Klub wegański oraz ekologiczny

Forest Green Rovers to klub sportowy w liczącej niespełna siedem tysięcy mieszkańców angielskiej wsi. Chociaż został założony 131 lat temu, stał się szerzej znany dopiero dziesięć lat temu, gdy przejął go Dale Vince, właściciel firmy energetycznej Ecotricity, specjalizującej się produkcji tzw. zielonej energii.

Pod rządami Dele’a Vince’a Forest Green Rovers przeszedł radykalną przemianę stając się pierwszym całkowicie wegańskim klubem sportowym na Wyspach Brytyjskich. FIFA doceniła nowatorstwo tego projektu i przyznała Forest Green Rovers honorowy tytuł „najbardziej zielonego i przyjaznego środowisku klubu na świecie”. Na czym polegały zmiany dokonane przez nowego właściciela? W kilka lat od przejęcia klubu Dale Vince niemal we wszystkich aspektach jego działalności nakazał przestrzegać zasad ochrony środowiska. Murawę na stadionie New Lawn, na którym zespół rozgrywa mecze od 2006 roku, przycina się kosiarkami na energię słoneczną, trawę nawadnia wyłącznie wodą opadową, a do jej pielęgnacji nie stosuje pestycydów.
W klubie ogromną wagę przywiązuje się do recyclingu i ograniczeń w wytwarzaniu śmieci, Forest Green Rovers był też pierwszą organizacją sportową, której neutralność węglowa została uznana przez ONZ. Przy wsparciu firmy Vince’a, Ecotricity, klub korzysta z zielonej energii dzięki panelom fotowoltaicznym zamontowanym na dachu New Lawn. Ale właściciel klubu na tym nie poprzestaje i przygotowuje się do budowy nowego stadionu na pięć tysięcy miejsc, w całości wykonanego z drewna. Nawet koszulki meczowe i ubrania drużyny wykonywane są z ekologicznych materiałów, a cała kadra zespołu wraz ze sztabem szkoleniowym w klubie jadają wyłącznie wegańskie posiłki, które są także serwowane kibicom na stadionie podczas meczów.
Jak te wszystkie ekologiczne działania przekładają się na wyniki sportowe? Chyba nieźle, bo w ciągu dziesięciu lat rządów Dale’a Vince’a, któremu od niedawna pomaga jako współwłaściciel znany z proekologicznej pasji hiszpański piłkarz Arsenalu Londyn Hector Bellerin, zespół Green Rovers Forest po raz pierwszy w jego liczącej już 131 lat historii, trzy sezony temu awansował do zawodowej Ligue 2 (czwarty poziom rozgrywkowy w Anglii). W tym sezonie po siedmiu kolejkach tej liczącej 24 zespoły ligi zajmuje z dorobkiem 12 punktów ósmą lokatę. Bellerin w Green Rovers Forest znalazł pokrewne dusze, bo sam od trzech lat jest wegeterianinem, dał się też poznać z różnych akcji wspierających ochronę środowiska, m.in. zainicjował zasadzenie a Amazonii 50 tysięcy drzew.
Bellerin nie jest jedynym znanym piłkarzem walczącym o poprawę środowiska. Dołączyli do niego też Mathieu Flamini oraz Morten Thorsby z Sampdorii Genua. Pierwszy założył firmę wytwarzającą kwas lewulinowy, który ma być alternatywą dla ropy przy wytwarzaniu paliw. Drugi zakłada fundację, która ma pomagać klubom i zawodnikom w zmniejszaniu użycia węgla.

Globalny dualizm kryzysowy

Nie straszę Czytelników nieuchronną Apokalipsą ani też nie uspokajam i nie usypiam ich czujności na zasadzie: „ludzie, nic się nie stało, nic się nie dzieje i nic się nie stanie”! Wręcz przeciwnie.

Czarno to widzę:
ale bez przesady – jest to istotnie spojrzenie na rzeczywistość przez „czarne okulary”, wszakże spojrzenie jak najbardziej realistyczne. Życie nauczyło mnie zimnego realizmu i nieugiętego obiektywizmu. Faktem jest, przyznaję bez bicia, że za czasów studenckich patrzyłem na świat przez „różowe okulary”, nader optymistycznie i surrealistycznie. Ale naonczas moja wiedza cywilizacyjna była jeszcze fragmentaryczna. Stałem się wtedy niepoprawnym umiarkowanym optymistą/surrealistą. Ale jeszcze bardzo dużo musiałem się nauczyć o rozwoju i o niedorozwoju cywilizacji ludzkiej, aby, jako tako, rozumieć, o co naprawdę w tym chodzi? Takoż nauka ta sprawiła, iż, po wielu latach stałem się, nolens volens umiarkowanym pesymistą/realistą. W takim duchu tworzę też niniejsze opracowanie, marząc o tym, aby powrócić kiedyś do statusu umiarkowanego optymisty/realisty; ale mam świadomość, iż raczej to niedoczekanie moje (i nasze wspólne). Dziwię się przeto współczesnym młodzikom, nie tylko lemingom i lemurom, którzy już się zgrywają bezpodstawnie i bezwiednie na optymistów/surrealistów.
Najpierw parę słów o tytule, który, zresztą, mówi sam za siebie i sygnalizuje treści, które chcę poruszyć. De facto, żyjemy z czasach dwóch monstrualnych i równoczesnych kryzysów globalnych – pandemicznego i ekonomicznego. Każdy z tych kryzysów z osobna może okazać się zabójczy dla rodzaju ludzkiego i dla życia na Ziemi, a co dopiero oba razem do kupy?! Ww. kryzysom makro towarzyszy multum pomniejszych kryzysów, równie groźnych, a mianowicie: finansowy, społeczny, ideologiczny, ekologiczny, klimatyczny, strategiczny/militarny, terrorystyczny, oświatowy, żywnościowy, rasowy, religijny i wiele, wiele innych. Oto parę tzw. makro danych dla uzasadnienia hipotezy o szkodliwości dualizmu kryzysowego dla rodzaju ludzkiego: według stanu na dzień 16.09.2020 r., liczba chorych na COVID – 19 w świecie wyniosła 29.582.122 osoby, a liczba zgonów – 935.211 (odpowiednie dane dla USA: 6.606.561 i 195.942). Zaś jeśli chodzi o globalny kryzys gospodarczy, to stopa wzrostu światowego na 2020 r. prognozowana jest na (minus) – 4,9 proc., czyli o około 2 proc. mniej niż zakładały prognozy przed pandemiczne. Z kolei, stopa „wzrostu” (czyli spadku gospodarczego) w USA w roku 2020 wyceniana jest na (minus) – 4,9 proc. !
Niniejsze opracowanie koncentruje się, w szczególności, na ewolucji cywilizacji ludzkiej, fauny i flory na Ziemi, na rozwoju społeczno – gospodarczym w okresie post jałtańskim i po obaleniu „muru berlińskiego”. Analiza prezentuje się więc w oryginalnym ujęciu dynamicznym, adekwatnie do rozwoju wydarzeń, często znacznie je wyprzedzając w czasie bądź też analizując je skrupulatnie in statu nascendi lub post factum. Jeśli zaś chodzi o treści, to – w ogólności – relatywnie mało jest opracowań na omawiane tematy kojarzących elementy politologiczne, ekonomiczne, finansowe, strategiczne, społeczne i ekologiczne. Zaś od strony metodologicznej – moje podejście jest spokojne, racjonalne i wyważone oraz wolne od skrajności. Piszę wprost, po ludzku, o tym, jak rzeczy mają się „tak naprawdę”.
O trudnych sprawach piszę zdecydowanie i odważnie, gdyż taką mam już naturę. Nie taję, przy tym, iż odczuwam dużą satysfakcję z tego powodu, że niemało moich prognoz sprzed wielu lat sprawdza się obecnie co do joty (np. w sprawach globalnych, amerykańskich, chińskich, kryzysowych czy dotyczących zjednoczenia i rozwoju Niemiec). Ale jednocześnie przykro mi, że ostrzeżenia „proroków”, futurologów i wielu mądrych ludzi na świecie – to ciągle głosy „wołających na puszczy”, z reguły lekceważone przez decydentów. Dlatego też jest tak, jak jest; a będzie jeszcze „lepiej”. Jednak mój dylemat psychologiczno – intelektualny jest poważny: czy słuszniej jest nie wiedzieć o pewnych „strasznych rzeczach” i spać spokojnie; czy też wiedzieć o nich rzetelnie i również… spać spokojnie. Z obydwu możliwości tej alternatywy wybieram tę drugą, postępując zgodnie z zasadą: „cogito ergo sum” („myślę więc jestem”).
Główny wniosek ogólny, wynikający z własnych analiz politologicznych, ekonomicznych, socjologicznych i filozoficznych z okresu całego mego świadomego życia i pracy, jest jednak dość przygnębiający: sytuacja ludzi i innych istot żywych na Ziemi oraz naszej planety – jako instytucji wszechświatowej pogarsza się nieustannie i coraz bardziej wraz z upływem czasu. Tymczasem, zdecydowanej większości Ziemian, ciągle żyjących w błogiej nieświadomości i, nierzadko, nadmiernie przemądrzałych, wydaje się nadal, że jest wręcz odwrotnie, czyli coraz lepiej!? Traktują oni pobożne życzenia jako realia i usiłują budować swą przyszłość na kruchej tafli lodu teraźniejszości. Dotyczy to, w szczególności, pokolenia kryzysowego (30 – 40 latków), licznych ww. lemingów i lemurów, szaro komórkowych analfabetów i półanalfabetów, młodych i wiecznie młodych internautów oraz półinteligentów ślizgających się leniwie po powierzchni zjawisk zamiast ich zgłębiania. Słowem, wszystkich tych (i im podobnych), których Mario Monti, były premier włoski, określił mianem „zmarnowanego (straconego) pokolenia” („generazione perduta”), w wykładzie dnia 23 sierpnia 2012 r., w Rimini. Jednym słowem, Żyjemy w czasach wielkich dylematów i paradoksów. Oto kilka najbardziej szokujących spośród nich:
a. pokój – wojna.
Niby nie doszło III wojny światowej w starym stylu, choć nie ma pewności, że już nigdy do niej nie dojdzie?! Ale w okresie po II wojnie, było zaledwie kilka tygodni rzeczywistego pokoju, kiedy nigdzie nie grały armaty i rakiety oraz nie lała się krew. Obecnie trwa też wiele wojen domowych i regionalnych oraz conajmniej cztery „branżowe” wojny światowe: ekonomiczna, surowcowa, informatyczna i terrorystyczna (zwyczajny terroryzm walczy z terroryzmem państwowym i vice versa);
b. nędza – bogactwo.
Stale pogłębia się przepaść między biegunem nędzy a biegunem bogactwa w poszczególnych krajach i w skali światowej. Kryzys globalny nasilił to zjawisko. Według najnowszych danych MFW – w Luksemburgu występuje największy PKB per capita – 113.196 USD (!); zaś najniższy – w Sudanie Południowym, zaledwie 275 USD. Kilka miliardów ludzi dysponuje zaledwie kwotą 1 – 2 USD na dzienne utrzymanie, zaś fortuny kilku procent bogaczy wzrosły niebotycznie. Znane hasło alterglobalistów amerykańskich: „99 proc. biednych i 1 proc. bogatych w USA i na świecie” jest prawdziwe lub bliskie prawdy;
c. humanizm – zezwierzęcenie.
W zastraszającym tempie postępuje dehumanizacja i brutalizacja stosunków międzyludzkich i międzynarodowych. Człowiek oraz jego dobro i życie liczy się coraz mniej. Starożytne powiedzenie: „homo homini lupus est” nabiera teraz przerażających rozmiarów i tragicznego wydźwięku. Człowiek oddala się coraz bardziej od swego ideału/pierwowzoru stworzonego przecież „na obraz i podobieństwo boże”. To wynik neoliberalnej ideologii pieniądza i związanej z nią praktyki, nędzy szerzącej się w świecie, braków surowcowych, żywnościowych i enegretycznych oraz powszechnej anarchizacji, degradacji i demoralizacji życia i ludzi, szczególnie przy pomocy zdradliwego internetu, opacznej edukacji oraz sprzedajnych, prowokacyjnych i stronniczych mediów. Na tym gruncie nasilają się coraz bardziej zjawiska nacjonalistyczne, fundamentalistyczne, faszyzujące i terrorystyczne;
d. postęp – zacofanie.
Jest to chyba najbardziej niepojęty z wielkich paradoksów cywilizacyjnych. Bowiem imponujący współczesny postęp naukowo – techniczny i praktyczne zastosowania jego owoców poprawiają sytuację tylko nielicznej grupy Ziemian (majętnych, wpływowych i utalentowanych); podczas gdy przygniatająca większość spośród nich pogrąża się coraz bardziej w otchłani tzw. wykluczenia (głód, choroby, bezrobocie, analfabetyzm, ciemnota, prześladowania, destrukcja środowiska naturalnego, zmiany klimatyczne, ekstremalne zjawiska pogodowe, brak czystej wody i in.). Współczesnych paradoksów tego rodzaju jest znacznie więcej.
Jednocześnie najbardziej dosadnym zewnętrznym wyrazem ilustrującym ewolucję pogarszającej się sytuacji w łonie społeczności ludzkiej są fluktuacje poziomu napięcia w stosunkach międzynarodowych. Nie dysponujemy niezawodnymi instrumentami pomiarowymi owego poziomu i jednoznacznymi wynikami badań tego rodzaju. Można podawać jedynie przybliżone dane, na które składa się suma (wypadkowa) przeróżnych czynników generujących wzrost lub obniżanie poziomu napięcia. Najogólniej rzecz ujmując, w okresie postjałtańskim, kształtuje się ono sinusoidalnie, raz wyżej, raz niżej. I tak, po krótkotrwałej euforii zwycięstwa nad faszyzmem, nacjonalizmem i militaryzmem niemiecko-japońsko-włoskim, dość szybko nastała „zimna wojna” między Wschodem i Zachodem oraz szaleńczy wyścig zbrojeń, także w zakresie broni masowej zagłady i środków jej przenoszenia. Zapoczątkowano militaryzację kosmosu. Kolejne wojny: koreańska, indochińska (szczególnie wietnamska), afgańska, bliskowschodnia i wiele innych pomniejszych, kryzys kubański a nawet zbrojna konfrontacja radziecko-chińska itp. znacznie podwyższyły poziom napięcia. Pokojowa przyszłość naszej cywilizacji zawisła na włosku i wisi na nim w dalszym ciągu.
Na krótko, opamiętanie nadeszło w latach 70-tych XX wieku dzięki odprężeniu, niezaangażowaniu i pokojowemu współistnieniu. Ich symbolem była KBWE i tzw. proces helsiński. Temu zawdzięczamy, m.in., pozytywne przemiany w Europie (gdzie zapoczątkowane zostały przecież dwie wojny światowe!). W wyniku tych przemian możliwe było powstanie i rozszerzanie Unii Europejskiej. Nieco później, swoistym bezprecedensowym fenomenem dziejowym był fakt, iż rozpad ZSRR (i tzw. imperium radzieckiego) oraz zjednoczenie Niemiec (obalenie „muru berlińskiego”) dokonało się bez wojny światowej. Globalny system jednobiegunowy (USA), który powstał na gruzach dwubiegunowego, przyniósł jednak fatalne owoce dla naszej cywilizacji (wojny regionalne, kryzys globalny i in.). USA uwierzyły, wprawdzie na krótko, w swoją dominację, dyktaturę, nieomylność i niezwyciężoność w świecie, usiłując wprowadzać w nim Pax Americana. W wyniku tego, Stany Zjednoczone wywołały kolejne wojny: w Zatoce Perskiej, w Afganistanie, w Iraku, w Syrii, na Bałkanach i in. oraz wojny hybrydowe.
Nie wygrały jednak żadnej z tych wojen. Ubocznym efektem irracjonalnej Pax Americana jest także ogromna fala rewolucji i ruchów społecznych w państwach islamskich Afryki Północnej i Bliskiego Wschodu oraz morze krwi przelewanej np. w Libii, w Syrii, w Egipcie, w Iraku i w Afganistanie (nadal), w Pakistanie i in. Plus dramat emigrantów i uchodźców! W pierwszych dekadach XXI wieku poziom napięcia globalnego znów poszedł niebezpiecznie do góry, tym bardziej, iż sytuacja pogorszyła się również na Dalekim Wschodzie (np. między Chinami, USA i Japonią) oraz w stosunkach rosyjsko-amerykańskich. W sumie, nawet jeśli ów poziom napięcia kształtuje się nadal sinusoidalnie, to jego wypadkowa (w linii prostej) unosi się jednoznacznie ku górze. Na tym polega wielkie niebezpieczeństwo dla świata, tym bardziej, iż nie wiadomo dokładnie, gdzie znajduje się granica bezpieczeństwa, której nie wolno przekroczyć. W tej sytuacji, niewyobrażalne nieszczęście może zdarzyć się w każdej chwili, nawet przez przypadek, np. wygłup szaleńca, błąd człowieka, wadę sztucznej inteligencji, awarię robota czy komputera itp.
Treści merytoryczne :
W naszych czasach (i w całej historii cywilizacji ludzkiej) negatywy (i straty) rozwojowe znacznie dominują nad pozytywami (i korzyściami). Ogólny (całościowy) bilans dokonań Ziemian jest ujemny/negatywny. Jeśli coś udało się im osiągnąć (np. kolonizacja, odkrycie Ameryki, dekolonizacja, postęp naukowo-techniczny i in.) to – jakże często – w wyniku… wojen lub przygotowań do wojowania. Koszty uzyskania osiągnięć są więc nieproporcjonalnie wysokie w stosunku do ich wartości. Teraz jednak bez porównania większa i groźniejsza jest dysproporcja i skala tego zjawiska (np. „demokratyzacja” czy „amerykanizacja” Iraku, Afganistanu, Libii, Egiptu, Syrii i in. czy nawet Ukrainy i Polski za cenę zadłużenia, morza krwi, strat i Himalajów zniszczeń). Tym bardziej, że USA i Zachodowi chodzi, przy tym, o własne interesy ekonomiczne i strategiczne, o osłonę Izraela, o ropę naftową i o gaz a nie o „demokratyzację” producentów tych surowców i innych uległych partnerów.
Uzasadnienie merytoryczne pogarszającej się – generalnie – sytuacji Ziemian i Ziemi zacznijmy od aspektów geopolitycznych. W tym zakresie, największym problemem i niebezpieczeństwem zarazem jest notoryczny brak efektywnego i optymalnego ładu międzynarodowego oraz systemu (ustroju) polityczno – społecznego w poszczególnych krajach (z nielicznymi wyjątkami, typu Chiny, Szwajcaria czy państwa skandynawskie). Można wręcz stwierdzić, iż pożądany i funkcjonalny ład międzynarodowy nie istniał nigdy w całej historii naszej cywilizacji. Ciągle walczy się o „nowy ład”, a przecież odpowiedniego starego ładu nie było! Jeśli by istniał, to nie byłoby tylu wojen i tylu nieobliczalnych i niepotrzebnych ofiar i strat, a rozwój świata dokonywałby się w normalnym trybie i dla dobra wszystkich Ziemian.
Wielcy wodzowie starożytności i średniowiecza, a później: Napoleon, Hitler, Stalin, czy Reagan usiłowali tworzyć „łady” regionalne czy światowe na miarę swej wybujałej wyobraźni i ambicji supermocarstwowych, ale żaden z nich nie przetrwał zbyt długo. Również w okresie postjałtańskim pojawił się układ sił (ład) dwubiegunowy i jednobiegunowy, ale one oba także wylądowały na śmietniku historii. Doczekaliśmy się czasów, kiedy – zamiast sensownego ładu – mamy pustkę systemową i anarchizujący nieład globalny w tej mierze. Obłudne i nieskuteczne poszukiwania ładu (np. na forum ONZ) trwają nadal, choć mało kto wie, jak ów ład ma wyglądać? Pewne nadzieje należy wiązać jednak z wielobiegunowym układem sił na świecie, pojawiającym się już na horyzoncie. Tworzą się nowe ośrodki siły i lokomotywy (pomyślniejszego?) rozwoju naszej cywilizacji: Chiny, BRICS, ASEAN, Unia Afrykańska i in. Jednak, mimo zapału i entuzjazmu promotorów, kreowanie ładu wielobiegunowego następuje powoli i napotyka na ogromne przeszkody, głównie w postaci wzrostu napięcia międzynarodowego i kryzysu globalnego oraz oporu materii ze strony starego antysystemu.
Istotnym elementem obecnego nieładu międzynarodowego są tzw. organizacje pozarządowe (NGOs = Non-Governmental Organizations). Ich liczby idą w miliony. Niestety, ilość nie poprawia jakości ich działania. Wręcz przeciwnie. Liczba NGOs funkcjonujących na arenie międzynarodowej wynosi już ponad 50.000. Zaś w skali krajowej jest ich znacznie więcej: Indie – 3,5 mln (!); USA – 1,5 mln; Rosja – 277.000 itp. Nie ma praktycznie dziedziny życia i pracy, w której nie funkcjonowałyby NGOs. Ich działalność jest jednak bardzo mało efektywna; razi w niej dublowanie i brak koordynacji poczynań. Dlatego też, w rzeczywiście nowym ładzie międzynarodowym, anachroniczny i rozdęty system NGOs wymagałby radykalnej redukcji, optymalizacji i uzdrowienia. Organizacje te powinny skutecznie pomagać społeczeństwom i ludziom w potrzebie, państwom, rządom i całemu światu w rozwiązywaniu wielkich problemów i wyzwań współczesności.
Radykalnych reform i sanacji wymaga także przestarzały system rządowych organizacji międzynarodowych, szczególnie ONZ (i tzw. United Nations Family). Powstały one w diametralnie odmiennej sytuacji, niekiedy jako bękarty zmowy jałtańskiej. I od tamtej pory się nie zmieniły. Pozostały one, w zasadzie, tylko forum dyskusyjnym i propagandowym, maszynką do głosowania i, przez długi czas, potulnym elementem w prowadzeniu polityki globalnej USA. Nie może dalej być tak, iż postjałtańscy stali członkowie Rady Bezpieczeństwa ONZ dysponują nadal prawem weta i decydyją samowolnie za innych. Skład Rady nie odzwierciedla współczesnego układu sił na świecie (Indie, Japonia, Australia, Iran, RPA, Nigeria, Brazylia, Niemcy, Kanada itp.?). Wielkie koszty utrzymania ONZ i innych organizacji międzynarodowych nie przekładają się na pożądane efekty ich działalności. Np. szokuje opieszałość i impotencja ONZ w sprawach bliskowschodnich, ekologicznych, społecznych, terrorystycznych i w wielu innych. „Medice cura te ipsum” („lekarzu wylecz się sam”) – chce się powiedzieć.
Na ogólny nieład światowy nakłada się, co gorsza, brak odpowiedniego i optymalnego systemu (ustroju) w poszczególnych krajach (z ww. nielicznymi wyjątkami). W okresie pre– i postjałtańskim, następujące po sobie systemy waliły się jak domki z kart: neokapitalizm, liberalizm, faszyzm, sowietyzm i, wreszcie, amerykański skrajny neoliberalizm. Właśnie owe liberalizmy („niewidzialna ręka rynku” itd.) wywołały dwa wielkie kryzysy globalne, z których pierwszy doprowadził do II wojny światowej. Na palcach jednej ręki można by policzyć dziś te państwa (spośród ponad 200-tu istniejących), które dysponują klarownym, optymalnym i efektywnym systemem polityczno-społeczno-gospodarczym. Nie ma go nawet w USA! Tragiczny to bilans „ewolucji systemowej” naszej cywilizacji w okresie minionych 5.000 –7.000 lat! Także w tej sferze występuje obecnie dotkliwa i bardzo niebezpieczna luka systemowa, która powinna trwać jak najkrócej, ale usuwanie której wydłuża się w nieskończoność. Fachowcy pytają: co po skrajnym neoliberaliźmie? Autentyczna demokracja? Społeczna gospodarka rynkowa? Model chiński? Model szwajcarski? Nie ma jednoznacznej odpowiedzi na to kardynalne pytanie. W każdym razie, nasza cywilizacja wkroczyła w postamerykański etap swego rozwoju; są przeto niemałe szanse na to, że będzie on lepszy od poprzednich etapów. Ale kiedy?
Wydaje się wszakże, iż – w okresie przejściowym – można by zaproponować szwajcarsko-skandynawski model demokracji, polityki zagranicznej i społecznej gospodarki rynkowej, w odniesieniu do krajów rozwiniętych i do niektórych emerging nations; zaś model chiński, z odpowiednimi modyfikacjami, w stosunku do państw rozwijających się. Ale byłyby to tylko rozwiązania tymczasowe, nie gwarantujące trwałej poprawy sytuacji w świecie i w poszczególnych krajach oraz obniżenia poziomu napięcia międzynarodowego. W tym kontekście, dość karykaturalnie prezentują się pozorowane starania niektórych ludzi i instytucji, szczególnie ONZ, ws. wprowadzenia tzw. zrównoważonego rozwoju (sustainable development). Na ogół, kończy się to gadulstwem na kosztownych konferencjach światowych (np. w Monterrey, w Johannesburg’u, w Paryżu itd.) oraz brakiem konkretnych poczynań realizacyjnych. Szkoda, bowiem sama idea zrównoważonego rozwoju (społeczno-gospodarczo-ekologicznego) jest dobra i odpowiednia celem rozwiązywania wielkich problemów naszych czasów. Ale, póki co, niemożliwa do praktycznego urzeczywistnienia – z uwagi na ww. przeszkody, brak środków i konflikty interesów, szczególnie pomiędzy supermocarstwami. Sytuacja pandemiczna jest tego wymownym świadectwem.
Spośród geostrategicznych przyczyn
systematycznego pogarszania się sytuacji Ziemian i Ziemi wymienić należy na pierwszym miejscu odwieczną skłonność natury ludzkiej do rozwiązywania istniejących problemów, sporów i konfliktów przeważnie metodami siłowymi (niepokojowymi – Hard Power). Jednak, o ile kiedyś metody te nie stanowiły aż tak wielkiego zagrożenia dla całej ludzkości i dla życia na Ziemi, to obecnie, poczynając od Hiroszimy, od Nagasaki i od… COVID -19 kryją one w sobie śmiertelne niebezpieczeństwo dla wszystkich. Hard Power (siła oręża), wielkie i coraz nowocześniejsze potencjały militarne supermocarstw oraz ich konfrontacja stanowią jedno z największych zagrożeń dla życia na Ziemi. Obok wyżej wymienionych, kolejnym wielkim paradoksem naszych czasów jest fakt, iż postęp naukowo – techniczny oraz najwspanialsze wynalazki geniuszu ludzkiego i sztucznej inteligencji (komputerowo –robotowej) dokonywane są, z reguły i w pierwszym rzędzie, z myślą o ich zastosowaniach militarnych (np. bomby nulearne, satelity szpiegowskie, internet, nanotechnologie, robotyzacja pola walki, drony, wojny hybrydowe, perspektywy wojen kosmicznych i in.). W sprawach geostrategicznych przedstawiam jedynie najważniejsze nowalijki, stanowiące zarazem największe niebezpieczeństwo dla Ziemi i dla Ziemian:
ewolucja doktryn militarnych.
W okresie postjałtańskim, największe skłonności agresywne i wojownicze wykazywały niezmiennie: USA, ZSRR, Izrael oraz byłe mocarstwa kolonialne: W. Brytania i Francja. Pozostali czołowi agresorzy, szczególnie Niemcy i Japonia, byli raczej potulni po swej wielkiej klęsce w II wojnie światowej. Jestem jednak przekonany, iż nie powiedziały one jeszcze ostatniego słowa w tej mierze. Niemcy posiadają już jedną z najnowocześniejszych armii świata. Zaś Japończycy przekształcają swe „siły samoobrony” w regularną i też bardzo nowoczesną armię. Starożytna zasada: „si vis pacem, para bellum” („jeśli chcesz pokoju, to szykuj się do wojny”) stosowana jest nadal w całej rozciągłości. Towarzyszy temu przyspieszona ewolucja i modernizacja doktryn militarnych (praktycznie) wszystkich państw, szczególnie supermocarstw, NATO, Wspólnoty Niepodległych Państw czy Szanghajskiej Organizacji Współpracy. Od konferencji jałtańskiej do upadku systemu jednobiegunowego (2009 r.), względny pokój światowy był utrzymywany na zasadzie odstraszania broniami masowej zagłady, równowagi strachu oraz tzw. MAD (Mutually Assured Destruction = zapewnione wzajemnie zniszczenie). Tzn., iż, państwo zaatakowane np. bronią rakietowo-nuklearną, miałoby jeszcze dość sił, aby zadać niszczycielski cios odwetowy stronie atakującej. Były (i są) to doktryny nonsensowne, absurdalne i bardzo niebezpieczne.
Gwałtowny postęp w zakresie technologii i techniki militarnej, komputeryzacja i robotyzacja pola walki, straty poniesione w wyniku kryzysu globalnego, militaryzacja gospodarki celem odrabiania tych strat, rywalizacja o surowce, o rynki zbytu i in. sprawiają, iż siły zbrojne poszczególnych państw, szczególnie najbardziej agresywnych supermocarstw, elastycznie i pospiesznie modyfikują swe doktryny militarne – stosownie do nowych uwarunkowań. Istota tych zmian polega, przede wszystkim, na uzyskaniu możliwości zadania od razu nokautującego ciosu przeciwnikowi, na maksymalnym odsunięciu potencjalnego pola walki od własnego terytorium oraz na stosowaniu tzw. udrzeń wyprzedzających (pre-emptive strikes). W przypadku realizacji takich doktryn w praktyce, polem walki może stać się cała Ziemia.
W oparciu o nie, US Army walczy z przeciwnikami w odległym Afganistanie, a władze Stanów Zjednoczonych nadal usiłują odwracać uwagę Amerykanów od poważnych problemów wewnętrznych, narzucać Pax Americana innym, szczególnie na Bliskim i Środkowym Wschodzie oraz powracać, de facto, do nierealnej już roli supermocarstwa jednobiegunowego (trumpowska America First and Make America Great Again Policy) . Nie jest to jednak możliwe, z uwagi na osłabienie USA w wyniku dualizmu kryzysowego i na zmianę układu sił w świecie na ich niekorzyść. Inne supermocarstwa, szczególnie Chiny i Rosja, podchodzą nadspodziewanie spokojnie do awanturniczej i wojowniczej polityki USA, np. w kwestii Afganistanu, Iraku, Egiptu, Syrii i in. Jest to bowiem polityka samobójcza, w związku z czym nie należy „pomagać” Waszyngtonowi w jego dążeniu do popełnienia samobójstwa, jeśli tylko on sam tego tak bardzo pragnie! Co gorsza, wielomiliardowe i mało efektywne nakłady na wojowanie pogarszają katastrofalną sytuację budżetową w USA oraz zwiększają ich łączne zadłużenie do niebotycznych rozmiarów (skumulowane długi Stanów Zjednoczonych – państwowy, korporacyjny, konsumencki, zagraniczny i ukryty – sięgają już około 210 bln USD, czyli prawie 10-cio krotnej wartości PKB, który, w 2019 r., wyniósł 21,44 bln USD) – w kategoriach PPP;
nowy etap wyścigu zbrojeń.
Na początku XXI wieku świat wkroczył w nową – jakościowo – fazę wyścigu zbrojeń. Zdawać by się mogło, że upadek Związku Radzieckiego i systemu dwubiegunowego osłabi nieco tempo zbrojeń. Tak się jednak nie stało. Globalne nakłady na cele militarne oscylowały, w owym czasie, na poziomie 2 bln USD rocznie; dokładnie – 1,822 bln USD – w roku 2019 [5]. Same Stany Zjednoczone przeznaczały na te cele około 700 mld USD rocznie. Wyścig był stymulowany przez wojny rozpętane i prowadzone przez USA, szczególnie w Iraku, w Syrii i w Afganistanie oraz przez ogólny wzrost napięcia międzynarodowego i przez zjawiska kryzysowe. Te ostatnie zmusiły rządy do niewielkich cięć i oszczędności w budżetach wojskowych, ale i tak utrzymują się one na bardzo wysokim poziomie. De facto, zdecydowana większość krajów, także najbiedniejszych, podnosi swe nakłady na cele militarne. Za nową jakość uzbrojenia trzeba płacić znacznie więcej niż za starą ilość (duża liczebność „siły żywej”, ciężkiej broni pancernej, artylerii, samolotów, okrętów bojowych itp.); ich udział w nowoczesnych siłach zbrojnych będzie ograniczany do niezbędnego minimum. Spirala wyścigu zbrojeń kręci się z coraz większą szybkością. Prym w wyścigu modernizacyjnym w zakresie sił zbrojnych wiodą: USA, Rosja, Chiny, Japonia, Izrael i in. Poza klubem nuklearnym, już kilkadziesiąt państw świata może wejść w posiadanie tej czy innych broni masowej zagłady. Casus syryjski jest wielce wymowny w tym względzie.
Wymienione wyżej sumy mogą jednak nie wystarczyć na finansowanie przestawiania sił zbrojnych na nowe tory jakościowe, szczególnie na komputeryzację i na robotyzację pola walki. Jej dobitną ilustracją są już rakiety samosterujące (np. typu tomahawk), inne precision guided missiles oraz tzw. drony (drones = samoloty bezzałogowe). Uderzają one w wyznaczone cele z ogromną precyzją i siłą. Następuje szybko doskonalenie (i miniaturyzacja) wszelkich broni masowej zagłady, środków jej przenoszenia, przy jednoczesnym zwiększaniu mocy uderzeniowej i niszczycielskiej oraz militaryzacja przestrzeni kosmicznej. Istnieje ryzyko, iż mądre roboty i komputery oraz inne instrumenty bazujące na sztucznej inteligencji, mogą wymknąć się spod kontroli człowieka, wydawać rozkazy same sobie i wówczas totalna zagłada życia na Ziemi byłaby prawie nieunikniona. Zdaniem strategów izraelskich, siły zbrojne tego państwa potrzebują około pięciu lat na całkowite przestawienie się na nowe tory jakościowe oraz na kompleksowe unowocześnienie. Liczą oni na to, iż – w ww. okresie czasu – islamscy sąsiedzi (Syria, Egipt, Irak, Libia, Liban, Jemen, Palestyna i in.) nie będą w stanie zaatakować Izraela – z uwagi na trudności gospodarcze oraz niepokoje i perturbacje społeczno-polityczne w tych krajach. W tym sensie, owe niepokoje są bardzo na rękę państwu żydowskiemu, które podsyca ten ferment islamski;
wojny z terroryzmem.
Niestety, sprawdziły się w znacznym stopniu prognozy futurologów izraelskich (sprzed kilkudziesięciu lat) nt. zasadniczej zmiany charakteru przyszłych wojen – nie państwo z państwem, nie armia z armią, nie grupa państw z grupą państw, nie koalicja armii z koalicją armii itp.; lecz państwa (armie) z siłami terrorystycznymi i vice versa. Punktem zwrotnym na gorsze w tych przemianach i procesach był dzień 9 września 2001 r. (tzw. nine-eleven) – atak samolotami pasażerskimi na 2 wieżowce World Trade Center w Nowym Jorku i na inne obiekty w USA. Okoliczności tego ataku nie zostały jeszcze wyjaśnione do końca. Nawet wielu obywateli amerykańskich nie kryje swych wątpliwości w tym względzie. Niemniej jednak władze USA uznały to za wygodny pretekst do intensyfikacji swej globalnej wojny z terrorystami (war on terror). Ze zwiększającą się intensywnością trwa ona już kilkanaście lat. Ale konsekwencje tej konfrontacji globalnej są, póki co, bardzo odległe od oczekiwań i zamiarów promotorów amerykańskich i zachodnich – w ogólności. Żaden kraj i żadne społeczeństwo nie jest już wolne od zagrożenia terrorystycznego. Terroryści atakują, z reguły, z zaskoczenia. Obywatele żyją w coraz większym strachu – nigdy nie wiadomo, kiedy, czym, jak i gdzie mogą oni uderzyć? Zamiast osłabienia ugrupowań i sił terrorystycznych mamy do czynienia z ich umocnieniem i z ożywieniem ich działalności nieomalże w całym świecie. Nawet zamordowanie Osamy ben Laden’a nie zneutralizowało al-Kaidy i jej poczynań. Wręcz przeciwnie!
Inny paradoks: formacje talibańskie zostały kiedyś utworzone, wyszkolone, uzbrojone i finansowane przez USA/CIA celem walki z wojskami radzieckimi w Afganistanie. Jednak, po ich wycofaniu się stamtąd, obróciły się one przeciwko swym twórcom i promotorom oraz przeciwko proamerykańskim rządom niektórych krajów, szczególnie Afganistanu i Pakistanu. Niemal codzienne już ataki, zamachy i inne akcje terrorystyczne w wykonaniu talibów i ich popleczników oraz al-Kaidy, to prawdziwa zmora dla instytucji państwowych i dla obywateli wielu krajów. USA i Zachód stosuje więc niewłaściwe i nieskuteczne „lekarstwo” w zwalczaniu tej plagi. Tym bardziej, że jest ona stymulowana przez tragiczne konsekwencje wieloletnich wojen oraz obecnego kryzysu pandemicznego i gospodarczego. Jakie wyjście mają, np., młodzi Afgańczycy pozbawieni jakichkolwiek szans rozwojowych, nękani biedą, bezrobociem, głodem, epidemiami i innymi nieszczęściami? Wstępują w szeregi talibów, którzy obiecują im lepsze życie. Należy mieć nadzieję, że niedawne porozumienie pokojowe talibów z rządem Afganistanu przyczyni się do względnego uspokojenia i unormowania sytuacji.
Zresztą, analogiczne dramaty społeczno-gospodarcze w innych krajach islamskich skłoniły milionowe rzesze niezadowolonej młodzieży do czynnego udziału w wielkim zrywie rewolucyjnym w Afryce Północnej oraz na Bliskim i na Środkowym Wschodzie. Póki co, jedną z głównych konsekwencji tego zrywu jest bezprecdensowa i bardzo groźna dla świata destabilizacja ww. regionów i nasilenie napływu uchodźców z biednego Południa do bogatej Północy. Wniosek z tego jest prosty: leczenie epidemii terrorystycznej nie powinno polegać na stosowaniu terroryzmu państwowego wobec normalnego terroryzmu (a tak czyni to Zachód), lecz na usuwaniu korzeni i przyczyn (szczególnie społeczno – ekonomicznych oraz ideologicznych) tegoż terroryzmu. W przeciwnym bowiem razie, stanie się on też śmiertelnym zagrożeniem dla całego świata oraz instrumentem nieznośnego psychicznego i fizycznego szantażowania całej ludzkości, szczególnie w przypadku, gdyby terroryści weszli w posiadanie broni masowej zagłady oraz intensyfikowali nadal swoje mordercze działania.
Długo zastanawiałem się nad możliwościami usunięcia głównych kryzysowych zagrożeń geostrategicznych (szczególnie militarnych) dla życia na Ziemi. Analiza moja obejmuje nie tylko epokę postjałtańską, lecz – praktycznie – całościową przeplatankę pokoju i wojen oraz ewolucję „miecza i tarczy” w historii naszej cywilizacji. Wnioski wynikające z tej analizy są smutne i przerażające: człowiekowi nigdy (do tej pory) nie udało się wyeliminować wojen i metod siłowych ze swego istnienia i rozwoju oraz zapewnić trwałego (wiecznego) pokoju w nim! To dyskwalifikuje człowieczeństwo – jako zbiorowość istot (rzekomo) myślących i inteligentnych. Historia uczy, iż – nawet po dłuższym okresie pokoju – z reguły dochodziło do wojen niszczących dorobek pokojowego wysiłku państw, narodów i grup społecznych. Ten diabelski mechanizm kręci się niezmiennie w dalszym ciągu. Prawdopodobieństwo kolejnej totalnej i wielkiej wojny jest coraz większe, m.in., z powodu analizowanych kryzysów i ich skutków oraz odwiecznych zaniedbań i dysproporcji rozwojowych.
Cóż więc robić w takiej sytuacji? Jedynym racjonalnym wyjściem jest powszechne zrezygnowanie raz na zawsze z siłowych metod rozwiązywania sporów i konfliktów, zaprzestanie produkcji narzędzi śmierci oraz zlikwidowanie sił zbrojnych i wszelkich formacji paramilitarnych przez wszystkich! Należy pozostawić tylko siły policyjne, niezbędne do utrzymania porządku społecznego i spokoju wewnętrznego. Produkcja, wdrażanie i stosowanie coraz nowocześniejszych narzędzi śmierci dochodzi już do absurdu. To jedna skrajność. Jej przeciwstawieniem byłoby solidarne i jednoczesne zniszczenie („na przemiał”) tych narzędzi. Dopóki będą one istniały, dopóty znajdą się okazje i chętni do ich stosowania. Tak radykalne i bezprecedensowe globalne posunięcie rozbrojeniowe oznaczałoby, w praktyce, odstąpienie ludzkości od dotychczasowej filozofii i praktyki wojny, zniszczenia i śmierci oraz zastąpienia jej przez filozofię i praktykę pokoju, budowania i życia. Innej drogi nie ma! Utopia? Być może – w obecnym stanie ducha decydentów i obywateli. Ale, jeśli ta utopia nie stanie się prawdziwie humanistyczną rzeczywistością, to życie na Ziemi okaże się koszmarem, a następnie niemożnością. Albo, albo…!
Zagrożenia geoekonomiczne:
dziś sfera gospodarczo – finansowa stanowi, bardziej niż kiedykolwiek, materialne przyczyny już istniejących i kolejnych zapaści w rozwoju i nieuchronnych niebezpieczeństw dla człowieczeństwa. Drastyczne pogarszanie się sytuacji w tej mierze jest odczuwalne przez przytłaczającą większość ludzkości. Najnowszy dualizm kryzysowy, daleki od zakończenia, unaocznił to z całą jaskrawością. Jak wykazałem powyżej, nakłada się na to marnotrawienie ogromnych środków przeznaczanych corocznie na zbrojenia i na prowadzenie wojen – zamiast na pokojowy rozwój. Mechanizm kreowania problemów ekonomicznych jest dość prosty, wręcz banalny. Ich liczba, tempo i ostrość stale wzrasta z rozmaitych powodów: przyrost naturalny, pauperyzacja społeczeństw, wyczerpywanie się zasobów naturalnych, brak wody i rezerw surowcowych, niesprawiedliwy podział dochodów i dóbr, eksplozja zjawisk patologicznych (korupcja, malwersacje finansowe, neoliberalna ideologia pieniądza, protekcjonizm i in.), zażarta walka o rynki zbytu, zwiększanie się przepaści między (rosnącym) biegunem bogactwa i (także rosnącym) biegunem nędzy w świecie, brak odpowiedniego systemu rozwoju społeczno-gospodarczego i optymalnego modelu finansowego w poszczególnych krajach i na całym świecie oraz odpowiedniej koordynacji rozwoju gospodarczego w skali globalnej i wiele, wiele innych.
Rzecz w tym, iż tempo przyrostu coraz poważniejszych problemów gospodarczych w poszczególnych krajach i na świecie coraz bardziej przewyższa tempo ich rozwiązywania. Powstaje groźna dysproporcja. Skutek tego zjawiska jest ewidentny: dzień za dniem przybywa nierozwiązanych problemów, których łączna masa tworzy już coraz większą i coraz bardziej niebezpieczną ekonomiczną substancję wybuchową. Bezprecedensowa skala współczesnych zjawisk patologicznych, szczególnie niedorozwoju, głodu, chorób, bezrobocia i zadłużenia, jest tego wymowną ilustracją. W okresie postjałtańskim istniała, początkowo, nadzieja, że powojenny świat wkroczy na bardziej efektywną ścieżkę rozwoju gospodarczego i wyciągnie wnioski z I-go wielkiego kryzysu (przełom lat 20-tych i 30-tych XX wieku) oraz z II-giej wojny światowej i z II-go kryzysu globalnego. Tak się jednak nie stało. Obydwie części dwubiegunowego świata powojennego wdały się niezwłocznie w zawziętą rywalizację, zamiast współpracy, w intensywne zbrojenia i w wojny regionalne, zamiast pokojowego współistnienia, w szerzenie wrogości i nienawiści, zamiast przyjaźni i tolerancji. Nadzieja na lepsze szybko prysła jak bańka mydlana. Ludzkość może mowić o wielkim szczęściu, że skończyło się wówczas tylko na strachu i na kolosalnych stratach ekonomiczno-finansowych z tytułu bezproduktywnych poczynań, takich jak: przegrane wojny, nowoczesne zbrojenia, gwiezdne wojny i in.
Po raz drugi w czasach postjałtańskich, historyczna nadzieja na lepsze w trudnej sytuacji geoekonomicznej pojawiła się po upadku systemu dwubiegunowego, po rozpadzie Związku Radzieckiego i po obaleniu „muru berlińskiego”. Nieefektywne ustroje, występujące do tamtej pory w niektórych tzw. krajach totalitarnych, zostały zastąpione przez (też nieefektywne) neoliberalne modele zachodnie, szczególnie przez amerykański. USA, jako supermocarstwo jednobiegunowe przez prawie 20 lat, usiłowały umocnić swą dominację w świecie i pokierować jego rozwojem na wzór i podobieństwo własne. Tak się jednak nie stało. Wielka szansa historyczna USA (zrobienia czegoś lepszego dla siebie i dla świata) została bezpowrotnie zaprzepaszczona. Amerykanów zgubił ich egoizm, megalomania i pazerność. Wzorce amerykańskie nie dały się efektywnie zastosować w innych krajach, nie wyłączając Polski. Nie powiodły się także próby narzucania siłą amerykańskiej „demokracji” i wolnego rynku na świecie. Krwawe i kosztowne doświadczenia Iraku, Afganistanu, Libii, Syrii czy Egiptu są tragicznym potwierdzeniem tej oceny. Mało tego, system neoliberalny splajtował także w swej własnej ojczyźnie, w USA, doprowadzając do wybuchu kolejnego globalnego kryzysu gospodarczego (z przełomu I-szej i II-giej dekady XXI wieku) oraz obecnych wielkich perturbacji i strat w USA ( powodu pandemii i nieudolności w walce z nią). Okazało się, iż Stany Zjednoczone nie mają recepty ani na własny rozwój, ani też, tym bardziej, na pomyślną ewolucję całego gospodarstwa światowego. Straty ekonomiczno – finansowe spowodowane już przez kryzys są olbrzymie (setki bilionów dolarów?) i wręcz niemożliwe do precyzyjnego obliczenia. Pewne jest natomiast, że rosną one nadal i że odrobienie tych strat będzie już mało prawdopodobne w warunkach amerykańskiego życia na kredyt.
W taki to sposób, skrajni neoliberałowie („niewidzialna ręka rynku”!?) i neokonserwatyści amerykańscy zahamowali normalny rozwój gospodarstwa własnego i światowego; ba, cofnęli wstecz rozwój naszej cywilizacji (o 20 lat! Jak twierdzi Bill Gates), skomplikowali i zaostrzyli występujące problemy ekonomiczno-finansowe oraz sprawili, że USA stają się supermocarstwem dekadenckim, staczającym się coraz szybciej po równi pochyłej – ku śmietnikowi historii. Zdaniem Gatesa, ww. liczba ludzi żyjących w skrajnym ubóstwie (tylko 1,9 USD dziennie na utrzymanie) zwiększyła się już o 37 mln osób w okresie pandemii. W pewnym sensie jest więc zrozumiałe, iż Stany Zjednoczone są coraz bardziej nerwowe, agresywne i aroganckie oraz – gdyby nie nastąpiła zmiana układu sił ekonomiczno-strategicznych na ich niekorzyść, mogłyby one wywołać wielką zawieruchę światową. Jednakże, w tej dramatycznej sytuacji gospodarstwa światowego, pojawia się, po raz trzeci w okresie postjałtańskim, kolejna historyczna nadzieja na lepsze.
Jej materialnym wyrazem jest możliwość zastąpienia skompromitowanej dominacji i hegemonizmu amerykańskiego przez system wielobiegunowy na świecie (multilateralizm) oraz przez autentycznie nowy ład ekonomiczno-finansowy (i społeczno-polityczny). Ład bazujący (póki co, teoretycznie) na rehumanizacji stosunków międzynarodowych, na harmonijnym i zrównoważonym rozwoju, na pokojowej i równoprawnej współpracy wszystkich ze wszystkimi oraz na zasadach sprawiedliwości i poszanowania wzajemnego. Lokomotywą stymulującą nowy ład są Chiny oraz ich sojusznicy, szczególnie państwa BRICS i SOW. Porządkowanie współczesnych stajni Augiasza należy rozpocząć, naturalnie, od ich fundamentów materialnych, czyli od gospodarstwa światowego.
Dramaturgia społeczno-demograficzna:
przedstawiona powyżej coraz trudniejsza sytuacja geopolityczna, geostrategiczna i geoekonomiczna nie pozostaje, naturalnie, bez negatywnego wpływu na ewolucję geospołeczną oraz na tendencje demograficzne w świecie. Oczywiście, nie ma skutecznych i bezbolesnych możliwości uniwersalnych kontrolowania i optymalizacji rozwoju społecznego i przyrostu demograficznego (może z wyjątkiem Chin). Jednakże, inne kraje i cały świat nie zdobył się jeszcze na unormowanie sytuacji oraz na uniknięcie obecnego chaosu i żywiołowości w tej dziedzinie. Gdyby ten stan rzeczy miał utrzymywać się nadal, to naszej cywilizacji groziłaby niewyobrażalna katastrofa ogólnoludzka – z powodu znacznego przyrostu ludności w warunkach skażenia środowiska naturalnego, klęsk żywiołowych oraz: niedostatku żywności, wody pitnej, opału, dachu nad głową, zasobów surowcowych czy lekarstw. Poczynania ONZ, FAO, ŚOZ i in. są niedostateczne w tej mierze. Np. the UN Population Division zajmuje się, głównie, publikowaniem danych statystycznych i prognoz demograficznych, których i tak potem nikt nie bierze poważnie pod uwagę i nie wykorzystuje w praktyce. Tak więc, sławetna „bomba ludnościowa” („population bomb”) tyka już coraz głośniej i natarczywiej. Rzecznicy teorii spiskowych i neoliberalnego NWO wykorzystują pandemię dla celów drastycznej redukcji liczebności ludności świata.
Najpierw o jej najważniejszych aspektach ilościowych (na podstawie danych ONZ-owskich): w październiku 2011 r. liczba ludności świata przekroczyła 7 mld. Obecnie wynosi ona 7,89 mld (2,5 mld – w roku 1950). Globalny przyrost naturalny jest relatywnie niewielki – 1,1 proc. , czyli o połowę mniejszy niż w rekordowym roku 1963 (2,2 proc.). Na średnią kobietę (w wieku rozrodczym) przypada 2,52 dziecka; przy czym wszelkie rekordy w tej mierze bije Afryka Subsaharyjska, szczególnie Niger (7,6 dziecka; dla porównania – w USA: 1,9 dziecka na kobietę, średnio). Globalnie, stosunek kobiet do mężczyzn wynosi jak: 1 do 1,01. Średnia długość życia Ziemian osiągnęła obecnie 68 lat (69 lat – kobiety i 65 lat – mężczyźni). Najwięcej ludzi zamieszkuje w Azji – 4,3 mld (ponad 60 proc. ogółu); II-gie miejsce zajmuje Afryka – ponad 1 mld (15 proc.; przy czym liczba ludności tego kontynentu ulegnie podwojeniu – 2,5 mld – do roku 2050); III-cie miejsce: Europa – 740 mln (11 proc. ) i IV-te miejsce: Ameryka Północna – 353 mln (5 proc.). Najwięcej obywateli mają obecnie Chiny (ponad 1,4 mld, wśród których dominująca grupa etnicza Han jest jednocześnie najliczniejszą na świecie) oraz Indie (1,3 mld). Do roku 2050 ta kolejność może ulec odwróceniu: Indie 1,7 mld; Chiny – 1,5 mld.
Analiza jakościowa:
suche dane statystyczne nie odzwierciedlają powagi sytuacji związanej z „bombą ludnościową”. Dla uzyskania pełni obrazu, trzeba na nią spojrzeć także z uwzględnieniem kryteriów jakościowych właśnie. Jest to jednak zadanie niezwykle trudne, bowiem istnieją diametralnie odmienne prognozy demograficzne dla świata na okres do 2050 roku. Przeważa opinia, iż – w tym terminie – liczba ludności naszej planety przekroczy 11 mld. Traktowana jest ona jako maksymalny „pułap wytrzymałości” Ziemi w zakresie zapewnienia choć minimalnych warunków utrzymania przetrwania (survival) dla zdecydowanej większości Ziemian. Reprezentantem drugiej skrajności w prognozach jest neomathusiański uczony, prof. Richard Duncan, który przewiduje, iż – do roku 2050 – liczba ludności świata spadnie do 2 mld (!) – z braku pożywienia, lekarstw i innych środków do życia oraz z powodu pandemii i globalnej katastrofy gospodarczej. Zmniejszanie liczebności obywateli Polski dokonuje się już w coraz szybszym tempie.
Tak czy inaczej, utrzymanie stopy przyrostu demograficznego i liczby ludności świata na optymalnym poziomie jest wielkim problemem makro naszej cywilizacji. Nie ma odpowiedniej recepty na rozwiązanie tego problemu. Pojawiają się nierzadko propozycje absurdalne i drastyczne, niekiedy neomalthusiańskie: poprzez wojny, terroryzm, zjawiska patoligiczne, głód, epidemie (AIDS, Ebola, ptasia grypa, pandemia COVID – 19 i in.) można by doprowadzić nie tylko do optymalizacji lecz, wręcz, do znacznego zmniejszenia dość szybko rosnącej liczby ludności świata. Dla przypomnienia: uczony brytyjski, Thomas Malthus, przewidywał (już w roku 1798) spadek tej liczby w XIX wieku i później – z powodu braku żywności. Prognoza ta nie sprawdziła się jednak – bowiem „zielona rewolucja” w świecie, w latach 1950 – 1985, doprowadziła do wzrostu globalnej produkcji artykułów rolno-spożywczych o 250 proc.. Ale dziś to za mało. Decydenci cierpią jednak nadal na „kompleks Malthus’a”, czego dowodem jest ich dążenie do maksymalizacji produkcji rolnej za wszelką cenę (chemizacja, klonowanie, rośliny i zwierzęta hodowlane „genetycznie modyfikowane” itp.). Jest to jednak broń obosieczna mogąca doprowadzić do wynaturzenia, do demoralizacji i do degeneracji rodzaju ludzkiego.
Bardzo wiele do życzenia pozostawia jakość życia (quality of life, living standards) przeważającej większości wielomiliardowych mas ludzkich na Ziemi. To nie jest normalne życie, to nędzna wegetacja. 60 proc. spośród nich zamieszkuje w krajach najbiedniejszych – zacofanych w rozwoju lub rozwijających się. ONZ prognozuje, że wskaźnik ten wzrośnie do 80 proc. – w roku 2050 i do 85 proc. – w roku 2100. Marny ich los. Nawet w USA ponad 50 mln obywateli żyje w biedzie, poniżej minimum socjalnego (poverty level), które tam wynosi około 22.000 USD rocznie. Jednocześnie, w reszcie świata liczba ludzi dysponujących zaledwie 1 – 2 USD dziennie na swe utrzymanie przekroczyła już 2 mld osób (skrajne ubóstwo). Jeszcze więcej Ziemian nie ma dostępu do czystej wody pitnej. Np. tylko w Pakistanie, na prawie 200 mln mieszkańców, aż 60 mln pozbawionych jest czystej wody do picia. Inna plaga: to bezrobocie – w czasie kryzysu i pandemii wzrosło ono do prawie 500 mln osób. Liczbę tę należy pomnożyć przez 4 (członkowie rodzin bezrobotnych) celem uzyskania rzeczywistego obrazu tragicznej sytuacji w tej mierze. Kryzys, szczególnie bezrobocie i zadłużenie, przyczynia się też do wzrostu ilości zabójstw i samobójstw. Według danych Światowej Organizacji Zdrowia, liczba samobójstw wśród mężczyzn w UE i w USA wzrosła o ponad 10 proc. od początku kryzysu.
Kolejny problem: starzenie się społeczeństw dotykające, szczególnie, obszarów zasobnych, np. Europa, ale również rozwijających się Chin. Już obecnie liczba mieszkańców Ziemi w wieku powyżej 60 lat wynosi ponad 850 mln osób. Ma ona wzrosnąć do 2 mld – w roku 2050 i do 3 mld – w roku 2100. W Chinach liczba osób powyżej 60 lat oscyluje obecnie wokół 15 proc. , (osiągąjąc 25 proc. w wielkich miastach, np. w Szanghaju). Łącznie – jest to prawie 200 mln ludzi, spośród których około 25 mln żyje w biedzie). Do roku 2050 ww. wskaźnik osiągnie 34 proc. – w odniesieniu do całych Chin. Ubóstwo ma zostać zlikwidowane w br. Szybkie starzenie się społeczeństwa stanowi już poważny problem polityczny, społeczny i ekonomiczny dla tamtejszych władz. Jest to także problem globalny – z uwagi na fakt, iż ludność Chin stanowi około 20 proc. całej ludzkości. Właśnie starzy i najstarsi obywatele Ziemi oraz dzieci cierpią najbardziej wskutek zaostrzających się trudności, niebezpieczeństw, niedomagań, niesprawiedliwości, patologii i plag trapiących dziś całą naszą cywilizację.
Doszła ona to takiego etapu w swoim rozwoju, na którym dokonuje się bezprecedensowa dehumanizacja w stosunkach społecznych, gospodarczych, politycznych i międzynarodowych – na wszystkich szczeblach drabiny hierarchicznej: od poszczególnych jednostek do całej ludzkości. Cena życia ludzkiego i dobra człowieka jest coraz niższa. W naszych czasach jest to, przede wszystkim, skutkiem neoliberalnej ideologii pieniądza, pogoni kapitału i bogatych za zyskiem, a wszystkich ludzi – za pieniądzem. Ideologia i praktyka tego rodzaju, w której człowiek traktowany jest jak towar czy śmieć lub jeszcze gorzej, pozostaje w jaskrawej sprzeczności z istotą człowieczeństwa, z godnością rodzaju ludzkiego i ze szczytnymi ideałami humanizmu. Gdyby miało to trwać dalej, wówczas coraz większe masy ludzkie skazane byłyby na poniżenie, na nędzną wegetację i na zagładę. Z powyższej analizy wynika, iż w skali geospołecznej i w ramach poszczególnych krajów, palącym zadaniem jest rehumanizacja życia i pracy, czego warunkiem jest odstąpienie od ideologii pieniądza i od praktyki z nią związanej oraz postawienie troski o dobro człowieka na I-szym miejscu. Pewne nadzieje w tej mierze należy wiązać z obecnymi zmianami w układzie sił globalnych, z przekształceniami systemowymi oraz z budową nowego (wielobiegunowego) ładu politycznego, ekonomicznego i społecznego na świecie. Pytanie tylko, czy nie jest już zbyt późno, żeby nie dopuścić do globalnej katastrofy społecznej i demograficznej na Ziemi?
Perturbacje geoekologiczne:
wokół widma katastrofy ekologicznej, zmian klimatycznych, ich przyczyn i konsekwencji, toczą się od dawna zażarte spory, szczególnie między ekologami a przemysłowcami, między rządzącymi a rządzonymi oraz między państwami rozwiniętymi a rozwijającymi się i in. Osią sporów jest, m.in., brak jasności, jeśli chodzi o dowody: czy główne przyczyny tych zmian wynikają ze zjawisk i z procesów naturalnych? Czy też są one konsekwencją irracjonalnych i samobójczych poczynań ludzkich, zwłaszcza w produkcji przemysłowej i rolnej, w rabunkowej gospodarce surowcowej i w postępującej destrukcji środowiska naturalnego na Ziemi? Nie ma racjonalnej – naukowej i praktycznej – możliwości jednoznacznego rozstrzygnięcia tego sporu. Fachowcy i zwykli obywatele oscylują w swych rozważaniach od jednej skrajności do drugiej. Jedni twierdzą, iż nadchodzi wielkie ocieplenie atmosfery i powierzchni ziemskiej. Np. uczeni ze znakomitego ośrodka badań klimatycznych Uniwersytetu w Cambridge prognozują, iż – wskutek ocieplenia i przyspieszonego topnienia lodów – poziom wód oceanicznych podniesie się o 7 m (!) już w niedługium czasie. Inni zaś głoszą, że wkraczamy w kolejną epokę lodowcową! Np. geofizyk prof. Victor Manuel Velasco Herrera (Universidad de Mexico) jest zdania, że – za 5 lat – Ziemia wejdzie w małą epokę lodowcową, która może potrwać około 60 – 80 lat. Związane byłoby to z osłabieniem aktywności Słońca.
Znamienne jest jednak, iż zdecydowana większość uczonych – ekologów, klimatologów, geofizyków i innych – podziela pogląd, iż klimat ulega przyspieszonym i nieodwracalnym (w znacznym stopniu) zmianom na gorsze będącym, w przeważającej mierze, wynikiem działalności ludzkiej. Nawet jeśli by przyjąć, że natura i człowiek ponoszą w analogicznym zakresie (np. 50 proc. : 50 proc. ) odpowiedzialność za zniszczenia ekologiczne (ecological disasters) i za zmiany klimatyczne (climate change), to i tak skala głupoty i krótkowzroczności ludzkiej jest przeogromna. Rzecz oczywista, człowiek nie ma wpływu na zjawiska naturalne: promieniowanie słoneczne i kosmiczne, uderzenia asteroidów, wibracje pola magnetycznego, wybuchy wulkanów, trzęsienia ziemi, tsunami i in. Ale jednocześnie ten sam człowiek ponosi wielką odpowiedzialność za ustawiczne niszczenie swego środowiska naturalnego, co wywiera bardzo negatywny wpływ na warunki życia i rozwoju rodzaju ludzkiego oraz wszystkich gatunków fauny i flory na Ziemi.
Lista grzechów, niedociągnięć i błędów ludzkich w tej mierze jest bardzo długa, szczególnie w okresie od I rewolucji przemysłowej. Wymieńmy przykładowo tylko niektóre z nich: rabunkowa eksploatacja zasobów naturalnych, niekontrolowany przyrost demograficzny, za którym nie nadąża produkcja towarów i usług, żywiołowy rozwój gospodarczy, szczególnie industrializacja, emisja gazów przemysłowych, zwłaszcza dwutlenku węgla, dwutlenku siarki, metanu i aerozoli do atmosfery, wybuchy i katastrofy nuklearne (cywilne i wojskowe), nadmierna urbanizacja, zanieczyszczanie gleby, wody i powietrza, pożary lasów, wzrost natężenia hałasu (tzw. noise pollution) oraz zaśmiecanie wokółziemskiej przestrzeni kosmicznej, wycinka lasów tropikalnych, szczególnie amazońskich, środkowo-afrykańskich i indonezyjskich, tzw. zielonych płuc Ziemi i wiele innych.
W czasach nowożytnych i współczesnych połączone (obiektywne) czynniki pozaziemskie i (subiektywne) działania człowiecze spowodowały już bezprecedensowe i bardzo groźne pogorszenie sytuacji geoekologicznej (oraz w skali poszczególnych krajów). Wywiera ona coraz bardziej negatywny wpływ na wszystkie istoty żywe na Ziemi, grożąc ich metamorfozą, degeneracją, obumieraniem i zagładą. Dotychczasowe konsekwencje i niebezpieczeństwa ekodestrukcji dostrzegalne są nie tylko przez uczonych, ale i przez większość zwykłych obywateli. I znów, wymieńmy tylko najważniejsze konsekwencje negatywne: wzrost emisji gazów przemysłowych; niszczenie warstwy ozonowej; efekt cieplarniany, ewidentne podnoszenie się temperatury powietrza i wód oceanicznych; zmiany klimatyczne (także w zakresie pór roku) i nasilanie się ekstremalnych zjawisk pogodowych (powodzie, susze, tajfuny i in.); zakłócenia w obiegu prądów oceanicznych; obumieranie raf koralowych; topnienie lodów, szczególnie pokryw lodowych Arktyki i Antarktyki; podnoszenie się poziomu wód oceanicznych; rozmrażanie wiecznej zmarzliny, co powoduje „ucieczkę” metanu do atmosfery, potęgującą efekt cieplarniany; pustynnienie i stepowienie (jest prognoza, iż lasy amazońskie staną się sawanną relatywnie niedługo); coraz bardziej dotkliwy brak czystej wody; przesuwanie się granicy chorób i szkodników tropikalnych (np. szarańczy) coraz bardziej na północ; ryzyka egzystencjalne związane z inżynierią genetyczną, z klonowaniem oraz z innymi eksperymentami biotechnologicznymi i nanotechnologicznymi; efekty użycia broni masowej zagłady (teorie spiskowe uważają pandemię za przykład zastosowania broni bakteriologicznej, zwanej też „bombą atomową dla ubogich) oraz awarie w elektrowniach nuklearnych; bieda (także o podłożu ekologicznym), szczególnie, w krajach zacofanych i rozwijających się, co już powoduje coraz większe fale migracji, np. między Ameryką Południową a Północną, Afryką a Europą oraz na Dalekim Wschodzie i w strefie Pacyfiku (mieszkańcy zatapianych państw wyspiarskich (np. Kiribati, Vanuatu, Tonga i in.) emigrują na tereny wyżej położone – Australia, Nowa Zelandia itp.) oraz wiele innych dramatycznych konsekwencji praktycznych.
Słowem, poważnych zagrożeń geoekologicznych jest coraz więcej. Decydenci orientują się nieźle w tej materii – ale niezbędne przeciwdziałania i poczynania profilaktyczne na gruncie krajowym i międzynarodowym są ciągle niedostateczne. Im bardziej owe dysproporcje się pogłębiają, tym bardziej perspektywa globalnej katastrofy ekologicznej staje się realna i wręcz nieunikniona. Materia ekologiczna jest tego rodzaju, iż owych problemów nie uda się rozwiązać w pojedynkę. Niezbędny jest radykalny i skoordynowany wysiłek wszystkich ludzi, wszystkich państw i rządów oraz wszystkich organizacji międzynarodowych. Inaczej czeka nas marny los. Przykładów impotencji i złej woli w zakresie ochrony środowiska jest multum: ciągłe jego zanieczyszczanie (pollution), bezproduktywne konferencje ekologiczne, nieefektywna realizacja umów międzynarodowych, w szczególności, tzw. Protokołu z Kyoto (z dnia 12.12.1997 r.). Został on przedłużony (w roku 2012) na okres do roku 2020. Dotyczy ograniczenia emisji gazów przemysłowych w państwach rozwiniętych. Ale który rząd (łącznie z polskim) zdobędzie się na radykalne ograniczenie produkcji przemysłowej, żeby zmniejszyć emisję gazów? Rzadko który – czyli prawie żaden. Skutki są przerażające, np. w odniesieniu do wydzielania dwutlenku węgla do atmosfery: globalnie (łącznie) – 43,1 mld ton (w tym emisje przemysłowe – 36,8 mld ton, w roku 2019 (!). Niechlubna pierwsza „10-tka” państw uprzemysłowionych emituje razem około 70 proc. z tej ilości; a mianowicie: 1. Chiny – 10,6 mld ton; 2. USA – 5,4 mld; 3. UE – 5,2 mld; 4. Indie – 2,6 mld; 5. Rosja – 1,7 mld; 6 – Japonia – 1,2 mld; 7. Niemcy – 0,75 mld; 8 Iran – 0,72 mld, 9. Korea Płd. – 0,65 mld i 10. Kanada – 0,56 mln ton CO2; (dane przybliżone na podstawie statystyk ONZ-owskich).
Globalne koszty i straty powodowane przez niszczenie środowiska naturalnego są olbrzymie, coraz większe i nieobliczalne. Jeszcze jako tako można je skalkulować w odniesieniu do poszczególnych epizodów – powódź, susza, pożar i in. W takiej sytuacji, bujnej wyobraźni Szanownych Czytelników polecam jedynie niektóre główne elementy składowe owych kosztów i strat w poszczególnych rodzajach „pollutions” – proszę liczyć samemu: a. zanieczyszczanie powietrza pociąga za sobą – nakłady na leczenie chorób z tym związanych i na oczyszczanie powietrza; b. skażenie wód – nakłady na leczenie, na oczyszczanie wody i na regenerację zniszczonych ekosystemów; c. zanieczyszczenie gleby – straty w produkcji rolnej, koszty zmian i przenoszenia tej produkcji gdzie indziej, podatność zdegradowanych obszarów na klęski żywiołowe (i nowe straty); d. zwiększenie natężenia hałasu – koszty leczenia, nakłady na ochronę przed hałasem, na odszkodowania (np. za huk startujących samolotów, ruchu kołowego itp.); e. wycinka i pożary lasów – koszty ich regeneracji i profilaktyki antydeforestacyjnej oraz wielkie straty globalne z powodu deforestacji; f. degradacja wybrzeża i wód przybrzeżnych – nakłady na ratowanie ekosystemów i na ochronę pasa przybrzeżnego (osiedla ludzkie, zakłady pracy, plaże, wydmy itp.).
Krótka konkluzja:
w takim to bardzo trudnym i przerażającym kontekście globalnym przebiega i nasila sławetny współczesny dualizm kryzysowy. Sprzężenie zwrotne: dualizm komplikuje jeszcze bardziej sytuację globalną, a ona zaostrza dualizm kryzysowy. Historia cywilizacji nie zna zjawiska w takim zestawieniu i o tak ogromnej (globalnej) skali. Pogorszy to znacznie dotychczasową sytuację, której ewentualne uzdrowienie trwać będzie latami. W sumie, nie może być jeszcze mowy o praktycznej realizacji szczytnych ideałów zrównoważonego rozwoju świata (sustainable development), kojarzącego proporcjonalnie i harmonijnie czynniki ekonomiczne, społeczne i ekologiczne. Na dziś, żaden z tych czynników nie spełnia elementarnych acz rygorystycznych wymagań zrównoważonego rozwoju. Poza wszystkim, jak widać to jaskrawo chociażby przez pryzmat sytuacji geoekologicznej, większość działań „wspólnoty międzynarodowej” i poszczególnych krajów jest spóźniona o dwie epoki (industrialną i postindustrialną). Obrazowo mówiąc, Ziemia – jako wspólny dom człowieczy i wszystkich istot żywych fauny i flory – jest w ogniu, straż pożarna jedzie ślamazarnie do pożaru, ale nie ma pewności, czy zdoła dom uratować? Tymczasem jednak są wielkie ofiary ludzkie i straty materialne. A mądrość homo sapiens powinna polegać na tym, żeby (profilaktycznie) nie dopuścić do pożaru. Jest w niniejszym opracowaniu niemało rozważań dotyczących niezbędnych i pilnych rozwiązań oraz oznak nadziei, że nie wszystko jest jeszcze stracone. Jednak – żeby tak się stało – ludzkość musi niezwłocznie odstąpić od fatalnych teorii i praktyk z całej niedobrej przeszłości, wyciągnąć z niej stosowne wnioski oraz wypracować i wdrożyć optymalną (innowacyjną) formułę lepszej przyszłości.

Czy Czajka obudzi Zielonych?

Awaria warszawskiej oczyszczalni ścieków w końcu zmusiła Partię Zielonych do zainteresowania się problemem czystości wód śródlądowych.

W programie Partii Zielonych można znaleźć niemało bardzo trafnych i sensownych postulatów, głównie w obszarach pozaekologicznych. Jednak to nie one są przez partię eksponowane, w związku z czym w oczach większości ludzi jawi się ona jako ugrupowanie promujące czyste powietrze a nie równość obywateli czy rozwój demokracji lokalnej. Jednak Zieloni za swoje priorytety programowe uznali efektywność energetyczna i rozproszoną energetykę odnawialną, termomodernizację budynków czy też rozwój ekologicznego transportu zbiorowego w szczególności kolejowego, jakby w kolejnictwie wciąż przeważały dymiące parowozy.

Jako naczelny temat ekologistom – zdaniem szewca Fabisiaka tak właśnie należałoby mówić o zielonych działaczach w odróżnieniu od ekologów jako naukowców – jawi się ocieplenie klimatu, które jakoby ma być najważniejszym problemem współczesnego świata. Wystarczyło kilka wypowiedzi skandynawskiej uczennicy, aby stała się gwiazdą na skalę światową plasując się w rankingach medialnych tuż obok brytyjskiej rodziny królewskiej. Niebędący specjalistą w tym zakresie szewc Fabisiak nie posiada przesłanek, aby kwestionować teorię ocieplenia ziemskiego klimatu. Ma natomiast wątpliwości czy lodowce na Antarktydzie topnieją na skutek tego, że w Polsce pali się węglem i używa plastikowych sztućców. Być może zachodzi tu bezpośrednia zależność, jednak zdaniem szewca Fabisiaka przekonywujące mogą być jedynie jedynie udokumentowane dowody naukowe.

Walka z ociepleniem klimatu przybiera również formę czynnego protestu, jak to miało miejsce w ostatni poniedziałek w Warszawie, gdzie aktywiści ruchu Extinction Rebellion blokowali ulice w centrum stolicy. Szewc Fabisiak jest w stanie zrozumieć ich racje i motywacje, ma jednak wątpliwości nie tylko co do skuteczności, lecz także sensowności tego rodzaju przedsięwzięć. Skuteczność takich akcji jest minimalna w sytuacji, gdy światowym decydentom zależy na przetrwaniu kolejnej kadencji, a o sprawy w przyszłości niech się martwią kolejne pokolenia. Ekologistów można najwyżej poczęstować gładko brzmiącymi obietnicami bez pokrycia. Zwłaszcza, że katastrofa klimatyczna to sprawa nie do końca wiadomej przyszłości zaś większość ludzi żyje problemami i udrękami dnia dzisiejszego. Dlatego też szewc Fabisiak uważa, że bardziej sensowne były protesty przeciwko wycince Puszczy Białowieskiej, gdyż dotyczyły realnego i aktualnego konkretu, a nie odległej w czasie abstrakcji. Co prawda to nie ekologiści, a odpowiednie instytucji Unii Europejskiej doprowadziły do zaniechania niszczenia drzewostanu, jednak świadczy to o tym, że to protestujący mieli rację, a nie arogancki rząd.

Antyociepleniowa krucjata spycha na plan dalszy problem czystości wód śródlądowych, który pojawia się przestrzeni publicznej w zasadzie jedynie w przypadku awarii oczyszczalni cieków – zauważa szewc Fabisiak. Sprawy te nie są przedmiotem codziennego zainteresowania ekologistów i zielonych partii, choć jest to codzienny ogólnokrajowy problem.

Przy okazji awarii warszawskiej Czajki zareagowały stołeczne struktury Partii Zielonych. Wydały one stosowne oświadczenie merytorycznie słuszne wskazujące na potrzebę podjęcia odpowiednich działań udaremniających międzywarszawski przepływ fekaliów. Stołeczni ekologiści wskazują na błędność decyzji o budowie ściekowego kolektora przypominając, że została ona podjęta w 2005 roku. Wszystko to prawda, lecz wypowiadać się na ten temat trzeba było 17 lat temu, zwłaszcza, że specjaliści od ekologii mogli wiedzieć, że w takich przypadkach instaluje się metalowe, a nie łatwo pękające rury plastikowe. Ponadto, jak zwraca na to uwagę nie tylko szewc Fabisiak, ratuszowi następcy Lecha Kaczyńskiego mieli dostatecznie dużo czasu aby tę nieszczęsną decyzję odkręcić. O tym jednak nie mówi się w oświadczeniu Partii Zielonych, która sama wmontowała się w twór pod nazwą Koalicja Obywatelska.

Szewc Fabisiak liczy na to, że partyjni zieloni wespół z niepartyjnymi aktywistami wreszcie się obudzą i dostrzegą problem zanieczyszczenia wód i jezior podtruwanych nie tylko awaryjnymi ściekami, lecz także różnego rodzaju odpadami. Ma też nadzieję, że polscy ekologiści namówią swoich kolegów i koleżanki z krajów mających styczność z Bałtykiem do bardziej aktywnego promowania działań na rzecz czystości tego akwenu. Koncentracja wysiłków w ochronie jednego wspólnego morza ma bowiem większy sens niż wyciągnięta z lamusa koncepcja trójmorza – uważa szewc Fabisiak.

Z tym może być jednak pewien problem, ponieważ niektórzy prominentni funkcjonariusze niemieckiej Partii Zieloni, najsilniejszej ekologicznej struktury politycznej nie tylko w obrębie Bałtyku ale też w całej Europie, za większe od wypływu nieczystości zagrożenie uznają budowę podmorskiego rurociągu północnego, który ma dostarczać gaz z Rosji do Niemiec. Wysuwane są tu argumenty z grubej rury, swoimi gabarytami przewyższającymi objętość rury, którą krytykują. A to, że gazociąg zagraża bezpieczeństwu krajów bałtyckich, tak jak gdyby zamiast zwykłego gazu jako naturalnego źródła energii Rosja przemycała rurami oślepiający gaz bojowy, który zamiast trafiać do Niemiec byłby wypuszczany na wybrzeża Polski, Litwy, Łotwy i Estonii skrzętnie omijając obwód kaliningradzki. A to znowu, że budowa Nord Stream 2 musi być wstrzymana, ponieważ w Rosji został otruty opozycjonista Aleksiej Nawalny. W całej tej aferze niemieccy Zieloni mają swój polityczny interes jako partia opozycyjna wobec rządu dogadującego się z Rosją. Tymczasem podobne stanowisko wyraża też polska Partia Zieloni wyrażając sprzeciw dla jakiejkolwiek pomocy Unii Europejskiej w ciągnięci gazociągu. Nasi Zieloni są co prawda w opozycji w stosunku rządu, jednak nie wobec partnerskiej Platformy Obywatelskiej, która jest przeciwna tej inwestycji. Wpisują się tym samym zupełnie niepotrzebnie w antyrosyjską narrację, którą kultywują dominujące w naszym kraju elity polityczne – dochodzi do wniosku szewc Fabisiak.

Kalifornia emituje więcej CO2 i brak jej prądu

Amerykański stan Kalifornia, potęga gospodarcza w USA, która od lat stawia na odnawialne źródła energii (OZE) padła ofiarą paradoksu: stan emituje więcej dwutlenku węgla niż poprzednio i brakuje mu elektryczności. Powody to brak wiatru, zapadanie nocy i zwiększony pobór prądu przez klimatyzatory: temperatury tego lata sięgają tam nawet 50 stopni.

Kalifornia lata temu postanowiła zrezygnować z energii uzyskiwanej dzięki paliwom kopalnym lub elektrowniom atomowym. Osiem lat temu zamknięto dwa reaktory, by je zastąpić niezliczoną liczbą wiatraków i wielkimi polami słonecznych ogniw fotowoltaicznych. Problem pojawia się, gdy nie ma wiatru, co trwa już od wielu tygodni, a nocami panele słoneczne nic nie dają. Operatorzy są zmuszeni odcinać prąd setkom tysięcy gospodarstw domowych i apelować do przedsiębiorstw, by spowolniły produkcję, jeśli potrzebuje ona elektryczności.
Już wcześniej elektrownie atomowe musiały zostać zastąpione elektrowniami na gaz, które emitują ok. 40 razy więcej dwutlenku węgla. Mimo decyzji politycznych o zamykaniu z kolei części elektrowni gazowych, powietrze stanu jest teraz bardziej zanieczyszczone, powodując poważny efekt cieplarniany. Gdy zapada noc, panele dają zero proc. energii, wiatraki ok. 17 proc., a resztę muszą zapewnić elektrownie gazowe w likwidacji, co staje się niemożliwe, kiedy ludzie korzystają z klimatyzatorów, by ochronić się przed wysokimi temperaturami. Niestety, każdy wiatrak potrzebuje setek ton betonu, by ustać, co przy ich wielkiej liczbie powoduje zamieranie ziemi i pustynnienie klimatu, z braku naturalnej irygacji. Wielkie pożary stały się częścią krajobrazu.
W związku z tą sytuacją Partia Demokratyczna, która już od półwiecza opowiadała się za rezygnacją z energii atomowej, zmieniła stanowisko: Joe Biden, jej kandydat na prezydenta, proponuje powrót do niej i budowę nowych elektrowni. Póki co, w Kalifornii przedsiębiorstwa Elona Muska budują gigantyczne baterie, które mają magazynować energię z paneli słonecznych, by można było korzystać z niej nocą. To zresztą jeden z powodów amerykańskiego zamachu stanu w Boliwii, która posiada złoża litu, niezbędnego w tym przedsięwzięciu. Elektryczne samochody Muska w Kalifornii musiały bardzo ograniczyć swe zasięgi, z powodu ograniczeń w dostawach prądu.

Gorąca jesień

Wakacje PE dobiegają końca, pora wracać do pracy. Najważniejszym zadaniem będzie przyjęcie ram finansowych na lata 2021-2027. Za sprawą koronawirusa planowany budżet UE musi zmierzyć się ze stratami, które Unia już poniosła, a jednocześnie sprostać wyzwaniom, które pandemia wyzwoliła. Z tych powodów będzie to największy budżet Unii Europejskiej w historii, wynoszący 1,82 biliona euro, a jego częścią będzie wynoszący 750 mld. euro tzw. Fundusz Odbudowy przeznaczony bezpośrednio na likwidowanie skutków pandemii.

Jak być może Państwo pamiętają, projekt budżetu i sposób jego podziału został przyjęty na nadzwyczajnym, lipcowym szczycie Rady Europejskiej. Po 90 godzinach obrad szefowie państw UE osiągnęli porozumienie. Premier Morawiecki ogłosił wówczas, że „porozumienie daje Polsce ponad 124 mld euro w bezpośrednich dotacjach, a razem z uprzywilejowanymi pożyczkami to 160 mld euro w cenach bieżących dla naszego kraju”. Zapewnił też, że w porozumieniu nie ma zapisu o warunkowym powiązaniu pieniędzy z budżetu Unii i Funduszu Odbudowy z praworządnością.
Jak już wiemy w obu przypadkach pan premier oszczędnie gospodarował prawdą. Przede wszystkim nic nie jest jeszcze postanowione, gdyż budżet musi być zatwierdzony przez Parlament Europejski, a ten od początku jasno przedstawiał swoje priorytety. Przewodniczący PE, David Sassoli, powiedział szefom państw i rządów UE, że Parlament jest gotowy odrzucić porozumienie, jeśli nie zapewni ono Unii środków do pokonania wyzwań, które przed Unią stanęły.
Chodzi przede wszystkim o Zielny Ład, czyli o to, by Europa do roku 2050 była pierwszym, neutralnym pod względem emisji dwutlenku węgla kontynentem, co wymaga olbrzymich środków, by pomóc państwom członkowskim w tej transformacji. Europa musi także inwestować w badania i postęp naukowo-techniczny, żeby nie musiała polegać na importowaniu nowych technologii oraz w sferę społeczną.
Rada Europejska z niewiadomych powodów nie potraktowała tego ostrzeżenia z należytą uwagą. Na przykład szalenie istotny Fundusz na rzecz Sprawiedliwej Transformacji, mający łagodzić negatywne skutki transformacji energetycznej, został zmniejszony o 20 mld euro – z łącznych 37,5 mld do 17,5 mld euro! To jednak nie koniec. W tych dniach pojawiało się na przykład oświadczenie Krajowych Konferencji Rektorów europejskich uniwersytetów i wyższych uczelni, dość drastycznie obnażające rozdźwięk między zapowiedziami, a planowanymi konkretami. Okazuje się, że wbrew zapowiedziom i oczekiwaniom, w budżecie na najbliższe siedem lat fundusze na szkolnictwo wyższe, badania naukowe i innowacje nie zostały nawet utrzymane na dotychczasowym poziomie, ale wręcz zmniejszone! Program Horizon Europe (badania i rozwój) z 13,5 mld. do 5 mld. euro; program EU4Health (cyfryzacja europejskiego systemu ochrony zdrowia) z 9,4 mld do 1,6 mld euro. Zwłaszcza ta oszczędność jest charakterystyczna – stawia bowiem pod znakiem zapytania gotowość państw członkowskich do budowania zintegrowanego systemu ochrony zdrowia w sytuacji, gdy wraz z wybuchem pandemii Unia była zajadle krytykowana za brak należytej i szybkiej reakcji obronnej. Wynikało to właśnie z braku uprawnień i narzędzi, którymi dysponowały instytucje unijne. Tymczasem mimo, że ta słabość została brutalnie obnażona w praktyce, będzie nadal podtrzymywana! Nawet w obliczu takiego kryzysu, jak Covid-19, który jednoznacznie wskazuje na znaczenie wspólnych działań, badań i procedur w dziedzinie zdrowia publicznego…
Podobna obserwacja dotyczy programu Erasmus+. Rektorzy zwracają uwagą, że zmniejszenie go o planowane 15 proc. ograniczy młodzieży możliwości nauki i doświadczania europejskich wartości i europejskiej różnorodności. Krajowe Konferencje Rektorów apelują więc do PE, współustawodawcy wszystkich programów europejskich, o pomoc i obronę odpowiadającego realnym potrzebom poziomu finansowania rozwoju nauki, badań i innowacyjności. Jest oczywiste, że PE, który uznał te dziedziny za priorytetowe dla przyszłości Unii nie pozostanie wobec apelu europejskich rektorów obojętny.
Swoje stanowisko wyraził zresztą zdecydowanie i jednoznacznie w specjalnej rezolucji. Zapowiedział, że zawetuje cały projekt, jeżeli Rada Europejska nie potraktuje poważnie jego zastrzeżeń. Pozostał w tej kwestii nieugięty mimo, że zarówno szefowa Komisji Europejskiej, Ursula von der Leyen jak i przewodniczący Rady Europejskiej Charles Michel, zapewniając, że zdają sobie sprawę, iż „trudne i bolesne decyzje dotyczące wielu programów” nie spodobają się eurodeputowanym, to jednak prosili o zrozumienie w obliczu ścierających się interesów.
Odpowiedź była jednoznaczna: PE nie zaakceptuje złego porozumienia. Jest gotowy do konstruktywnego dialogu, ale ram finansowych na lata 2021-2027 w kształcie przedstawionym przez RE nie przyjmie.
W tym całym galimatiasie jedno wydaje się przesądzone: mimo zapewnień premiera rządu PiS, kwestia praworządności, określana w skrócie: pieniądze za praworządność, została przesądzona. Potwierdziła to zarówno pani von der Leyen, jak i Charles Michel.
Jak pamiętamy premier Morawiecki zapewniał, że ostateczna decyzja w tych sprawach będzie należała do Rady Europejskiej, gdzie wymagana jest jednomyślność. Pomylił jednak Radę Europejską z Radą Unii Europejskiej, gdzie w rzeczywistości będą takie decyzje zapadały – większością głosów. Potwierdził to Charles Michel: „Po raz pierwszy w historii nasz budżet będzie bezpośrednio powiązany z praworządnością. Wierzę głęboko, że Europa jest w stanie działać”. Szef Rady Europejskiej dodał, że głowy państw członkowskich będą jeszcze dyskutować na ten temat, ale sam kształt mechanizmu nie zakłada jej udziału w procedurze zawieszania środków za naruszanie zasady praworządności. Zaznaczył też, że cieszy się, że przedstawia Parlamentowi „związek, warunkowość pomiędzy kwestiami finansowymi a kwestiami praworządności”.
W sprawie podziału środków budżetowych rząd PiS wakacyjnie milczy. Powraca natomiast kwestia praworządności. Pojawiają się głosy, że gdyby rzeczywiście do tego doszło (już nie mówi się, że na pewno nie dojdzie), to byłoby to „naruszenie polskiej suwerenności”. Jest to teza czysto propagandowa, bo poważne naruszenia praworządności miały i mają miejsce w Polsce, co potwierdziły nie tylko liczne opinie prawników, ale także wyroki TSUE. Z góry także obarcza się „odpowiedzialnością” ze ewentualne utrudnienia w przepływie środków unijnych opozycję, która „donosi na swój kraj za granicą”. To przygotowanie propagandowe zdaje się potwierdzać, że rząd wie, że przyjdzie mu zetrzeć się ze stanowczym unijnym żądaniem przestrzegania standardów obowiązujących wszystkich członków UE.
Na razie – ze względu na dyskryminację osób nieheteronormatywnych dofinansowanie wstrzymano sześciu miastom, które ogłosiły się strefą „wolną od LGBT”. „Straty” tym miastom „wyrównuje” minister Ziobro, przekonując przy okazji, że rząd nie pozwoli na „dyskryminację Polski” ze względu na nasze prawa, standardy i wartości.
Gdyby jednak rząd chciał w ten sposób wyrównywać także przyszłe „straty”, to może mieć kłopot, a my razem z nim, niestety. Przypomnę, że premier Morawiecki pochwalił się, że osiągnął porozumienie, które daje Polsce „ponad 124 mld euro w bezpośrednich dotacjach, a razem z uprzywilejowanymi pożyczkami to 160 mld euro w cenach bieżących”. Obawiam się, że nasz budżet, który wyraźnie popada w kłopoty, mógłby nie wytrzymać wyrównywania „Polkom i Polakom” takich strat. Choćby nawet maszyny Wytwórni Papierów Wartościowych pracowały non stop.
Jakby więc proszę państwa nie patrzeć, już z pobieżnego tylko przeglądu problemów, wynika, że jesień w Europie i w Polsce będziemy mieli gorącą.

Przejdą na weganizm?

O tym, że wystąpieniu pandemii COVID-19 „pomogły” tzw. mokre targi, na których sprzedawane są zwierzęta – także dzikie – zabijane na miejscu, wiadomo nie od dziś.

Panujące tam warunki sanitarne wyjątkowo sprzyjają wymianie patogenów, gdyż na targach stykają się ze sobą również takie gatunki zwierząt, które w naturze nie miałyby szansy się spotkać. Do tego ogromne ilości ich krwi, odchodów i innych wydzielin ciała – i tak właśnie rodzą się nowe choroby zakaźne, które przeskakują ze zwierząt na ludzi.
Ale nie tylko mokre targi stwarzają takie zagrożenie – wyjątkowo dużo ognisk koronawirusa na świecie odnotowuje się wciąż w rzeźniach. Pod koniec czerwca aż 1300 pracowników rzeźni w Nadrenii Północnej-Westfalii okazało się być zarażonych COVID-19, w Stanach Zjednoczonych mniej więcej połowę największych ognisk koronawirusa stanowiły ubojnie zwierząt. W Chinach drugą falę zakażeń COVID-19 zapoczątkował z kolei w Pekinie importowany łosoś.
Ponad 90 proc. światowej produkcji mięsa stanowią fermy przemysłowe, gdzie zwierzęta są trzymane w ogromnym ścisku i najgorszych warunkach sanitarnych
Ewidentnie przemysł mięsny nie sprzyja wygaszaniu epidemii, a jest to tylko jedna z jego wielu wad – obok wątpliwej strony etycznej (czy doprawdy w XXI wieku zabijanie zwierząt na mięso jest zasadne, przy tej ilości roślinnych zamienników, którymi dysponujemy?), zdrowotnej (wiadomo, że czerwone i przetworzone mięso to kancerogen – WHO potwierdza) i środowiskowej (hodowle przemysłowe mają ogromny udział w emisji gazów cieplarnianych, a także w zanieczyszczaniu powietrza, gleby i wód powierzchniowych).
Tradycyjnie Chiny są ojczyzną jednego z najbardziej popularnych substytutów mięsa, które obecnie jest szeroko wykorzystywane w kuchniach całego świata, czyli tofu – twarożku zrobionego z soi, według legendy wynalezionego przez Liu Ana w 164 r. p.n.e. Historycznie Chiny są więc swoistą kolebką kuchni wegańskiej, nie dziwi zatem, że ich ambicja w tej kwestii sięga dalej.
We wrześniu ubiegłego roku, w trakcie pierwszego chińskiego sympozjum na temat norm branżowych i przepisów dotyczących alternatyw dla mięsa, zorganizowanego przez China Plant Based Foods Alliance (CPBFA), ekspert branżowy Graham Miao powiedział, że przewiduje, iż w 2025 r. globalna wartość rynkowa dla alternatywnego przemysłu mięsnego wyniesie 28 miliardów dolarów. Ryan Xue, gospodarz sympozjum i sekretarz generalny CPBFA zapowiedział, że zostanie utworzone konsorcjum, które skupi się na etykietowaniu, opracowywaniu standardów i polityki dotyczącej roślinnych zamienników mięsa w Chinach.
W listopadzie ubiegłego roku Państwowa Administracja Regulacji Rynku (SAMR) w Chinach wydała projekt zmian w przepisach dotyczących etykietowania żywności, w którym nakazano rzetelne opisywanie produktu, tak, by jego pochodzenie – roślinne lub zwierzęce – nie budziło wątpliwości. Poza krokiem w stronę konsumentów, pozwoli to także na sprawniejsze monitorowanie rynku i zainteresowania produktami roślinnymi.
Członek Chińskiej Ludowej Politycznej Konferencji Konsultanckiej, Xu Jingkun, wezwał w tym roku organizację do tego, by podczas oficjalnych posiłków w trakcie trwania obrad serwować wyłącznie dania bezmięsne. Przyznał, że mimo oficjalnego zakazu spożywania mięsa dzikich zwierząt, wciąż bywało serwowane na oficjalnych posiedzeniach.
Chiny są kolebką dla takich roślinnych startupów jak m.in. Zhenmeat czy Starfield, oferujących alternatywy dla mięsa, produkowane na bazie białka fasoli czy grochu. Multizen, jedna z największych firm cukierniczych i przekąskowych B2B w regionie Wielkich Chin, ogłosiła niedawno inwestycję w kalifornijską wegańską markę mleczarską na bazie grochu, Ripple Foods.
Fastfoodowe giganty, Starbucks i KFC od niedawna również badają chiński rynek w zakresie roślinnych zamienników mięsa. Starbucks współpracuje z Beyond Meat i Omnipork, oferującymi dania przyjazne dla wegetarian, takie jak lasagne imitująca smak i konsystencję wołowiny. W międzyczasie KFC współpracuje również z amerykańską firmą rolną Cargill, aby wprowadzić ograniczoną liczbę smażonych, roślinnych „kurczaków” w wybranych lokalizacjach w Chinach.
Według Euromonitor International, sprzedaż roślinnego „mięsa” w Chinach wzrosła z 7,2 mld dolarów w 2014 roku do 9,7 mld w 2018, przy rocznym wzroście między 13 a 15 proc. , który według prognoz nie zmaleje w najbliższym czasie.
Badanie Mintel wykazało z kolei, że 70 proc. konsumentów chińskich jest zainteresowanych redukcją mięsa w swojej diecie. Przedstawiciel ProVeg International w Chinach, Shirley Lu uważa, że jest to spowodowane m.in. rosnącą świadomością społeczną na temat zdrowia – i że może stanowić początek całkowicie nowej drogi kulinarnej Chin, ze znacznie większym naciskiem na kuchnię roślinną.

Luis Sepulveda – pisarz, rewolucjonista, ekolog

Odnoszę wrażenie,że w ostatnim czasie odchodzi z tego świata wyjątkowo dużo znanych i wybitnych ludzi. Nie tylko w Polsce,lecz w całym świecie. Pewnym symbolem była śmierć Krzysztofa Pendereckiego. W minionych dniach zmarli m.in.: dr Krystyna Łybacka-długoletnia posłanka, eurodeputowana, była minister edukacji i sportu,a także prof. Janusz Symonides – prawnik i długoletni dyrektor PISM-u (Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych). Symboliczny stał się dla mnie też zgon na koronawirusa w wieku 71 lat w Oviedo (w Asturii) chilijskiego twórcy (pisarza, dziennikarza, człowieka filmu), działacza lewicy oraz alterglobalisty – Luisa Sepulvedy.

Poczynając od lat 60, a zwłaszcza w dekadzie lat 70. i 80., ogromną popularność w świecie (w Europie bodaj największą we Francji i Polsce) zaczęła zdobywać literatura Ameryki Łacińskiej. Jej twórcy (poeci i powieściopisarze) odnoszący wielkie sukcesy,wywodzili się z różnych krajów i szereg z nich zasłużenie zostało wyróżnionych Nagrodami Nobla.
Wspomnę tylko niektórych:Jorge Luis Borges i Julio Cortazar z Argentyny,Paulo Coelho z Brazylii,Gabriela Mistral i Pablo Neruda z Chile, Miguel Angel Asturias z Gwatemali, Alejo Carpentier z Kuby, Gabriel Garcia Marquez z Kolumbii (nota bene autor „Miłości w czasach zarazy”), Carlos Fuentes i Octavio Paz z Meksyku, Mario Vargas Llosa z Peru. Do ich popularności nad Wisłą przyczynili się w dużym stopniu znakomici tłumacze z hiszpańskiego i portugalskiego, m.in. Carlos Marrodan Casas, Kalina Wojciechowska czy Grażyna Grudzińska).
Sepulveda był i jest nad Wisłą mniej znany niż wspomniana przeze mnie czołówka autorów latynoamerykańskich, ale życiorys miał wyjątkowy. Bogatszy niż Hemingway, którego uważał za swego mistrza.
Wnuk andaluzyjskiego anarchisty zmuszonego uciec do Ekwadoru,a następnie do Chile, oraz Indianki Mapuche działał w młodzieżówce komunistycznej. Za rządów prezydenta Allende był jednym z jego ochroniarzy,a po zamachu gen. Pinocheta we wrześniu 1973 r. aresztowano go, brutalnie torturowano i skazano na 28 lat więzienia.
Po prawie 3 latach,dzięki wstawiennictwu Amnesty International, otrzymał w Szwecji azyl polityczny, lecz postanowił wrócić do Ameryki Południowej.Pobyt u Indian Shuarów w 1978 r. posłużył mu do badania wpływu kolonizacji i stworzył materię do pierwszej powieści.
Wkrótce potem trafił do Nikaragui, gdzie w brygadzie im. Simona Bolivara uczestniczył w walce zbrojnej z dyktaturą Somozów po stronie sandinistów (FSLN). Jednak coraz częściej wykazywał rozczarowanie tym,że-jak pisał-”piękne rewolucje kończą się piekłem z powodu wiecznych ułomności: dogmatyzmu,uniformizacji i braku twórczej szlachetności”. Osobiście wcale mu się nie dziwiłem. Gdy patrzy się np. na Nikaraguę (odwiedzałem ten kraj w 1983r.,w okresie euforii rewolucyjnej) to były lider sandinistów Daniel Ortega (prezydent w latach 1985-90 i od I 2007 r.) kompletnie zmienił front. Z rewolucjonisty stał się czystej wody prawicowcem między innymi żonę Rosario Murillo uczynił swoim zastępcą i całkowicie zakazał aborcji.
Luis Sepulveda miał też skomplikowane życie osobiste-kilka żon,sporo dzieci,a mieszkał m.in. w Hamburgu i Paryżu. Zdecydował się nie wracać do Chile,choć uważnie śledził sytuację w swej ojczyźnie. W 1996r. postanowił osiąść w Gijon,w Asturii-na północy Hiszpanii.
Wcześniej współpracował też z Greenpeace, pływając m.in. na statkach tej organizacji. Mnie zainteresował także dlatego, iż uważam Chile za jedno z najciekawszych i najpiękniejszych państw świata. Odwiedzałem również Patagonię, której poświęcił dwie książki:”Express Patagonia” i „Podróż do świata na końcu świata”. Warto pamiętać, iż w fantastycznej stolicy argentyńskiej Patagonii – Ushuaia (jej chilijskim odpowiednikiem jest równie ciekawe Punta Arenas)znajduje się „oficjalny koniec świata” i też kursuje tam „kolej na końcu świata.
Książki Sepulvedy przełożono na ok. 60 języków. Kilka z nich także na polski, np. „O starym człowieku, co czytał romanse”, „Historia o mewie i kocie,który ją uczył latać:Dla dzieci od lat 8 do 88”, czy „Niemy Uzbek”. Warto przetłumaczyć kilka innych,w tym bodaj ostatnią „Koniec historii” (z 2017 r.) – będącą rozrachunkiem z juntą chilijską.

ABC z czarnym łabędziem

5 marca , w ostatniej wersji programu Baltic Business Forum, zapisałem temat debaty otwarcia: „Wojny handlowe, syndrom czarnego łabędzia, protekcjonizm – nowe rozdanie w gospodarce światowej”. Dziś mam nieodparte wrażenie, że byłem optymistą.

„Syndrom czarnego łabędzia”, jako opis czegoś niespodziewanego w gospodarce, brzmi przecież lepiej niż to, co nas spotkało, czyli „pandemia” i „kryzys”. Konferencję Baltic Business Forum przekładamy z kwietnia na jesień 2020 roku, jednak nie odkładamy dyskusji o gospodarce, Europie i Regionie ABC, obejmującym Adriatyk, Bałtyk i Morze Czarne. Ten format geograficzny wyróżnia naszą konferencję, obejmuje państwa członkowskie Unii Europejskiej i państwa nie należące do Unii, ale ważne dla gospodarki regionu – Turcje i Ukrainę. Region ABC to więcej niż Trójmorze.
Z perspektywy M.Belki
Co zmieni się w gospodarce do jesieni? Prof. Marek Belka, który 27 kwietnia miał gościć na BBF, mówi:
– Czeka nas kryzys, głęboki i inny niż dotychczasowe. W jego efekcie globalizacja się zregionalizuje. Tracimy zaufanie do długich łańcuchów dostaw, a jednego krańca świata na drugi. Docenimy bliskość partnerów biznesowych, a więc znaczenie regionalizacji. To szansa dla Europy – przecież mamy nieźle funkcjonujący wspólny rynek, mamy unijne instytucje, potencjał badawczy i innowacyjny. Być może do tej pory brakowało determinacji, odrobiny „euroszowinizmu”, czyli odwagi do otwartego mówienia o przewagach europejskości, regionalizacji, o potrzebie budowania przewag naszego kontynentu. Teraz , jako Europejczycy, będziemy musieli wspólnie zająć się swoimi sprawami, nie czekając na „niewidzialną rękę rynku”. Jak to zrobić? W ostatnich latach w Unii modne stało się słowo – klucz „sustainability”, czyli zrównoważony rozwój. W publicznym dyskursie „sustainability” miało pewien przechył w kierunku pożądanej polityki klimatycznej. Dziś „czarne łabędzie” uzmysławiają nam , że zrównoważony rozwój ma też swój wymiar ekonomiczny i wymiar społeczny. Dziś wyraźnie widać, że służba zdrowia to nie jest koszt czy konsumpcja, ale jądro gospodarki. Poważni politycy nie będą mogli dłużej tłumaczyć, że opieka zdrowotna składa się na deficyt budżetowy.
Jednym z zagrożeń wywołanych pandemią jest przerwanie łańcucha dostaw produktów żywnościowych, zwłaszcza spoza Europy. Ograniczenia w przemieszczaniu pracowników sezonowych, z Ukrainy, Polski czy Rumunii, będą problemem dla europejskich producentów żywności. W planowanym na kwiecień BBF miał uczestniczyć Wiceminister Rozwoju Gospodarczego, Handlu i Rolnictwa Ukrainy oraz Przedstawiciel Handlowy Ukrainy Taras Kaczka. Minister oświadczył właśnie, że Ukraina może odegrać swoją rolę w przeciwdziałaniu światowemu kryzysowi żywnościowemu i zapewnieniu bezpieczeństwa żywnościowego na poziomie międzynarodowym. Możliwy jest bowiem dodatkowy eksport produktów rolnych, bez szkody dla bezpieczeństwa żywnościowego Ukrainy.
– Koncentrujemy się na możliwościach naszych prywatnych producentów – zarówno obecnych wiodących eksporterów, jak i nowych graczy – powiedział minister Kaczka.
Warto pamiętać, że Ukraina to liczący się producent żywności: w 2019 roku z wolumenem produktów o wartości 7,3 mld Euro była trzecim eksporterem na rynki Unii Europejskiej.
Perspektywa czarnomorska
Burak Pehlivan, Prezes Międzynarodowego Turecko – Ukraińskiego Stowarzyszenia Biznesu, laureat Nagrody BBF „Energia dla rozwoju”, wskazuje, że bezpieczeństwo żywnościowe staje się składnikiem bezpieczeństwa narodowego.
– Ukraina jest znanym i dobrym producentem, teraz powinna postawić na przetwarzanie żywności, pójść naszym śladem. Turcja ma podobne doświadczenie i może pomóc Ukrainie – inwestycjami i udostępniając know-how. Kluczowe znaczenie może tu mieć umowa o wolnym handlu między naszymi krajami, prezydenci Turcji i Ukrainy, na forum gospodarczym w Kijowie w lutym obiecali, że ta umowa zostanie podpisana do końca 2020 roku – mówi Burak Pehlivan.
Czarnomorskie sąsiedztwo Ukrainy i Turcji zdaniem Buraka Pehlivana jest dobrym przykładem współpracy regionalnej. W Turcji odpoczywało rocznie, 1,7 miliona Ukraińców, oba kraje łączyło ponad 200 lotów pasażerskich tygodniowo, w 2019 roku tureckie firmy były zaangażowane w 200 projektów inwestycyjnych w Ukrainie, w kooperacji przemysłu zbrojeniowego obu krajów powstał wspólny dron bojowy.
– Weszliśmy w złoty wiek relacji Ukrainy i Turcji – mówi z dumą Burak Pehlivan – i wierzę , że po trudnym bieżącym roku, w następnym nastąpi odbicie. W 2019 roku obroty handlowe między naszymi krajami wyniosły 4, 7 mld USD, możemy je podwoić.
Perspektywa znad Bałtyku
Baltic Business Forum od 12 lat organizowane jest w Świnoujściu, położonym na jednym z wierzchołków trójkąta trzech mórz – Bałtyku, Adriatyku i Morza Czarnego. Świnoujście jest dobrym miejscem do dyskusji o współpracy międzynarodowej i regionalnej. To miasto, w którym jadąc ulicą Grunwaldzką w kierunku zachodnim można przekroczyć granicę z Niemcami. To samo można zrobić idąc na zachód plażą. Wspominając o przekraczaniu granicy powinienem był napisać: można było, bo z powodu epidemii granica jest zamknięta, tak jak baza wypoczynkowa po obu jej stronach. Czy „czarny łabędź” kryzysu przyleciał do Świnoujścia?
Prezydent miasta Janusz Żmurkiewicz nie jest pesymistą.
– Świnoujście jest miastem o wielu specjalizacjach – mówi. – Począwszy od wyspiarskiego położenia, które czyni je jednym z najbardziej atrakcyjnych turystycznie miast w Polsce, po koegzystencję branży turystycznej, uzdrowiskowej i gospodarki morskiej. Z jednej strony na wyspie Uznam powstało kilkanaście nowych obiektów hotelowych, poprawiono infrastrukturę drogową , wybudowano nowe obiekty sportowe w tym obiekty dotyczące spędzania czasu wolnego , jak Promenada Zdrowia, nowe ścieżki rowerowe, siłownie na wolnym powietrzu . Z drugiej strony na wyspie Wolin zakończono budowę terminala LNG , rozbudowano terminal promowy o nowe stanowisko promowe o długości 206 m, w budowie jest parking dla około 300 TIR-ów. Rozpoczęto też modernizację dróg dojazdowych do portu w Świnoujściu.
Tak dynamiczny rozwój miasta powodował duże perturbacje w zatrudnieniu nowych pracowników, których tak jak w całym kraju brakowało, zwłaszcza w branży turystyczno – gastronomicznej i usługach. Szacuje się , że w „szeroko rozumianej turystyce” – hotele, handel, usługi, gastronomia itd. pracuje około 55-60% ogółu zatrudnionych mieszkańców miasta. Zamknięcie z powodu koronowirusa działalności branży turystycznej, handlowej i usługowej to ogromny problem dla przedsiębiorców, mieszkańców i dla samego miasta. Oczywiście „ratunkiem’ dla miasta i jego mieszkańców jest teraz gospodarka morska, w którą epidemia także uderzyła, ale w dużo mniejszym stopniu. Żadne przedsiębiorstwo gospodarki morskiej nie zamknęło swojej działalności. Dywersyfikacja działalności gospodarczej okazała się mądrym przemyślanym działaniem a kontynuacja takiej polityki w obecnej dobie tylko te założenia potwierdziła.
Co widzi „szkiełko i oko”
Jak widać, mamy dokąd wracać. Planujemy, że Baltic Business Forum zawita do Świnoujścia jesienią tego roku. Przyjedziemy, oczekując dyskusji i tęskniąc do niepowtarzalnych uroków miasta. Czy przyjedziemy mądrzejsi o doświadczenie kilku miesięcy życia z pandemią i kryzysem na karku? Profesor Michał Kleiber , przewodniczący Rady Programowej BBF, mimo wszystko stawia na „mędrca szkiełko i oko”.
– Potrzebujemy zasadniczej zmiany w rozumieniu znaczenia głębokich badań w wielu dziedzinach nauki – począwszy od medycyny i biologii, poprzez fizykę, chemię, inżynierię i informatykę aż po nauki społeczne, w szczególności socjologię, psychologię i politologię – mówi były, przez dwie kadencje, Prezes Polskiej Akademii Nauk. – Starania o wzrost gospodarczy muszą być w przyszłości lepiej równoważone troską o harmonijne funkcjonowanie społeczeństw w warunkach niespodziewanych wyzwań. Wobec zglobalizowanego świata i rosnącej mobilności ludności wydarzenia podobne do obecnego wydają się bowiem być w przyszłości nieuniknione. Typowym dla współczesnych czasów, powszechnym staraniom o gromadzenie dóbr materialnych towarzyszyć musi świadomość zagrożeń w postaci zakaźnych chorób, pogarszającego się stanu środowiska naturalnego, wyczerpywania się wielu kluczowych bogactw naturalnych, niemalejących w wielu obszarach świata nierówności społecznych i wielu innych problemów. Warto wziąć sobie głęboko do serca obecne doświadczenia i wyciągnąć z nich wnioski – tylko głębokie, naukowo wsparte rozumienie przyczyn zagrożeń i możliwości stawiania im czoła, może zapewnić powszechnie satysfakcjonujące funkcjonowanie globalnego społeczeństwa.
Zatem: globalizacja się zregionalizuje, krótsze łańcuchy dostaw to lepsze łańcuchy dostaw, dywersyfikacja ratuje przed kryzysem, pracujemy na białego łabędzia, nauka – głupcze! Z tymi myślami, i z żalem, że nie możemy teraz spotkać się w Świnoujściu, zapraszam na jesienne Baltic Business Forum.

  • autor jest wiceprezesem Międzynarodowego Stowarzyszenia Europa – Północ – Wschód, które organizuje Baltic Business Forum w Świnoujściu.

Uroki pandemii w 50 rocznicę Dnia Ziemi

Patrzę na zdjęcie z lat 20-tych ubiegłego wieku. Ojciec, matka, wujek, trójka dzieci i kot. Wszyscy w białych, płóciennych maseczkach. Kot też. Zdjęcie zostało zrobione sto lat temu, w okresie „hiszpanki”. Najprawdopodobniej już w czasie „drugiego etapu”, czyli powrotu do „normalności” po kwarantannie.

Nowa „normalność” to pojęcie do którego trudno się przyzwyczaić. Jak będzie wyglądać? Już mniej więcej wiemy i staramy się ją sobie wyobrazić. Wszyscy będziemy nosić maseczki i rękawiczki. Nie wiemy jak długo. Długo. Najprawdopodobniej do wynalezienia szczepionki.
W Rzymie nie ma jeszcze powszechnego obowiązku zakrywania twarzy. Powody są dwa. Po pierwsze nie ma maseczek. Po drugie wciąż są wątpliwości jaki jest efekt ich noszenia…
Większość ludzi przychodzi do sklepu w maseczkach (także własnej roboty) i rękawiczkach. Efekt psychologiczny. Wszyscy czujemy się bezpieczniej. Przypomina mi się rozczulająca scena z pierwszych dni kwarantanny we Włoszech. Starszy, samotny pan podchodzi do policjanta w Turynie i pyta go, czy on może mu pomóc założyć jego maseczkę, zanim wejdzie do sklepu, bo tak będzie się czuł bezpieczniej…
Kwarantanna – to słowo wymyślono w starożytnym Rzymie i pochodzi od liczebnika czterdzieści. Tyle dni trwała izolacja zadżumionych. Czterdzieści dni czekały statki w porcie, zanim ich pasażerom pozwalano zejść na ląd. Na czterdzieści dni zamykano bramy miasta, gdy wybuchła gdzieś zaraza. Przez czterdzieści dni izolowano chorych na Wyspie Tiberina – albo tam zmarli, albo przeżyli.
Po czterdziestu dniach kwarantanny udało mi się wreszcie uszyć maseczkę z getrów do jogi… Doszłam do wprawy. Kiedy skończy się pandemia może zrobię wystawę tych dzieł sztuki. Długa była do tego droga. Obejrzałam na You Tube kilkanaście filmów. Pocięłam podkoszulki, rajstopy, getry.
Teoretycznie maseczkę można zrobić ze wszystkiego. Teoretycznie… Pod warunkiem, że ma się w domu zszywacz i zszywki, gumki do włosów lub przysłowiową gumę z majtek. Mnie kwarantanna zastała tylko z taśmą klejącą.
„Co to? Majtki teściowej?” – zapytał mnie mąż gdy zobaczył mój pierwszy prototyp uszyty ręcznie z poszewki na poduszkę. – „Załóż to sama. Nie będę w tym chodził.” Drugi prototyp zrobiłam z przepaski do włosów i wkładki do sportowego stanika. Znowu wyszły mi „przedpotopowe gacie ”. Trzeci z jedwabnej chustki, z filtrem z papieru do pieczenia. Dało się w tym chodzić, ale można było się udusić. Z maseczką-origami z papieru do pieczenia i papierowego ręcznika, złożonego w harmonijkę, z gumkami od weków przyklejonymi taśmą poszło już lepiej. Kiedy pojawiliśmy się w nich w sklepie, znajomy właściciel wybuchł śmiechem. Zlitował się i dał nam cztery chińskie maseczki jednorazowe. Wielka radość trwała jednak krótko.
„Maseczki dla króliczka Bunny” – tak je określił mityczny gubernator Kampanii, Vincenzo De Luca, gdy rząd przysłał mu je dla lekarzy w szpitalach. Są tak małe, że gdy założyliśmy je po raz pierwszy zerwały się gumki. Musiałam przyszywać je ręcznie.
„Darowanemu koniowi w zęby się nie patrzy” – stare przysłowie staje się dziś aktualne, zwłaszcza gdy chodzi o maseczki. Chińskie maseczki jednorazowe trzeba używać kilka razy. Po powrocie do domu są zdejmowane z uwagą, jeszcze w rękawiczkach, a następnie odwieszane w bezpiecznym miejscu na przynajmniej dobę. Później dezynfekcja parą z żelazka. Przy dezynfekcji żelazkiem jedna maseczka z flizeliny przypaliła mi się i dziurę musiałam zakleić taśmą, by iść do sklepu. Podczas kolejnej dezynfekcji parą, doszło do spięcia w żelazku i wyskoczyły mi korki.
Takie uroki pandemii…
Wiem, nie ja jedna przez to przeszłam. Te same kłopoty ma 4,5 miliarda osób. Na Facebooku widziałam już wszystko. Ludzi w foliówkach na głowach, w pieluchach na twarzy, z butelkami plastikowymi na gumkach, z gąbkami, ze skórkami połówek pomarańczy, z połówką bulwy fenokuła. Widziałam zdjęcia dzieci w Afryce, które mają maseczki plecione z palmowych liści i zdjęcia matki, która w Strefie Gazy zakłada dzieciom na twarz duże liście kapusty przywiązane sznurkiem.
Widziałam piękne jednorazowe maseczki na pomnikach w ramach reklamy noszenia maseczek. Widziałam wieczorowe maseczki ze staników z koronkami i perełkami. Zajebiste maski z filtrami FFP3 i super fantastyczne „kominy” wielofunkcyjne z materiałów hi-tech z wymienianymi wkładkami filtrującymi. Maseczki ekologiczne z zielskiem zamiast filtrów. „Kosmiczne” wizjery z plastiku, wizjery przypinane do kapeluszy, a także wizjery domowej roboty z opaski na włosy i plastikowej okładki na dokumenty. Widziałam muzułmańskie hidżaby z maseczkami i maseczki z suwakiem do przyjmowania komunii.
Widziałam już tyle, że sama nie wiem czy trwa pandemia Covid-19, czy Karnawał 2020 jeszcze się nie skończył…
Ale wróćmy do rzeczy. Od trzech dni również i ja mam twarzową maseczkę (z getrów do jogi, z gumkami, które wyciągnęłam z pokrowca na fotel). Jakoś się w niej wygląda. No ale co z tego, skoro tak naprawdę przed Sars-CoV-2 ona mnie nie uchroni…
Włoski wirusolog, doktor Stefano Montanari, powiedział w programie radiowym: „Te maseczki domowej roboty mogą co najwyżej zatrzymać indyki, a nie wirus o wielkości 120 nanometrów. To tak jak zrobić prezerwatywę na szydełku. Jeżeli nie są odpowiednio zmieniane i dezynfekowane, jest ryzyko przyklejania sobie do twarzy wszystkich możliwych bakterii i wirusów, nie mówiąc już o tym, że oddychamy dwutlenkiem węgla”.
W stosunku do rękawiczek jednorazowych był jeszcze bardziej bezwzględny: „Są gorsze. Przenoszą wszystkie możliwe zarazki i wirusy. Kasjerka ma na nich wszystko. Jedyną ochroną przed wirusem jest mycie rąk”.
Na temat maseczek jednorazowych czytałam już tyle rzeczy, że sama nie wiem co o tym wszystkim myślec. Jeden z artykułów tłumaczył, że z ostatnich badań wynika, iż wirus Sars-CoV-2 może utrzymywać się na nich aż do 7 dni. Powstaje więc poważny problem jak i gdzie wyrzucać maseczki jednorazowe, które tak naprawdę chronią nas nie dłużej niż do 6 godzin. Później trzeba je ostrożnie zmienić i szybko się ich pozbyć.
Tymczasem Włochy (jak i zresztą wiele innych państw) przygotowują się do przejścia na etap drugi, czyli wychodzenie z kwarantanny i powrót do „nowej normalności”. Włoskiemu rządowi udało się wreszcie zgromadzić 49 mln maseczek jednorazowych, przeznaczonych dla tych, którzy wrócą do pracy w sektorze publicznym. Zostaną rozdane za darmo.
Aby przejść do drugiego etapu pandemii, nauczyć się współżyć z Covid-19 i jakoś funkcjonować do czasu wynalezienia szczepionki oraz zaszczepienia wszystkich, ludzkość będzie potrzebować miliardów maseczek jednorazowych.
Już dziś widzę na rzymskim bruku pierwsze porzucone maseczki i rękawiczki. Na Facebooku oglądam zdjęcia rybaków w Indich, którzy zbierają na plażach i wyławiają z oceanu maseczki i rękawiczki.
Maseczki i rękawiczki… – boję się pomysleć jak będzie wyglądał świat, gdy skończy się Covid-19.
Jedno jest pewne. Po czym poznamy, że pandemia skończyła się definitywnie? Kiedy będą oferować trzy maseczki w cenie jednej…
Patrzę na to niezwykłe zdjęcie z lat 20-tych ubiegłego wieku, zrobione w czasie „hiszpanki” (ojciec, matka, wujek, trójka dzieci i kot, wszyscy w białych, płóciennych maseczkach, kot też) i przychodzą mi dwie refleksje. Po pierwsze: kto wie jak my będziemy wyglądać na zdjęciach, które pozostaną po nas z czasów pandemii Covid-19 z 2020 roku i kto wie, jak będą patrzeć na nie ci, którzy będą się zmagać z kolejną pandemię za sto lat? Po drugie: czy nie moglibyśmy powrócić do białych, bawełnianych maseczek, które można prać, prasować, suszyć na słońcu, sterylizować w mikrofalówce i moczyć w spirytusie do woli? Wszystkie wielkie zarazy w historii, ludzkość przetrwała nosząc takie właśnie maseczki. Przynajmniej wychodzi się w nich dobrze na zdjęciach.
Używając jednorazówek myślcie nie tylko o waszym zdrowiu, ale i o zdrowiu Planety.
Człowiek nie może żyć w zdrowiu, gdy Ziemia choruje z jego przyczyny.

Rząd uderzy w ekologów?

Wysychające jeziora i rzeki zamieniające się w wąskie strumienie; przerwy w dostępach do wody i toksyczna mgła unosząca się nad miastami. Organizacje ekologiczne publikują coraz bardziej niepokojące raporty. Rząd PiS nie zamierza obojętnie się temu przyglądać.

Ale nie, nie planuje poważnie zająć się transformacją struktury energetycznej Polski czy nawet przeczytać wzmiankowanych raportów o jakości powietrza i wody. Zamiast tego zamierza przykręcić śrubę tym, którzy opisują politykę, która niszczy środowisko naturalne i zagraża naszemu zdrowiu.

PiS powołał niedawno nowy resort. Wielu zastanawiało się jakie będą kompetencje ministerstwa klimatu, za którego sterami zasiadł młody wilk z obozu Zbigniewa Ziobry – Michał Woś. Teraz rząd powoli odsłania karty.
Podczas dzisiejszego występu w Polskim Radiu minister Woś poinformował o powołaniu grupy roboczej, której zadaniem będzie „wypracowanie rozwiązań ustawowych doprecyzowujących zasady jawności działania organizacji proekologicznych”. Ministerstwo najwyraźniej chce przedstawić społeczeństwu organizacje upominające się o walkę z kryzysem klimatycznym jako agenturę obcych sił, chcących zaszkodzić Polsce.

Idealiści czy lobbyści?

– Powołałem grupę roboczą, które mają zaradzić nieuczciwemu zjawisku lobbingu. Społeczeństwu należy się pełna informacja o tych organizacjach. Za ładnymi hasłami kryją się czasami wielkie interesy biznesowe – mówił Woś w rozmowie z Dorotą Kanią.

Według Wosia organizacje ekologiczne są finansowane z podejrzanych źródeł. Tymczasem np. Greenpeace, którego działacze stworzyli kilka raportów szczególnie krytycznych wobec PiS, finansowany jest wyłącznie ze zrzutek i przedstawia sprawozdania. Ale i to niedobrze. Woś przyznał, że niepokoi go jest „bardzo duża liczba aktywistów, działających w różnych fundacjach czy stowarzyszeniach, którzy całe swoje życie oddają przyrodzie, oddają się w pełni jej ochronie”.