Wszyscy jesteśmy szewcami!

Małgorzata Kulbaczewska-Figat
Praca czyni wolnym

59928522_766204557113405_2029245023702220800_n

Swoją pracę wykonuję z soboty na niedzielę. Moi koledzy z redakcji pracują w niedzielę, żeby na poniedziałek czytelnik miał w rękach to, co mi akuratnie leżało na wątrobie w minionym tygodniu. Piekarz piecze bułki w niedzielę, żeby nastarczyło na rano dnia następnego. Barman polewa w niedzielę szczęśliwcom, którzy nie muszą podbijać karty na zakładzie następnego dnia. Tylko szewc może w spokoju zrobić sobie wolną niedzielę, bo takie jego szewskie prawo.

Rafał Woś napisał niedawno w jednym z tabloidów, że nasza lewica zjada własny ogon, bo nie może się dogadać co do spójności programu i przekazu, i jak tak dalej będzie robić, to się zadławi. Tak dobrze żarło i zdechło. I tu się z kolegą w pełni zgadzam. Napisał też Woś Rafał, że jednym z testów na monogłos lewicowy będzie kwestia poparcia lub odrzucenia pomysłu zakazu handlu w niedzielę. Pisze dalej kolega Woś, że m.in. ta sprawa unaocznia pęknięcie polskiej lewicy na tych, którzy wiedzą, że byt musi określać świadomość, a żeby to wiedzieć, należy zacząć walczyć o dobrostan Polaka od społecznych dołów, zdejmując z ich ramion krzyż kapitału. Druga strona lewicowej układanki, według Wosia, woli „obsługiwać potrzeby i lęki dobrze sytuowanej klasy średniej oraz wielkomiejskiej inteligencji”. Czuć, że w wosiowej ocenie stanu rzeczy, pierwsi to bolszewicy a drudzy mienszewicy, więc naturalną koleją rzeczy, bolszewicy winni pozbyć się mienszewików, zanim zaczną gwiaździsty marsz po władzę. A ja Wam mówię, dobrzy ludzie, że nic podobnego dziać się nie musi. Można walczyć na lewicy o byt prostaczków, siadać do debaty z inteligencją i stać murem za frankowiczami. Nie ma w tym żadnej sprzeczności. O ile, ma się rozumieć, nie chcę się jej tam wetknąć lub dostrzec. I o „take lewice” się bijmy!

Prosta rzecz: ot, choćby ten nieszczęsny handel w niedzielę. Woś podaje, a za nim paru powtarza, że albo zerwanie z niedzielnym handlem po całości, albo zdrada. Bo w pismach i zagadnieniach napisano, że ludzie pracy mają mieć niedzielę przeznaczoną na odpoczynek, a kapitalista przymusza i wyzyskuje. Zakazać zatem w niedzielę ustawowo handlowania wszystkim, od pietruszki po fortepiany, bo inaczej zawsze się znajdzie jakiś cwaniak albo Żabka, co znajdzie wytrych, i jak się kasjer nie wysypiał po robocie, tak i się nie wyśpi. A przecież on musi być wyspany, chociaż może jeszcze o tym nie wie. Innemi słowy: myślcie sobie ludzie, co tam chcecie, ale my i tak wiemy lepiej, co jest dla was lepsze. Kiedy słucham takich nowin, wzdrygam się na samą myśl, że mógłbym kiedykolwiek tak pomyśleć. Że ja wiem lepiej, co jest lepsze dla drugiego człowieka. Bo mam taki wewnętrzny barometr, na niczym nie zawieszony, który pozwala mi mierzyć i ważyć ludzką szczęśliwość, bez uprzedniego pytania go o zdanie. Po prostu: macie nie pracować i już, bo się tak nie godzi i jest to sprzeczne z doktryną. Jeśli tak więc ma wyglądać ów lewicy podział, na doktrynerów i tych drugich, to ja się wolę już sam pierwej z niej wypisać, mimo że wcześniej nigdzie się nie zapisywałem. Bo czymże różni się to myślenie, że wiem lepiej, co jest lepsze dla człowieka pracy, choć nigdy nie robiłem na kasie albo na zmywaku, od myślenia Włodzimierza Czarzastego, który wie lepiej, jak ma podążać Lewica parlamentarna, bez konsultowania swoich pomysłów z klubem i koalicjantami?

Pewność siebie jest w polityce potrzebna, ale nie przesadna. Podobnie jak nie przesadna skłonność do ryzyka. Naprawdę, nikt rozsądny nie poczyta tego za słabość politykowi, kiedy ten odpowie na pytanie: nie wiem. Albo: nie mam zdania. Albo: nie wiem, ale się dowiem. Tym bardziej więc, kiedy pytają, czy zakazywać handlu w niedzielę, ja mówię: zapytajcie tych, którzy pracują w niedzielę; czego oni chcą. Dlaczego chcecie decydować za nich, choć w większości pojęcia nie macie, jak to jest. To tak jak z aborcją i jej zaostrzaniem; kościół i PiS, w którym prym wiodą mężczyźni, decyduje o ciele polskiej kobiety. Przecież to jakiś absurd absurdów.

Uważajcie zatem, Wy wszyscy, którzy chcecie czegoś ludziom zakazywać lub zabraniać. W imię pseudo szczytnych racji. Nakarmcie najpierw tych, którzy trawią własną żółć. Na idee później przyjdzie czas. Znacie to skądś? Bo ja tak. Aż za dobrze.

Poprzedni

Siatkówka: Podział na grupy w Lidze Mistrzów CEV

Następny

Z życia PZPN: Ludzie Bońka odchodzą

Zostaw komentarz