Przestrzeń publiczna i komunikacja

Czasem odnoszę wrażenie że poczucie wspólnoty jest obce polskiej tradycji narodowej.

Socjolodzy wskazują od dawna trudności w funkcjonowaniu wspólnot w Polsce wskazują, że po za rodzinami, to jeszcze tylko wspólnoty samorządowe funkcjonują jako tako. Obawiam się jednak, że nawet te opinie są nadmiernie optymistyczne.

Stan polskich rodzin podlega w opisach nadmiernej idealizacji, podobnie jak opisy polskich samorządów. Można powiedzieć, że wspólnota służy jako forma wykluczania. W dyskusjach, oskarża się oponentów o działanie na szkodę wspólnoty lub o bycie poza wspólnotą.

Mit wspólnoty

Iluzja, że istnieje wspólnota poziomie gmin, czy powiatów jest podtrzymywana przez lokalne elity – radnych, część aktywistów, lokalne elity kształtujące resztki opinii publicznej. Brak wspólnotowości ujawnia się przy niemal każdej dyskusji samorządu, inwestycji, zmianie cen usług publicznych.

Kraków, a pewnie i wszystkie miasta w których jeszcze działa komunikacja publiczna, rozpalają dyskusje o cenach biletów. Budżety miast, które były bardzo napięte już przy planowaniu wydatków na rok 2020, teraz stały się zupełną fikcją. W najgorszej sytuacji są te, które były odwiedzane przez turystów. Nie powiem, że żyły z turystyki, bo to oczywista nieprawda. Oczywiście zaraz pojawią się entuzjaści podający ile to pieniędzy miasta, np. Kraków czerpie z turystyki. No więc bezpośrednio czerpie niewiele. Bezpośrednie wpływy Krakowa z turystyki, to wpływy ze sprzedaży biletów do miejskich instytucji kultury. Ale z Wawelu czy Muzeum Narodowego to już nie.

Z podatków?

W pewnym sensie. Miasto ma udziały w podatku PiT więc jeśli pracownicy hoteli, restauracji, barów, hosteli, rozliczają się w Krakowie, to miasto ma większe wpływy. Jeśli turyści poruszają się komunikacją miejską to też dokładają się do budżetu. Jeśli parkują w płatnej strefie parkowania to też rosną wpływy do budżetu miejskiej jednostki. Jeśli śmiecą… a śmiecą bardzo, to rosną wydatki.

I tak dochodzimy do aktualnych decyzji. Zamknięcie firm i obywateli i drastyczne ograniczenie aktywności gospodarczej zmniejszyło i tak wątpliwe przychody miast i gmin. To byłby dobry moment na dyskusję o usługach publicznych, nie tylko tych realizowanych przez samorządy. Na dyskusję o solidarności społecznej nie tylko tej reprezentowanej przez jeszcze istniejący Związek Zawodowy ( czyli raczej BBWR plus) i raczej nie tej, którą proponuje eks kandydat na rezydenta.

Taka nowa solidarność powinna się rozpocząć o rozmowy o podatkach. Od progresji podatkowej. Od zmiany podejścia do podatku od nieruchomości. Na razie mamy dyskusję w której dominują, ci którzy czują się właścicielami miast. Czują się właścicielami miast, bo posiadają tam mieszkania i samochody. W związku, z tym uważają, że podatki od nieruchomości powinny być niskie, opłaty za parkowanie powinny być niskie a drogi powinny być szerokie i wyremontowane. Zapewne za pieniądze tych, którzy nie są właścicielami mieszkań i samochodów.

Najważniejsze jest właśnie prawo do parkowania, które teraz przez miasta jest ograniczane przez opłaty. W Krakowie większe oburzenie niż proponowane ceny biletów komunikacji miejskiej wydaje się budzić propozycja podniesienia ceny abonamentu za parkowanie w strefie. Strefa płatnego parkowania rozszerza się znacznie i obejmuje coraz większą część miasta. Części posiadaczy samochodów nie mieści się w głowach, że ktoś mógłby żądać od nich pieniędzy za parkowanie samochodu. Ich samochodu, na ich ulicy, przy kamienicy, w której jest ich mieszkanie. Skandal prawda ? Przecież kupując mieszkanie (apartament) kupili sobie cześć kamienicy, część ulicy, część miasta. Za jednorazową opłatą, wszystkie prawa i zero obowiązków.

Życiu bywa jednak czasem inaczej. Opłata abonamentowa za parkowanie w strefie dal mieszkańca wynosi 10 PLN. Miesięcznie to nawet nie jest napiwek dla miasta bo dziennie wynosi 33 grosze. Racjonalne wydaje się ustalenie go na poziomie ceny biletu miesięcznego na sieć komunikacji publicznej. Dziś to 69 złotych dla mieszkańca Krakowa lub 106 dla mieszkańca gmin sąsiednich. To nie tak wiele, zwłaszcza gdy się porówna z ceną biletu jednorazowego 4,60 czy dwudziestominutowego 3,40.

Wzrost kosztów ponoszonych przez miasto, między innymi na komunikacje publiczną, daje argument do podniesienia ceny biletów, przynajmniej o wskaźnik inflacji. Jednak dyskusja na cennikiem powinna być powiązana z dyskusją o innych opłatach za innych opłatach z użytkowanie przestrzeni miasta. I o prawdziwym solidaryzmie.