Czas wielkiego wymierania

Kolejne, ostrzeżenie o grożącej nam katastrofie gatunkowej potwierdzają entomolodzy z Niemiec i eksperci z Australii. Owady znikają jak dinozaury.

Prace biologów z Towarzystwa Entomologicznego w Krefeld, polegająca na obserwacji od 30 lat owadów wzdłuż części Renu (w regionie przy granicy z Holandią), mają kluczowe znaczenie dla metabadań prowadzonych na całym świecie, w szczególności przez uczonych Francisco Sanchez-Bayo i Kris Wyckhuys z australijskich uniwersytetów w Sydney i Queensland. Badania te pozwoliły na zebranie dowodów masowego wymierania owadów, największego od czasu wyginięcia dinozaurów. Skutki tego mogą okazać się katastrofalne dla ekosystemów i ludzkości.
Populacja owadów na planecie wydaje się nieskończona. Dość powiedzieć, że na każdego człowieka przypada około 250 milionów owadów. Jednak i w tym obszarze działalność człowieka może okazać się zgubna.
Otóż od 1994 roku, czyli początku obserwacji w Krenfeld, ogólna biomasa owadów zmniejszyła się o 76 proc. Badacze wskazują, że zmniejszająca bioróżnorodność w Europie Zachodniej wywołana jest działalnością człowieka.
„Musimy zrozumieć, że przyroda Europy Zachodniej kurczy się, a pola uprawne szkodzą owadom – tam nie ma pokarmu, a jedynie trucizny. Z kolei rezerwaty przyrody staja się coraz bardziej izolowane, a owady nie są w stanie migrować tam, ze względu na zbyt wielkie odległości. Najbardziej boimy się przekroczyć punkt, za którym nie będziemy mogli powrócić do stanu poprzedniego” – powiedział holenderski uczony Hans de Kroon, który omawiał wyniki prac niemieckich kolegów dla wyjaśnienia nagłego spadku populacji ptaków w tym regionie.
Proces wymierania owadów potwierdzony jest od Kostaryki po południową Francję.
„Wniosek jest jasny – jeśli nie zmienimy sposobów produkcji żywności, owady jako całość pójdą ścieżką wyginięcia w ciągu kilku dziesięcioleci” – napisali przywołani na początku australijscy uczeni.

Niech Trump płaci

Miasto Nowy Jork zamierza wystawić biznesowi Donalda Trumpa potężny rachunek za łamanie przepisów o redukcji emisji gazów cieplarnianych. Ekolodzy są
zachwyceni, przedstawiciele Trump Organisation – wściekli.

Prezydent USA uważa mówienie o zmianach klimatycznych za bujdę i lewacki spisek – dał temu wyraz niejednokrotnie w publicznych komentarzach. Jednak władze metropolii New York City traktują sprawę poważniej i wprowadziły regulacje, które mają skłonić właścicieli nieruchomości do tego, by budynki były maksymalnie przyjazne dla środowiska. Obiekty o powierzchni większej niż 25 tysięcy stóp mają zredukować emisje gazów cieplarnianych o 40 proc.
Osiem obiektów w Nowym Jorku należących do Trump Organization łamie zaprojektowane normy. Wśród budynków, które łącznie emitują 27 tys. ton gazów cieplarnianych, są słynne Trump Tower przy Piątej Alei oraz Trump Building na Wall Street.
Trump i zarządcy jego firmy mają jeszcze czas na naprawienie sytuacji: kary będą nakładane począwszy od 2030 r. To wtedy do Trump International Hotel & Tower nadejdzie pierwszy mandat na kwotę 850 871 dolarów, a pozostałe budynki mandaty odpowiednio niższe. Łącznie niechęć do ochrony środowiska ma kosztować firmę Trumpa 2,1 mln dolarów rocznie – oblicza „The Guardian”. Chyba, że zgodnie z rekomendacjami w budynkach zostanie przebudowana wentylacja i klimatyzacja, a szklane fasady unowocześnione.
Bill de Blasio, prezydent Nowego Jorku, osobiście potępiał Trumpa za nieekologiczne praktyki podczas mityngu proekologicznego, jaki odbył się dziś przed Trump Tower. – Prezydencie Trump, mamy na ciebie oko – przemawiał. – Twoje budynki, generujące zanieczyszczenia, są częścią problemu. Zapłać albo obetnij emisję!
Przez całe wystąpienie samorządowca z Trump Tower płynęła głośna muzyka, a aktywistom zaangażowanym w sprawy klimatyczne przeszkadzali zwolennicy prezydenta. Uczestnicy protestu trzymali transparenty z napisem „Nowy Zielony Ład” – ich oponenci pokrzykiwali, iż de Blasio jest najgorszym w historii włodarzem Nowego Jorku.
– Robimy to, co jest konieczne, by mierzyć się z kryzysem klimatycznym – mówią „The Guardian” przedstawiciele nowojorskiego ratusza. Do 2050 r. emisje z miasta mają zostać ograniczone o 80 proc. w stosunku do poziomu z roku 2005. Aktywiści ekologiczni są zgodni: kierunek zmian, jaki narzucili w mieście, jest dobry.

Labour zielenieje

W zakończonych niedawno wyborach samorządowych Partia Pracy utraciła część mandatów na rzecz Zielonych. Jednak dwa dni wcześniej zdołała skłonić cały brytyjski parlament do przyjęcia uchwały o historycznym znaczeniu – pierwszej takiej na świecie. Dzięki niej ma szanse stanąć na czele potężniejącego ruchu na rzecz ratowania kraju przed katastrofą klimatyczną i w ten sposób odzyskać wielu lewicowych wyborców, których utraciła m.in. na skutek własnej bezradności w kwestii brexitu.

Nie sposób nadal pytać, „czy” światu i Europie grożą poważne skutki zmian klimatycznych”. Raporty ONZ i organizacji takich jak Greenpeace to jedno. Natomiast po tym, jak trzy podmioty w branży ubezpieczeniowej opublikowały raport z badania na temat najkosztowniejszych ryzyk, z którymi mierzyć się musi sektor finansowy, odpowiedź może być wyłącznie twierdząca. Trudno nie wierzyć tym, których powołaniem jest liczenie, ile na czym zyskają, a ile stracą. A raporty szacownych organizacji, owszem, ukazują się i to coraz ciekawsze: w jednym z najnowszych ONZ tłumaczy, że jest już za późno na ratowanie ekosystemów, jakie znamy. Nastawić się trzeba na ratowanie samej ludzkości (przyjmując założenie, że stanowi ona dla świata jakąś wartość).
W Wielkiej Brytanii zapanował klimat do poważnej debaty o klimacie, a nawet do podjęcia stanowczych działań mających na celu przeciwdziałanie zmianom klimatycznym.
Jak pokazał sondaż przeprowadzony przez ośrodek Opinium związany z magazynem „The Observer”, 63 proc. Brytyjczyków jest zdania, że znajdują się w stanie „klimatycznego stanu wyjątkowego” (climate emergency), 64 proc. uważa, że rząd jest odpowiedzialny za podjęcie działań w związku ze zmianami klimatu, zaś aż 76 proc. jest gotowych głosować w wyborach tak, żeby chronić klimat i naszą planetę. Nic dziwnego, że po temat od razu sięgnęli laburzyści, którzy cały czas szukają sposobu na zdobycie decydującej przewagi sondażowej nad torysami. Niezdecydowanie w sprawie brexitu kosztowało ich duży spadek zaufania wśród młodych. Możliwe więc, że bicie na alarm w sprawie przyszłości Ziemi pozwoli im odrobić straty. Zwłaszcza, że nośny eko-motyw opakowali w bardzo równościową, nawet antykapitalistyczną retorykę.
Przełomem w rozbudzaniu ogólnokrajowej świadomości okazały się młodzieżowe strajki klimatyczne, które przetoczyły się przez Europę w marcu i kwietniu protesty w Londynie przeprowadzone przez Extinction Rebellion. To oddolny, niehierarchiczny ruch dążący do wywołania niezwłocznej, systemowej przemiany w podejściu decydentów i całego społeczeństwa do zmian klimatu poprzez nacisk na polityków metodą masowego, pokojowego nieposłuszeństwa obywatelskiego, inspirowany m.in. Gandhim i Martinem Lutherem Kingiem. Kiedy w dniach 15-19 kwietnia aktywiści ER urządzili serię okupacji newralgicznych miejsc Londynu i innych brytyjskich miast, policja w samej stolicy aresztowała ponad 680 osób. Opinia publiczna stanęła po stronie ekobuntowników, a wielu komentatorów nie zostawiło na premier Theresie May suchej nitki za to, że odmówiła spotkania z protestującymi, wśród których znalazła się słynna 16-letnia Greta Thunberg.
Zgodnie z wymową swojej nazwy Momentum, lewicowa frakcja Partii Pracy, niezmordowanie „pompująca” wszelkie postępowe rozwiązania w łonie partii, postanowiła skorzystać z pędu sytuacji politycznej i połączyć siły z zyskującym na popularności ER, by skłonić kierownictwo Labour do zdecydowanych działań.
Udało im się to, bo prawdopodobnie laburzyści, dzięki odmłodzeniu aktywu po objęciu kierownictwa przez Jeremy’ego Corbyna, orientują się już, że w kręgach lewicowych dyskurs równościowy coraz ściślej się zrasta ze świadomością klimatyczną.
Inspiruje ich też popularność, jaką wśród progresywnych Amerykanów zyskała koncepcja Green New Deal (Nowego Zielonego Ładu).
W konkretnej postaci sprowadziła się do rezolucji, którą nowa „gwiazda” Demokratów Alexandria Ocasio-Cortez i senator Edward Markey starali się przeforsować przez Kongres. Projekt ich uchwały kreślił wizję, która łączyła kryzys klimatyczny z kryzysem społecznym w USA, podkreślała że głównymi ofiarami skutków ocieplenia klimatu i niszczenia ekosystemów są osoby ubogie i wykluczone, w największym stopniu narażone na zanieczyszczenie środowiska, niezdrową żywność i słaby dostęp do służby zdrowia. W myśl tej idei – w pewnym stopniu zbieżnej z rodzącą się od niedawna koncepcją ekosocjalizmu – odnowa klimatyczna musi wiązać się nierozerwalnie z polityką równościową i przezwyciężeniem dzikiego korporacyjnego kapitalizmu poprzez aktywny udział państwa w uruchomieniu masowych inwestycji w „zielone technologie”, które tworzyłyby nowe miejsca pracy i podnosiły jakość życia mas. Nieprzypadkowo zdecydowano się na nawiązanie do New Dealu z lat 30. XX w. Jednocześnie rozwiązania proponowane przez Markey i Ocasio-Cortez nacechowane są podobnymi wadami co projekt prezydenta F.D. Roosevelta, czyli podejściem technokratycznym, proponującym „kapitalizm z ludzką twarzą”, tylko tym razem „zielony”.
Rezolucja została ostatecznie odrzucona zarówno przez Izbę Reprezentantów jak i przez senat, w którym poniosła wręcz miażdżącą porażkę: zero głosów „za”. Nic to dziwnego w epoce Donalda Trumpa, kiedy lobby producentów paliw kopalnych czuje się w Kongresie jak ryba w wodzie. GND okazał się jednak pomysłem bardzo ożywczym dla amerykańskiej lewicy i zainspirował wiele oddolnych zielono-równościowych inicjatyw lokalnych, a nawet pozwolił na popularyzację idei znacznie bardziej postępowych niż zapisy samego projektu uchwały: zarówno eko– jak i socjalistycznych.
Inicjatywa parlamentarna Partii Pracy podjęta pod naciskiem „buntowników klimatycznych” i własnych „dołów” powstała w odmiennych okolicznościach. Po pierwsze: ekologiczna świadomość Brytyjczyków. Po drugie: miażdżąca krytyka, jaka spadła na głowy konserwatywnego rządu za ich skandaliczną indolencję na polu programu dla klimatu – o czym później.
1 maja laburzystom udało się w ten sposób przeforsować w Izbie Gmin pierwszą na świecie parlamentarną deklarację o „klimatycznym stanie wyjątkowym”.
Jej najważniejszym punktem jest przyjęcie 2050 r. za termin wdrożenia gospodarki zeroemisyjnej. To znacznie wyższe ustawienie poprzeczki niż to przyjęte przez obecny rząd, które zakładało, że do połowy stulecia nastąpi redukcja emisji dwutlenku węgla o 80 proc. w stosunku do poziomu z 1990 r.
Sam tekst rezolucji zgodnie popartej przez obie główne partie nie zapiera tchu w piersiach. Jest krótszy, bardziej ogólnikowy i lakoniczny niż rezolucja Ocasio-Cortez i Markeya. Utrzymany jest tylko w bardziej alarmistycznym tonie, dającym do zrozumienia, że Wielka Brytania już teraz znajduje się w dramatycznym kryzysie ekologicznym. Najbardziej liczy się fakt parlamentarnego konsensusu co do jej brzmienia.
Okazało się, że lewica potrafi narzucić czasem swoją hegemonię nawet w warunkach sprawowania pełni władzy przez konserwatystów.
Liczy się też fakt, że niezależnie od dosłownej treści deklaracji, laburzyści – przede wszystkim sam Corbyn – starali się dorobić do niej bardziej radykalne „ideolo”, niż wynika to z samego tekstu. Równościowa, a nawet antykapitalistyczna wymowa pobrzmiewała w publicznych wypowiedziach na ten uchwały i w komunikatach w mediach społecznościowych.
Przemawiając 1 maja w parlamencie Corbyn kładł nacisk na światowe znaczenie ogłoszenia przez Wielką Brytanię klimatycznego stanu wyjątkowego. Wyraził nadzieję, że decyzja ta pozwoli „uruchomić falę działań ze strony rządów i parlamentów całego świata”.
– Nie możemy już marnować czasu. Znaleźliśmy się w stanie kryzysu klimatycznego, który niebezpiecznie wymknie się nam spod kontroli, o ile natychmiast nie podejmiemy szybkiego, zdeterminowanego działania – kontynuował lider Labour.
To zdecydowanie inna wizja światowego przywództwa, niż choćby wyobrażenia przyświecające Donaldowi Trumpowi w jego scenariuszu powrotu „wielkiej Ameryki”. Przemawiając do tłumu oczekującego na decyzję parlamentu Corbyn wypowiedział jeszcze następujące słowa:
– Sama deklaracja stanu wyjątkowego oznacza, że rozumiemy jego znaczenie. Chodzi jednak o to, co dalej. Chodzi o zieloną rewolucję przemysłową. W przeciwieństwie do poprzednich rewolucji przemysłowych, korzyści z których – tak jak kapitał – płynęły do wąskiej grupy, korzyści z tej rewolucji popłyną do wszystkich.
Można przyjąć, że determinacja klimatyczna stała się więc integralną częścią składową laburzystowskiego programu równościowego przekształcenia społeczeństwa i socjalnego przekształcenia stosunków gospodarczych – jeżeli uznać, że słowo „socjalistyczne” jest tu na wyrost.
Partii Pracy udało się bardzo zręcznie wykorzystać narastającą w kraju ekoświadomość i dokonała ona przy tej okazji wzmocnienia tej tendencji. Już wcześniej bowiem klimatyczny stan wyjątkowy ogłaszano na różnych poziomach lokalnych, w konkretnych miejscowościach – były to jednak małe inicjatywy.
Tymczasem kilka dni wcześniej deklarację zbliżoną do laburzystowskiej przyjął parlament Walii.
Z kolei dzień po rezolucji ogólnokrajowej, swój klimatyczny stan wyjątkowy ogłosił parlament Szkocji. Tu plan na przyszłość został określony nawet bardziej ambitnie: zero emisji do 2045.
Jeżeli dochodzi już do „wyścigów” na cele redukcyjne, znaczy to, że Brytyjczyków – na kilku poziomach organizacji społeczeństwa – rzeczywiście porwało „zielone uniesienie”. To wyraźna tendencja polityczna i partia Corbyna bardzo słusznie robi, starając się ją spożytkować poprzez wysforowanie się na czoło ruchu klimatycznego. Wybory lokalne, które odbyły się w części brytyjskich okręgów dwa dni po deklaracji, okazały się co prawda niekorzystne dla Labour i to właśnie dlatego, że część wyborców partii odpłynęła do Zielonych. Tak czy inaczej świadczy to o słuszności obranego kierunku. Trudno jednocześnie oczekiwać, że niekorzystna dla Partii Pracy decyzja wyborcza, która najpewniej wcześniej wynikła z rozczarowania „nieogranięciem” partii na obszarze klimatycznym, może zostać odwrócona w ciągu jednego dnia.
Największą słabością deklaracji klimatycznej laburzystów jest bez wątpienia fakt, że nie jest ona w żadnym stopniu wiążąca prawnie – nie jest ustawą.
Nie oznacza to jednak, że jest zawieszona w próżni, bo stoi za nią mobilizacja wciąż rosnącej części społeczeństwa – to w istocie jest ważniejsze niż zapis na papierze. Niezbicie dowodzi tego kompromitacja torysów na polu polityki klimatycznej, która obecnie tylko potęguje kompromitację ogólną potwierdzoną przez ich fatalny wynik w wyborach samorządowych. Inicjatywa Partii Pracy była odpowiedzią na kolejną aferę z udziałem partii rządzącej, która wybuchła niedługo wcześniej. W 2015 r. rząd przeznaczył 100 mln funtów na modernizację brytyjskich autostrad pod kątem obniżenia emisji zanieczyszczeń powietrza. Pieniądze te miały być wydane zgodnie z celami do 2020 r. Protokoły do których dotarł „Observer” nie pozostawiają wątpliwości: powiedzieć, że projekt „jest w lesie”, to za mało. Z całej puli wydano dotychczas dopiero… 7,7 mln funtów!
Gromy, jakie w związku z tym skandalem posypały się na znienawidzony rząd Theresy May były z pewnością jednym z powodów, dla których konserwatyści potulnie zagłosowali za klimatycznym stanem wyjątkowym. Hańba, jaką okryli się torysi, z jednej strony pomogła więc umocnić się Partii Pracy na polu walki klimatycznej, z drugiej – narzuca laburzystom odpowiednio wyższe oczekiwania społeczne, jeżeli w najbliższej przyszłości utworzą rząd.
Na razie nie jest przesądzone, że wygrają wybory parlamentarne i Jeremy Corbyn będzie premierem. Z przyjętej rezolucji nie wynika też, jakie dokładnie partia zamierza przyjąć gospodarcze środki ratowania nie tylko brytyjskiego, ale i ziemskiego klimatu, by uniknąć wyłącznie „pompowania” przysłowiowego już lobby wiatrakowego i mydlenia postępowcom oczu pozorami zielonego kapitalizmu. Jak skutecznie połączyć walkę o znośny klimat dla życia na Ziemi z budową równościowego społeczeństwa sprawiedliwości społecznej, w przyszłości być może socjalistycznego?
Wiadomo tylko, że jeżeli ma powstać społeczeństwo socjalistyczne, to musi ono być zielone – obecnie jest to już warunek przetrwania cywilizacji ludzkiej w jakiejkolwiek akceptowalnej postaci.
Poza tym prawdziwy socjalizm rozumiany jako pełna demokracja gospodarcza współgra z koncepcją gospodarki opartej na odnawialnych źródłach energii i na zrównoważonym, nieprzemysłowym rolnictwie, a więc na mniej scentralizowanej strukturze gospodarczej niż ta uzależniona od paliw kopalnych. Labour ma więc przynajmniej teoretyczne szanse na przyczynienie się do powstania takiej nowej formy społecznej.
A jeżeli się nie uda? Cóż, w ramach jedynego optymistycznego scenariusza można wtedy przyjąć, że po ostatecznej katastrofie klimatycznej, wśród odradzających się stopniowo społeczeństw pierwotnych będzie panować „komunizm pierwotny”, który siłą rzeczy musi być względnie eko. Zatem, lewacy, głowy do góry!

Już jest za późno

Trzy lata pracy 450 ekspertów ONZ ds. bioróżnorodności zamknięte w opublikowanym właśnie 1800-stonicowym raporcie przynoszą bardzo złe wiadomości: „Jesteśmy w trakcie niszczenia samych fundamentów naszych gospodarek, naszych środków przeżycia, bezpieczeństwa żywnościowego, zdrowia i jakości życia na całym świecie” – mówił dziś na konferencji prasowej Robert Watson, przewodniczący grupy naukowej Narodów Zjednoczonych (IPBES). Ten proces niestety przyśpiesza. Nasze środowisko jest już w tak żałosnym stanie, że przetrwane gatunku ludzkiego stanęło pod znakiem zapytania.

Już 75 proc. naturalnego środowiska ziemskiego zostało „poważnie uszkodzone” poprzez ludzką działalność. W rezultacie ok. miliona gatunków fauny jest zagrożonych całkowitym wyginięciem w ciągu najbliższych dziesięcioleci. Jeśli przyjąć, że długość historii Ziemi to doba, dwie dziesiąte sekundy istnienia ludzkości narobiły szkód wielkości kosmicznych katastrof.
Oto piątka winnych uszeregowana od najgroźniejszego: traktowanie powierzchni ziemi (rolnictwo i wycinanie lasów), bezpośrednie wykorzystywanie dóbr naturalnych (rybołówstwo, myślistwo), zmiany klimatyczne, zanieczyszczenie środowiska i niekontrolowany rozwój gatunków inwazyjnych z powodu zachwiania równowagi ekologicznej. Nawet jeśli klimatyczna umowa paryska, której ambicją jest ograniczenie globalnego ocieplenia do dwóch stopni Celsjusza powyżej poziomu sprzed epoki przemysłowej, zakończy się sukcesem, zmiany klimatyczne pójdą w górę tej klasyfikacji, co negatywnie wpłynie na pozostałe czynniki.
Pierwszym celem działań ratunkowych powinna być zmiana całego systemu żywnościowego. Choć naukowcy piszą wprost, że jedzenie mięsa ma największy – wśród innych produktów – negatywny wpływ na naszą przyrodę, synteza raportu przyjęta przez delegacje polityczne nie wzywa bezpośrednio do zmniejszenia konsumpcji mięsa, ze względu na naciski niektórych wielkich producentów.
Kilka liczb: tylko 13 proc. oceanów można określić jako „dzikie” i 23 proc. powierzchni lądowych, najczęściej w miejscach bardzo oddalonych od ludzkiej infrastruktury lub nieproduktywnych. „Ponad jedna trzecia lądów i trzy czwarte ich słodkiej wody są używane do produkcji rolnej i hodowli zwierząt rzeźnych” – mówi tekst raportu i zwraca uwagę, że wynikająca z tego degradacja gleby zredukowała produktywność rolną na ponad 20 proc. powierzchni upraw, co dotyka już trzech miliardów ludzi. 80 proc. ludzkich ścieków ląduje w przyrodzie bez żadnego oczyszczania (w tym do 400 milionów ton metali ciężkich), a to sprawia, że już 40 proc. ludzkiej populacji nie ma dostępu do czystej wody pitnej.
Już za późno, by przywrócić naturę do poprzedniego stanu, ale jeśli „teraz, nie później” będzie zdecydowana planetarna wola polityczna, by dokonać transformacji ekologicznej metod produkcji, ludzkość przeżyje. W przeciwnym wypadku podzieli los gatunków, które zniszczyła.

Głos lewicy

Jesteśmy ugotowani

Przemyślenia Łukasza Molla o Dniu Ziemi:
„Mieliśmy ładną koincydencję – zmartwychwstanie, połączyło się z życiodajnymi pogańskimi tradycjami nastania wiosny (zachowanymi w lanym poniedziałku) i z Dniem Ziemi. Prawdziwa celebracja życia.
Tak się złożyło, że jako porządny marksista podszedłem do sprawy życia materialistycznie i w święta pracowałem nad artykułem recenzyjnym dotyczącym zielono-marksistowskich teorii zmian klimatycznych. I przypomniałem sobie dlaczego w ostatnim czasie staram się nie myśleć i nie czytać o ekologii. Coraz więcej wskazuje, że jesteśmy ugotowani – dosłownie. Więcej niż prawdopodobne, że w ciągu kilku kolejnych lat zadecyduje się przyszłość życia na ziemi na niewyobrażalny okres. Być może zniszczymy je w sposób nieodwracalny. Wszystkie możliwe wskaźniki ekologiczne – zanieczyszczenie oceanów, topnienie lodowców, utrata bioróżnorodności, pustynnienie ziem uprawnych – mrożą krew w żyłach. Kiedy pomyślę o tym, że Ziemia może być jakąś martwą pylastą niecką jak planety i gwiazdy, które oglądamy na zdjęciach, doznaję prawdziwej metafizycznej trwogi. I ogarnia mnie bezradność, bo wiem, że kapitał nie zrezygnuje z robienia zysków za wszelką cenę, a i my zostaliśmy pod niego sformatowani w ten sposób, że w swoich głęboko zakorzenionych nawykach nie potrafilibyśmy żyć tak, jak wymaga od nas tego kryzys ekologiczny. W swoich banalnych, codziennych aktywnościach celebrujemy śmierć, nie życie.
I niby wiadomo, skąd tak niska świadomość tego, co nas czeka: wyparcie kłopotliwej prawdy, pogoń mediów za sensacją, sowicie opłacani propagandyści, a przede wszystkim zwykłe przyzwyczajenia, inercja, zaaferowanie codziennością. A jednak nie przestaje mnie to dziwić i na swój chory sposób fascynować.

Do roboty!

Po świętach od razu wracam do pracy. Koalicję Europejską i Sojusz Lewicy Demokratycznej czekają w najbliższych tygodniach ważne wydarzenia. 1 maja organizujemy, jak co roku, w Warszawie i innych miastach pochody i pikniki z okazji Święta Pracy. Zapraszamy na nie wszystkich, którym nieobojętne są prawa pracowników, walka o dobre warunki pracy i wyższe płace. Kilka dni później chcemy przypomnieć Polakom o piętnastej rocznicy wejścia Polski do Unii Europejskiej. Wspólnie z Fransem Timmermansem, kandydatem lewicy na szefa Komisji Europejskiej, Leszek Miller i Włodzimierz Cimoszewicz, autorzy naszego sukcesu z 2004 r., będą rozmawiać z wyborcami o przyszłości Polski w Unii Europejskiej. Finał 26 maja, gdy odbędzie się wielki wybór: między Polską w Unii Europejskiej a Polską poza nią – mówi Marcin Kulasek, sekretarz generalny SLD.

Odzyskiwanie wolności

W świecie malejącej stabilności i rosnących nierówności postawienie na odzyskiwanie przez lewicę pojęcia wolności brzmi na straceńczą misję. Z drugiej strony – cóż jest do stracenia?

Rzut oka na ideową linię frontu nie napawa optymizmem. Przed wiosennymi wyborami do Parlamentu Europejskiego wzrost znaczenia populistycznej prawicy nie ulega wątpliwości. Kolejne państwa zaczynają być podatne na jej przekaz niechęci do elit, lęku przed obcymi oraz odrzucenia wizji ponadnarodowych wspólnot politycznych.
Nowy porządek polityczny
Do listy krajów, w których zaczęła odnosić swoje sukcesy – na razie na poziomie regionalnym – dołączyła niedawno Hiszpania. W wyniku wzrostu jej znaczenia przeciągają się próby utworzenia rządu w Szwecji. Gdy jej reprezentanci wychodzą z ław belgijskich gabinetów rządowych trzęsie to całą tamtejszą sceną polityczną.
Jednocześnie – wbrew prognozom sprzed 10 lat – globalny kryzys ekonomiczny nie przyniósł światu zdecydowanego odejścia od neoliberalizmu. Choć nie da się ukryć, że pojawiło się więcej przestrzeni do głoszenia alternatywnych przekonań, a także nieco więcej przyzwolenia na obieranie bardziej pragmatycznego kursu przez rządy, to jednak skala wdrażanej w różnych zakątkach globu polityki cięć i zaciskania pasa i jej skutki (od Brexit po wysokie bezrobocie w Grecji) nie dają nam zapomnieć o sobie po dziś dzień.
W tak zarysowanym kontekście mówienie o wolności – szczególnie w lewicowym czy progresywnym wydaniu – nie jest sprawą prostą. Jedna z ważnych stron ideowego sporu preferuje wyidealizowaną wspólnotę, dla której wolność stanowić może zagrożenie. Nie po to odbudowuje się poczucie narodowej dumy, jedności i wartości, by ktoś miał je bezkarnie kwestionować.

Między populizmem a liberalizmem

Powody do wpisania kogoś na ten nieprawomyślny rejestr mogą się zresztą – o czym warto pamiętać – zmieniać. W monokulturowej Polsce podejrzana może być właściwie każda odmienność, podczas gdy np. Marie Le Pen sprawnie udaje się przekonać niemało francuskich gejów, że stoi po ich stronie w kontrze nawet nie tylko do radykalnych islamistów, co do muzułmanów w ogóle.
Po drugiej stronie mamy obóz liberalny, który przez długie lata zrównywał wolność z wolnością gospodarczą. W efekcie opowieść o wolności przestała kojarzyć się na przykład z wolnością od niedostatku – tak jak prawa człowieka często kojarzą się dziś z (niewątpliwie ważnymi) demonstracjami czy maratonami pisania listów, a nie prawem do opieki zdrowotnej, edukacji czy świadczeń społecznych.
Pokryzysowy liberalizm retorycznie próbuje się przesuwać, w różnych językach prezentując opowieść o tym, jak to „byliśmy głupi”. Praktyka rządzenia pokazuje niestety, że z utartych kolein wychodzi się trudniej, niż poprzez parę deklaracji o trosce o planetę czy potrzebie wzmacniania klasy średniej. Chcący budować ropociągi Justin Trudeau czy podnoszący akcyzę na paliwa i zapominający o stworzeniu wiarygodnej alternatywy dla transportu samochodowego Emmanuel Macron są tego najlepszymi przykładami.
Dla formacji ekopolitycznych wyzwanie to okazuje się podwójnie trudne. W jaki sposób przekonywać do regulacji, niezbędnych do walki ze zmianami klimatu, które krytykowane będą z prawej strony za „atak na wolność”? Jak pokazywać, że odpowiedzią na konsumpcyjny idealizm nie jest autorytarna wspólnota, dla której różnorodność jest siłą, a nie słabością?

Skandynawska zieleń

Odpowiedzi na te pytania próbuje udzielić lider duńskiej partii ekopolitycznej Alternatywa, Uffe Elbaek. Fakt, że przed jej założeniem był ministrem kultury z ramienia tamtejszej partii socjalliberalnej zdaje się tłumaczyć, dlaczego wciąż do wątku wolności podchodzi z pewnym sentymentem – sentymentem, który nie przeszkadza mu jednak w podkreślaniu roli nordyckiego modelu społecznego czy otwartego na różnorodność społeczeństwa.
Swoje przemyślenia przed tegorocznymi wyborami parlamentarnymi przelał na karty swej nowej publikacji The Next Denmark. Freedom and Community – a New Narrative. Już sam tytuł wskazuje na ideowe filary wizji Elbaeka, które – by przynieść najlepszą synergię – powinny iść ze sobą w parze.
Nieprzekonanych uspokajam – dla tego duńskiego polityka nie ma nic lepszego, niż progresywne podatki i powoływanie się na Thomasa Piketty’ego. Marząc o wspólnocie podkreśla, w jaki sposób była ona podmywana przez lata neoliberalnego kursu ekonomicznego. Za źródła kryzysu liberalnego porządku demokratycznego uważa nierówności, ślepą pogoń za wzrostem gospodarczym oraz wynikłą z tego połączenia alienację.
Na kryzys demokracji radzi on… więcej demokracji – i to nie tylko w systemie politycznym, ale również w gospodarce. Zaufanie zamiast kontroli, tolerancja zamiast murów, funkcjonowanie w obrębie granic ekosystemowych zamiast pogoni za statusem materialnym – oto skrócony wyciąg z recepty na odnowienie naszych społeczeństw w duchu kreatywnej, demokratycznej rewolty przeciwko status quo. I tu właśnie w tę opowieść wkracza wolność – a nawet trzy wolności. Fundamentem wizji Elbaeka nie jest „wolność od”, na przykład wszechogarniającego państwa, lecz „wolność do” życia w demokratycznych, dających naszemu życiu sens społecznościach, do doświadczania harmonii, równowagi i bliskości oraz do równych praw i możliwości życiowych. To wizja, w której wolność nie zależy od zasobności portfela, ale która przenika wszystkie dziedziny życia. Jej poszerzanie na całe społeczeństwo nie jest fanaberią, lecz warunkiem jej zaistnienia.

Wspólnota współpracy

Wspomnianemu marzeniu o nowej, lepszej Danii (i świecie) towarzyszy zestaw kilkudziesięciu propozycji programowych, podzielonych na 10 działów. Znajdziemy w nich sporo dobrze znanych z kart programów ekopolitycznych pomysłów, takich jak skrócenie tygodnia pracy (lider Alternatywy proponuje jego ograniczenie do 30 godzin) czy wykorzystanie zamówień publicznych do promowania biznesu realizującego cele społeczne i ekologiczne.
To, co w zaprezentowanej wizji się wyróżnia, to sporo miejsca poświęconego na promowanie modelu spółdzielczego. Dania ma w tym zakresie bogatą, sięgającą XIX wieku historię – ich rozwój napędzała popularność szkół ludowych, a ich kulturowe znaczenie umożliwiło podtrzymanie atrakcyjności tego modelu i jego stosowanie w nowych sektorach, takich jak rozproszona energetyka odnawialna.
Zdaniem Elbaeka model kooperatywny realizuje w praktyce zasady demokracji ekonomicznej i powinien być wspierany, np. poprzez stworzenie dedykowanego spółdzielniom banku inwestycyjno-rozwojowego. Specjalny fundusz spółdzielczy mógłby wspierać finansowo nowe inicjatywy ze środków już istniejących spółdzielni, a pieniądze reinwestowane przez nie w swoją działalność mogłyby z kolei być zwolnione z podatków.
Podobne zwolnienie powinno jego zdaniem przysługiwać również (przez pierwszy rok bądź do osiągnięcia określonej wielkości/obrotów) nowym biznesom – a już na pewno tym, realizującym cele społeczne lub ekologiczne.
Postulat ten wpisuje się w szerszy pakiet doceniania aktywności i kreatywności gospodarczej (np. premiowania firm stawiających w równym stopniu na kwestie ekologiczne, społeczne i ekonomiczne) przy jednoczesnej, konsekwentnej walce z negatywnymi kosztami zewnętrznymi dotychczasowego modelu działalności gospodarczej (opodatkowanie zużycia zasobów naturalnych na szczeblu międzynarodowym, oddzielenie bankowości detalicznej od reszty systemu bankowego).

Nowe horyzonty wolności

Wizja poszerzania wolności sięga w Elbaeka tam, gdzie tradycyjnie ją rozumiejący liberałowie rzadko sięgali. Proponuje on zagwarantowanie – z poziomem konstytucyjnym włącznie – praw przyrodzie, co wymuszałoby np. rekompensowanie lasom za eksploatację surowców, które dostarczają człowiekowi). W ustawie zasadniczej powinny znaleźć się jego zdaniem również prawa i wolności cyfrowe, jakie jak uznanie prawa użytkowników do swoich danych czy ograniczenie inwigilacji do przypadków, w których zgodę na nadzór wyraził sąd.
Z postulatów tych wyłania się obraz ludzi, którzy odzyskują kontrolę i podmiotowość. By marzenie to nie pozostało jedynie na papierze muszą rosnąć musi wpływ pracowników na przedsiębiorstwa, w których są zatrudnieni (od udziału w podejmowanych decyzjach oraz prawa pierwokupu sprzedawanej firmy po dostęp do ich akcji), a demokratyczne doświadczenie przekazywane nie tylko za pomocą teorii, ale również praktyki (3-6 – miesięczna, analogiczna do wojskowej, obowiązkowa służba demokratyczna w organizacjach pozarządowych lub innych inicjatywach społecznych po zakończeniu edukacji szkolnej).
Atrakcyjność tak zaprezentowanej wizji, poza jej holistycznym charakterem, polega na nieoczywistym łączeniu wątków we spójną opowieść o świecie. Świecie, w którym – podobnie jak w publikacji Dirka Holemansa o wolności i bezpieczeństwie w coraz bardziej złożonej rzeczywistości – wolność nie polega na zawierzaniu rzeczywistości niewidzialnej ręce rynku, lecz na jej aktywnym współtworzeniu w każdym aspekcie życia.

Wyborczy test

Być może taka właśnie opowieść, twórczo wiążąca ze sobą stare, dobre ekopolityczne zasady samostanowienia, sprawiedliwości społecznej oraz świadomości ekologicznej, może być dobrym antidotum na rosnące wpływy prawicowego populizmu? Póki co – patrząc się na wyniki z Niemiec czy z Belgii – wykazuje ona pewien potencjał mobilizacyjny, choć głównie w Europie Północnej.
Okazuje się bardziej żywotna, niż można było się tego spodziewać po odrodzeniu oldskulowej polityki walki klasowej w Wielkiej Brytanii czy eksperymentach z lewicowym populizmem na południu kontynentu. Pytanie o to, na ile można ją próbować zaszczepić w Europie Środkowej – i z jakimi wyborczymi skutkami – pozostaje otwarte.

Głos lewicy

Futra wychodzą ze światowej mody

Obrońcy praw zwierząt cieszą się: ekomoda zaczyna być… modna! Otwarte Klatki piszą do mediów:
Kolejni znani projektanci deklarują, że w ich kolekcjach nie będzie dłużej prawdziwych futer i skór egzotycznych zwierząt. Ostatnio taką decyzję podjął między innymi renomowany dom mody CHANEL. Teraz do tego grona dołącza Victoria Beckham.
Marka Victoria Beckham w swoich kolekcjach nigdy nie korzystała z futer, ale przez długi czas oferowała klientom akcesoria wykonane ze skór aligatorów, węży czy jaszczurek. Dzięki oficjalnemu oświadczeniu, które opublikowano w połowie lutego, konsumenci będą mieli pewność, że marka Victoria Beckham jest wolna od futer i egzotycznych skór. Decyzja wchodzi w życie od kolekcji jesień/zima 2019.
– Jako firma staramy się od pewnego czasu korzystać z bardziej etycznych surowców, które mają mniejszy wpływ na środowisko – powiedział rzecznik marki Victoria Beckham w rozmowie z Women’s Wear Daily – Z radością potwierdzamy, że przestaniemy używać egzotycznych skór we wszystkich przyszłych kolekcjach, zaczynając od sezonu jesień/zima 2019. Decyzja ta odzwierciedla nie tylko podejście marki, ale także oczekiwania naszych klientów – podsumował.
Niedawno odbył się pierwszy w historii wegański tydzień mody. Było to wydarzenie przełomowe, ale nie miałoby tak dużego zasięgu bez poprzedzających je znaczących kroków ważnych projektantów i światowych marek.
W 2015 roku głośno było o marce Hugo Boss z powodu całkowitego wycofania futer naturalnych ze wszystkich kolekcji. Później poszło szybko: na taki krok zdecydowała się Grupa Armani, najważniejszy butik online z markami luksusowymi – Net-a-Porter, dom mody Gucci, Versace, Jimmy Choo i Michael Kors, a w 2018 roku zrobił to Jean Paul Gaultier. W międzyczasie zakazano sprzedaży futer w San Francisco, a do ponad 40 chińskich marek modowych zrzeszonych w programie Fur Free Retailer dołączył Michael Wong.
W chwili gdy London Fashion Week stał się wolny od futer naturalnych, a globalny sklep online ASOS poszedł nawet o krok dalej i zupełnie zrezygnował również z piór, jedwabiu, kaszmiru oraz moheru, stało się jasne, że to nie koniec pozytywnych zmian dla zwierząt.
– Prawdziwym futrom uwagę poświęcają nie tylko projektanci i sieciówki. Kolejne raporty i badania udowadniają, że futro ze zwierząt nie tylko zawiera związki toksyczne dla ludzi, a jego produkcja zatruwa środowisko, ale dodatkowo hodowla zwierząt futerkowych to dramat osób mieszkających w okolicach ferm – mówi Aleksandra Majchrzak, koordynatorka kampanii Sklepy Wolne Od Futer ze Stowarzyszenia Otwarte Klatki – W obliczu tych materiałów i ogromnego sprzeciwu społeczeństwa politycy muszą podejmować działania lub składać obietnice, by zyskać sobie sympatię wyborców. Choć w Polsce deklaracje władz w kwestii zakazania tego typu hodowli wciąż pozostają bez pokrycia, to przemysł futrzarski i tak jest w głębokim kryzysie – dodaje.
Stowarzyszenie Otwarte Klatki należy do globalnej koalicji Fur Free Alliance, która jest pomysłodawcą i koordynatorem międzynarodowego programu Fur Free Retailer – obecnie jest on prowadzony w ponad 25 krajach na całym świecie. Jego celem jest namawianie firm odzieżowych do rezygnacji z futer, a jednocześnie zapewnienie konsumentom rzetelnej informacji na temat polityki poszczególnych marek w tej kwestii. W sumie blisko 1000 marek modowych oficjalnie dołączyło do programu i zrezygnowało z używania futer.

Przywileje?

Piotr Ikonowicz liczy legendarne „dotacje” dla górnictwa: Najwyższa Izba Kontroli wyliczyła, ile polskie górnictwo wpłaca do budżetu państwa z tytułu opłat i podatków oraz ile z budżetu państwa otrzymuje dotacji. Suma wpłat do budżetu to 64,5 mld zł w latach 2007-2015. W tym samym okresie górnictwo otrzymało z budżetu 65,7 mld zł, ale z tej kwoty aż 58,4 mld zł trafiło na dopłaty do górniczych rent i emerytur. Górnicy pytają, czy dopłaty do ZUS można traktować jako dotację do branży górniczej. Gdyby nie uwzględniać pomocy na emerytury i renty, to branża górnicza w latach 2007-2015 otrzymała raptem 7,3 mld zł dotacji.

Głos lewicy

Kłamstwo ekologiczne

Czesław Cyrul o COP24:

Obrońcy brudnego powietrza w Polsce, a tym samym zwolennicy palenia mułem węglowym w piecach, spalania śmieci i demontażu wiatraków czyli politycy PiS tak odpowiadają na zarzuty trucia krajowego powietrza. Ale Niemcy emitują więcej dwutlenku do atmosfery niż w Polsce.
To prawda, ale. Niemcy liczą 83 miliony mieszkańców, a w Polsce mieszka 38 mln obywateli. I dalej, gospodarka niemiecka jest ponad czterokrotnie większa od polskiej. Zatem choć Niemcy wiele robią, by zmniejszyć emisję dwutlenku do atmosfery, póki co, emitują, z powyższych powodów, tego gazu do atmosfery więcej. Tego oczywiście politycy PiS i ich dziennikarski dwór nie wyjaśniają, bo po co. Ciemny lud ma kupić taką wersję: Niemcy to brudasy i niszczyciele środowiska naturalnego. My, rząd polski, rąbiemy wiele, ale to Niemcy naganiają do nas gazy cieplarniane. I do wielu to trafia.

 

Pokonać PiS, wprowadzić lewicowych posłów!

– Moim celem nie jest samo pokonanie PiS. To tylko wstęp do celu, jakim jest realizacja programu – mówiła w #RZECZoPOLITYCE Anna-Maria Żukowska.
Rzeczniczka prasowa SLD podkreśliła, że do zrealizowania tego celu niezbędne jest to, by „spotkała się w Sejmie i w Senacie z politykami myślącymi podobnie”. Dlatego, jak dodała, jej celem jest „wspólna lista lewicy” obejmująca m.in. powstającą formację Roberta Biedronia czy Partię Razem.
Jak przekonywała Żukowska taka lista miałaby szansę wprowadzić do Sejmu na tyle dużo posłanek i posłów o poglądach lewicowych, że mogliby oni „wynegocjować część postulatów, które są dla lewicy ważne”. Polityczka SLD zaznaczyła przy tym, iż jest świadoma, że taka lista „nie przeskoczyłaby listy Platformy Obywatelskiej – Koalicji Obywatelskiej”. Pytana o ewentualny start polityków Sojuszu z listy Koalicji Obywatelskiej Żukowska podkreśliła, iż „negocjacje można prowadzić, kiedy ma się zaufanie do partnera”. Tymczasem – jak dodała – po tym jak po wyborach samorządowych część posłów Nowoczesnej przeszła do klubu PO (który zmienił nazwę na Klub Platforma Obywatelska – Koalicja Obywatelska), co pozbawiło Nowoczesną klubu w Sejmie, „zaufanie do PO, jako godnego partnera, na którego ramieniu można się oprzeć, zostało zachwiane”.
– Pytanie czy nie jesteśmy potrzebni tylko po to, żeby być listkiem figowym – dodała.
Żukowska oceniła, że sytuacja Nowoczesnej „zapaliła na pewno żółte światło mocno bijące po oczach”.
Info z sld.org.pl

Taki mamy klimat Szczyt klimatyczny

3 grudnia rozpoczął się w Katowicach Szczyt klimatyczny ONZ (COP24). Wystąpienie inauguracyjne wygłosił pan Prezydent RP Andrzej Duda. Dowiedziałem się z niego, że Polska jest w czołówce krajów działających na rzecz ochrony klimatu.

 

Uczestniczymy we wdrażaniu proekologicznych programów takich jak przeciwdziałanie pustynnieniu, ochronie terenów leśnych, czy też ograniczeniu emisji, CO2. Dowiedziałem się także, że nie zrezygnujemy z energetyki opartej o spalanie paliw kopalnych (węgla), jako podstawowej metody wytwarzania energii elektrycznej.
W mojej opinii kluczową informacją na temat COP24 jest to, kto w nim NIE bierze udziału. Nie przybyli do Katowic między innymi prezydenci USA, Francji, Rosji, czy kanclerz Niemiec Angela Merkel. Bez „możnych tego świata” katowicki szczyt może przejść do historii, jako kolejna impreza, która urodzi pakiet deklaracji i stanowisk bez żadnego wpływu na rzeczywistość.
Degradacja klimatu to problem palący. Nie rozwiążą go „słuszne głosy” To USA, Chiny, Rosja, są kluczowymi graczami w rozwiązaniu problemu, bo to ich potężne gospodarki emitują lwią część gazów cieplarnianych i zanieczyszczeń. Prawdziwym zagrożeniem dla przyszłości planety jest obojętność a nawet niechęć (wycofanie się prezydenta Trampa z Porozumienia Paryskiego z 2015) czy też spowolnienie realizacji postanowień traktatu z Kioto.
Unia Europejska, która także zalicza się do wiodących gospodarek świata, wykazuje relatywnie duże zainteresowanie problematyką ekologiczną. Pojawiają się inicjatywy a co ważniejsze, realne działania. Przykładem niech będzie ograniczanie dopuszczalnej emisji CO2 czy też projekt „Europy bez emisyjnej do 2050 roku.
Niestety jest w tym trochę hipokryzji. Funkcjonujemy w erze globalizmu i gospodarki neoliberalnej. Przepływ kapitału i sił wytwórczych jest powszechny. Europejscy przemysłowcy przenoszą zakłady o wysokiej emisji ciepła i zanieczyszczeń do Chin, Indii lub krajów rozwijających się, gdzie przed ekologią mają pierwszeństwo problemy podstawowe, i już mają sumienie spokojne a ręce czyste.
Czy Katowice staną się kamieniem milowym w procesie ratowania ziemi przed katastrofą klimatyczną czy też źródłem różnych deklaracji i dezyderatów, których kluczową frazą będzie „trzeba by…”?
Pewna część naszych elit skłania się do poglądu „Nasza chata z kraja”, nasz kraj nie zbawi całego świata, to, co emitujemy (2 razy mniej niż Niemcy) ma znikomy wpływ na globalny bilans zjawiska cieplarnianego a Emisją CO2, smogu i trujących wyziewów szkodzimy głównie sobie.
Warto oceniać jak deklaracje kolejnych rządów mają się do rzeczywistości.
Według dostępnych danych ponad 40 000 Polaków umiera rocznie na choroby spowodowane złą jakością powietrza a 38 polskich miast jest na czele europejskiej listy przekraczających dopuszczalne normy zanieczyszczenia.

 

Co jest źródłem zanieczyszczeń?

Ok. 70 proc. to nasze gospodarstwa domowe (ogrzewanie) 15 proc. to motoryzacja a reszta to przemysł. (Dane liczbowe różnią się nieznacznie w zależności od źródła)
Działania państwa, z tego, co możemy zaobserwować, to głównie samorządowe akcje wymiany pieców, ocieplanie budynków, kontrola gospodarstw domowych, co ma zapobiec spalaniu śmieci. Pan prezydent pochwalił się 30 proc. obniżeniem emisji, CO2, ale w komentarzu wyjaśnia, że odniesieniem jest poziom emisji z epoki Polski Ludowej, która budowała przemysł ciężki i wydobywczy. Obecnie to ułamek naszej gospodarki. Można by przypuszczać, że powrót do pierwotnych metod wytwarzania zlikwiduje problem.
Mamy wiele akcji edukacyjnych i uświadamiających wagę zagadnienia. Mam świadomość tego, że są one potrzebne, ale same z siebie nie wiele zmienią. Wstrzymywanie oddechu przez celebrytów nie pomaga, jeżeli przesadzą o parę minut, poniesiemy straty w sferze kultury, sztuki a nawet kulinariów.
Nasza energetyka opiera się w 80 proc. na spalaniu paliw kopalnych. (Węgiel kamienny i brunatny, gaz i pochodne ropy). Energetyki węglowej, jak mówi pan Prezydent, będziemy bronić jak niepodległości.

 

Czy są rozwiązania alternatywne?

Polska jest płaska jak naleśnik. Hydroenergia może jedynie uzupełniać potrzeby. Edward Gierek w epoce minionej próbował tworzyć program „Wisła” (10 progów na Wiśle), lecz została z niego tylko zapora we Włocławku. Sądzę, że tak wielkie programy inwestycyjne są nieosiągalne w neoliberalnej Polsce gdyż brak wystarczająco dużych i zainteresowanych źródeł finansowania.
Energetyka jądrowa to wielkie koszty i jeszcze większa odpowiedzialność Pierwszy projekt, Żarnowiec, został złożony na ołtarzu demokracji obecny jest tak odległy w czasie, że prawie nie realny. Na dzień dzisiejszy wygenerował tylko kilka lukratywnych posad.
Program OZE (odnawialne źródła energii) miał być wielkim otwarciem na technologie, rozpowszechniające się na świecie: elektrownie wiatrowe, energia solarna, bioenergia, elektromobilność, geotermia itp. Niestety kolejne inicjatywy okazują się medialnymi efemerydami. Przypominam plantacje wierzby energetycznej, kolektory biomasy, syntezę paliw z odpadów czy kolektory słoneczne na dachach, że nie wspomnę o geotermii, która miała być źródłem ciepła a zaowocowała aferami finansowymi w Toruniu. Większość okazywała się nieopłacalna lub zanikała z powodu braku środków na inwestycje. Energetyka wiatrowa została storpedowana przez lobby węglowe ustawą wygaszającą lądowe wiatraki. Nawet środowiska proekologiczne i samorządy lokalne miały w tym swój udział. Podobno kury się nie niosły.
Nie widzę też specjalnej troski o tereny zielone, o nasze lasy, to 10 proc. wydzielanego do atmosfery tlenu. Wyczyny pana Ministra Szyszki z trudem ograniczone przez ekologów i UE, wycinanie drzew w miastach, wyrąb lasów karpackich (Bieszczady), których mało, kto chce bronić nie rokuje dobrze na przyszłość.

 

Czy spalanie węgla to jedyna realna alternatywa?

Za nim stwierdzimy, że nie obchodzi nas, co będzie za 50 lat, ważne jak dożyjemy do końca miesiąca rozważmy kilka faktów.
Zasoby węgla nie są odnawialne. Według lobby węglowego ma ich starczyć na 200 lat, ale to, co zostało jest coraz głębiej lub znajduje się pod miastami i zasobami biologicznymi. Wydobycie jest coraz droższe i ryzykowne.
To właśnie elektrownie węglowe odpowiadają za zbliżającą się podwyżkę cen energii elektrycznej (opłaty emisyjne) i wzrost cen węgla. Żadne dopłaty dla odbiorców indywidualnych nie zrekompensują wzrostu kosztów zależnych od cen energii.
Brak dywersyfikacji energetycznej to efekt wieloletnich zapóźnień. Nie było takiej formacji politycznej, która odważyłaby się narazić sektorowi górniczemu, to obecnie 300 000 miejsc pracy. To także gałąź gospodarki rozpieszczana przez władze całej powojennej Polski, kiedyś podstawa naszej gospodarki i powód do dumy. Kilka formacji próbowało, lecz musiało się wycofać przed społecznym niezadowoleniem. Patrząc na wydarzenia we Francji trudno się dziwić, przecież Macron chciał podniesienia akcyzy paliwowej uzasadniając to ekologią.
Można jedynie w miarę możliwości łagodzić skutki wieloletnich zaniedbań. Wymiana pieców i docieplanie mieszkań na pewno poprawia jakość powietrza i oszczędza energię, ale biorąc pod uwagę, że to właśnie gospodarstwa domowe są głównym źródłem smogu trzeba dążyć do ogrzewania centralnego. Elektrociepłownia (nawet węglowa) dzięki możliwościom filtrowania i oczyszczania spalin jest bardziej ekologiczna niż tysiące piecyków, kominków i tzw. „kóz” z rurą sterczącą z okna. Takie elektrociepłownie budowano w Polsce Ludowej i to dzięki nim Warszawa ma nieco czystsze powietrze.
Odnawialne źródła energii muszą być dofinansowywane. Nie wystarczy pisać o nich ciepło w dziale ciekawostki. Indywidualnego odbiorcę bez wyraźnego bodźca finansowego nie namówimy do inwestowania w coś, co jest nowinką techniczną a przy tym kosztuje znacznie więcej niż spalanie byle jakiego węgla lub śmieci, które ma za darmo.
Podobnie jest z elektromobilnością. Musi ona być konkurencyjna dla pojazdów spalinowych. A działacze miejscy promujący rowery i hulajnogi powinni pamiętać, że nie każdego da się na nie wsadzić. Podstawą jest i będzie transport publiczny.
O potrzebie ochrony zasobów leśnych napisano już tyle, że jedyne, co potrzeba naszej przyrodzie to system prawny realnie ją chroniący, niezależny od lobby myśliwskiego, meblarskiego i kilku innych tak miłych części naszych elit.
Niestety powyższe działania jedynie złagodzą nasze problemy. Żeby je rozwiązywać w skali kraju czy świata potrzebna jest wizja i siły, które zechcą ją zrealizować.
Musimy pogodzić się z tym, że ludzie zamieszkają w ekologicznych miastach zamiast betonowych klocków z łuczkiem i kolumienką, rozwijających się w górę i w dół wykorzystujących wytwarzane ciepło regenerujących wodę korzystających z odnawialnych zasobów energii, miasta ze zintegrowanym transportem i powiązane z miejscami pracy.
Samowystarczalność żywieniowa będzie oparta o rolnictwo intensywne, w minimalnym stopniu zależne od pogody i ograniczonym wpływie na zasoby naturalne.
Musimy pozwolić otaczającej nas przyrodzie na samo regenerację, naturalną odbudowę zasobów wodnych i oczyszczenie powietrza.

 

Brzmi jak science fiction?

Na pewno tak. Ale jeżeli nasze prawnuki mają żyć w przyzwoitych warunkach trzeba iść tą drogą.
Martwi mnie jedynie, że neoliberalny system, gdzie imperatywami kategorycznymi są własność i swoboda gospodarowania, a fetyszem zysk, gdzie prezydent uważa, że unijny zakaz produkcji żarówek żarowych to atak na demokrację wizja pozostanie w świecie s/f.

Będą wiatraki na morzu

Są pierwsze efekty konferencji klimatycznej, która odbywa się w Katowicach. Państwowy moloch PGE poinformował o planach utworzenia na Morzu Bałtyckim kompleksu elektrowni wiatrowych.
To ważna informacja, bowiem jeszcze tydzień temu minister Krzysztof Tchórzewski znalazł się na ustach całego świata, kiedy zadeklarował, że nasz kraj zamiarza do 2035 roku wygasić istniejące fermy wiatrowe. Prezentacja projektu transformacji energetycznej, przedstawiona na COP24 przez przedstawicieli Komisji Europejskiej spowodowała, że ekipa Morawieckiego w pośpiechu zaczęła szukać rozwiązań alternatywnych wobec węgla, na których dotychczas planowała oprzeć produkcje energii w Polsce.
Polska Grupa Energetyczna to gigant, który został niedawno umieszczony, wraz z dwoma innymi polskimi podmiotami na liście 10 największych trucicieli w Europie, Należąca do niego Elektrownia Bełchatów zabija ok. 1,2 tys osób roczne. Teraz PGE zamierza się jednak zająć produkcją energii z odnawialnych źródeł. Takim sygnałem był dzisiejszy komunikat, w którym firma poinformowała o rozpoczęciu poszukiwania partnera do budowy i eksploatacji farm wiatrowych na Morzu Bałtyckim. To pierwszy etap programu; łączna moc tych farm ma wynosić 2545 MW (w podziale na dwa obszary, w ramach dwóch koncesji, po 1500 MW i 1045 MW mocy). Wiatraki staną na wysokości Łeby, około 25-30 km od brzegu.
Kiedy prąd z bałtyckiego wiatru zasili polskie domy? Dopiero za siedem lat. Inwestycja jest to bowiem skomplikowana i kosztochłonna.
Przeznaczonych ma zostać na nią z budżetu ok. 30 mld złotych. Będzie to jednak znaczący krok w przemianie polskiej energetyki. Uznanie budzić może też skala. Energia nie przyczyniająca się do degradacji klimatu zasilić ma bowiem 4 mln gospodarstw.
Przeciwnicy energii z wiatraków wskazują na wysokie koszty inwestycji. I faktycznie, są one wyższe niż w przypadku bloku węglowego w Ostrołęce, który był, do niedawna, największą dumą ministra Tchórzewskiego. Budowa tamtego zakładu ma pochłonąć 6 mld złotych. W porównaniu z 30 mld na bałtyckie wiatraki, to istotnie niewiele. Turbiny mają jednak większą planowaną moc – 2000 MW to dwukrotnie więcej niż ostrołęcki zakład. Do wiatraków nie trzeba też dostarczać węgla, który również kosztuje.