Po pierwszej turze – próba diagnozy

Wyniki pierwszej tury wyborów prezydenckich nie są zaskoczeniem. Zgodnie z wieloma ostatnimi sondażami do drugiej, rozstrzygającej tury, przeszli Andrzej Duda i Rafał Trzaskowski, a o jej wyniku zdecydują przepływy wyborców, którzy oddali głosy na pozostałych kandydatów. Sondaże sugerują, że w tej grupie na większe poparcie może liczyć Trzaskowski, ale różnice nie są na tyle wielkie, by już w tej chwili można było „otwierać szampana”. Każdy głos będzie się liczył.

Potwierdziło się to, co od piętnastu lat obserwujemy w polskim życiu politycznym: dominującą rolę podziału miedzy autorytarną prawicą, której rdzeniem jest Prawo i Sprawiedliwość, i ugrupowaniem liberalno-demokratycznym skupionym obecnie w Koalicji Obywatelskiej. Próba przełamania tego podziału podjęta przez Szymona Hołownię trafiła do sporej części wyborców, ale w sumie skończyła się niepowodzeniem. Ciekawym zaskoczeniem jest dość dobry wynik kandydata Konfederacji Krzysztofa Bosaka (ponad 7 proc.) i jego dystansowanie się od udzielenia poparcia urzędującemu prezydentowi – mimo, że zarówno sam Andrzej Duda, jak i inni politycy PiS swymi deklaracjami ( na przykład w sprawie LGBT, czy ustawy antyaborcyjnej) starali się pozyskać wyborców Konfederacji.

Wynik drugiej tury zależy od mobilizacji wszystkich sil demokratycznych, w tym lewicy. Jednoznaczne wypowiedzi Aleksandra Kwaśniewskiego a także komentarze redakcyjne „Trybuny” zachęcają wyborców lewicowych do poparcia Rafała Trzaskowskiego. Jak pisałem poprzednio ( w „Trybunie” z 22-23 czerwca), jestem tego samego zdania, gdyż rozumiem, jakim nieszczęściem dla Polski byłoby umocnienie autorytarnej władzy prawicy na kolejne lata.

W tym kontekście jednak trzeba poważnie zastanowić się nad wymową wyniku wyborczego kandydata lewicy Roberta Biedronia: niespełna trzy procent głosów i dalekie piąte miejsce. Wynik ten jest druzgoczącą klęską i nie wolno faktu tego lekceważyć, jeśli nie chce się, by stał się on początkiem końca procesu, w którym nowa, zjednoczona lewica zdołała nie tylko powrócić do Sejmu i Senatu, ale także uzyskać miejsce trzeciej siły parlamentarnej. Miarą tej klęski jest to, że mniej więcej trzech na czterech wyborców, którzy rok temu głosowali na lewicę, tym razem nie poparło jej oficjalnego kandydata. Gdzie podziało się poparcie uzyskane przez lewicę w październikowych wyborach sejmowych, gdy nasza lista zdobyła 12.56 proc głosów?

Bardzo zły wynik kandydata lewicy jest dla niej groźnym sygnałem, ale nie musi być zwiastunem jej upadku. Politycy lewicy mają obowiązek poważnie zastanowić się, jak to się stało i co należy zrobić, by za tą przegraną nie poszły następne.

Czy uzyskany wynik był konsekwencją błędu polegającego na złym doborze kandydata? Tak się stało pięć lat temu, gdy dziwaczna kandydatka SLD Magdalena Ogórek zdobyła zaledwie 2.38 proc. głosów, kompromitując nie tyle siebie, co polityków, którzy na nią postawili. To jednak nie jest ten wypadek. Robert Biedroń jest utalentowanym politykiem o wyraziście lewicowych poglądach i sporym doświadczeniu politycznym, zdobytym w Sejmie, w czasie sprawowania urzędu prezydenta Słupska a obecnie w Parlamencie Europejskim. Wydawało się początkowo, że uda mu się powtórzyć wynik uzyskany dziesięć lat temu przez Grzegorza Napieralskiego – trzecie miejsce i 13.68 proc. głosów, a więc wynik, który wtedy uważaliśmy za dowód powrotu lewicy do pierwszej ligi polskiej polityki. W tym roku to nie osoba kandydata lewicy spowodowała tak zły wynik, lecz błędna strategia wyborcza, za którą odpowiedzialność ponosi nie tylko on sam.

Fundamentalnym błędem tej strategii było założenie, że po przeciwnej stronie mamy do czynienia z dwoma jednakowo nam dalekimi przedstawicielami prawicy i że, jak to w swym liście do wyborców napisał Robert Biedroń, „jest tu bez znaczenia, czy wygra Andrzej Duda, Rafał Trzaskowski, czy jakikolwiek inny prawicowy kandydat”. Było to stanowisko wyraźnie polemiczne w stosunku do tego, które wcześniej zadeklarował Aleksander Kwaśniewski – największy autorytet polityczny lewicy i jedyny polski polityk, który reelekcję zdobył już w pierwszej turze. Były prezydent zadeklarował głosowanie w pierwszej turze na Biedronia a w drugiej na tego kandydata, który stanie w szranki z Andrzejem Dudą. Jest to stanowisko logiczne i trafiające do przekonania wielu lewicowym wyborcom.

Co jednak wielu ludzi lewicy powstrzymało przed oddaniem głosu na Roberta Biedronia? Moim zdaniem, była to obawa, że polityk ten – zgodnie ze swoją deklaracją – uzna obu głównych kontrkandydatów za „jednakowo złych”, odmówi poparcia Trzaskowskiemu i tym samym przyczyni się do zwycięstwa Dudy. Nawet jeśli uznać te obawy za przesadne, trzeba przyznać, że spowodował je sam kandydat lewicy uporczywie odmawiając deklaracji w sprawie głosowania w drugiej turze, w czym zresztą wspierali go niektórzy inni politycy lewicy.

Zrobił tak dlatego, że dał się przekonać „symetrystom”, dla których nie ma istotnej różnicy między Prawem i Sprawiedliwością a Platformą Obywatelską. „Symetryści” żyją w świecie sprzed piętnastu lat, gdy przeciw słabnącemu SLD stały współpracujące ze sobą te dwa ugrupowania i kiedy wielu politykom prawicy marzyły się rządy PO-PISu. Jak wiadomo, do tego nie doszło i zamiast takich rządów mamy piętnastoletni, bardzo głęboki konflikt w łonie dawnej opozycji solidarnościowej.

Zrozumienie natury tego konfliktu wymaga sięgnięcia do znanego socjologom polityki pojęcia „strukturalnego podziału”, jak zwykliśmy tłumaczyć angielski termin „cleavage”. Podział strukturalny to nie jest zwykłe zróżnicowanie polityczne, typowe dla wszystkich systemów demokratycznych. Jest to głęboki i względnie trwały rozłam powodujący polaryzację polityczną, która wyklucza współrządzenie przeciwstawnych sił. Korzenie strukturalnych podziałów tkwią z reguły w fundamentalnych przeciwieństwach o historycznym charakterze, jak w przypadku sprawy Dreyfusa, która Francję podzieliła na obóz świecki i demokratyczny z jednej, a klerykalny i nacjonalistyczny z drugiej strony. W Polsce po 1989 roku przez kilkanaście lat dominujący był „podział postkomunistyczny”, jak go nazwała w bardzo wartościowym studium z 2004 roku Mirosława Grabowska. Podstawą tego podziału były wciąż jeszcze silna pamięć konfliktu między władzami i solidarnościową opozycją w latach osiemdziesiątych oraz silna pozycja SLD – partii, która nie odcinając się od swych historycznych korzeni potrafiła wygrywać wybory, w tym dwukrotnie prezydenckie. Aż do 2006 roku, wszystkie rządy (poza gabinetem Tadeusza Mazowieckiego) były oparte albo na koalicji partii wyrosłych z dawnej opozycji demokratycznej, albo na koalicji SLD i PSL – dwóch ugrupowań mających swe korzenie w partiach współrządzących w Polsce Ludowej. Ten podział należy już do historii i uporczywe trzymanie się takiej wizji polityki musi prowadzić do przegranej.

Kres „podziału postkomunistycznego” położyła druzgocząca przegrana SLD w wyborach 2005 roku, po której lewica już nigdy nie wróciła do tego, czym była w latach 1993-2005. Wielokrotnie analizowałem przyczyny tej klęski, więc nie wracam do tego tematu. Interesują mnie obecnie bardziej konsekwencje.

Kres „podziału postkomunistycznego” i marginalizacja lewicy wyzwoliła podziały w obozie dawnej opozycji. Podziały te tliły się od dawna i dały o sobie znać już w 1992 roku, gdy upadał rząd Jana Olszewskiego, ale zostały zepchnięte na margines w obliczu kolejnych zwycięstw lewicy. Teraz, gdy zabrakło wspólnego wroga, obóz post-solidarnościowy ponownie podzielił się na dwie, namiętnie się zwalczające, formacje. Politycy PiS wylansowali wówczas terminy „Polska solidarna” – „Polska liberalna”, które miały zaciemnić istotę nowego podziału. Jego istotą bowiem jest nie spór wokół polityki socjalnej, lecz bardziej zasadniczy i głębiej sięgający spór o demokratyczny charakter państwa.

Nazywam ten spór „podziałem autorytarnym”, gdy jego istotą jest sam charakter państwa: albo demokracja liberalna i rządy prawa, albo nowy autorytaryzm, w którym cała władza polityczna a także wymiar sprawiedliwości, media publiczne i administracja znajdą się w ręku jednego ośrodka politycznego, podporządkowanego woli jednego człowieka lub woli wąskiej oligarchii. Taki model rządzenia ukształtował się w Rosji i Białorusi, w Turcji i na Węgrzech, w Polsce zaś od 2015 roku trwa proces stopniowego upodobniania systemu politycznego do tych wzorów. Jarosław Kaczyński zapowiadał, że będzie w Polsce Budapeszt. Zrobił wiele, by tę zapowiedź zrealizować, ale jeszcze wiele pozostało mu do zrobienia. Dlatego tak ważne jest dla niego i jego partii wygranie tegorocznych wyborów.

I dlatego właśnie te wybory są dla nas – ludzi polskiej lewicy – tak ważne. Jesteśmy częścią szeroko pojętego obozu polskiej demokracji, w którym są różnice programowe, ale który w sprawach fundamentalnych jest zgodny. Obóz ten opowiada się za odbudową demokratycznego sposobu sprawowania władzy i za odpolitycznieniem wymiaru sprawiedliwości. Opowiada się za umocnieniem Unii Europejskiej i przywróceniem Polsce godnego jej miejsca w Unii. Przeciwstawia się dyskryminacji z jakichkolwiek powodów, w tym z racji narodowości czy orientacji seksualnej. Opowiada się za życzliwym rozdziałem kościoła i państwa. Deklaruje wolę prowadzenia odpowiedzialnej i społecznie wrażliwej polityki ekonomicznej, wyciągając w tej dziedzinie wnioski z popełnianych dawniej błędów. W drugiej turze wyborów prezydenckich wartości te reprezentuje Rafał Trzaskowski i dlatego powinien otrzymać nasze głosy. Nie jako „mniejsze zło”, lecz jako ten polityk, którego podstawowe wartości i deklarowane cele polityczne są nam, ludziom lewicy, bliskie.

Taka postawa lewicy jest warunkiem tego, byśmy szli też razem w walce, która zaostrzy się po drugiej turze wyborów. Jeśli wygra Rafał Trzaskowski, cały obóz demokratyczny będzie musiał dołożyć starań, by umożliwić jak najszybszy powrót do rządów prawa i przywrócenie Polsce godnego miejsca w Unii Europejskiej. Gdyby zaś przegrał, czeka nas przyspieszenie procesu budowy systemu autorytarnego, czemu siły demokratyczne skutecznie mogą się przeciwstawić tylko wtedy, gdy będą działały razem – ponad skądinąd istotnymi – różnicami programowymi.