Luis Sepulveda – pisarz, rewolucjonista, ekolog

Odnoszę wrażenie,że w ostatnim czasie odchodzi z tego świata wyjątkowo dużo znanych i wybitnych ludzi. Nie tylko w Polsce,lecz w całym świecie. Pewnym symbolem była śmierć Krzysztofa Pendereckiego. W minionych dniach zmarli m.in.: dr Krystyna Łybacka-długoletnia posłanka, eurodeputowana, była minister edukacji i sportu,a także prof. Janusz Symonides – prawnik i długoletni dyrektor PISM-u (Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych). Symboliczny stał się dla mnie też zgon na koronawirusa w wieku 71 lat w Oviedo (w Asturii) chilijskiego twórcy (pisarza, dziennikarza, człowieka filmu), działacza lewicy oraz alterglobalisty – Luisa Sepulvedy.

Poczynając od lat 60, a zwłaszcza w dekadzie lat 70. i 80., ogromną popularność w świecie (w Europie bodaj największą we Francji i Polsce) zaczęła zdobywać literatura Ameryki Łacińskiej. Jej twórcy (poeci i powieściopisarze) odnoszący wielkie sukcesy,wywodzili się z różnych krajów i szereg z nich zasłużenie zostało wyróżnionych Nagrodami Nobla.
Wspomnę tylko niektórych:Jorge Luis Borges i Julio Cortazar z Argentyny,Paulo Coelho z Brazylii,Gabriela Mistral i Pablo Neruda z Chile, Miguel Angel Asturias z Gwatemali, Alejo Carpentier z Kuby, Gabriel Garcia Marquez z Kolumbii (nota bene autor „Miłości w czasach zarazy”), Carlos Fuentes i Octavio Paz z Meksyku, Mario Vargas Llosa z Peru. Do ich popularności nad Wisłą przyczynili się w dużym stopniu znakomici tłumacze z hiszpańskiego i portugalskiego, m.in. Carlos Marrodan Casas, Kalina Wojciechowska czy Grażyna Grudzińska).
Sepulveda był i jest nad Wisłą mniej znany niż wspomniana przeze mnie czołówka autorów latynoamerykańskich, ale życiorys miał wyjątkowy. Bogatszy niż Hemingway, którego uważał za swego mistrza.
Wnuk andaluzyjskiego anarchisty zmuszonego uciec do Ekwadoru,a następnie do Chile, oraz Indianki Mapuche działał w młodzieżówce komunistycznej. Za rządów prezydenta Allende był jednym z jego ochroniarzy,a po zamachu gen. Pinocheta we wrześniu 1973 r. aresztowano go, brutalnie torturowano i skazano na 28 lat więzienia.
Po prawie 3 latach,dzięki wstawiennictwu Amnesty International, otrzymał w Szwecji azyl polityczny, lecz postanowił wrócić do Ameryki Południowej.Pobyt u Indian Shuarów w 1978 r. posłużył mu do badania wpływu kolonizacji i stworzył materię do pierwszej powieści.
Wkrótce potem trafił do Nikaragui, gdzie w brygadzie im. Simona Bolivara uczestniczył w walce zbrojnej z dyktaturą Somozów po stronie sandinistów (FSLN). Jednak coraz częściej wykazywał rozczarowanie tym,że-jak pisał-”piękne rewolucje kończą się piekłem z powodu wiecznych ułomności: dogmatyzmu,uniformizacji i braku twórczej szlachetności”. Osobiście wcale mu się nie dziwiłem. Gdy patrzy się np. na Nikaraguę (odwiedzałem ten kraj w 1983r.,w okresie euforii rewolucyjnej) to były lider sandinistów Daniel Ortega (prezydent w latach 1985-90 i od I 2007 r.) kompletnie zmienił front. Z rewolucjonisty stał się czystej wody prawicowcem między innymi żonę Rosario Murillo uczynił swoim zastępcą i całkowicie zakazał aborcji.
Luis Sepulveda miał też skomplikowane życie osobiste-kilka żon,sporo dzieci,a mieszkał m.in. w Hamburgu i Paryżu. Zdecydował się nie wracać do Chile,choć uważnie śledził sytuację w swej ojczyźnie. W 1996r. postanowił osiąść w Gijon,w Asturii-na północy Hiszpanii.
Wcześniej współpracował też z Greenpeace, pływając m.in. na statkach tej organizacji. Mnie zainteresował także dlatego, iż uważam Chile za jedno z najciekawszych i najpiękniejszych państw świata. Odwiedzałem również Patagonię, której poświęcił dwie książki:”Express Patagonia” i „Podróż do świata na końcu świata”. Warto pamiętać, iż w fantastycznej stolicy argentyńskiej Patagonii – Ushuaia (jej chilijskim odpowiednikiem jest równie ciekawe Punta Arenas)znajduje się „oficjalny koniec świata” i też kursuje tam „kolej na końcu świata.
Książki Sepulvedy przełożono na ok. 60 języków. Kilka z nich także na polski, np. „O starym człowieku, co czytał romanse”, „Historia o mewie i kocie,który ją uczył latać:Dla dzieci od lat 8 do 88”, czy „Niemy Uzbek”. Warto przetłumaczyć kilka innych,w tym bodaj ostatnią „Koniec historii” (z 2017 r.) – będącą rozrachunkiem z juntą chilijską.

ABC z czarnym łabędziem

5 marca , w ostatniej wersji programu Baltic Business Forum, zapisałem temat debaty otwarcia: „Wojny handlowe, syndrom czarnego łabędzia, protekcjonizm – nowe rozdanie w gospodarce światowej”. Dziś mam nieodparte wrażenie, że byłem optymistą.

„Syndrom czarnego łabędzia”, jako opis czegoś niespodziewanego w gospodarce, brzmi przecież lepiej niż to, co nas spotkało, czyli „pandemia” i „kryzys”. Konferencję Baltic Business Forum przekładamy z kwietnia na jesień 2020 roku, jednak nie odkładamy dyskusji o gospodarce, Europie i Regionie ABC, obejmującym Adriatyk, Bałtyk i Morze Czarne. Ten format geograficzny wyróżnia naszą konferencję, obejmuje państwa członkowskie Unii Europejskiej i państwa nie należące do Unii, ale ważne dla gospodarki regionu – Turcje i Ukrainę. Region ABC to więcej niż Trójmorze.
Z perspektywy M.Belki
Co zmieni się w gospodarce do jesieni? Prof. Marek Belka, który 27 kwietnia miał gościć na BBF, mówi:
– Czeka nas kryzys, głęboki i inny niż dotychczasowe. W jego efekcie globalizacja się zregionalizuje. Tracimy zaufanie do długich łańcuchów dostaw, a jednego krańca świata na drugi. Docenimy bliskość partnerów biznesowych, a więc znaczenie regionalizacji. To szansa dla Europy – przecież mamy nieźle funkcjonujący wspólny rynek, mamy unijne instytucje, potencjał badawczy i innowacyjny. Być może do tej pory brakowało determinacji, odrobiny „euroszowinizmu”, czyli odwagi do otwartego mówienia o przewagach europejskości, regionalizacji, o potrzebie budowania przewag naszego kontynentu. Teraz , jako Europejczycy, będziemy musieli wspólnie zająć się swoimi sprawami, nie czekając na „niewidzialną rękę rynku”. Jak to zrobić? W ostatnich latach w Unii modne stało się słowo – klucz „sustainability”, czyli zrównoważony rozwój. W publicznym dyskursie „sustainability” miało pewien przechył w kierunku pożądanej polityki klimatycznej. Dziś „czarne łabędzie” uzmysławiają nam , że zrównoważony rozwój ma też swój wymiar ekonomiczny i wymiar społeczny. Dziś wyraźnie widać, że służba zdrowia to nie jest koszt czy konsumpcja, ale jądro gospodarki. Poważni politycy nie będą mogli dłużej tłumaczyć, że opieka zdrowotna składa się na deficyt budżetowy.
Jednym z zagrożeń wywołanych pandemią jest przerwanie łańcucha dostaw produktów żywnościowych, zwłaszcza spoza Europy. Ograniczenia w przemieszczaniu pracowników sezonowych, z Ukrainy, Polski czy Rumunii, będą problemem dla europejskich producentów żywności. W planowanym na kwiecień BBF miał uczestniczyć Wiceminister Rozwoju Gospodarczego, Handlu i Rolnictwa Ukrainy oraz Przedstawiciel Handlowy Ukrainy Taras Kaczka. Minister oświadczył właśnie, że Ukraina może odegrać swoją rolę w przeciwdziałaniu światowemu kryzysowi żywnościowemu i zapewnieniu bezpieczeństwa żywnościowego na poziomie międzynarodowym. Możliwy jest bowiem dodatkowy eksport produktów rolnych, bez szkody dla bezpieczeństwa żywnościowego Ukrainy.
– Koncentrujemy się na możliwościach naszych prywatnych producentów – zarówno obecnych wiodących eksporterów, jak i nowych graczy – powiedział minister Kaczka.
Warto pamiętać, że Ukraina to liczący się producent żywności: w 2019 roku z wolumenem produktów o wartości 7,3 mld Euro była trzecim eksporterem na rynki Unii Europejskiej.
Perspektywa czarnomorska
Burak Pehlivan, Prezes Międzynarodowego Turecko – Ukraińskiego Stowarzyszenia Biznesu, laureat Nagrody BBF „Energia dla rozwoju”, wskazuje, że bezpieczeństwo żywnościowe staje się składnikiem bezpieczeństwa narodowego.
– Ukraina jest znanym i dobrym producentem, teraz powinna postawić na przetwarzanie żywności, pójść naszym śladem. Turcja ma podobne doświadczenie i może pomóc Ukrainie – inwestycjami i udostępniając know-how. Kluczowe znaczenie może tu mieć umowa o wolnym handlu między naszymi krajami, prezydenci Turcji i Ukrainy, na forum gospodarczym w Kijowie w lutym obiecali, że ta umowa zostanie podpisana do końca 2020 roku – mówi Burak Pehlivan.
Czarnomorskie sąsiedztwo Ukrainy i Turcji zdaniem Buraka Pehlivana jest dobrym przykładem współpracy regionalnej. W Turcji odpoczywało rocznie, 1,7 miliona Ukraińców, oba kraje łączyło ponad 200 lotów pasażerskich tygodniowo, w 2019 roku tureckie firmy były zaangażowane w 200 projektów inwestycyjnych w Ukrainie, w kooperacji przemysłu zbrojeniowego obu krajów powstał wspólny dron bojowy.
– Weszliśmy w złoty wiek relacji Ukrainy i Turcji – mówi z dumą Burak Pehlivan – i wierzę , że po trudnym bieżącym roku, w następnym nastąpi odbicie. W 2019 roku obroty handlowe między naszymi krajami wyniosły 4, 7 mld USD, możemy je podwoić.
Perspektywa znad Bałtyku
Baltic Business Forum od 12 lat organizowane jest w Świnoujściu, położonym na jednym z wierzchołków trójkąta trzech mórz – Bałtyku, Adriatyku i Morza Czarnego. Świnoujście jest dobrym miejscem do dyskusji o współpracy międzynarodowej i regionalnej. To miasto, w którym jadąc ulicą Grunwaldzką w kierunku zachodnim można przekroczyć granicę z Niemcami. To samo można zrobić idąc na zachód plażą. Wspominając o przekraczaniu granicy powinienem był napisać: można było, bo z powodu epidemii granica jest zamknięta, tak jak baza wypoczynkowa po obu jej stronach. Czy „czarny łabędź” kryzysu przyleciał do Świnoujścia?
Prezydent miasta Janusz Żmurkiewicz nie jest pesymistą.
– Świnoujście jest miastem o wielu specjalizacjach – mówi. – Począwszy od wyspiarskiego położenia, które czyni je jednym z najbardziej atrakcyjnych turystycznie miast w Polsce, po koegzystencję branży turystycznej, uzdrowiskowej i gospodarki morskiej. Z jednej strony na wyspie Uznam powstało kilkanaście nowych obiektów hotelowych, poprawiono infrastrukturę drogową , wybudowano nowe obiekty sportowe w tym obiekty dotyczące spędzania czasu wolnego , jak Promenada Zdrowia, nowe ścieżki rowerowe, siłownie na wolnym powietrzu . Z drugiej strony na wyspie Wolin zakończono budowę terminala LNG , rozbudowano terminal promowy o nowe stanowisko promowe o długości 206 m, w budowie jest parking dla około 300 TIR-ów. Rozpoczęto też modernizację dróg dojazdowych do portu w Świnoujściu.
Tak dynamiczny rozwój miasta powodował duże perturbacje w zatrudnieniu nowych pracowników, których tak jak w całym kraju brakowało, zwłaszcza w branży turystyczno – gastronomicznej i usługach. Szacuje się , że w „szeroko rozumianej turystyce” – hotele, handel, usługi, gastronomia itd. pracuje około 55-60% ogółu zatrudnionych mieszkańców miasta. Zamknięcie z powodu koronowirusa działalności branży turystycznej, handlowej i usługowej to ogromny problem dla przedsiębiorców, mieszkańców i dla samego miasta. Oczywiście „ratunkiem’ dla miasta i jego mieszkańców jest teraz gospodarka morska, w którą epidemia także uderzyła, ale w dużo mniejszym stopniu. Żadne przedsiębiorstwo gospodarki morskiej nie zamknęło swojej działalności. Dywersyfikacja działalności gospodarczej okazała się mądrym przemyślanym działaniem a kontynuacja takiej polityki w obecnej dobie tylko te założenia potwierdziła.
Co widzi „szkiełko i oko”
Jak widać, mamy dokąd wracać. Planujemy, że Baltic Business Forum zawita do Świnoujścia jesienią tego roku. Przyjedziemy, oczekując dyskusji i tęskniąc do niepowtarzalnych uroków miasta. Czy przyjedziemy mądrzejsi o doświadczenie kilku miesięcy życia z pandemią i kryzysem na karku? Profesor Michał Kleiber , przewodniczący Rady Programowej BBF, mimo wszystko stawia na „mędrca szkiełko i oko”.
– Potrzebujemy zasadniczej zmiany w rozumieniu znaczenia głębokich badań w wielu dziedzinach nauki – począwszy od medycyny i biologii, poprzez fizykę, chemię, inżynierię i informatykę aż po nauki społeczne, w szczególności socjologię, psychologię i politologię – mówi były, przez dwie kadencje, Prezes Polskiej Akademii Nauk. – Starania o wzrost gospodarczy muszą być w przyszłości lepiej równoważone troską o harmonijne funkcjonowanie społeczeństw w warunkach niespodziewanych wyzwań. Wobec zglobalizowanego świata i rosnącej mobilności ludności wydarzenia podobne do obecnego wydają się bowiem być w przyszłości nieuniknione. Typowym dla współczesnych czasów, powszechnym staraniom o gromadzenie dóbr materialnych towarzyszyć musi świadomość zagrożeń w postaci zakaźnych chorób, pogarszającego się stanu środowiska naturalnego, wyczerpywania się wielu kluczowych bogactw naturalnych, niemalejących w wielu obszarach świata nierówności społecznych i wielu innych problemów. Warto wziąć sobie głęboko do serca obecne doświadczenia i wyciągnąć z nich wnioski – tylko głębokie, naukowo wsparte rozumienie przyczyn zagrożeń i możliwości stawiania im czoła, może zapewnić powszechnie satysfakcjonujące funkcjonowanie globalnego społeczeństwa.
Zatem: globalizacja się zregionalizuje, krótsze łańcuchy dostaw to lepsze łańcuchy dostaw, dywersyfikacja ratuje przed kryzysem, pracujemy na białego łabędzia, nauka – głupcze! Z tymi myślami, i z żalem, że nie możemy teraz spotkać się w Świnoujściu, zapraszam na jesienne Baltic Business Forum.

  • autor jest wiceprezesem Międzynarodowego Stowarzyszenia Europa – Północ – Wschód, które organizuje Baltic Business Forum w Świnoujściu.

Uroki pandemii w 50 rocznicę Dnia Ziemi

Patrzę na zdjęcie z lat 20-tych ubiegłego wieku. Ojciec, matka, wujek, trójka dzieci i kot. Wszyscy w białych, płóciennych maseczkach. Kot też. Zdjęcie zostało zrobione sto lat temu, w okresie „hiszpanki”. Najprawdopodobniej już w czasie „drugiego etapu”, czyli powrotu do „normalności” po kwarantannie.

Nowa „normalność” to pojęcie do którego trudno się przyzwyczaić. Jak będzie wyglądać? Już mniej więcej wiemy i staramy się ją sobie wyobrazić. Wszyscy będziemy nosić maseczki i rękawiczki. Nie wiemy jak długo. Długo. Najprawdopodobniej do wynalezienia szczepionki.
W Rzymie nie ma jeszcze powszechnego obowiązku zakrywania twarzy. Powody są dwa. Po pierwsze nie ma maseczek. Po drugie wciąż są wątpliwości jaki jest efekt ich noszenia…
Większość ludzi przychodzi do sklepu w maseczkach (także własnej roboty) i rękawiczkach. Efekt psychologiczny. Wszyscy czujemy się bezpieczniej. Przypomina mi się rozczulająca scena z pierwszych dni kwarantanny we Włoszech. Starszy, samotny pan podchodzi do policjanta w Turynie i pyta go, czy on może mu pomóc założyć jego maseczkę, zanim wejdzie do sklepu, bo tak będzie się czuł bezpieczniej…
Kwarantanna – to słowo wymyślono w starożytnym Rzymie i pochodzi od liczebnika czterdzieści. Tyle dni trwała izolacja zadżumionych. Czterdzieści dni czekały statki w porcie, zanim ich pasażerom pozwalano zejść na ląd. Na czterdzieści dni zamykano bramy miasta, gdy wybuchła gdzieś zaraza. Przez czterdzieści dni izolowano chorych na Wyspie Tiberina – albo tam zmarli, albo przeżyli.
Po czterdziestu dniach kwarantanny udało mi się wreszcie uszyć maseczkę z getrów do jogi… Doszłam do wprawy. Kiedy skończy się pandemia może zrobię wystawę tych dzieł sztuki. Długa była do tego droga. Obejrzałam na You Tube kilkanaście filmów. Pocięłam podkoszulki, rajstopy, getry.
Teoretycznie maseczkę można zrobić ze wszystkiego. Teoretycznie… Pod warunkiem, że ma się w domu zszywacz i zszywki, gumki do włosów lub przysłowiową gumę z majtek. Mnie kwarantanna zastała tylko z taśmą klejącą.
„Co to? Majtki teściowej?” – zapytał mnie mąż gdy zobaczył mój pierwszy prototyp uszyty ręcznie z poszewki na poduszkę. – „Załóż to sama. Nie będę w tym chodził.” Drugi prototyp zrobiłam z przepaski do włosów i wkładki do sportowego stanika. Znowu wyszły mi „przedpotopowe gacie ”. Trzeci z jedwabnej chustki, z filtrem z papieru do pieczenia. Dało się w tym chodzić, ale można było się udusić. Z maseczką-origami z papieru do pieczenia i papierowego ręcznika, złożonego w harmonijkę, z gumkami od weków przyklejonymi taśmą poszło już lepiej. Kiedy pojawiliśmy się w nich w sklepie, znajomy właściciel wybuchł śmiechem. Zlitował się i dał nam cztery chińskie maseczki jednorazowe. Wielka radość trwała jednak krótko.
„Maseczki dla króliczka Bunny” – tak je określił mityczny gubernator Kampanii, Vincenzo De Luca, gdy rząd przysłał mu je dla lekarzy w szpitalach. Są tak małe, że gdy założyliśmy je po raz pierwszy zerwały się gumki. Musiałam przyszywać je ręcznie.
„Darowanemu koniowi w zęby się nie patrzy” – stare przysłowie staje się dziś aktualne, zwłaszcza gdy chodzi o maseczki. Chińskie maseczki jednorazowe trzeba używać kilka razy. Po powrocie do domu są zdejmowane z uwagą, jeszcze w rękawiczkach, a następnie odwieszane w bezpiecznym miejscu na przynajmniej dobę. Później dezynfekcja parą z żelazka. Przy dezynfekcji żelazkiem jedna maseczka z flizeliny przypaliła mi się i dziurę musiałam zakleić taśmą, by iść do sklepu. Podczas kolejnej dezynfekcji parą, doszło do spięcia w żelazku i wyskoczyły mi korki.
Takie uroki pandemii…
Wiem, nie ja jedna przez to przeszłam. Te same kłopoty ma 4,5 miliarda osób. Na Facebooku widziałam już wszystko. Ludzi w foliówkach na głowach, w pieluchach na twarzy, z butelkami plastikowymi na gumkach, z gąbkami, ze skórkami połówek pomarańczy, z połówką bulwy fenokuła. Widziałam zdjęcia dzieci w Afryce, które mają maseczki plecione z palmowych liści i zdjęcia matki, która w Strefie Gazy zakłada dzieciom na twarz duże liście kapusty przywiązane sznurkiem.
Widziałam piękne jednorazowe maseczki na pomnikach w ramach reklamy noszenia maseczek. Widziałam wieczorowe maseczki ze staników z koronkami i perełkami. Zajebiste maski z filtrami FFP3 i super fantastyczne „kominy” wielofunkcyjne z materiałów hi-tech z wymienianymi wkładkami filtrującymi. Maseczki ekologiczne z zielskiem zamiast filtrów. „Kosmiczne” wizjery z plastiku, wizjery przypinane do kapeluszy, a także wizjery domowej roboty z opaski na włosy i plastikowej okładki na dokumenty. Widziałam muzułmańskie hidżaby z maseczkami i maseczki z suwakiem do przyjmowania komunii.
Widziałam już tyle, że sama nie wiem czy trwa pandemia Covid-19, czy Karnawał 2020 jeszcze się nie skończył…
Ale wróćmy do rzeczy. Od trzech dni również i ja mam twarzową maseczkę (z getrów do jogi, z gumkami, które wyciągnęłam z pokrowca na fotel). Jakoś się w niej wygląda. No ale co z tego, skoro tak naprawdę przed Sars-CoV-2 ona mnie nie uchroni…
Włoski wirusolog, doktor Stefano Montanari, powiedział w programie radiowym: „Te maseczki domowej roboty mogą co najwyżej zatrzymać indyki, a nie wirus o wielkości 120 nanometrów. To tak jak zrobić prezerwatywę na szydełku. Jeżeli nie są odpowiednio zmieniane i dezynfekowane, jest ryzyko przyklejania sobie do twarzy wszystkich możliwych bakterii i wirusów, nie mówiąc już o tym, że oddychamy dwutlenkiem węgla”.
W stosunku do rękawiczek jednorazowych był jeszcze bardziej bezwzględny: „Są gorsze. Przenoszą wszystkie możliwe zarazki i wirusy. Kasjerka ma na nich wszystko. Jedyną ochroną przed wirusem jest mycie rąk”.
Na temat maseczek jednorazowych czytałam już tyle rzeczy, że sama nie wiem co o tym wszystkim myślec. Jeden z artykułów tłumaczył, że z ostatnich badań wynika, iż wirus Sars-CoV-2 może utrzymywać się na nich aż do 7 dni. Powstaje więc poważny problem jak i gdzie wyrzucać maseczki jednorazowe, które tak naprawdę chronią nas nie dłużej niż do 6 godzin. Później trzeba je ostrożnie zmienić i szybko się ich pozbyć.
Tymczasem Włochy (jak i zresztą wiele innych państw) przygotowują się do przejścia na etap drugi, czyli wychodzenie z kwarantanny i powrót do „nowej normalności”. Włoskiemu rządowi udało się wreszcie zgromadzić 49 mln maseczek jednorazowych, przeznaczonych dla tych, którzy wrócą do pracy w sektorze publicznym. Zostaną rozdane za darmo.
Aby przejść do drugiego etapu pandemii, nauczyć się współżyć z Covid-19 i jakoś funkcjonować do czasu wynalezienia szczepionki oraz zaszczepienia wszystkich, ludzkość będzie potrzebować miliardów maseczek jednorazowych.
Już dziś widzę na rzymskim bruku pierwsze porzucone maseczki i rękawiczki. Na Facebooku oglądam zdjęcia rybaków w Indich, którzy zbierają na plażach i wyławiają z oceanu maseczki i rękawiczki.
Maseczki i rękawiczki… – boję się pomysleć jak będzie wyglądał świat, gdy skończy się Covid-19.
Jedno jest pewne. Po czym poznamy, że pandemia skończyła się definitywnie? Kiedy będą oferować trzy maseczki w cenie jednej…
Patrzę na to niezwykłe zdjęcie z lat 20-tych ubiegłego wieku, zrobione w czasie „hiszpanki” (ojciec, matka, wujek, trójka dzieci i kot, wszyscy w białych, płóciennych maseczkach, kot też) i przychodzą mi dwie refleksje. Po pierwsze: kto wie jak my będziemy wyglądać na zdjęciach, które pozostaną po nas z czasów pandemii Covid-19 z 2020 roku i kto wie, jak będą patrzeć na nie ci, którzy będą się zmagać z kolejną pandemię za sto lat? Po drugie: czy nie moglibyśmy powrócić do białych, bawełnianych maseczek, które można prać, prasować, suszyć na słońcu, sterylizować w mikrofalówce i moczyć w spirytusie do woli? Wszystkie wielkie zarazy w historii, ludzkość przetrwała nosząc takie właśnie maseczki. Przynajmniej wychodzi się w nich dobrze na zdjęciach.
Używając jednorazówek myślcie nie tylko o waszym zdrowiu, ale i o zdrowiu Planety.
Człowiek nie może żyć w zdrowiu, gdy Ziemia choruje z jego przyczyny.

Rząd uderzy w ekologów?

Wysychające jeziora i rzeki zamieniające się w wąskie strumienie; przerwy w dostępach do wody i toksyczna mgła unosząca się nad miastami. Organizacje ekologiczne publikują coraz bardziej niepokojące raporty. Rząd PiS nie zamierza obojętnie się temu przyglądać.

Ale nie, nie planuje poważnie zająć się transformacją struktury energetycznej Polski czy nawet przeczytać wzmiankowanych raportów o jakości powietrza i wody. Zamiast tego zamierza przykręcić śrubę tym, którzy opisują politykę, która niszczy środowisko naturalne i zagraża naszemu zdrowiu.

PiS powołał niedawno nowy resort. Wielu zastanawiało się jakie będą kompetencje ministerstwa klimatu, za którego sterami zasiadł młody wilk z obozu Zbigniewa Ziobry – Michał Woś. Teraz rząd powoli odsłania karty.
Podczas dzisiejszego występu w Polskim Radiu minister Woś poinformował o powołaniu grupy roboczej, której zadaniem będzie „wypracowanie rozwiązań ustawowych doprecyzowujących zasady jawności działania organizacji proekologicznych”. Ministerstwo najwyraźniej chce przedstawić społeczeństwu organizacje upominające się o walkę z kryzysem klimatycznym jako agenturę obcych sił, chcących zaszkodzić Polsce.

Idealiści czy lobbyści?

– Powołałem grupę roboczą, które mają zaradzić nieuczciwemu zjawisku lobbingu. Społeczeństwu należy się pełna informacja o tych organizacjach. Za ładnymi hasłami kryją się czasami wielkie interesy biznesowe – mówił Woś w rozmowie z Dorotą Kanią.

Według Wosia organizacje ekologiczne są finansowane z podejrzanych źródeł. Tymczasem np. Greenpeace, którego działacze stworzyli kilka raportów szczególnie krytycznych wobec PiS, finansowany jest wyłącznie ze zrzutek i przedstawia sprawozdania. Ale i to niedobrze. Woś przyznał, że niepokoi go jest „bardzo duża liczba aktywistów, działających w różnych fundacjach czy stowarzyszeniach, którzy całe swoje życie oddają przyrodzie, oddają się w pełni jej ochronie”.

„Innowacyjny biznes” po polsku

Gdy prywatną przedsiębiorczość otacza się prawdziwym kultem, wielu prywaciarzy nie widzi nic złego w wyrzucaniu śmieci do lasu, wylewaniu ścieków do rzeki i podobnych metodach „oszczędzania”.

Jeden z najnowszych „bohaterów wolnego rynku” to lokalny biznesmen z Chojnic. Rzutkiego kapitalistę zatrzymała policja, gdyż w okresie świąteczno-noworocznym wywiózł do lasu 600 kilogramów rybich zwłok. W ten sposób postanowił zaoszczędzić na składowaniu odpadów.
15 stycznia spacerowicz zawiadomił leśniczego, że nieopodal jeziora Duże Głuche (woj. pomorskie) zalega sterta śmierdzących ryb. Do doniesienia załączył zdjęcia. Po przyjeździe na miejsce służb mundurowych stwierdzono, że były to pozostałości ryb słodko- i słonowodnych, filety, kręgosłupy, skrzela, a nawet całe ryby wędzone. Łącznie las pomiędzy Konarzynami a Chocińskim Młynem „wzbogacił się” o 700 kg takiej materii. Nadleśnictwo Przymuszewo było zmuszone zapłacić ponad 1 tys. zł za uprzątnięcie znaleziska. Szczęśliwie policjanci niebawem ustalili tożsamość sprawcy.
Jego czyn zostanie zakwalifikowany jako przestępstwo. Art. 182 § 1. kodeksu karnego mówi, że „kto zanieczyszcza wodę, powietrze lub powierzchnię ziemi substancją albo promieniowaniem jonizującym w takiej ilości lub w takiej postaci, że może to zagrozić życiu lub zdrowiu człowieka lub spowodować istotne obniżenie jakości wody, powietrza lub powierzchni ziemi lub zniszczenie w świecie roślinnym lub zwierzęcym w znacznych rozmiarach, podlega karze pozbawienia wolności od 3 miesięcy do lat 5”.
Leśników to nawet nie dziwi
Bartosz Czarnecki, rzecznik prasowy Nadleśnictwa Przymuszewo przyznaje, że podobne sytuacje miały już miejsce w jego regionie.
– Ta sytuacja w skali całego kraju jest kroplą w morzu problemów śmieci w lasach. W ubiegłym roku w Kolbudach w lesie wyrzucono kilkanaście tysięcy jajek. Dla nas był to pierwszy tego typu przypadek. W Polsce zdarzały się też kurczaki. Może się komuś wydaje, że siły natury lub zwierzęta poradzą sobie z czymś takim. No niestety nie z taką ilością – poinformował pracownik leśnictwa.
– Tylko w 2018 roku z lasów w całej Polsce, my leśnicy – usunęliśmy 109 tys. metrów sześciennych śmieci. Koszt tych przedsięwzięć to ponad 19 mln zł. Roku 2019 nie mamy jeszcze podsumowanego choć ilość śmieci spada ale rosną koszty uprzątnięcia – dodał Czarnecki.
Dokarmić zwierzęta
Dlaczego przedsiębiorca zanieczyścił las? 36-latek z powiatu człuchowskiego przyznał, że dostarczał zdechłe ryby jako pokarm na fermę norek. Tego dnia uznał, że są w zbyt zaawansowanym stadium rozkładu i postanowił wyrzucić je do lasu. – Sądził, że odpadami pożywią się leśne zwierzęta – tłumaczy Magdalena Rolbiecka, rzecznik prasowy chojnickiej policji.
Martwych ryb pozbył się również „innowacyjny biznesmen” z Łodzi. W jego wypadku jednak efekty były jeszcze bardziej opłakane. Mężczyzna nakazywał bowiem podwładnym wylewanie hektolitrów trujących odpadów do rzeki Olechówka. W efekcie zagładzie uległ cały wodny ekosystem.
O tym, że stan wody w Olechówce ulega drastycznemu pogorszeniu informowali mieszkańcy osiedla Augustów we wschodniej części Łodzi. Zaalarmowani pracownicy Zakładu Wodociągów i Kanalizacji przeprowadzili dochodzenie, polegające na zlokalizowaniu studzienki, do której spuszczane były nieczystości. Sprawcy zostali nakryci na gorącym uczynku 11 stycznia. Okazało się, że są to pracownicy jednej z lokalnych firm, zajmującej się wywozem nieczystości płynnych i toksycznych odpadów. Na polecenie szefa ścieki kierowani prosto do odpływu prowadzącego do rzeki.
Na miejsce została wezwana policja oraz personel Wojewódzkiego Inspektoratu Ochrony Środowiska. Sprawa trafiła do prokuratury. Spowodowanie katastrofy ekologicznej jest przestępstwem ściganym z urzędu. Zgodnie z art. 182 § 1. KK, „kto zanieczyszcza wodę, powietrze lub powierzchnię ziemi substancją albo promieniowaniem jonizującym w takiej ilości lub w takiej postaci, że może to zagrozić życiu lub zdrowiu człowieka lub spowodować istotne obniżenie jakości wody, powietrza lub powierzchni ziemi lub zniszczenie w świecie roślinnym lub zwierzęcym w znacznych rozmiarach, podlega karze pozbawienia wolności od 3 miesięcy do lat 5”
Straty nie do naprawienia
Firma straci uprawienia na świadczenie usług asenizacyjnych, zostanie na nią nałożona kara administracyjna, a także będzie musiała ponieść koszty rekultywacji zniszczonego ekosystemu. Poziom niektórych zanieczyszczeń przekroczył dopuszczalne normy aż 16 tys. razy. W rzece pojawiło się też dużo toksycznych związków ołowiu.
– Życie biologiczne w Olechówce i stawie Tomaszowska zostało zniszczone – zakomunikował Miłosz Wika, rzecznik prasowy ZWiK. – Na powierzchni wody unosiły się śnięte ryby, zginęły też żaby – dodał.
Nie jest to jedyna katastrofa ekologiczna, za którą odpowiedzialny jest łódzki biznes. W styczniu 2019 roku do aresztu trafiła przedsiębiorczyni ze Zgierza. Przypadek 42-latki jest o tyle drastyczny, że kobieta miała już orzeczony… zakaz prowadzenia działalności gospodarczej. W swoim poprzednim biznesie „oszczędzała” na utylizacji pozostałości lekarstw, bandaży i strzykawek, a nawet metali ciężkich. Wyrzucała je do lasu w ilościach zagrażających życiu i zdrowiu człowieka. Jakimś pocieszeniem jest fakt, że tym razem do lasu z jej małego przedsiębiorstwa odjeżdżał „tylko” gruz.
Siedziba firmy, do którego prowadzenia „zaradna kobieta” straciła uprawnienia w ubiegłym roku, była stale monitorowana przez funkcjonariuszy. Policjanci namierzyli ciężarówkę załadowaną gruzem, która wyjechała z posesji należącej do 42-latki. Auto skierowało się na składowisko w Dąbrówce. Po drodze zostało zatrzymane. Krótko potem mundurowi przyszli po kobietę.
Przypadku takie jak opisany sprawiły, że w województwie łódzkim powołano zespół, który będzie kontrolował składowiska odpadów i natychmiast reagował na ewentualne nieprawidłowości. W jego skład weszli przedstawiciele urzędów: marszałkowskiego i wojewódzkiego oraz komendanta wojewódzkiego policji. Warto, by w innych regionach również wdrożono bardziej staranny nadzór nad „innowacyjnymi” ludźmi biznesu.

„Ekologiczna katastrofa” we Wrocławiu

Sezon jesienno-zimowy, to dobry czas by podyskutować o ekologii, ochronie środowiska, smogu i tematach z tym związanych. Zwłaszcza iż to dziś palące zagadnienia.

Społecznego Forum Wymiany Myśli zaprasza więc na najbliższą, październikową debatę poświęconą tej gorącej palecie tematów, tworzących cały wachlarz spraw niosących zagrożenia dla środowiska, egzystencji ludzkości i pojedynczego człowieka. Temat naszej najbliższej dyskusji brzmi:
– „EKOLOGICZNA KATASTROFA: WROCŁAW – POLSKA – EUROPA – ŚWIAT”
Do dyskusji zaprosiliśmy przedstawicieli środowisk ekologicznych z Wrocławia, jak również ludzi związanych z organizacjami zajmującymi się ochroną środowiska. Staramy się zapewnić obecność reprezentantów Uniwersytetu Przyrodniczego specjalizujących się w tej dziedzinie, jak również ludzi z branży górniczo-geologicznej mających inne spojrzenie na klimatyczne zmiany związane z tzw. antropocenem czyli epoką bezwzględnej hegemonii człowieka nad przyrodą. Do udziału w debacie zaprosiliśmy również przedstawicieli wrocławskiego magistratu, odpowiedzialnych za te sprawy w naszym mieście. Czyli będzie i „lokalnie” i „globalnie”. Tematyka jest nie tyle kontrowersyjna co wielopłaszczyznowa i budząca emocje. Może i tym razem w „Tajnych kompletach” też tak będzie. Debata odbędzie się w dniu 24.10.2019r., o godz. 17.30 w księgarni-kawiarni „TAJNE KOMPLETY”, ul. Przejście Garncarskie 2, we Wrocławiu.

Polska rakiem Europy

Pojawił się nowy raport analiz jakości powietrza w Europie. Zanieczyszczenie było przyczyną ok. 400 tys. przedwczesnych zgonów na terenie Europy, w tym aż 43 tys. w Polsce. Jesteśmy najbardziej rakotwórczym krajem Starego Kontynentu.

Raport opiera się na danych zgromadzonych i opracowanych przez Europejską Agencję Środowiska (European Environment Agency, EEA), która jest strukturą Unii Europejskiej zajmującą się monitorowaniem stanu środowiska naturalnego. Jest kierowana przez zarząd złożony z przedstawicieli rządów krajów członkowskich, przedstawicieli Komisji Europejskiej, oraz dwóch naukowców wyznaczonych przez Parlament Europejski wspomaganych przez specjalny ekspercki komitet naukowy.
Z raportu nt. jakości powietrza w Europie, opublikowanego w środę przez Europejską Agencję Środowiska (EEA), wynika, że niemal wszyscy mieszkańcy europejskich miast są wciąż narażeni na poziom zanieczyszczenia powietrza przekraczający bezpieczne dla zdrowia wartości, określone przez Światową Organizację Zdrowia (WHO). Nowe analizy EEA opierają się na najświeższych, oficjalnie dostępnych danych na temat jakości powietrza, które gromadzone były przez sieć 4 tys. stacji monitoringu na terenie Europy. Opracowanie dotyczy roku 2016.
Trzy główne rodzaje zanieczyszczeń: pyły (PM), dwutlenek azotu i ozon obecny w dolnej warstwie atmosfery wskazano jako największe zagrożenia. Autorzy raportu zaznaczają, że zła jakość powietrza znajduje fatalne odbicie w stanie zdrowia mieszkańców Europy, zwłaszcza jeśli chodzi o miasta.
Z dokumentu jednoznacznie wynika, że Polska jest niechlubnym liderem pod względem stężenia benzo(a)pirenu, jednej z najbardziej rakotwórczych substancji. Norma to 1 ng na metr sześcienny powietrza, a stężenia w naszym kraju sięgają niekiedy nawet 22,7 ng. Średnie stężenie zaś utrzymuje się na poziomie 5 ng. Na ogół więc dopuszczalna maksymalna norma przekroczona jest aż pięć razy! A bywają chwilę gdy po prostu oddychamy trucizną. Jak bowiem inaczej nazwać okoliczności, gdy poziom kancerogennych toksyn w powietrzu jest niemal 23 razy wyższy od dopuszczalnego?
– To nie do przyjęcia, by ktokolwiek z nas miałby się martwić o to, czy zwykła czynność oddychania jest dla niego bezpieczna, czy nie. Musimy być pewni, że standardy jakości powietrza w naszej Unii są wszędzie utrzymane – powiedział Karmenu Vella, unijny komisarz ds. środowiska, gospodarki morskiej i rybołówstwa, odnosząc się do raportu Europejskiej Agencji Środowiska. Cytuje go m. in. portal Onet.
Z analiz EEA wynika, że w 2016 r. w 41 krajach Europy sam tzw. pył zawieszony (PM 2.5) obecny w powietrzu przyczynił się do ok. 412 tys. przedwczesnych zgonów. Ok. 374 tys. tych zgonów miało miejsce w krajach Unii Europejskiej. W Polsce z powodu oddychania zanieczyszczonym powietrzem umiera 43,1 tys. ludzi.
W porównaniu z najwyższymi dopuszczalnymi stężeniami w UE, stężenia cząstek pyłu zawieszonego w 2017 r. były nazbyt wysokie w siedmiu krajach członkowskich EU – Bułgarii, Chorwacji, Czechach, Włoszech, Polsce, Rumunii i Słowacji.
Głównymi źródłami zanieczyszczeń powietrza są: transport drogowy, elektrownie, przemysł, rolnictwo i gospodarstwa domowe.
– Europa ma dziś wyjątkową możliwość ustalenia ambitnego planu, który pozwoli poradzić sobie z systemowymi przyczynami zanieczyszczeń powietrza i ich wpływu na środowisko – skomentował szef EEA, Hans Bruyninckx; cytuje go portal Nauka w Polsce.

Mgłym czyli Dymła

Kiedy rozpoczynałem pisanie tego felietonu, w Polsce i na świecie trwał „Światowy Strajk Klimatyczny”. Tysiące młodych ludzi żądają od polityków i możnych tego świata energicznych i zdecydowanych ruchów w celu ratowania naszej planety przed katastrofą klimatyczną. Trudno się dziwić, bo to właśnie młodzi mieszkańcy planety ziemia poniosą skutki niefrasobliwej polityki ekologicznej.

„Katastrofa klimatyczna” to tak naprawdę zbiorcze określenie wielu zagrożeń o charakterze globalnym, które mogą skutkować unicestwieniem cywilizacji, jaką znamy. Niestety wielu prominentnych polityków i urzędników państwowych, nie bardzo wie, o czym mówi, jak przykładowo pan prezydent mieszający emisję CO2 ze smogiem.

Emisja cieplarniana

„Ocieplenie globalne” to wzrost temperatury naszej atmosfery. Jest zauważalne na podstawie wzrostu średnich temperatur w skali globalnej. W opinii wielu specjalistów jest wynikiem wzrostu emisji ciepła przez naszą cywilizację oraz emisję CO2 (dwutlenek węgla) głównie z powodu spalania paliw kopalnych. CO2 tworzy warstwę izolacyjną uniemożliwiającą oddawanie ciepła, podobnie jak w szklarni. Nazywamy to „efektem cieplarnianym”. Podobnie działa emisja metanu. Jego źródłem są między innymi zwierzęta hodowlane.
Według opinii wielu autorytetów naukowych, prezentowanych, między innymi, na Szczycie Klimatycznym w Nowym Yorku, a także zawartych w raportach Międzyrządowego Zespołu ds. Zmian Klimatu, (IPCC) powołanego w 1988 na wniosek członków ONZ, jesteśmy zagrożeni kataklizmem. Nie będzie to „Armagedon” opisany przez Jana Ewangelistę w Apokalipsie, lecz cała seria wydarzeń: jałowienie terenów uprawnych, ekstremalne zjawiska klimatyczne, topnienie czap lodowych powodujące wzrost poziomu oceanów, zanieczyszczenie powietrza, gleby i wody, migracje spowodowane degradacją środowiska i związane z tym konflikty społeczne.

Co robić?

W efekcie niektóre państwa podjęły próby zaradcze, tworząc traktaty międzynarodowe, proekologiczne, przykładowo Protokół z Kioto (wszedł w życie 2005) czy też Porozumienie Paryskie (2015).
Na dzisiaj, obserwujemy znikomy efekt tych poczynań.
Emisja gazów cieplarnianych ma charakter globalny. Skuteczne przeciwdziałanie tym zjawiskom jest możliwe jedynie w skali globalnej jako wspólne działanie całej ludzkiej społeczności. Istnieje także wiele negatywnych zjawisk, które możemy rozwiązać na poziomie naszego państwa.
To smog, degradacja zasobów hydrologicznych, wylesianie, zaśmiecanie środowiska plastikiem itp.

Zacznijmy od „smogu”.

Tu wreszcie mogę wyjaśnić tytuł felietonu. Mgłym i Dymła to spolszczenie angielskiego słowa smoke i fog (dym i mgła). Jeżeli mam się nim truć to, niech przynajmniej ma polską nazwę.
Smog to zanieczyszczenia mechaniczne dostające się do powietrza, którym oddychamy. Ich źródłem jest głównie spalanie węgla i innych paliw kopalnych. Smog produkujemy sami (gospodarstwa domowe ok. 70 proc. pojazdy spalinowe ok. 20 proc., reszta to przemysł). Na skutek oddychania zanieczyszczonym powietrzem umiera ok. 45 tysięcy Polaków.
Środki zaradcze to odejście od energetyki węglowej, zmiana systemów ogrzewania na bezemisyjne, elektromobilność.
Polska pustynnieje! Redukcja zasobów wodnych jest powszechnie widoczna. Spada poziom wód gruntowych, obniżają się poziomy rzek w wielu rejonach mamy do czynienia z suszą rolniczą i geologiczną. Czy to tylko efekt kilku ostatnich gorących i bezdeszczowych lat? Chyba nie. Wskutek regulacji rzek tracimy naturalne zbiorniki retencyjne na terenach zalewowych, od lat meliorujemy tereny bagienne na potrzeby rolnictwa, wycinamy naturalne lasy, które zatrzymują wodę. Można to oczywiście próbować odwrócić, lecz koszty społeczne będą duże.
Wylesianie (zmniejszanie się powierzchni lasów naturalnych) jest głównie powodowane zajmowaniem przez człowieka na swoje potrzeby terenów leśnych, a także wykorzystywaniem drewna na potrzeby przemysłu.
Rośliny w procesie fotosyntezy pochłaniają CO2 a wydzielają tlen. Tereny Leśne mogą redukować efekt cieplarniany. Mogą także w pewnym stopniu ograniczyć, poprzez filtrowanie, ilość nawozów stosowanych w rolnictwie, które spływają do rzek. Lasy stanowią siedliska flory i fauny, stanowią o różnorodności ekosystemu, w którym żyjemy. Różnorodność, ze względu na złożoność zależności i powiązań stanowi o jego stabilności.
Jeżeli znamy zagrożenie, mamy pojęcie jak mu zaradzić, mamy świadomość nieuchronności szybko zbliżającego się kataklizmu, to dlaczego tak niewiele robimy? Co jest przeszkodą?
W świecie kapitalizmu i globalnej gospodarki podstawowym wyznacznikiem jest zysk. O losach świata decydują potężne korporacje i grupy nacisku zdolne wywierać presję na polityków, i rządy. Realizacja programów ekologicznych jest kosztowna, nie gwarantuje doraźnych korzyści.

Świat potrafi?

Za emisję CO2 odpowiadają głównie wielkie gospodarki, USA, Chiny, Indie, Rosja. To najwięksi truciciele. Jednak przywódcy tych krajów nie są nawet zainteresowani realizacją traktatów klimatycznych. Zasłaniają się interesem narodowym, który tak naprawdę jest interesem koncernów. Brazylia niszczy Amazonię, twierdząc, że to dziedzictwo narodowe i ma prawo. USA propaguje tezę, że ta cała ekologia to nic pewnego, może to wymysł jajogłowych. Chiny to wielka niewiadoma, ale na dziś zajęte są swoją rosnącą gospodarką. Unia Europejska wydaje się najbardziej zaangażowana w ochronę klimatu, lecz dostrzegam nutę hipokryzji w przemieszczaniu wysokoemisyjnych zakładów do Indii i Chin równocześnie z uchwalaniem kwot emisyjnych. Miejsce emisji nie ma znaczenia dla efektu cieplarnianego.
Czy jednak jest możliwe ratowanie naszej planety?
Chyba tak, raz już osiągnęliśmy sukces. Przypomnijmy sobie historię „dziury ozonowej” z lat 70 i 80 XX wieku. Zjawisko zaobserwowało wiele autorytetów naukowych, w tym NASA. Rozwiązaniem było zmniejszenie emisji freonów. Społeczność międzynarodowa podpisała Protokół Montrealski (1987). W efekcie jego realizacji zagrożenie znika. W późniejszych latach pojawiło się wiele teorii spiskowych, głosów zaprzeczających istnieniu zagrożenia głównie ze środowisk liberalnokonserwatywnych. Kto chce, niechaj wierzy. Liczy się tylko poprawa bezpieczeństwa planety.

A co w Polsce?

Wybory. Każda partia w swoim programie posiada punkt ekologia. Nawet Zjednoczona Prawica, mimo tego, że niektórzy działacze PiS odsadzają od czci i wiary protestującą młodzież, mimo autorstwa lex Szyszko, blokowania dyrektywy UE o dochodzeniu do „zerowej emisji”, mimo wygaszenia lądowej energetyki wiatrowej, mimo importu rosyjskiego węgla, obiecują, że będą proekologiczni. Kiedyś.
Najbardziej obiecujący jest program „Lewicy”, Posiada pakiet ekologiczny i chyba jest „szyty” na naszą miarę i możliwości.
Nie dajmy się zwodzić pseudo naukowym wywodom, że nie ma sensu pracować nad ograniczeniem emisji CO2, bo Polska w porównaniu z wielkimi trucicielami to ułamek procenta. Nieważne czy dolewamy wody do wanny kieliszkiem, czy wiadrem poziom rośnie i pewnie się przeleje. Wybuch wulkanu (np. włoska Etna) to 10-krotność naszej rocznej emisji CO2. Wulkany to jednak jednorazowa emisja, ogromna, ale planeta sobie z tym radziła, choć występowały zaburzenia klimatu. Erupcja wulkanu jest jednorazowa, a my emitujemy gazy cieplarniane ciągle. Nie warto poprawiać sobie samopoczucia faktem, że Niemcy emitują dwa razy więcej.
Dopiero po wyborach będziemy wiedzieli, czy skutecznie zwalczymy smog, czy zbudujemy czystą energetykę i czy polska przyroda nie będzie dewastowana. Zależy to od nas.
Kandyduję do Sejmu RP z Listy lewicy między innymi po to, by zajmować się tematem ekologii.

Pan Niebieski, który gapił się na kozy Ważny tunajt

Nie wiem jak Państwo, ale ja uwielbiam Monthy Pythona. Kiedyś już chyba nawet o tym pisałem. Ostatnio zasłyszałem piękną historię, która spokojnie mogłaby posłużyć za montypajtonowski scenariusz do jednego ze skeczy. Napisało ją jednak samo życia, a wyreżyserował pech. I to nie w Londynie, tylko w Warszawie. Założę się, że cześć z Was o niej słyszała. Jest jednak, ta historia, na tyle zabawna, że warto poświęcić jej dodatkowy tekst. Przeżyjmy to jeszcze raz.

Trzy lata temu miasto stołeczne podpisało umowę z czeczeńskim uchodźcą z Dagestanu. Umowa opiewała na niecałe 100 tysięcy rocznie. Za tę sumę Czeczen z Dagestanu obstalował miastu stado 60 kóz, które miały sobie żyć w zaroślach przy Wiśle, po praskiej stronie Mostu Gdańskiego; zwierzęta miały wyżerać trawę, aby nad rzekę powróciło ptactwo i miało gdzie uwić gniazda. Jak brzeg zachwaszczony, to ptak nie przyleci, bo się boi, że w krzakach siedzi kuna albo szczur i wyżre mu jaja. A jak kozy trawę zjedzą, zrobi się czyściej i przestrzenniej, to się piórowate zlecą i miluśki trel powróci nad brzeg, aby cieszyć ucho mieszkańców metropolii. Parę dni temu, smutny finał historii, który zapewne Państwo znacie, przyniosły ogólnopolskie media. Zdziesiątkowane stado kóz. Bezdomny, który miał je doglądać za 50 zł i parówki. Truchło kozie gnijące w rzece. Muzułmański właściciel, który ma wszystko gdzieś. No i na końcu biedny, stołeczny Ratusz, który tylko rozkłada ręce i mówi, że nic nie wiedział o procederze. Kozy miały żreć trawę, tymczasem wyzdychały. Kontrole z miasta były, ale nie stwierdziły żadnych zastrzeżeń. Uchodźca czeczeński zapadł się pod ziemię, a pod adresem, pod którym figurował, nikt o nim nie słyszał. 96 tysięcy złotych rok w rok brał. I tych pieniędzy też już nikt raczej nie zobaczy. Tyle, Szanowni Państwo, mogliście obejrzeć i usłyszeć sami w mediach prawego i lewego nasłuchu. Gdy się jednak pójdzie nad Wisłę, pod Most Gdański, można się dowiedzieć od tłuszczy paru dodatkowych, równie ciekawych, jeśli nie ciekawszych niusów, a jako że nie każdy z Państwa/Was ma możliwość chodzenia pod most, macie od tego mnie.
Uchodźca-Czeczen z Dagestanu wygląda osobliwie. Nosi brodę do pasa i jest zadowolony z życia. Tak przynajmniej opisują go lokalsi. Ma mieć trzy żony z którymi żyje i jedenaścioro dzieci, na które pobiera 500 plus. Jak łatwo policzyć, niemały grosz. Oczywiście, do tego kasa z miasta za kozy i Bóg wie jeszcze co od pomocy społecznej, aktywistów, zielonych płuc Polski etc. Można podejrzewać, że nie krzywduje. Mieszkać miał uchodźca czeczeński z Dagestanu pod Warszawą, w Piasecznie czy Józefowie, ale tylko z pozoru, bo ostatnio przebywał na wciąż w stolicy. O przeszłości jegomościa niewiele wiadomo. Adresu stałego zamieszkania brak. Z kimś takim miasto podpisuje umowę za państwowe pieniądze. I do tego w szczytnym celu. Tymczasem koleś bierze kasę do kieszeni, kozy grodzi elektrycznym pastuchem, żeby się nie rozlazły po Warszawie. Do pilnowania najmuje jednego z miejscowych niebieskich ptaków, bo któż, jak nie ptak niebieski zrozumie kozy. I tu się zaczyna, Szanowni Państwo, opowieść iście montypajtonowska.
Miejscowi powiadają, że Pan Niebieski, kiedy znudziło mu się siedzenie nad rzeką z kozami, zaczął nadużywać alkoholu. To zupełnie zrozumiałe w takiej sytuacji. Tylko On, rzeka i kozy. Jak tu się nie napić? Któregoś dnia zabrał podobno ze sobą jedną czy dwie podopieczne do tramwaju i pojechał z kozami do miasta. Prowadzał je na postronku. Wszedł nawet do sklepu, żeby uzupełnić zapasy. Kozy zaczęły wyżerać ludziom zakupy z koszyków i wtedy podniósł się raban. Jak to, menel w mieście łazi z kozami po ulicy. Ktoś zrobił doniesienie, no i się zaczęło. Znawcy problemu powiadają, że pod koniec swojej kariery w charakterze opiekuna kóz, Pan Niebieski robił sobie coraz częstsze wycieczki do miasta. Wyłączał elektrycznego pastucha, żeby samemu się nań nie nadziać. Kozy szły w szkodę. Część z nich zagryzły bezpańskie, miejskie psy. Część opiła się wody z rzeki i padła. Reszta przeżyła i poczekała na przyjazd chłopców z Animal Patrol. Jak w skeczu Monthy Pythona, kiedy para przychodzi na imprezę z kozłem. Tyle że u nas, imprezę za publiczną kasę ufundowało miasto.
W tym zamieszaniu z kozami najbardziej oczywiście szkoda samych kóz, bo co bydlęta winne, że mają takich opiekunów, ale cała ta sytuacja pokazuje, jak to Państwo jest rzeczywiście nijaki i tekturowe na wciąż. Podpisali umowy, wypłacili pieniądze, gazety napisały, odtrąbiono sukces i zamknięto teczkę z napisem „Zielona i ekologiczna Warszawa”. Że walka polityczna i haki na Platformę? Poszło się na wojnę, to i trzeba się liczyć, że przeciwnik będzie strzelał. Nikt pod karabinem nie trzymał…

Bomba z opóźnionym zapłonem

22 września 2019 roku Światowa Organizacja Meteorologiczna wydała raport specjalny dotyczący stanu globalnego klimatu. Zasadniczym problemem naświetlonym w raporcie jest fakt zdecydowanie szybszych i gwałtowniejszych niż przewidywano zmian klimatycznych.

W raporcie możemy przeczytać między innymi w jak niepokojąco szybkim tempie wzrasta średnia temperatura na świecie. Zgodnie z przygotowanymi przez naukowców z Genewy danymi, od 1850 roku, kiedy to ruszyła epoka przemysłowa do początków wieku XX temperatura na Ziemi wzrosła o 1,1 stopnia. Dla porównania, już tylko w latach 2011 – 2015 średnia temperatur podniosła się o 0,2. Rekord ocieplenia przypada jednak na ostatnie 5 lat. Co więcej, zgodnie z cytowanym raportem, 90% wszystkich dziejących się na ziemi kataklizmów jest związanych z niczym innym jak właśnie z pogodą. Jeżeli taki trend się utrzyma, światu grozi seria kataklizmów, spowodowanych gwałtownym podnoszeniem się poziomu mórz. Choć prognoza ta zakrawa o wizję rodem z filmów science fiction to należy zdać sobie sprawę, że jej przejawy są już widoczne w Polsce. Mając do czynienia z powtarzającymi się już niemal rokroczne suszami, ciężko mówić o anomaliach pogodowych, które z czasem ustąpią. Postępujące ocieplenie nie zatrzyma się nagle, a jeżeli tak się cudownie stanie, potrzeba będzie wielu lat, a może kolejnych dekad, aby stan środowiska naturalnego powrócił do czasów sprzed agresywnie prowadzonej ingerencji człowieka.
Osuszanie mokradeł, wylesianie, czy intensywny rozwój bez troski o wodę wraz z efektem globalnego ocieplenia to wciąż aktywna bomba z opóźnionym zapłonem. Dlatego też tak ważne jest podjęcie konkretnych działań, które zabezpieczą tych, którzy już od lat zbierają plony niszczycielskiej polityki. Mam w tym miejscu na myśli rolników. Sytuacja ekonomiczna na wsi jest bardzo trudna. Co więcej, obecnie ocenia się ją za najtrudniejszą od dwudziestu lat. Już niemal wszystkie działy produkcji rolnej są nieopłacalne. Bez wsparcia ich pracy i jej zabezpieczenia nie warto łudzić się, że ceny produktów rolnych, ale i nie tylko one, powrócą do racjonalnego poziomu.
Wielu politykom zarzuca się, że ciężko dojrzeć w ich programach wyborczych uznania problemu klimatycznego za absolutnie priorytetowy. To fakt, że wiele z ugrupowań politycznych, ze względu na swój szeroko pojęty interes, dyplomatycznie pomija ten temat. Nie jest prawdą jednak, że wszystkie z nich. Lewica bardzo jasno opowiada się za stanowiskiem uznania klimatu za jedno z największych wyzwań politycznych najbliższych lat. Ze względu na fakt, że to właśnie susza jest dla Polski obecnie jego najbardziej dotkliwą konsekwencją, Lewica przedstawiła plan ubezpieczeń dla małych i średnich gospodarstw rolnych. Zgodnie z nim koszt ubezpieczenia plonów od suszy będzie w całości pokrywany przez państwo. Co więcej, za priorytet stawia sobie również zwiększenie dla wszystkich gospodarstw dopłat do ubezpieczeń od klęsk żywiołowych, których wysokość mając na uwadze analizy ostatnich lat, drastycznie spada. Nie ma co się dziwić. Działania prewencyjne nie leżą w interesie partii rządzącej, która wyjątkowo usilnie próbuje ignorować ostrzeżenia o nadchodzących kataklizmach. Wsłuchując się w prowadzoną publicznie narrację można doznać wrażenia, że polski obywatel żyje w dwóch absolutnie różnych światach. W jednym z nich ocieplenie klimatyczne nie istnieje, a ci przed nim ostrzegający uznawani za nienormalnych. W drugim, wspomniane zjawisko jak najbardziej istnieje i co gorsze niepokojąco rośnie w siłę.
Głęboko wierzę, że prawda jest jedna. I każdy, kto pozwoli sobie na świadomą refleksję, dotrze do niej samodzielnie. Ma to znaczenie tym bardziej, że świadome zmierzenie się z problemami społeczeństwa da możliwość zbudowania realnie wspierającego programu wyborczego. Lewica stawia na samodzielność myślenia i na tworzenie programu opartego na wartościach. Tym bardziej cieszy, że zgodnie z ostatnim sondażem, to Lewica jest tym ugrupowaniem politycznym, które wybierane jest przez wyborców nie ze względu na strach czy obawy przed zmianą, jak dokonują tego wyborcy innych dużych ugrupowań, ale właśnie ze względu na wyznawane wartości. Warto podkreślić, że samodzielność myślenia, otwartość na różne punkty widzenia nie kłóci się z prowadzeniem prosperującego silnego społeczeństwa. Społeczeństwa świadomego konsekwencji swoich przeszłych działań i wspólnie próbującego naprawić popełnione błędy.