Umrzeć za psa

Mój żelazny kandydat na szefa polskiej sekcji Mensy, w końcu doczekał się wyróżnienia. Marek Suski został przewodniczącym rady programowej Polskiego Radia. Nie jest to stanowisko jego marzeń, ale od czegoś zawsze trzeba zacząć.

Parę dni temu utopił się Jan Lityński. Ratował psa, który wszedł na krę na Narwi. Kto bywał na Mazowszu, tam gdzie Narew łączy się z Bugiem, ten wie, że to bardzo zdradliwy nurt i że niejednego zabrał. Teraz wziął Lityńskiego. Gdy o tym myślę, to chyba nie wyobrażam sobie piękniejszej śmierci. O ile śmierć może być piękna. Zginąć za psa. Ratując go. Oddać życie za swojego przyjaciela. Nie człowieka, tylko psa. Takie epitafium mieć na grobie: oddał życie za psa. Nie za ojczyznę, Boga, Naród, tylko za psa.
Na swojej ścieżce zawodowej spotkałem kiedyś dziennikarza, Andrzeja Romana. Chyba nigdy przedtem ani potem nie spotkałem nikogo, kto by tak barwnie opowiadał o Polsce gomułkowskiej i o swoim w niej bytowaniu; o życiu, warszawskich salonach, wykuwaniu się zawodu, uczeniu się go, sporcie, jazzie, literaturze. Andrzej Roman dużo palił. Intensywnie. Bo, jak mawiał mój niedawno zmarły kolega, palić należy właśnie intensywnie. Jedna kawa i sześć papierosów. I Andrzej Roman tak czynił. Palił intensywnie. Żył intensywnie. Dożył był bardzo sędziwego wieku. Na starość, jak sam twierdził, rodzina chciała go nieco spatynować, ale się nie dawał. Zmarł we śnie, zaczadzony, w czasie gdy ogień trawił jego mieszkanie na Starówce. Pożar wywołał…niedopałek papierosa z którym zasnął. Piękna śmierć. Last of the playboys.

Andrzej Duda pojechał na narty. Prezydentowi wolno. Ba, każdemu wolno. Sam też byłem. Co prawda w Zieleńcu, więc prezydenta nie widziałem. Może to i lepiej. Denerwowałbym się tylko, że muszę stać w korku, w czasie, kiedy prezydencka kolumna, na bombach, rozpycha maluczkich, żeby głowa państwa mogła w spokoju dotrzeć do Warszawy, gdyż czekają na nią liczne obowiązki. Doprawdy, nie rozumiem o co tyle krzyku. Tak jak z tymi szczepionkami dla celebrytów. Każdy normalny chciałby być zaszczepiony wcześniej, niż później. Podobnie każdy normalny chciałby nie stać w korku, tylko móc go w spokoju ominąć. Ale nie wiem już, czy każdy chciałby być prezydentem. A Andrzej Duda chciał, to i może. Kto prawo stanowi, może je też wszak zmienić. Lub obejść. Na stokach Zieleńca lud i pracownicy obsługi głośno komentowali, że lada chwila zamkną cały interes na nowo. Czekać tylko, kiedy prezydent wróci z nart, bo przecież otworzyli tylko dlatego, żeby Andrzej Duda mógł sobie w spokoju pojeździć. Nie wypada głowie państwa ukrywać się jak złodziejowi po nocy, albo, nie daj Bóg, jeździć szusować za granicę. Zresztą, nawet nie bardzo jest dokąd. Chyba że na wschód. Widziałem niedawno w programie informacyjnym telewizji rządowej, tej, którą Platforma chce zlikwidować, pseudośmieszny materiał o wspólnym wypadzie na narty Władimira Putina i Aleksandra Łukaszenki. Dziennikarze, tak ich tam wciąż nazywają, stacji informacyjnej, wprost nie mogli przestać sobie dworować, jak to dwaj prezydenci sobie dogadzają na stoku i jakie interesy znowu ze sobą ubijają. Zastanawiałem się, oglądając tę relację, czy wśród wydawców, którzy puścili materiał na wizję, nie zaplątał się czasem Marek Suski. Doprawdy, trzeba mieć naprawdę dość marny horyzont intelektualno-poznawczy, żeby na parę dni po hucpie z prezydencką kolumną w Wiśle, puszczać materiał o Putinie na nartach. Ale być może to ja nic nie rozumiem, może to Polak faulował…

Umrzeć jak James Dean. Jak Zbyszek Cybulski. Umrzeć jak Jan Lityński. Jak Jolanta Brzeska. Zostawić po sobie prosty przekaz. Przecież wszystkich nas nie spalą. Przecież nie zostawię psa na lodzie. Przecież nie zostawię na lodzie przyjaciół. Zastanawiam się, czy władza obecna i szerzej, czy obecna klasa polityczna w Polsce, potrafi dostrzec przeraźliwe piękno w tych odejściach. Czuć grozę i smutek; czuć wielkość Jana Lityńskiego, który poświęca życie dla ratowania psa, ukochanego przyjaciela. Przecież to był tylko pies. Nie ten, to inny. Można przecież zawsze wziąć nowego ze schroniska. Był pies i nie ma. Zdechł. Bo nie umarł, przecież zwierzęta nie mają nieśmiertelnej duszy. Nikt po nim nie zapłacze.

Dzwoni żyrandol w prezydenckim pałacu od pustego śmiechu. Służący pucują czarne lakierki. Garderobiane prasują kir do klapy i czarny krawat. Czyszczą pośmiertny order. Kiedyś w końcu trzeba będzie Jana Lityńskiego pochować. Z honorami. Z głową państwa.