
Wystarczy spojrzeć na tegoroczny taniec notowań europejskich zbrojeniówek. W rytm eskalacji geopolitycznej i remilitaryzacji kontynentu kursy wystrzeliły jak z haubicy. Od stycznia Rheinmetall urósł o ponad 180 proc., a w pierwszym półroczu Leonardo niemal się podwoił. Kiedy pojawił się cień podejrzenia, że Donald Trump mógłby pośredniczyć w zawieszeniu broni na Ukrainie, oba walory zadrżały – akcje Leonardo spadły jednego dnia o blisko 10 proc., a Rheinmetalla o 5. Zresztą wykresy już wcześniej sygnalizowały, że obronny rajd traci impet. Na moment zrobiło się sentymentalnie. Może jednak pokój? Rynek otrzeźwiał, gdy przypomniano inwestorom, że i tak padną zamówienia na okrągłe sto miliardów dolarów – tyle, według europejskich deklaracji, Kijów ma wydać u amerykańskich producentów broni. Kapitał zrobił więc to, co zwykle – przesunął pieniądze tam, gdzie marża i polityczna gwarancja popytu. A gdy kurz opadł, oczekiwania wobec branży i tak pozostały słoneczne. Jak powiedział jeden z rozmówców „Financial Times”: długoterminowa opowieść o Europie, która musi wydawać więcej na obronę, jest prawdziwa – nawet jeśli jutro doszłoby do rozejmu, do „starego świata” nikt już nie wróci.
Skąd ta pewność? Bo świat realny – nie rubryka z notowaniami – staje się mniej bezpieczny. Świetna wiadomość dla kompleksu wojskowo-przemysłowego, fatalna dla zwykłych ludzi, którzy płacą za cudze „bezpieczeństwo” realnymi pieniędzmi i utraconymi szansami. Źródeł narastającej niepewności są co najmniej trzy. Po pierwsze, pęka porządek hegemoniczny – Stany Zjednoczone pozostają supermocarstwem, ale nie są już o rząd wielkości potężniejsze od reszty. Rosnące Chiny zmieniły nie tylko relację z Waszyngtonem; przestawiają cały układ sojuszy. Od inwazji na Ukrainę Rosja wisi gospodarczo, dyplomatycznie i militarnie na Pekinie; amerykańskie sankcje tylko to zacieśniły. Na podobnej zasadzie zagęściły się interesy Moskwy i Delhi – wystarczy przypomnieć, jak temat zakupów rosyjskiej ropy i systemów uzbrojenia uruchamiał w Waszyngtonie sankcyjną presję. Na Bliskim Wschodzie dolar jako broń ekonomiczna wywołał u eksporterów ropy nerwowy tik – nikt nie chce jednego kurka w jednej stolicy. Równocześnie rzeź w Strefie Gazy dołożyła presji społecznej na przeglądanie starych sojuszy, a topniejąca niechęć Arabii Saudyjskiej do Iranu – kiedyś polityczna herezja – dziś mieści się w kalkulacji. To wszystko pomniejsza amerykańskie wpływy w regionie i powiększa chińskie. Świat bez jednego wyraźnego hegemona jest światem ruchomych piasków: stare pewniki nikną, a każde przegrupowanie interesów rodzi pokusę „sprawdzenia siły”. Z punktu widzenia giełdy brzmi to jak: zamówienia, zamówienia, zamówienia.
Po drugie, załamanie klimatu jest „mnożnikiem zagrożeń”, jak bez ogródek piszą wojskowi strategowie. Najpierw widać to wprost: więcej kataklizmów, więcej obozów uchodźców, więcej konfliktów o wodę, kiedy jedna tama ścina drugiemu krajowi dostęp do rzeki. Sudan i Darfur już w 2007 roku uchodziły za przykład, jak niedobór zasobów podsyca przemoc. Coraz częściej w badaniach pojawia się korelacja: wraz ze wzrostem temperatur rośnie ryzyko wybuchów przemocy. Ważniejsze są jednak skutki pośrednie – susze i ekstremalne zjawiska pogodowe podbijają ceny żywności, a gwałtowne zwyżki jedzenia i niestabilność polityczna lubią chodzić parami. Arabska Wiosna to najgłośniejszy, ale nie jedyny znak. Do 2050 roku – według części analiz – szacunki mówią nawet o ponad miliardzie migrantów klimatycznych. W przeważającej części będą się przemieszczać w obrębie globalnego Południa, gdzie państwa mają najsłabsze instytucje. Obok rosnących obozów pojawiają się więc także nowe zasieki, nowy przemocowy biznes ochrony granic, nowe kontrakty dla sprzętu „nieśmiercionośnego”, który często okazuje się śmiertelny. W Europie znamy to aż za dobrze – każde potknięcie polityki migracyjnej obraca się w kolejne miliony na bezpieczeństwo wewnętrzne.
Po trzecie wreszcie, od lat tkwimy w gospodarczym spowolnieniu z rosnącymi nierównościami. Produktywność, ten jedyny naprawdę trwały motor wzrostu dochodów na głowę, nie chce przyspieszyć; globalizacja pęcznieje od barier i cła od dawna są znowu narzędziem polityki, a nie wykładu. W poprzednich dekadach bogate społeczeństwa radziły sobie z nierównościami przez obietnicę awansu – nie ruszamy bogatych, za to rosnący tort zapewni, że wszystkim coś skapnie. Dosypywała do tego finansjalizacja, pompując ceny aktywów i karmiąc poczucie bogactwa przynajmniej w klasie średniej. Te trzy protezy – produktywność, globalizacja i dług – przestały działać w tym samym czasie. Rozwiązanie jest znane: mniej nierówności, bardziej racjonalna dystrybucja istniejących zasobów. Politycznie jednak bogaci trzymają straż nocną u bram. Skutek? Dla większości stagnacja lub zjazd standardu życia i podatny grunt pod nacjonalizmy, które osładzają bezradność przemocą. Nacjonaliści zawsze mówią, że „policzkom świata” należy pokazać pięść – i zawsze kończy się to większym budżetem na granice, policję, wojsko. Logika mobilizacji przez konflikt zewnętrzny nie jest nowa: Thatcher potrzebowała Falklandów, dzisiejsi idole „porządku” potrzebują wroga w telewizorze. Gdy produktywność stoi, a polityka układa świat jako grę o sumie zerowej, rośnie pokusa, by strategiczne zasoby zdobywać nie handlem, lecz siłą. Warto przypomnieć pierwiastki ziem rzadkich – dziś zdominowane przez Chiny – i cały łańcuch groteskowych epizodów, od publicznych fantazji o „nabyciu” Grenlandii po spekulacje, że wsparcie dla Kijowa bywało powiązane z dostępem do surowców krytycznych. W rządowych gabinetach takie rzeczy nie trafiają do protokołu, ale na rynkach wyczuwa się kierunek: zasoby krytyczne wracają do arsenału polityki.
Polski kontekst tylko dokłada do rachunku jeszcze jedną rubrykę. U nas panuje rzadki jak białe niedźwiedzie w Puszczy Białowieskiej konsensus polityczny: zbroić się, kupować, wzmacniać. MON wydał w 2024 r. 3,79 proc. PKB (po korekcie NATO), a na 2025 r. zaplanowano 4,48–4,7 proc. PKB (175,7–186,6 mld zł), i wciąż dorzuca, a zakupy – od Abramsów i Patriotów po K2/K9 i FA-50 – zmiotły wszelki spór o tym, czy mamy do czynienia z polityką bezpieczeństwa, czy z modelem rozwojowym „kup i zmontuj”. PGZ próbuje wskoczyć wyżej w łańcuchu wartości – amunicja, Kraby, Borsuki, serwisy, offsety – ale roli junior partnera trudno zamaskować, kiedy gros największych kontraktów wycieka za granicę. Obywatele dostają z jednej strony realny strach – wojna tuż obok – a z drugiej rachunek: mniejsze pieniądze na mieszkania, zdrowie, szkoły, transformację energetyczną. Na rynku pracy słychać to jako „zaciskanie pasa”, w kolejkach do specjalistów – jako miesiące czekania, na peryferiach – jako zamarzające dworce i zamykane oddziały. Kto ma dzieci w publicznej edukacji, ten wie, że każdy nowy miliard na zbrojenia ma swój cień w szkole bez psychologa. I tak to się spina: nastroje proarmijne karmią się lękiem i obietnicą siły państwa, koszty socjalne rozsmarowuje się po cichu na całym społeczeństwie.
Może idealizuje pokój, a pokój jest luksusem? Otóż nie – pokój jest dziś towarem deficytowym, bo nie mieści się w rachunku zysków. W realnej gospodarce wojna to zniszczone fabryki, przerwane łańcuchy, ucieczki ludzi, a więc spadek produktywności, niższe dochody i droższe jedzenie. W finansach wojna to kontrakt, który czytelnie wpisuje się w portfel funduszu i budżet korporacji. Dlatego w długim okresie, nawet gdyby Trump jutro dopiął rozejm (mało prawdopodobne, inwestorzy wiedzą), branża zbrojeniowa nie ma powodów do smutku. Tym bardziej że chaos zrobił się trójfazowy: tektonika geopolityki, klimatyczna presja na zasoby i gospodarcza stagnacja z nierównościami wzmacniają się nawzajem jak sprzężenia w kiepsko zestrojonej aparaturze.
Żyjemy więc w epoce, w której zyski czerpać będą ci, którzy lokują kapitał w karceralnym i militarnym zarządzaniu niepewnością: kompleks wojskowo-przemysłowy, więzienno-przemysłowy i – nie zapominajmy – wojskowo-paliwowy. To są sieci interesów łączące najbogatsze jednostki, największe korporacje finansowe i najsilniejsze rządy. Dopóki trzymają politykę za gardło, pokój zostanie piękną iluzją.
Nie ma tu taniego morału. Jest obowiązek polityczny. W Polsce – tak samo jak w Europie – lewica, jeśli chce mówić o bezpieczeństwie poważnie, musi zejść z autopilota „kup więcej” i zacząć ważyć koszty oraz efekty. Obrona terytorialna i odnowa przemysłowa? Tak, ale nie jako alibi dla niekończących się przelewów na rachunki zagranicznych dostawców. Transformacja energetyczna jako polityka bezpieczeństwa? Tak, bo każda megawatogodzina z wiatru to mniej gazu i ropy w politycznym handlu. Podatkowa redystrybucja i tanie mieszkania? Tak, bo człowiek, który ma pracę, czynsz pod kontrolą i lekarza blisko, mniej chętnie da się zapędzić pod sztandar „wojny cywilizacji”. Jeśli nie zbudujemy społecznego paktu bezpieczeństwa – broni, usług publicznych i klimatu – to zawsze wygra ktoś, kto obieca, że przemoc rozwiąże nam życie. A wtedy giełdowe wykresy znowu będą miały powód, by świętować. My – niekoniecznie.









