Polityka klimatyczna i zielona energia w Chinach

Zmiany klimatu powodują szereg problemów na świecie, w tym wzrost pustynnienia terenów, obniżenie areału terenów uprawnych, a także pojawianie się chorób przenoszonych przez organizmy, które wcześniej nie występowały w danym rejonie. Do katalogu problemów klimatycznych należy dołączyć zabezpieczenie produkcji i dostaw żywności oraz obawy przed wymuszoną migracją i destabilizacją społeczną. Z nierównomierną dystrybucją wody, suszami i powodziami borykają się również Chiny. W Europie natomiast, motywacją do przejścia na energię odnawialną są ogromne koszty importu surowców kopalnych.

O tym, czy Chiny mogą zostać „zielonym liderem” w kolejnej odsłonie cyklu Projekt Azja dr Marcin Jacoby rozmawiał z prof. Zbigniewem Karaczunem z SGGW i Oskarem Kulikiem z fundacji WWF Polska.
Eksperci zwrócili uwagę na potencjał Chin w zakresie odnawialnych źródeł energii i innowacji. Wskazali pozytywny trend, jakim jest wspieranie nauki, dzięki czemu chińscy naukowcy i doktoranci chętnie wracają ze studiów zagranicznych do Chin, bo wiedzą, że znajdą tam dobre zatrudnienie i będą szanowani. Innowacje przyczyniają się także do redukcji kosztów produkcji np. paneli fotowoltaicznych.
Deklaracja Chin dotycząca celu klimatycznego do 2060 roku spotkała się z pozytywnym odbiorem obrońców klimatu tym bardziej, że skuteczność realizacji chińskich zamierzeń w zakresie ochrony środowiska znalazła już odzwierciedlenie w XIII planie pięcioletnim.
Według założeń chińskiej polityki klimatycznej, do 2030 roku zużycie energii pierwotnej z niekopalnych źródeł energii osiągnie w Chinach poziom 25 proc., a łączna moc zainstalowana energii wiatrowej i słonecznej przekroczy 1,2 TW. Oskar Kulik w rozmowie dotyczącej Projektu Azja zauważył, że obecnie w Chinach co roku powstaje więcej nowych mocy niż jest łącznie zainstalowanych w Polsce.
Według szacunków chińskiej Narodowej Agencji Energetyki (NEA), po realizacji założeń XIV planu pięcioletniego, konsumpcja energii elektrycznej z odnawialnych źródeł energii w społeczeństwie chińskim wzrośnie o około 2/3, a udziału zielonej energii w pozyskaniu energii pierwotnej przekroczy 50 proc.
W założeniach planu pięcioletniego znalazła się też budowa nowoczesnej sieci energetycznej, umożliwiającej efektywne wykorzystanie energii pozyskanej ze źródeł odnawialnych i jej magazynowanie. Zhang Jianhua, prezes chińskiej Narodowej Agencji Energetyki (NEA), na konferencji prasowej w dniu 30 marca, w planach rozwojowych, obok energetyki wiatrowej i słonecznej wymienił inwestycje hydroenergetyczne, dostosowane do lokalnych warunków oraz magazynowanie w elektrowniach szczytowo-pompowych. Aby osiągnąć cele klimatyczne, chiński miks energetyczny uzupełni energetyka jądrowa.
Profesor Karaczun w rozmowie na temat polityki klimatycznej powiedział, że niezbędnym czynnikiem do osiągnięcia neutralności klimatycznej jest „przedefiniowanie wartości rozwoju wzrostu”. Nie mniej, dokąd stabilność sytuacji gospodarczej na świecie uzależniona jest od produktu krajowego brutto, działania podejmowane przez Chiny na rzecz ochrony klimatu nie mogą przejść niezauważone.

Koniec rzucania bidonami

Od 1 kwietnia Międzynarodowa Unia Kolarska (UCI) wprowadziła zakaz wyrzucania przez zawodników w czasie wyścigów jakichkolwiek odpadków. Także pustych bidonów. Za nieprzestrzeganie tego zakazu grożą surowe kary.

Pierwszą ofiarą nowego rozporządzenia UCI został 34-letni szwajcarski kolarz z grupy AG2R Citroen Michael Schar, który podczas rozegranego w minioną niedzielę klasyku Tour des Flandres rzucił bidon w kierunku grupki kibiców i został za to zdyskwalifikowany. Surowa kara wywołała oburzenie wśród pozostałych zawodników, a Schar na swoim profilu społecznościowym tłumaczył, że bidony pozostawiane na trasie wyścigów przez peleton top nie są żadne śmieci, tylko cenione przez kibiców pamiątki. „W spokojnych momentach w wyścigu zawsze trzymam w ręku bidon, a gdy zobaczę przy drodze dzieciaki, to delikatnie rzucam go tam, gdzie mogą go bezpiecznie złapać. Dla takich chwil kocham nasz sport. I nikt nie powinien nam tego odbierać”. Jego post polubiło ponad 60 tysięcy internautów, a Szwajcara wsparli znani kolarze, m.in. Greg Van Avermaet, Marcel Kittel, Richie Porte i Michał Kwiatkowski, a Chris Froome nawet opublikował filmik z rozgrywanego Wyścigu Dookoła Kraju Basków, w którym widać jak rzuca swój bidon kibicom. „W tym tygodniu coś takiego kosztowałoby mnie dyskwalifikację. Zabawne, UCI” – napisał czterokrotny zwycięzca Tour de France.
Wygląda jednak na to, że kolarze nic swoimi protestami nie zdziałają, bo działacze kolarskiej federacji obrali kurs na ekologię. Twardo postulują, by w kolumnie transportowej jeździły wyłącznie pojazdy z napędem hybrydowym albo elektrycznym, a obowiązujące od 1 kwietnia tego roku przepisy zakazujące w strefie 30-40 km przed metą wyrzucania odpadków, m.in. bidonów, opakowań po żelach energetycznych, części ubrań. Dyskwalifikacja nie jest jedyną sankcją za takie wykroczenia – grożą też utrata punktów i kary czasowe. Nad sensownością walki ze śmieceniem podczas wyścigach nikt nie dyskutuje, bo peleton potrafi zostawić za sobą setki kilogramów różnych odpadków.

Wioska w południowo-zachodnich Chinach rozwija się dzięki ekoturystyce

Guangming, wioska w południowo-zachodniej prowincji Yunnan, położona ponad 2000 metrów n.p.m. w autonomicznym powiecie Yangbi mniejszości etnicznej Yi, znana jest z produkcji orzechów włoskich. Jest domem dla 6000 drzew orzechowych o ponad 100-letniej historii.
Guangming, wioska w południowo-zachodniej prowincji Yunnan, położona ponad 2000 metrów n.p.m. w autonomicznym powiecie Yangbi mniejszości etnicznej Yi, znana jest z produkcji orzechów włoskich. Jest domem dla 6000 drzew orzechowych o ponad 100-letniej historii.
83 proc. powierzchni Yangbi pokryte jest lasami. Produkcja orzechów stanowi podstawę gospodarki tego powiatu.
W ostatnich latach cena orzechów włoskich spadła z 30 juanów za kilogram do około 10 juanów. Dlatego wioska Guangming zmieniła swoją strategię rozwoju i przekwalifikowała się z uprawy orzechów włoskich na ekoturystykę.
Li Bin, wieśniak z Guangming, który wcześniej sprzedawał orzechy włoskie w Internecie, obecnie prowadzi w wiosce ośrodek agroturystyczny. Ten trzydziestokilkuletniego mężczyzna jest świadkiem rozwoju wioski Guangming.
Słabe skomunikowanie wioski było kiedyś dużym problemem dla mieszkańców Guangming. Na szczęście ich sytuacja bytowa znacznie się poprawiła po wybudowaniu utwardzonej drogi i zorganizowaniu w 2008 roku festiwalu orzecha włoskiego, który przyczynił się do znacznego wzrostu cen orzechów włoskich.
Li wrócił do wioski Guangming w 2014 roku. Sprzedawał przez Internet sadzonki orzecha włoskiego i inne produkty rolne. Jednak od tego czasu cena orzechów włoskich zaczęła spadać. Ponadto, z uwagi na wysokość drzew orzechowych mieszkańcy wioski musieli zatrudniać wykwalifikowanych pracowników do zbierania owoców, co podniosło koszty produkcji.
Rok później wieś Guangming zaprosiła przedsiębiorstwa turystyczne do rozwoju ekoturystyki wiejskiej. W ubiegłym roku przychody wioski z turystyki wynosiły prawie 2 miliony juanów. Li również dołączył do branży, otwierając własny ośrodek agroturystyczny.
Rozwój wsi Guangming nie byłby możliwy bez pomocy władz lokalnych. Od 2008 r. prowadzonych jest wiele projektów dla wioski, które wspierają tworzenie sieci transportowej, parkingów i toalet turystycznych. „Tylko poprzez ulepszenie infrastruktury możemy pokazać nasze piękne otoczenie światu zewnętrznemu” – powiedział Yang Xin, rzecznik prasowy powiatu Yangbi, pracownik delegatury we wsi Guangming.
Ze względu na brak planowania i przemyślanych działań, biznes ekoturystyczny na początku nie działał zbyt dobrze, ale dzięki profesjonalnym firmom wprowadzonym do Guangming powstały zmodernizowane tereny widokowe, przyciągające coraz więcej turystów.
75 osób z 73 gospodarstw domowych w gromadzie Jiciping w wiosce Guangming pracuje w branży turystycznej w pobliżu własnego domu. Ich dochody wzrosły o ponad 1,8 miliona juanów. Ponadto, 42 gospodarstwa domowe zarobiły ponad 4 miliony juanów, wynajmując lub przekazując firmom turystycznym prawo zarządzania gruntem o łącznej wielkości 10 hektarów.
Władze Yangbi zorganizowały szereg szkoleń dla mieszkańców, pomagając im poprawić jakość usług. Szef partii w wiosce Guangming – Yang Xueming powiedział, że mieszkańcy wioski przybierają zupełnie nowy wygląd. Kiedyś uciekali przed komunikowaniem się z gośćmi, a teraz są entuzjastycznie nastawieni do rozmów z turystami.
„Wielu mieszkańców wioski wcześniej opuszczało wioskowe zebrania, dziś wszyscy chcą się przyłączyć, żeby nie umknęły im ważne informacje” – powiedział Wei Dingkui, dyrektor komitetu wioski.
Według Yang Jiana, zastępcy szefa komitetu eko-zarządzania wioski Guangming, kłusownictwo i nielegalne wyręby nie stanowią już problemu w wiosce. „Dzięki zalesieniom zawsze możemy zobaczyć dzikie zwierzęta. Poza tym, ustanowiliśmy również dwa punkty kontrolne, aby uniemożliwić nielegalne rozkopywanie terenów górskich”.
Do tej pory we wsi Guangming powstało 8 komitetów do spraw rzek, dróg, zwyczajów ludowymi, środowiska, ekologii, planowania, mediacji i spraw bezpieczeństwa. Wszyscy członkowie tych komitetów są mieszkańcami wioski.
Standaryzacja zarządzania wioską pomaga poprawić jej wizerunek – powiedział Ji Xiaodong, szef firmy rozwijającej turystykę w wiosce Guangmin. Dodał, że środowisko ekologiczne jest równie ważne jak powietrze.

Teza i antyteza

Wychodzę na zewnętrze co dzień, i nie mogę się pogodzić z tym, że taka ładna jesień tego roku ucieka nam w ostrym cieniu covidowej mgły. Liście żółkną, kasztany się czerwienią, smog jakby uleciał w niebyt, że aż szkoda siedzieć w domu. Przyroda, nawet ta miejska, odbiła na chwilę od dna. A jesień mamy w tym roku piękną…

Zastanawiałem się, kiedy siedziałem dziś w parku na ławce i patrzyłem na ten kobierzec, żółty i czerwony, ciesząc oczy widokiem, czy będzie na świecie tak, że po covidowym opamiętaniu, człowiek zacznie doceniać to, co matka natura mu dała. Będzie, na powrót, z szacunkiem, odnosić się do przyrody i jej majestatu. Tej przecież nie trzeba wiele, żeby udowodnić nam, że gdyby nie ludzie, żaden wirus byłby jej nie straszny. Starczyło raptem parę miesięcy oddechu, by pokazać nam, że Ziemia potrafi się bez człowieka obejść. W Wenecji pojawiły się na wiosnę delfiny w Canale Grande. Lasy w Polsce płonęły rzadziej, bo człowiek miał zakaz doń wchodzenia. Wywieziono dzięki temu zeń mniej śmieci i mniej zwierząt, wodnych i lądowych, zadławiło się plastikiem na łowiskach i w kniei. Wystarczyło trzymać człowieka z dala od przyrody, a efekt od razu był widoczny. Czy zatem, myślałem siedząc sobie w parku, może zdarzyć się tak, że człowiek wyciągnie jakieś wnioski z sygnałów, które dała mu natura? W końcu pandemia covidu to, jeśli odrzucić spiski, wynik nazbyt głębokiego ingerowania człowieka w świat zwierząt. Gdybyśmy nie chcieli zeżreć wszystkiego, co pełza i lata, bo jakiś półidiota powiedział kiedyś, że zupa z nietoperza dobrze robi na potencję i eliminuje brodawki, być może nie byłoby tego całego zamieszania. Jeśli jednak tak się już zdarzyło, czy przyjdzie potem na ludzki ród jakieś opamiętanie w działaniu, niechybnie prowadzącym nasz gatunek do samozagłady. Gdy tak dumałem na parkowej ławce, przyszły mi do głowy dwa wyjścia. Jedno nie wyklucza drugiego, choć obydwa są bardzo mało prawdopodobne. Dużo bardziej prawdopodobne są ich antytezy.

Pierwsze jest takie, że ludzie, sami z siebie, bez napomnień rządów i korporacji, opamiętają się i zaczną żyć w zgodzie z prawami natury i jej poszanowaniem. Zaczną bardziej doceniać życie które dostali, bo mają tylko jedno, i warto je mądrze przeżyć, gdyż nie wiadomo, kiedy się może skończyć. Uleci w powietrze współczesna mara nieśmiertelności; mit tego, że jak będziemy jędrni, młodzi i powabni, będziemy uczęszczać na fitness i wcierać w siebie drogie kremy, to nie pomrzemy. Okazuje się, że to wcale przed zejściem nie chroni, a covid tnie po uważaniu, chorego, chromego, ładnego, brzydkiego. Generalnie jednak warto bardziej przyłożyć się do dbania o zdrowie i zmiany świata, zaczynając od siebie. Na początek należałoby zastanowić się, co się je i ile. Później, skąd to jedzenie pochodzi i kto je wyprodukował; dalej-jakim kosztem i gdzie. Wreszcie, można sobie zacząć zadawać pytania, dlaczego mleko w sklepie jest dziś tańsze niż woda, a warzywa tak cholernie drogie. Gdzie tu sens i logika. No i przede wszystkim: kto na tym zarabia. Kiedy ludzie zaczną wątpić w to, czym karmiono ich dusze i ciała, może to pociągnąć za sobą realną zmianę społecznych zachowań, które w przyszłości zaskutkują bardziej świadomym społeczeństwem. Jedzącym mniej nietoperzy i rzadziej chorującym na odzwierzęce choroby. Świat przyrody będzie powoli wracał do równowagi. Tak jak świat ludzi i ich konsumpcji. Mleko będzie pochodzić z udoju od szczęśliwych krów, a jaja od kur, które grzebią w ziemi i zajadają się robakami, a nie paszą z mączki kostnej. Oczywiście jest też anty-rozwiązanie. Po miesiącach wyrzeczeń, zamkniętych knajp i sklepów, kiedy ogłoszą wreszcie koniec pandemii, ludzie rzucą się w wir zakupoholizmu. Nie będą patrzeć na nic, tylko nadrabiać zaległości. Wydawać kompulsywnie kasę na zbytki. Kupować bez opamiętania. Producenci będą z kolei prześcigać się w kolejnych promocjach promocji, a ludzie będą jak wygłodniałe lwy, wypuszczone z klatek. W miesiąc nadrobią rok locdownu.

Drugie rozwiązanie zaproponują za ludzi wielkie firmy i światowy biznes. Po chudych miesiącach covidu, światowa finansjera, dotknięta kryzysem, pojęła wreszcie, że sama doprowadziła do tej globalnej tragedii i należałoby się w końcu opamiętać, bo następnego takiego kryzysu nie przeżyje nikt. Musimy zatem, mówią korporacje, powściągnąć swoje ambicje i niezaspokojone rządze zysku, żeby matka Ziemia pożyła jeszcze kilkaset lat, bo jak tak dalej pójdzie, to wszystko się skończy szybciej, niż sądziliśmy. Przyroda wysyła nam wyraźny sygnał. Zbastujmy trochę z wyzyskiem środowiska, co najmniej na parę dekad, żeby planeta miała szansę odrobinę się odbudować, a później zastanowimy się, jak gospodarować zasobami racjonalniej. I jak pomyśleli, tak zrobili. Antyteza tej wizji wygląda z kolei tak: biznes, wygłodzony przez pandemię, po miesiącach posuchy, rzuca się na resztki dóbr ziemskich ze zdwojoną siłą, żeby nadrobić chude miesiące. Nie myśli o konsekwencjach. O tym, co stanie się z ludźmi: konsumentami, pracownikami. Ma jeden cel: odrobić jak najszybciej stracone miliony w jak najkrótszym czasie.

Dróg jest kilka. Z tylu z nich, każdy ma prawo wybrać źle. Którą pójdzie świat? Co nie bądź mi się kolebie w dyńce i mam swój typ. Być może nowy, amerykański prezydent, trochę zmieni globalny paradygmat. Tak przynajmniej deklarował w kampanii, że sprawy środowiska naturalnego będą mu drogie i bliskie. Na razie drogie jest zdrowe jedzenie od rolnika z pola, a tani syf w marketach, więc łatwo zgadnąć, po co sięgną i sięgają ludzie. Może warto, dla kromki chleba i kropli mleka na przyszłość, dziś podumać, skąd i jak trafiły wczoraj na nasz stół. Najlepiej na powietrzu. Póki jeszcze jest za darmo.

Klub wegański oraz ekologiczny

Forest Green Rovers to klub sportowy w liczącej niespełna siedem tysięcy mieszkańców angielskiej wsi. Chociaż został założony 131 lat temu, stał się szerzej znany dopiero dziesięć lat temu, gdy przejął go Dale Vince, właściciel firmy energetycznej Ecotricity, specjalizującej się produkcji tzw. zielonej energii.

Pod rządami Dele’a Vince’a Forest Green Rovers przeszedł radykalną przemianę stając się pierwszym całkowicie wegańskim klubem sportowym na Wyspach Brytyjskich. FIFA doceniła nowatorstwo tego projektu i przyznała Forest Green Rovers honorowy tytuł „najbardziej zielonego i przyjaznego środowisku klubu na świecie”. Na czym polegały zmiany dokonane przez nowego właściciela? W kilka lat od przejęcia klubu Dale Vince niemal we wszystkich aspektach jego działalności nakazał przestrzegać zasad ochrony środowiska. Murawę na stadionie New Lawn, na którym zespół rozgrywa mecze od 2006 roku, przycina się kosiarkami na energię słoneczną, trawę nawadnia wyłącznie wodą opadową, a do jej pielęgnacji nie stosuje pestycydów.
W klubie ogromną wagę przywiązuje się do recyclingu i ograniczeń w wytwarzaniu śmieci, Forest Green Rovers był też pierwszą organizacją sportową, której neutralność węglowa została uznana przez ONZ. Przy wsparciu firmy Vince’a, Ecotricity, klub korzysta z zielonej energii dzięki panelom fotowoltaicznym zamontowanym na dachu New Lawn. Ale właściciel klubu na tym nie poprzestaje i przygotowuje się do budowy nowego stadionu na pięć tysięcy miejsc, w całości wykonanego z drewna. Nawet koszulki meczowe i ubrania drużyny wykonywane są z ekologicznych materiałów, a cała kadra zespołu wraz ze sztabem szkoleniowym w klubie jadają wyłącznie wegańskie posiłki, które są także serwowane kibicom na stadionie podczas meczów.
Jak te wszystkie ekologiczne działania przekładają się na wyniki sportowe? Chyba nieźle, bo w ciągu dziesięciu lat rządów Dale’a Vince’a, któremu od niedawna pomaga jako współwłaściciel znany z proekologicznej pasji hiszpański piłkarz Arsenalu Londyn Hector Bellerin, zespół Green Rovers Forest po raz pierwszy w jego liczącej już 131 lat historii, trzy sezony temu awansował do zawodowej Ligue 2 (czwarty poziom rozgrywkowy w Anglii). W tym sezonie po siedmiu kolejkach tej liczącej 24 zespoły ligi zajmuje z dorobkiem 12 punktów ósmą lokatę. Bellerin w Green Rovers Forest znalazł pokrewne dusze, bo sam od trzech lat jest wegeterianinem, dał się też poznać z różnych akcji wspierających ochronę środowiska, m.in. zainicjował zasadzenie a Amazonii 50 tysięcy drzew.
Bellerin nie jest jedynym znanym piłkarzem walczącym o poprawę środowiska. Dołączyli do niego też Mathieu Flamini oraz Morten Thorsby z Sampdorii Genua. Pierwszy założył firmę wytwarzającą kwas lewulinowy, który ma być alternatywą dla ropy przy wytwarzaniu paliw. Drugi zakłada fundację, która ma pomagać klubom i zawodnikom w zmniejszaniu użycia węgla.

Globalny dualizm kryzysowy

Nie straszę Czytelników nieuchronną Apokalipsą ani też nie uspokajam i nie usypiam ich czujności na zasadzie: „ludzie, nic się nie stało, nic się nie dzieje i nic się nie stanie”! Wręcz przeciwnie.

Czarno to widzę:
ale bez przesady – jest to istotnie spojrzenie na rzeczywistość przez „czarne okulary”, wszakże spojrzenie jak najbardziej realistyczne. Życie nauczyło mnie zimnego realizmu i nieugiętego obiektywizmu. Faktem jest, przyznaję bez bicia, że za czasów studenckich patrzyłem na świat przez „różowe okulary”, nader optymistycznie i surrealistycznie. Ale naonczas moja wiedza cywilizacyjna była jeszcze fragmentaryczna. Stałem się wtedy niepoprawnym umiarkowanym optymistą/surrealistą. Ale jeszcze bardzo dużo musiałem się nauczyć o rozwoju i o niedorozwoju cywilizacji ludzkiej, aby, jako tako, rozumieć, o co naprawdę w tym chodzi? Takoż nauka ta sprawiła, iż, po wielu latach stałem się, nolens volens umiarkowanym pesymistą/realistą. W takim duchu tworzę też niniejsze opracowanie, marząc o tym, aby powrócić kiedyś do statusu umiarkowanego optymisty/realisty; ale mam świadomość, iż raczej to niedoczekanie moje (i nasze wspólne). Dziwię się przeto współczesnym młodzikom, nie tylko lemingom i lemurom, którzy już się zgrywają bezpodstawnie i bezwiednie na optymistów/surrealistów.
Najpierw parę słów o tytule, który, zresztą, mówi sam za siebie i sygnalizuje treści, które chcę poruszyć. De facto, żyjemy z czasach dwóch monstrualnych i równoczesnych kryzysów globalnych – pandemicznego i ekonomicznego. Każdy z tych kryzysów z osobna może okazać się zabójczy dla rodzaju ludzkiego i dla życia na Ziemi, a co dopiero oba razem do kupy?! Ww. kryzysom makro towarzyszy multum pomniejszych kryzysów, równie groźnych, a mianowicie: finansowy, społeczny, ideologiczny, ekologiczny, klimatyczny, strategiczny/militarny, terrorystyczny, oświatowy, żywnościowy, rasowy, religijny i wiele, wiele innych. Oto parę tzw. makro danych dla uzasadnienia hipotezy o szkodliwości dualizmu kryzysowego dla rodzaju ludzkiego: według stanu na dzień 16.09.2020 r., liczba chorych na COVID – 19 w świecie wyniosła 29.582.122 osoby, a liczba zgonów – 935.211 (odpowiednie dane dla USA: 6.606.561 i 195.942). Zaś jeśli chodzi o globalny kryzys gospodarczy, to stopa wzrostu światowego na 2020 r. prognozowana jest na (minus) – 4,9 proc., czyli o około 2 proc. mniej niż zakładały prognozy przed pandemiczne. Z kolei, stopa „wzrostu” (czyli spadku gospodarczego) w USA w roku 2020 wyceniana jest na (minus) – 4,9 proc. !
Niniejsze opracowanie koncentruje się, w szczególności, na ewolucji cywilizacji ludzkiej, fauny i flory na Ziemi, na rozwoju społeczno – gospodarczym w okresie post jałtańskim i po obaleniu „muru berlińskiego”. Analiza prezentuje się więc w oryginalnym ujęciu dynamicznym, adekwatnie do rozwoju wydarzeń, często znacznie je wyprzedzając w czasie bądź też analizując je skrupulatnie in statu nascendi lub post factum. Jeśli zaś chodzi o treści, to – w ogólności – relatywnie mało jest opracowań na omawiane tematy kojarzących elementy politologiczne, ekonomiczne, finansowe, strategiczne, społeczne i ekologiczne. Zaś od strony metodologicznej – moje podejście jest spokojne, racjonalne i wyważone oraz wolne od skrajności. Piszę wprost, po ludzku, o tym, jak rzeczy mają się „tak naprawdę”.
O trudnych sprawach piszę zdecydowanie i odważnie, gdyż taką mam już naturę. Nie taję, przy tym, iż odczuwam dużą satysfakcję z tego powodu, że niemało moich prognoz sprzed wielu lat sprawdza się obecnie co do joty (np. w sprawach globalnych, amerykańskich, chińskich, kryzysowych czy dotyczących zjednoczenia i rozwoju Niemiec). Ale jednocześnie przykro mi, że ostrzeżenia „proroków”, futurologów i wielu mądrych ludzi na świecie – to ciągle głosy „wołających na puszczy”, z reguły lekceważone przez decydentów. Dlatego też jest tak, jak jest; a będzie jeszcze „lepiej”. Jednak mój dylemat psychologiczno – intelektualny jest poważny: czy słuszniej jest nie wiedzieć o pewnych „strasznych rzeczach” i spać spokojnie; czy też wiedzieć o nich rzetelnie i również… spać spokojnie. Z obydwu możliwości tej alternatywy wybieram tę drugą, postępując zgodnie z zasadą: „cogito ergo sum” („myślę więc jestem”).
Główny wniosek ogólny, wynikający z własnych analiz politologicznych, ekonomicznych, socjologicznych i filozoficznych z okresu całego mego świadomego życia i pracy, jest jednak dość przygnębiający: sytuacja ludzi i innych istot żywych na Ziemi oraz naszej planety – jako instytucji wszechświatowej pogarsza się nieustannie i coraz bardziej wraz z upływem czasu. Tymczasem, zdecydowanej większości Ziemian, ciągle żyjących w błogiej nieświadomości i, nierzadko, nadmiernie przemądrzałych, wydaje się nadal, że jest wręcz odwrotnie, czyli coraz lepiej!? Traktują oni pobożne życzenia jako realia i usiłują budować swą przyszłość na kruchej tafli lodu teraźniejszości. Dotyczy to, w szczególności, pokolenia kryzysowego (30 – 40 latków), licznych ww. lemingów i lemurów, szaro komórkowych analfabetów i półanalfabetów, młodych i wiecznie młodych internautów oraz półinteligentów ślizgających się leniwie po powierzchni zjawisk zamiast ich zgłębiania. Słowem, wszystkich tych (i im podobnych), których Mario Monti, były premier włoski, określił mianem „zmarnowanego (straconego) pokolenia” („generazione perduta”), w wykładzie dnia 23 sierpnia 2012 r., w Rimini. Jednym słowem, Żyjemy w czasach wielkich dylematów i paradoksów. Oto kilka najbardziej szokujących spośród nich:
a. pokój – wojna.
Niby nie doszło III wojny światowej w starym stylu, choć nie ma pewności, że już nigdy do niej nie dojdzie?! Ale w okresie po II wojnie, było zaledwie kilka tygodni rzeczywistego pokoju, kiedy nigdzie nie grały armaty i rakiety oraz nie lała się krew. Obecnie trwa też wiele wojen domowych i regionalnych oraz conajmniej cztery „branżowe” wojny światowe: ekonomiczna, surowcowa, informatyczna i terrorystyczna (zwyczajny terroryzm walczy z terroryzmem państwowym i vice versa);
b. nędza – bogactwo.
Stale pogłębia się przepaść między biegunem nędzy a biegunem bogactwa w poszczególnych krajach i w skali światowej. Kryzys globalny nasilił to zjawisko. Według najnowszych danych MFW – w Luksemburgu występuje największy PKB per capita – 113.196 USD (!); zaś najniższy – w Sudanie Południowym, zaledwie 275 USD. Kilka miliardów ludzi dysponuje zaledwie kwotą 1 – 2 USD na dzienne utrzymanie, zaś fortuny kilku procent bogaczy wzrosły niebotycznie. Znane hasło alterglobalistów amerykańskich: „99 proc. biednych i 1 proc. bogatych w USA i na świecie” jest prawdziwe lub bliskie prawdy;
c. humanizm – zezwierzęcenie.
W zastraszającym tempie postępuje dehumanizacja i brutalizacja stosunków międzyludzkich i międzynarodowych. Człowiek oraz jego dobro i życie liczy się coraz mniej. Starożytne powiedzenie: „homo homini lupus est” nabiera teraz przerażających rozmiarów i tragicznego wydźwięku. Człowiek oddala się coraz bardziej od swego ideału/pierwowzoru stworzonego przecież „na obraz i podobieństwo boże”. To wynik neoliberalnej ideologii pieniądza i związanej z nią praktyki, nędzy szerzącej się w świecie, braków surowcowych, żywnościowych i enegretycznych oraz powszechnej anarchizacji, degradacji i demoralizacji życia i ludzi, szczególnie przy pomocy zdradliwego internetu, opacznej edukacji oraz sprzedajnych, prowokacyjnych i stronniczych mediów. Na tym gruncie nasilają się coraz bardziej zjawiska nacjonalistyczne, fundamentalistyczne, faszyzujące i terrorystyczne;
d. postęp – zacofanie.
Jest to chyba najbardziej niepojęty z wielkich paradoksów cywilizacyjnych. Bowiem imponujący współczesny postęp naukowo – techniczny i praktyczne zastosowania jego owoców poprawiają sytuację tylko nielicznej grupy Ziemian (majętnych, wpływowych i utalentowanych); podczas gdy przygniatająca większość spośród nich pogrąża się coraz bardziej w otchłani tzw. wykluczenia (głód, choroby, bezrobocie, analfabetyzm, ciemnota, prześladowania, destrukcja środowiska naturalnego, zmiany klimatyczne, ekstremalne zjawiska pogodowe, brak czystej wody i in.). Współczesnych paradoksów tego rodzaju jest znacznie więcej.
Jednocześnie najbardziej dosadnym zewnętrznym wyrazem ilustrującym ewolucję pogarszającej się sytuacji w łonie społeczności ludzkiej są fluktuacje poziomu napięcia w stosunkach międzynarodowych. Nie dysponujemy niezawodnymi instrumentami pomiarowymi owego poziomu i jednoznacznymi wynikami badań tego rodzaju. Można podawać jedynie przybliżone dane, na które składa się suma (wypadkowa) przeróżnych czynników generujących wzrost lub obniżanie poziomu napięcia. Najogólniej rzecz ujmując, w okresie postjałtańskim, kształtuje się ono sinusoidalnie, raz wyżej, raz niżej. I tak, po krótkotrwałej euforii zwycięstwa nad faszyzmem, nacjonalizmem i militaryzmem niemiecko-japońsko-włoskim, dość szybko nastała „zimna wojna” między Wschodem i Zachodem oraz szaleńczy wyścig zbrojeń, także w zakresie broni masowej zagłady i środków jej przenoszenia. Zapoczątkowano militaryzację kosmosu. Kolejne wojny: koreańska, indochińska (szczególnie wietnamska), afgańska, bliskowschodnia i wiele innych pomniejszych, kryzys kubański a nawet zbrojna konfrontacja radziecko-chińska itp. znacznie podwyższyły poziom napięcia. Pokojowa przyszłość naszej cywilizacji zawisła na włosku i wisi na nim w dalszym ciągu.
Na krótko, opamiętanie nadeszło w latach 70-tych XX wieku dzięki odprężeniu, niezaangażowaniu i pokojowemu współistnieniu. Ich symbolem była KBWE i tzw. proces helsiński. Temu zawdzięczamy, m.in., pozytywne przemiany w Europie (gdzie zapoczątkowane zostały przecież dwie wojny światowe!). W wyniku tych przemian możliwe było powstanie i rozszerzanie Unii Europejskiej. Nieco później, swoistym bezprecedensowym fenomenem dziejowym był fakt, iż rozpad ZSRR (i tzw. imperium radzieckiego) oraz zjednoczenie Niemiec (obalenie „muru berlińskiego”) dokonało się bez wojny światowej. Globalny system jednobiegunowy (USA), który powstał na gruzach dwubiegunowego, przyniósł jednak fatalne owoce dla naszej cywilizacji (wojny regionalne, kryzys globalny i in.). USA uwierzyły, wprawdzie na krótko, w swoją dominację, dyktaturę, nieomylność i niezwyciężoność w świecie, usiłując wprowadzać w nim Pax Americana. W wyniku tego, Stany Zjednoczone wywołały kolejne wojny: w Zatoce Perskiej, w Afganistanie, w Iraku, w Syrii, na Bałkanach i in. oraz wojny hybrydowe.
Nie wygrały jednak żadnej z tych wojen. Ubocznym efektem irracjonalnej Pax Americana jest także ogromna fala rewolucji i ruchów społecznych w państwach islamskich Afryki Północnej i Bliskiego Wschodu oraz morze krwi przelewanej np. w Libii, w Syrii, w Egipcie, w Iraku i w Afganistanie (nadal), w Pakistanie i in. Plus dramat emigrantów i uchodźców! W pierwszych dekadach XXI wieku poziom napięcia globalnego znów poszedł niebezpiecznie do góry, tym bardziej, iż sytuacja pogorszyła się również na Dalekim Wschodzie (np. między Chinami, USA i Japonią) oraz w stosunkach rosyjsko-amerykańskich. W sumie, nawet jeśli ów poziom napięcia kształtuje się nadal sinusoidalnie, to jego wypadkowa (w linii prostej) unosi się jednoznacznie ku górze. Na tym polega wielkie niebezpieczeństwo dla świata, tym bardziej, iż nie wiadomo dokładnie, gdzie znajduje się granica bezpieczeństwa, której nie wolno przekroczyć. W tej sytuacji, niewyobrażalne nieszczęście może zdarzyć się w każdej chwili, nawet przez przypadek, np. wygłup szaleńca, błąd człowieka, wadę sztucznej inteligencji, awarię robota czy komputera itp.
Treści merytoryczne :
W naszych czasach (i w całej historii cywilizacji ludzkiej) negatywy (i straty) rozwojowe znacznie dominują nad pozytywami (i korzyściami). Ogólny (całościowy) bilans dokonań Ziemian jest ujemny/negatywny. Jeśli coś udało się im osiągnąć (np. kolonizacja, odkrycie Ameryki, dekolonizacja, postęp naukowo-techniczny i in.) to – jakże często – w wyniku… wojen lub przygotowań do wojowania. Koszty uzyskania osiągnięć są więc nieproporcjonalnie wysokie w stosunku do ich wartości. Teraz jednak bez porównania większa i groźniejsza jest dysproporcja i skala tego zjawiska (np. „demokratyzacja” czy „amerykanizacja” Iraku, Afganistanu, Libii, Egiptu, Syrii i in. czy nawet Ukrainy i Polski za cenę zadłużenia, morza krwi, strat i Himalajów zniszczeń). Tym bardziej, że USA i Zachodowi chodzi, przy tym, o własne interesy ekonomiczne i strategiczne, o osłonę Izraela, o ropę naftową i o gaz a nie o „demokratyzację” producentów tych surowców i innych uległych partnerów.
Uzasadnienie merytoryczne pogarszającej się – generalnie – sytuacji Ziemian i Ziemi zacznijmy od aspektów geopolitycznych. W tym zakresie, największym problemem i niebezpieczeństwem zarazem jest notoryczny brak efektywnego i optymalnego ładu międzynarodowego oraz systemu (ustroju) polityczno – społecznego w poszczególnych krajach (z nielicznymi wyjątkami, typu Chiny, Szwajcaria czy państwa skandynawskie). Można wręcz stwierdzić, iż pożądany i funkcjonalny ład międzynarodowy nie istniał nigdy w całej historii naszej cywilizacji. Ciągle walczy się o „nowy ład”, a przecież odpowiedniego starego ładu nie było! Jeśli by istniał, to nie byłoby tylu wojen i tylu nieobliczalnych i niepotrzebnych ofiar i strat, a rozwój świata dokonywałby się w normalnym trybie i dla dobra wszystkich Ziemian.
Wielcy wodzowie starożytności i średniowiecza, a później: Napoleon, Hitler, Stalin, czy Reagan usiłowali tworzyć „łady” regionalne czy światowe na miarę swej wybujałej wyobraźni i ambicji supermocarstwowych, ale żaden z nich nie przetrwał zbyt długo. Również w okresie postjałtańskim pojawił się układ sił (ład) dwubiegunowy i jednobiegunowy, ale one oba także wylądowały na śmietniku historii. Doczekaliśmy się czasów, kiedy – zamiast sensownego ładu – mamy pustkę systemową i anarchizujący nieład globalny w tej mierze. Obłudne i nieskuteczne poszukiwania ładu (np. na forum ONZ) trwają nadal, choć mało kto wie, jak ów ład ma wyglądać? Pewne nadzieje należy wiązać jednak z wielobiegunowym układem sił na świecie, pojawiającym się już na horyzoncie. Tworzą się nowe ośrodki siły i lokomotywy (pomyślniejszego?) rozwoju naszej cywilizacji: Chiny, BRICS, ASEAN, Unia Afrykańska i in. Jednak, mimo zapału i entuzjazmu promotorów, kreowanie ładu wielobiegunowego następuje powoli i napotyka na ogromne przeszkody, głównie w postaci wzrostu napięcia międzynarodowego i kryzysu globalnego oraz oporu materii ze strony starego antysystemu.
Istotnym elementem obecnego nieładu międzynarodowego są tzw. organizacje pozarządowe (NGOs = Non-Governmental Organizations). Ich liczby idą w miliony. Niestety, ilość nie poprawia jakości ich działania. Wręcz przeciwnie. Liczba NGOs funkcjonujących na arenie międzynarodowej wynosi już ponad 50.000. Zaś w skali krajowej jest ich znacznie więcej: Indie – 3,5 mln (!); USA – 1,5 mln; Rosja – 277.000 itp. Nie ma praktycznie dziedziny życia i pracy, w której nie funkcjonowałyby NGOs. Ich działalność jest jednak bardzo mało efektywna; razi w niej dublowanie i brak koordynacji poczynań. Dlatego też, w rzeczywiście nowym ładzie międzynarodowym, anachroniczny i rozdęty system NGOs wymagałby radykalnej redukcji, optymalizacji i uzdrowienia. Organizacje te powinny skutecznie pomagać społeczeństwom i ludziom w potrzebie, państwom, rządom i całemu światu w rozwiązywaniu wielkich problemów i wyzwań współczesności.
Radykalnych reform i sanacji wymaga także przestarzały system rządowych organizacji międzynarodowych, szczególnie ONZ (i tzw. United Nations Family). Powstały one w diametralnie odmiennej sytuacji, niekiedy jako bękarty zmowy jałtańskiej. I od tamtej pory się nie zmieniły. Pozostały one, w zasadzie, tylko forum dyskusyjnym i propagandowym, maszynką do głosowania i, przez długi czas, potulnym elementem w prowadzeniu polityki globalnej USA. Nie może dalej być tak, iż postjałtańscy stali członkowie Rady Bezpieczeństwa ONZ dysponują nadal prawem weta i decydyją samowolnie za innych. Skład Rady nie odzwierciedla współczesnego układu sił na świecie (Indie, Japonia, Australia, Iran, RPA, Nigeria, Brazylia, Niemcy, Kanada itp.?). Wielkie koszty utrzymania ONZ i innych organizacji międzynarodowych nie przekładają się na pożądane efekty ich działalności. Np. szokuje opieszałość i impotencja ONZ w sprawach bliskowschodnich, ekologicznych, społecznych, terrorystycznych i w wielu innych. „Medice cura te ipsum” („lekarzu wylecz się sam”) – chce się powiedzieć.
Na ogólny nieład światowy nakłada się, co gorsza, brak odpowiedniego i optymalnego systemu (ustroju) w poszczególnych krajach (z ww. nielicznymi wyjątkami). W okresie pre– i postjałtańskim, następujące po sobie systemy waliły się jak domki z kart: neokapitalizm, liberalizm, faszyzm, sowietyzm i, wreszcie, amerykański skrajny neoliberalizm. Właśnie owe liberalizmy („niewidzialna ręka rynku” itd.) wywołały dwa wielkie kryzysy globalne, z których pierwszy doprowadził do II wojny światowej. Na palcach jednej ręki można by policzyć dziś te państwa (spośród ponad 200-tu istniejących), które dysponują klarownym, optymalnym i efektywnym systemem polityczno-społeczno-gospodarczym. Nie ma go nawet w USA! Tragiczny to bilans „ewolucji systemowej” naszej cywilizacji w okresie minionych 5.000 –7.000 lat! Także w tej sferze występuje obecnie dotkliwa i bardzo niebezpieczna luka systemowa, która powinna trwać jak najkrócej, ale usuwanie której wydłuża się w nieskończoność. Fachowcy pytają: co po skrajnym neoliberaliźmie? Autentyczna demokracja? Społeczna gospodarka rynkowa? Model chiński? Model szwajcarski? Nie ma jednoznacznej odpowiedzi na to kardynalne pytanie. W każdym razie, nasza cywilizacja wkroczyła w postamerykański etap swego rozwoju; są przeto niemałe szanse na to, że będzie on lepszy od poprzednich etapów. Ale kiedy?
Wydaje się wszakże, iż – w okresie przejściowym – można by zaproponować szwajcarsko-skandynawski model demokracji, polityki zagranicznej i społecznej gospodarki rynkowej, w odniesieniu do krajów rozwiniętych i do niektórych emerging nations; zaś model chiński, z odpowiednimi modyfikacjami, w stosunku do państw rozwijających się. Ale byłyby to tylko rozwiązania tymczasowe, nie gwarantujące trwałej poprawy sytuacji w świecie i w poszczególnych krajach oraz obniżenia poziomu napięcia międzynarodowego. W tym kontekście, dość karykaturalnie prezentują się pozorowane starania niektórych ludzi i instytucji, szczególnie ONZ, ws. wprowadzenia tzw. zrównoważonego rozwoju (sustainable development). Na ogół, kończy się to gadulstwem na kosztownych konferencjach światowych (np. w Monterrey, w Johannesburg’u, w Paryżu itd.) oraz brakiem konkretnych poczynań realizacyjnych. Szkoda, bowiem sama idea zrównoważonego rozwoju (społeczno-gospodarczo-ekologicznego) jest dobra i odpowiednia celem rozwiązywania wielkich problemów naszych czasów. Ale, póki co, niemożliwa do praktycznego urzeczywistnienia – z uwagi na ww. przeszkody, brak środków i konflikty interesów, szczególnie pomiędzy supermocarstwami. Sytuacja pandemiczna jest tego wymownym świadectwem.
Spośród geostrategicznych przyczyn
systematycznego pogarszania się sytuacji Ziemian i Ziemi wymienić należy na pierwszym miejscu odwieczną skłonność natury ludzkiej do rozwiązywania istniejących problemów, sporów i konfliktów przeważnie metodami siłowymi (niepokojowymi – Hard Power). Jednak, o ile kiedyś metody te nie stanowiły aż tak wielkiego zagrożenia dla całej ludzkości i dla życia na Ziemi, to obecnie, poczynając od Hiroszimy, od Nagasaki i od… COVID -19 kryją one w sobie śmiertelne niebezpieczeństwo dla wszystkich. Hard Power (siła oręża), wielkie i coraz nowocześniejsze potencjały militarne supermocarstw oraz ich konfrontacja stanowią jedno z największych zagrożeń dla życia na Ziemi. Obok wyżej wymienionych, kolejnym wielkim paradoksem naszych czasów jest fakt, iż postęp naukowo – techniczny oraz najwspanialsze wynalazki geniuszu ludzkiego i sztucznej inteligencji (komputerowo –robotowej) dokonywane są, z reguły i w pierwszym rzędzie, z myślą o ich zastosowaniach militarnych (np. bomby nulearne, satelity szpiegowskie, internet, nanotechnologie, robotyzacja pola walki, drony, wojny hybrydowe, perspektywy wojen kosmicznych i in.). W sprawach geostrategicznych przedstawiam jedynie najważniejsze nowalijki, stanowiące zarazem największe niebezpieczeństwo dla Ziemi i dla Ziemian:
ewolucja doktryn militarnych.
W okresie postjałtańskim, największe skłonności agresywne i wojownicze wykazywały niezmiennie: USA, ZSRR, Izrael oraz byłe mocarstwa kolonialne: W. Brytania i Francja. Pozostali czołowi agresorzy, szczególnie Niemcy i Japonia, byli raczej potulni po swej wielkiej klęsce w II wojnie światowej. Jestem jednak przekonany, iż nie powiedziały one jeszcze ostatniego słowa w tej mierze. Niemcy posiadają już jedną z najnowocześniejszych armii świata. Zaś Japończycy przekształcają swe „siły samoobrony” w regularną i też bardzo nowoczesną armię. Starożytna zasada: „si vis pacem, para bellum” („jeśli chcesz pokoju, to szykuj się do wojny”) stosowana jest nadal w całej rozciągłości. Towarzyszy temu przyspieszona ewolucja i modernizacja doktryn militarnych (praktycznie) wszystkich państw, szczególnie supermocarstw, NATO, Wspólnoty Niepodległych Państw czy Szanghajskiej Organizacji Współpracy. Od konferencji jałtańskiej do upadku systemu jednobiegunowego (2009 r.), względny pokój światowy był utrzymywany na zasadzie odstraszania broniami masowej zagłady, równowagi strachu oraz tzw. MAD (Mutually Assured Destruction = zapewnione wzajemnie zniszczenie). Tzn., iż, państwo zaatakowane np. bronią rakietowo-nuklearną, miałoby jeszcze dość sił, aby zadać niszczycielski cios odwetowy stronie atakującej. Były (i są) to doktryny nonsensowne, absurdalne i bardzo niebezpieczne.
Gwałtowny postęp w zakresie technologii i techniki militarnej, komputeryzacja i robotyzacja pola walki, straty poniesione w wyniku kryzysu globalnego, militaryzacja gospodarki celem odrabiania tych strat, rywalizacja o surowce, o rynki zbytu i in. sprawiają, iż siły zbrojne poszczególnych państw, szczególnie najbardziej agresywnych supermocarstw, elastycznie i pospiesznie modyfikują swe doktryny militarne – stosownie do nowych uwarunkowań. Istota tych zmian polega, przede wszystkim, na uzyskaniu możliwości zadania od razu nokautującego ciosu przeciwnikowi, na maksymalnym odsunięciu potencjalnego pola walki od własnego terytorium oraz na stosowaniu tzw. udrzeń wyprzedzających (pre-emptive strikes). W przypadku realizacji takich doktryn w praktyce, polem walki może stać się cała Ziemia.
W oparciu o nie, US Army walczy z przeciwnikami w odległym Afganistanie, a władze Stanów Zjednoczonych nadal usiłują odwracać uwagę Amerykanów od poważnych problemów wewnętrznych, narzucać Pax Americana innym, szczególnie na Bliskim i Środkowym Wschodzie oraz powracać, de facto, do nierealnej już roli supermocarstwa jednobiegunowego (trumpowska America First and Make America Great Again Policy) . Nie jest to jednak możliwe, z uwagi na osłabienie USA w wyniku dualizmu kryzysowego i na zmianę układu sił w świecie na ich niekorzyść. Inne supermocarstwa, szczególnie Chiny i Rosja, podchodzą nadspodziewanie spokojnie do awanturniczej i wojowniczej polityki USA, np. w kwestii Afganistanu, Iraku, Egiptu, Syrii i in. Jest to bowiem polityka samobójcza, w związku z czym nie należy „pomagać” Waszyngtonowi w jego dążeniu do popełnienia samobójstwa, jeśli tylko on sam tego tak bardzo pragnie! Co gorsza, wielomiliardowe i mało efektywne nakłady na wojowanie pogarszają katastrofalną sytuację budżetową w USA oraz zwiększają ich łączne zadłużenie do niebotycznych rozmiarów (skumulowane długi Stanów Zjednoczonych – państwowy, korporacyjny, konsumencki, zagraniczny i ukryty – sięgają już około 210 bln USD, czyli prawie 10-cio krotnej wartości PKB, który, w 2019 r., wyniósł 21,44 bln USD) – w kategoriach PPP;
nowy etap wyścigu zbrojeń.
Na początku XXI wieku świat wkroczył w nową – jakościowo – fazę wyścigu zbrojeń. Zdawać by się mogło, że upadek Związku Radzieckiego i systemu dwubiegunowego osłabi nieco tempo zbrojeń. Tak się jednak nie stało. Globalne nakłady na cele militarne oscylowały, w owym czasie, na poziomie 2 bln USD rocznie; dokładnie – 1,822 bln USD – w roku 2019 [5]. Same Stany Zjednoczone przeznaczały na te cele około 700 mld USD rocznie. Wyścig był stymulowany przez wojny rozpętane i prowadzone przez USA, szczególnie w Iraku, w Syrii i w Afganistanie oraz przez ogólny wzrost napięcia międzynarodowego i przez zjawiska kryzysowe. Te ostatnie zmusiły rządy do niewielkich cięć i oszczędności w budżetach wojskowych, ale i tak utrzymują się one na bardzo wysokim poziomie. De facto, zdecydowana większość krajów, także najbiedniejszych, podnosi swe nakłady na cele militarne. Za nową jakość uzbrojenia trzeba płacić znacznie więcej niż za starą ilość (duża liczebność „siły żywej”, ciężkiej broni pancernej, artylerii, samolotów, okrętów bojowych itp.); ich udział w nowoczesnych siłach zbrojnych będzie ograniczany do niezbędnego minimum. Spirala wyścigu zbrojeń kręci się z coraz większą szybkością. Prym w wyścigu modernizacyjnym w zakresie sił zbrojnych wiodą: USA, Rosja, Chiny, Japonia, Izrael i in. Poza klubem nuklearnym, już kilkadziesiąt państw świata może wejść w posiadanie tej czy innych broni masowej zagłady. Casus syryjski jest wielce wymowny w tym względzie.
Wymienione wyżej sumy mogą jednak nie wystarczyć na finansowanie przestawiania sił zbrojnych na nowe tory jakościowe, szczególnie na komputeryzację i na robotyzację pola walki. Jej dobitną ilustracją są już rakiety samosterujące (np. typu tomahawk), inne precision guided missiles oraz tzw. drony (drones = samoloty bezzałogowe). Uderzają one w wyznaczone cele z ogromną precyzją i siłą. Następuje szybko doskonalenie (i miniaturyzacja) wszelkich broni masowej zagłady, środków jej przenoszenia, przy jednoczesnym zwiększaniu mocy uderzeniowej i niszczycielskiej oraz militaryzacja przestrzeni kosmicznej. Istnieje ryzyko, iż mądre roboty i komputery oraz inne instrumenty bazujące na sztucznej inteligencji, mogą wymknąć się spod kontroli człowieka, wydawać rozkazy same sobie i wówczas totalna zagłada życia na Ziemi byłaby prawie nieunikniona. Zdaniem strategów izraelskich, siły zbrojne tego państwa potrzebują około pięciu lat na całkowite przestawienie się na nowe tory jakościowe oraz na kompleksowe unowocześnienie. Liczą oni na to, iż – w ww. okresie czasu – islamscy sąsiedzi (Syria, Egipt, Irak, Libia, Liban, Jemen, Palestyna i in.) nie będą w stanie zaatakować Izraela – z uwagi na trudności gospodarcze oraz niepokoje i perturbacje społeczno-polityczne w tych krajach. W tym sensie, owe niepokoje są bardzo na rękę państwu żydowskiemu, które podsyca ten ferment islamski;
wojny z terroryzmem.
Niestety, sprawdziły się w znacznym stopniu prognozy futurologów izraelskich (sprzed kilkudziesięciu lat) nt. zasadniczej zmiany charakteru przyszłych wojen – nie państwo z państwem, nie armia z armią, nie grupa państw z grupą państw, nie koalicja armii z koalicją armii itp.; lecz państwa (armie) z siłami terrorystycznymi i vice versa. Punktem zwrotnym na gorsze w tych przemianach i procesach był dzień 9 września 2001 r. (tzw. nine-eleven) – atak samolotami pasażerskimi na 2 wieżowce World Trade Center w Nowym Jorku i na inne obiekty w USA. Okoliczności tego ataku nie zostały jeszcze wyjaśnione do końca. Nawet wielu obywateli amerykańskich nie kryje swych wątpliwości w tym względzie. Niemniej jednak władze USA uznały to za wygodny pretekst do intensyfikacji swej globalnej wojny z terrorystami (war on terror). Ze zwiększającą się intensywnością trwa ona już kilkanaście lat. Ale konsekwencje tej konfrontacji globalnej są, póki co, bardzo odległe od oczekiwań i zamiarów promotorów amerykańskich i zachodnich – w ogólności. Żaden kraj i żadne społeczeństwo nie jest już wolne od zagrożenia terrorystycznego. Terroryści atakują, z reguły, z zaskoczenia. Obywatele żyją w coraz większym strachu – nigdy nie wiadomo, kiedy, czym, jak i gdzie mogą oni uderzyć? Zamiast osłabienia ugrupowań i sił terrorystycznych mamy do czynienia z ich umocnieniem i z ożywieniem ich działalności nieomalże w całym świecie. Nawet zamordowanie Osamy ben Laden’a nie zneutralizowało al-Kaidy i jej poczynań. Wręcz przeciwnie!
Inny paradoks: formacje talibańskie zostały kiedyś utworzone, wyszkolone, uzbrojone i finansowane przez USA/CIA celem walki z wojskami radzieckimi w Afganistanie. Jednak, po ich wycofaniu się stamtąd, obróciły się one przeciwko swym twórcom i promotorom oraz przeciwko proamerykańskim rządom niektórych krajów, szczególnie Afganistanu i Pakistanu. Niemal codzienne już ataki, zamachy i inne akcje terrorystyczne w wykonaniu talibów i ich popleczników oraz al-Kaidy, to prawdziwa zmora dla instytucji państwowych i dla obywateli wielu krajów. USA i Zachód stosuje więc niewłaściwe i nieskuteczne „lekarstwo” w zwalczaniu tej plagi. Tym bardziej, że jest ona stymulowana przez tragiczne konsekwencje wieloletnich wojen oraz obecnego kryzysu pandemicznego i gospodarczego. Jakie wyjście mają, np., młodzi Afgańczycy pozbawieni jakichkolwiek szans rozwojowych, nękani biedą, bezrobociem, głodem, epidemiami i innymi nieszczęściami? Wstępują w szeregi talibów, którzy obiecują im lepsze życie. Należy mieć nadzieję, że niedawne porozumienie pokojowe talibów z rządem Afganistanu przyczyni się do względnego uspokojenia i unormowania sytuacji.
Zresztą, analogiczne dramaty społeczno-gospodarcze w innych krajach islamskich skłoniły milionowe rzesze niezadowolonej młodzieży do czynnego udziału w wielkim zrywie rewolucyjnym w Afryce Północnej oraz na Bliskim i na Środkowym Wschodzie. Póki co, jedną z głównych konsekwencji tego zrywu jest bezprecdensowa i bardzo groźna dla świata destabilizacja ww. regionów i nasilenie napływu uchodźców z biednego Południa do bogatej Północy. Wniosek z tego jest prosty: leczenie epidemii terrorystycznej nie powinno polegać na stosowaniu terroryzmu państwowego wobec normalnego terroryzmu (a tak czyni to Zachód), lecz na usuwaniu korzeni i przyczyn (szczególnie społeczno – ekonomicznych oraz ideologicznych) tegoż terroryzmu. W przeciwnym bowiem razie, stanie się on też śmiertelnym zagrożeniem dla całego świata oraz instrumentem nieznośnego psychicznego i fizycznego szantażowania całej ludzkości, szczególnie w przypadku, gdyby terroryści weszli w posiadanie broni masowej zagłady oraz intensyfikowali nadal swoje mordercze działania.
Długo zastanawiałem się nad możliwościami usunięcia głównych kryzysowych zagrożeń geostrategicznych (szczególnie militarnych) dla życia na Ziemi. Analiza moja obejmuje nie tylko epokę postjałtańską, lecz – praktycznie – całościową przeplatankę pokoju i wojen oraz ewolucję „miecza i tarczy” w historii naszej cywilizacji. Wnioski wynikające z tej analizy są smutne i przerażające: człowiekowi nigdy (do tej pory) nie udało się wyeliminować wojen i metod siłowych ze swego istnienia i rozwoju oraz zapewnić trwałego (wiecznego) pokoju w nim! To dyskwalifikuje człowieczeństwo – jako zbiorowość istot (rzekomo) myślących i inteligentnych. Historia uczy, iż – nawet po dłuższym okresie pokoju – z reguły dochodziło do wojen niszczących dorobek pokojowego wysiłku państw, narodów i grup społecznych. Ten diabelski mechanizm kręci się niezmiennie w dalszym ciągu. Prawdopodobieństwo kolejnej totalnej i wielkiej wojny jest coraz większe, m.in., z powodu analizowanych kryzysów i ich skutków oraz odwiecznych zaniedbań i dysproporcji rozwojowych.
Cóż więc robić w takiej sytuacji? Jedynym racjonalnym wyjściem jest powszechne zrezygnowanie raz na zawsze z siłowych metod rozwiązywania sporów i konfliktów, zaprzestanie produkcji narzędzi śmierci oraz zlikwidowanie sił zbrojnych i wszelkich formacji paramilitarnych przez wszystkich! Należy pozostawić tylko siły policyjne, niezbędne do utrzymania porządku społecznego i spokoju wewnętrznego. Produkcja, wdrażanie i stosowanie coraz nowocześniejszych narzędzi śmierci dochodzi już do absurdu. To jedna skrajność. Jej przeciwstawieniem byłoby solidarne i jednoczesne zniszczenie („na przemiał”) tych narzędzi. Dopóki będą one istniały, dopóty znajdą się okazje i chętni do ich stosowania. Tak radykalne i bezprecedensowe globalne posunięcie rozbrojeniowe oznaczałoby, w praktyce, odstąpienie ludzkości od dotychczasowej filozofii i praktyki wojny, zniszczenia i śmierci oraz zastąpienia jej przez filozofię i praktykę pokoju, budowania i życia. Innej drogi nie ma! Utopia? Być może – w obecnym stanie ducha decydentów i obywateli. Ale, jeśli ta utopia nie stanie się prawdziwie humanistyczną rzeczywistością, to życie na Ziemi okaże się koszmarem, a następnie niemożnością. Albo, albo…!
Zagrożenia geoekonomiczne:
dziś sfera gospodarczo – finansowa stanowi, bardziej niż kiedykolwiek, materialne przyczyny już istniejących i kolejnych zapaści w rozwoju i nieuchronnych niebezpieczeństw dla człowieczeństwa. Drastyczne pogarszanie się sytuacji w tej mierze jest odczuwalne przez przytłaczającą większość ludzkości. Najnowszy dualizm kryzysowy, daleki od zakończenia, unaocznił to z całą jaskrawością. Jak wykazałem powyżej, nakłada się na to marnotrawienie ogromnych środków przeznaczanych corocznie na zbrojenia i na prowadzenie wojen – zamiast na pokojowy rozwój. Mechanizm kreowania problemów ekonomicznych jest dość prosty, wręcz banalny. Ich liczba, tempo i ostrość stale wzrasta z rozmaitych powodów: przyrost naturalny, pauperyzacja społeczeństw, wyczerpywanie się zasobów naturalnych, brak wody i rezerw surowcowych, niesprawiedliwy podział dochodów i dóbr, eksplozja zjawisk patologicznych (korupcja, malwersacje finansowe, neoliberalna ideologia pieniądza, protekcjonizm i in.), zażarta walka o rynki zbytu, zwiększanie się przepaści między (rosnącym) biegunem bogactwa i (także rosnącym) biegunem nędzy w świecie, brak odpowiedniego systemu rozwoju społeczno-gospodarczego i optymalnego modelu finansowego w poszczególnych krajach i na całym świecie oraz odpowiedniej koordynacji rozwoju gospodarczego w skali globalnej i wiele, wiele innych.
Rzecz w tym, iż tempo przyrostu coraz poważniejszych problemów gospodarczych w poszczególnych krajach i na świecie coraz bardziej przewyższa tempo ich rozwiązywania. Powstaje groźna dysproporcja. Skutek tego zjawiska jest ewidentny: dzień za dniem przybywa nierozwiązanych problemów, których łączna masa tworzy już coraz większą i coraz bardziej niebezpieczną ekonomiczną substancję wybuchową. Bezprecedensowa skala współczesnych zjawisk patologicznych, szczególnie niedorozwoju, głodu, chorób, bezrobocia i zadłużenia, jest tego wymowną ilustracją. W okresie postjałtańskim istniała, początkowo, nadzieja, że powojenny świat wkroczy na bardziej efektywną ścieżkę rozwoju gospodarczego i wyciągnie wnioski z I-go wielkiego kryzysu (przełom lat 20-tych i 30-tych XX wieku) oraz z II-giej wojny światowej i z II-go kryzysu globalnego. Tak się jednak nie stało. Obydwie części dwubiegunowego świata powojennego wdały się niezwłocznie w zawziętą rywalizację, zamiast współpracy, w intensywne zbrojenia i w wojny regionalne, zamiast pokojowego współistnienia, w szerzenie wrogości i nienawiści, zamiast przyjaźni i tolerancji. Nadzieja na lepsze szybko prysła jak bańka mydlana. Ludzkość może mowić o wielkim szczęściu, że skończyło się wówczas tylko na strachu i na kolosalnych stratach ekonomiczno-finansowych z tytułu bezproduktywnych poczynań, takich jak: przegrane wojny, nowoczesne zbrojenia, gwiezdne wojny i in.
Po raz drugi w czasach postjałtańskich, historyczna nadzieja na lepsze w trudnej sytuacji geoekonomicznej pojawiła się po upadku systemu dwubiegunowego, po rozpadzie Związku Radzieckiego i po obaleniu „muru berlińskiego”. Nieefektywne ustroje, występujące do tamtej pory w niektórych tzw. krajach totalitarnych, zostały zastąpione przez (też nieefektywne) neoliberalne modele zachodnie, szczególnie przez amerykański. USA, jako supermocarstwo jednobiegunowe przez prawie 20 lat, usiłowały umocnić swą dominację w świecie i pokierować jego rozwojem na wzór i podobieństwo własne. Tak się jednak nie stało. Wielka szansa historyczna USA (zrobienia czegoś lepszego dla siebie i dla świata) została bezpowrotnie zaprzepaszczona. Amerykanów zgubił ich egoizm, megalomania i pazerność. Wzorce amerykańskie nie dały się efektywnie zastosować w innych krajach, nie wyłączając Polski. Nie powiodły się także próby narzucania siłą amerykańskiej „demokracji” i wolnego rynku na świecie. Krwawe i kosztowne doświadczenia Iraku, Afganistanu, Libii, Syrii czy Egiptu są tragicznym potwierdzeniem tej oceny. Mało tego, system neoliberalny splajtował także w swej własnej ojczyźnie, w USA, doprowadzając do wybuchu kolejnego globalnego kryzysu gospodarczego (z przełomu I-szej i II-giej dekady XXI wieku) oraz obecnych wielkich perturbacji i strat w USA ( powodu pandemii i nieudolności w walce z nią). Okazało się, iż Stany Zjednoczone nie mają recepty ani na własny rozwój, ani też, tym bardziej, na pomyślną ewolucję całego gospodarstwa światowego. Straty ekonomiczno – finansowe spowodowane już przez kryzys są olbrzymie (setki bilionów dolarów?) i wręcz niemożliwe do precyzyjnego obliczenia. Pewne jest natomiast, że rosną one nadal i że odrobienie tych strat będzie już mało prawdopodobne w warunkach amerykańskiego życia na kredyt.
W taki to sposób, skrajni neoliberałowie („niewidzialna ręka rynku”!?) i neokonserwatyści amerykańscy zahamowali normalny rozwój gospodarstwa własnego i światowego; ba, cofnęli wstecz rozwój naszej cywilizacji (o 20 lat! Jak twierdzi Bill Gates), skomplikowali i zaostrzyli występujące problemy ekonomiczno-finansowe oraz sprawili, że USA stają się supermocarstwem dekadenckim, staczającym się coraz szybciej po równi pochyłej – ku śmietnikowi historii. Zdaniem Gatesa, ww. liczba ludzi żyjących w skrajnym ubóstwie (tylko 1,9 USD dziennie na utrzymanie) zwiększyła się już o 37 mln osób w okresie pandemii. W pewnym sensie jest więc zrozumiałe, iż Stany Zjednoczone są coraz bardziej nerwowe, agresywne i aroganckie oraz – gdyby nie nastąpiła zmiana układu sił ekonomiczno-strategicznych na ich niekorzyść, mogłyby one wywołać wielką zawieruchę światową. Jednakże, w tej dramatycznej sytuacji gospodarstwa światowego, pojawia się, po raz trzeci w okresie postjałtańskim, kolejna historyczna nadzieja na lepsze.
Jej materialnym wyrazem jest możliwość zastąpienia skompromitowanej dominacji i hegemonizmu amerykańskiego przez system wielobiegunowy na świecie (multilateralizm) oraz przez autentycznie nowy ład ekonomiczno-finansowy (i społeczno-polityczny). Ład bazujący (póki co, teoretycznie) na rehumanizacji stosunków międzynarodowych, na harmonijnym i zrównoważonym rozwoju, na pokojowej i równoprawnej współpracy wszystkich ze wszystkimi oraz na zasadach sprawiedliwości i poszanowania wzajemnego. Lokomotywą stymulującą nowy ład są Chiny oraz ich sojusznicy, szczególnie państwa BRICS i SOW. Porządkowanie współczesnych stajni Augiasza należy rozpocząć, naturalnie, od ich fundamentów materialnych, czyli od gospodarstwa światowego.
Dramaturgia społeczno-demograficzna:
przedstawiona powyżej coraz trudniejsza sytuacja geopolityczna, geostrategiczna i geoekonomiczna nie pozostaje, naturalnie, bez negatywnego wpływu na ewolucję geospołeczną oraz na tendencje demograficzne w świecie. Oczywiście, nie ma skutecznych i bezbolesnych możliwości uniwersalnych kontrolowania i optymalizacji rozwoju społecznego i przyrostu demograficznego (może z wyjątkiem Chin). Jednakże, inne kraje i cały świat nie zdobył się jeszcze na unormowanie sytuacji oraz na uniknięcie obecnego chaosu i żywiołowości w tej dziedzinie. Gdyby ten stan rzeczy miał utrzymywać się nadal, to naszej cywilizacji groziłaby niewyobrażalna katastrofa ogólnoludzka – z powodu znacznego przyrostu ludności w warunkach skażenia środowiska naturalnego, klęsk żywiołowych oraz: niedostatku żywności, wody pitnej, opału, dachu nad głową, zasobów surowcowych czy lekarstw. Poczynania ONZ, FAO, ŚOZ i in. są niedostateczne w tej mierze. Np. the UN Population Division zajmuje się, głównie, publikowaniem danych statystycznych i prognoz demograficznych, których i tak potem nikt nie bierze poważnie pod uwagę i nie wykorzystuje w praktyce. Tak więc, sławetna „bomba ludnościowa” („population bomb”) tyka już coraz głośniej i natarczywiej. Rzecznicy teorii spiskowych i neoliberalnego NWO wykorzystują pandemię dla celów drastycznej redukcji liczebności ludności świata.
Najpierw o jej najważniejszych aspektach ilościowych (na podstawie danych ONZ-owskich): w październiku 2011 r. liczba ludności świata przekroczyła 7 mld. Obecnie wynosi ona 7,89 mld (2,5 mld – w roku 1950). Globalny przyrost naturalny jest relatywnie niewielki – 1,1 proc. , czyli o połowę mniejszy niż w rekordowym roku 1963 (2,2 proc.). Na średnią kobietę (w wieku rozrodczym) przypada 2,52 dziecka; przy czym wszelkie rekordy w tej mierze bije Afryka Subsaharyjska, szczególnie Niger (7,6 dziecka; dla porównania – w USA: 1,9 dziecka na kobietę, średnio). Globalnie, stosunek kobiet do mężczyzn wynosi jak: 1 do 1,01. Średnia długość życia Ziemian osiągnęła obecnie 68 lat (69 lat – kobiety i 65 lat – mężczyźni). Najwięcej ludzi zamieszkuje w Azji – 4,3 mld (ponad 60 proc. ogółu); II-gie miejsce zajmuje Afryka – ponad 1 mld (15 proc.; przy czym liczba ludności tego kontynentu ulegnie podwojeniu – 2,5 mld – do roku 2050); III-cie miejsce: Europa – 740 mln (11 proc. ) i IV-te miejsce: Ameryka Północna – 353 mln (5 proc.). Najwięcej obywateli mają obecnie Chiny (ponad 1,4 mld, wśród których dominująca grupa etnicza Han jest jednocześnie najliczniejszą na świecie) oraz Indie (1,3 mld). Do roku 2050 ta kolejność może ulec odwróceniu: Indie 1,7 mld; Chiny – 1,5 mld.
Analiza jakościowa:
suche dane statystyczne nie odzwierciedlają powagi sytuacji związanej z „bombą ludnościową”. Dla uzyskania pełni obrazu, trzeba na nią spojrzeć także z uwzględnieniem kryteriów jakościowych właśnie. Jest to jednak zadanie niezwykle trudne, bowiem istnieją diametralnie odmienne prognozy demograficzne dla świata na okres do 2050 roku. Przeważa opinia, iż – w tym terminie – liczba ludności naszej planety przekroczy 11 mld. Traktowana jest ona jako maksymalny „pułap wytrzymałości” Ziemi w zakresie zapewnienia choć minimalnych warunków utrzymania przetrwania (survival) dla zdecydowanej większości Ziemian. Reprezentantem drugiej skrajności w prognozach jest neomathusiański uczony, prof. Richard Duncan, który przewiduje, iż – do roku 2050 – liczba ludności świata spadnie do 2 mld (!) – z braku pożywienia, lekarstw i innych środków do życia oraz z powodu pandemii i globalnej katastrofy gospodarczej. Zmniejszanie liczebności obywateli Polski dokonuje się już w coraz szybszym tempie.
Tak czy inaczej, utrzymanie stopy przyrostu demograficznego i liczby ludności świata na optymalnym poziomie jest wielkim problemem makro naszej cywilizacji. Nie ma odpowiedniej recepty na rozwiązanie tego problemu. Pojawiają się nierzadko propozycje absurdalne i drastyczne, niekiedy neomalthusiańskie: poprzez wojny, terroryzm, zjawiska patoligiczne, głód, epidemie (AIDS, Ebola, ptasia grypa, pandemia COVID – 19 i in.) można by doprowadzić nie tylko do optymalizacji lecz, wręcz, do znacznego zmniejszenia dość szybko rosnącej liczby ludności świata. Dla przypomnienia: uczony brytyjski, Thomas Malthus, przewidywał (już w roku 1798) spadek tej liczby w XIX wieku i później – z powodu braku żywności. Prognoza ta nie sprawdziła się jednak – bowiem „zielona rewolucja” w świecie, w latach 1950 – 1985, doprowadziła do wzrostu globalnej produkcji artykułów rolno-spożywczych o 250 proc.. Ale dziś to za mało. Decydenci cierpią jednak nadal na „kompleks Malthus’a”, czego dowodem jest ich dążenie do maksymalizacji produkcji rolnej za wszelką cenę (chemizacja, klonowanie, rośliny i zwierzęta hodowlane „genetycznie modyfikowane” itp.). Jest to jednak broń obosieczna mogąca doprowadzić do wynaturzenia, do demoralizacji i do degeneracji rodzaju ludzkiego.
Bardzo wiele do życzenia pozostawia jakość życia (quality of life, living standards) przeważającej większości wielomiliardowych mas ludzkich na Ziemi. To nie jest normalne życie, to nędzna wegetacja. 60 proc. spośród nich zamieszkuje w krajach najbiedniejszych – zacofanych w rozwoju lub rozwijających się. ONZ prognozuje, że wskaźnik ten wzrośnie do 80 proc. – w roku 2050 i do 85 proc. – w roku 2100. Marny ich los. Nawet w USA ponad 50 mln obywateli żyje w biedzie, poniżej minimum socjalnego (poverty level), które tam wynosi około 22.000 USD rocznie. Jednocześnie, w reszcie świata liczba ludzi dysponujących zaledwie 1 – 2 USD dziennie na swe utrzymanie przekroczyła już 2 mld osób (skrajne ubóstwo). Jeszcze więcej Ziemian nie ma dostępu do czystej wody pitnej. Np. tylko w Pakistanie, na prawie 200 mln mieszkańców, aż 60 mln pozbawionych jest czystej wody do picia. Inna plaga: to bezrobocie – w czasie kryzysu i pandemii wzrosło ono do prawie 500 mln osób. Liczbę tę należy pomnożyć przez 4 (członkowie rodzin bezrobotnych) celem uzyskania rzeczywistego obrazu tragicznej sytuacji w tej mierze. Kryzys, szczególnie bezrobocie i zadłużenie, przyczynia się też do wzrostu ilości zabójstw i samobójstw. Według danych Światowej Organizacji Zdrowia, liczba samobójstw wśród mężczyzn w UE i w USA wzrosła o ponad 10 proc. od początku kryzysu.
Kolejny problem: starzenie się społeczeństw dotykające, szczególnie, obszarów zasobnych, np. Europa, ale również rozwijających się Chin. Już obecnie liczba mieszkańców Ziemi w wieku powyżej 60 lat wynosi ponad 850 mln osób. Ma ona wzrosnąć do 2 mld – w roku 2050 i do 3 mld – w roku 2100. W Chinach liczba osób powyżej 60 lat oscyluje obecnie wokół 15 proc. , (osiągąjąc 25 proc. w wielkich miastach, np. w Szanghaju). Łącznie – jest to prawie 200 mln ludzi, spośród których około 25 mln żyje w biedzie). Do roku 2050 ww. wskaźnik osiągnie 34 proc. – w odniesieniu do całych Chin. Ubóstwo ma zostać zlikwidowane w br. Szybkie starzenie się społeczeństwa stanowi już poważny problem polityczny, społeczny i ekonomiczny dla tamtejszych władz. Jest to także problem globalny – z uwagi na fakt, iż ludność Chin stanowi około 20 proc. całej ludzkości. Właśnie starzy i najstarsi obywatele Ziemi oraz dzieci cierpią najbardziej wskutek zaostrzających się trudności, niebezpieczeństw, niedomagań, niesprawiedliwości, patologii i plag trapiących dziś całą naszą cywilizację.
Doszła ona to takiego etapu w swoim rozwoju, na którym dokonuje się bezprecedensowa dehumanizacja w stosunkach społecznych, gospodarczych, politycznych i międzynarodowych – na wszystkich szczeblach drabiny hierarchicznej: od poszczególnych jednostek do całej ludzkości. Cena życia ludzkiego i dobra człowieka jest coraz niższa. W naszych czasach jest to, przede wszystkim, skutkiem neoliberalnej ideologii pieniądza, pogoni kapitału i bogatych za zyskiem, a wszystkich ludzi – za pieniądzem. Ideologia i praktyka tego rodzaju, w której człowiek traktowany jest jak towar czy śmieć lub jeszcze gorzej, pozostaje w jaskrawej sprzeczności z istotą człowieczeństwa, z godnością rodzaju ludzkiego i ze szczytnymi ideałami humanizmu. Gdyby miało to trwać dalej, wówczas coraz większe masy ludzkie skazane byłyby na poniżenie, na nędzną wegetację i na zagładę. Z powyższej analizy wynika, iż w skali geospołecznej i w ramach poszczególnych krajów, palącym zadaniem jest rehumanizacja życia i pracy, czego warunkiem jest odstąpienie od ideologii pieniądza i od praktyki z nią związanej oraz postawienie troski o dobro człowieka na I-szym miejscu. Pewne nadzieje w tej mierze należy wiązać z obecnymi zmianami w układzie sił globalnych, z przekształceniami systemowymi oraz z budową nowego (wielobiegunowego) ładu politycznego, ekonomicznego i społecznego na świecie. Pytanie tylko, czy nie jest już zbyt późno, żeby nie dopuścić do globalnej katastrofy społecznej i demograficznej na Ziemi?
Perturbacje geoekologiczne:
wokół widma katastrofy ekologicznej, zmian klimatycznych, ich przyczyn i konsekwencji, toczą się od dawna zażarte spory, szczególnie między ekologami a przemysłowcami, między rządzącymi a rządzonymi oraz między państwami rozwiniętymi a rozwijającymi się i in. Osią sporów jest, m.in., brak jasności, jeśli chodzi o dowody: czy główne przyczyny tych zmian wynikają ze zjawisk i z procesów naturalnych? Czy też są one konsekwencją irracjonalnych i samobójczych poczynań ludzkich, zwłaszcza w produkcji przemysłowej i rolnej, w rabunkowej gospodarce surowcowej i w postępującej destrukcji środowiska naturalnego na Ziemi? Nie ma racjonalnej – naukowej i praktycznej – możliwości jednoznacznego rozstrzygnięcia tego sporu. Fachowcy i zwykli obywatele oscylują w swych rozważaniach od jednej skrajności do drugiej. Jedni twierdzą, iż nadchodzi wielkie ocieplenie atmosfery i powierzchni ziemskiej. Np. uczeni ze znakomitego ośrodka badań klimatycznych Uniwersytetu w Cambridge prognozują, iż – wskutek ocieplenia i przyspieszonego topnienia lodów – poziom wód oceanicznych podniesie się o 7 m (!) już w niedługium czasie. Inni zaś głoszą, że wkraczamy w kolejną epokę lodowcową! Np. geofizyk prof. Victor Manuel Velasco Herrera (Universidad de Mexico) jest zdania, że – za 5 lat – Ziemia wejdzie w małą epokę lodowcową, która może potrwać około 60 – 80 lat. Związane byłoby to z osłabieniem aktywności Słońca.
Znamienne jest jednak, iż zdecydowana większość uczonych – ekologów, klimatologów, geofizyków i innych – podziela pogląd, iż klimat ulega przyspieszonym i nieodwracalnym (w znacznym stopniu) zmianom na gorsze będącym, w przeważającej mierze, wynikiem działalności ludzkiej. Nawet jeśli by przyjąć, że natura i człowiek ponoszą w analogicznym zakresie (np. 50 proc. : 50 proc. ) odpowiedzialność za zniszczenia ekologiczne (ecological disasters) i za zmiany klimatyczne (climate change), to i tak skala głupoty i krótkowzroczności ludzkiej jest przeogromna. Rzecz oczywista, człowiek nie ma wpływu na zjawiska naturalne: promieniowanie słoneczne i kosmiczne, uderzenia asteroidów, wibracje pola magnetycznego, wybuchy wulkanów, trzęsienia ziemi, tsunami i in. Ale jednocześnie ten sam człowiek ponosi wielką odpowiedzialność za ustawiczne niszczenie swego środowiska naturalnego, co wywiera bardzo negatywny wpływ na warunki życia i rozwoju rodzaju ludzkiego oraz wszystkich gatunków fauny i flory na Ziemi.
Lista grzechów, niedociągnięć i błędów ludzkich w tej mierze jest bardzo długa, szczególnie w okresie od I rewolucji przemysłowej. Wymieńmy przykładowo tylko niektóre z nich: rabunkowa eksploatacja zasobów naturalnych, niekontrolowany przyrost demograficzny, za którym nie nadąża produkcja towarów i usług, żywiołowy rozwój gospodarczy, szczególnie industrializacja, emisja gazów przemysłowych, zwłaszcza dwutlenku węgla, dwutlenku siarki, metanu i aerozoli do atmosfery, wybuchy i katastrofy nuklearne (cywilne i wojskowe), nadmierna urbanizacja, zanieczyszczanie gleby, wody i powietrza, pożary lasów, wzrost natężenia hałasu (tzw. noise pollution) oraz zaśmiecanie wokółziemskiej przestrzeni kosmicznej, wycinka lasów tropikalnych, szczególnie amazońskich, środkowo-afrykańskich i indonezyjskich, tzw. zielonych płuc Ziemi i wiele innych.
W czasach nowożytnych i współczesnych połączone (obiektywne) czynniki pozaziemskie i (subiektywne) działania człowiecze spowodowały już bezprecedensowe i bardzo groźne pogorszenie sytuacji geoekologicznej (oraz w skali poszczególnych krajów). Wywiera ona coraz bardziej negatywny wpływ na wszystkie istoty żywe na Ziemi, grożąc ich metamorfozą, degeneracją, obumieraniem i zagładą. Dotychczasowe konsekwencje i niebezpieczeństwa ekodestrukcji dostrzegalne są nie tylko przez uczonych, ale i przez większość zwykłych obywateli. I znów, wymieńmy tylko najważniejsze konsekwencje negatywne: wzrost emisji gazów przemysłowych; niszczenie warstwy ozonowej; efekt cieplarniany, ewidentne podnoszenie się temperatury powietrza i wód oceanicznych; zmiany klimatyczne (także w zakresie pór roku) i nasilanie się ekstremalnych zjawisk pogodowych (powodzie, susze, tajfuny i in.); zakłócenia w obiegu prądów oceanicznych; obumieranie raf koralowych; topnienie lodów, szczególnie pokryw lodowych Arktyki i Antarktyki; podnoszenie się poziomu wód oceanicznych; rozmrażanie wiecznej zmarzliny, co powoduje „ucieczkę” metanu do atmosfery, potęgującą efekt cieplarniany; pustynnienie i stepowienie (jest prognoza, iż lasy amazońskie staną się sawanną relatywnie niedługo); coraz bardziej dotkliwy brak czystej wody; przesuwanie się granicy chorób i szkodników tropikalnych (np. szarańczy) coraz bardziej na północ; ryzyka egzystencjalne związane z inżynierią genetyczną, z klonowaniem oraz z innymi eksperymentami biotechnologicznymi i nanotechnologicznymi; efekty użycia broni masowej zagłady (teorie spiskowe uważają pandemię za przykład zastosowania broni bakteriologicznej, zwanej też „bombą atomową dla ubogich) oraz awarie w elektrowniach nuklearnych; bieda (także o podłożu ekologicznym), szczególnie, w krajach zacofanych i rozwijających się, co już powoduje coraz większe fale migracji, np. między Ameryką Południową a Północną, Afryką a Europą oraz na Dalekim Wschodzie i w strefie Pacyfiku (mieszkańcy zatapianych państw wyspiarskich (np. Kiribati, Vanuatu, Tonga i in.) emigrują na tereny wyżej położone – Australia, Nowa Zelandia itp.) oraz wiele innych dramatycznych konsekwencji praktycznych.
Słowem, poważnych zagrożeń geoekologicznych jest coraz więcej. Decydenci orientują się nieźle w tej materii – ale niezbędne przeciwdziałania i poczynania profilaktyczne na gruncie krajowym i międzynarodowym są ciągle niedostateczne. Im bardziej owe dysproporcje się pogłębiają, tym bardziej perspektywa globalnej katastrofy ekologicznej staje się realna i wręcz nieunikniona. Materia ekologiczna jest tego rodzaju, iż owych problemów nie uda się rozwiązać w pojedynkę. Niezbędny jest radykalny i skoordynowany wysiłek wszystkich ludzi, wszystkich państw i rządów oraz wszystkich organizacji międzynarodowych. Inaczej czeka nas marny los. Przykładów impotencji i złej woli w zakresie ochrony środowiska jest multum: ciągłe jego zanieczyszczanie (pollution), bezproduktywne konferencje ekologiczne, nieefektywna realizacja umów międzynarodowych, w szczególności, tzw. Protokołu z Kyoto (z dnia 12.12.1997 r.). Został on przedłużony (w roku 2012) na okres do roku 2020. Dotyczy ograniczenia emisji gazów przemysłowych w państwach rozwiniętych. Ale który rząd (łącznie z polskim) zdobędzie się na radykalne ograniczenie produkcji przemysłowej, żeby zmniejszyć emisję gazów? Rzadko który – czyli prawie żaden. Skutki są przerażające, np. w odniesieniu do wydzielania dwutlenku węgla do atmosfery: globalnie (łącznie) – 43,1 mld ton (w tym emisje przemysłowe – 36,8 mld ton, w roku 2019 (!). Niechlubna pierwsza „10-tka” państw uprzemysłowionych emituje razem około 70 proc. z tej ilości; a mianowicie: 1. Chiny – 10,6 mld ton; 2. USA – 5,4 mld; 3. UE – 5,2 mld; 4. Indie – 2,6 mld; 5. Rosja – 1,7 mld; 6 – Japonia – 1,2 mld; 7. Niemcy – 0,75 mld; 8 Iran – 0,72 mld, 9. Korea Płd. – 0,65 mld i 10. Kanada – 0,56 mln ton CO2; (dane przybliżone na podstawie statystyk ONZ-owskich).
Globalne koszty i straty powodowane przez niszczenie środowiska naturalnego są olbrzymie, coraz większe i nieobliczalne. Jeszcze jako tako można je skalkulować w odniesieniu do poszczególnych epizodów – powódź, susza, pożar i in. W takiej sytuacji, bujnej wyobraźni Szanownych Czytelników polecam jedynie niektóre główne elementy składowe owych kosztów i strat w poszczególnych rodzajach „pollutions” – proszę liczyć samemu: a. zanieczyszczanie powietrza pociąga za sobą – nakłady na leczenie chorób z tym związanych i na oczyszczanie powietrza; b. skażenie wód – nakłady na leczenie, na oczyszczanie wody i na regenerację zniszczonych ekosystemów; c. zanieczyszczenie gleby – straty w produkcji rolnej, koszty zmian i przenoszenia tej produkcji gdzie indziej, podatność zdegradowanych obszarów na klęski żywiołowe (i nowe straty); d. zwiększenie natężenia hałasu – koszty leczenia, nakłady na ochronę przed hałasem, na odszkodowania (np. za huk startujących samolotów, ruchu kołowego itp.); e. wycinka i pożary lasów – koszty ich regeneracji i profilaktyki antydeforestacyjnej oraz wielkie straty globalne z powodu deforestacji; f. degradacja wybrzeża i wód przybrzeżnych – nakłady na ratowanie ekosystemów i na ochronę pasa przybrzeżnego (osiedla ludzkie, zakłady pracy, plaże, wydmy itp.).
Krótka konkluzja:
w takim to bardzo trudnym i przerażającym kontekście globalnym przebiega i nasila sławetny współczesny dualizm kryzysowy. Sprzężenie zwrotne: dualizm komplikuje jeszcze bardziej sytuację globalną, a ona zaostrza dualizm kryzysowy. Historia cywilizacji nie zna zjawiska w takim zestawieniu i o tak ogromnej (globalnej) skali. Pogorszy to znacznie dotychczasową sytuację, której ewentualne uzdrowienie trwać będzie latami. W sumie, nie może być jeszcze mowy o praktycznej realizacji szczytnych ideałów zrównoważonego rozwoju świata (sustainable development), kojarzącego proporcjonalnie i harmonijnie czynniki ekonomiczne, społeczne i ekologiczne. Na dziś, żaden z tych czynników nie spełnia elementarnych acz rygorystycznych wymagań zrównoważonego rozwoju. Poza wszystkim, jak widać to jaskrawo chociażby przez pryzmat sytuacji geoekologicznej, większość działań „wspólnoty międzynarodowej” i poszczególnych krajów jest spóźniona o dwie epoki (industrialną i postindustrialną). Obrazowo mówiąc, Ziemia – jako wspólny dom człowieczy i wszystkich istot żywych fauny i flory – jest w ogniu, straż pożarna jedzie ślamazarnie do pożaru, ale nie ma pewności, czy zdoła dom uratować? Tymczasem jednak są wielkie ofiary ludzkie i straty materialne. A mądrość homo sapiens powinna polegać na tym, żeby (profilaktycznie) nie dopuścić do pożaru. Jest w niniejszym opracowaniu niemało rozważań dotyczących niezbędnych i pilnych rozwiązań oraz oznak nadziei, że nie wszystko jest jeszcze stracone. Jednak – żeby tak się stało – ludzkość musi niezwłocznie odstąpić od fatalnych teorii i praktyk z całej niedobrej przeszłości, wyciągnąć z niej stosowne wnioski oraz wypracować i wdrożyć optymalną (innowacyjną) formułę lepszej przyszłości.

Czy Czajka obudzi Zielonych?

Awaria warszawskiej oczyszczalni ścieków w końcu zmusiła Partię Zielonych do zainteresowania się problemem czystości wód śródlądowych.

W programie Partii Zielonych można znaleźć niemało bardzo trafnych i sensownych postulatów, głównie w obszarach pozaekologicznych. Jednak to nie one są przez partię eksponowane, w związku z czym w oczach większości ludzi jawi się ona jako ugrupowanie promujące czyste powietrze a nie równość obywateli czy rozwój demokracji lokalnej. Jednak Zieloni za swoje priorytety programowe uznali efektywność energetyczna i rozproszoną energetykę odnawialną, termomodernizację budynków czy też rozwój ekologicznego transportu zbiorowego w szczególności kolejowego, jakby w kolejnictwie wciąż przeważały dymiące parowozy.

Jako naczelny temat ekologistom – zdaniem szewca Fabisiaka tak właśnie należałoby mówić o zielonych działaczach w odróżnieniu od ekologów jako naukowców – jawi się ocieplenie klimatu, które jakoby ma być najważniejszym problemem współczesnego świata. Wystarczyło kilka wypowiedzi skandynawskiej uczennicy, aby stała się gwiazdą na skalę światową plasując się w rankingach medialnych tuż obok brytyjskiej rodziny królewskiej. Niebędący specjalistą w tym zakresie szewc Fabisiak nie posiada przesłanek, aby kwestionować teorię ocieplenia ziemskiego klimatu. Ma natomiast wątpliwości czy lodowce na Antarktydzie topnieją na skutek tego, że w Polsce pali się węglem i używa plastikowych sztućców. Być może zachodzi tu bezpośrednia zależność, jednak zdaniem szewca Fabisiaka przekonywujące mogą być jedynie jedynie udokumentowane dowody naukowe.

Walka z ociepleniem klimatu przybiera również formę czynnego protestu, jak to miało miejsce w ostatni poniedziałek w Warszawie, gdzie aktywiści ruchu Extinction Rebellion blokowali ulice w centrum stolicy. Szewc Fabisiak jest w stanie zrozumieć ich racje i motywacje, ma jednak wątpliwości nie tylko co do skuteczności, lecz także sensowności tego rodzaju przedsięwzięć. Skuteczność takich akcji jest minimalna w sytuacji, gdy światowym decydentom zależy na przetrwaniu kolejnej kadencji, a o sprawy w przyszłości niech się martwią kolejne pokolenia. Ekologistów można najwyżej poczęstować gładko brzmiącymi obietnicami bez pokrycia. Zwłaszcza, że katastrofa klimatyczna to sprawa nie do końca wiadomej przyszłości zaś większość ludzi żyje problemami i udrękami dnia dzisiejszego. Dlatego też szewc Fabisiak uważa, że bardziej sensowne były protesty przeciwko wycince Puszczy Białowieskiej, gdyż dotyczyły realnego i aktualnego konkretu, a nie odległej w czasie abstrakcji. Co prawda to nie ekologiści, a odpowiednie instytucji Unii Europejskiej doprowadziły do zaniechania niszczenia drzewostanu, jednak świadczy to o tym, że to protestujący mieli rację, a nie arogancki rząd.

Antyociepleniowa krucjata spycha na plan dalszy problem czystości wód śródlądowych, który pojawia się przestrzeni publicznej w zasadzie jedynie w przypadku awarii oczyszczalni cieków – zauważa szewc Fabisiak. Sprawy te nie są przedmiotem codziennego zainteresowania ekologistów i zielonych partii, choć jest to codzienny ogólnokrajowy problem.

Przy okazji awarii warszawskiej Czajki zareagowały stołeczne struktury Partii Zielonych. Wydały one stosowne oświadczenie merytorycznie słuszne wskazujące na potrzebę podjęcia odpowiednich działań udaremniających międzywarszawski przepływ fekaliów. Stołeczni ekologiści wskazują na błędność decyzji o budowie ściekowego kolektora przypominając, że została ona podjęta w 2005 roku. Wszystko to prawda, lecz wypowiadać się na ten temat trzeba było 17 lat temu, zwłaszcza, że specjaliści od ekologii mogli wiedzieć, że w takich przypadkach instaluje się metalowe, a nie łatwo pękające rury plastikowe. Ponadto, jak zwraca na to uwagę nie tylko szewc Fabisiak, ratuszowi następcy Lecha Kaczyńskiego mieli dostatecznie dużo czasu aby tę nieszczęsną decyzję odkręcić. O tym jednak nie mówi się w oświadczeniu Partii Zielonych, która sama wmontowała się w twór pod nazwą Koalicja Obywatelska.

Szewc Fabisiak liczy na to, że partyjni zieloni wespół z niepartyjnymi aktywistami wreszcie się obudzą i dostrzegą problem zanieczyszczenia wód i jezior podtruwanych nie tylko awaryjnymi ściekami, lecz także różnego rodzaju odpadami. Ma też nadzieję, że polscy ekologiści namówią swoich kolegów i koleżanki z krajów mających styczność z Bałtykiem do bardziej aktywnego promowania działań na rzecz czystości tego akwenu. Koncentracja wysiłków w ochronie jednego wspólnego morza ma bowiem większy sens niż wyciągnięta z lamusa koncepcja trójmorza – uważa szewc Fabisiak.

Z tym może być jednak pewien problem, ponieważ niektórzy prominentni funkcjonariusze niemieckiej Partii Zieloni, najsilniejszej ekologicznej struktury politycznej nie tylko w obrębie Bałtyku ale też w całej Europie, za większe od wypływu nieczystości zagrożenie uznają budowę podmorskiego rurociągu północnego, który ma dostarczać gaz z Rosji do Niemiec. Wysuwane są tu argumenty z grubej rury, swoimi gabarytami przewyższającymi objętość rury, którą krytykują. A to, że gazociąg zagraża bezpieczeństwu krajów bałtyckich, tak jak gdyby zamiast zwykłego gazu jako naturalnego źródła energii Rosja przemycała rurami oślepiający gaz bojowy, który zamiast trafiać do Niemiec byłby wypuszczany na wybrzeża Polski, Litwy, Łotwy i Estonii skrzętnie omijając obwód kaliningradzki. A to znowu, że budowa Nord Stream 2 musi być wstrzymana, ponieważ w Rosji został otruty opozycjonista Aleksiej Nawalny. W całej tej aferze niemieccy Zieloni mają swój polityczny interes jako partia opozycyjna wobec rządu dogadującego się z Rosją. Tymczasem podobne stanowisko wyraża też polska Partia Zieloni wyrażając sprzeciw dla jakiejkolwiek pomocy Unii Europejskiej w ciągnięci gazociągu. Nasi Zieloni są co prawda w opozycji w stosunku rządu, jednak nie wobec partnerskiej Platformy Obywatelskiej, która jest przeciwna tej inwestycji. Wpisują się tym samym zupełnie niepotrzebnie w antyrosyjską narrację, którą kultywują dominujące w naszym kraju elity polityczne – dochodzi do wniosku szewc Fabisiak.