Spytaj milicjanta

Robi się coraz ciekawiej. Prawo i Sprawiedliwość zamierza przerzucić na obywatela obowiązek udowadniania przed sądem, że nie jest wielbłądem. Bo jeśli milicjant stwierdzi, że obywatel jest, to tak musi być w majestacie prawa. I sprawiedliwości.

Idzie o nowelizację kodeksu wykroczeń. Partia rządząca wrzuciła doń zapis, który zmienia zasadniczo układ obywatel-władza milicyjna. Podług najnowszej propozycji, ten, kogo milicjant ukaże mandatem, będzie zmuszony mandat przyjąć. Czy mu się to podoba, czy nie. Jeśli obywatel uzna, że nań nie zasłużył, sam będzie musiał wziąć na siebie ciężar udowodnienia swojej niewinności, bądź niezasadności kary, przed sądem powszechnym. Do tej pory, kiedy odmawialiśmy przyjęcia mandatu, sprawa, na wniosek milicjanta, lądowała w sądzie. Jeśli nowelizacja kodeksu autorstwa PiS w Sejmie przejdzie, a nic nie wskazuje na to, żeby miała być utrącona, to na obywatelu będzie spoczywał obowiązek zawiadomienia sądu względem swojej niezgody z decyzją milicjanta. To obywatel będzie musiał złożyć wniosek, pierwej go napisać, zdeponować w odpowiednim wydziale i dopilnować ustawowego terminu przedawnienia. Innymi słowy, będzie tak, że milicjant będzie miał zawsze rację co do zasadności mandatu nałożenia i jego wysokości wyrażonej w gotówce, a obywatel nie będzie mógł na starcie się zeń nie zgodzić. Dopiero jeśli sam zechce i dopilnuje, może sobie ewentualną sprawiedliwość wydrapać.
Po co PiS to czyni? Wersja oficjalna, dla prasy kobiecej i partyjnej jest taka, że sądy są zawalone sprawami banalnymi i trywialnymi, jak, dajmy na to, brak zgody na przyjęcie mandatu od milicjanta, i to m.in. dlatego młyny sprawiedliwości w tym kraju tak wolno mielą. Przez to ci wszyscy, którzy łakną i pragną sprawiedliwości, czekają do świętej Nigdy, żeby poznać choćby termin pierwszej rozprawy. Sam coś o tym wiem. Na apelację banku z którym się sądzę, czekam z terminem prawie rok. Aby temu przeciwdziałać, należy sędziów i sądy odciążyć od niepotrzebnej roboty. Na początek należy zająć się prawną fikcją, jaką są wnioski milicji w sprawie braku zgody na mandat. PiS mówi, że 80 procent takich spraw sąd rozstrzyga po myśli milicjanta. Zasadnym takoż będzie, jeśli do sądu z mandatem pójdą ci, którzy naprawdę wierzą w swoją wersję, a nie tylko chcą zagrać na nosie milicji i temidzie. Jak można wyczytać w pisowskim uzasadnieniu do zmian w kodeksie, jest zwykle tak, że obywatel decyduje się nie przyjąć mandatu pod wpływem silnego wzburzenia; nie kieruje się trzeźwym myśleniem, tylko emocjami, które przesłaniają mu prawdę faktyczną. Sensownym więc będzie, kiedy mandat przyjąć będzie musiał. Poczeka parę dni, ochłonie, przemyśli swoje postępowanie. I na drugi raz dwa razy się zastanowi, nim propozycję milicjanta odrzuci. Jak w „Rejsie” Marka Piwowskiego: proponujemy przenieść obywatela krnąbrnego do sekcji spolegliwców; nauczy się tam szacunku do munduru, rezonu wobec prawa i przede wszystkim-przestanie judzić i pogodzi się ze swoim losem. I to ma sens. Sądownictwo na raz się odblokuje, bo sędziowie nie będą musieli pochylać się nad wnioskami krzykaczy i awanturników, które na wstępie obarczone są prawną wadą. Skrócą się kolejki. Obywatele się uradują, bo ich sprawy w końcu trafią na wokandę. Minister się ucieszy, bo reforma wymiaru sprawiedliwości nabierze tempa. Same plusy.

Wersja nieoprawna, która pobrzmiewa w komentarzach wrażych mediów i lewackich publicystów, takich jak ja, ma co najmniej dwa dna. Pierwsze, najbardziej oczywiste, tyczy się kasy. Po to Ziobro robi takie chochmy, żeby golić obywateli jeszcze bardziej przy skórze, choć, być może, ktoś był pomyślał, że już bardziej się nie da. Nic bardziej mylnego. Mało Ziobrze, że w dzisiejszym, polskim sądzie, człowiek musi bulić już praktycznie za wszystko: uzasadnienia wyroków, terminy, ekspertyzy, wypisy. Nie trzeba mieć doktoratu z psychologii, żeby wiedzieć, że ¾ osób, które dziś decydują się na nieprzyjęcie mandatu od milicjanta, nie pójdzie do sądu walczyć o pareset złotych, tylko machnie ręką, bo szkoda im będzie ich cennego czasu. Pójdą ci, którzy ten czas mają, albo legaliści, którzy wierzą jeszcze w sens trójpodziału władzy w tym kraju. Takich, niestety, coraz mniej, choć trudno się ludziom dziwić, bo mają oczy i widzą, co się odjaniepawla. A jak ludzie nie będą się o swoje bić, to pieniądze zostaną przy ziobrowym cycu. Szukają oszczędności, gamonie, gdzie się da. A że kieszeń obywatelska głęboka, a łapy władzy lepkie, pchają graby po same pomidory. Drugie dno ma walor, nazwijmy go, quasimoralny. Patrz milicjancie, mówi władza, możesz wlepiać mandat obywatelowi, a ten chuja ci może zrobić. Możesz wpisać w bloczek mandatowy co sobie wymyślisz, a ten przygłupi chłopek-roztropek musi to przyjąć. Jak nam ukradną furę, to muszą nam oddać samolot, mawiał w „Misiu” Stasiek Paluch. Muszą oddać. A ty, człowieku prosty? Musisz przyjąć. Po prostu. I nie ma zmiłuj. Za niepaństwowy wyraz twarzy: dwieście. Za lżenie prezydenta: pińcet. Za brzydki napis na koszulce: tysiąc. I musisz przyjąć. A jak ci nie pasuje, to idź do kahału, sądź się, jak cię stać i masz czas.

I tak trwają ze sobą, w tryumwiracie: Prawo. I sprawiedliwość. I Milicja. A największa z nich jest Partia. Bo i prawo i sprawiedliwość i milicję trzyma w garści. Albo ma je wiadomo gdzie.