Legia cudzoziemska zaczęła wygrywać

Jan T. Kowalski
Legia cudzoziemska zaczęła wygrywać

Po prawie dwóch miesiącach i siedmiu porażkach z rzędu piłkarze Legii Warszawa w końcu wygrali mecz w ekstraklasie, pokonując u siebie Jagiellonię 1:0. Nadal pozostają jednak w strefie spadkowej i do prowadzącego Lecha mają już 23 punkty straty.

Przed kończącym 16. kolejkę ekstraklasy niedzielnym starciem z Jagiellonią drużyna Legii po raz ostatni w lidze wygrała 19 października, pokonując Górnika Łęczna 3:1. Potem zwyciężała już tylko w spotkaniach pucharowych – z Leicester City w Lidze Europy oraz Wigrami Suwałki (II liga) i Świtem Skolwin (III liga) w Pucharze Polski. W pięciu ostatnich spotkaniach ligowych legioniści dali sobie strzelić aż 15 goli, natomiast gracze Jagiellonii tylko w trzech ostatnich występach ligowych zdobyli osiem bramek. Nic więc dziwnego, że nawet kibice „Wojskowych” nie wierzyli w zwycięstwo swojego zespołu, bo na niedzielny mecz przyszło ich niespełna 15 tysięcy. Ci, co zdecydowali się dać swoim ulubieńcom „ostatnią szansę”, opuszczali stadion po meczu z mieszanymi uczuciami. Legia wprawdzie wygrała przerywając po siedmiu porażkach z rzędu fatalna passę, ale jakością gry nie zachwyciła, a co gorsze – nie wzbudziła nadziei, iż po przełamaniu w następnych spotkaniach będzie rozbijać w pył kolejnych rywali. Nawet Artur Boruc, chociaż zaliczył występ z zerowym kontem i kilka razy wyratował swoją drużynę z tęgich opresji, to nie ustrzegł się też poważnych błędów, a po jednym padła nawet bramka dla białostocczan, którą na szczęście dla ekipy gospodarzy krakowski sędzia Tomasz Musiał po konsultacji z VAR anulował.
„Wojskowi” zwycięską bramkę zdobyli po rzucie rożnym. Ze statystyk wyszło, że był to 105. korner dla legionistów w tym sezonie, a dopiero pierwszy, po którym strzelili gola. Nie najlepiej to świadczy o graczach warszawskiej legii cudzoziemskiej, bo przecież tzw. stałe fragmenty gry najłatwiej jest wyćwiczyć. Dowiedli tego w minionej kolejce gracze Lecha Poznań, którzy w derbach z Wartą obie bramki zdobyli po dośrodkowaniach z rzutów wolnych.
Gola dla warszawskiej drużyny strzelił Szwed Mattias Johansson, który wszedł w miejsce kontuzjowanego Artura Jędrzejczyka, ale też doznał urazu i został w przerwie zastąpiony przez Francuza Lindsay’a Rose’a, którego z kolei w 67. minucie wymienił czeski napastnik Tomas Pekhart. Tak przy okazji, trener Legii Marek Gołębiowski wystawił do gry w meczu z Jagiellonia 15 graczy – sześciu Polaków i dziewięciu obcokrajowców, natomiast trener białostockiej drużyny posłał do walki 16 zawodników – pięciu obcokrajowców, dziewięciu Polaków i dwóch Ukraińców z polskim obywatelstwem (Taras Romanczuk i Andrzej Trubeha). Te proporcje niewiele jednak znaczą i nie przesadzają o sile zespołów. Trener Lecha Poznań Maciej Skorża w wygranym 2:0 derbowym meczu z Wartą posłał do gry 16 piłkarzy – dziewięciu cudzoziemców i siedmiu Polaków, ale wśród rodzimych graczy na boisku pojawili się 19-latkowie Jakub Kamiński i Filip Marchwiński oraz 21-letni Michał Skóraś, obiecująco zapowiadający się na przyszłość piłkarze. Z kolei w ekipie Warty wystąpili 19-latkowie Jakub Sangowski i 20-latkowie Konrad Matuszewski i Szymon Czyż, ale obcokrajowców zagrało tylko dwóch.
Polscy piłkarze stanowili też większość w zespole Pogoni Szczecin w zwycięskim 5:1 spotkaniu z Lechią Gdańsk. Niemiecki trener „Portowców” Kosta Runjaić wystawił do gry 10 Polaków, wśród nich 18-letniego Kacpra Kozłowskiego, już przecież reprezentanta Polski i 20-letniego Macieja Żurawskiego, ale zagrali też pomijani przez Paulo Sousę byli kadrowicze: 33-letni Kamil Grosicki, 28-letni Rafał Kurzawa oraz gracze o uznanej w naszej lidze marce, jak 30-letni Michał Kucharczyk, 28-letni Piotr Parzyszek, 29-letni Damian Dąbrowski czy 23-letni Sebastian Kowalczyk. Szkoleniowiec Lechii Tomasz Kaczmarczyk, do niedawna pracujący w Pogoni jako asystent Runjaicia, postawił na balans i wystawił ośmiu obcokrajowców oraz ośmiu Polaków. I nie bał się posłać na boisko przy wyniku 1:5 18-letniego Kacpra Sazonienki.
Trener Rakowa Częstochowa Marek Papszun z kolei w wygranym 4:0 spotkaniu z Zagłębiem Lubin oparł drużynę na cudzoziemcach, bo zagrało ich dziewięciu, a rodzimych graczy pojawiło się na boisku siedmiu. Wśród nich był jednak 19-letni Daniel Szelągowski. Prowadzący ekipę „Miedziowych” Dariusz Żuraw poszedł w odwrotnym kierunku, bo w jego drużynie zagrało tylko dwóch cudzoziemców na szesnastu, a wśród 14-ki Polaków pojawili się 17-letni napastnik Tomasz Pieńko, 18-letni pomocnik Patryk Kusztal oraz niespełna 19-letni obrońca Bartłomiej Kłudka i skrzydłowy Adam Ratajczyk. Na razie drużynie z Lubina takie radykalne spolonizowanie nie wychodzi jeszcze na dobre, bo nie wygrała w lidze od 1 października i niebezpiecznie zbliżyła się do strefy spadkowej, ale jeśli władze klubu wytrzymają ciśnienie i nie zwolnią trenera Żurawia w przerwie zimowej, to „Miedziowi” wiosną mogą mile swoich kibiców zaskoczyć.
Stawianie na młodych polskich piłkarzy powoli zaczyna być normą w coraz większej liczbie klubów naszej ekstraklasy. To mądry i opłacalny na przyszłość trend. Trener Górnika Zabrze Jan Urban, wychowany na hiszpańskich wzorcach szkoleniowych, nie wahał się w poprzedniej kolejce wystawić do gry przeciwko Legii Warszawa 15-letniego Dariusza Stalmacha, przez co ten juz rosły (182 cm) i solidnie zbudowany (75 kg) nastolatek zapisał się w annałach polskiego futbolu jako jeden z najmłodszych graczy debiutujących na boiskach najwyższej klasy rozgrywkowej, a w zabrzańskim klubie jako najmłodszy – przed Joachimem Hutką i legendarnym Włodzimierzem Lubańskim. Dotychczas najmłodszym zawodnikiem w historii 14-krotnego mistrza Polski był Hutka, który w 1986 roku zadebiutował w ekstraklasie w wieku 15 lat i 357 dni, natomiast Stalmach miał w dniu debiutu dokładnie 15 lat i 348 dni. Trener Urban wystawił go do gry w wyjściowych składzie i dał pograć do 66. minuty. Nastolatek nie zawiódł jego oczekiwań, zagrał więcej niż przyzwoicie. Jego udany debiut zauważyli kibice, docenili także starsi koledzy z drużyny. Trener Urban najwyraźniej nie wystawił Stalmach pod publiczkę, tylko faktycznie dostrzegł w tym młodym chłopaku wielki piłkarski talent. W minioną sobotę zabrał go też na mecz do Łęcznej i wpuścił na boisko na ostatnie pół godziny. Zabrzanie wygrali 2:1, więc nikt tego personalnego eksperymentu nie kwestionuje, a Urban powoli polonizuje kadrę zespołu wprowadzając do niej polskich piłkarzy młodego pokolenia.
Przykład Stalmacha i wielu innych wymienionych wyżej nastoletnich graczy pokazuje, że nasza ekstraklasa może być dobrym miejscem do rozwoju piłkarskich talentów. Trzeba tylko dać im szansę, a polski futbol będzie miał z tego same korzyści.

Poprzedni

Wyniki 16. kolejki PKO Ekstraklasy

Następny

Formuła 1 żegna Franka Williamsa