Racja stanu i kwestia smaku

Oczywiście wolałbym móc głosować na kandydata Lewicy, zarówno w pierwszej jak i w drugiej turze. Wolałbym także, by w pierwszej turze nie było dwóch lewicowych kandydatów. To utrudniało decyzję. Ale jest jak jest i godząc się z tym trzeba postępować rozsądnie. Dla mnie nie ma wątpliwości, nie mam wahań i nie mam innej możliwości, niż po pierwsze wziąć udział w wyborach, a po drugie oddać głos na Rafała Trzaskowskiego, sprawdzając czy na karcie wyborczej są dwie pieczęcie.

Mam nadzieję, że tak postąpi większość, zdecydowana większość tych, którzy w pierwszej turze oddali głos przeciwko kandydatowi prezesa Kaczyńskiego. Każdy głos oddany na któregokolwiek z 10 kontrkandydatów Andrzeja Dudy był przecież jednoznacznym sprzeciwem wobec jego kandydatury, był oznaką braku zaufania do niego, był wrzucany do urny z nadzieją, że nie będzie on sprawował ponownie swej funkcji.
Porównuję wyniki
Martwi mnie wynik Lewicy, martwi mnie, że obaj lewicowi kandydaci uzyskali procentowo gorszy wynik niż pewna pani pięć lat temu. Nie porównuję tych kandydatur, porównuję wyniki. Ta kampania jest, także pod wieloma innymi względami, nieporównywalna do żadnej poprzedniej. Dobre notowania Roberta Biedronia poszły w zapomnienie razem z majowym terminem. Ale majowy, wymuszany termin, nie przyniósłby znacznie lepszego wyniku dla kandydata Lewicy, nie przyniósłby też prezydentury Andrzejowi Dudzie w pierwszym terminie, bo tylko dobry prezydent zdobywa reelekcję już w pierwszej turze.
Wybory w maju nie odbyły się dzięki postawie Małgorzaty Kidawy Błońskiej. Zaprotestowała przeciwko nachalnej retoryce PiS, przeciwko naciąganiu prawa, przeciwko narażaniu zdrowia wyborców i członków komisji, przeciwko parciu do wyborów mimo zawieszonej kampanii przez wszystkich, poza urzędującym prezydentem, nadużywającym władzy, narzędzi mu przysługujących i wykorzystujący przychylne rządowe media do prowadzenia propagandy wyborczej pomimo pandemii. Media docierające do większości wyborców poza większymi aglomeracjami. Co spotkało za to Panią Małgorzatę?
Uważny obserwator sceny politycznej odnotował na pewno z niesmakiem falę nieeleganckich komentarzy, obraźliwych aluzji i porównań. Jedynie Szymon Hołownia zdobył się, w wyborczy wieczór, na przeprosiny, choć nie wymienił nazwiska, ale i tak wszyscy (mam nadzieję) wiedzieli kogo przepraszał za to iż, nie zapanował nad emocjami i wypowiedziami podczas swych wieców czy konferencji. Inni niestety nadal milczą, co źle świadczy o nich. Przypomnę tylko, że naigrywano się z Pani Marszałek, iż jej wyniki w sondażach wciąż spadają, że szoruje po dnie… tyle, że wówczas Kidawa miała nadal więcej niż ostateczny wynik Roberta Biedronia.
Kwaśniewski i Borowski
Sondaże te, warto podkreślić, czynione były w sytuacji gdy kampanii praktycznie nie było, a więc ankietowany nie wiedział czy wybory 10 maja odbędą się; był to czas przypomnijmy gdy Państwowej Komisji Wyborczej odebrano nadzór nad wyborami i przekazano go panu Sasinowi. Wobec tego jak wielu obywateli nie wiedziałem czy głosować będę, czy po raz pierwszy w życiu wybory zbojkotuję. Więc czy do takich nierzetelnych sondaży można się w ogóle odnosić? Oj, zarumieniłbym się i przeprosił.
Namawiałem, tu, na łamach Trybuny („O mądrość przed szkodą” – numer z datą 17 lutego 2020) mniej wierząc w skuteczność tych namów, a bardziej chcąc wywołać refleksję, by tuż przed pierwszą turą wyborów kandydaci opozycji zrezygnowali ze startu i zaapelowali do swych zwolenników o głosowanie na tego (wtedy jeszcze też na tę), kto będzie najbliżej szansy wejścia do drugiej tury.
O dziwo, podobny pogląd wyrazili kilka dni później Aleksander Kwaśniewski i Marek Borowski, wytrawni uczestnicy i obserwatorzy sceny politycznej. Mało wierzyłem, że taki scenariusz jest możliwy do zrealizowania, chodziło mi o rodzaj cichego zawieszenia broni pomiędzy kandydatami opozycji, o zaniechanie wzajemnego atakowania się, a skupieniu na punktowaniu Andrzeja Dudy. Dowodziłem, że nieistotne jest, które miejsce w rankingu prezydenckim zajmie dany kandydat, ważne by zwyciężył najlepszy z grona kandydatów opozycji. Nikt nie podjął tego apelu. Ani przed majowym, ani przed czerwcowym terminem. Gdyby Biedroń i Kosiniak wycofali się na rzecz Trzaskowskiego, nawet w połowie czerwca, nikt dziś nie wytykałby im niskiego wyniku, bo by go po prostu nie było. Warto ten apel, w zmienionej nieco formie, znów przypomnieć. Elektoraty Hołowni, Biedronia, Kosiniaka i Witkowskiego nie powinny mieć wątpliwości, że w drugiej turze liczy się nie tylko oddanie głosu przeciwko kandydatowi PiS, ale i frekwencja.
Przypomnę z dzieciństwa, opowieść o umierającym ojcu, który zawezwał swoich synów. Kazał im przynieść naręcze patyków i leżąc na łożu śmierci najpierw połamał kilka, każdy osobno, a potem wziąwszy do ręki tyle patyków ilu miał synów, tej wiązki już złamać nie mógł. Zapamiętałem morał – w jedności siła, a pojedynczo przegrana. Aktualne? Dlatego martwią i dziwią mnie targi i negocjacje z Rafałem Trzaskowskim, jakie ponoć odbywają się. Poprzemy cię jeżeli, za to i za tamto… Znów odwołując się do dzieciństwa, przypomnę słowa dawno nie używane – racja stanu. Do znudzenia powtarzał je Władysław Gomułka mówiąc o zachodniej granicy państwowej oraz o relacjach ze Związkiem Radzieckim.
Sformułowanie to nabiera znów barwy, znów jest ważne, ale racją stanu obecnie jest zahamowanie degradacji prawnej i organizacyjnej konstrukcji naszego Państwa. Zahamowanie naruszania fundamentów państwowości i przywrócenie godności słowom: prawo, konstytucja, parlament, demokracja, sędzia, nauczyciel, lekarz, obywatel, dziennikarz, media publiczne…. ileż jeszcze można wymieniać. Teraz racją stanu w wymiarze międzynarodowym jest silna Polska w zjednoczonej Europie, Polska z dobrymi relacjami z państwami sąsiednimi. Wszystkimi. By to zapewnić trzeba wziąć udział w wyborach i oddać głos na Rafała Trzaskowskiego. Jest to naszą indywidualną racją stanu, ale i kwestią smaku także. O co do czytelników Trybuny apeluję. Jak nigdy dotąd, liczy się każdy głos, każdego z nas, każdego z naszej rodziny, z naszych znajomych i sąsiadów.
Przedmiot troski
Nie wykluczam, że czytelnicy Trybuny mają kontakty wśród elektoratu Szymona Hołowni i Krzysztofa Bosaka. Los ich ugrupowań nie jest powodem mojej troski, ale ważne jest jak ich sympatycy zagłosują 12 lipca. Warto im uzmysłowić, że przedłużenie mandatu kandydatowi prezesa to nie tylko dalsze i brutalniejsze niszczenia kraju, to silniejsza separacja Polski w Unii, zabetonowanie na 5 lat co najmniej, obecnej nie dającej się już znieść dominacji jednej tylko partii. Historia pokazuje jak prezes traktuje „przystawki” – najpierw przygarnie, a nawet przytuli, ale potem z całą bezwzględnością i zaciekłością zdepcze. Nie zapominajmy losów Andrzeja Leppera i Romana Giertycha. W zasadzie już można do tej listy dopisać Jarosława Gowina…
Andrzej Duda mimo wysokiej, formalnie najwyższej, funkcji w Państwie, de facto jest politykiem marginalnym. Pozwolił sobie na to i zrozumiał już dawno, że wyznaczono mu miejsce na obrzeżach prawdziwej polityki. Zaakceptował to. Gołym okiem widać, że jego pole samodzielności jest mu wyznaczone poza polityką, na przykład w mediach społecznościowych (ruchadło leśne, czy rapowanie o mgle). A on, mimo to, jest wciąż z siebie zadowolony.
Czyżby dlatego, że jest bohaterem niezliczonej ilości memów, które przypominają jego żenujące wpadki, zawstydzające i niestosowne wypowiedzi (lub ich brak – po angielsku), jest już tych memów więcej niż podobnych żartów z Antoniego Macierewicza czy Ryszarda Terleckiego. Poziom jego wielu „dowcipów” jest tak niski, że przy nim Beata Mazurek, Jacek Sasin a nawet Marek Suski to gejzery błyskotliwości. Nie wiem dlaczego przypomniała mi się teraz fraszka Jerzego Stanisława Leca „Najwyższa stajenna ranga nie zmieni osła w mustanga”. Głosujmy!