Bigos tygodniowy

Pod hasłem „Miej w opiece naród cały” i rysunkiem pięści owiniętej różańcem jak kastetem przewalił się przez Warszawę tzw. „Marsz Niepodległości”. Dymu, huku i nienawiści było w bród. Brany za Marszałka Seniora Macierewicz Antoni wygłosił w Sejmie buńczuczne przemówienie kleronacjonalistyczne w stylu iście ONR-owskim z 1934 roku. Słodko za to, jak gołąbek pokoju pitolił Duda Andrzej, Pierwszy Ministrant Rzeczypospolitej, który podobno chce wszystkich godzić, od prawa do lewa. Dzień wcześniej Pierwszy Ministrant Rzeczypospolitej cytował piosenkę „Ja to mam szczęście, że w tym momencie, żyć mi przyszło w kraju nad Wisłą”. Szkoda że nikt Pierwszemu Ministrantowi nie podpowiedział, że wymowa tej piosenki była ironiczna. Poza tym, nie przesadzajmy, nie bądźmy dziećmi, bo czy to takie nadzwyczajne szczęście żyć w tym smogu i smrodzie kleronacjonalistycznym, pośród kierowców-zabójców szalejących na pasach dla pieszych i z tymi notorycznie spóźniającymi się pociągami, że wymienię tylko niektóre z plag polskich? Znam kilka bardziej rozkosznych miejsc do życia. Jednak Pierwszy Ministrant RP tą atrapą prezydentury naprawdę euforycznie się cieszy, i dlatego spogląda na świat przez różowe okulary.

Tomasz Grodzki z Koalicji Obywatelskiej został Marszałkiem Senatu, co oznacza, że Izba Refleksji, póki co, nie wpadnie w łapy PiS. Towarzyszyły mi idiotycznie sprzeczne uczucia. Personalnie profesor Grodzki to człowiek godny szacunku, ale jeszcze kilka lat temu nawet przez myśl by mi przeszło, by odczuwać satysfakcję z powodu wygranej jego partii. Jednak po czterech latach pisowskich orgii satanistycznych „ja to się cieszę się byle czym” i odczuwam jakby kamień spadł mi z serca, gdy sukces odniosła opozycja na czele z partią, na którą nigdy nie głosowałem. Po ciężkich frustracjach człowiek jednak spuszcza z tonu i redukuje ambicje. Moim zdaniem ta krucha wygrana opozycji w Senacie ma walor przede wszystkim psychologiczny, bo pokazuje, że PiS jednak nie jest całkowicie teflonowe, a poza tym może być oznaką pierwszych zarysowań na pisowskiej machinie. Nie mogę też nie odnotować radości z frustracji, jaką muszą czuć pisiory i reszta prawactwa wobec faktu, że Włodzimierz Czarzasty został wicemarszałkiem Sejmu. A zacnego profesora Grodzkiego, któremu uczciwość bije z oczu, szanowanego lekarza ze Szczecina propaganda PiS próbuje zrobić złodzieja i łapówkarza. Klasyka.

Kwestia przekroczenia trzydziestokrotności składek ZUS, zamiar przeznaczenia pieniędzy z Funduszu Solidarności przeznaczonego na potrzeby osób niepełnosprawnych, bunt fiskalny Porozumienia Gowina, a także o czym się nie mówi, narastające problemy finansowe TVPiS, wyrażające się m.in. w opóźnieniach wypłat dla pracowników tej firmy – to kompromitacja pisowskiego, kłamliwego, propagandowego hasełka o „zrównoważonym budżecie”, rozdętych, nierealnych pisowskich obietnic socjalnych i początek symptomów kryzysu finansów państwa.

Inny kłopot PiS to bunt w Trybunale Konstytucyjnym. Kolejny pisowski nominat, sędzia Wyrębak Jarosław zbuntował się przeciw sposobowi administrowania TK przez Przyłębską Julię. Szarogęsi się tam ona, arbitralnie wyznacza składy i blokuje rozpatrywanie wniosków. Co prawda zbuntowany sędzia szumi z pozycji radykalnie prawackich, przeciw blokowaniu wniosku o zakazanie aborcji eugenicznej, złożony przez ultrasów pisowskich, ale fakt jest faktem, ze to kłopot dla Przewodniczącego Mało. A miało być tak, dobrze, a mianowańcy na krótkiej smyczy, Plany planami, a życie jest brutalne pełne niebezpiecznych zasadzek.

W najgorszych chyba snach Przewodniczący Mało nie przeżył sytuacji, w której w imię pozyskania Lewicy do niektórych poparcia, PiS zdecydowało się oddać Sejmową Komisję Rodziny straszliwej lewaczce Magdalenie Biejat, zwolenniczce najbardziej szatańskich praw, w tym prawa kobiet do aborcji na życzenie do 12 tygodnia ciąży. Macierewicz Antoni z tego powodu stanął już dęba, jak stary koń, i żąda wyjaśnień, kto w PiS jest winien tej zbrodni.

W Krakowie małopolska kuratorka Nowak Barbara skierowała do uczniów internetową ankietę polegającą na bezczelnym nakłanianiu do personalnego donoszenia na nauczycieli. Młodzież, jak to młodzież, kablowania na ogół nie lubi, a do tego, jako młodzież dzisiejsza w internecie jest biegła od kolebki, więc ankietkę-donos zhakowała. Nowak Barbara zjeżyła się na to i chce karać to hakerstwo.

Klaudia Jachira została brutalnie i chamsko zaatakowana przez pewnego osobnika, gdy jechała pociągiem z Wrocławia do Warszawy na obrady Sejmu. Uważaj, Klaudio, budzisz straszliwą, dziką, niepohamowaną nienawiść wszelkiego prawackiego podlectwa, Osobnik, który Cię zaatakował poprzestał na słowach, ale doświadczenie nas uczy, że od czasu do czasu znajdują się wśród NICH tacy, którzy przechodzą od słów do czynów. Poeta pisał kiedyś, że „krzyż mieli na piersi a browning w kieszeni”.

Przewodniczący Mało utrudnia mi integralną niechęć do niego przez swoją sympatię do zwierząt, tym bardziej po geście jaki uczynił na prośbę posłanki Katarzyny Piekarskiej – zapisał się do poselskiego koła przyjaciół zwierząt. Miłe to, ale niestety nie dał należytego odporu legalnym mordercom zwierząt spod znaku „łowiectwa” i sadystom-hodowcom „futerek”.

Radna Warszawy Agata Diduszko-Zyglewska dawno już złożyła wniosek o pozbawienie biskupów Głodzia i Hosera tytułu Honorowego Obywatela Warszawy. Jednak Platforma Obywatelska od wielu miesięcy zwleka z rozpatrzeniem wniosku. Cała Platforma, cała ona ze swoim oportunizmem i asekuranctwem.

Poczułem się niemal geniuszem prawniczym. Sam, samiuśki, z samego brzmienia artykułu konstytucyjnego osobiście wykoncypowałem to, co, ku mej nieogarnionej dumie, swoimi autorytetami naukowymi potwierdzają profesorowie Ewa Łętowska i Tadeusz Iwiński. Otóż art.18 Konstytucji na który z uporem godnym lepszej sprawy powołuje się PiS w walce z dążeniami do wprowadzenia ustawy o związkach partnerskich. Otóż jak oboje zgodnie stwierdzają, że zawarte w artykule sformułowanie, że „małżeństwo jako związek kobiety i mężczyzny (…) znajduje się pod ochroną i opieką Rzeczypospolitej Polskiej”, to nie definicja małżeństwa, tylko konstatacja tego, iż taki związek jest preferowany przez władze. Logika nakazuje wnioskować, że fakt iż cos jest preferowane nie oznacza zakazu praktykowania czegoś, co nie jest wprost zakazane, a więc n.p. związku partnerskiego jednopłciowego.

Tymczasem w Sejmie 361 posłów dodało do roty przysięgi poselskiej słowa „Tak mi dopomóż Bóg”, z czego wynikałoby, że blisko stu posłów nie zwracało się o pomoc do boga. Skrzętni rachmistrze policzyli, że od 1989 roku ta ostatnia liczba rośnie.

TSUE wydał w sprawie KRS wyrok, który na pierwszy rzut oka wygląda na salomonowy. Po części w obronie praworządności w Polsce, ale po części taki, by nie stawiać PiS pod ścianą. Mimo to PiS nie jest zadowolony i chce badać wyrok przed „trybunałem” Przyłębskiej.

Morawiecki Mateusz wygłosił stek buńczucznych, ideologicznych frazesów zwany exposé nowego rządu. Nie wierzę ani jednemu słowu tego notorycznego (wyroki sądowe) kłamczucha i fantasty. Ten człowiek w życiu słowa prawdy nie powiedział.20

Macierewicz w szczytowej formie

Wyznaczenie przez prezydenta Dudę (choć zapewne stał za tym prezes PiS) Antoniego Macierewicza na Marszałka-Seniora Sejmu IX kadencji było sprytnym, a nawet nieco przewrotnym zabiegiem.

PAD, który de facto już prowadzi swą kampanię wyborczą, potrzebuje do zwycięstwa poparcia szerszego elektoratu aniżeli tylko prawicowy. Stąd na tle takiego polityka,jak były szef MON-radykalnego w swych poglądach, zwolennika szeregu teorii spiskowych itd. Andrzej Duda zaprezentował się w Sejmie jako „baranek” i zwolennik zasypywania głębokich podziałów politycznych. Niejeden mógł zapomnieć,iż firmował on ustawy jawnie naruszające Konstytucję RP, zwłaszcza dotyczące tzw. reformowania wymiaru sprawiedliwości. Naruszały one także standardy Rady Europy i Unii Europejskiej,co wkrótce ma potwierdzić luksemburski Trybunał Sprawiedliwości.

Macierewicz natomiast mnie NIE zawiódł.

Krótki wątek osobisty. Poznałem go przed wielu laty na seminariach dotyczących Ameryki Łacińskiej w Instytucie Historii PAN (na warszawskim Rynku Starego Miasta),na seminariach wybitnego historyka prof. Tadeusza Łepkowskiego (ojca znanej scenarzystki telewizyjnej). Pan Antoni, który miał już za sobą piękną kartę działalności w KOR-ze, zajmował się głównie Indianami z regionu andyjskiego ,zwłaszcza Keczua (stąd uczył się też ich języka). Nie znam szczegółów,ale bodaj uniemożliwiono mu otwarcie przewodu doktorskiego i (chyba) wyjazd na stypendium zagraniczne, co nie było oczywiście właściwie.

Po latach spotkaliśmy się w I kadencji demokratycznie wybranego Sejmu (1991-93), gdzie jako minister spraw wewnętrznych realizował kontrowersyjną i przygotowaną na łapu capu (m.in. z pomocą Janusza Korwina-Mikke) pierwszą uchwałę ws. tzw. dekomunizacji. Jej ofiarą stali się m.in. Lech Wałęsa i szef ówczesnej formacji Macierewicza (Akcji Katolickiej) ówczesny Marszałek Wiesław Chrzanowski.

Jako Marszałek-Senior Sejmu wytoczył najcięższe armaty.

Nie zachował się tak godnie, jak np. pełniący tę samą funkcję przed laty Aleksander Małachowski (broniący m.in. Józefa Oleksego niesłusznie pomawianego o szpiegostwo), czy przed czterema laty Kornel Morawiecki, były szef Solidarności Walczącej – spokojnie przedstawiający swe wątpliwości prawne. Macierewicz, który nie powitał ani jedynego dwukadencyjnego prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego ani Rzecznika Praw Obywatelskich walił niemal na ślepo.

Zaatakował nade wszystko formułę Okrągłego Stołu, obrady którego (luty-kwiecień 1989r.),toczone między władzą i opozycją,przy udziale obserwatorów ze strony Kościoła, były ewenementem w skali nie tylko europejskiej oraz wkrótce potem (czerwiec tegoż roku) doprowadziły do częściowo wolnych wyborów. W mniemaniu byłego szefa MON (który nota bene rozwalił wojskowe służby specjalne,nie potrafił porządnie zreformować polskiej armii i tworzył kolejne kuriozalne spiskowe teorie zamachowe mające wyjaśnić katastrofę smoleńską) w Polsce nadal działa aktywnie agentura (sowiecka?) w administracji państwowej i w innych strukturach.

Główne zadanie Sejmu miałoby polegać na „zerwaniu z dziedzictwem komunistycznym”, na walce z gender i neomarksizmem?!

Szczególnie haniebne były słowa Macierewicza odnoszące się do gen. Jaruzelskiego i Wojska Polskiego. Ogłoszenie stanu wojennego (w ówcześnie obowiązującej konstytucji nie istniała kategoria „stan wyjątkowy”) było bowiem „mniejszym złem” – to pojęcie ukuł 500 lat temu Niccolo Machiavelli – niż np. dramatyczne skutki wkroczenia do naszego kraju jednostek Układu Warszawskiego. Wojsko Polskie przecież by wtedy walczyło (inaczej aniżeli było to na Węgrzech czy w Czechosłowacji), zaś liczba ofiar byłaby ogromna. Jaruzelski wziął na siebie wielką odpowiedzialność, przy czym szereg razy przepraszał za tę decyzję.Określanie zaś polskiej armii z tamtego czasu jako części radzieckich sił okupacyjnych,a jej dowódców jako „grupy przestępczej” nie zasługuje nawet na polemikę.

Antoni Macierewicz powoływał się też na Konstytucję RP, choć PiS wielokrotnie ją łamał i jeszcze częściej falandyzował.

Przywoływał m.in. jej art. 18,popełniając przy tym dość często spotykany błąd. Otóż, na co wiele razy zwracała uwagę prof. Łętowska, zawarte w nim sformułowanie, iż „małżeństwo jako związek kobiety i mężczyzny (…) znajduje się pod ochroną i opieką Rzeczypospolitej Polskiej” to nie definicja małżeństwa, tylko konstatacja tego, iż taki związek jest preferowany przez władze.
Przesadne są opinie, iż poseł Macierewicz swym wystąpieniem obniżył szanse obecnego prezydenta na reelekcję. Raz jeszcze widać tylko,iż ten polityk przez pół wieku działalności publicznej nie zmienił ani na jotę swych skrajnie prawicowych, często kuriozalnych, poglądów.

Gambit prezydencki

Patrzę na tę szamotaninę i zastanawiam się: po co? Czy nie szkoda na nią nerwów? Od razu odpowiadam: szkoda, nie warto, nie ma sensu, a dlaczego, o tym w dwóch słowach poniżej.

Parę dni temu prezydencki minister od mediów, Spychalski, wyszedł przed pałac i ogłosił; swoją drogą, pamiętam gdy Spychalski odbierał nominację na rzecznika prezydenta; wyglądał wtedy jak licealista; dziś przybyło nam obywatela, zasiał się zarost, także rzecznikowanie mu służy. Ten ci Spychalski, rzecznik prezydenta, ogłosił, że marszałkiem seniorem na pierwszym posiedzeniu Sejmu zostanie Antoni Macierewicz, bo tak zdecydował jego szef z pałacu za jego plecami. Wcześniej musiał Spychalski odszczekać, to co bez konsultacji z szefem wymyślił, a co było nie po drodze z pomysłem Dudy Andrzeja, choć jak najbardziej po drodze z dotychczasową praktyką-że marszałkiem seniorem zostaje najstarszy wiekiem poseł. Lub posłanka. I metryka wskazywała tu na panią Śledzińską-Katarasińską z PO. Prezydent jednak miał inne zdanie. Bo zagrała opozycyjna karta ministra Macierewicza, jego liczne przymioty oraz głęboki patriotyzm i umiłowanie ojczyzny. Czy coś równie podobnego, na tym samy stopniu ogólności. Od razu pojawili się krytycy pomysłu. Padły argumenty o psuciu demokratycznych standardów, tak jakby przez ostatnie lata mało napsuto w tym temacie. Że Macierewicz, to polityk kontrowersyjny, i nie godzi się, żeby go tak nobilitować. To akurat wszystko prawda.

Zastanawiam się jednakowoż, po co bić pianę o laskę dla Antonioniego, skoro starszy pan pierwszego dnia ją sobie potrzyma, a później od razu zwróci. Nie jest najmłodszy, więc niech tam ma na odchodne od życia trochę splendoru, za którym pędzi, niczym ułan.

Symbole i zabawa nimi to najbardziej umiłowane poletko uprawne PiS-u. Cła ich polityka: od monetarnej po kulturalną, ma swój prapoczątek w symbolice-jak większość religii. Od „Winkelrieda narodów” po smoleńską mgłę. Nie ma sensu tłumaczyć bezsensowności tego kultu komuś, kto nie zna innej, niż ta, jedyna-właściwa, optyki. To jak rozmowa o kolorach z ociemniałym. Lepiej odpuścić sobie pomstowanie na Macierewicza na fotelu marszałka, bo sprawa jest beznadziejna, a pacjent nieuleczalny. Tak jak nie odwodzimy każdego, kto chce przekroczyć mury świątyni, od wiary w osobowego Boga i jego sens, takoż zaprzestać należy symbolicznych utarczek z PiS-em, bo dla nich Polska i polityka to jeden wielki symbol, do którego się modlą, za który przebłagują i na końcu zginą, chociaż bóstwo jest w środku puste, niczym cementowy Chrystus w Świebodzinie. Dużo większe niebezpieczeństwo czyha gdzie indziej. Nie daleko od Sejmu.

To, że towarzystwo sadza na pierwszym posiedzeniu Macierewicza na fotelu marszałka to nic przy tym, kogo nominuje do Sądu Najwyższego. Macierewicz przez jeden dzień, nawet gdyby bardzo się starał, nie rozpędzi armii ani nie zdekonspiruje agentów. Krystyna Pawłowicz i Stanisław Piotrowicz w SN przez kilka lat mogą jednak na trwałe popsuć jakość legislatury w Polsce, bo to ludzie, którzy wielokrotnie pokazali, gdzie mają poszanowanie dla prawa i obyczaju. I takie persony, najlepsze córy i synowie PiS-u, idą do Sądu Najwyższego. Będą współdecydować o kasacjach, o wynikach wyborów. A będą to robić ku uciesze tzw. twardego jądra partii, bo już dziś w badaniach wychodzi, że to właśnie ono, najbardziej prawi z prawych, religijni ortodoksi, cieszy się z decyzji o ich nominacji najmocniej. Pawłowicz i Piotrowicz w Sądzi Najwyższym i Macierewicz jako marszałek senior to ruchy dokładnie na tej samej szachownicy. Ukłon w stronę dawnego „zakonu” z PC. Nie bez znaczenia przed wyborami prezydenckimi. Zarówno więc partyjne jak i prezydenckie środowisko gra dokładnie tę samą partię. Jedni białymi, drudzy czarnymi. Na koniec i tak wszystko się wymiesza i nikt nie będzie już wiedział, kto jest kim.
[patronite]

Bigos tygodniowy

Wygląda na to, że burdelik na godziny w kamienicy Banasia i jego chachmęty podatkowe to małe piwo w porównaniu z nowymi rewelacjami. W więzieniu siedzi już niejaki Arkadiusz T., szef mafii vatowskiej, jeden z najbliższych współpracowników Banasia w ministerstwie finansów. Walki mafii vatowskich w PiS? Tym samym PiS , które chełpi się walką a mafiami vatowskimi traci w tym względzie cnotę. Do tego media doniosły, że ów „akowiec”, który miał podarować kamienicę Banasiowi, to nie był żaden „akowiec”, tylko jakiś przebieraniec, szemrany typ, bandzior i mitoman, którego nie ma na liście Światowego Związku Żołnierzy AK. Może wyczuł, że Banaś to „jego krew” i dlatego tak hojnie go obdarował.

Prokuratura nie podejmie śledztwa w sprawie udziału Przewodniczącego Mało w aferze niedoszłych wież Srebrnej. To było do przewidzenia. Przecież to prokuratura samego Przewodniczącego Mało.

Jakieś – pożal się boże – Towarzystwo Patriotyczne im. Jana Olszewskiego (pseudonim „Śpioch”) skierowało do Sądu Najwyższego wniosek o unieważnienie głosów oddanych na SLD-Lewicę pod pretekstem, że wychwala ona tradycje totalitarne. Niech się w dupę pocałuje pożal się boże Towarzystwo Patriotyczne im. Jana Olszewskiego.

Radni Białegostoku odebrali bandycie i ludobójcy „Łupaszce”-Szendzielarzowi patronat ulicy w tym mieście. „Wyklęty” ponownie?

Państwowa Komisja Wyborcza odrzuciła pierwsze protesty wyborcze PiS i żądanie ponownego przeliczenia wyniku w jakim kandydatka Lewicy SLD do Senatu Gabriela Morawska-Stanecka do Senatu wygrała z pisiorem Ryszką Czesławem.

„Z rąk takiego prezydenta to ani wdzięczność ani honor” – oto reakcja jednego z czytelników pisarza Marka Krajewskiego (tego od Mocka i Breslau), który przyjął medal od Dudy. Święte słowa. Problem tylko w tym, że jak na razie opozycja nie ogłosiła kandydata, który tę marionetkę Przewodniczącego Mało mógłby posłać do narożnika.

Nawet TVPiS nie dała rady tolerować chamstwa chama nad chamy, pożal się boże satyryka Pietrzaka Jana, który nazwał Klaudię Jachirę „wynajętą zdzirą” i zakazało mu występów w programie niejakiego Rachonia Michała, jednego z pierwszych propagandystów PiS. Ja zaś żałuję, że Klaudia nie startowała z listy Lewicy, a nie podoba mi się to, że pytani o nią niektórzy politycy Lewicy dystansują się od jej form ekspresji. Ludzie Kochane! A cóż takiego strasznego robi Jachira, poza tym, że i tak łagodnie i dowcipnie nabija się z pisiorskiego i klerykalnego tałatajstwa? Że wystąpiła z hasłem: „Bób, Hummus i Włoszczyzna”? Ja też noszę koszulkę z takim napisem.

Ale i tak nad „Kurą” podobno ciemne chmury, Chodzi o to, że aby Duda mógł wygrać wybory prezydenckie, musi zjednać sobie tzw. umiarkowany elektorat, a z taką paździerzową propagandą jak w TVPiS „Kury” to nie da rady tego dokonać. Kaczor może niby kazać „Kurze” wyluzować, wyciszyć gruczoły agresji, bulterierskie odruchy chwytne, ale nawyki „Kury” są silniejsze od niego. On inaczej nie potrafi. Może więc Kaczor sięgnie po Czabańskiego, medialnego „gołębia” pisowskiego, który uspokoi przekaz i uczyni go bardziej cywilizowanym? Ale co wtedy z Holecką, Rachoniem, Klarenbachem, Adamczykiem et consortes? Czy oni nagle mają zmienić ton i przeobrazić się w dziennikarzy w stylu BBC? Przecież to są propagandyści, a nie aktorzy i nie potrafią zagrać wszystkiego, ani zmienić się z dnia na dzień o 180 stopni. Nawiasem mówiąc: te prawolskie umizgi Dudy w Telewizji Trwam wykluczają zyskanie przez niego centrowego elektoratu.

Wtargnięcie policji na salę sądową w Poznaniu i próba wylegitymowania sędzi, to rezultat dwóch przyczyn. Po pierwsze, kilkuletniego szczucia na sądy, które ci stójkowi potraktowali nazbyt dosłownie i z którego wywnioskowali, że sędziowie to okropne chmyzy, których trzeba legitymować przy każdej nadarzającej się okazji. Po drugie, policjanci rekrutują się bardzo często z tej części małomiasteczkowych i wiejskich środowisk, które sympatyzują z PiS i radiomaryjnymi. Po trzecie, to także skutek koszmarnej ignorancji, nie tylko prawniczej, młodych policjantów, z którą nikt w policji nie próbuje się zmierzyć, a to w końcu są jednak jak by nie było, stróże prawa.

W miniony poniedziałek od rana TVPiS z uporem godnym lepszej sprawy grzała sprawę „aresztowania przez ABW rosyjskiego szpiega”. Chyba nie mają już czym innym się pochwalić, skoro grzeją taką marginalną sprawę. Nawet najgłupszy wyborca PiS wie, że w każdym kraju działa wielu agentów innych krajów i wzajemnie, że to rutyna i że nawet zatrzymanie co jakiś czas jakiegoś wywiadowcy, to nic nadzwyczajnego. Tymczasem propagandziści pisowscy z Woronicza i placu Powstańców Warszawy grzeją temat tak, jakby wojska Błaszczaka i Macierewicza nagłym i błyskawicznym rajdem na Rosję zajęły Moskwę. Co, brakuję już pieniędzy do rozdawania i trzeba elektoratowi zapchać gębę patriotycznym wzmożeniem?

Wygląda na to, że pisiory wzięły sobie do serca głośne tuż po wyborach „wyznanie wiary” Jakiego Patryka, który ubolewał, że prawica zajęła defensywną pozycję wobec „wrogiej socjalizacji społeczeństwa” i ustępuje przed „ofensywą lewactwa”. Niedługo potem prokuratura podjęła postępowanie przeciwko Szymonowi Niemcowi za parodię mszy na Marszu Równości, a Czarnek Przemysław, wojewoda lubelski, najbardziej zideologizowany z przedstawicieli tego urzędu, który został posłem PiS, skierował do prokuratury sprawę przeciwko doktorowi Tomaszowi Kitlińskiemu z UMCS w Lublinie za to, że go krytykował za szowinistyczne, homofoniczne i antykobiece wypowiedzi. Można się spodziewać teraz wysypu takich posunięć, bo także m.in. Citko Marek, piłkarz-dewot nawoływał w TVPiS u Rachonia do „karania tych, którzy obrażają uczucia religijne”.

Podobno waży się, czy powstanie jednolity klub Lewicy w Sejmie. Jako wyborca lewicy oczekuję tego od kolegów Czarzastego, Biedronia i Zandberga, bo ponowne podzielenie się po wyborach, to droga donikąd, ponownej marginalizacji lewicy, a nie droga wzrostu.

PS. Osoby nieironiczne informujemy, że „Bigos tygodniowy” ma charakter satyryczny. Redakcja

Flaczki tygodnia

Program „Bóg. Honor. Ojczyzna. Wypierdalać + ” zaprezentowany w Białymstoku przez narodowo- katolickie elity PiS i kościoła katolickiego wzbudzi społeczne emocje.
Nie tylko w środowisku LGBT, które już zostało wyznaczone przez elity PiS i polskiego kościoła kat. do roli „żydów”, czyli aktualnych wrogów narodowo- katolickiego narodu polskiego.
Program „B.H.O. Wypierdalać + ” może być rozszerzony i dotyczyć każdych środowisk i grup społecznych, które zaczną się upominać o swe prawa. Albo zostaną wyznaczone przez narodowo- katolickich prominentów do roli wrogich „czarownic”.
Z programu „Wypierdalać + ” mogą skorzystać też niezadowoleni nauczyciele, protestujący niepełnosprawni, lekarze, przeciwnicy energetyki opartej na węglu kamiennym, i zawsze, „postkomuna”.
Wszystkimi nimi PiS będzie mógł ten przysłowiowy „ciemny lud” straszyć. Aby skołowany i zlękniony zagłosował na „Wypierdalać + ”, czyli narodowo- katolickie elity PiS.

Ech ten Antoni! Szatan, nie kogut.

Tyle się pan prezes Kaczyński namęczył. Wstał tak wcześnie rano, żeby na czas dojechać w piotrkowskie, do tej Miedznej Murowanej.
Tam postawili go przed frontonem kobiet miejscowych przebranych za gospodynie ludowe. Wszystkie w tęczowe sukienki, jakby to jakaś Parada Równości była, albo jeszcze gorsze LGBT !
Potem musiał nie tylko stać, ale też przemawiać. Pierdoły popychać, że polska tradycja ze wsi wyrasta, a wieś z polskiej tradycji. Zamówione u pijarowcow hasło „Dobry czas” bezmyślnie powtarzać, podobnie jak drugie: „To spotkanie poświęcone rozrywce i zabawie”.
Ale jakże się tu bawić, kiedy człowiek musiał tak wcześnie rano wstać, taki kawał drogi jechać i potem tylko takie banały prawić.

A pan minister Antoni Macierewicz od razu poczuł w Murowanej reaktywację. Z cudownym obrazem Matki Boskiej Piotrkowskiej, patronki i hetmanki tęczowych gospodyń wiejskich, stale biegał. Pod nos ten obraz panu prezesowi podstawiał. Okrzyki wznosił i intonować.
A potem hajda! Każdą przebraną na ludowo obtańcowywał. Dziarsko, z przytupem, piruetem. Na koniec wielkiego węża poprowadził jakby zawodowym wodzirejem, takim PiS Danielakiem, był.
Tańcem i obrazem pokazał, że pan prezes rządzi u sobie na Nowogrodzkiej. Ale piotrkowski okręg wyborczy na wieki, wieków amen, pana Antoniego jest. I wara innym od Piotrkowa Tryb. Tam pana Macierewicza do Sejmy znowu wybiorą. A on znów będzie całym PiS-em wodził.

Jeśli chcecie się przelecieć za darmo rządowym samolotem razem z panem marszałkiem Kuchcińskim to zadzwońcie pod ten numer:
DYREKTOR CENTRUM INFORMACYJNEGO SEJMU
Andrzej Grzegrzółka
Sekretariat: tel. 22 694 22 15, faks 22 694 14 46

Pan marszałek Marek Kuchciński został przyłapany i skrytykowany przez media. Bo używał państwowego samolotu do prywatnych lotów.
Skrytykowano go nie dlatego, że latał sobie z nieletnimi prostytutkami, tak tym razem nie było. Latał ze swoją rodziną. Ale czynił to za pieniądze podatników, czyli nasze.
Pan Marek Kuchciński jako marszałek Sejmu RP ma prawo do bezpłatnych, służbowych lotów. Ale jego małżonka, nawet ta uświęcona sakramentem małżeńskim, i jego legalne dzieci takich praw już nie mają. Dlatego powstał problem. Prawny i moralny.

Początkowo przyłapany na przemycani swej rodziny do samolotu pan marszałek robił to, co jego inni koledzy z elit narodowo-katolickich zwykle czynią. Kłamał. Kłamał, że latał wyłącznie w celach służbowych.
Ale nawet w IV Rzeczpospolitej takie kłamstwo ma krótkie nogi.
Dziennikarze „Gazety Wyborczej” i „Faktu” ustalili, że te liczne i kosztowne dla podatników loty nie były służbowymi. Ani dla pana marszałka, ani dla jego rodziny.

Wtedy pan marszałek zmienił zeznania. Ogłosił, że owszem latał, ale tylko dlatego, że piloci rządowych samolotów muszą się wylatać. Wykonać cotygodniową normę lotów. On im tylko w tym procederze pomagał. Rodzina zaś latała z nim dla towarzystwa. Nie płaciła za tamte loty, bo przecież „samolot i tam musiał latać”.

Zatem jeśli ktoś z Was lub waszych znajomych chciałby się przelecieć samolotem wraz z panem marszałkiem Kuchcińskim za darmo, bo przecież samolot musi swoje wylatać, to dzwońcie albo faksujcie do Centrum Informacyjnego Sejmu.
Tam mają grafik najbliższych lotów pana marszałka i jego rodziny.
Dopiszą was do lotu, bo miejsc w samolocie zawsze jest tak dużo, że nawet cała rodzina pana marszałka nie była w stanie ich zająć.

Bezpłatne loty rodziny pana marszałka Kuchcińskiego nie spodobały się jednak jego zawistnym kolegom w PiS.
Donieśli zapewne o tym do ucha pana prezesa Kaczyńskiego. Ten nakazał sprawę wyciszyć.
I aby uspokoić sumienia tegoż przysłowiowego „ciemnego ludu”, pan marszałek Kuchciński został zobligowany do spontanicznego wpłacenia kosztów przelotu „na cel charytatywny”. Czyli na Caritas. Czyli na kościół kat.

Koszty przynajmniej sześciu lotów na trasie Warszawa- Przemysł całej swej rodziny pan marszałek Kuchciński wycenił na ponad pięćset złotych. Czyli jedną wypłatę z programu 500+. W ten sposób podatnicy i tak zapłacą za loty rodziny pana marszałka.

Ale wpłacone na „cele charytatywne”, czyli na Caritas, pieniądze pan marszałek Kuchciński będzie mógł odliczyć sobie od podatku. Czyli znowu podatnicy zapłacą za charytatywność pana marszałka.

Zauważcie, że zawsze kiedy elity PiS nakradną się z budżetu państwa i zostaną na tym przyłapani, to aby zamydlić oczy swym wyborców ogłaszają, że zwrócą te pieniądze przez wpłaty na Caritas. Nie dodają, że potem odliczą je sobie od podatku.
Zauważcie też, że tym sposobem świetność finansowa Caritasu uzależniona jest od złodziejstwa elit PiS. Im więcej taki „dobrowolnych” wpłat, tym większa kasa płynie dla Caritasu.
Nic zatem dziwnego, że elity PiS mają takie wielkie poparcie polskiego kościoła katolickiego.
Nic też dziwnego, że polski kościół katolicki nie przemęcza się aby takie i inne złodziejstwa w PiS potępiać. Nie podcina się szmalociągu.

Nowej szefowej Komisji Europejskiej Ursuli von der Leyen zaproponowano kandydaturę prezydenckiego ministra pana Krzysztofa Szczerskiego na ważnego komisarza w Unii Europejskiej. Ponieważ publicznie zachwalał jego zalety pan premier Morawiecki, człowiek powszechnie znany z nieszczerych wypowiedzi, to szanse pana Szczerskiego na prestiżowa komisję radykalnie zmalały.

Czarne charaktery – każdy jest inny

Z JANUSZEM CHABIOREM rozmawia Krzysztof Lubczyński

Niebawem widzowie zobaczą Pana w roli Antoniego Macierewicza w zalotach w filmie Patryka Vegi „Polityka”. Będzie się działo?
Gwoli dokładności – postać, którą gram jest tylko łudząco podobna do tej postaci, którą pan wymienił…
Rozumiem. Zanim trafił Pan do filmu, a także do warszawskiego Teatru Rozmaitości, przez lata związany był Pan z Teatrem Dramatycznym w Legnicy i Jackiem Głombem. Co Panu dał ten czas?
To było intensywne szesnaście lat, jak na poligonie, bo pracowaliśmy często siedem dni w tygodniu, w teatralnej komunie. Przygotowywaliśmy po sześć-siedem premier w roku i praktycznie nie wychodziliśmy z teatru. Te lata w dużej mierze ukształtowały mnie artystycznie i życiowo.
Co było marką legnickiego teatru?
Między innymi rzadko wtedy praktykowane wychodzenie w przestrzeń pozateatralną, do hal fabrycznych, ruin, zamków i tym podobnych obiektów. Dziś ta formuła jest już nieco spowszedniała, ale wtedy była w naszych warunkach naprawdę nowatorska, odkrywcza.
Wziął Pan udział w głośnym przedstawieniu „Ballada o Zakaczawiu” w reżyserii Jacka Głomba, które otworzyło teatrowi legnickiemu drogę do publiczności ogólnopolskiej…
Tak, a następnie zostało to utrwalone „Obywatelem M – historyją” w reżyserii Jacka, a także „Made in Poland” Przemysława Wojcieszka, gdzie zagrałem rolę Wiktora i które to przedstawienia uważam za najciekawsze moje jak do tej pory doświadczenia i dokonania teatralne.
Należy Pan do aktorów, którzy nie przeszli przez szkołę teatralną, lecz do tych, którzy weszli do aktorstwa niejako z marszu, dopełniwszy to później zdaniem egzaminu eksternistycznego. Czy to ma Pana zdaniem jakieś istotne znaczenie?
Chcę zwrócić uwagę na to, że pokolenie aktorów, które weszło do zawodu, do teatrów, do kina i telewizji wkrótce po wojnie, a następnie było w nim obecne przez dziesięciolecia, składało się głównie z ludzi, którzy nie mieli za sobą żadnej szkoły teatralnej, a już zwłaszcza wyższe, co najwyżej jakieś przyteatralne studia zawodowe. Nie przeszkodziło im to przez dziesięciolecia pełnoprawnie istnieć w zawodzie i stworzyć niezapomniane kreacje. Dopiero następna generacja, roczniki urodzone około 1930 roku, poszły do szkół aktorskich Krakowa, Warszawy czy Łodzi. Ja też szkoły aktorskiej nie ukończyłem, wszedłem do zawodu poprzez zdanie egzaminu eksternistycznego, ale zupełnie mi to nie przeszkadza. Współpraca przez lata z twórczymi reżyserami, branie udziału w ciekawych przedsięwzięciach jest bardzo dobrą szkołą zawodu. Jeśli ma się talent aktorski, można obejść się bez szkoły teatralnej, a jeśli się nie ma, żadna szkoła nie pomoże.
Podziwiałem Pana kunszt aktorski w roli funkcjonariusza SB, kapitana Sochy w filmie „Hans Kloss. Stawka większa niż śmierć”. Z niezwykłą precyzją i trafnością w użyciu środków zagrał Pan esbeka osadzonego w środowisku kolorowej, hipisującej młodzieży lat siedemdziesiątych…
Dziękuję za uznanie. Jestem z pokolenia, które pamięta tamte klimaty i dzięki temu łatwiej mi je wiarygodnie przekazać.
Bardzo chwalono Pana rolę kapitana Derczyńskiego w filmie Tadeusza Króla „Ostatnie piętro”. Jak trafiliście na siebie – reżyser z aktorem?
Tadeusz widział mnie w innych produkcjach i uznał, że bardzo pasuję do roli Derczyńskiego. Po przeczytaniu scenariusza uznałem, że jest to rola rozwojowa dla mojej kariery i zgodziłem się.
Jak Pan przyjął postać, którą miał Pan zagrać?
Z ciekawością. Trudna rola.
Antybohater.
Taka sytuacja inspiruje czy utrudnia zadanie?
Ciekawość inspiruje. Derczyńskiego zdradzają przyjaciele, organizacja, w której pracował, żona. Interesował mnie proces zachodzący w głowie bohatera. Pamięta pan film „Falling down” z Michaelem Douglasem? Bohater jadąc do swojego dziecka staje w korku i nagle wszystko zaczyna go wkurwiać. To, że jest drożyzna, że wszystko staje się płytkie, powierzchowne. Konstatuje, że człowiek traci swoją podmiotowość w grze, która nazywa się „nowe lepsze czasy”. I jego wędrówka do dziecka, jest wędrówką przez nową rzeczywistość, na którą się nie zgadza. Wyraża swój sprzeciw czynnie. Używa przemocy. Łamie obowiązujące prawo. Podobnie jest z Derczyńskim. Wychowany w świecie prostych, jednoznacznych, patriotycznych wartości, przekonań, oczytany w „Trylogii” Sienkiewicza, nie umie znaleźć się w świecie, który uznaje za wrogi sobie i tym wartościom. Nie umie pogodzić się z tym, że jego świat jest już daleką przeszłością, że zostały z niej już tylko resztki. Temat tego filmu i ta postać mocno wpisuje się we współczesne konflikty ideologiczne i światopoglądowe.
Co jest w tym ujęciu podstawowym problemem Derczyńskiego?
To człowiek na wskroś uczciwy, przed którym staje pytanie, czy za wszelką cenę iść za swoimi przekonaniami, czy też trochę odpuścić. Nie odpuszcza. Bóg Honor Ojczyzna. Z tragicznym skutkiem.
Na twórców filmu i aktorów spadły inwektywy za to, że kalacie Polskę i uczucia patriotyczne…
Podobno było trochę hejtów pod oficjalnym trailerem, wpisy, że twórcy kalają mundur oficera polskiego”, że to pewnie „Żydy albo pedały”. Anonimowe wpisy. Klasyka wszechobecna w internecie. Dlatego nie czytam hejtów. Wolę jeździć do DKF-ów i rozmawiać z publicznością po seansie. Film powinien prowokować, bo historia nie jest wymyślona. Witold Bereś opisał ją w swoim opowiadaniu, które oparte jest na faktach.
Miał Pan jakieś prywatne doświadczenia z mundurem? Był Pan w wojsku?
Byłem w harcerstwie i byłem w wojsku. Odbyłem dwuletnią służbę, jako rocznik 1963 zmobilizowano mnie w okresie stanu wojennego. Przyczyniłem się do tego trochę sam i trochę moja nauczycielka matematyki. Nie darzyliśmy się zbytnią sympatią. Tylko jedna osoba z mojej klasy zdała maturę z tego przedmiotu – syn dyrektorki. A były to czasy, kiedy jedna ocena niedostateczna na maturze oznaczała bilet do wojska. No to pomaszerowaliśmy w kamasze. Interesowałem się w tym czasie historią, więc gdyby nie owa pała z matmy, zdałbym może na uniwerek wrocławski na wydział historii, i dzisiaj opowiadałbym dzieciom o bitwie pod Cedynią…
U Patryka Vegi zagrał Pan dwa lata temu ordynatora w „Botoksie”. Teraz gra Pan postać „łudząco przypominającą” Macierewicza. Lubi Pan pracować z Vegą?
Lubię. To bardzo kreatywny człowiek i zapewnia na planie dużo adrenaliny, a to najbardziej inspiruje takiego aktora jak ja.
Nie czuje się Pan trochę zaszufladkowany w tych rolach cynicznych, dość demonicznych czarnych charakterów, których w ostatnich latach zagrał Pan tak wielu, wspomagając się zewnętrznymi warunkami?
Nie. Czarny charakter czarnemu charakterowi nierówny. Każdy jest inny, więc i ja staram się moim czarnym charakterom nadać za każdym razem indywidualne, odrębne rysy.
Dziękuję za rozmowę.

Janusz Chabiorur. 17 lutego 1963 w Legnicy. W latach 1991-2006 aktor Teatru Dramatycznego im. Heleny Modrzejewskiej w Legnicy. Od roku 2006 w Teatrze Rozmaitości w Warszawie. Zajmuje się też reżyserią i pisaniem scenariuszy. W 2004 zagrał wielokrotnie nagradzaną rolę Wiktora w „Made in Poland” Przemysława Wojcieszka. Współpracuje także z Teatrem IMKA, Teatrem Łaźnia Nowa i Teatrem Studio. W filmie kinowym zadebiutował w 1993 roku epizodyczną rolą Władeczka w „Magneto” J.J. Kolskiego. Zagrał też m.in. w „Reichu” Wł. Pasikowskiego, „Wiedźminie” M. Brodzkiego, „Symetrii” K. Niewolskiego, „Małej Moskwie” W. Krzystka, „Hans Kloss. Stawka większa niż śmierć” P. Vegi, „Daas” A. Panka, „Matce Teresie od Kotów” P. Sali, „Drogówce” W. Smarzowskiego, a także epizody w licznych serialach, m.in. „Świecie według Kiepskich”, „Fali zbrodni”, „Na dobre i na złe”, „Oficerach”, „Kryminalnych”, „Na Wspólnej”, „Ojcu Mateuszu”, a także rolę anatomopatologa w „Komisarzu Alexie”. Ogromne uznanie za kunszt aktorski przyniosła mu pierwsza główna rola filmowa w „Ostatnim piętrze” T. Króla. W teatrze grał m.in. w „Tlenie” I. Wyrypajewa, „Szewcach u bram” J. Klaty w Teatrze Rozmaitości, w „Generale” M. Walczaka w Teatrze IMKA. W filmie Patryka Vegi „Polityka”, którego premiera spodziewana jest na początek września, gra postać do złudzenia przypominającą Antoniego Macierewicza w zalotach…

Zmierzch katolicyzmu politycznego

Z prof. JERZYM J. WIATREM, socjologiem polityki ze Europejskiej Wyższej Szkoły Prawa i Administracji, honorowym prezesem Towarzystwa Kultury Świeckiej, rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Zaplanowaliśmy rozmowę o sprawach systemowych, ale bieżąca rzeczywistość polityczna nie ułatwia nam tego. W styczniu doszło do zamordowania prezydenta Gdańska, a przed chwilą, jedno po drugim, najpierw CBA zatrzymało został osławionego rzecznika MON i faworyta Antoniego Macierewicza, Bartłomieja Misiewicza, a „GW” ujawniła tzw. „taśmy Kaczyńskiego”. Jak, zwłaszcza to ostatnie, wpłynie na położenie PiS i obozu władzy?

Moim zdaniem obóz władzy PiS znalazł się w jeszcze trudniejszej sytuacji niż był dotąd. Kiedy niedawno opublikowałem w „Trybunie” tekst o dylematach władzy autorytarnej, zwróciłem uwagę na to, że po zamordowaniu prezydenta Adamowicza w PiS nastąpiła polaryzacja na tych, których to oburzyło i na skrzydło faszyzujące. Do momentu tego morderstwa prezesowi Kaczyńskiemu udało się te dwa skrzydła utrzymywać w relatywnej zgodzie. Teraz zaistniała konieczność opowiedzenia się Kaczyńskiego po jednej ze stron i wyciągnięcia z tego konkretnych konsekwencji kadrowych. Drugi kłopot PiS, to ujawnienie wspomnianych taśm. Może nie wskazują one na działania wprost kryminalne, ale na rządzący w tej partii mechanizmy oligarchiczne, niezależnie od cech samego prezesa. Jest to dla nich niebezpieczne dlatego, że pokazuje, iż to nie formacja liberalna krytykowana za afery, nie Tusk, nie Schetyna, nie Kopacz, ale partia która doszła do władzy pod hasłami uczciwości objawia te mechanizmy, które potępiała. To może kosztować PiS utratę kilku procent poparcia tych wyborców, którzy nie należą do tzw. twardego elektoratu. Równocześnie doszło do zatrzymania i aresztowania ludzi związanych z Antonim Macierewiczem i to pod zarzutami korupcyjnymi. Dla znaczącej części elektoratu PiS zarzuty korupcyjne należą do najcięższych, jako że jest to elektorat antyelitarny, a także na ogół uboższy, dla którego korupcyjne zachowania takich młodych ludzi jak Bartłomiej M., to horrendum Słyszałem opinię, że jest to wyraz wewnętrznej walki o władzę i o osłabienie polityczne Macierewicza. Walka jaka toczy się między Kaczyńskim a nim jest walka nie tylko o władzę, ale i o kierunek działania PiS, którego Macierewicz jest przecież wiceprzewodniczącym, filar skrzydła ultraprawicowego. Poza tym na Macierewiczu ciążą podejrzenia o powiązania rosyjskie, o których napisał w swojej drugiej już książce Tomasz Piątek. Jeśliby się okazało, że Macierewicz, ważny polityk polski jest sterowany z zewnątrz, to byłby to dzwon alarmowy dla państwa. Tak więc ten rok zaczął się dla PiS feralnie. Moim zdaniem w PiS dojrzewa kryzys władzy, który polega nie tylko na tym, że ktoś chce odsunąć go od władzy, ale że on sam traci zdolność mocnego trzymania władzy w ręku i to nie przede wszystkim z uwagi na jego, nie tak przecież bardzo podeszły wiek i nie z uwagi na stan zdrowia, ale na to, że w impasie znalazła się jego polityka, a ten impas zaostrzył się w wyniku wspomnianej polaryzacji po śmierci Adamowicza. Jeśli tak dalej pójdzie, to może spełnić się moje przewidywanie, że Polska będzie pierwszym krajem europejskim, który demokratycznie odsunie od władzy prawicowych populistów.

Już teraz widać w niektórych mediach propisowskich nastroje znacznie mniej triumfalistyczne, a nawet defetystyczne. Pojawiają się frazy o możliwości przegranej, jeszcze pół roku temu nie do wyobrażenia.Wywołanie nazwiska Macierewicza niejako automatycznie wywołuje także nazwisko Tadeusza Rydzyka i toruńskiego ośrodka radiomaryjnego. Jak Rydzyk może się zachować wobec tej rywalizacji wspomnianych przywódców PiS?

Wiadomo, że ultraprawicowe skrzydło Macierewicza cieszy się uznaniem i poparciem ojca Rydzyka. Dlatego stoi on przed dylematem kogo poprzeć, tym bardziej że szanse partyjki, która powstała pod jego auspicjami, jest znikome. Jednak nie jest to dla niego tylko wybór między Kaczyńskim a Macierewiczem, ale także ewentualny wybór między Macierewiczem, a innymi kandydatami do stanięcia na czele skrajnie prawicowego, faszyzującego skrzydła PiS. Wiele będzie zależało od tego, czy zwycięży tam skrzydło umiarkowane z Kaczyńskim i Brudzińskim. Jeśli zwycięży, to Rydzyk i skrajna prawica staną dęba, a notowania Macierewicza u nich spadną. Ważnym papierkiem lakmusowym dla władzy będzie sposób reakcji na takie skandaliczne zachowania jak to wystąpienie antysemitów podczas ostatnich obchodów wyzwolenia Auschwitz. Jeśli będą to tolerowali, to skompromitują się w skali międzynarodowej. Z drugiej strony ludzie pokroju Piotra Rybaka mają swoich cichych popleczników i sympatyków w obozie PiS. Gdyby ich nie było, to prokuratura dawno zabrałaby się za tych antysemitów. Przed Kaczyńskim stoi więc twardy wybór.

Rydzyk jest bardzo niezadowolony z tego, że nie doszło do całkowitego zakazu aborcji. Kaczyński z różnych powodów jest temu przeciwny. Obstaje za to przy tym mała partyjka skrajnie prawicowa z Korwinem-Mikke i Robertem Winnickim, do której ostatnio dołączyła radykalna „prolajferka” Kaja Godek. Kogo więc Rydzyk poprze wobec takiego wyboru?

To będzie zależało od szans politycznych PiS. Jeśli do wyborów utrzyma się poparcie dla nich na poziomie powyżej 30 procent, to Rydzyk PiS poprze. Jeśli to poparcie znacząco się skurczy, a widzę ku temu przesłanki, jeśli porażka PiS stanie się oczywista, to krąg Rydzyka może rozumować następująco: skoro i tak przegramy wybory, to stwórzmy jednolitą ideowo formację narodowo-katolicką i wprowadźmy ją do parlamentu.

A na ile wrażliwy jest tzw. twardy elektorat PiS, zarówno ten narodowo-katolicki, jak socjalny, dla którego korzyści z 500 plus mają istotne znaczenie dla poprawy bytu. Czy jest coś, co mogłoby nimi wstrząsnąć?

Kumulacja zjawisk, od których zaczęliśmy rozmowę postawiła PiS w świetle innym niż to, pokazujące ją jako partię antykorupcyjną, partię ludzi uczciwych. PiS zaczyna wyglądać tak, jak chciał przedstawić swoich rywali. To może ich popchnąć do cofnięcia PiS-owi poparcia przez część nawet radykalnych dotąd zwolenników. Oni raczej nie poprą opozycji, ale pozostaną w domu.

Przejdźmy teraz do sytuacji w opozycji…

Ona jest obiektywnie w trudnej sytuacji, bo jest pluralistyczna i PiS jest silniejsze jej słabością niż własną siłą. Opozycji trudniej stworzyć jednolity blok. Do tego dochodzą żenujące spory wewnętrzne, walki o władzę, eliminacja Petru z „Nowoczesnej”, podobnie jak wyrwanie z tej partii przez PO ośmiorga posłów. To marny zysk w porównaniu ze stratą jako poniesie idea wspólnej koalicji. Co do SLD, to widzę pozytywną ewolucję w stronę uznania potrzeby wspólnego bloku wyborczego opozycji. Z drugiej strony widzę w SLD dużo niezdecydowania, a brak wyrazistej strategii i koncepcji. Rozumiem trudność w podjęciu trudnych decyzji, ale nikt nie powiedział, że polityka ma być łatwa. Odsunięcie PiS od władzy jest warunkiem niezbędnym dla uratowania systemu demokratycznego i wyjściowym dla forsowania w przyszłości wartości lewicowych. Przecież bez tego one i tak nie mają szans na realizację. Nadzieją napawa mnie jednak artykuł w „Trybunie” wiceprzewodniczącego SLD Wincentego Elsnera, który jest za wspólnym blokiem wyborczym. Nie trzeba też jednak zapominać o perspektywie wyborów prezydenckich, więc tak naprawdę obecny cykl polityczny ostatecznie zamknie się i rozstrzygnie w 2020 roku, a koalicja demokratyczna, jeśli wygra, przez ponad pół roku będzie musiała współegzystować z prezydentem Dudą.

Będzie działał obstrukcyjnie?

Trudno ocenić, nie przesądzał bym sprawy już teraz.

Zatrzymajmy się teraz przy czynniku, jakim jest Kościół katolicki…

W Polsce odsetek deklarujących się jako wierzący jest istotnie większy niż w Europie, nie mówiąc już o najbardziej zlaicyzowanych Czechach. Jednak jednocześnie następuje laicyzacja obyczajów. Związków nieformalnych, w których rodzą się dzieci jest dziś czterokrotnie więcej niż jeszcze 30 lat temu i to nie jest rezultat przypadkowych ciąż, lecz świadomej rezygnacji z instytucji małżeństwa. Nastąpił wzrost, do około 40 procent, zwolenników liberalizacji ustawy antyaborcyjnej, nieco więcej jest zwolenników zachowania obecnej ustawy, ale już zwolenników zaostrzenia jest nie więcej niż kilka procent. Stanowisko fundamentalistów, skądinąd wewnętrznie logicznie, choć go nie podzielam, jest zatem coraz silniej kontestowane społecznie. Nasila się poczucie, że sprawę przerwania ciąży trzeba zostawić sumieniu kobiety. Słabnie też poparcie dla obecności religii w szkole, a najbardziej przeciw temu występuje sama młodzież, która głosuje „nogami”, zwłaszcza gdy dochodzi do wieku, w którym może sama decydować. Poza wszystkim – dobremu wychowaniu religijnemu lepiej sprzyjałaby nauka religii poza szkołą. Ponadto przeżył się dotychczasowy model finansowania Kościoła z kasy państwa i coś trzeba z tym zrobić, wprowadzając na przykład dobrowolne opodatkowanie na jego rzecz. Dominikanin Ludwik Wiśniewski powiedział, że w Polsce umiera chrześcijaństwo, a w jego miejsce wchodzi nienawiść. Nie jestem aż takim pesymistą, natomiast uważam, że autorytet Kościoła słabnie. I przyznam, że choć jestem niewierzący, to wolałbym aby w Polsce był otwarty Kościół z dużym społecznym autorytetem niż agresywny Kościół bez autorytetu. W chrześcijaństwie pociąga mnie idea miłości, choć z ontologicznego punktu widzenia nie wierzę ani w niebo ani w piekło, lecz po prostu w koniec przygody jaką jest życie. Tymczasem w obecnym Kościele kłopoty mają tacy księża jak Lemański, Sowa czy Boniecki, a poparciem hierarchii cieszą się duchowni w rodzaju Rydzyka.

W wywiadzie dla „Trybuny” profesor Jan Hartman uznał deklarację Barbary Nowackiej o potrzebie rozdziału Kościoła i Państwa za formę upokarzających starań państwa o coś, co mu się z definicji należy – suwerenność i wolność od obcego, watykańskiego dyktatu. Jest też przeciwny obecności konkordatu w konstytucji, jak również uważa jej propozycje za kosmetyczne, n.p. zaprzestanie finansowania religii w szkole, zamiast jej wyprowadzenia. Jaki jest na to Pana pogląd?

Rozumiem te niuanse podkreślone przez profesora Hartmana, ale dla mnie najważniejsza jest praktyka, realna równość praw Państwa i Kościoła, by państwo, tak jak to było i jest nadal, nie zajmowało wobec niego postawy partnera uległego. Natomiast co do samego wystąpienia Barbary Nowackiej, to choć zgadzam się z nią co do zasadniczych intencji, to wolałbym, by zrezygnowała z wystąpienia indywidualnego na rzecz lojalnego działania w ramach szerokiego bloku. Byłoby to znacznie bardziej nośne i ważkie.
A co z postulatem świeckości państwa, którego w Konstytucji nie ma, bo jest w niej zapis o „niezależności i autonomii”?
Formuła o pełnej świeckości państwa rodzi jednak pewne niebezpieczeństwa, n.p. groźbę szykan wobec ludzi noszących oznaki religijne, n.p. krzyżyki. Nie byłbym też zwolennikiem totalnego zakazu akcentów religijnych w sytuacjach publicznych. To uważam za formę zbyt daleko idącego naruszenia wolności osobistych. Jednak uważam, że w powszechnie dostępnych urzędach państwowych i publicznych, w salach itd. nie powinno być symboli religijnych. Kiedy zostałem ministrem edukacji poleciłem zdjąć ze ściany krucyfiks, bo uznałem, że jego zatrzymanie byłoby z mojej strony przejawem oportunizmu, a ja oportunistą nie jestem. Nie nakazałem jednak uczynić tego samego wiceministrom i dyrektorom w ich gabinetach. Jednak najważniejsza jest w moim odczuciu nie sfera symboliczna, lecz sfera realnych zachowań. W każdym razie nadszedł najwyższy czas, aby relacje kościelno-państwowe w Polsce uległy we wszelkich aspektach fundamentalnemu przedefiniowaniu i zreformowaniu w duchu nowoczesnego państwa.

Dziękuję za rozmowę.

Głos prawicy

Ballada o misiu

Co do byłego rzecznika MON to ze względu na ataki na Antoniego Macierewicza jak tylko zaczęło się jego grillowanie, chciałem, by usunął się z funkcji. Z tego powodu byłem gotowy zatrudnić go nawet w swojej firmie, byle tę awanturę zakończyć. Żałuję, że zbyt późno mnie posłuchano – pisze Tomasz Sakiewicz.
Do zatrzymania byłego współpracownika Antoniego Macierewicza Tomasz Sakiewicz odniósł się na łamach najnowszego numeru tygodnika „Gazeta Polska”.
„Żałuję, że zbyt późno mnie posłuchano”
„Sprawa aresztowania byłych urzędników MON i PGZ nie jest dla mnie taka oczywista. Do jednego worka wrzucono różne osoby. Nie wiem, jaki mają ze sobą związek i czy rzeczywiście trzeba było zabiegać aż o takie środki prawne” – pisze Sakiewicz. Redaktor naczelny „Gazety Polskiej” przyznaje, że ze względu na ataki na Antoniego Macierewicza wywołane „grillowaniem” Bartłomieja M., uważał że rzecznika MON należy usunąć ze stanowiska. Jak tłumaczy, z tego właśnie powodu chciał go nawet „zatrudnić w swojej firmie”, byle tylko zakończyć tę „awanturę”. „Żałuję, że zbyt późno mnie posłuchano” – dodaje.
Publicysta pisze, iż „nie chodziło o tego młodego człowieka, lecz o sprawę, którą prowadzi Antoni Macierewicz, czyli wyjaśnienie tragedii smoleńskiej”. „Bez względu na okoliczności ona ma zostać wyjaśniona. Nikt nas z tego obowiązku nie zwolnił i nie może zwolnić” – podkreśla.
Sakiewicz komentuje również reakcję różnych mediów na zatrzymanie Bartłomieja M. „Patrzę na radość przedstawicieli mediów również po prawej stronie, którzy parę lat temu szydzili z wyjaśnienia tragedii smoleńskiej, a nawet na dzisiejsze publiczne wypowiedzi pokazujące, że ci, którzy chcieli tą sprawą się zajmować, teraz pójdą na dno. To byli dziennikarze TVN, TOK FM, autorzy wywiadów z Urbanem, wieczni zdrajcy, a nawet członkowie mafii, którzy zmieniali nieustannie barwy partyjne albo pracodawców w zależności od interesów. Namnożyło się ich dzisiaj sporo po prawej stronie w mediach. Jeżeli ktoś w PiS-ie na nich liczy, to się przeliczy” – twierdzi publicysta.
Bartłomiej M. i były poseł PiS Mariusz Antoni K. usłyszeli we wtorek w Prokuraturze Okręgowej w Tarnobrzegu zarzuty powoływania się wspólnie na wpływy w instytucji państwowej i podjęcia się pośrednictwa w załatwieniu określonych spraw celem uzyskania korzyści majątkowej w kwocie ponad 90 tys. zł.
Bartłomiej M. i była urzędniczka MON Agnieszka M. usłyszeli też zarzuty przekroczenia swoich uprawnień jako funkcjonariuszy publicznych i działania na szkodę spółki PGZ w związku z zawartą przez nią umową szkoleniową. Według prokuratury podejrzani doprowadzili do wyrządzenia koncernowi szkody w wysokości prawie 500 tys. zł.
Info z dorzeczy.pl

Antoni wiecznie żywy

Przewodniczący Mao, aby dowieść swojej żywotności pływał publicznie w Jangcy, królowej chińskich rzek. Pana wiecznego ministra obrony narodowej Antoniego Macierewicza też ciągnie do wody. Pomimo siedemdziesiątki na karku dalej dziarsko i stylowo skacze do wody. Na głowę nawet.
Objawienie skutecznie wypływającego na powierzchnię pana ministra Antoniego nie było przypadkowe. Uroczystą celebrę siedemdziesięciolecia wielce popularnego w PiS polityka zaszczycili nie tylko jego młodzi entuzjaści, „Misiewiczami” zwani. Sam pan prezes Kaczyński zaszczycił Wielkiego Jubilata. Zaprzeczył rozsiewanym przez wrogie ośrodki plotkom o „trafieniu i zatopieniu” pana Antoniego. W krótkich słowach zapowiedział, że pan Antoni ostatniego słowa jeszcze nie powiedział.
Warszawskie wiewiórki ćwierkają, że pan minister otrzymał nowe zadanie. Będzie dowodził desantem PiS na Brukselę. Będzie liderem PiS kandydatów w wyborach do Parlamentu Europejskiego. A potem postrachem eurodeputowanych i unijnych eurokratów.
Pan prezes Kaczyński tak skroił ordynację wyborczą do Parlamentu Europejskiego, że pozbawił szans na posiadanie eurodeputowanych radykalną prawicę, kukizowców i radykalną lewicę. Pięćdziesiąt jeden przypadających Polsce mandatów podzielą między siebie PiS i ewentualna koalicja PO – Nowoczesna – PSL. Kilka mandatów może wywalczyć jeszcze SLD – Lewica Razem.
Uchwalona przez PiS ordynacja jest sprzeczna z prawem i ideami Unii europejskiej. Dlatego może zostać oprotestowana przez największe frakcje polityczne Parlamentu Europejskiego. Chadeków-ludowców, gdzie należy już PO i PSL, socjaldemokratów, gdzie należą SLD i UP, oraz liberałów i zielonych. Do grona tych pierwszych aspiruje Nowoczesna, do grona drugich tworzona wokół Roberta Biedronia nowa partia lewicowa.
Aby spacyfikować ewentualny protest Parlamentu Europejskiego, pan prezes Kaczyński ogłosił, że w następnej kadencji Parlamentu jego PiS wstąpi do chadecko-ludowej frakcji. Skoro kolega Viktor Orbán już tam jest, to czemu pan minister Antoni Macierewicz nie mógłby się znaleźć tam?
Perspektywa posiadania prawie pięćdziesięciu eurodeputowanych z Polski, tych starych z PO-PSL i tych nowych z PiS, może skłonić kierownictwo największej frakcji politycznej europarlamentu do uznania nowej, uchwalonej przez PiS ordynacji wyborczej. Duża frakcja w PE może wiele, bardzo duża może już wszystko.
Zatem okazać się może, że latem 2019 roku grupa polska we frakcji chadecko-ludowej Parlamentu Europejskiego składać będzie się z parlamentarzystów PO, PSL i PiS.
Ponieważ PiS-owców może być więcej niż tych z PO i PSL, bo taką ordynację pan prezes Kaczyński kazał skroić, to przyszłe kierownictwo polskiej grupy w chadecko-ludowej frakcji wpadnie w ręce euro deputowanych z PiS.
Wtedy pan minister Antoni Macierewicz zostanie rzecznikiem dyscypliny w tej grupie.
I kto mu wtedy podskoczy?

Podkop

Minister spraw wewnętrznych Brudziński, ksywa „Jojo” chce ścigać uczestników parady LGBT w Częstochowie za to, że mieli znieważyć orła, polskie godło narodowe nadając tłu tęczowe barwy.

 

Ten sam Brudziński, który jeszcze kilka tygodni temu przepraszał uczestników naukowej konferencji o Marksie za najście, które na nich zrobiła jego policja.
PiS próbuje szturmować Sąd Najwyższy, ale jeśli porównać to z blitzkriegiem roku 2016 do lata 2017 robi to z „jakąś taką nieśmiałością” i póki co wstrzymuje się od sięgania po łom. Takich przykładów rozchwiania ideowego i nerwowości można zaobserwować dużo więcej.

 

Budżetówka się sroży. Rolnicy też.

Niebawem władza może stanąć wobec perspektywy protestów szeregu grup zawodowych, w tym budżetówki, od nauczycieli do policjantów, którzy podobnie jak niepełnosprawni postanowili wyciągnąć konsekwencje z ogłoszonego przez PiS cudu gospodarczego.
Bardzo niebezpieczna jest dla PiS także narastające wkurzenie rolników, w tym doprowadzonych do rozpaczy plantatorów owoców miękkich. Jakiekolwiek pogłoski o słabnięciu PiS byłyby grubo przedwczesne, to niebawem władza wejdzie w turbulencje, bo protesty budżetówki nie mieszczą się na sześćdziesięciu metrach sejmowego korytarza z ograniczonym dostępem do łazienki. Sytuacja jest o tyle niebezpieczna, że nawet prorządowej „Solidarności” Dudy Piotra trudno będzie bez mydła wysługiwać się władzy, gdy do protestów przystąpią inne związki i centrale z OPZZ Jana Guza na czele.
Dla PiS szczególnie niebezpieczny jest ferment w niedopłaconej policji, bo w sytuacji, gdyby nie daj boże siła jej wsparcia dla władzy okazała się – delikatnie mówiąc – niedostatecznie gorliwa i niedostatecznie szczelna. Warto pamiętać, że po 14 lipca 1789 roku francuskiej rewolucji nie poparł wyższy kler fioletowy, ale szary kler parafialny już w ogromnym stopniu tak.
Nieudolnością wprost nie do pojęcia jest to, że nikt po stronie opozycji nie złożył dotąd choćby policji i służbom mundurowym sensownej oferty, zanim zrobi to przyciśnięta do muru władza PiS. Nie lubię krytykować żadnej opozycji, bo jej sprzyjam, ale czasem ręce opadają. Co zrobić, jak się kto neoliberałem urodził, głupi musi umrzeć.

 

Madonno, Czarna Madonno

Z drugiej strony rydzykowszczyzna zaczyna się denerwować brakiem postępu a nawet regresem na drodze do całkowitego zakazu aborcji, od którego Kaczyński i pisowscy „realiści” opędzają się jak od muchy tse-tse, bo jak ognia boją się czarnych protestów. Rydzykowcy nie są w ciemię bici i tak jak wiedzą, że konfitury trzeba zagarniać na full, bo to mogą być ostatnie tłuste lata, tak obecny układ może być ostatnia szansą na drugą Irlandię tyle że w wersji sprzed ćwierć wieku.
Tym bardziej, że jedna z liderek czarnych protestów Marta Lempart oświadczyła, że pójdą one w dużej liczbie pod atrapę Trybunału Konstytucyjnego, gdyby to rękami magister Przyłębskiej próbowano wyjąć te antyaborcyjne kasztany z ognia.
A rydzykowszczyzna wie przecież, że rzeczona magister nie zrobi tego, czego zabroni jej prezes. Ostra rekuza dana godkowszczyźnie nawet przez pisowską przewodniczącą komisji sejmowej, która zepchnęła do piwnicy projekt „Zatrzymaj aborcję”, nakazuje zastąpić grę pionkiem grą większymi figurami.
Atutem dla rydzykowszczyzny może być zakaz kandydowania do samorządów nałożony na beneficjentów spółek Skarbu Państwa, który wywołał w aparacie PiS popłoch od morza do Tatr i od Bugu po Odrę i Nysę Łużycką. Rydzyk może zaproponować im swoje listy wyborcze, do których coraz bardziej się przymierza, bez warunku pozbycia się spółkowych fruktów za to z warunkiem wierności poczętemu życiu.
Aby nieco złagodzić te napięcia, władza zintensyfikowała ostatnio wyrazy synowskiego oddania klerowi, a w mszy przed obchodami 550-lecia polskiego parlamentaryzmu uczestniczyli jak jeden mąż uchodzący za prezydenta Polski pan Duda i uchodzący za marszałków Sejmu i Senatu „dwaj panowie K” (co brzmi jak tytuł peerelowskiego kryminału milicyjnego), Kuchciński i Karczewski.
Także premier Matteo, największy polski wizjoner gospodarczy od czasów, gdy w 1828 roku książę Drucki-Lubecki założył Bank Polski wpisał się w nabożny nastrój i przemawiał na Jasnej Górze mając za plecami ojca Rydzyka i to bardzo w jego poetyce. Wyraźnie nawiązując do lektury „Potopu” mówił o tym, że znów są tacy, którzy próbują dokonać „podkopu pod polskość” i oddawał się w niewolę Czarnej Madonny. Nie jest to język bankowego technokraty, ale sorry Winnetou – biznes is biznes. Nie ma wątpliwości, że gdyby nie straszny cień „czarnego protestu”, jak nic zaniósłby Rydzykowi do stóp na częstochowskich wałach zakaz aborcji, włożony do kosza między chleb, sól i wieniec z polnego kwiecia. Ale nie wszystko można w życiu mieć.

 

Władza sądzenia

O jej znaczeniu mówił już sam Emmanuel Kant, ale nie o tym teraz mowa.
Jako się rzekło na wstępie, PiS – w porównaniu do barbarzyńskiej determinacji w odniesieniu do Trybunału Konstytucyjnego i nieco przez Dudę Andrzeja pohamowanego natarcia Ziobry na sądy powszechne – w kwestii Sądu Najwyższego wyraźnie osłabł. I nawet walkowerem oddanego mu przez prezes Małgorzatę Gersdorf jej czasu w postaci urlopu wziętego wybitnie nie w porę, nie wykorzystuje tak, jak można by się tego spodziewać, a durny wystrzał „lustracyjny” oddany przez dyrektora Cenckiewicza z IPN w stronę p.o. prezesa SN, sędziego Józefa Iwulskiego okazał się niewypałem nawet dla większości propisowskich mediów ( z wyjątkiem niezawodnej TVPiS, zwanej też kur-„wizją”).
Los Sądu Najwyższego nie jest zatem wbrew pozorom przesądzony, o ile Luksemburg zdąży z zawieszeniem pisowskiej ustawy o SN, prezes Gersdorf będzie mniej labilna w swoich posunięciach i na dłużej zapomni o wypoczynku.
A szansa jest, bo po pierwsze, Duda w narcystycznym dążeniu do roli przez wszystkich podziwianej primadonny (jak ten człowiek kocha siebie samego z wzajemnością i jak uprawia autoerotyzm nawet dźwiękiem własnej wymowy!) znów może w popłochu zaplątać się we własne nogi, a Ziobro może w tej akurat kwestii jedynie gryźć z bezsilności palce. A po drugie, PiS przeżywa obecnie fazę, która zdarza się przestępcom pochodzącym z dobrego domu – zaczyna bać się własnej, uprzedniej przestępczej odwagi i ta refleksyjność osłabia jego determinację.

 

Ośrodki zarodowe

A tymczasem PiS, w kontrze, szykuje się do wypłacenia wyprawki „za trzysta” i kontynuuje budowę ośrodków zarodowych, pisowskich ośrodków lebensborn, wzorem Heinricha Himmlera.
Bo co innego będą miały do roboty młode małżeństwa osadzone w paździerzowych, jak z filmów Barei (pisała o tym w „DT” Weronika Książek) osiedlach z programu „mieszkanie plus”, n.p, w Białej Podlaskiej, niż – jak mawiał kiedyś Lech Wałęsa – „przez fakty dokonane robić robotę” i z braku innej, a przynajmniej lepszej, kolekcjonować rok po roku „500 plus”? Podobno taki ośrodek zarodowy PiS chce sprokurować także w okolicach warszawskiego Ursynowa. Tylko kogo tam osiedli? Leniwych do rozrodu hipsterów z placu Zbawiciela?

 

Czy mogę prosić­­­?

Na koniec, po raz 863 wystąpiłbym z poważnym ostrzeżeniem, a co najmniej prośbą do wodzów PiS, by zechcieli szanować art.25 Konstytucji i nie modlili się tak głośno w kościele jak ostatnio. Tyle że wtedy, z uczciwą symetrią musiałbym poprosić towarzyszkę profesor Genowefę Grabowską, eksparlamentarzystkę SLD, by tak bezwstydnie i bez mydła nie wysługiwała się PiS w żyrowaniu jego poczynań przeciw prawu i demokracji. Kika i tak Towarzyszka nie prześcignie.