolicznej podejmowane przez PiS spowodowały, że nawet pragmatyczni wyborcy SLD starszego pokolenia nigdy by takiej perspektywy nie zaakceptowali. Jeszcze dekadę temu tak, dziś już nie ma o tym mowy.

Po drugie miał miejsce napływ nowych, młodych wyborców, którzy się socjalizowali w czasie rządów PiS-u i dopiero zastanawiają się, za czym są, ale już wiedzą, że są przeciwko PiS.

Mogę więc sobie wyobrazić pojedyncze wspólne głosowania PiS i lewicy, tak jak zdarza się wspólnie głosować z PiS i PO, i PSL, ale oficjalnej długotrwałej, strukturalnej współpracy wyobrazić sobie nie mogę i myślę, że jeszcze długo nie będzie to moż

W Chinach rośnie sprzedaż samochodów z napędem alternatywnym

Według danych Chińskiego Stowarzyszenia Producentów Samochodów, w maju produkcja i sprzedaż samochodów w Chinach spadła z miesiąca na miesiąc i rok do roku, ale sprzedaż samochodów nowej generacji, czy pojazdów z napędem alternatywnym wzrosła o 160 proc.. Według szacunków ekspertów, wskaźnik nasycenia rynku samochodów
nowej generacji na chińskim rynku ma osiągnąć 70 proc. w 2030 roku.

Z danych wynika, że w maju produkcja i sprzedaż samochodów w Chinach osiągnęła 2,04 mln i 2,128 mln sztuk, co oznacza spadek odpowiednio o 8,7 proc. i 5,5 proc. w porównaniu z poprzednim miesiącem oraz spadek o 6,8 proc. i 3,1 proc. rok do roku. W ciągu pierwszych pięciu miesięcy produkcja i sprzedaż samochodów wyniosły 10,626 mln i 10,875 mln, co oznacza wzrost o 36,4 proc. i 36,6 proc. w porównaniu z analogicznym okresem ubiegłego roku, a tempo wzrostu spadło odpowiednio o 17 punktów procentowych i 15,2 punktów procentowych niż w okresie od stycznia do kwietnia.
W maju produkcja i sprzedaż samochodów z napędem alternatywnym wyniosła równo 217 tys. sztuk, co oznacza wzrost o 0,5 proc. i 5,4 proc. miesiąc do miesiąca oraz wzrost 150 proc. i 160 proc. rok do roku. Od stycznia do maja produkcja i sprzedaż samochodów nowej generacji przekroczyła 900 tys. sztuk, osiągając odpowiednio 967 tys. i 950 tys., co oznacza 2,2-krotny wzrost rok do roku. Według danych na koniec maja 2021 r., liczba samochodów z napędem alternatywnym na rynku chińskim wynosiła około 5,8 miliona sztuk, co stanowi około 50 proc. całkowitej liczby użytkowanych samochodów w tym segmencie na świecie.
Wśród głównych typów samochodów nowej generacji, nadal utrzymywał się szybki wzrost, w porównaniu z analogicznym okresem ubiegłego roku, produkcji i sprzedaży samochodów elektrycznych i hybrydowych typu plug-in (PHEV).
Jednocześnie do kwietnia bieżącego roku, w całych Chinach zbudowano już sieć szybkiego ładowania liczącą, 65 000 stacji ładowania, 644 stacje wymiany baterii i 1,87 miliona różnego rodzaju spotów ładowania, obejmujących 176 miast i ponad 50 000 km autostrad.
Fu Bingfeng, wiceprezes wykonawczy Chińskiego Stowarzyszenia Producentów Samochodów podczas odbywającego się 18 czerwca w Szanghaju, China Automotive Forum 2021, stwierdził, że epidemia Covid-19 nie zachwiała rynkiem motoryzacyjnym w Chinach, który pozostaje stabilny. Produkcja i sprzedaż samochodów w Chinach w 2020 r. spadła niewiele poniżej 2 proc., produkcja chińska stanowiła 32,5 proc. globalnej produkcji i osiągnęła najwyższy poziom w historii. Stabilność chińskiego rynku motoryzacyjnego zapewniła dobre wsparcie biznesowe dla globalnych firm motoryzacyjnych.
Przewiduje się, że w ciągu najbliższych 5-8 lat, zostanie wyeliminowana w Chinach z użycia duża liczba samochodów niespełniająca wysokich norm emisji spalin, co wpłynie na rozwój segmentu pojazdów z napędem alternatywnym. Oczekuje się, że tempo wzrostu produkcji i sprzedaży pojazdów elektrycznych utrzyma się na poziomie powyżej 40 proc. w ciągu najbliższych pięciu lat.
„Ponieważ wskaźnik nasycenia pojazdów z napędem alternatywnym nadal rośnie, rynek motoryzacyjny ulegnie znaczącej transformacji. Po pierwsze, zmieni się struktura zużycia energii, a wskaźnik wykorzystania zielonej energii ulegnie znacznej poprawie. Po drugie, wzrośnie podaż nowych produktów, takich jak akumulatory i silniki. Po trzecie, znacznie rozbudowany zostanie układ infrastruktury ładowania i wymiany baterii oraz upowszechnione zostaną inteligentne urządzenia do ładowania. Po czwarte, regulacje, standardy, polityka wspierająca dotycząca segmentu pojazdów z napędem alternatywnym będzie bardziej wszechstronna i komplementarna.” powiedział Fu Bingfeng.
Podczas chińskiego forum samochodowego, które odbyło się niedawno w Chongqing, prezes BYD Wang Chuanfu powiedział, że biorąc pod uwagę warunki środowiskowe oraz zasoby w kraju i za granicą, istnieje ogólny trend zastępowania samochodów napędzanych tradycyjnym paliwem przez samochody nowej generacji.
Wang zaznaczył, że w kontekście zbliżającego się „szczytu węglowego” i osiągnięcia przez Chiny „neutralności węglowej” rozwój pojazdów nowej generacji stanie się coraz bardziej zaawansowany. Dane pokazują, że wskaźnik nasycenia pojazdów z napędem alternatywnym w Chinach przekroczył 10 proc. próg w marcu bieżącego roku i osiągnął 11,4 proc. w maju, nadal notując szybki wzrost. Po drugie, w nowym segmencie branży samochodowej chińskie marki stają się coraz silniejsze. Stale rośnie ich udział w rynku chińskim, ale jednocześnie aktywnie wkraczają one na zagraniczne rynki samochodowe.
„Obecnie głównym problemem rozwoju chińskich producentów samochodów jest ich rozpoznawalność.” – uważa Wang Chuanfu. Zwrócił on uwagę, że tradycyjne przyzwyczajenia konsumenckie dotyczące samochodów w Chinach nie zostały jeszcze całkowicie zmienione, a przed chińskimi producentami jeszcze długa droga prowadząca do rozwoju swoich marek.
Patrząc wstecz i porównując rozwój w branży AGD, czy telefonii komórkowej, chińskie marki AGD potrzebowały 10 lat, by opanować 80 proc. rynku chińskiego, podobnie tyle samo czasu potrzebowali chińscy producenci telefonów komórkowych, by stać się liderami na rynku chińskim. Wang Chuanfu uważa, że ​​chińskich producentów samochodów czeka to samo i według prognoz, w 2030 r. wskaźnik nasycenia pojazdów z napędem alternatywnym na rynku chińskim prawdopodobnie osiągnie 70 proc., udział chińskich producentów samochodów w tym rynku wyniesie 60 proc..

Polityka klimatyczna i zielona energia w Chinach

Zmiany klimatu powodują szereg problemów na świecie, w tym wzrost pustynnienia terenów, obniżenie areału terenów uprawnych, a także pojawianie się chorób przenoszonych przez organizmy, które wcześniej nie występowały w danym rejonie. Do katalogu problemów klimatycznych należy dołączyć zabezpieczenie produkcji i dostaw żywności oraz obawy przed wymuszoną migracją i destabilizacją społeczną. Z nierównomierną dystrybucją wody, suszami i powodziami borykają się również Chiny. W Europie natomiast, motywacją do przejścia na energię odnawialną są ogromne koszty importu surowców kopalnych.

O tym, czy Chiny mogą zostać „zielonym liderem” w kolejnej odsłonie cyklu Projekt Azja dr Marcin Jacoby rozmawiał z prof. Zbigniewem Karaczunem z SGGW i Oskarem Kulikiem z fundacji WWF Polska.
Eksperci zwrócili uwagę na potencjał Chin w zakresie odnawialnych źródeł energii i innowacji. Wskazali pozytywny trend, jakim jest wspieranie nauki, dzięki czemu chińscy naukowcy i doktoranci chętnie wracają ze studiów zagranicznych do Chin, bo wiedzą, że znajdą tam dobre zatrudnienie i będą szanowani. Innowacje przyczyniają się także do redukcji kosztów produkcji np. paneli fotowoltaicznych.
Deklaracja Chin dotycząca celu klimatycznego do 2060 roku spotkała się z pozytywnym odbiorem obrońców klimatu tym bardziej, że skuteczność realizacji chińskich zamierzeń w zakresie ochrony środowiska znalazła już odzwierciedlenie w XIII planie pięcioletnim.
Według założeń chińskiej polityki klimatycznej, do 2030 roku zużycie energii pierwotnej z niekopalnych źródeł energii osiągnie w Chinach poziom 25 proc., a łączna moc zainstalowana energii wiatrowej i słonecznej przekroczy 1,2 TW. Oskar Kulik w rozmowie dotyczącej Projektu Azja zauważył, że obecnie w Chinach co roku powstaje więcej nowych mocy niż jest łącznie zainstalowanych w Polsce.
Według szacunków chińskiej Narodowej Agencji Energetyki (NEA), po realizacji założeń XIV planu pięcioletniego, konsumpcja energii elektrycznej z odnawialnych źródeł energii w społeczeństwie chińskim wzrośnie o około 2/3, a udziału zielonej energii w pozyskaniu energii pierwotnej przekroczy 50 proc.
W założeniach planu pięcioletniego znalazła się też budowa nowoczesnej sieci energetycznej, umożliwiającej efektywne wykorzystanie energii pozyskanej ze źródeł odnawialnych i jej magazynowanie. Zhang Jianhua, prezes chińskiej Narodowej Agencji Energetyki (NEA), na konferencji prasowej w dniu 30 marca, w planach rozwojowych, obok energetyki wiatrowej i słonecznej wymienił inwestycje hydroenergetyczne, dostosowane do lokalnych warunków oraz magazynowanie w elektrowniach szczytowo-pompowych. Aby osiągnąć cele klimatyczne, chiński miks energetyczny uzupełni energetyka jądrowa.
Profesor Karaczun w rozmowie na temat polityki klimatycznej powiedział, że niezbędnym czynnikiem do osiągnięcia neutralności klimatycznej jest „przedefiniowanie wartości rozwoju wzrostu”. Nie mniej, dokąd stabilność sytuacji gospodarczej na świecie uzależniona jest od produktu krajowego brutto, działania podejmowane przez Chiny na rzecz ochrony klimatu nie mogą przejść niezauważone.

Koniec rzucania bidonami

Od 1 kwietnia Międzynarodowa Unia Kolarska (UCI) wprowadziła zakaz wyrzucania przez zawodników w czasie wyścigów jakichkolwiek odpadków. Także pustych bidonów. Za nieprzestrzeganie tego zakazu grożą surowe kary.

Pierwszą ofiarą nowego rozporządzenia UCI został 34-letni szwajcarski kolarz z grupy AG2R Citroen Michael Schar, który podczas rozegranego w minioną niedzielę klasyku Tour des Flandres rzucił bidon w kierunku grupki kibiców i został za to zdyskwalifikowany. Surowa kara wywołała oburzenie wśród pozostałych zawodników, a Schar na swoim profilu społecznościowym tłumaczył, że bidony pozostawiane na trasie wyścigów przez peleton top nie są żadne śmieci, tylko cenione przez kibiców pamiątki. „W spokojnych momentach w wyścigu zawsze trzymam w ręku bidon, a gdy zobaczę przy drodze dzieciaki, to delikatnie rzucam go tam, gdzie mogą go bezpiecznie złapać. Dla takich chwil kocham nasz sport. I nikt nie powinien nam tego odbierać”. Jego post polubiło ponad 60 tysięcy internautów, a Szwajcara wsparli znani kolarze, m.in. Greg Van Avermaet, Marcel Kittel, Richie Porte i Michał Kwiatkowski, a Chris Froome nawet opublikował filmik z rozgrywanego Wyścigu Dookoła Kraju Basków, w którym widać jak rzuca swój bidon kibicom. „W tym tygodniu coś takiego kosztowałoby mnie dyskwalifikację. Zabawne, UCI” – napisał czterokrotny zwycięzca Tour de France.
Wygląda jednak na to, że kolarze nic swoimi protestami nie zdziałają, bo działacze kolarskiej federacji obrali kurs na ekologię. Twardo postulują, by w kolumnie transportowej jeździły wyłącznie pojazdy z napędem hybrydowym albo elektrycznym, a obowiązujące od 1 kwietnia tego roku przepisy zakazujące w strefie 30-40 km przed metą wyrzucania odpadków, m.in. bidonów, opakowań po żelach energetycznych, części ubrań. Dyskwalifikacja nie jest jedyną sankcją za takie wykroczenia – grożą też utrata punktów i kary czasowe. Nad sensownością walki ze śmieceniem podczas wyścigach nikt nie dyskutuje, bo peleton potrafi zostawić za sobą setki kilogramów różnych odpadków.

Wioska w południowo-zachodnich Chinach rozwija się dzięki ekoturystyce

Guangming, wioska w południowo-zachodniej prowincji Yunnan, położona ponad 2000 metrów n.p.m. w autonomicznym powiecie Yangbi mniejszości etnicznej Yi, znana jest z produkcji orzechów włoskich. Jest domem dla 6000 drzew orzechowych o ponad 100-letniej historii.
Guangming, wioska w południowo-zachodniej prowincji Yunnan, położona ponad 2000 metrów n.p.m. w autonomicznym powiecie Yangbi mniejszości etnicznej Yi, znana jest z produkcji orzechów włoskich. Jest domem dla 6000 drzew orzechowych o ponad 100-letniej historii.
83 proc. powierzchni Yangbi pokryte jest lasami. Produkcja orzechów stanowi podstawę gospodarki tego powiatu.
W ostatnich latach cena orzechów włoskich spadła z 30 juanów za kilogram do około 10 juanów. Dlatego wioska Guangming zmieniła swoją strategię rozwoju i przekwalifikowała się z uprawy orzechów włoskich na ekoturystykę.
Li Bin, wieśniak z Guangming, który wcześniej sprzedawał orzechy włoskie w Internecie, obecnie prowadzi w wiosce ośrodek agroturystyczny. Ten trzydziestokilkuletniego mężczyzna jest świadkiem rozwoju wioski Guangming.
Słabe skomunikowanie wioski było kiedyś dużym problemem dla mieszkańców Guangming. Na szczęście ich sytuacja bytowa znacznie się poprawiła po wybudowaniu utwardzonej drogi i zorganizowaniu w 2008 roku festiwalu orzecha włoskiego, który przyczynił się do znacznego wzrostu cen orzechów włoskich.
Li wrócił do wioski Guangming w 2014 roku. Sprzedawał przez Internet sadzonki orzecha włoskiego i inne produkty rolne. Jednak od tego czasu cena orzechów włoskich zaczęła spadać. Ponadto, z uwagi na wysokość drzew orzechowych mieszkańcy wioski musieli zatrudniać wykwalifikowanych pracowników do zbierania owoców, co podniosło koszty produkcji.
Rok później wieś Guangming zaprosiła przedsiębiorstwa turystyczne do rozwoju ekoturystyki wiejskiej. W ubiegłym roku przychody wioski z turystyki wynosiły prawie 2 miliony juanów. Li również dołączył do branży, otwierając własny ośrodek agroturystyczny.
Rozwój wsi Guangming nie byłby możliwy bez pomocy władz lokalnych. Od 2008 r. prowadzonych jest wiele projektów dla wioski, które wspierają tworzenie sieci transportowej, parkingów i toalet turystycznych. „Tylko poprzez ulepszenie infrastruktury możemy pokazać nasze piękne otoczenie światu zewnętrznemu” – powiedział Yang Xin, rzecznik prasowy powiatu Yangbi, pracownik delegatury we wsi Guangming.
Ze względu na brak planowania i przemyślanych działań, biznes ekoturystyczny na początku nie działał zbyt dobrze, ale dzięki profesjonalnym firmom wprowadzonym do Guangming powstały zmodernizowane tereny widokowe, przyciągające coraz więcej turystów.
75 osób z 73 gospodarstw domowych w gromadzie Jiciping w wiosce Guangming pracuje w branży turystycznej w pobliżu własnego domu. Ich dochody wzrosły o ponad 1,8 miliona juanów. Ponadto, 42 gospodarstwa domowe zarobiły ponad 4 miliony juanów, wynajmując lub przekazując firmom turystycznym prawo zarządzania gruntem o łącznej wielkości 10 hektarów.
Władze Yangbi zorganizowały szereg szkoleń dla mieszkańców, pomagając im poprawić jakość usług. Szef partii w wiosce Guangming – Yang Xueming powiedział, że mieszkańcy wioski przybierają zupełnie nowy wygląd. Kiedyś uciekali przed komunikowaniem się z gośćmi, a teraz są entuzjastycznie nastawieni do rozmów z turystami.
„Wielu mieszkańców wioski wcześniej opuszczało wioskowe zebrania, dziś wszyscy chcą się przyłączyć, żeby nie umknęły im ważne informacje” – powiedział Wei Dingkui, dyrektor komitetu wioski.
Według Yang Jiana, zastępcy szefa komitetu eko-zarządzania wioski Guangming, kłusownictwo i nielegalne wyręby nie stanowią już problemu w wiosce. „Dzięki zalesieniom zawsze możemy zobaczyć dzikie zwierzęta. Poza tym, ustanowiliśmy również dwa punkty kontrolne, aby uniemożliwić nielegalne rozkopywanie terenów górskich”.
Do tej pory we wsi Guangming powstało 8 komitetów do spraw rzek, dróg, zwyczajów ludowymi, środowiska, ekologii, planowania, mediacji i spraw bezpieczeństwa. Wszyscy członkowie tych komitetów są mieszkańcami wioski.
Standaryzacja zarządzania wioską pomaga poprawić jej wizerunek – powiedział Ji Xiaodong, szef firmy rozwijającej turystykę w wiosce Guangmin. Dodał, że środowisko ekologiczne jest równie ważne jak powietrze.

Teza i antyteza

Wychodzę na zewnętrze co dzień, i nie mogę się pogodzić z tym, że taka ładna jesień tego roku ucieka nam w ostrym cieniu covidowej mgły. Liście żółkną, kasztany się czerwienią, smog jakby uleciał w niebyt, że aż szkoda siedzieć w domu. Przyroda, nawet ta miejska, odbiła na chwilę od dna. A jesień mamy w tym roku piękną…

Zastanawiałem się, kiedy siedziałem dziś w parku na ławce i patrzyłem na ten kobierzec, żółty i czerwony, ciesząc oczy widokiem, czy będzie na świecie tak, że po covidowym opamiętaniu, człowiek zacznie doceniać to, co matka natura mu dała. Będzie, na powrót, z szacunkiem, odnosić się do przyrody i jej majestatu. Tej przecież nie trzeba wiele, żeby udowodnić nam, że gdyby nie ludzie, żaden wirus byłby jej nie straszny. Starczyło raptem parę miesięcy oddechu, by pokazać nam, że Ziemia potrafi się bez człowieka obejść. W Wenecji pojawiły się na wiosnę delfiny w Canale Grande. Lasy w Polsce płonęły rzadziej, bo człowiek miał zakaz doń wchodzenia. Wywieziono dzięki temu zeń mniej śmieci i mniej zwierząt, wodnych i lądowych, zadławiło się plastikiem na łowiskach i w kniei. Wystarczyło trzymać człowieka z dala od przyrody, a efekt od razu był widoczny. Czy zatem, myślałem siedząc sobie w parku, może zdarzyć się tak, że człowiek wyciągnie jakieś wnioski z sygnałów, które dała mu natura? W końcu pandemia covidu to, jeśli odrzucić spiski, wynik nazbyt głębokiego ingerowania człowieka w świat zwierząt. Gdybyśmy nie chcieli zeżreć wszystkiego, co pełza i lata, bo jakiś półidiota powiedział kiedyś, że zupa z nietoperza dobrze robi na potencję i eliminuje brodawki, być może nie byłoby tego całego zamieszania. Jeśli jednak tak się już zdarzyło, czy przyjdzie potem na ludzki ród jakieś opamiętanie w działaniu, niechybnie prowadzącym nasz gatunek do samozagłady. Gdy tak dumałem na parkowej ławce, przyszły mi do głowy dwa wyjścia. Jedno nie wyklucza drugiego, choć obydwa są bardzo mało prawdopodobne. Dużo bardziej prawdopodobne są ich antytezy.

Pierwsze jest takie, że ludzie, sami z siebie, bez napomnień rządów i korporacji, opamiętają się i zaczną żyć w zgodzie z prawami natury i jej poszanowaniem. Zaczną bardziej doceniać życie które dostali, bo mają tylko jedno, i warto je mądrze przeżyć, gdyż nie wiadomo, kiedy się może skończyć. Uleci w powietrze współczesna mara nieśmiertelności; mit tego, że jak będziemy jędrni, młodzi i powabni, będziemy uczęszczać na fitness i wcierać w siebie drogie kremy, to nie pomrzemy. Okazuje się, że to wcale przed zejściem nie chroni, a covid tnie po uważaniu, chorego, chromego, ładnego, brzydkiego. Generalnie jednak warto bardziej przyłożyć się do dbania o zdrowie i zmiany świata, zaczynając od siebie. Na początek należałoby zastanowić się, co się je i ile. Później, skąd to jedzenie pochodzi i kto je wyprodukował; dalej-jakim kosztem i gdzie. Wreszcie, można sobie zacząć zadawać pytania, dlaczego mleko w sklepie jest dziś tańsze niż woda, a warzywa tak cholernie drogie. Gdzie tu sens i logika. No i przede wszystkim: kto na tym zarabia. Kiedy ludzie zaczną wątpić w to, czym karmiono ich dusze i ciała, może to pociągnąć za sobą realną zmianę społecznych zachowań, które w przyszłości zaskutkują bardziej świadomym społeczeństwem. Jedzącym mniej nietoperzy i rzadziej chorującym na odzwierzęce choroby. Świat przyrody będzie powoli wracał do równowagi. Tak jak świat ludzi i ich konsumpcji. Mleko będzie pochodzić z udoju od szczęśliwych krów, a jaja od kur, które grzebią w ziemi i zajadają się robakami, a nie paszą z mączki kostnej. Oczywiście jest też anty-rozwiązanie. Po miesiącach wyrzeczeń, zamkniętych knajp i sklepów, kiedy ogłoszą wreszcie koniec pandemii, ludzie rzucą się w wir zakupoholizmu. Nie będą patrzeć na nic, tylko nadrabiać zaległości. Wydawać kompulsywnie kasę na zbytki. Kupować bez opamiętania. Producenci będą z kolei prześcigać się w kolejnych promocjach promocji, a ludzie będą jak wygłodniałe lwy, wypuszczone z klatek. W miesiąc nadrobią rok locdownu.

Drugie rozwiązanie zaproponują za ludzi wielkie firmy i światowy biznes. Po chudych miesiącach covidu, światowa finansjera, dotknięta kryzysem, pojęła wreszcie, że sama doprowadziła do tej globalnej tragedii i należałoby się w końcu opamiętać, bo następnego takiego kryzysu nie przeżyje nikt. Musimy zatem, mówią korporacje, powściągnąć swoje ambicje i niezaspokojone rządze zysku, żeby matka Ziemia pożyła jeszcze kilkaset lat, bo jak tak dalej pójdzie, to wszystko się skończy szybciej, niż sądziliśmy. Przyroda wysyła nam wyraźny sygnał. Zbastujmy trochę z wyzyskiem środowiska, co najmniej na parę dekad, żeby planeta miała szansę odrobinę się odbudować, a później zastanowimy się, jak gospodarować zasobami racjonalniej. I jak pomyśleli, tak zrobili. Antyteza tej wizji wygląda z kolei tak: biznes, wygłodzony przez pandemię, po miesiącach posuchy, rzuca się na resztki dóbr ziemskich ze zdwojoną siłą, żeby nadrobić chude miesiące. Nie myśli o konsekwencjach. O tym, co stanie się z ludźmi: konsumentami, pracownikami. Ma jeden cel: odrobić jak najszybciej stracone miliony w jak najkrótszym czasie.

Dróg jest kilka. Z tylu z nich, każdy ma prawo wybrać źle. Którą pójdzie świat? Co nie bądź mi się kolebie w dyńce i mam swój typ. Być może nowy, amerykański prezydent, trochę zmieni globalny paradygmat. Tak przynajmniej deklarował w kampanii, że sprawy środowiska naturalnego będą mu drogie i bliskie. Na razie drogie jest zdrowe jedzenie od rolnika z pola, a tani syf w marketach, więc łatwo zgadnąć, po co sięgną i sięgają ludzie. Może warto, dla kromki chleba i kropli mleka na przyszłość, dziś podumać, skąd i jak trafiły wczoraj na nasz stół. Najlepiej na powietrzu. Póki jeszcze jest za darmo.

Klub wegański oraz ekologiczny

Forest Green Rovers to klub sportowy w liczącej niespełna siedem tysięcy mieszkańców angielskiej wsi. Chociaż został założony 131 lat temu, stał się szerzej znany dopiero dziesięć lat temu, gdy przejął go Dale Vince, właściciel firmy energetycznej Ecotricity, specjalizującej się produkcji tzw. zielonej energii.

Pod rządami Dele’a Vince’a Forest Green Rovers przeszedł radykalną przemianę stając się pierwszym całkowicie wegańskim klubem sportowym na Wyspach Brytyjskich. FIFA doceniła nowatorstwo tego projektu i przyznała Forest Green Rovers honorowy tytuł „najbardziej zielonego i przyjaznego środowisku klubu na świecie”. Na czym polegały zmiany dokonane przez nowego właściciela? W kilka lat od przejęcia klubu Dale Vince niemal we wszystkich aspektach jego działalności nakazał przestrzegać zasad ochrony środowiska. Murawę na stadionie New Lawn, na którym zespół rozgrywa mecze od 2006 roku, przycina się kosiarkami na energię słoneczną, trawę nawadnia wyłącznie wodą opadową, a do jej pielęgnacji nie stosuje pestycydów.
W klubie ogromną wagę przywiązuje się do recyclingu i ograniczeń w wytwarzaniu śmieci, Forest Green Rovers był też pierwszą organizacją sportową, której neutralność węglowa została uznana przez ONZ. Przy wsparciu firmy Vince’a, Ecotricity, klub korzysta z zielonej energii dzięki panelom fotowoltaicznym zamontowanym na dachu New Lawn. Ale właściciel klubu na tym nie poprzestaje i przygotowuje się do budowy nowego stadionu na pięć tysięcy miejsc, w całości wykonanego z drewna. Nawet koszulki meczowe i ubrania drużyny wykonywane są z ekologicznych materiałów, a cała kadra zespołu wraz ze sztabem szkoleniowym w klubie jadają wyłącznie wegańskie posiłki, które są także serwowane kibicom na stadionie podczas meczów.
Jak te wszystkie ekologiczne działania przekładają się na wyniki sportowe? Chyba nieźle, bo w ciągu dziesięciu lat rządów Dale’a Vince’a, któremu od niedawna pomaga jako współwłaściciel znany z proekologicznej pasji hiszpański piłkarz Arsenalu Londyn Hector Bellerin, zespół Green Rovers Forest po raz pierwszy w jego liczącej już 131 lat historii, trzy sezony temu awansował do zawodowej Ligue 2 (czwarty poziom rozgrywkowy w Anglii). W tym sezonie po siedmiu kolejkach tej liczącej 24 zespoły ligi zajmuje z dorobkiem 12 punktów ósmą lokatę. Bellerin w Green Rovers Forest znalazł pokrewne dusze, bo sam od trzech lat jest wegeterianinem, dał się też poznać z różnych akcji wspierających ochronę środowiska, m.in. zainicjował zasadzenie a Amazonii 50 tysięcy drzew.
Bellerin nie jest jedynym znanym piłkarzem walczącym o poprawę środowiska. Dołączyli do niego też Mathieu Flamini oraz Morten Thorsby z Sampdorii Genua. Pierwszy założył firmę wytwarzającą kwas lewulinowy, który ma być alternatywą dla ropy przy wytwarzaniu paliw. Drugi zakłada fundację, która ma pomagać klubom i zawodnikom w zmniejszaniu użycia węgla.