
3 września Chiny obchodzą 80 rocznicę zwycięstwa w Wojnie Ludowej Oporu przeciwko Japońskiej Agresji oraz w Światowej Wojnie Antyfaszystowskiej. To nie tylko rocznica militarnego triumfu, lecz przede wszystkim hołd dla milionów ofiar i przypomnienie o moralnym obowiązku pamięci. Ma ona wymiar uniwersalny – bliski nie tylko Chińczykom, ale i Polakom, którzy równie dobrze znają cenę agresji, okupacji i wojny totalnej. Chongqing – bombardowany latami przez japońskie lotnictwo i Warszawa – spalona i zniszczona przez niemiecką machinę wojenną, są symbolami niezłomności i oporu. Nasze narody łączy nie tylko pamięć o tragedii wojny, lecz także wspólna odpowiedzialność, by przypominać światu o wydarzeniach, które kosztowały życie milionów i o faszystowskich agresorach, którzy rozpętali piekło.
Japońska agresja była częścią tej samej faszystowskiej logiki, która kazała Hitlerowi podpalać Europę. Militarystyczny system Kraju Kwitnącej Wiśni nosił wszystkie zasadnicze znamiona faszyzmu – kult wodza w osobie cesarza, ideologię wyższości „rasy Yamato”, totalną mobilizację społeczeństwa i gospodarki na rzecz wojny, ekspansję przedstawianą jako dziejową misję, a także pogardę wobec ludów podporządkowanych. Z doktryny Hakkō ichiu – „osiem zakątków świata pod jednym dachem” – uczyniono hasło podboju i legitymizację dla przemocy. W praktyce oznaczało to jedno – narody Azji miały zostać zdegradowane do roli siły roboczej i materiału do eksperymentów. Już w 1946 roku japoński politolog Maruyama Masao określił ten system mianem faszyzmu cesarskiego – unikalnej, azjatyckiej odmiany faszyzmu, różnej od europejskich, lecz kierującej się tą samą logiką totalnej mobilizacji i ekspansji.
Pierwszy front światowej wojny antyfaszystowskiej
Pierwszym i najdłużej trwającym frontem światowej wojny antyfaszystowskiej były Chiny. Tam wszystko zaczęło się najwcześniej – osiem lat przed tym, jak w Polsce spadły pierwsze niemieckie bomby. Przez czternaście długich lat Japonia trzymała tam większość swojej armii, w niektórych momentach nawet 94 proc. wszystkich sił cesarskich. Kiedy wreszcie kapitulowała, w Chinach wciąż stało jeszcze dwa miliony japońskich żołnierzy. Straty gospodarcze były niewyobrażalne, ale jeszcze większe były ludzkie – dziesiątki milionów zabitych.
Nankin zamieniono w morze trupów – w kilka tygodni zginęły setki tysięcy cywilów i jeńców. Szanghaj spłynął krwią w jednej z najkrwawszych bitew wojny. Wuhan po czterech miesiącach bohaterskiej obrony upadło, zostawiając niezlicone ofiary. Changsha płonęła czterokrotnie, Kanton został zbombardowany i splądrowany, a pięcioletnie japońskie bombardowania Chongqingu pogrzebały tysiące pod gruzami. Zhengzhou, Kaifeng i Guilin – obrócono w ruiny i ciszę. To miejsca, które w chińskiej pamięci na zawsze pozostaną świadectwem cierpienia i niezłomności.
My, Polacy, aż za dobrze to rozumiemy. Po sześciu latach niemieckiej okupacji nasz kraj był niemal całkowicie zrujnowany. Zbombardowany Wieluń stał się pierwszą ofiarą wojny. Lublin i Radom naznaczone były łapankami i egzekucjami. Łódź – zamieniona w getto i obóz pracy. Poznań, Kraków, Gdańsk – każdy z tych ośrodków został podporządkowany machinie terroru. Warszawa oberwała najmocniej. Stolica została obrócona w morze gruzów. Nie była to tylko konsekwencja walk, ale wykonanie rozkazu Hitlera i Himmlera. Palono całe dzielnice, wysadzano dom po domu, mordowano lub wypędzano mieszkańców. Niemcy chcieli, by po naszej stolicy została pustynia.
W Chinach taki sam los spotkał miasto Changde. Jak pisał polski as lotnictwa Witold Urbanowicz, bohater Dywizjonu 303 i uczestnik walk w Azji – „To spokojne, piękne miasto zostało w 1943 zaatakowane przez Japończyków i zrównane z ziemią. (…) Brałem udział w tej bitwie od początku do końca i widziałem tragedię Changde; było to barbarzyńskie przedstawienie.”
Po jego zdobyciu – relacjonował – „Japończycy przez kilka dni urządzali orgie, strzelali w biały dzień do bezbronnych ludzi, gwałcili kobiety, nawet kilkuletnie dziewczynki. Teraz leżały na ulicach nagie trupy, kolorowe jedwabie w szarym błocie, rozbita porcelana, podarte ubrania, połamane meble. Domy w gruzach, wszędzie krew, dym, smród.”
W książce Ogień nad Chinami Urbanowicz pisał też o tym, że w Changde „ludności cywilnej było przed walką 300 tysięcy. Zostały tylko niedobitki. (…) Nie sposób było przejść przez zwały trupów.”
Nic dziwnego, że polski bohater nazwał to miejsce „Chińską Warszawą”. Warszawę i Changde spotkał ten sam los – unicestwienie przez faszystowskiego agresora, masakra ludności cywilnej i pozostawienie po sobie ruin, krwi i cierpienia.
Mukden i Gliwice
Tragedia wojny miała swój początek w zainscenizowanych prowokacjach, które faszyści w Azji i Europie przeprowadzali według podobnego scenariusza. Najpierw w 1931 roku doszło do incydentu mukdeńskiego – japońscy oficerowie wysadzili fragment torów Kolei Południowomandżurskiej i winą obarczyli chińskich żołnierzy. Sfingowany atak stał się pretekstem do zajęcia Mandżurii i utworzenia marionetkowego państwa Mandżukuo, które przez kolejne lata było symbolem kolonialnej okupacji i brutalnej eksploatacji. Kilka lat później, 7 lipca 1937 roku, od strzałów na Moście Marco Polo pod Pekinem rozpoczęła się pełnoskalowa wojna chińsko-japońska – dla Chin symboliczny początek narodowego oporu, tak jak dla nas Westerplatte.
Osiem lat po incydencie mukdeńskim, w sierpniu 1939 roku, niemieccy faszyści użyli podobnej metody. Esesmani, przebrani w polskie mundury, przejęli radiostację w Gliwicach i nadali kilka komunikatów, udając polski atak, który dał Hitlerowi pretekst do napaści. Mukden i Gliwice – niemal osiem tysięcy kilometrów odległości i osiem lat różnicy. A jednak logika była identyczna – inscenizacja, kłamstwo, cyniczne usprawiedliwienie agresji. Jej skutkiem była tragedia całych narodów – ponad trzydziestu pięciu milionów Chińczyków, sześciu milionów obywateli Polski, w tym trzech milionów polskich Żydów, a także dziesiątek milionów ludzi w Europie, Azji i Afryce, skazanych przez faszystów na zagładę.
Jednymi z najbardziej wstrząsających obrazów tej wojny pozostają masakra w Nankinie w 1937 roku, gdzie w ciągu sześciu tygodni zamordowano od 200 do 300 tysięcy cywilów i jeńców (red.: z danych chińskich liczba ofiar to ponad 300 tysięcy), oraz warszawska rzeź Woli w 1944 roku – jedna z największych masowych zbrodni na ludności cywilnej w Europie, gdy w kilka dni hitlerowskie oddziały SS wymordowały ponad 50 tysięcy mieszkańców dzielnicy. Ale terror nie kończył się na masowych rzeziach – miał też wymiar instytucjonalny, gdzie ludzi sprowadzano do żywego materiału.
Tak jak okupowana Polska stała się miejscem niemieckich obozów zagłady, tak Mandżuria padła ofiarą japońskich laboratoriów śmierci. Najokrutniejszym z nich była Jednostka 731 – centrum zbrodni, w którym więźniom wstrzykiwano bakterie dżumy i cholery, rozcinano ich żywcem, by testować broń chemiczną i biologiczną. Kobiety były gwałcone przed „eksperymentami”, dzieci traktowane jak króliki doświadczalne. Tysiące ginęły także w obozach pracy – zamęczone głodem, chorobami i katorżniczą harówką. Auschwitz i mandżurskie laboratoria śmierci były jak dwie strony tej samej monety – fabryki ludobójstwa, które udowodniły, że faszyzm nie zna żadnych granic w okrucieństwie.
Niemiecka pamięć i japońska amnezja
W 1945 roku faszystowscy agresorzy zostali ostatecznie pokonani. W maju upadła III Rzesza, a jej stolica zamieniła się w morze ruin. We wrześniu skapitulowała Japonia – 2 września podpisano akt bezwarunkowej kapitulacji w Zatoce Tokijskiej, a 3 września w Chinach ogłoszono zwycięstwo w Wojnie Ludowej Oporu przeciwko Japońskiej Agresji i w Światowej Wojnie Antyfaszystowskiej. Oprawcy zostali zmuszeni do ugięcia kolan, lecz po wojnie ich narody poszły różnymi drogami.
Niemcy po klęsce zostały podzielone – na wschodzie powstała Niemiecka Republika Demokratyczna, a na zachodzie Republika Federalna Niemiec. Oba państwa musiały osobno odpowiedzieć na to samo pytanie – jak rozliczyć się z nazistowską przeszłością i zbrodniami, które kosztowały życie milionów ludzi.
W NRD tożsamość państwa od początku budowano wokół hasła „antyfaszyzmu”. Komunistyczne władze przedstawiały republikę jako bezpośrednie przeciwieństwo III Rzeszy. Już w 1949 roku utworzono państwowe miejsca pamięci w Buchenwaldzie i Sachsenhausen, które miały przypominać o ofiarach nazizmu, szczególnie o działaczach ruchu oporu i więźniach politycznych. Każdego roku organizowano tam uroczystości, a pamięć o walce z faszyzmem stawała się częścią edukacji młodzieży i tożsamości narodowej. W NRD skazano także część niemieckich zbrodniarzy wojennych – wielu z nich stanęło przed sądami wcześniej niż w RFN.
RFN obrała inną drogę. To tam narodziła się idea Vergangenheitsbewältigung – zmierzenia się z przeszłością. Wprowadzono obowiązkową naukę o nazizmie i Holokauście, powstały muzea i centra edukacji na terenie dawnych obozów, a podręczniki jasno wskazywały odpowiedzialność Niemców jako sprawców. W latach 70. i 80. pamięć o ofiarach weszła do polityki gestów i symboli – kanclerz Willy Brandt ukląkł w Warszawie przed Pomnikiem Bohaterów Getta, a prezydent Richard von Weizsäcker nazwał 8 maja „dniem wyzwolenia” – także dla samych Niemców spod jarzma własnej dyktatury. Rozliczenie miało także wymiar materialny – w 1952 roku podpisano Układ Luksemburski, przewidujący miliardowe odszkodowania dla ocalałych z Holokaustu.
Po zjednoczeniu nowa Republika Federalna uczyniła kulturę pamięci fundamentem swojej tożsamości. W 1996 roku prezydent Roman Herzog ustanowił 27 stycznia Dniem Pamięci o Ofiarach Nazizmu, mówiąc – „Pamięć nie może ucichnąć; musi także budzić czujność przyszłych pokoleń”. W 2019 roku prezydent Frank-Walter Steinmeier, stojąc w Wieluniu i Warszawie, podkreślał – „Kłaniam się ofiarom niemieckiego ataku, oddaję hołd polskim ofiarom niemieckiej tyranii i proszę o przebaczenie. Proszę o przebaczenie za niemiecką winę historyczną i potwierdzam naszą nieprzemijającą odpowiedzialność”.
Mimo tragicznej przeszłości potrafiliśmy zbudować nową jakość relacji. Dziś Berlin najważniejszym partnerem gospodarczym Polski, a nasze gospodarki należą do najbardziej powiązanych w Europie.
Niemcy pokazały światu, że szczerość wobec przeszłości i skrucha wobec ofiar mogą stać się fundamentem nowej siły i pozycji państwa. Widać to w gestach pamięci, w polityce edukacyjnej i w konsekwentnym uznawaniu własnej winy. To właśnie ta postawa sprawiła, że naród odpowiedzialny za największe zbrodnie XX wieku potrafił odzyskać zaufanie świata.
Japonia wybrała inną drogę. Podczas gdy Niemcy zdobyły się na odwagę uznania własnych win, Tokio przez całe dekady uciekało od jednoznacznych słów i gestów. Premierzy mówili o „żalu” (remorse), ale konsekwentnie unikali słów „agresja” (aggression) czy „inwazja” (invasion). To bardzo znaczący wybór słów. „Remorse” w języku dyplomacji oznacza raczej osobiste poczucie smutku, wyrażenie ubolewania – coś na kształt: „żałujemy, że to się wydarzyło”, ale bez wskazania sprawcy i bez przyjęcia odpowiedzialności.
Tym bardziej wymowne, że w 1972 roku to właśnie Chiny – mimo dziesiątek milionów ofiar – zrzekły się reparacji wobec Japonii, wybierając przyszłość ponad zemstę. Pamięci jednak nigdy się nie wyrzekły. Dla nas, Polaków, brzmi to znajomo – także my nie doczekaliśmy się pełnego zadośćuczynienia finansowego za niemieckie zbrodnie. Ale przynajmniej zostaliśmy wielokrotnie szczerze przeproszeni.
Postawa Kraju Kwitnącej Wiśni widocznie kontrastuje z postawą Niemiec, które w oficjalnych formułach zawsze używały słów mocnych i jednoznacznych – „Schuld” – wina, „Verantwortung” – odpowiedzialność. W Berlinie nie mówiono – „to się wydarzyło”, tylko jasno – „to my jesteśmy winni”. W tym właśnie tkwi różnica między kulturą pamięci a polityką nie-pamięci.
Jedynym wyraźnym wyjątkiem była Deklaracja Murayamy z 1995 roku, w której padły słowa o „kolonialnych rządach i agresji Japonii wobec wielu narodów Azji” oraz „szczere przeprosiny”. Ale i ten język szybko osłabł. W kolejnych latach kolejne gabinety odchodziły od tej linii, aż w 2015 roku premier Shinzo Abe stwierdził, że „przyszłe pokolenia nie powinny być już zobowiązane do przepraszania”. Współczesna japońska prawica otwarcie sprzeciwia się „dyplomacji przeprosin”, stawiając na relatywizację zbrodni i nacjonalistyczną reinterpretację historii.
Symbolem tej polityki nie-pamięci i rozmywania win jest tokijska świątynia Yasukuni. Upamiętnia ona około 2,5 miliona żołnierzy japońskich – w tym także osoby odpowiedzialne za masowe zbrodnie na okupowanych terenach Azji. W 1978 roku do panteonu Yasukuni włączono 14 zbrodniarzy wojennych klasy A – Hidekiego Tōjō, premiera i głównodowodzącego armii, skazanego za planowanie agresji i odpowiedzialnego za śmierć milionów cywilów; generała Matsui Iwane, dowódcę sił podczas masakry nankińskiej; oraz Itagakiego Seishirō, współorganizatora agresji w Mandżurii. Obok nich czci się także setki oficerów średniego i niższego szczebla, którzy kierowali obozami jenieckimi, eksperymentami medycznymi, masowymi gwałtami czy eksterminacją cywilów. To nie jest „zwykła nekropolia”, lecz miejsce, które gloryfikuje machinę wojny, ludobójstwa i imperialnej przemocy.
Już rok później, w 1979 r., premier Masayoshi Ōhira odwiedził świątynię, nadając sprawie natychmiastowy, polityczny wymiar. Od tego momentu każda kolejna wizyta jest odbierana w Chinach i Korei jako dosłowny akt rehabilitacji agresorów. Śladem Ōhiry poszli kolejni szefowie rządów – Yasuhiro Nakasone w latach 80., Junichiro Koizumi w pierwszej dekadzie XXI wieku oraz Shinzo Abe, który – choć unikał osobistej obecności – regularnie przesyłał rytualne dary, także w sierpniu, w rocznice zakończenia wojny.
Również w zeszłym miesiącu, 15 sierpnia w 80. rocznicę klęski Japonii, minister rolnictwa Shinjiro Koizumi odwiedził świątynię osobiście, a premier Shigeru Ishiba ofiarował tam tamagushi – gałązkę świętego drzewa sakaki, używaną w rytuałach sintoistycznych jako ofiara dla bóstw i duchów. Ten gest, przedstawiony jako „prywatny”, w praktyce oznaczał oddanie czci także skazanym zbrodniarzom wojennym. To coś więcej niż dyplomatyczna niezręczność – to skandaliczny akt, który w oczach ofiar staje się symbolem wybielania agresji i rozgrzeszania zbrodniarzy.
Nie dziwi więc stanowcza reakcja chińskiego MSZ, które określiło takie praktyki mianem „rehabilitacji zbrodniarzy wojennych” i wezwało Tokio do „uczciwego zmierzenia się z historią agresji”. I naprawdę trudno się temu oburzeniu dziwić – jak inaczej mieliby reagować Chińczycy, którzy stracili miliony obywateli w wyniku japońskiej okupacji? To tak, jakby kanclerz Niemiec składał oficjalne hołdy w miejscu gloryfikującym Heinza Reinefartha, kata Warszawy odpowiedzialnego za rzeź dziesiątek tysięcy cywilów. Niewyobrażalne w Europie, a jednak w Japonii wciąż możliwe.
Równie problematyczna jest edukacja. W japońskich podręcznikach szkolnych masakra nankińska wciąż figuruje jako „incydent”, najczęściej bez liczby ofiar lub z minimalnymi szacunkami. Eksperymenty Jednostki 731 sprowadzane są do kilku zdawkowych zdań, a los tysięcy kobiet zmuszanych do niewolniczej prostytucji bywa opisywany tak, jakby chodziło o „kobiety towarzyszące żołnierzom”, a nie ofiary gwałtów i niewolnictwa. To nie są drobne przeinaczenia, ale świadoma polityka, która ma zepchnąć w cień odpowiedzialność za agresję.
Jeszcze bardziej wymowne są muzea i miejsca pamięci. Muzeum Pokoju w Hiroszimie i Muzeum Bomby Atomowej w Nagasaki koncentrują się niemal wyłącznie na cierpieniu Japonii, a nie na tym, co do niego doprowadziło. Jeszcze dalej idzie Yūshūkan – muzeum przy wspomnianej świątyni Yasukuni. Wystawy przedstawiają armię cesarską jako bohaterów, agresję w Chinach jako „wyzwoleńczą misję”, a zbrodnie wojenne przykrywane są eufemizmami. To właśnie tam szkolne wycieczki uczą się „historii” – historii pozbawionej prawdy i odpowiedzialności.
Tokio od dekad pielęgnuje pamięć o własnej tragedii – Hiroshimie i Nagasaki – czyniąc z niej centralny element tożsamości narodowej. Japończycy przykrywają przy tym niestety fakt, że Hiroshima i Nagasaki były tragicznym finałem wojny, którą Japonia sama rozpętała – zaczynając od Mandżurii i rozlewając agresję na całą Azję.
I tu leży zasadnicza różnica między Niemcami a Japonią. Berlin uczynił z pamięci o cudzych ofiarach fundament własnej tożsamości. Tokio natomiast od dziesięcioleci ucieka od odpowiedzialności, zamieniając ją w narrację o własnym cierpieniu. Dla Chin, Korei i innych narodów Azji to dowód, że proces rozliczenia się z historią tak naprawdę nigdy się tam nie dokonał.
Pamięć jako fundament pokoju
Nie ma, że minęło osiemdziesiąt lat i „to już historia”. Tak mówią ci, którzy wybielają zbrodniarzy w imię własnych interesów politycznych – bo łatwiej jest im budować doraźne sojusze i legitymizować nacjonalizm niż uznać winę i odpowiedzialność.
Trzeba pamiętać, że ludzie ludziom zgotowali ten los. Japończycy narodom Azji, Niemcy narodom Europy. Miasta palone do gołej ziemi, dzieci mordowane w piwnicach, kobiety gwałcone i upokarzane, całe narody skazane na niewolę, głód i zagładę.
Pamięć jest ostrzeżeniem i przestrogą. Jak pisał Primo Levi, ocalały z Auschwitz – „Stało się, a zatem może się znów zdarzyć. Taka jest istota tego, co mamy do powiedzenia.” Każde przemilczenie, każda próba relatywizacji, każde „to było dawno” – to pierwszy krok do tego, by historia zaczęła się powtarzać. A ona powtarza się zawsze wtedy, gdy ofiary tracą głos, a sprawcy zyskują pomniki.
„Nigdy więcej wojny” nie znaczy – zapomnijmy. Znaczy – pamiętajmy i przypominajmy – żeby nigdy się nie powtórzyło. Od Chongqingu do Warszawy – musimy pamiętać. Bo tam, gdzie umiera pamięć, rodzi się nowy faszyzm.









