Zmierzch katolicyzmu politycznego

Z prof. JERZYM J. WIATREM, socjologiem polityki ze Europejskiej Wyższej Szkoły Prawa i Administracji, honorowym prezesem Towarzystwa Kultury Świeckiej, rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Zaplanowaliśmy rozmowę o sprawach systemowych, ale bieżąca rzeczywistość polityczna nie ułatwia nam tego. W styczniu doszło do zamordowania prezydenta Gdańska, a przed chwilą, jedno po drugim, najpierw CBA zatrzymało został osławionego rzecznika MON i faworyta Antoniego Macierewicza, Bartłomieja Misiewicza, a „GW” ujawniła tzw. „taśmy Kaczyńskiego”. Jak, zwłaszcza to ostatnie, wpłynie na położenie PiS i obozu władzy?

Moim zdaniem obóz władzy PiS znalazł się w jeszcze trudniejszej sytuacji niż był dotąd. Kiedy niedawno opublikowałem w „Trybunie” tekst o dylematach władzy autorytarnej, zwróciłem uwagę na to, że po zamordowaniu prezydenta Adamowicza w PiS nastąpiła polaryzacja na tych, których to oburzyło i na skrzydło faszyzujące. Do momentu tego morderstwa prezesowi Kaczyńskiemu udało się te dwa skrzydła utrzymywać w relatywnej zgodzie. Teraz zaistniała konieczność opowiedzenia się Kaczyńskiego po jednej ze stron i wyciągnięcia z tego konkretnych konsekwencji kadrowych. Drugi kłopot PiS, to ujawnienie wspomnianych taśm. Może nie wskazują one na działania wprost kryminalne, ale na rządzący w tej partii mechanizmy oligarchiczne, niezależnie od cech samego prezesa. Jest to dla nich niebezpieczne dlatego, że pokazuje, iż to nie formacja liberalna krytykowana za afery, nie Tusk, nie Schetyna, nie Kopacz, ale partia która doszła do władzy pod hasłami uczciwości objawia te mechanizmy, które potępiała. To może kosztować PiS utratę kilku procent poparcia tych wyborców, którzy nie należą do tzw. twardego elektoratu. Równocześnie doszło do zatrzymania i aresztowania ludzi związanych z Antonim Macierewiczem i to pod zarzutami korupcyjnymi. Dla znaczącej części elektoratu PiS zarzuty korupcyjne należą do najcięższych, jako że jest to elektorat antyelitarny, a także na ogół uboższy, dla którego korupcyjne zachowania takich młodych ludzi jak Bartłomiej M., to horrendum Słyszałem opinię, że jest to wyraz wewnętrznej walki o władzę i o osłabienie polityczne Macierewicza. Walka jaka toczy się między Kaczyńskim a nim jest walka nie tylko o władzę, ale i o kierunek działania PiS, którego Macierewicz jest przecież wiceprzewodniczącym, filar skrzydła ultraprawicowego. Poza tym na Macierewiczu ciążą podejrzenia o powiązania rosyjskie, o których napisał w swojej drugiej już książce Tomasz Piątek. Jeśliby się okazało, że Macierewicz, ważny polityk polski jest sterowany z zewnątrz, to byłby to dzwon alarmowy dla państwa. Tak więc ten rok zaczął się dla PiS feralnie. Moim zdaniem w PiS dojrzewa kryzys władzy, który polega nie tylko na tym, że ktoś chce odsunąć go od władzy, ale że on sam traci zdolność mocnego trzymania władzy w ręku i to nie przede wszystkim z uwagi na jego, nie tak przecież bardzo podeszły wiek i nie z uwagi na stan zdrowia, ale na to, że w impasie znalazła się jego polityka, a ten impas zaostrzył się w wyniku wspomnianej polaryzacji po śmierci Adamowicza. Jeśli tak dalej pójdzie, to może spełnić się moje przewidywanie, że Polska będzie pierwszym krajem europejskim, który demokratycznie odsunie od władzy prawicowych populistów.

Już teraz widać w niektórych mediach propisowskich nastroje znacznie mniej triumfalistyczne, a nawet defetystyczne. Pojawiają się frazy o możliwości przegranej, jeszcze pół roku temu nie do wyobrażenia.Wywołanie nazwiska Macierewicza niejako automatycznie wywołuje także nazwisko Tadeusza Rydzyka i toruńskiego ośrodka radiomaryjnego. Jak Rydzyk może się zachować wobec tej rywalizacji wspomnianych przywódców PiS?

Wiadomo, że ultraprawicowe skrzydło Macierewicza cieszy się uznaniem i poparciem ojca Rydzyka. Dlatego stoi on przed dylematem kogo poprzeć, tym bardziej że szanse partyjki, która powstała pod jego auspicjami, jest znikome. Jednak nie jest to dla niego tylko wybór między Kaczyńskim a Macierewiczem, ale także ewentualny wybór między Macierewiczem, a innymi kandydatami do stanięcia na czele skrajnie prawicowego, faszyzującego skrzydła PiS. Wiele będzie zależało od tego, czy zwycięży tam skrzydło umiarkowane z Kaczyńskim i Brudzińskim. Jeśli zwycięży, to Rydzyk i skrajna prawica staną dęba, a notowania Macierewicza u nich spadną. Ważnym papierkiem lakmusowym dla władzy będzie sposób reakcji na takie skandaliczne zachowania jak to wystąpienie antysemitów podczas ostatnich obchodów wyzwolenia Auschwitz. Jeśli będą to tolerowali, to skompromitują się w skali międzynarodowej. Z drugiej strony ludzie pokroju Piotra Rybaka mają swoich cichych popleczników i sympatyków w obozie PiS. Gdyby ich nie było, to prokuratura dawno zabrałaby się za tych antysemitów. Przed Kaczyńskim stoi więc twardy wybór.

Rydzyk jest bardzo niezadowolony z tego, że nie doszło do całkowitego zakazu aborcji. Kaczyński z różnych powodów jest temu przeciwny. Obstaje za to przy tym mała partyjka skrajnie prawicowa z Korwinem-Mikke i Robertem Winnickim, do której ostatnio dołączyła radykalna „prolajferka” Kaja Godek. Kogo więc Rydzyk poprze wobec takiego wyboru?

To będzie zależało od szans politycznych PiS. Jeśli do wyborów utrzyma się poparcie dla nich na poziomie powyżej 30 procent, to Rydzyk PiS poprze. Jeśli to poparcie znacząco się skurczy, a widzę ku temu przesłanki, jeśli porażka PiS stanie się oczywista, to krąg Rydzyka może rozumować następująco: skoro i tak przegramy wybory, to stwórzmy jednolitą ideowo formację narodowo-katolicką i wprowadźmy ją do parlamentu.

A na ile wrażliwy jest tzw. twardy elektorat PiS, zarówno ten narodowo-katolicki, jak socjalny, dla którego korzyści z 500 plus mają istotne znaczenie dla poprawy bytu. Czy jest coś, co mogłoby nimi wstrząsnąć?

Kumulacja zjawisk, od których zaczęliśmy rozmowę postawiła PiS w świetle innym niż to, pokazujące ją jako partię antykorupcyjną, partię ludzi uczciwych. PiS zaczyna wyglądać tak, jak chciał przedstawić swoich rywali. To może ich popchnąć do cofnięcia PiS-owi poparcia przez część nawet radykalnych dotąd zwolenników. Oni raczej nie poprą opozycji, ale pozostaną w domu.

Przejdźmy teraz do sytuacji w opozycji…

Ona jest obiektywnie w trudnej sytuacji, bo jest pluralistyczna i PiS jest silniejsze jej słabością niż własną siłą. Opozycji trudniej stworzyć jednolity blok. Do tego dochodzą żenujące spory wewnętrzne, walki o władzę, eliminacja Petru z „Nowoczesnej”, podobnie jak wyrwanie z tej partii przez PO ośmiorga posłów. To marny zysk w porównaniu ze stratą jako poniesie idea wspólnej koalicji. Co do SLD, to widzę pozytywną ewolucję w stronę uznania potrzeby wspólnego bloku wyborczego opozycji. Z drugiej strony widzę w SLD dużo niezdecydowania, a brak wyrazistej strategii i koncepcji. Rozumiem trudność w podjęciu trudnych decyzji, ale nikt nie powiedział, że polityka ma być łatwa. Odsunięcie PiS od władzy jest warunkiem niezbędnym dla uratowania systemu demokratycznego i wyjściowym dla forsowania w przyszłości wartości lewicowych. Przecież bez tego one i tak nie mają szans na realizację. Nadzieją napawa mnie jednak artykuł w „Trybunie” wiceprzewodniczącego SLD Wincentego Elsnera, który jest za wspólnym blokiem wyborczym. Nie trzeba też jednak zapominać o perspektywie wyborów prezydenckich, więc tak naprawdę obecny cykl polityczny ostatecznie zamknie się i rozstrzygnie w 2020 roku, a koalicja demokratyczna, jeśli wygra, przez ponad pół roku będzie musiała współegzystować z prezydentem Dudą.

Będzie działał obstrukcyjnie?

Trudno ocenić, nie przesądzał bym sprawy już teraz.

Zatrzymajmy się teraz przy czynniku, jakim jest Kościół katolicki…

W Polsce odsetek deklarujących się jako wierzący jest istotnie większy niż w Europie, nie mówiąc już o najbardziej zlaicyzowanych Czechach. Jednak jednocześnie następuje laicyzacja obyczajów. Związków nieformalnych, w których rodzą się dzieci jest dziś czterokrotnie więcej niż jeszcze 30 lat temu i to nie jest rezultat przypadkowych ciąż, lecz świadomej rezygnacji z instytucji małżeństwa. Nastąpił wzrost, do około 40 procent, zwolenników liberalizacji ustawy antyaborcyjnej, nieco więcej jest zwolenników zachowania obecnej ustawy, ale już zwolenników zaostrzenia jest nie więcej niż kilka procent. Stanowisko fundamentalistów, skądinąd wewnętrznie logicznie, choć go nie podzielam, jest zatem coraz silniej kontestowane społecznie. Nasila się poczucie, że sprawę przerwania ciąży trzeba zostawić sumieniu kobiety. Słabnie też poparcie dla obecności religii w szkole, a najbardziej przeciw temu występuje sama młodzież, która głosuje „nogami”, zwłaszcza gdy dochodzi do wieku, w którym może sama decydować. Poza wszystkim – dobremu wychowaniu religijnemu lepiej sprzyjałaby nauka religii poza szkołą. Ponadto przeżył się dotychczasowy model finansowania Kościoła z kasy państwa i coś trzeba z tym zrobić, wprowadzając na przykład dobrowolne opodatkowanie na jego rzecz. Dominikanin Ludwik Wiśniewski powiedział, że w Polsce umiera chrześcijaństwo, a w jego miejsce wchodzi nienawiść. Nie jestem aż takim pesymistą, natomiast uważam, że autorytet Kościoła słabnie. I przyznam, że choć jestem niewierzący, to wolałbym aby w Polsce był otwarty Kościół z dużym społecznym autorytetem niż agresywny Kościół bez autorytetu. W chrześcijaństwie pociąga mnie idea miłości, choć z ontologicznego punktu widzenia nie wierzę ani w niebo ani w piekło, lecz po prostu w koniec przygody jaką jest życie. Tymczasem w obecnym Kościele kłopoty mają tacy księża jak Lemański, Sowa czy Boniecki, a poparciem hierarchii cieszą się duchowni w rodzaju Rydzyka.

W wywiadzie dla „Trybuny” profesor Jan Hartman uznał deklarację Barbary Nowackiej o potrzebie rozdziału Kościoła i Państwa za formę upokarzających starań państwa o coś, co mu się z definicji należy – suwerenność i wolność od obcego, watykańskiego dyktatu. Jest też przeciwny obecności konkordatu w konstytucji, jak również uważa jej propozycje za kosmetyczne, n.p. zaprzestanie finansowania religii w szkole, zamiast jej wyprowadzenia. Jaki jest na to Pana pogląd?

Rozumiem te niuanse podkreślone przez profesora Hartmana, ale dla mnie najważniejsza jest praktyka, realna równość praw Państwa i Kościoła, by państwo, tak jak to było i jest nadal, nie zajmowało wobec niego postawy partnera uległego. Natomiast co do samego wystąpienia Barbary Nowackiej, to choć zgadzam się z nią co do zasadniczych intencji, to wolałbym, by zrezygnowała z wystąpienia indywidualnego na rzecz lojalnego działania w ramach szerokiego bloku. Byłoby to znacznie bardziej nośne i ważkie.
A co z postulatem świeckości państwa, którego w Konstytucji nie ma, bo jest w niej zapis o „niezależności i autonomii”?
Formuła o pełnej świeckości państwa rodzi jednak pewne niebezpieczeństwa, n.p. groźbę szykan wobec ludzi noszących oznaki religijne, n.p. krzyżyki. Nie byłbym też zwolennikiem totalnego zakazu akcentów religijnych w sytuacjach publicznych. To uważam za formę zbyt daleko idącego naruszenia wolności osobistych. Jednak uważam, że w powszechnie dostępnych urzędach państwowych i publicznych, w salach itd. nie powinno być symboli religijnych. Kiedy zostałem ministrem edukacji poleciłem zdjąć ze ściany krucyfiks, bo uznałem, że jego zatrzymanie byłoby z mojej strony przejawem oportunizmu, a ja oportunistą nie jestem. Nie nakazałem jednak uczynić tego samego wiceministrom i dyrektorom w ich gabinetach. Jednak najważniejsza jest w moim odczuciu nie sfera symboliczna, lecz sfera realnych zachowań. W każdym razie nadszedł najwyższy czas, aby relacje kościelno-państwowe w Polsce uległy we wszelkich aspektach fundamentalnemu przedefiniowaniu i zreformowaniu w duchu nowoczesnego państwa.

Dziękuję za rozmowę.

Głos prawicy

Ballada o misiu

Co do byłego rzecznika MON to ze względu na ataki na Antoniego Macierewicza jak tylko zaczęło się jego grillowanie, chciałem, by usunął się z funkcji. Z tego powodu byłem gotowy zatrudnić go nawet w swojej firmie, byle tę awanturę zakończyć. Żałuję, że zbyt późno mnie posłuchano – pisze Tomasz Sakiewicz.
Do zatrzymania byłego współpracownika Antoniego Macierewicza Tomasz Sakiewicz odniósł się na łamach najnowszego numeru tygodnika „Gazeta Polska”.
„Żałuję, że zbyt późno mnie posłuchano”
„Sprawa aresztowania byłych urzędników MON i PGZ nie jest dla mnie taka oczywista. Do jednego worka wrzucono różne osoby. Nie wiem, jaki mają ze sobą związek i czy rzeczywiście trzeba było zabiegać aż o takie środki prawne” – pisze Sakiewicz. Redaktor naczelny „Gazety Polskiej” przyznaje, że ze względu na ataki na Antoniego Macierewicza wywołane „grillowaniem” Bartłomieja M., uważał że rzecznika MON należy usunąć ze stanowiska. Jak tłumaczy, z tego właśnie powodu chciał go nawet „zatrudnić w swojej firmie”, byle tylko zakończyć tę „awanturę”. „Żałuję, że zbyt późno mnie posłuchano” – dodaje.
Publicysta pisze, iż „nie chodziło o tego młodego człowieka, lecz o sprawę, którą prowadzi Antoni Macierewicz, czyli wyjaśnienie tragedii smoleńskiej”. „Bez względu na okoliczności ona ma zostać wyjaśniona. Nikt nas z tego obowiązku nie zwolnił i nie może zwolnić” – podkreśla.
Sakiewicz komentuje również reakcję różnych mediów na zatrzymanie Bartłomieja M. „Patrzę na radość przedstawicieli mediów również po prawej stronie, którzy parę lat temu szydzili z wyjaśnienia tragedii smoleńskiej, a nawet na dzisiejsze publiczne wypowiedzi pokazujące, że ci, którzy chcieli tą sprawą się zajmować, teraz pójdą na dno. To byli dziennikarze TVN, TOK FM, autorzy wywiadów z Urbanem, wieczni zdrajcy, a nawet członkowie mafii, którzy zmieniali nieustannie barwy partyjne albo pracodawców w zależności od interesów. Namnożyło się ich dzisiaj sporo po prawej stronie w mediach. Jeżeli ktoś w PiS-ie na nich liczy, to się przeliczy” – twierdzi publicysta.
Bartłomiej M. i były poseł PiS Mariusz Antoni K. usłyszeli we wtorek w Prokuraturze Okręgowej w Tarnobrzegu zarzuty powoływania się wspólnie na wpływy w instytucji państwowej i podjęcia się pośrednictwa w załatwieniu określonych spraw celem uzyskania korzyści majątkowej w kwocie ponad 90 tys. zł.
Bartłomiej M. i była urzędniczka MON Agnieszka M. usłyszeli też zarzuty przekroczenia swoich uprawnień jako funkcjonariuszy publicznych i działania na szkodę spółki PGZ w związku z zawartą przez nią umową szkoleniową. Według prokuratury podejrzani doprowadzili do wyrządzenia koncernowi szkody w wysokości prawie 500 tys. zł.
Info z dorzeczy.pl

Antoni wiecznie żywy

Przewodniczący Mao, aby dowieść swojej żywotności pływał publicznie w Jangcy, królowej chińskich rzek. Pana wiecznego ministra obrony narodowej Antoniego Macierewicza też ciągnie do wody. Pomimo siedemdziesiątki na karku dalej dziarsko i stylowo skacze do wody. Na głowę nawet.
Objawienie skutecznie wypływającego na powierzchnię pana ministra Antoniego nie było przypadkowe. Uroczystą celebrę siedemdziesięciolecia wielce popularnego w PiS polityka zaszczycili nie tylko jego młodzi entuzjaści, „Misiewiczami” zwani. Sam pan prezes Kaczyński zaszczycił Wielkiego Jubilata. Zaprzeczył rozsiewanym przez wrogie ośrodki plotkom o „trafieniu i zatopieniu” pana Antoniego. W krótkich słowach zapowiedział, że pan Antoni ostatniego słowa jeszcze nie powiedział.
Warszawskie wiewiórki ćwierkają, że pan minister otrzymał nowe zadanie. Będzie dowodził desantem PiS na Brukselę. Będzie liderem PiS kandydatów w wyborach do Parlamentu Europejskiego. A potem postrachem eurodeputowanych i unijnych eurokratów.
Pan prezes Kaczyński tak skroił ordynację wyborczą do Parlamentu Europejskiego, że pozbawił szans na posiadanie eurodeputowanych radykalną prawicę, kukizowców i radykalną lewicę. Pięćdziesiąt jeden przypadających Polsce mandatów podzielą między siebie PiS i ewentualna koalicja PO – Nowoczesna – PSL. Kilka mandatów może wywalczyć jeszcze SLD – Lewica Razem.
Uchwalona przez PiS ordynacja jest sprzeczna z prawem i ideami Unii europejskiej. Dlatego może zostać oprotestowana przez największe frakcje polityczne Parlamentu Europejskiego. Chadeków-ludowców, gdzie należy już PO i PSL, socjaldemokratów, gdzie należą SLD i UP, oraz liberałów i zielonych. Do grona tych pierwszych aspiruje Nowoczesna, do grona drugich tworzona wokół Roberta Biedronia nowa partia lewicowa.
Aby spacyfikować ewentualny protest Parlamentu Europejskiego, pan prezes Kaczyński ogłosił, że w następnej kadencji Parlamentu jego PiS wstąpi do chadecko-ludowej frakcji. Skoro kolega Viktor Orbán już tam jest, to czemu pan minister Antoni Macierewicz nie mógłby się znaleźć tam?
Perspektywa posiadania prawie pięćdziesięciu eurodeputowanych z Polski, tych starych z PO-PSL i tych nowych z PiS, może skłonić kierownictwo największej frakcji politycznej europarlamentu do uznania nowej, uchwalonej przez PiS ordynacji wyborczej. Duża frakcja w PE może wiele, bardzo duża może już wszystko.
Zatem okazać się może, że latem 2019 roku grupa polska we frakcji chadecko-ludowej Parlamentu Europejskiego składać będzie się z parlamentarzystów PO, PSL i PiS.
Ponieważ PiS-owców może być więcej niż tych z PO i PSL, bo taką ordynację pan prezes Kaczyński kazał skroić, to przyszłe kierownictwo polskiej grupy w chadecko-ludowej frakcji wpadnie w ręce euro deputowanych z PiS.
Wtedy pan minister Antoni Macierewicz zostanie rzecznikiem dyscypliny w tej grupie.
I kto mu wtedy podskoczy?

Podkop

Minister spraw wewnętrznych Brudziński, ksywa „Jojo” chce ścigać uczestników parady LGBT w Częstochowie za to, że mieli znieważyć orła, polskie godło narodowe nadając tłu tęczowe barwy.

 

Ten sam Brudziński, który jeszcze kilka tygodni temu przepraszał uczestników naukowej konferencji o Marksie za najście, które na nich zrobiła jego policja.
PiS próbuje szturmować Sąd Najwyższy, ale jeśli porównać to z blitzkriegiem roku 2016 do lata 2017 robi to z „jakąś taką nieśmiałością” i póki co wstrzymuje się od sięgania po łom. Takich przykładów rozchwiania ideowego i nerwowości można zaobserwować dużo więcej.

 

Budżetówka się sroży. Rolnicy też.

Niebawem władza może stanąć wobec perspektywy protestów szeregu grup zawodowych, w tym budżetówki, od nauczycieli do policjantów, którzy podobnie jak niepełnosprawni postanowili wyciągnąć konsekwencje z ogłoszonego przez PiS cudu gospodarczego.
Bardzo niebezpieczna jest dla PiS także narastające wkurzenie rolników, w tym doprowadzonych do rozpaczy plantatorów owoców miękkich. Jakiekolwiek pogłoski o słabnięciu PiS byłyby grubo przedwczesne, to niebawem władza wejdzie w turbulencje, bo protesty budżetówki nie mieszczą się na sześćdziesięciu metrach sejmowego korytarza z ograniczonym dostępem do łazienki. Sytuacja jest o tyle niebezpieczna, że nawet prorządowej „Solidarności” Dudy Piotra trudno będzie bez mydła wysługiwać się władzy, gdy do protestów przystąpią inne związki i centrale z OPZZ Jana Guza na czele.
Dla PiS szczególnie niebezpieczny jest ferment w niedopłaconej policji, bo w sytuacji, gdyby nie daj boże siła jej wsparcia dla władzy okazała się – delikatnie mówiąc – niedostatecznie gorliwa i niedostatecznie szczelna. Warto pamiętać, że po 14 lipca 1789 roku francuskiej rewolucji nie poparł wyższy kler fioletowy, ale szary kler parafialny już w ogromnym stopniu tak.
Nieudolnością wprost nie do pojęcia jest to, że nikt po stronie opozycji nie złożył dotąd choćby policji i służbom mundurowym sensownej oferty, zanim zrobi to przyciśnięta do muru władza PiS. Nie lubię krytykować żadnej opozycji, bo jej sprzyjam, ale czasem ręce opadają. Co zrobić, jak się kto neoliberałem urodził, głupi musi umrzeć.

 

Madonno, Czarna Madonno

Z drugiej strony rydzykowszczyzna zaczyna się denerwować brakiem postępu a nawet regresem na drodze do całkowitego zakazu aborcji, od którego Kaczyński i pisowscy „realiści” opędzają się jak od muchy tse-tse, bo jak ognia boją się czarnych protestów. Rydzykowcy nie są w ciemię bici i tak jak wiedzą, że konfitury trzeba zagarniać na full, bo to mogą być ostatnie tłuste lata, tak obecny układ może być ostatnia szansą na drugą Irlandię tyle że w wersji sprzed ćwierć wieku.
Tym bardziej, że jedna z liderek czarnych protestów Marta Lempart oświadczyła, że pójdą one w dużej liczbie pod atrapę Trybunału Konstytucyjnego, gdyby to rękami magister Przyłębskiej próbowano wyjąć te antyaborcyjne kasztany z ognia.
A rydzykowszczyzna wie przecież, że rzeczona magister nie zrobi tego, czego zabroni jej prezes. Ostra rekuza dana godkowszczyźnie nawet przez pisowską przewodniczącą komisji sejmowej, która zepchnęła do piwnicy projekt „Zatrzymaj aborcję”, nakazuje zastąpić grę pionkiem grą większymi figurami.
Atutem dla rydzykowszczyzny może być zakaz kandydowania do samorządów nałożony na beneficjentów spółek Skarbu Państwa, który wywołał w aparacie PiS popłoch od morza do Tatr i od Bugu po Odrę i Nysę Łużycką. Rydzyk może zaproponować im swoje listy wyborcze, do których coraz bardziej się przymierza, bez warunku pozbycia się spółkowych fruktów za to z warunkiem wierności poczętemu życiu.
Aby nieco złagodzić te napięcia, władza zintensyfikowała ostatnio wyrazy synowskiego oddania klerowi, a w mszy przed obchodami 550-lecia polskiego parlamentaryzmu uczestniczyli jak jeden mąż uchodzący za prezydenta Polski pan Duda i uchodzący za marszałków Sejmu i Senatu „dwaj panowie K” (co brzmi jak tytuł peerelowskiego kryminału milicyjnego), Kuchciński i Karczewski.
Także premier Matteo, największy polski wizjoner gospodarczy od czasów, gdy w 1828 roku książę Drucki-Lubecki założył Bank Polski wpisał się w nabożny nastrój i przemawiał na Jasnej Górze mając za plecami ojca Rydzyka i to bardzo w jego poetyce. Wyraźnie nawiązując do lektury „Potopu” mówił o tym, że znów są tacy, którzy próbują dokonać „podkopu pod polskość” i oddawał się w niewolę Czarnej Madonny. Nie jest to język bankowego technokraty, ale sorry Winnetou – biznes is biznes. Nie ma wątpliwości, że gdyby nie straszny cień „czarnego protestu”, jak nic zaniósłby Rydzykowi do stóp na częstochowskich wałach zakaz aborcji, włożony do kosza między chleb, sól i wieniec z polnego kwiecia. Ale nie wszystko można w życiu mieć.

 

Władza sądzenia

O jej znaczeniu mówił już sam Emmanuel Kant, ale nie o tym teraz mowa.
Jako się rzekło na wstępie, PiS – w porównaniu do barbarzyńskiej determinacji w odniesieniu do Trybunału Konstytucyjnego i nieco przez Dudę Andrzeja pohamowanego natarcia Ziobry na sądy powszechne – w kwestii Sądu Najwyższego wyraźnie osłabł. I nawet walkowerem oddanego mu przez prezes Małgorzatę Gersdorf jej czasu w postaci urlopu wziętego wybitnie nie w porę, nie wykorzystuje tak, jak można by się tego spodziewać, a durny wystrzał „lustracyjny” oddany przez dyrektora Cenckiewicza z IPN w stronę p.o. prezesa SN, sędziego Józefa Iwulskiego okazał się niewypałem nawet dla większości propisowskich mediów ( z wyjątkiem niezawodnej TVPiS, zwanej też kur-„wizją”).
Los Sądu Najwyższego nie jest zatem wbrew pozorom przesądzony, o ile Luksemburg zdąży z zawieszeniem pisowskiej ustawy o SN, prezes Gersdorf będzie mniej labilna w swoich posunięciach i na dłużej zapomni o wypoczynku.
A szansa jest, bo po pierwsze, Duda w narcystycznym dążeniu do roli przez wszystkich podziwianej primadonny (jak ten człowiek kocha siebie samego z wzajemnością i jak uprawia autoerotyzm nawet dźwiękiem własnej wymowy!) znów może w popłochu zaplątać się we własne nogi, a Ziobro może w tej akurat kwestii jedynie gryźć z bezsilności palce. A po drugie, PiS przeżywa obecnie fazę, która zdarza się przestępcom pochodzącym z dobrego domu – zaczyna bać się własnej, uprzedniej przestępczej odwagi i ta refleksyjność osłabia jego determinację.

 

Ośrodki zarodowe

A tymczasem PiS, w kontrze, szykuje się do wypłacenia wyprawki „za trzysta” i kontynuuje budowę ośrodków zarodowych, pisowskich ośrodków lebensborn, wzorem Heinricha Himmlera.
Bo co innego będą miały do roboty młode małżeństwa osadzone w paździerzowych, jak z filmów Barei (pisała o tym w „DT” Weronika Książek) osiedlach z programu „mieszkanie plus”, n.p, w Białej Podlaskiej, niż – jak mawiał kiedyś Lech Wałęsa – „przez fakty dokonane robić robotę” i z braku innej, a przynajmniej lepszej, kolekcjonować rok po roku „500 plus”? Podobno taki ośrodek zarodowy PiS chce sprokurować także w okolicach warszawskiego Ursynowa. Tylko kogo tam osiedli? Leniwych do rozrodu hipsterów z placu Zbawiciela?

 

Czy mogę prosić­­­?

Na koniec, po raz 863 wystąpiłbym z poważnym ostrzeżeniem, a co najmniej prośbą do wodzów PiS, by zechcieli szanować art.25 Konstytucji i nie modlili się tak głośno w kościele jak ostatnio. Tyle że wtedy, z uczciwą symetrią musiałbym poprosić towarzyszkę profesor Genowefę Grabowską, eksparlamentarzystkę SLD, by tak bezwstydnie i bez mydła nie wysługiwała się PiS w żyrowaniu jego poczynań przeciw prawu i demokracji. Kika i tak Towarzyszka nie prześcignie.

Głos prawicy

Macierewicz o Trzaskowskim

– Rafał Trzaskowski wprost mówi, że UE powinna zamrozić należne Polsce pieniądze do czasu, aż PO obejmie władze. To jest objaw zupełnej patologii – powiedział na antenie TV Trwam w cotygodniowym felietonie „Głos Polski” były minister obrony narodowej Antoni Macierewicz.
– Po liście byłych premierów, prezydentów, wybitnych – w swoim przekonaniu – osobistości, które nawoływały do interwencji w Polsce, po skandalicznych wypowiedziach w PE polityków Platformy Obywatelskiej, doczekaliśmy się rzeczywiście czegoś niezwykłego – mówił Antoni Macierewicz.
– Pan Rafał Trzaskowski, znany polityk PO, chce być prezydentem Warszawy i w naszym imieniu zarządzać stolicą Polski. (…) To miasto, które z takim trudem jest odbudowywane, ciągle jeszcze nie powróciło do swojego rzeczywistego dostojeństwa, ma mieć za prezydenta człowieka, który wprost mówi, że Unia Europejska powinna zamrozić należne Polsce pieniądze do czasu, aż PO obejmie władze. To niebywałe. To jest objaw zupełnej patologii – stwierdził.
Niesamowity jest brak reakcji na tę bezczelność. Myślę, że akurat w tej kwestii nie trzeba rozpisywać referendum – zaznaczył poseł PiS.
– To jest sprawa, w której prezydent Polski powinien zająć jasne stanowisko. (…) To objaw skrajnej korupcji nie tylko moralnej, ale wprost finansowej. Za obce pieniądze (Rafał Trzaskowski) chce, aby jego partia objęła władzę. Na dodatek grozi Polakom, że tak właśnie będzie. Traktuje to jako narzędzie szantażu – zaznaczył.
– Moim zdaniem taka postawa powinna stać się przedmiotem postępowania karnego. To jest zdrada dyplomatyczna. O tym mówi artykuł Kodeksu karnego. Na co czeka prokuratura? Na co czekają ludzie, którzy reprezentują majestat Rzeczpospolitej? To są momenty kluczowe, kiedy historia mówi „sprawdzam”. Wtedy trzeba być na miejscu – akcentował Antoni Macierewicz.
Info za Radiem Maryja.

Międzynarodówka liberalna

Kiedy pochodzący z Niemiec komisarz europejski Oettinger powiedział, że rynki finansowe nauczą Włochów jak mają głosować, to po krótkim czasie po tej wypowiedzi przepraszał. Mam wrażenie, że Rafał Trzaskowski czuje się członkiem międzynarodówki liberalnej i międzynarodówka, jego zdaniem, będzie tak ustawiała strumienie finansów, by w Polsce rządzili ci, którzy z punktu widzenia części establishmentu unijnego mają rządzić – powiedział prof. Andrzej Zybertowicz w programie Woronicza 17 na antenie TVP Info.
Prezydencki doradca odnosił się do wypowiedzi Rafała Trzaskowskiego, który opowiadał o ewentualnym zamrożeniu funduszy unijnych dla Polski.
Być może jest to nieoficjalna polityka – będziemy rękami opozycji totalnej przyduszali Polskę tak długo aż Polacy będą głosowali zgodnie z wytycznymi Brukseli – stwierdził Zybertowicz.
Info za wPolityce.pl.

Co z tymi aktami?

Wojskowe Biuro Historyczne ustaliło, że od roku 2000 zniszczono kilkadziesiąt tysięcy akt tajnych służb PRL. Ostatnie zostały zniszczone w 2009 roku, gdy na czele Ministerstwa Obrony Narodowej stał Bogdan Klich. – Jestem przekonany, że sprawa zostanie pieczołowicie zbadana, gdyż wszystko wskazuje na to, że doszło do przestępstwa – skomentował minister Mariusz Błaszczak.
Materiał na temat odkrycia Wojskowego Biura Historycznego pojawił się w „Wiadomościach” TVP.