Pozytyw vs. Negatyw

Koniec balu panno Lalu. Wszystko policzone, inaczej nie będzie. Walka była zażarta i wyrównana, a i tak skończyło się, tak jak każdy podejrzewał, że się skończy. Przewaga Dudy z pierwszej tury była zbyt wielka, czasu za mało. Poza tym potwierdziło się to, co każdy w Polsce dobrze wie: jak nie wygrywasz na wsi, to nie wygrasz w tym kraju żadnych wyborów.

Platforma, poniewczasie, zdaje się to zauważać. Na wieś trzeba wymyślić coś ekstra, bo inaczej nie rozbieriosz. Ongiś, program dla wsi Platforma próbowała budować i wychodzić do remiz i pod strzechy. Pilotował go Robert Tyszkiewicz z Białegostoku, ale gdy 5 lat temu, jako szef sztabu, przegrał wygraną reelekcję Bronisława Komorowskiego, odsunął się w cień, co zrozumiałe. Dziś słychać z obozu PO i Rafała Trzaskowskiego nieśmiałe mamrotanie, że może warto by było coś z tą Polską wschodnią i wiejską wykombinować. Na razie nie bardzo wiadomo co, bo i nie do końca też wiadomo, jak potoczą się losy samej partii.

Mimo że porażka dotarła już do trzewi i głów kierownictwa, nikt nie wie, jak się to przełoży na partyjny organizm. Wyjścia mogą być dwa. Albo nawet trzy. I obstawiam, że PO wyjdzie z powyborczych ekspiacji właśnie tym trzecim. Pierwsze drzwi prowadzą do przesilenia i zmiany lidera. Obecny lider, Borys Budka, choć z mocnym mandatem, może być trochę za słaby, żeby zmóc wewnętrzną presję, która na pewno się pojawi, a która to będzie miała na celu wysunięcie na stolec przewodniczącego partii Rafała Trzaskowskiego i budowanie wokół niego nowej Platformy. Drugie wyjście, to długi i żmudny czas rozliczania błędów i wypaczeń, który będzie Platformę wykrwawiał, a po którym nastąpi, podług życzeń reformatorów, sanacja i nowe otwarcie ze starymi nazwiskami u steru. Trzecie wyjście, najbardziej prawdopodobne, to zmiana dla samej zmiany. Partia będzie mówić, że rodzi się nowy ruch społeczny, nowa siła w narodzie, bo przecież 10 milionów głosów to nie w kij dmuchał; że młodzież gremialnie poparła Trzaskowskiego, a to wszak młodzież jest przyszłością narodu i nie wolno zmarnotrawić takiego kapitału. I tak będą mówić o tym partyjni notable w telewizjach, sejmach, senatach i na wiecach, aż się ów narodowy zryw rozpłynie w Wiśle, żeby zostawić po sobie stare, dobre 15-18 procent poparcia dla Koalicji Obywatelskiej. Tyle się będzie musiało zmienić, żeby się nic nie zmieniło.

10 milionów głosów Rafała Trzaskowskiego to nie tyle 10 milionów za nim samym i jego programem; śmiem przypuszczać, że co najmniej połowa jest głosami przeciw Dudzie i PiS-owi. Rafał Trzaskowski dobrze to wie. Borys Budka dobrze to wie. Andrzej Duda też dobrze to wie. Tylko że Andrzej Duda nic z tym nie zrobi, bo nie musi. Budka i Trzaskowski są w gorszej sytuacji. Muszą wymyślić, i to szybko, żeby para nie poszła w gwizdek, coś pozytywnego, co trafi do ludzi i przekona ich, że mają na Polskę lepszy pomysł niż PiS. Zwłaszcza na Polskę wiejską i powiatową. Samo pokazywanie się na prowincji nie wystarczy. Czymś tych ludzi trzeba do siebie przekonać. Ba, ale czym? Ile to już razy, człowieku prosty słyszałeś; że dosyć anty-PiSu, straszenia, szczucia i polaryzacji; że teraz już na pewno koniec. I co? Jak przychodziła kolejna kampania, dalej straszono LGBT i PiS-em, jak dzieci czarną wołgą. Sięgano po stare, sprawdzone argumenty, bo wciąż działały. I pewien jestem, że działać będą przy kolejnej elekcji. Bo przecież trzy lata to za mało, żeby zwołać ekspertów, pochylić się nad prawdziwymi problemami Polski małych miast i wsi, czyli np. nad depopulacją, która aż kłuje w oczy, kiedy patrzy się w okna pustych domów. Czy zrobi to Platforma z Borysem Budką czy z Rafałem Trzaskowskim na przedzie, to akurat bez znaczenia. Za 5 lat, kiedy Andrzej Duda nie będzie już startował, młodzież, która wsparła dziś Trzaskowskiego, może mieć na siebie zupełnie inny pomysł. Może ją wokół palca opleść Krzysztof Bosak. A wtedy straszenie PiS-em na niewiele się zda.

Chciałbym wierzyć, że lekcja z tych wyborów zostanie przez Platformę i całą opozycję odrobione; że zostaną wyciągnięte wnioski i zadzierzgnięta współpraca ponad podziałami, bo wiadomo z kim się bijemy i o co. Chciałbym, żeby za parę lat, przy urnie wyborczej, nikt nie straszył mnie już PiS-em i Kaczyńskim, a zaproponował coś od siebie, wcześniej niż w ostatnim tygodniu kampanii. Coś pozytywnego, jak śpiewała artystka. Na wsi albo w mieście.

Porażka to część większego problemu – ale są rozwiązania

Potwierdziły się czarne scenariusze i niedzielny wieczór okazał się prawdziwą stypą lewicy. Robert Biedroń odnotował najgorszy wynik wśród głównych kandydatów. Można zauważyć dwa rodzaje komentarzy. Jedni krytykują działania sztabu, obwiniając go o brak klarownej wizji kampanii, niedostateczną mobilizację ochotników i zamknięcie na pomysły z zewnątrz. Reszta twierdzi, że nic się nie stało, a winę ponoszą „inni”.

Trudno zrzucać całą winę na organizatorów kampanii i samego Roberta Biedronia, niemniej fakt uzyskania najsłabszego wyniku wśród lewicowych kandydatów w historii wyborów prezydenckich jest nie do podważenia. To oczywiste, że kampania Roberta Biedronia pozostawiała wiele do życzenia i należy mieć nadzieję, że wszystko to zostanie dokładnie przeanalizowane. Niemniej jednak problemy polskiej lewicy są natury strukturalnej i nie zaczęły się wczoraj. Ale zasadniczo, w czym tkwi problem?

Na początku maja odbyłem ciekawą rozmowę na antenie podcastu Trójdzielnia. Moim gościem był Przemysław Kmieciak, znawca dziejów polskiej lewicy i twórca strony Przywróćmy Pamięć o Patronach Wyklętych, promującej lewicową politykę historyczną. Pojawił się wątek przedwojennej PPS. O ile polscy socjaliści w ogóle występują w polskiej świadomości, to postrzegani są jako silne ugrupowanie okresu międzywojnia. W rzeczywistości Polska Partia Socjalistyczna rzadko kiedy przekraczała pułap kilkunastu procent poparcia. Równocześnie jednak nie spadała poniżej swojego twardego minimum. Natomiast już w wyborach samorządowych w 1938 roku, dokonała przełomu w dużych miastach, uzyskując grubo ponad 20 proc poparcia w wielu z nich. Piszę o tym dlatego, że w niedzielnych wyborach koalicja Lewicy utraciła przeszło 4/5 poparcia (2.3 mln głosów w 2019 roku do 425 tysięcy w roku 2020).

Naturalnie, powyższe wspominki nie służą wcale pognębieniu lewicy współczesnej – to zarzut wobec wszystkich. Jeszcze dwa miesiące temu za sprawą nietrafionej kandydatury Małgorzaty Kidawy-Błońskiej, głównej polskiej partii opozycyjnej groziła totalna anihilacja. Lojalność bazy Koalicji Obywatelskiej okazała się całkowicie iluzoryczna, ukazując w pełni kompletny brak społecznego zakorzenienia ugrupowania Rafała Trzaskowskiego. Owszem, duopol sięga swego apogeum, ale na poziomie politycznym serca wyborców opozycji wygrywa ten, kto posiada zdolność pokonania rządzącej prawicy.

Oczywiście lewica (w tej czy innej formie) przechodziła podobną traumę wielokrotnie. I nadal żyje. Niestety jednak, bez większych szans na rozwój i prawdziwą władzę. Lewica bardzo lubi powtarzać te same błędy. Kandydatura Biedronia nie spotkała się ze zbyt wielkim entuzjazmem, co potwierdzają badania elektoratu SLD. Przeszło 3/4 bazy wyborczej Sojuszu oddała głos na innych kandydatów. Kierownictwo Lewicy (i sam Biedroń, który zdecydował się na start) błędnie zdiagnozowali potrzeby swoich wyborców Zresztą, taki rozwój wydarzeń antycypowały różne badania opinii publicznej. Wskazywały one na Adriana Zandberga, jako osobę bardziej wiarygodną – w niemal wszystkich grupach społecznych i wiekowych. Wygląda na to, że uśmiechnięty i fikuśny Robert Biedroń nie wpasował się w czas kryzysu i niepewności.

Przyczyny obecnego kryzysu są o wiele głębsze i poniekąd pokrywają się z wyzwaniami stojącymi przed podobnymi partiami w innych krajach. W 2020 roku, partie socjaldemokratyczne i ich koalicjanci sprawują władzę w zaledwie kilku miejscach w Europie i tylko w jednym o liczbie ludności przekraczającej 30 mln. Przyczyny systematycznego odpływu wyborców były opisywane wielokrotnie. To zmiany w strukturze elektoratu (zanik klasy robotniczej), efekt globalizacji (uniemożliwiający prowadzenie keynesowskiej polityki gospodarczej w jednym kraju), kolonizacja programów lewicy przez wątki kulturowe, alienacja i „zburżuazyjnienie” liderów, nieudane skręty w prawo, ale również te w lewo (Brytyjska Partia Pracy zanotowała najgorszy wynik wyborczy od 1935 roku, pomimo wybitnie ambitnego programu), a nadto narodziny nowego podziału na tradycyjnych, pro-socjalnych lokalsów i liberalnych kosmopolitów, który to przedział przebiega w poprzek partii lewicowych. Na szczęście, jest też cała gama problemów, które rozwiązać można i trzeba – w tym część wyżej wymienionych.

Lewicy wolno mniej?

Nie, nie chodzi o słynne słowa Ewy Milewicz. Po prostu, wartości lewicowe, progresywne czy socjalistyczne to ambitny projekt zmiany, którego zwycięstwo (częściowe) wymaga ziszczenia szeregu czynników. W historii politycznej Europy partie socjaldemokratyczne tworzyły rządy zdecydowanie rzadziej niż prawica: Niemiecka SPD tylko przez 20 lat w ostatnich 50 (nie licząc koalicji), brytyjska Partia Pracy 18 na 50, a francuska Partii Socialiste 20 (po czym spadła do poziomu kilku procent i dziś praktycznie pozostaje na politycznym marginesie). Oczywiście obserwujemy wyjątki (Skandynawia), ale w ogromnej większości, ambitne programy i samodzielne rządy to już raczej pieśń przeszłości. W rzeczywistości wpływy lewicy maleją, gdzieniegdzie tkwi ona w kryzysie (Europa Wschodnia) lub ulega całkowitej dezintegracji (Francja). Wtedy gdy wygrywa, wynika to z wyjścia poza swoją twardą bazę. Fakty są takie, że twarda baza lewicy jest dziś (i niemal zawsze była) zbyt słaba by wygrywać wybory. Dopiero sojusz osób bardziej wykluczonych i klasy średniej oferował drogę do stabilnego rządzenia (w Szwecji wręcz na dziesięciolecia). Naturalnie konserwatyści mają o wiele łatwiejsze zadanie – apelują do naszej pragmatycznej strony, niczego nie obiecują i z niewielu rzeczy muszą się wywiązywać. Chcą utrzymania kapitalizmu w jego obecnej formule i utrzymania status quo. Uciekają od jakiejkolwiek dyskusji o klasach społecznych, łudząc ludzi nadzieją na dołączenie do tej najważniejszej – ekstraklasy. Paradoksalnie, to niezwykle kusząca idea, zwłaszcza w ciężkich czasach. Konkluzja dla lewicy: słuchać głosu swoich wyborców, nie obiecywać gruszek nie wierzbie, nie apelować do rewolucyjnej strony i pamiętać, że w dzisiejszych cynicznych czasach, nawet najlepszy program może trafić na betonową ścianę braku wiary w jego realizację. Zdolność skutecznego rządzenia trafia zawsze.

Taktyczna rezerwa

Jednym z większych błędów tej kampanii było złe zdiagnozowanie swojego elektoratu. Historyczny elektorat partii lewicowej składał się z osób mniej majętnych, wykluczonych ekonomicznie, z mniejszych miejscowości i w jakimś stopniu wykluczonych. Wyciąganie ludzi z biedy i niedostatku i oferowanie im szansy na lepszą przyszłość to zadanie każdej lewicy. Mowa o wyborcy „wymarzonym”, dziś w większości w kręgu PiS. Elektorat realny to mieszkańcy dużych miast, lepiej wykształceni, bardziej uświadomieni, liberalni kulturowo i ekonomicznie. To właśnie te osoby tworzą główny trzon obecnej Lewicy. Kolejny rezerwuar to sympatycy Koalicji Obywatelskiej – jak pokazuje kazus MKB, głęboko niezintegrowani z partią na którą głosują, deklarujący poglądy centrolewicowe, gotowi na przeskok. Taktyczna rezerwa Lewicy polegać powinna na nieantagonizowaniu tych wyborców i unikaniu tworzenia poczucia winy za ich polityczne wybory.

Tymczasem, w toku kampanii Roberta Biedronia, mogliśmy obserwować nieustające ataki na Koalicję Obywatelską, głównie za pomocą mniejszych i większych złośliwości, niestety w większości bez polotu. Tak, Lewica musi uderzać w Platformę Obywatelską, ale za konkretne działania i wybory programowe. Inteligentnie i punktowo, z szacunkiem dla rywali i popierających ich ludzi, nawet jeśli emocje dyktują co innego. Zwłaszcza, że wiele z prowokacji zwolenników PO („jesteście przybudówką PiS”, „wycofajcie się wyborów”), obliczonych było właśnie na wywołanie emocjonalnej reakcji. Atakując Platformę na poziomie emocjonalnym i roszczeniowym, Lewica nie zyskała niczego. Zamiast przyciągać wyborców konkurencji, jeszcze bardziej ich z nią skleiła. Zresztą, najlepsza forma ataku to prezentowanie własnych pomysłów i (gdy to tylko możliwe) ignorowanie drugiej strony.

Zasada taktycznej rezerwy dotyczy również programu politycznego. Żadne radykalne obietnice nie będą możliwe, dopóki nie uda się uwiarygodnić całej formacji. A przecież prawdziwe uwiarygodnienie przychodzi dopiero u władzy. Może zatem warto przedstawić kilka konkretnych propozycji programowych, najlepiej z dziedziny polityki społecznej, zdrowotnej lub pracowniczej, których realizacja będzie realna i korzystna dla wyborców lewicy (pracowników, urzędników niskiego szczebla, mikro przedsiębiorców). I to nie tylko na poziomie państwa, ale również samorządów, gdzie można korzystać z inicjatywy uchwały obywatelskiej w celu wnoszenia swoich projektów pod obrady rad gmin, miast i powiatów.

Kadry i teren

To akurat proste. Budowa skutecznego ugrupowania politycznego nie opiera się wyłącznie na wymyślaniu bon motów do zaprezentowania na Twitterze czy Facebooku. Bez wątpienia media społecznościowe są ważne, podobnie jak kąśliwe uwagi i briefingi prasowe. A jednak, pomimo nowych technologii, kampanie wyborcze wygrywa się w terenie. Pomimo niechęci do Konfederatów i ich agendy, można i należy uczyć się ich organizacji i zdolności logistycznej. Od początku tej kampanii wizerunek Bosaka był widoczny w każdej gminie i powiecie. Widać wyraźnie, że determinacja zwolenników skrajnej prawicy jest naprawdę wielka.

Oczywiście kadry obecnej Lewicy są niezłe i widać to wyraźnie w pracy parlamentarnej. Jest sporo nowych twarzy, jest dużo energii. A jednak, kandydat lewicy nie skorzystał do końca z tej siły, rezygnując ze wspólnych wystąpień ze znanymi i lubianymi politykami, polityczkami i aktywistami. Pomimo znajomości badań wskazujących na niewielką mobilizację elektoratu SLD. Problem ograniczonej puli widocznych osób nie ogranicza się wyłącznie do tej kampanii. Lewica to bogaty ruch z wieloma wybitnymi, merytorycznymi i medialnymi postaciami. Wielka szkoda, że w tej kampanii nie skorzystano z popularności takich osób jak Aleksander Kwaśniewski, Joanna Senyszyn, Jolanta Banach, Piotr Ikonowicz czy choćby Jan Śpiewak. Każda z wymienionych postaci posiada bogatą bazę sympatyków, których mobilizacja przyniosłaby sporo korzyści i pokazałaby Lewicę wykraczającą poza sprawdzoną gamę kilkunastu obecnych twarzy medialnych.

Dzisiaj część młodego aktywu może zżymać się na dawne, zakurzone SLD, ale w czasach gdy ta partia osiągała największe sukcesy, jej liderzy działali jak orkiestra. Poszczególni politycy mieli swoje role, cechowali się wysoką kulturą osobistą, ciętym językiem i kompetencją, a ich teczki pełne były projektów uchwał, ustaw, analiz, prognoz i dokumentów programowych. SLD z lat 90 XX wieku to była koalicja (podobnie jak teraz!), z długą i szeroką ławką kadrową. To właśnie z uwagi na technokratyczny wizerunek i polityczną sprawność, ugrupowanie uchodziło za naturalną partię władzy, (podobnie jak cała europejska socjaldemokracja – w dawno minionych czasach). Wszyscy wiemy, że skończyło się nie najlepiej, ale to już z całkowicie innych przyczyn.

Wybierzmy przyszłość

Umówmy się – zdecydowana większość programu socjaldemokracji to słuszne, acz niezbyt porywające oczywistości. Faktycznie, większość gotowa jest płacić wyższe podatki w zamian za bogate państwo dobrobytu. Bardzo wielu chce tanich mieszkań i solidnej służby zdrowia. A poza tym szacunku dla praw człowieka i czystego powietrza. Jednocześnie, znaczna część bazy lewicy nie do końca wierzy w realizację słusznych programów, ani tym bardziej podobne hasła nie pobudzają jej wyobraźni. W szczególności na poziomie surowej politycznej emocji, która ekscytuje i motywuje. Jak wiadomo, programy wyborcze są dla fanatyków tematu, reszta woli powierzchowne odczucia. I nic w tym złego, zadaniem ugrupowań politycznych jest ich dostarczenie w formie hasłowej. Prawo i Sprawiedliwość kreśli wizję odzyskiwania suwerenności i szacunku (w rzeczywistości robią coś całkiem innego – zwłaszcza na arenie międzynarodowej), Platforma Obywatelska obiecuje depolityzację polityki (politycy mają dać nam spokój, przy jednoczesnym poszanowaniu naszych praw), Konfederacja idzie jeszcze dalej, oferując całkowitą niemal likwidację państwa, czym budzi entuzjazm pozbawionego jakiejkolwiek wiary pokolenia Y. Wszystko to są jasno zdefiniowane opowieści o Polsce – i wszystkie równie fałszywe. Żadna z nich nie mówi o realnych wyzwaniach stojącymi przed Polską, Europą i całą ludzkością. Polska klasa polityczna udaje, że przyszłość – z zagrożeniami klimatycznymi, perspektywą kryzysu energetycznego, pogłębianiem nierówności, całkowitym rozpadem systemów emerytalnych, feudalizacją naszych stosunków społecznych, zanikaniem miejsc pracy – nie istnieje. To poziom straszenia zagrożeniami – w polityce bardzo ważny i przez lewicę wykorzystywany, ale z użyciem złych straszaków (a przecież Tony Judt już 10 lat temu opisywał skuteczną socjaldemokrację przyszłości jako „socjaldemokrację strachu”). Istnieje również bardziej pozytywna wizja inwestowania w nowe technologię, poważnej dyskusji o UBI (uniwersalny dochód gwarantowany), reformy administracji, odpartyjnienia państwa czy odbudowy polskiego potencjału przemysłowego. Każdy z wymienionych tematów niesie potencjał pobudzenia masowej wyobraźni, pod warunkiem że ich użycie nie będzie incydentalne, a zostanie wpisane w stałą strategię komunikacji z wyborcami.

Iść szeroko, nie znaczy bezideowo

Czytając różne dyskusje na lewicowych grupach w social mediach widać wyraźnie, że Lewica doczekała się w końcu młodych ideowych ludzi, ale ci sympatycy niekoniecznie chcą wychodzić poza swoją strefę komfortu. Taka sytuacja nie jest problemem, w końcu każde ugrupowanie potrzebuje mniej lub bardziej radykalnych skrzydeł, wewnętrznej dyskusji, plemiennych zachowań i fermentu. Sytuacja komplikuje się wtedy, gdy takie podejście rzutuje na całą formację. Lewica nosi dziś brzemię czegoś wyjątkowo radykalnego, zwłaszcza w kwestiach kulturowych. To nieprawda, bo też nie ma niczego radykalnego w postulatach legalnej aborcji, rozdzielenia państwa od kościoła czy równości małżeńskiej. Kłopoty zaczynają się wtedy, gdy zaczynamy rozmawiać o tych prostych i rozsądnych sprawach za pomocą języka czystej ideologii. W dodatku wykluczając wszystkich tych, którzy wyłamują się z szeregu pewnej poprawności. Jeżeli Lewica i jej kandydaci mają osiągać sukcesy wyborcze, potrzebna jest dywersyfikacja przekazu. Nie dla wszystkich kwestie LGBT będą sprawą priorytetową, nie każdy lewicowiec jest ateistą, nie wszystkich kręci weganizm, pacyfizm czy antyimperializm. Niektórzy nawet lubią używać niepoprawnego języka, co nie czyni ich od razu osobami przemocowymi czy pozbawionymi wrażliwości. Bo też tzw. „klasa ludowa”, którą akademicko-aktywistyczna lewica ubóstwia (formalnie) i mitologizuje (niepotrzebnie), rozmawia właśnie w taki sposób – bez cenzury.

To co powinno nas łączyć to akceptacja i szacunek do drugiego człowieka i głęboka wiara w możliwość zmiany jego sytuacji za pośrednictwem polityki ekonomicznej, społecznej itp. Innymi słowy – łączy nas wiara w zmianę, ale już niekoniecznie musimy się zgadzać co do jej natężenia i dokładnego rozkładu. Trzeba sobie zdać sprawę, że kandydat czy kandydatka wygrywająca w liberalnej i otwartej metropolii, niekoniecznie pasuje do oczekiwań osób z małych gmin i powiatów. Nie oznacza to wcale, że osoby z małych miast i miasteczek są nietolerancyjne czy szczególnie konserwatywne. Żadne badania nie potwierdzają tez o radykalnej prawicowości Polek i Polaków, o czym uwielbiają donosić niezłomni publicyści. Nie ulega jednak wątpliwości, że prawica spreparowała szereg mitów na temat lewicy. Zła wiadomość – nie wszystkie są w pełni fałszywe. Wniosek jest prosty – tylko formacje zróżnicowane wewnętrznie i gotowe przynajmniej podjąć dialog z centrum sceny politycznej, mają szansę na uzyskanie statusu masowych.

Tajna broń – związki zawodowe

Tragicznym problemem współczesnej lewicy (nie tylko w Polsce) jest niemal całkowita rezygnacja z sojuszu partii i związków zawodowych. Również w samym języku, elementy pracownicze są systematycznie wypłukiwane lub rzucane w eter zasadniczo bez głębszej treści. Tymczasem, chyba najważniejszym czynnikiem sukcesu socjaldemokracji w wieku XX były jej relacje z organizacjami pracowników. Tym bardziej, że Prawo i Sprawiedliwość, pomimo pro-pracowniczej zasłony dymnej, prowadziło i prowadzi wybitnie anty-pracowniczą politykę. Oczywiście w tej sugestii, nie chodzi tylko o prezentowanie słusznych rozwiązań jak likwidacja śmieciówek i zwiększenie płacy minimalnej. Nie wystarczą nawet realne i namacalne sukcesy jak sejmowa poprawka Zandberga ograniczająca zarobki prezesów firm korzystających z pomocy publicznej. Chodzi o wyjście w teren i realny udział w organizowaniu pracowników. Polska notuje jeden z gorszych poziomów uzwiązkowienia w Europie – ok 10 proc. . Ta katastrofalna sytuacja ludzi pracy rzutuje na niskie płace, łamanie kodeksu pracy i niestabilność zatrudnienia. W Finlandii do organizacji pracowniczych należy 74 proc. pracujących, w pozostałych krajach Skandynawii sytuacja wygląda równie nieźle. Rozbudowa systemu związków zawodowych to zadanie trudne, ale nie niemożliwe. Wymaga decyzji politycznej i oddolnego zaangażowania działających związkowców, aktywistów i polityków (również parlamentarnych). To też jedna z nielicznych okazji do pozyskania socjalnego elektoratu PiS, którą głosuje na tę partię z uwagi na jej „ludowy” wizerunek i brak alternatywy. Tę alternatywę trzeba podłożyć pod nos, wraz z konkretnymi korzyściami.

Ekonomia głupcze!

Nie da się nie zauważyć, że tematy kulturowe zajmują gros przekazu lewicy. Zakres praw i wolności osobistych to kwestie kluczowe. Pamiętajmy jednak, że wolność jednostki nie ogranicza się do wolności „do”, lecz również „od” – wyzysku, biedy, braku perspektyw, nierównego dostępu do ochrony zdrowia, edukacji, kultury, komunikacji, pracy itd. itp. Jeżeli lewica ma przetrwać, bezpieczeństwo ekonomiczne musi stanąć w centrum jej zainteresowania. Prawo do równego startu, do godnej pracy i pomocy w kryzysie, to fundament lewicy – nie dodatek do postulatów kulturowych. Również dlatego, że większa otwartość na zmiany kulturowe, przychodzi wraz z poprawą sytuacji materialnej. Innymi słowy nie będę myśleć o prawach człowieka, gdy muszę nakarmić rodzinę. Lub – co bardziej współczesne – jak dorównać do wysokich standardów społecznych i nie być wyrzutkiem na tle realnej lub wyimaginowanej klasy średniej. Obietnica dołączenia do klasy średniej i recepta jak to zrobić to ten element przekazu lewicy, który bardzo ciężko jej odebrać. W przeciwieństwie do gwarancji ochrony mniejszości i rozwoju ich praw. Tutaj wystarczy umiarkowany liberał z deklaracją, że gorzej nie będzie. W tej kampanii Rafał Trzaskowski okazał się lepszym Biedroniem niż sam Robert Biedroń.

Patriotyzm jest fajny

Kiedy obserwujemy konferencje prasowe polityków lewicy, widać tam flagi partyjne, unijne, niekiedy również tęczowe. Flag narodowych jak na lekarstwo. To szerszy problem patrio-sceptycyzmu. To zrozumiały odruch w kontekście narodowych ekscesów polskiej prawicy i pewnego kosmopolityzmu bliskiemu wielu lewicowcom. W rzeczywistości jednak lewica oddaje jedno z ważniejszych pól definiujących tożsamość polityczno-społeczną większości Polek i Polaków. A przecież patriotyzm można opisywać na wiele sposobów, wpisując go w lewicową wizję świata. Chcesz umierać za Ojczyznę? Dobrze, a czy jesteś również gotów oddawać część dochodów na jej potrzeby? Czy popierasz zrównanie wszystkich swoich współobywateli w prawach, które sam posiadasz? Czy wywożenie milionowych zysków za granicę kraju to działania patriotyczne, a może zwyczajny egoizm? To ważne pytania, które należy stawiać. Nie w kontekście umiłowania świętego indywidualizmu i egoizmu a budowy prawdziwej polskiej wspólnoty narodowej dla wszystkich ludzi, bez względu na rasę, płeć, religię czy orientację seksualną. Naprawdę chciałbym kiedyś usłyszeć od polityków lewicy, że tolerancja, otwartość, sprawiedliwość, to cechy zarówno prawdziwie polskie, jak i lewicowe. I że jesteśmy dumni ze swojego kraju.

Dawna socjaldemokracja – to se ne vrati

Gdyby tak miało być, Jarosław Kaczyński byłby socjaldemokratą. Formacje polityczne dostosowują się do nowych realiów. To co działało wczoraj, niekoniecznie sprawdzi się dziś. Dotyczy to zarówno perspektywy dekad (dziś już mało kto uwierzyłby w socjalistyczne programy lat 70 i 80 – żyjemy w innym świecie), jak i miesięcy. Jedną z głównych przyczyn porażki Roberta Biedronia, było jego skrajne niedostosowanie do Polski „covidowej”. Zwyczajnie, wyborcy oczekiwali twardszego kursu na rozwiązywanie konkretnych problemów, a typowe tematy z repertuaru twórcy Wiosny zeszły na dalszy plan. Trzeba odczytywać sygnały i wyciągać wnioski.

Sprawy mają się podobnie z lewicą. Jej wersja retro umarła, nowa przegrała, Trzecia Droga się nie sprawdziła, powrót do socjalistycznych korzeni również. Ale te same problemy pozostają. Koalicja Lewicy nie może udawać, że nic się nie stało i pozostać przy myśleniu życzeniowym. Potrzebne są zmiany.

Konstatacje po pierwszej turze

Jest ranek 29 czerwca 2020 r., w Warszawie znów zbierają się chmury. Popijam moją poranną kawkę z głową nabitą myślami na temat kampanii wyborczej, która właśnie zakończyła się przed kilkoma godzinami. Obserwowałam ją okiem zawodowca, czyli politologa i szefa sztabu kampanii prezydenckiej z 1995 r. o której dwa tygodnie temu prof. A. Dudek powiedział w „Polityce”, że była to nowoczesna kampania, a „sztab Kwaśniewskiego był prekursorem nowoczesnego marketingu politycznego w Polsce.

Słynnym autobusem „kwak” Kwaśniewski objechał ponad 100 miejscowości, a lokalni działacze suflowali mu, co jest ważne dla danej społeczności”. To wszystko prawda, zresztą przypomniałam tę kampanię na łamach Trybuny bodajże w lutym. W samej końcówce kampanii szary ze zmęczenia A. Kwaśniewski powiedział szczerze do mnie i Zbyszka Siemiątkowskiego, że marzy o tym, aby nas choć przez dwa tygodnie nie oglądać. Nie dało rady, przyszła druga tura…

Po tych podróżach dotarło do mnie wtedy jedno odkrycie: do intensywnej kampanii ogólnopolskiej potrzebna jest żelazna kondycja fizyczna. Dlatego, w momencie, kiedy PO ogłosiła, że kandydatką tej partii będzie posłanka M. Kidawa-Błońska, pomyślałam: może fizycznie nie wytrzymać, a na uczenie się Polski i polityki w trakcie kampanii jest już zdecydowanie za późno. Wiem, że nie jest to uwaga przyjemna, ale polityka ma i taką stronę (a może głównie taką), kierownictwo PO powinno zmierzyć najpierw siły na zamiary, bo w obecnych uwarunkowaniach potrzebny był jej twardy bojownik, który poradzi sobie z zakłamaną na wskroś ekipą PiS (patrz: sztabowa gwiazda PiSu niejaki poseł Czarnek, adiunkt i „konstytucjonalista” z KUL-u o odpychającej mentalności).

Platformie paradoksalnie przyszli z pomocą buntownicy z Porozumienia, do których przyłączył się J. Kaczyński. To na nim spoczywa polityczna odpowiedzialność za to, że w obliczu pandemii rząd nie ogłosił stanu klęski żywiołowej, dzięki czemu mogłaby nas prowadzić przez trudne miesiące praworządną drogą nasza Konstytucja: prezydenta RP i tak byśmy w końcu wybrali, tyle, że zgodnie z najwyższym prawem Rzeczypospolitej, a nie z wolą Kaczyńskiego. A to by nam bardzo poprawiło nasze obywatelskie samopoczucie. Do łask wróciła Państwowa Komisja Wyborcza, kolejny organ poniżony przez PiS. PKW ogłosiła, że 10 maja wybory nie odbyły się, więc zaczynamy od nowa. Ogłosiła również, że w tej sytuacji mogą zgłaszać się nowi kandydaci. I tacy pojawili się, byli nimi Waldemar Witkowski, kandydat Partii Pracy, któremu przed 10 maja zabrakło prawidłowo złożonych podpisów i Rafał Trzaskowski – nowy kandydat PO, który musiał podpisy zebrać od nowa.

To, co mnie bardzo zbudowało w okresie tej kampanii, to pojawienie się co najmniej pięciu kandydatów na urząd prezydencki ciekawych merytorycznie i politycznie. Szymon Hołownia, Władysław Kosiniak-Kamysz, Robert Biedroń, Rafał Trzaskowski i Krzysztof Bosak podjęli wyzwania kampanijne dobrze umotywowani. Pokolenie moich synów sprawdzało się w ojczyźnianym boju o urząd GŁOWY PAŃSTWA. Każdy w swym obszarze programowym i światopoglądowym poruszał się sprawnie, mieli wokół siebie grono sztabowców i – co najważniejsze- z oddaniem na naszych oczach pracowali. Z żalem wyznaję, że Waldemar Witkowski, który zrobił bardzo korzystne wrażenie w czasie debaty w TVP, jakoś potem zniknął , w każdym razie ja go więcej nie usłyszałam. Szkoda, ponieważ głosił mile brzmiący dla ucha program lewicowy. Co prawda, wszyscy kandydaci sprawiali wrażenie, że walczą raczej o stanowisko premiera, niż prezydenta, ale może w ten sposób mogliśmy dokładniej poznać ich punkt widzenia na wiele ważnych spraw.

Przez jakiś czas brakowało mi bardzo polityków SLD wokół R. Biedronia, na szczęście w końcu pojawiła się wokół niego skromna reprezentacja, co mnie nieco uspokoiło. Wspierany przez swego szefa sztabu – posła Tomasza Trelę, R. Biedroń głosił program lewicowy, robił to w sposób odważny ,a jednak wynik jest marny. Jego kampania była wyraźnie – na tle innych- skromniejsza. Żałuję, że np. w moim miejscu zamieszkania nie znalazłam w skrzynce nawet jego ulotki (sama bym je wrzucała do skrzynek, gdybym miała co). Z drugiej strony zastanawiam się, jaka w tej kampanii towarzyszyła mobilizacja członków bloku lewicowego…? Coś mi się wydaje, że kierownictwa trzech struktur krążą tylko w wąskim kręgu działaczy, coś między sobą rozgrywają, a partyjny lud w tej kampanii nie zaistniał. I jak bywa to zwykle, potencjalni wyborcy – niechciani- odpłynęli do Sz. Hołowni. Uwaga: tendencja ta może się utrzymać. Jak tak dalej pójdzie- trzej tenorzy zostaną na scenie sami, ponieważ członkowie ich partii zejdą po kolei jak muzycy orkiestry, grającej „Symfonię Pożegnalną” J. Haydna (kończą po kolei, gasząc świece przy pulpicie z nutami i opuszczają salę).

Uwagę w tej kampanii przykuł Szymon Hołownia, bystry i sprawny intelektualnie, ze znaczącą ogładą medialną, prezentujący uczciwą krytykę pisowskiej ideologii i rzeczywistości. Miał wokół siebie Michała Kobosko, Katarzynę Pełczyńską – Nałęcz, generała Mirosława Różańskiego i Jacka Cichockiego – to ludzie kulturalni, wzbudzający zaufanie, poważni. Ciekawie uzasadniał potrzebę rozdziału Kościoła od Państwa (mam nadzieję, że będzie się tej koncepcji trzymał). Życzę mu, aby pomysł na nowy ruch polityczny nie okazał się efemerydą. Jednakże uważam, że to dziwne unikanie zadeklarowania wprost poparcia w II turze dla R. Trzaskowskiego sympatii mu nie przysporzy.

Władysław Kosiniak-Kamysz miał w tej kampanii wyraźnego pecha: po wznowieniu wyborów zaczął tracić poparcie i tym razem kandydat ludowców podzielił los swoich poprzedników w walce o fotel prezydencki.. Niemniej jednak swojej formacji wstydu nie przyniósł, dobrze przemawia i ma orientację w bieżącej polityce. Moim zdaniem popełnił jeden błąd: za mało mówił o wsi i jej problemach, wspomógł tym samym przejmowanie wyborców wiejskich przez PiS. Urokliwie wspierała go żona o wyraźnie społecznikowskim zacięciu, bystra i odważnie prezentująca swoje poglądy, co w środowisku ludowców należy uważać za obiecującą nowinkę na polu stosunku do kobiet. Pamiętam, jak w II kadencji Waldemar Pawlak patrymonialnie zakazał posłankom PSL działalności w Parlamentarnej Grupie Kobiet, ponieważ większość z nas była przeciwna konkordatowi, a on był „za”…. Niestety, posłuchały…. A tak na marginesie: do dziś zastanawiam się, czy W. Pawlak uczestniczył w 1997 r. w referendum konstytucyjnym, bo w płockim plotkowano, że nie widziano go głosującego. Ale, może to tylko ludzkie gadanie… Wydaje mi się jednak, że niezależnie od wysiłku Kosiniaka –Kamysza, elektorat PSL już wcześniej odpłynął do PiS (kasa, misiu, kasa), na czele z niektórymi byłymi przywódcami tej partii.

Krzysztof Bosak, wychowanek Młodzieży Wszechpolskiej (patrz: Roman Giertych i nacjonalistyczna Liga Polskich Rodzin) z poselskim doświadczeniem, bardziej pracował na rzecz swojej Konfederacji, niż na swoją wygraną w tej kampanii. Nie można mu jednakże odmówić zaangażowania, samodzielności intelektualnej, orientacji w kwestiach gospodarczych i pracowitości. Nie przedstawiał pomysłów dziwacznych w stylu Korwina –Mikke i to już była dobra zmiana.

Od wznowienia wyborów prezydenckich było od początku wiadomo, że głównym celem PiS stanie się Rafał Trzaskowski. Początek miał świetny, widziałam, jak Prezydent Warszawy już w pierwszym dniu zmobilizował wyborców na etapie zbierania podpisów. Wyróżniał się naturalnym wizerunkiem (nie ma co, chłop nad wyraz przystojny i fotogeniczny), towarzyszyła temu szczerość poglądów i wola odrobienia strat PO. W piątek wieczorem spodziewałam się na Placu Zamkowym wystąpienia formatu prezydenckiego i – niestety- po wysłuchaniu R. Trzaskowskiego mina mi zrzedła. Teraz zastanawiam się, czy był to efekt zmęczenia, co jest prawdopodobne. Jednakże w II turze takie wystąpienie powtórzyć się w żadnym razie nie może.

Dla nas jest ważne, że Warszawa jest po demokratycznej stronie mocy, podobnie, jak większość innych polskich metropolii. Jednakże prezydent stolicy musi na początku II tury jej mieszkańcom wyjaśnić, dlaczego zdecydował się na odstąpienie od wcześniejszej obietnicy nieopuszczania urzędu prezydenta miasta w trakcie kadencji (patrz powód: umacnianie przez PiS niezgodnego z ustrojem RP autorytaryzmu). Warszawa to zrozumie, podobnie, jak wcześniej rozumiała, że zło się dzieje wokół Trybunału Konstytucyjnego i demonstrowała. Że Szydło i Kempa łamią prawo, nie ogłaszając wyroków TK i Warszawa demonstrowała. Że barbarzyńcy dobierają się do Sądu Najwyższego i Warszawa demonstrowała. Że prawica łamie polską Konstytucję i jej ustrojowe wartości, w odpowiedzi na co Warszawa przywdziewała koszulki z napisem „KONSTYTUCJA”. Chodziła z flagami europejskimi pod Sejm, kiedy PiS tworzył swoje prawa w ciągu jednej doby. Tych przykładów jest przecież znacznie więcej. Myślę, że warto zwrócić uwagę na zobowiązanie wobec tych mieszkańców stolicy, którzy R. Trzaskowskiego wybrali przed rokiem już w pierwszej turze.

To dobrze, że Rafał Trzaskowski chce ludzi łączyć, a nie dzielić. Bardzo bym jednak chciała, aby kandydat bloku demokratycznego wziął w swych wystąpieniach pod uwagę i to, że jesteśmy narodem, któremu nie tylko obcy brutalnie przerywali historyczną ciągłość. Rozbiory, wojny, ograniczona suwerenność decyzją wielkich mocarstw, stalinizm, krótki oddech w dekadzie Gierka, ale potem skutki transformacji 1989 i kolejne, już własne rwanie ciągłości historycznej i wycieranie z pamięci dorobku kilku pokoleń Polek i Polaków. Rafał Trzaskowski w miniony piątek mówił, że wychował się na Nowym Mieście – w miejscu kompletnie zniszczonym w Powstaniu, a ja znam taką tablicę na Starówce, gdzie wyraźnie jest napisane, że odbudowane Stare Miasto zostało oddane ludowi już w 1955 r., łącznie ze staromiejskimi kościołami.

W piątek R. Trzaskowski stał twarzą do Zamku Królewskiego, którego też nie odbudowywały krasnoludki. Mam nadzieję, że prezydentura kandydata bloku demokratycznego skończy raz na zawsze z mitami, które nie pozwalają zabliźnić się historycznym ranom, zadawanym sobie przez nas samych. Może w 2020 r. warto w końcu docenić pracę pokoleń PRL, one bez wątpienia podnosiły Polskę z największych strat (często za „miskę ryżu”) – myślę tu o utracie ¼ terytorium, 1/3 ludności i połowy majątku narodowego. I choć historia polityczna nowożytnej Europy nie zna klęski takich rozmiarów, jakiej w II wojnie światowej doświadczyła Polska i Polacy, to przecież zemsta nacjonalistycznej prawicy (i nie tylko!) wobec uczestników tamtych zmagań trwa od 1989r. do dziś!

Na etapie II tury walki wyborczej wystąpienia muszą mieć wyraźny charakter prezydencki, nie mogą być o niczym. Muszą iść przede wszystkim śladem konstytucyjnych uprawnień Prezydenta. Gdybym miała wskazywać pola, na których Prezydent może zmienić polską politykę, to wskazałabym na takie cztery:

1. Konstytucja jako symbol współczesnych wartości państwowych, łączący nas jako symbol praworządności;

2. Bezpieczeństwo, sprzeciw wobec upolitycznienia Sił Zbrojnych i oceny sytuacji w polskim przemyśle zbrojeniowym; NATO – może warto zaprosić Madeleine Albright – jedynego żyjącego świadka i uczestnika podpisywania dokumentów o przystąpieniu Polski do NATO…..? Nie wiem, czy jest dziś w stanie pozytywnie odpowiedzieć na takie zaproszenie, ale myślę, że na pewno nie odmówiłby niezwykle zdolny Jerzy Koźmiński – ówczesny ambasador Polski w USA.

3. Polityka zagraniczna – stosunki z UE, z Rosją i Ukrainą. Deklaracja na ten temat będzie niezwykle ważna (zdziwiła mnie pochwała kandydata dla niegdysiejszego wiecu w Gruzji, w czasie którego L. Kaczyński zawołał: „Jesteśmy tutaj po to, żeby podjąć walkę”! W tym czasie wśród stojących na podium prezydentów nie było….. M. Saakaszwilego, ówczesnego Prezydenta Gruzji, który odrębnie już konferował z N. Sarkozym, przybyłym właśnie z uzgodnieniami z Moskwy).

4. My, Naród Polski – wszyscy obywatele Rzeczypospolitej, patrz: preambuła do Konstytucji, z której przebija patriotyzm i potrzeba racjonalnego rozumu. Nad jej tekstem warto się pochylić i mówić jej językiem, jeśli chce się jednoczyć naród. W tym bloku jest właśnie miejsce na sprawowaną przez głowę państwa opiekę nad kulturą, oświatą i nauką, nad rozwojem młodych talentów, bez czego żaden naród nie przetrwa.

Wiem, że przyszłe dni będą rozstrzygające dla losów Polski. Rafał Trzaskowski, jeśli chce wygrać (czego mu szczerze życzę) musi stworzyć wyraźną alternatywę wobec autorytarnych praktyk PiS. Dudę popierają wieś i małe miasteczka, wyborca starszy i słabiej wykształcony; do tych grup społecznych docierają najczęściej argumenty, odnoszące się do spraw obyczajowych, socjalnych i nieodłączny czar żywej gotówki. Dziś te grupy utrzymywane są przez PiS w mentalnym błogostanie, każdego dnia są przekonywane, że jak pojawią się kłopoty, to rząd wspomoże, podsypie pieniążkami, przecież obiecuje to każdego dnia. Dlaczego tym mile brzmiącym obietnicom nie wierzyć? Na tym m.in. polega populizm. Do takiej argumentacji proboszcz dołoży przecież swoje, głosząc dowody na „boską interwencję”.

Jestem przekonana, że przeciętny wyborca PiS nie łączy swojego sposobu głosowania z jego skutkami dla państwa i ludzi, a zwłaszcza z tymi, które odnoszą się do pomocy unijnej w rodzaju dopłat rolnych i dostępu do zachodnich rynków pracy (prasa doniosła, że Francuzi już stawiają przed Polakami szlaban), a przecież dzisiaj z tych możliwości korzysta, ile się da, wschód Polski. Niech więc codziennie na konkretach Trzaskowski i jego sztab wyjaśnia, co może nam przynieść przyszłość, jeśli będą ją konstruowali oligarchowie z PiS (zadłużanie kraju, a przez to np. osłabianie wartości pieniądza). Oni już swoimi decyzjami powolutku wyprowadzają nas z Unii. Może więc warto też zwrócić się bezpośrednio do młodzieży wiejskiej z pytaniem, czy – jeśli PiS wyprowadzi nas z Unii Europejskiej – to będzie im z tym lepiej ? co zyskają..? wzrosną ich szanse na dobre wykształcenie? na ciekawą pracę, a przez to na dobrobyt?….Czy wolą żyć w Polsce skłóconej i odizolowanej od świata, czy w takiej, w której nauczony historią naród nie tworzą „wyimaginowanej” wspólnoty, lecz buduje realną, nowoczesną, modernizującą również i swoje myślenie drogę do rozwiązywania problemów współczesnych.

Przed nami ważny wybór!

Przed prezydenckie peregrynacje

Ryba psuje się od głowy, a zepsucie kierownictwa prowadzi do demoralizacji i upadku instytucji. A dokąd prowadzić będzie stara-nowa głowa naszego państwa?

To pytanie w wypadku (to nie pomyłka, rzeczywiście w wypadku) zwycięstwa Andrzeja Dudy ma charakter retoryczny i jedynie zastanawiać się należy gdzie jeszcze nas zaprowadzi pod światłym kierownictwem Jarosława Dobrej Zmiany Kaczyńskiego. Natomiast pozostała piątka poważnych kandydatów na prezydenta w swych programach i wystąpieniach prezentowała przede wszystkim antypisowską przyszłość, koncentrując się na najważniejszych problemach krajowych i uważając, że jest to najbardziej oczekiwany przez wyborców przekaz. I to zapewne prawda, ale Polska nie jest jakąś osamotnioną wyspą, a nasze rozliczne międzynarodowe uwarunkowania oznaczają konieczność traktowania polityki zagranicznej nie gorzej niż wewnętrznej.

Wszystkie nasze drogi zawsze prowadzą do Rzymu

Wiele lat temu w kampanii prezydenckiej należało zapewnić sobie życzliwość i poparcie w Rzymie, a po ewentualnym zwycięstwie udać się koniecznie do Watykanu. Dziś to już zupełne passe, bo czegoż można się spodziewać po papieżu Franciszku? W swoim czasie rolę Rzymu pełniła też Moskwa, na początku dla wielu z przekonania, a z latami coraz częściej tylko z wielokrotnej konieczności. Były oczywiście w tamtych czasach nieodzowne serwituty m. in. w postaci odznaczeń, w których lubował się Breżniew czy, dla świętego spokoju wpis do Konstytucji za czasów Gierka, co stanowiło zresztą tajemnice poliszynela. Ale miały też miejsce liczne kontrowersje, twarde polskie stanowiska i wymuszone przez nas porozumienia i rozwiązania. Poza Bierutem żaden kolejny polski przywódca w PRL-u nie okazał takich ton wazeliny na Kremlu jak ostatnio Duda w Waszyngtonie, pełniącym zresztą rolę kolejnego Rzymu. I to w nieprzymuszonej sytuacji. A w ostatnią sobotę na wieczornym wiecu w Starym Sączu kontynuował te swoje myśli-hołdy o współpracy z USA, wychwalając amerykańskie bezpieczeństwo i zupełnie zapominając, że jesteśmy w Unii Europejskiej.

Na pytanie Anity Werner z TVN gdzie by się udał w swoją pierwszą prezydencką podróż Władysław Kosiniak-Kamysz przedstawił nadzwyczaj bogatą trasę: Paryż, Berlin, Londyn i nadto dodał kraje skandynawskie. Zapomniał jeszcze o Pradze, gdyż tam właśnie schronić się musiał przed represjami Piłsudskiego legendarny przywódca PSL Wincenty Witos. Innych kandydatów o to nie pytano, a Rafał Trzaskowski zapewne wymieniłby Brukselę, choć zagranicznych wyczynów PiS nie odważył się skrytykować, potwierdzając pełną zgodność na amerykańskim kierunku.

Ten gorący ziemniak

jakim w kampanii byłby temat naszej polityki zagranicznej wszyscy kandydaci, poza poddańczym Dudą, najchętniej odrzuciliby jak najdalej. Ale nie był, poza standardowymi opiniami na temat Rosji (Duda zaplątał się z rządami PO i zajęciem Krymu, a Trzaskowski okazał sporą odwagę mówiąc o przywróceniu ruchu przygranicznego z obwodem kaliningradzkim) i płynącego stamtąd zagrożenia, bo taka jest obecnie poprawność polityczna, przemielone głowy Polaków, podporządkowanie interesom USA i obawa przed kontrą PiS.

Żaden z kandydatów gromko mówiąc o swojej niezależności i kreatywności jako prezydenta nie chciał dostrzec naszej awanturniczej polityki zagranicznej w stosunku nie tylko do Rosji, ale i do Niemiec i Francji. Nie mógł także zrozumieć bo wiedzieć przecież powinien, że gra w złą Rosję i jeszcze gorszego Putina to tylko jedna i mniej ważna, propagandowa strona rzeczywistości. Druga to, mimo rozlicznych sankcji, trwająca i owocna współpraca gospodarcza. Co prawda przeszkadza ona bardzo USA pragnącym zdominować rynki swoimi produktami, ale jakoś nie kłócili się ze sobą rosyjscy i amerykańscy kosmonauci na rosyjskiej zresztą stacji kosmicznej. Historyczny jakoby start statku Crew Dragon w misji NASA i SpaceX sprowadza się naprawdę do tego, że wreszcie po wielu latach Amerykanie nie będą musieli kupować rosyjskich silników kosmicznych. A dywersyfikacja z zakupem przez Polskę gazu oznacza jej zaprzeczenie, gdyż teraz będziemy go mieli tylko z jednego, ale za to droższego, amerykańskiego źródła. W każdej z opisanych i we wszystkich innych, podobnych sytuacjach nie idzie ani o zrywanie dotychczasowych sojuszy, ani też o jakieś ekstremalne rozwiązania, a tylko i aż o elementarną normalność i racjonalność.

Zapewne strategia I wyborczej tury niejako wymusiła określoną postawę kandydatów, to jednak od Roberta Biedronia, którego szanse na prezydenturę od samego początku były nikłe, można było się spodziewać odważnego i jasnego stanowiska w omawianej materii. Nie żeby w pierwszą prezydencką podróż udał się do Moskwy, a nie daj Bóg do Pekinu, ale aby na równi z innymi słusznymi hasłami prezentował konieczność suwerenności polskiej racji stanu i przede wszystkim naszych interesów. Na wzór Stanów Zjednoczonych i super bossa ich biznesu.

Top secret

Za pięknie płynącymi słowami kandydatów na prezydenta o godności, równości i szacunku dla wszystkich Polaków kryją się niewyartykułowane kwestie, z których tylko LGBT, przez głupią wpadkę sztabu wyborczego PiS, zostało publicznie nazwane, a następnie szybko wycofane, także po upomnieniu ambasady USA w Warszawie. Ale pozostało zbyt wiele innych, do których zaliczyć należy nadal obowiązujące ustawy dezubekiazacyjne i wszelkie ich dalsze pochodne i pokłosie, działalność Instytutu Pamięci Narodowej z jego prokuratorską i propagandową działalnością, który w konsekwencji jest od wielu lat jedną z głównych instytucji dzielących obywateli na lepszych i gorszych. Nie wspominam o stosunku do czasów i ludzi Polski Ludowej, o łamaniu Konstytucji i zawłaszczeniu systemu prawa bo to miało tzw. mniejszą nośność. Te tematy, także z uwagi na wyborczą grę w I turze nie odnalazły się w wypowiedziach kandydatów. Także Lewicy i Trzaskowskiego, co pierwsze przyjmuję z wielkim zdziwieniem, a drugie z niepokojem na przyszłość.

A co z tą mamoną?

W latach osiemdziesiątych nie tylko w mojej redakcji był zwyczaj wywieszania na tablicy ogłoszeń płacht kolejnego numeru gazety z zaznaczonymi na tekstach kwotami honorariów, które należały się autorom. Nikomu to nie przeszkadzało, było świadectwem transparentności decyzji, a nadto pewnym wzorem i dopingiem dla innych. Nie stanowiło żadnej tajemnicy ani wynagrodzenie redaktora naczelnego, ani na przykład, dla ciekawskich, I sekretarza jakiegoś partyjnego komitetu. Zresztą co to były za pieniądze w porównaniu do dzisiejszych lewizn w spółkach Skarbu Państwa, obsadzanych przez obecnych partyjnych prominentów.

Z nastaniem nowego ustroju tak się jakoś porobiło, że to wszystko stało się nadzwyczaj tajne, tak jakby nie pochodziło z obowiązujących przepisów, było przedmiotem niezgodnych z prawem poczynań i obawą do tłumaczenia się z nienależnych pieniędzy. I trwa to w najlepsze po dziś dzień, także na najwyższych szczeblach władzy, bo prezydent Andrzej Duda nie złożył na piśmie oświadczenia o wyrażeniu zgody na ujawnienie swojego oświadczenia o stanie majątkowym i dopiero po dłuższych targach mogliśmy je poznać. Natomiast premier Morawiecki zasłaniając się brakiem odpowiednich przepisów nie chce ujawnić odrębnego majątku żony, bo sami z siebie państwo Morawieccy tego wyjątkowo bohaterskiego czynu dokonać nie zamierzają. Nie wspominając już o nadzwyczajnych poborach w Banku Polskim dodać należy, że „Mamy dziurę, jakiej jeszcze nie widzieliśmy. Rząd robi wszystko, aby nie było jej widać” (Onet), a na dociekliwe pytania dziennikarzy rządzący odpowiadają nie na temat, albo lekceważącym milczeniem, tak jakby nie wiedzieli, że oczekuje na ich odpowiedź opinia publiczna.

Rafał Trzaskowski ujawnił dochody swojej rodziny, ale dużo ważniejszą, fundamentalną wręcz sprawą, będzie jego ewentualna dążność do powszechnego obowiązku tego aktu przez wszystkie osoby, wraz ze współmałżonkiem i dorosłymi dziećmi, zatrudnione w państwowych instytucjach. Za zawołaniem, że wszyscy jesteśmy równi kryje się też konieczność zakończenia powszechnego procederu lukratywnych posad dla swoich w państwowych spółkach, fundowanych przecież przez obywateli.

To idzie młodość !?

Jerzy Sawka w tekście „Idzie młoda zmiana” („GW”, 9.06.2020), pisze o nowym pokoleniu w polityce i kończy swoje wywody: „Tę zmianę pokoleniową w najoczywistszy sposób reprezentują kandydaci na prezydenta: Rafał Trzaskowski, Szymon Hołownia, Robert Biedroń, Władysław Kosiniak-Kamysz, Krzysztof Bosak…Po wyborach wszystkie partie czeka rekonstrukcja. Taki jest wymóg nowych czasów i taka będzie wola nowych liderów. Idzie zmiana. I to jest jak najbardziej OK.”

Z młodością zawsze był pewien kłopot, o czym świadczą zwoje papirusu ze starożytnego Egiptu, na których wyrażano krytyczną opinię o młodych i niepokój o przyszłość. Młodzi, co każdy rozumie, młodym nie równi o czym nie wie jednak Sawka wymieniając tylko liderów opozycyjnych partii, a nie wspominając o Zjednoczonej Prawicy. A tam młodych wilków w nadmiarze nie mówiąc już o Andrzeju Dudzie, który ma tyle samo lat co Rafał Trzaskowski. Przywilej młodości niewątpliwie liczy się w polityce, ale nie on zadecyduje jaka będzie Polska przez najbliższe pięć, a może i więcej, lat.

Nie jest prawdą

często zarzucaną kandydatom, że wypowiadają się jak premierzy, a nie prezydenci, którzy z racji prawnych swojego urzędu o wiele mniej mogą dokonywać zmian. Na przykładzie Andrzeja Dudy ta opinia jest zasadna, ale przy pozostałych mylna, bowiem najważniejszą sprawczą silą nowego prezydenta będzie zatrzymanie walca nieprawości PiS-owskich sejmowych głosowań, a to przy vecie z pałacu jest możliwe. Nadto pozostałe prerogatywy pozwalają na ustawodawcze inicjatywy, publiczne wypowiedzi, tworzenie i popieranie określonych grup społecznego nacisku i szereg innych poczynań budujących nowe fakty na politycznej scenie. Ale z przebiegu prezydenckich kampanii tego się nie dowiemy, bo wygłoszone liczne słowa potwierdzone zostaną, albo też nie, dopiero czynami.

Nowy prezydent Rzeczpospolitej

poprzez swoją aktywną postawę musi ponownie zdefiniować i czynem potwierdzać co znaczą takie podstawowe pojęcia jak prawda, wolność, demokracja, równość, tolerancja, sprawiedliwość, solidarność, szacunek, suwerenność. I z taką nadzieją pójdziemy do lokali wyborczych 12 lipca.

Po pierwszej turze – próba diagnozy

Wyniki pierwszej tury wyborów prezydenckich nie są zaskoczeniem. Zgodnie z wieloma ostatnimi sondażami do drugiej, rozstrzygającej tury, przeszli Andrzej Duda i Rafał Trzaskowski, a o jej wyniku zdecydują przepływy wyborców, którzy oddali głosy na pozostałych kandydatów. Sondaże sugerują, że w tej grupie na większe poparcie może liczyć Trzaskowski, ale różnice nie są na tyle wielkie, by już w tej chwili można było „otwierać szampana”. Każdy głos będzie się liczył.

Potwierdziło się to, co od piętnastu lat obserwujemy w polskim życiu politycznym: dominującą rolę podziału miedzy autorytarną prawicą, której rdzeniem jest Prawo i Sprawiedliwość, i ugrupowaniem liberalno-demokratycznym skupionym obecnie w Koalicji Obywatelskiej. Próba przełamania tego podziału podjęta przez Szymona Hołownię trafiła do sporej części wyborców, ale w sumie skończyła się niepowodzeniem. Ciekawym zaskoczeniem jest dość dobry wynik kandydata Konfederacji Krzysztofa Bosaka (ponad 7 proc.) i jego dystansowanie się od udzielenia poparcia urzędującemu prezydentowi – mimo, że zarówno sam Andrzej Duda, jak i inni politycy PiS swymi deklaracjami ( na przykład w sprawie LGBT, czy ustawy antyaborcyjnej) starali się pozyskać wyborców Konfederacji.

Wynik drugiej tury zależy od mobilizacji wszystkich sil demokratycznych, w tym lewicy. Jednoznaczne wypowiedzi Aleksandra Kwaśniewskiego a także komentarze redakcyjne „Trybuny” zachęcają wyborców lewicowych do poparcia Rafała Trzaskowskiego. Jak pisałem poprzednio ( w „Trybunie” z 22-23 czerwca), jestem tego samego zdania, gdyż rozumiem, jakim nieszczęściem dla Polski byłoby umocnienie autorytarnej władzy prawicy na kolejne lata.

W tym kontekście jednak trzeba poważnie zastanowić się nad wymową wyniku wyborczego kandydata lewicy Roberta Biedronia: niespełna trzy procent głosów i dalekie piąte miejsce. Wynik ten jest druzgoczącą klęską i nie wolno faktu tego lekceważyć, jeśli nie chce się, by stał się on początkiem końca procesu, w którym nowa, zjednoczona lewica zdołała nie tylko powrócić do Sejmu i Senatu, ale także uzyskać miejsce trzeciej siły parlamentarnej. Miarą tej klęski jest to, że mniej więcej trzech na czterech wyborców, którzy rok temu głosowali na lewicę, tym razem nie poparło jej oficjalnego kandydata. Gdzie podziało się poparcie uzyskane przez lewicę w październikowych wyborach sejmowych, gdy nasza lista zdobyła 12.56 proc głosów?

Bardzo zły wynik kandydata lewicy jest dla niej groźnym sygnałem, ale nie musi być zwiastunem jej upadku. Politycy lewicy mają obowiązek poważnie zastanowić się, jak to się stało i co należy zrobić, by za tą przegraną nie poszły następne.

Czy uzyskany wynik był konsekwencją błędu polegającego na złym doborze kandydata? Tak się stało pięć lat temu, gdy dziwaczna kandydatka SLD Magdalena Ogórek zdobyła zaledwie 2.38 proc. głosów, kompromitując nie tyle siebie, co polityków, którzy na nią postawili. To jednak nie jest ten wypadek. Robert Biedroń jest utalentowanym politykiem o wyraziście lewicowych poglądach i sporym doświadczeniu politycznym, zdobytym w Sejmie, w czasie sprawowania urzędu prezydenta Słupska a obecnie w Parlamencie Europejskim. Wydawało się początkowo, że uda mu się powtórzyć wynik uzyskany dziesięć lat temu przez Grzegorza Napieralskiego – trzecie miejsce i 13.68 proc. głosów, a więc wynik, który wtedy uważaliśmy za dowód powrotu lewicy do pierwszej ligi polskiej polityki. W tym roku to nie osoba kandydata lewicy spowodowała tak zły wynik, lecz błędna strategia wyborcza, za którą odpowiedzialność ponosi nie tylko on sam.

Fundamentalnym błędem tej strategii było założenie, że po przeciwnej stronie mamy do czynienia z dwoma jednakowo nam dalekimi przedstawicielami prawicy i że, jak to w swym liście do wyborców napisał Robert Biedroń, „jest tu bez znaczenia, czy wygra Andrzej Duda, Rafał Trzaskowski, czy jakikolwiek inny prawicowy kandydat”. Było to stanowisko wyraźnie polemiczne w stosunku do tego, które wcześniej zadeklarował Aleksander Kwaśniewski – największy autorytet polityczny lewicy i jedyny polski polityk, który reelekcję zdobył już w pierwszej turze. Były prezydent zadeklarował głosowanie w pierwszej turze na Biedronia a w drugiej na tego kandydata, który stanie w szranki z Andrzejem Dudą. Jest to stanowisko logiczne i trafiające do przekonania wielu lewicowym wyborcom.

Co jednak wielu ludzi lewicy powstrzymało przed oddaniem głosu na Roberta Biedronia? Moim zdaniem, była to obawa, że polityk ten – zgodnie ze swoją deklaracją – uzna obu głównych kontrkandydatów za „jednakowo złych”, odmówi poparcia Trzaskowskiemu i tym samym przyczyni się do zwycięstwa Dudy. Nawet jeśli uznać te obawy za przesadne, trzeba przyznać, że spowodował je sam kandydat lewicy uporczywie odmawiając deklaracji w sprawie głosowania w drugiej turze, w czym zresztą wspierali go niektórzy inni politycy lewicy.

Zrobił tak dlatego, że dał się przekonać „symetrystom”, dla których nie ma istotnej różnicy między Prawem i Sprawiedliwością a Platformą Obywatelską. „Symetryści” żyją w świecie sprzed piętnastu lat, gdy przeciw słabnącemu SLD stały współpracujące ze sobą te dwa ugrupowania i kiedy wielu politykom prawicy marzyły się rządy PO-PISu. Jak wiadomo, do tego nie doszło i zamiast takich rządów mamy piętnastoletni, bardzo głęboki konflikt w łonie dawnej opozycji solidarnościowej.

Zrozumienie natury tego konfliktu wymaga sięgnięcia do znanego socjologom polityki pojęcia „strukturalnego podziału”, jak zwykliśmy tłumaczyć angielski termin „cleavage”. Podział strukturalny to nie jest zwykłe zróżnicowanie polityczne, typowe dla wszystkich systemów demokratycznych. Jest to głęboki i względnie trwały rozłam powodujący polaryzację polityczną, która wyklucza współrządzenie przeciwstawnych sił. Korzenie strukturalnych podziałów tkwią z reguły w fundamentalnych przeciwieństwach o historycznym charakterze, jak w przypadku sprawy Dreyfusa, która Francję podzieliła na obóz świecki i demokratyczny z jednej, a klerykalny i nacjonalistyczny z drugiej strony. W Polsce po 1989 roku przez kilkanaście lat dominujący był „podział postkomunistyczny”, jak go nazwała w bardzo wartościowym studium z 2004 roku Mirosława Grabowska. Podstawą tego podziału były wciąż jeszcze silna pamięć konfliktu między władzami i solidarnościową opozycją w latach osiemdziesiątych oraz silna pozycja SLD – partii, która nie odcinając się od swych historycznych korzeni potrafiła wygrywać wybory, w tym dwukrotnie prezydenckie. Aż do 2006 roku, wszystkie rządy (poza gabinetem Tadeusza Mazowieckiego) były oparte albo na koalicji partii wyrosłych z dawnej opozycji demokratycznej, albo na koalicji SLD i PSL – dwóch ugrupowań mających swe korzenie w partiach współrządzących w Polsce Ludowej. Ten podział należy już do historii i uporczywe trzymanie się takiej wizji polityki musi prowadzić do przegranej.

Kres „podziału postkomunistycznego” położyła druzgocząca przegrana SLD w wyborach 2005 roku, po której lewica już nigdy nie wróciła do tego, czym była w latach 1993-2005. Wielokrotnie analizowałem przyczyny tej klęski, więc nie wracam do tego tematu. Interesują mnie obecnie bardziej konsekwencje.

Kres „podziału postkomunistycznego” i marginalizacja lewicy wyzwoliła podziały w obozie dawnej opozycji. Podziały te tliły się od dawna i dały o sobie znać już w 1992 roku, gdy upadał rząd Jana Olszewskiego, ale zostały zepchnięte na margines w obliczu kolejnych zwycięstw lewicy. Teraz, gdy zabrakło wspólnego wroga, obóz post-solidarnościowy ponownie podzielił się na dwie, namiętnie się zwalczające, formacje. Politycy PiS wylansowali wówczas terminy „Polska solidarna” – „Polska liberalna”, które miały zaciemnić istotę nowego podziału. Jego istotą bowiem jest nie spór wokół polityki socjalnej, lecz bardziej zasadniczy i głębiej sięgający spór o demokratyczny charakter państwa.

Nazywam ten spór „podziałem autorytarnym”, gdy jego istotą jest sam charakter państwa: albo demokracja liberalna i rządy prawa, albo nowy autorytaryzm, w którym cała władza polityczna a także wymiar sprawiedliwości, media publiczne i administracja znajdą się w ręku jednego ośrodka politycznego, podporządkowanego woli jednego człowieka lub woli wąskiej oligarchii. Taki model rządzenia ukształtował się w Rosji i Białorusi, w Turcji i na Węgrzech, w Polsce zaś od 2015 roku trwa proces stopniowego upodobniania systemu politycznego do tych wzorów. Jarosław Kaczyński zapowiadał, że będzie w Polsce Budapeszt. Zrobił wiele, by tę zapowiedź zrealizować, ale jeszcze wiele pozostało mu do zrobienia. Dlatego tak ważne jest dla niego i jego partii wygranie tegorocznych wyborów.

I dlatego właśnie te wybory są dla nas – ludzi polskiej lewicy – tak ważne. Jesteśmy częścią szeroko pojętego obozu polskiej demokracji, w którym są różnice programowe, ale który w sprawach fundamentalnych jest zgodny. Obóz ten opowiada się za odbudową demokratycznego sposobu sprawowania władzy i za odpolitycznieniem wymiaru sprawiedliwości. Opowiada się za umocnieniem Unii Europejskiej i przywróceniem Polsce godnego jej miejsca w Unii. Przeciwstawia się dyskryminacji z jakichkolwiek powodów, w tym z racji narodowości czy orientacji seksualnej. Opowiada się za życzliwym rozdziałem kościoła i państwa. Deklaruje wolę prowadzenia odpowiedzialnej i społecznie wrażliwej polityki ekonomicznej, wyciągając w tej dziedzinie wnioski z popełnianych dawniej błędów. W drugiej turze wyborów prezydenckich wartości te reprezentuje Rafał Trzaskowski i dlatego powinien otrzymać nasze głosy. Nie jako „mniejsze zło”, lecz jako ten polityk, którego podstawowe wartości i deklarowane cele polityczne są nam, ludziom lewicy, bliskie.

Taka postawa lewicy jest warunkiem tego, byśmy szli też razem w walce, która zaostrzy się po drugiej turze wyborów. Jeśli wygra Rafał Trzaskowski, cały obóz demokratyczny będzie musiał dołożyć starań, by umożliwić jak najszybszy powrót do rządów prawa i przywrócenie Polsce godnego miejsca w Unii Europejskiej. Gdyby zaś przegrał, czeka nas przyspieszenie procesu budowy systemu autorytarnego, czemu siły demokratyczne skutecznie mogą się przeciwstawić tylko wtedy, gdy będą działały razem – ponad skądinąd istotnymi – różnicami programowymi.

Jak kompromitujący jest wynik Biedronia?

Biedroń niewątpliwie miał potencjał, ale poległ z kretesem.

Niecałe 2,5 proc. głosów dla kandydata CAŁEJ lewicy mówi z jednej strony o tym, że kandydatura Roberta Biedronia nie była tak uniwersalnie lewicowa, jak tego oczekiwano, a z drugiej – każe się zastanowić nad kondycją polskiej lewicy. Być może po raz kolejny zgubiła ją wiara w siłę nazwiska, które wystawia? A może znów straciła czujność po tym, jak w październikowych wyborach udało się jej wprowadzić do Sejmu 49 posłów i posłanek? To miał być początek odbudowy jej siły politycznej, a nie powód do tego, by spocząć na laurach.

Robert Biedroń w trakcie kampanii sprawiał wrażenie niezbyt zdeterminowanego, choć jak zwykle był uroczy, zachowywał i wypowiadał się poprawnie, uśmiechał się szeroko i chętnie pozował do selfie ze swymi fanami i fankami.

Po poznaniu wstępnych, szokująco niskich wyników, nieco zawstydzony nieporadnie wyrzucał z siebie nieznaczące frazesy o tym, że czasem się wygrywa a czasem przegrywa, a lewica ma piękne wartości o które warto się bić.

Tylko kto ma się o nie bić? Bo wynik Biedronia wskazuje jasno, że nie udało mu się porwać wyborców i wyborczyń nawet do postawienia krzyżyka przy jego nazwisku. O jakiej walce ideologicznej może więc tu być mowa?
Absolutnym zwycięzcą tej kampanii pozostaje z pewnością Szymon Hołownia, który – jak się wydaje – podebrał sporą część wyborców Biedroniowi. Jest w podobnym wieku, część postulatów prozwierzęcych i proklimatycznych miał bardzo zbliżoną do programu kandydata lewicy, ale nie wzbudzał takich kontrowersji. Deklarował, że utrzyma tzw. kompromis aborcyjny, chciał rozdziału państwa od Kościoła, mówił o reformie ochrony zdrowia i wsparciu dla osób starszych oraz z niepełnosprawnościami.
Być może w kraju, w którym uniwersalnym „wrogiem publicznym”, którym straszy prawica jest wciąż gender oraz „lobby” LGBT, orientacja seksualna kandydata na prezydenta ma jednak większe znaczenie, niż się spodziewano.

Dla Lewicy wynik Hołowni powinien stanowić ostateczny wake up call – bo oto „katol” zaproponował dość lewicowe postulaty i przekonał Waszych wyborców i wyborczynie skuteczniej, niż Wy.

Być może formalne zjednoczenie polskiej lewicy nie rozwiązuje problemu?
Być może nadal Lewica nie słucha społeczeństwa wystarczająco uważnie.
Wydaje się, że można zaryzykować twierdzenie, że sukces Hołowni polega na tym, że jest dość wyraźnym, przekrojowym odbiciem polskiego społeczeństwa – wciąż silnie katolickiego, ale coraz bardziej otwartego na dialog (i co najważniejsze – na słuchanie drugiej strony) i coraz bardziej świadomego klimatycznie, ekologicznie oraz prawno-zwierzęco.

Po boju przedostatnim

Pierwsza tura wyborów prezydenckich zakończyła się zgodnie z oczekiwaniami i wynikami przedwyborczych sondaży. Szewc Fabisiak zwrócił jednak uwagę na to, że najlepsze wyniki osiągnęli ci, którzy zaprezentowali najgorsze spoty wyborcze, natomiast kandydat mający najlepszy spot zajął ostatnie miejsce wśród czołowej piątki.

Andrzej Duda skoncentrował się na atakowaniu swoich konkurentów. Przypominając po raz kolejny wiekopomne transfery socjalne usiłował przekonywać, że w przypadku zwycięstwa jego konkurenta – w domyśle Rafała Trzaskowskiego – zostaną one odebrane. Rzecz jednak w tym, że ani Trzaskowski ani żaden inny kandydat nic podobnego nie deklarował. Przyjmując nawet, że była to ściema wyborcza, to trzeba by jednak wziąć po uwagę to, że ewentualny przyszły prezydent nie będzie na tyle bezmyślnym samobójcą aby coś takiego proponować. Pogrążyłoby to bowiem politycznie jego samego oraz formację z którą jest utożsamiany. A gdyby nawet, to wszelkie tego typu pomysły natychmiast uwaliłby Sejm nad którym to nie prezydent a jeden z prezesów dzierży władzę. Swój image grzmiącego i robiącego groźne miny przywódcy prezydent starał się zrównoważyć ckliwymi obrazkami obcowania z dziećmi, co szewc Fabisiak uważa za raczej żałosną próbę złagodzenia owego wizerunku. Coś na kształt dwa w jednym jak w znanej ongiś reklamie.

Z kolei Rafał Trzaskowski w swoim spocie mówił głównie o sobie. W sferze domysłów pozostaje to czy wynikało to z jego megalomanii, choć po tym względem daleko mu do Dudy, czy też z chęci zaprezentowania siebie jak zwykłego człowieka – takiego jak większość wyborców. Przy całej sympatii dla zwierząt szewc Fabisiak powątpiewa w to czy wyborców jakoś szczególnie interesuje ile psów i papug zamieszka w Pałacu Prezydenckim.
Również Szymonowi Hołowni przydarzyło się coś, co w założeniu miało świadczyć o jego koncyliacyjnym charakterze co jednak szewc Fabisiak odczytał całkiem odwrotnie. Hołownia swoim spocie perorował, iż łączy w sobie lewicowość i prawicowość oraz konserwatyzm i liberalizm. Zapewne miało to być oznaką jego otwartości i wzniesieniu się ponad politycznymi podziałami. Tymczasem szewc Fabisiak zwraca uwagę na to, że jeśli połączy się dwa przeciwieństwa w jedno czyli, ujmując to matematycznie, doda plus do minusa to wychodzi z tego zero.

Zdaniem szewca Fabisiak, niezbyt przekonywującą wypadł również Krzysztof Bosak. Mówił o nowoczesnym patriotyzmie nie precyzując czym ma się różnić od patriotyzmu tradycyjnego, któremu jego Konfederacja zdaje się hołdować. Z kolei jako przykład zdrowego stylu życia zaprezentował gibanie się na żaglówce. Znakomita oferta dla większości wyborców zwłaszcza w tzw. wieku senioralnym.

Natomiast najlepszy spot wyborczy zaprezentował Robert Biedroń wypunktowując kilka konkretnych kwestii, które powinny zainteresować wyborców. A jednak nie zainteresowały. Podobnie jak postulat przeznaczenia 7, 2 proc. PKB na służbę zdrowia czy też propozycja rozwoju na szeroką skalę budownictwa mieszkaniowego.

Wnioski z powyższych obserwacji szewc Fabisiak wyciąga dwojakie. Albo wyborcy nie oglądają telewizyjnych audycji wyborczych – przy czym niska oglądalności jakoś nie idzie tu w parze z dużym zainteresowaniem wyborami czego przejawem jest nadzwyczaj wysoka jak na polskie warunki frekwencja – albo też wiedzą swoje i już zawczasu zadecydowali na kogo będą głosować, co z kolei potwierdza duża zgodność wyników pierwszej tury z przedwyborczymi sondażami. Dużo do myślenia mogą dać ponadto wahania preferencji wyborczych. Przejawem tego jest raptowny spadek poparcia dla Kosiniaka-Kamysza i Biedronia, choć obaj mieli dość konkretne programy oraz reprezentowali ugrupowania mające, zdawałoby się, ugruntowany elektorat. Szewc Fabisiak domniemywa, iż spora część głosujących dała się wmanipulować w zero jedynkowy układ PoPisowski traktując pierwszą turę jako decydującą mimo tego, że nie było ku temu racjonalnych przesłanek. W drugiej układ będzie znacznie czytelniejszy, co dla wyborców oznacza też znacznie łatwiejszą myślówę niż w pierwszorundowym boju przedostatnim. Natomiast dla obydwu konkurentów będzie to bój ich ostatni. Zwłaszcza dla Andrzeja Dudy, gdyby w tym boju poległ.

Zatrzymać faszyzm

Teraz już naprawdę nie musicie straszyć, że polska prawica wyhoduje faszyzm i nacjonalizm. On już został wyhodowany.

Dzieci przez całe lata uczono, że komunizm i państwo oraz podatki to kradzież, a święty jest tylko rynek; ludźmi i twórcami wszelkiego dobra są tylko przedsiębiorcy i każdy musi marzyć by nim zostać, bo reszta to przegrywy czyli bezrobotne roszczeniowce.. Do tego, tłumaczono, Polska być może tylko katolicka. W pakiecie dochodzi jeszcze JP2, wyklęcizm, a jak jest źle, to cała wina na pewno jest po stronie komuny. Mimo to, obywatelu, świętuj jej upadek bo wolność = kapitalizm…

Po 15 latach macie owoce!

A że jest źle i biednie i nie każdy został właścicielem firmy i ma swój dworek z kolumnami to kto może być temu winny? Jak to? No komuna i wrogowie Tradycji! Więc trzeba walczyć o więcej kapitalizmu w kapitalizmie i niszczyć państwo!… Ups, czyżby wyszło mi właśnie pełne streszczenie programu Konfederacji i Bosaka?

Wiem, że tak jest, bo to moje pokolenie i jak ktoś nie miał lewicowych tradycji obok siebie, to szedł na prawo, bo tak podpowiadał, a czasem wręcz rozkazywał system, w który wpakowano miliardy złotych i tysiące etatów. I oto macie, demokraci, oto cała wielka tajemnica Konfederacji i Bosaka. Made by PO, PiS, TVN, TOK FM, IPN, Wyborcza.

Dziś za późno już, by piętnować brunatne poglądy. One już przestały dziwić, oburzać czy wywoływać zdziwienie. Straszenie Bosakiem i Konfederacją już też powoli nie ma sensu, bo nie ma odbiorców. Prawie co dziesiąty aktywny wyborca ją popiera,

PiS jest bardzo bliskie tym poglądom,

a PO w dużej części pozostaje zafascynowana tą ideologią, bo skrycie marzy by być tak samo wolnorynkowa, jak Korwin-Mikke grożący maczetą socjalistom. Poziom faszyzacji i prawicowości dyskursu w Polsce jest taki, że ewidentnie można zdobywać tutaj poparcie i elektorat obnosząc się ze swoją homofobią i byciem obrzydliwym ksenofobem. Ba, można nawet z dumą pokazywać wynik testu poglądów politycznych, w którym najbliższym wynikiem jest faszyzm. I zyskiwać poklask.

Z kolei przerażająco niskie poparcie dla kandydata z zaszczuwanej pod publiczkę mniejszości świadczy bardzo źle także o samym elektoracie. Polska to nie jest jakaś Syria opanowana przez islamistów, żeby usprawiedliwiać głos na Dudę/Bosaka jakąś groźbą szybkiej śmierci, to na mapach naszej planety naprawdę kraj względnie zamożny i bezpieczny.

Odpowiedź na to wszystko może być tylko jedna: zwarcie naszych lewicowych szyków. A poparcie dla Rafała Trzaskowskiego w II turze… Jeśli w ogóle to tylko w zamian za BARDZO konkretne i DUŻE obietnice.

Nie wszystko stracone

Zanim napiszesz na Fejsbuniu, że wszystko przepadło, a Lewica powinna się samorozwiązać, bo oto faszyści już prawie doszli do władzy, pomyśl, lewicowy wyborco – nie jesteś jedynym wkurzonym i rozczarowanym. Sytuacja, która właśnie się wydarzyła nie powinna być dla ciebie zaskoczeniem, a co więcej – nie jest też niczym szczególnie strasznym.

Wynik Roberta Biedronia jest oczywiście beznadziejny. Kampania, początkowo rachityczna, na końcowym etapie zrobiła się całkiem niezła. Ale nawet gdyby Biedroń był tym fajnopolackim Biedroniem sprzed półtora roku, nową nadzieją, a nie politykiem przede wszystkim zmęczonym i z nadszarpniętą reputacją, nawet gdyby jego kampania, pod dowództwem Dziemianowicz-Bąk, przy stałym wsparciu Zandberga przepełniona byłaby prospołecznymi akcentami, przybijaniem piąteczek z górnikami i przemowami w stylu Luthera Kinga, Biedroń i tak by te wybory przerżnął z kretesem.

28 czerwca porażki, mniej lub bardziej dotkliwe, ponieśli wszyscy kandydaci poza dwójką reprezentantów hegemonicznych partii. Czy ktoś jeszcze pamięta, że jeszcze kilka miesięcy temu Władysław Kosiniak-Kamysz, nazwany przez żonę „tygrysem” szykował się do skoku na drugą turę, gdzie, jak wskazywały sondaże, miał rozszarpać Andrzeja Dudę? Wyborcy PSL widzieli w nim lidera, pierwszego od czasów Pawlaka polityka ludowców, który będzie sprawował najwyższe urzędy w państwie. I co zrobili wyborcy PSL? Uznali, że ważniejsze od rozwoju ich partii jest dodanie otuchy facetowi z dużego miasta, który w sondażach był numerem dwa, najsilniejszym nie-Dudą. Mimo oczywistej klęski, nie sądzę by ktokolwiek z PSL domagał się dymisji Kosiniaka-Kamysza, ani histerycznie wzywał do drastycznych zmian. Oni po prostu wiedzieli, że ich kandydat nie miał szans.

Katolicki showman Hołownia, który po kompromitacji Kidawy-Błońskiej ostrzył sobie zęby na drugą turę, również już kilka tygodni temu dał sobie spokój z walką, wiedząc, ze miejsce na podium i dwucyfrowy wynik ma w kieszeni. Dziś mówi, że to dopiero początek jego historii. Nie panikuje też Bosak, który mimo milionów wpompowanych w budowanie wizerunku i sprawnie przeprowadzonej kampanii opartej na nienawiści i teoriach spiskowych, zdołał jedynie powtórzyć wynik Konfederacji z wyborów parlamentarnych. Ale pewnie i on liczył się z takim rozstrzygnięciem.

Błędem jest postrzeganie pierwszej tury wyborów prezydenckich jako plebiscytu sympatii dla formacji politycznych. Tu zadziałały zupełnie inne emocje, niestety – po raz kolejny te same, Głównym determinantem postaw przy urnach był wybór pomiędzy poparciem dla faworyta obozu władzy a jego głównym konkurentem. Trzaskowski wszedł do gry w idealnym momencie – kiedy społeczeństwo dochodziło do siebie po pandemii. Wykorzystał to dobrze – nie zdążył znudzić sobą elektoratu, zbłaźnić się jak Kidawa, wyborcy KO nie musieli się go wstydzić. Rafałowi Trzaskowskiemu jako jedynemu ze kandydatów udało nie tylko skonsolidować elektorat swojej partii (zrobił to też Duda) ale również przekonać do siebie wyborców innych opozycyjnych ugrupowań.

Robert Biedroń wyglądał na wieczorze wyborczym na zdruzgotanego. Niby się jak zwykle uśmiechał, ale miał łzy w oczach. No cóż, emocje rzecz ludzka, ale czy naprawdę spodziewał się innego rezultatu? Czy na więcej liczył jego sztab? Czy wystawienie Biedronia nie było przypadkiem zagraniem na alibi – rzuciliśmy do boju najbardziej rozpoznawalnego, cóż mogliśmy zrobić więcej? Dlaczego tak długo szukano kandydata? Może nikt nie chciał być tym, który poniesie spodziewaną klęskę? Wreszcie – lewicy wyraźnie brakowało kasy na rozniecenie wyborczego ognia. Brakowało nawet bilboardów.

Za szkodliwe i głupie uważam wygłaszanie apokaliptycznych sądów o śmierci lewicy w Polsce. Socjaldemokraci są w Sejmie, przynajmniej kilkoro posłów błyszczy na tle ponurego politycznego bagna. I nic nie wskazuje na to, by miało nastąpić załamanie jej notowań. Skąd więc ta erupcja autoagresji? Wyborcy lewicy, a tym bardziej jej zaangażowani sympatycy to bardzo specyficzna grupa. Tacy już są – idealistycznie uroczy, żyjący marzeniami najbardziej odległymi, ale też najbardziej krytyczni wobec swoich reprezentantów. Ich kandydat miał najlepszy program i merytoryczną kampanię. To jednak nie była potyczka, w której można było skutecznie powalczyć o realizację tych naszych marzeń. Na to jeszcze będziemy musieli poczekać. Mam pewność co do jednego – nie przybliży ich samobiczowanie.

„Wiodąca siła Narodu”

– Wyraźnie daje się wyczuć kryzys PiS-u jako „wiodącej siły Narodu”. Natomiast musimy poczekać ze stwierdzeniem, że sytuacja zmieniła się radykalnie. Podstawowy fakt jest taki, że PiS dalej ma 235 głosów – tyle, ile miał – mówi dr Jacek Kucharczyk, prezes Instytutu Spraw Publicznych w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

JUSTYNA KOĆ: Mimo że PiS wybory do Sejmu wygrał, to sytuacja tej partii w tym rozdaniu zmieniła się radykalnie?

JACEK KUCHARCZYK: Wyraźnie daje się wyczuć kryzys PiS-u jako „wiodącej siły Narodu”. Natomiast musimy poczekać ze stwierdzeniem, że sytuacja zmieniła się radykalnie. Jestem sceptyczny co do tego stwierdzenia, bo wcześniejsze kryzysy, które sam uważałem za potencjalne game changery, jak dwie wieże czy sprawa „pancernego Mariana”, nie zmieniały sytuacji.
Podstawowy fakt jest taki, że PiS dalej ma 235 głosów – tyle, ile miał. Jak widzieliśmy przez ostatnie 4 lata, to pozwoliło im, wbrew silnym protestom społecznym, podporządkować sobie TK, prokuraturę, w dużej mierze przeprowadzić zmiany upolityczniające wymiar sądowniczy i zmienić media publiczne w propagandową tubę.
Z drugiej strony napięcia w PiS są widoczne gołym okiem – słaby wynik w senacie i brak większości sejmowej pozwalającej na zmianę konstytucji, na co był apetyt. Brak też większości pozwalającej na odrzucenie prezydenckiego weta, co jest ważne w świetle nadchodzących wyborów. Ważne są liczby – prawie 9 mln dla demokratycznej opozycji i 8 mln dla PiS
W samym PiS-ie czy raczej Zjednoczonej Prawicy też mamy napięcia wewnętrzne. To de facto koalicja 3 partii, z których dwie mniejsze odniosły względny sukces i mogą sprawić Kaczyńskiemu wiele kłopotów.

Obaj koalicjanci – Gowin i Ziobro – widząc swoją silniejszą pozycję licytują wyżej. A bez tych partii PiS traci większość. To zachwieje monolitem na prawicy?

PiS traci większość bez tych partii i to jest niewątpliwie kłopot dla Kaczyńskiego, bo wobec nowego układu sił będą żądać dla siebie coraz więcej. Ziobro już teraz ma silną pozycję, bo kontrolując prokuraturę, już ma w ręku losy śledztwa w sprawie dwóch wież, czyli w zasadzie ma też mocne argumenty w stosunku do samego prezesa. Gowin z kolei może kwestionować PiS-owską politykę socjalną, a jak wiemy, sukces PiS-u w dużej mierze oparty jest właśnie na transferach socjalnych, na które teraz potrzeba pieniędzy, na przykład od przedsiębiorców, których Gowin chce bronić przed wzrostem danin.
Trzeba zauważyć jednak, że z drugiej strony to hipotetyczne wyjście Gowina nie spowoduje, że pojawi się alternatywa dla rządów PiS-u. Trudno mi sobie wyobrazić większość parlamentarną z Lewicą, PSL-em i Gowinem. Opozycja jest zbyt pluralistyczna, żeby w tej chwili stworzyć realną większość rządzącą z uciekinierami ze Zjednoczonej Prawicy. W najlepszym przypadku możemy mieć więc do czynienia z pęknięciem w obozie władzy, co być może w jakimś momencie doprowadzi do przyśpieszonych wyborów parlamentarnych.
Można też sobie wyobrazić, że po przegranych przez prawicę wyborach prezydenckich dojdzie do rozłamu.

Ziobro i Gowin to nie jedyne problemy Kaczyńskiego. Kolejnym jest Marian Banaś, który wbrew prezesowi pozostaje na stanowisku szefa NIK-u i zaczyna pracę. To duży problem dla prezesa?

To poważna prestiżowa porażka. Ja bym zaczekał jednak, aby zobaczyć, jaki będzie wpływ na opinię publiczną tego nieposłuszeństwa pancernego Mariana. Ta sytuacja może też uruchomić dalsze procesy dekompozycyjne władzy, np. konflikty służb specjalnych, o których się teraz mówi. Jednak w czasie wyborów afera Banasia PiS-owi nie zaszkodziła i być może PiS połknie tę żabę i przejdzie nad szefowaniem Banasia w NIK do porządku dziennego. To będzie oczywiście kolec, który będzie uwierał, ale niekoniecznie musi wywołać jakiś głębszy kryzys poparcia dla władzy.
PiS nieraz wychodził z poważnych kryzysów obronną ręką. Już słyszymy pana Brudzińskiego, że Banaś nie był z PiS-u, co oczywiście może wydawać się śmieszne, ale do tej pory ta strategia rozbrajania przez zaprzeczanie oczywistościom była dla tej partii skuteczna.

Czy to jednak nie podkopie pozycji Kaczyńskiego? Do tej pory zawsze jak wkraczał prezes, to wszyscy kładli po sobie uszy. Był wodzem, który w razie potrzeby doprowadzał do porządku „rozhulanych bojarów”, a tu nagle któryś z nich jawnie pokazał prezesowi gest Kozakiewicza.

Tu zgadzam się, że to może okazać się wizerunkowym problemem nie tylko PiS-u, ale i samego Kaczyńskiego. Do tej pory ta „skuteczność” prezesa była istotnym motywem poparcia dla partii władzy. Teraz gdy prezes domaga się bezskutecznie dymisji od osoby, którą on sam na to stanowisko w państwie wstawił, jego autorytet zostanie nadwyrężony, co może zachęcić innych graczy w ramach obozu rządzącego do silniejszego stawiania się prezesowi. Jak wspomnieliśmy, takich graczy, którzy mogą próbować się usamodzielnić, jest co najmniej kilku. To Ziobro, Gowin, ale i być może Morawiecki czy Macierewicz, którego wynik wyborczy też wzmocnił i który niekoniecznie w każdej kwestii będzie szedł na sznurku prezesa.

Opozycja też ma swoje kłopoty. W PO toczy się debata nad przywództwem Schetyny, w Senacie z kolei widać już tarcia co do wyboru marszałka. Czy opozycja nie zmarnuje tego zwycięstwa?

Niewątpliwie jest problem na opozycji. Wynik KO jest rozczarowujący, nawet w świetle celów, które stawiał sobie sam Grzegorz Schetyna, czyli zdobycia co najmniej 30 procent głosów. Koalicja dostała mniej mandatów, niż w bardzo trudnym roku 2015, a to znaczący sygnał. Gdy patrzy się na nowych pozyskanych wyborców, to z całej opozycyjnej trójcy KO wypadła najsłabiej, czyli najmniej wykorzystała wysoką frekwencje wyborczą. To poważny problem, bo jednocześnie KO czy PO pozostaje największą siłą opozycyjną i na niej spoczywa de facto odpowiedzialność nie tylko za własny los, ale także – nie waham się powiedzieć – polskiej demokracji. Słaba KO to przedłużenie rządów PiS przez braku realnej alternatywy. Jest pytanie o wizerunek, o dalsze przywództwo i o jasny klarowny program. Sporo już powiedziano o słabości programu KO, o zmienianiu haseł w trakcie kampanii oraz o tym, że bardzo dobry ruch z nominowaniem Kidawy-Błońskiej przyszedł zbyt późno i nie był konsekwentnie realizowany. Wiele osób miało problem ze zrozumieniem, jaka faktyczna zmiana idzie za tą nową twarzą.
Ja nie widzę alternatywy dla koalicji jako wiodącej siły opozycyjnej, ale jednocześnie jako na największym ugrupowaniu spoczywa na niej największa odpowiedzialność za losy demokratycznej opozycji.

Czy opozycja dogada się w sprawie wyboru marszałka?

Sytuacja, kiedy są inne od KO, niezależne podmioty w opozycji wymaga zupełnie innego podejścia, opartego na dialogu. Senat to wyzwanie. Dla mnie Bogdan Borusewicz jest oczywistym kandydatem ze względu na staż w Senacie i jego przeszłość polityczną, ale to nie jest oczywiste dla innych sił politycznych na opozycji i o tym trzeba z nimi rozmawiać. Nie wolno postawić wszystkich senatorów i sił politycznych przed ultimatum. Tu potrzebny jest kompromis.
Martwi mnie też to, że KO wciąż nie jest w stanie znaleźć swojego języka w kwestii wartości w polityce. PiS zrobił z kwestii wartości młot na opozycję, mam na myśli retorykę obrony rodziny, polskości i Kościoła. Co ważne, badania pokazują, że społeczeństwo robi się coraz bardziej otwarte w tych sprawach, czyli ewoluuje w kierunku dokładnie odwrotnym, niż PiS chce nas popychać.
Z badań, które robiliśmy w Instytucie w ramach międzynarodowego projektu Voices on Values wynika, że w Polsce (podobnie jak w innych krajach) jest duża grupa osób, którym bliskie są zarówno wartości społeczeństwa otwartego, jak i zamkniętego. Oni po części podzielają wartości, które promuje pis, a po części wartości liberalne. Ta grupa jest do wzięcia, tylko trzeba mówić do nich jasno o tych wartościach, a nie uciekać od dyskusji.
Nie wolno mówić, że edukacja seksualna, prawa mniejszości seksualnych czy aborcja to tematy zastępcze. Trzeba o tym wprost mówić do swoich i potencjalnych wyborców. Same elektoraty KO i Lewicy są pod względem wartości społecznych do siebie zbliżone i różnią się od wyborców PiS.
Moim zdaniem, większość wyborców KO jest o wiele bardziej liberalna, niż byśmy mogli przypuścić ze stwierdzeń polityków koalicji czy składu list wyborczych, na których znalazło się szereg bardzo konserwatywnych osób. Ucieczka od zajęcia jasnego stanowiska w takich kwestiach, chociażby poprzez wyjmowanie kart do głosowania przy tej absurdalnej uchwale o tym, jak to prześladuje się w Polsce Kościół katolicki, jest oddawaniem pola PiS-owi. Tutaj opozycja musi znaleźć własny język i mówić wyraźnie o wartościach, a nie rejterować czy „małpować” Kaczyńskiego, próbując pozyskać wyborców, mówiąc jego językiem. To już, moim zdaniem, jest grzech śmiertelny, bo się w ten sposób jedynie uwiarygadnia tę reakcyjną narrację PiS-u.

Fot. Instytut Spraw Publicznych