Nowy Jork wybrał socjalistę

Zohran Mamdani z wolontariuszami podczas marszu w Nowym Jorku. Fot. Facebook / Zohran Mamdani

„W tej politycznej ciemności Nowy Jork będzie światłem, miastem dla wszystkich – muzułmanów, Żydów, chrześcijan i ateistów, miejscem, w którym nikt nie zostanie za drzwiami” – powiedział Zohran Mamdani tuż po ogłoszeniu zwycięstwa. Trzydziestoczteroletni demokratyczny socjalista, pierwszy muzułmanin w historii na czele Nowego Jorku, zdobył ponad połowę głosów, pokonując byłego gubernatora Andrew Cuomo i republikanina Curtisa Sliwę. „Nowy Jork pozostanie domem imigrantów, a od dziś kierować nim będzie imigrant” – mówił, dziękując tłumom w Brooklynie. Miasto, które wydaje się uosobieniem kapitalizmu, wybrało człowieka mówiącego o pracy, mieszkaniach i solidarności. „Trump, wiem, że słuchasz, więc podgłośnij” – dodał z uśmiechem, po czym zakończył: „To nasze miasto, odzyskaliśmy je razem.”

W środę 5 listopada komisje wyborcze potwierdziły wyniki: Zohran Mamdani zdobył 50,5 procent głosów, Andrew Cuomo, niezależny kandydat i były gubernator, 41,7 procent, a republikanin Curtis Sliwa 7,2 procent. Frekwencja przekroczyła dwa miliony wyborców – najwyższy wynik od 1969 roku. Ponad milion nowojorczyków poparło kandydata, który mówił o czynszach, żłobkach i codziennym życiu, a nie o giełdzie i notowaniach. Jego zwycięstwo stało się wyraźnym sygnałem sprzeciwu wobec elit politycznych i finansowych, które przez lata ignorowały problemy ludzi pracy.

Zohran Mamdani urodził się w Kampali w Ugandzie, dorastał w nowojorskim Queens, a obywatelstwo USA otrzymał w 2018 roku. Jest synem reżyserki Miry Nair i filozofa Mahmooda Mamdaniego. W polityce pojawił się jako działacz lokatorski i organizator społeczny. W 2020 roku został członkiem Zgromadzenia Stanowego, gdzie walczył o ochronę najemców i tańsze mieszkania. Jeszcze kilka miesięcy temu media nie potrafiły poprawnie wymówić jego nazwiska. Dziś jego twarz zna cały świat – symbol nowego pokolenia, które mówi otwarcie o sprawiedliwości społecznej i nie przeprasza za swoje poglądy.

Jego droga do zwycięstwa nie była łatwa. Donald Trump, od miesięcy uczynił z Mamdaniego swój główny cel. Wykorzystywał prezydencką pozycję, by uderzać w kandydata lewicy przy każdej okazji – na wiecach, w mediach i w internecie. Nazywał go „czystym komunistą”, „marksistowskim radykałem” i „zagrożeniem dla Ameryki”. Na Truth Social pisał, że jeśli „socjalista z Queens” obejmie urząd, „Nowy Jork dostanie to, na co zasłuży – biedę, chaos i przestępczość”. Groził, że jako prezydent ograniczy federalne fundusze dla miasta do „niezbędnego minimum”, bo „nie będzie finansował komunisty”. W jednym ze wpisów stwierdził, że „każdy Żyd, który głosuje na Mamdaniego, jest głupcem”, a w swoich wystąpieniach oskarżał go wprost o antysemityzm, sugerując, że popierając Palestyńczyków, „nienawidzi Izraela i żydowskiej wspólnoty”. Ta kampania nienawiści – pełna islamofobii, uprzedzeń i pogardy klasowej – miała zastraszyć umiarkowanych wyborców i podzielić miasto. Tymczasem program Mamdaniego trudno uznać za radykalny. To raczej rozsądna socjaldemokracja: tańsze usługi publiczne, progresywne podatki i polityka mieszkaniowa mająca ulżyć ludziom pracy. Ale dla trumpowskiej prawicy to wystarczyło, by nazwać go „ekstremistą”.

Jego konkurentów wspierali najbogatsi ludzie w Ameryce. Miliarderzy z Wall Street, właściciele funduszy inwestycyjnych i deweloperzy z Midtown zrzucili się na kampanie Curtisa Sliwy i Andrew Cuomo. Finansowali reklamy, które straszyły wyborców „eksperymentem socjalistycznym” i ostrzegały przed „upadkiem miasta”. Pieniądze płynęły szerokim strumieniem, ale efekt był odwrotny do zamierzonego – coraz więcej nowojorczyków zaczynało rozumieć, że Mamdani jest jedynym kandydatem, którego boją się miliarderzy.

„To nie jest rewolucja, to zdrowy rozsądek” – odpowiadał Mamdani, pytany o swój program. Kampanię zbudował od zera, bez wielkich sponsorów i medialnego zaplecza. Ponad sto tysięcy wolontariuszy chodziło od drzwi do drzwi, odwiedzając trzy miliony mieszkań. Zamiast wieców finansowanych przez korporacje były rozmowy w parkach i na przystankach. Wśród wspierających go osób znaleźli się liderzy amerykańskiej lewicy: Bernie Sanders i Alexandria Ocasio-Cortez, którzy podkreślali, że to „moment nowej energii w polityce”. Ale o zwycięstwie przesądzili zwykli ludzie. „On mówi o naszych czynszach, nie o swoich znajomościach w banku” – mówiła wolontariuszka z Astorii, cytowana przez magazyn Jacobin.

Hasło kampanii „Miasto, na które nas stać” stało się nieformalnym hymnem nowego ruchu. Mamdani zaproponował cztery konkretne rozwiązania: darmowe autobusy miejskie, powszechną opiekę nad dziećmi, zamrożenie czynszów w mieszkaniach regulowanych i sieć publicznych sklepów spożywczych z tanim jedzeniem. Każdy z tych projektów był szczegółowo przemyślany i miał wskazane źródła finansowania – nie w formie pustych obietnic, lecz realnych przesunięć w budżecie. Mamdani zapowiedział wprowadzenie podatku od luksusowych nieruchomości o wartości powyżej pięciu milionów dolarów, podwyższenie stawek dla największych korporacji działających w mieście i likwidację ulg podatkowych dla funduszy inwestycyjnych. Proponował też tzw. „podatek od pustostanów”, wymierzony w spekulantów, którzy skupują mieszkania i trzymają je puste, by sztucznie podbijać ceny.

„Nie trzeba rewolucji, wystarczy sprawiedliwość” – powtarzał w kampanii, tłumacząc, że nowy system podatkowy nie uderzy w klasę średnią, lecz w tych, którzy „zarabiają na tym, że inni nie mają gdzie mieszkać”. W jego słowach nie było agresji – raczej zdrowy rozsądek, który w kraju miliarderów brzmi dziś jak bunt.

Czy da się to wszystko wprowadzić w życie? Mamdani twierdzi, że tak. Już jako burmistrz zapowiedział, że nie zamierza wycofywać się z żadnego z postulatów i że jego administracja „nie będzie się bała powiedzieć bogatym, że powinni zapłacić uczciwą część rachunku za miasto, z którego korzystają”. Według jego zespołu ekonomicznego nowe podatki i cięcia ulg dla korporacji mogłyby przynieść ponad sześć miliardów dolarów rocznie – wystarczająco, by sfinansować darmowy transport, program żłobków i pierwsze miejskie sklepy spożywcze. Wbrew propagandzie prawicy, nie chodzi o fantazję, lecz o polityczny wybór: kto ma płacić za Nowy Jork – mieszkańcy czy miliarderzy.

Dla młodych nowojorczyków, którzy od lat zmagają się z drożyzną i niestabilnością, ten program jest czymś więcej niż zestawem obietnic – to język polityki, który wreszcie brzmi znajomo. Mamdani nie mówi o ideologii ani o „wielkich narracjach”, tylko o codziennych sprawach: o rachunkach, przedszkolach, transporcie i czynszach. W mieście, gdzie coraz trudniej żyć z pracy, jego postulaty nie wydają się radykalne, lecz zdroworozsądkowe. „On mówi o naszych czynszach, nie o swoich znajomościach w banku” – mówiła wolontariuszka z Astorii, cytowana przez magazyn Jacobin. W wieczór wyborczy tysiące ludzi świętowało w Queens i na Brooklynie, śpiewając jego imię i trzymając transparenty z napisem „Make Rent Fair Again”.

Wybory w Nowym Jorku są częścią szerszego zwrotu politycznego w USA. Tego samego dnia demokraci wygrali wybory w Wirginii i New Jersey, a w Pensylwanii utrzymali liberalną większość w sądzie najwyższym. To był pierwszy większy cios dla Trumpa po jego powrocie do Białego Domu. Ale to właśnie zwycięstwo Mamdaniego miało największe znaczenie symboliczne: młody imigrant, muzułmanin, syn artystki i filozofa, pokonał miliarderów i wygrał w mieście, które przez dekady rządziły pieniądze.

Teraz przed Mamdanim stoi trudniejsze zadanie – zamienić entuzjazm w sprawne rządzenie. Nowy Jork to miasto z budżetem przekraczającym 110 miliardów dolarów, ale też z gęstą siecią zależności, od których zależy każda decyzja. Wiele kluczowych spraw, jak transport i edukacja, pozostaje w gestii stanowej administracji Kathy Hochul, z którą nowy burmistrz będzie musiał znaleźć wspólny język. Mamdani zapowiada, że nie cofnie się przed realizacją obietnic: w pierwszych miesiącach chce uruchomić pilotaż darmowych autobusów, rozszerzyć program żłobków dla rodzin o niskich dochodach i stworzyć miejskie zespoły pomocy społecznej, które mają odciążyć policję w interwencjach kryzysowych. „Nie jesteśmy tu, żeby się bać. Jesteśmy tu, żeby pokazać, że miasto może działać inaczej” – powtarzał podczas kampanii. 

Zwycięstwo Mamdaniego to coś więcej niż lokalny sukces. To dowód, że konkretny, społeczny program może zwyciężyć nawet w kraju, w którym polityka od lat służy interesom najbogatszych, a słowo „socjalizm” pozostaje politycznym tabu. To także przypomnienie, że polityka może jeszcze służyć ludziom – nie rynkom. Wystarczy empatia, organizacja i odwaga, by powiedzieć: „Miasto należy do wszystkich”. Nowy Jork – miasto, które kiedyś wyniosło Donalda Trumpa – dziś wybrał jego przeciwieństwo. Jeśli Mamdani spełni choć część swoich obietnic, może wyznaczyć nową drogę dla amerykańskiej lewicy i dla miast, które wciąż szukają sposobu, by znów dało się w nich po prostu żyć.

Redakcja

Poprzedni

Kto się nami zajmie, gdy zabraknie pielęgniarek?

Następny

Rewolucja Inżynierów