Bez dogmatu po raz trzeci Recenzja

Krzysztof Lubczyński recenzuje najnowsze wydanie niezależnego, lewicowego magazynu intelektualnego.

 

Trzeci tegoroczny numer kwartalnika „Bez dogmatu” wydawanego przez wydawnictwo „Książka i Prasa” (KiP) wpisuje się w rocznicę stulecia odzyskania niepodległości przez Polskę, co zaznacza już na wstępie Piotr Szumlewicz w tekście „Kabaret na stulecie niepodległości”, w dziesięciu fleszach pokazujący pakiet śmieszności towarzyszący obchodom tego wydarzenia. Anna Małyszko zajęła się w obszernym tekście „Szkołą niepodległą”, czyli głównie ideologicznymi deformacjami, jakim podlega polska szkoła współczesna, w szczególności szkoła czasów PiS. Komplementarnie do tego tematu Anna Dzierzgowska zajęła się nauczaniem historii czyli polityką historyczną realizowaną na umysłach uczniów („O nauczaniu w Polsce historii. Czyja historia? Komu służy?”). Dzierzgowska zwraca w szczególności uwagę m.in. na manipulację poznawczą polegającą na wskazywaniu fałszywych więzi rodowodowych między teraźniejszością a wieloma bytami z przeszłości i wpisywaniem postaci z przeszłości historycznej w znaczenia, z którymi nie miały, bo i nie mogły mieć nic wspólnego. O dominacji „Narodowych ramot” czyli obecnej recepcji zamierzchłych tradycji historycznych oraz o recydywie kopalnego nacjonalizmu napisał Tomasz Jativa, a o „Wyklętych komunistkach” – Róży Luksemburg, Wandy Wasilewskiej i Zofii Dębińskiej – Agnieszka Mrozik. Przeskok do tematyki stricte współczesnością inspirowanej rozpoczynają „Myśli nowoczesnego konsumenta” Julii Golachowskiej, poświęcone etnocentryzmowi konsumenckiemu, jako jednemu z przejawów modnego dziś w Polsce kultu patriotyzmu. Do tej szeroko rozumianej tematyki konsumenckiej dopisuje się Piotr Rymarczyk opowiadaniem „Nowe ciało dresiarza”. W „Wymazywaniu H.” Michał Kozłowski podejmuje temat tabu, jakim ruchy prawicowe starają się, poprzez sprzeciw wobec argumentacji „ad hitlerum”, obezwładnić krytykę ze strony ideowych przeciwników. Norman Tabor przypomina postać obalonego i zamordowanego 45 lat temu lewicowego prezydenta Chile Salvadora Allende i zwraca uwagę, że jego oprawca, Augusto Pinochet, tylko w Polsce zamiast jako zbrodniarz traktowany jest jako bohater. Michał Kozłowski pochylił się nad popadnięciem polskiej lewicy propalestyńskiej w antysemickie stereotypy („Izrael, Krzysztof Godlewski i my”). Natomiast m.in. Stanisław Różycki („Ustawa 2.0”), Sebastian Słowiński („Trzeba bronić uniwersytetu”) i dwoje innych autorów zajęli się sytuacją wyższego szkolnictwa w obliczu tzw. ustawy Gowina. „Historia jednego strajku”, to relacja Wandy Wasilewskiej ze słynnego strajku ZNP w 1937 roku, strajku który współorganizowała. Krzysztof Lubczyński ukazał „Nieodparty urok władzy ludowej” w zwierciadle dwóch politycznych powieści Janusza Rolickiego akcją usytuowanych w PRL. Numer kończy niewielkie (choć jak na publikację w nieobszernym piśmie periodycznym całkiem obszerne) studium Dariusza Łukasiewicza „Rodzina robotnicza w kapitalizmie industrialnym. Przykład niemiecki”. A w drugim tytule „KiP” czyli listopadowym numerze miesięcznika „Le Monde diplomatique” m.in. Louis Pinto o „Rozpieszczonych dzieciach supermarketu” czyli o metamorfozach społeczeństwa konsumpcji, Renaud Lambert pyta „Czy Brazylia jest faszystowska?”, oczywiście Brazylia po objęciu władzy przez populistę Jaira Bolsanaro, a także Michela Hussona „Kryzys gospodarczy i nieporządki światowe” czyli ekonomiczny bilans dekady 2008-2018 oraz wiele innych tekstów.

 

„Bez dogmatu”, nr III/2018

O własną dupę nie mam lęku Wywiad

Z Jerzym Urbanem rozmawia Piotr Nowak (strajk.eu).

 

Czy zdaje Pan sobie sprawę, że ma Pan coś wspólnego z Janem Pawłem II?

Nie wydaje mi się.

 

Ma Pan 85 lat, czyli dokładnie tyle, ile miał papież-Polak, kiedy odszedł do domu Ojca. Pan w tym wieku dostał tylko wyrok sądu, ale podobnie jak Wojtyła jest Pan obecnie idolem części młodzieży.

Wydaje mi się, że to trochę przesada. Oczywiście są nastroje antyklerykalne. Faktem jest pewne wzburzenie polityczne. Z jednej strony mamy „Kler”, który jako produkt jest tym, czego ja byłem prekursorem ideowym. Jest też absurdalny wyrok za publikację wizerunku Jezusa w gazecie. To wszystko spowodowało, że cieszę się obecnie pewnym uznaniem i wzięciem.

 

Moja 20-letnia znajoma napisała dziś na Facebooku „Jerzy Urban jest jednym z ostatnich przyzwoitych ludzi w tym kraju”.

Nie lubię takich kategorii jak „przyzwoitość”. To bardzo nieprecyzyjne. Pod pewnymi względami jestem może przyzwoity, pod innymi bardzo nieprzyzwoity, dla większości ludzi jestem z natury rzeczy nieprzyzwoity. Takie pojęcia jak przyzwoitość, nieprzyzwoitość czy cynizm niczego w istocie nie określają.

 

Porozmawiajmy o sprawie karykatury Jezusa w Tygodniku „Nie”. Czy wyrok skazujący był dla Pana zaskoczeniem?

Tak. Z przebiegu procesu wynikało jasno, że muszę być uniewinniony. Z argumentów prawnych klarujących to, co trzeba spełnić, aby skazać za obrażanie uczuć religijnych, ale także z ekspertyz, z których jedna przedstawiona przez biegłego była niejednoznaczna, co się interpretuje na korzyść oskarżonego, a trzech innych biegłych stwierdziło, że nie widzą w tym wypadku niczego, co można spenalizować, że w tym wypadku nic nie uwłacza uczuciom religijnym. Wyrok został wydany na przekór przewodowi sądowemu, przypuszczam, że się nie ostanie w wyższej instancji.

 

Dlaczego więc został Pan skazany? Może to jeden z pierwszych efektów pisowskiej reformy sądownictwa? Presja psychologiczna na sędziego?

Nie widzę żadnych symptomów, by miały miejsce naciski polityczne. Proces ten był niedostrzegany przez ważniejsze czynniki. Poza tym, zaczął się pięć temu temu, a z dobrą zmianą mamy do czynienia od lat trzech. Obecna władza zresztą nie od razu zyskała wpływ na sądownictwo. Przypuszczam, że wynika to po prostu z poglądów sędziego.

 

No i został Pan skazany, broni Pana „Gazeta Wyborcza”, bronią środowiska dziennikarskie, obrońcy praw człowieka, niewiele brakuje, aby Jerzy Urban został męczennikiem wolności obywatelskich. Jak Pan się czuje w tej roli?

Śmiesznie. Oni wszyscy zaznaczają, że jestem obrzydliwym rzecznikiem stanu wojennego, ale trzeba mnie bronić, bo to jest obrona wolności słowa. Niech i tak będzie.

 

10 lat temu napisał Pan felieton „Kaczyński mnie podnieca”. Twierdził Pan, że rządy PiS wymuszają na Panu czujność i nie pozwalają zdziadzieć. Tekst ten kończył się zdaniem: „Szkoda byłoby zdjąć tę sztukę z afisza po pierwszym akcie tracąc kulminację i happy end burleski”. Czy jest Pan zadowolony z kolejnego aktu?

To przedstawienie za daleko poszło, jednak lękam się wszystkiego, co nadejdzie po Kaczyńskim. Po pierwsze, boje się narastania bardziej radykalnej fali nacjonalistyczno-klerykalnej. Po drugie – boję się PiSu w opozycji, ta partia przecież nie zniknie. To, że nie będzie pełnił władzy, pozbawi go pewnych hamulców. Obawiam się, że ta formacja się podzieli, może zradykalizuje. Boję się siły faszystowskiej, która z tego wyrośnie.

 

W Pana wspomnieniach można przeczytać, że w 1968 roku przeniósł się Pan na południe Polski, aby w razie czego mieć krótszą drogą ucieczki. Czy dziś nie ma Pan podobnych myśli?

Nie, żadnej przeprowadzki nie planuję. Póki granice są otwarte, o własną dupę nie mam lęku. Pisowcy nikomu jeszcze fizycznie nie zagrażają.

 

Przegłosowano ustawę dekomunizacyjną. Po sądach ciągani są działacze KPP, wstępne czynności mające stwierdzić podstawy do delegalizacji zostały wszczęte wobec socjaldemokratów z Razem. Nie obawia się Pan, że osoby o poglądach lewicowych będą traktowane jako podejrzane z urzędu?

Tak jak wspomniałem wcześniej, obawiam się, ze ta radykalizacja nastąpi po rządach Kaczyńskiego. Polska nie jest samotną wyspą na świecie i represje karne spowodowałyby całkowitą izolację kraju, która Polsce wyszłaby bokiem. Załamałby się eksport do Niemiec, z którego żyje nasza gospodarka. Moja wyobraźnia nie sięga tak wielkiego przewrotu stosunków w Europie, który mógłby stworzyć warunki do sytuacji, o której Pan mówi.

 

Kiedy rozmawiamy, w Parku Skaryszewskim trwa właśnie rozbiórka Pomnika Wdzięczności Armii Czerwonej. Nie ma Pan wrażenia, że ta Polska, którą Pan budował właśnie przestaje istnieć?

To są małe świństwa, które wyjdą nam bokiem. To jest zupełnie głupie drażnienie Rosji, oraz łajdactwo w stosunku pamięci do ludzi, którzy tutaj ginęli, aby przegnać opresję hitlerowską z Polski. Ta opresja jest obecnie przez władze bagatelizowana, ale w optyce ludzi, którzy są w moim wieku była ona jednak bardzo groźna.

 

Obserwuje Pan to, co robi w Polsce lewica? Co buduje w Panu nadzieje?

Trudno obserwować, bo nie ma tutaj czego obserwować. Słucham raczej, co mówią, ale żadne słowa lewicy nie budują we mnie nadziei – i chyba w nikim – nie są one znaczące, wszystkie lewice w Polsce mówią podobnym głosem. Każda wrzuca coś do puli postulatów, ale żadna nie potrafi zbudować siły, która te idee byłaby w stanie urealnić. Wobec tego jest to gadanina na razie bezskuteczna.

 

SLD jakby się obudziło za rządów Czarzastego. Zagłosuje Pan jeszcze na tę partię?

Tak, oczywiście, bo w innym wariancie nie miałbym na kogo głosować. Ale nie jest to zasługa Czarzastego, ale PiS-u, który zrobił to, co zrobił – stworzył kastę pariasów, okazał się formacją odwetową i to znacznie spóźnioną w swoim odwecie. Dobrze byłoby, gdyby lewica znalazła się w parlamencie, bo od tego będzie też zależeć, czy PiS stworzy rząd, czy nie stworzy i będzie musiał szukać wsparcia u Kukiza, a więc z pewną komplikacją w pewnych sprawach. Być może znaczenie SLD wzrośnie w tym sensie, że będzie nieodzowną komponentą większości parlamentarnej, a jeśli nie, to będzie marginalną wartością, nawet jeśli to do parlamentu wejdzie.

 

A co Pan myśli o Partii Razem?

Jedyne dostrzegalne różnice pomiędzy SLD a Razem są różnicami w grymasach. Bardzo mi się podoba wszystko to, co Razem mówi, tyle że ta partia nie ma żadnej umiejętności przyciągania zwolenników. Radykalna lewica, niekomunistyczna i niepostkomunistyczna, nastawiona na młodych powinna mieć większe wzięcie, gdyby mówiła jakieś rzeczy pociągające, lub je obiecywała. W istocie Zandberg obiecuje to, co wszyscy, tylko ciut radykalniej, a nie sądzę, by gadania radykalne przyciągały jakieś radykalne grupy młodzieży.

 

Niektórzy mówią, że lewica powinna łapać wznoszenie na antyklerykalizmie.

To jest kierunek, który ma przyszłość. Z różnych powodów, w różnych miejscach w Polsce. W dużych miastach z powodu wzrostu wykształcenia i jakiejś wrażliwości antykościelnej, w małych miejscowościach jako czynnik buntu przeciwko sile dominującej, która wciska się w życie osobiste, rodzinne. Antyklerykalizm ma przyszłość, szczególnie, że kler zaczyna się dzielić na tych, którzy stawiają opór, a więc napędzają antyklerykalizm i tych, którzy się cofają, a więc okazują słabość i lękliwość, co ludziom, za którymi stoją siły poważne i najwyższe nie dodaje splendoru i zaufania.

 

A niech Pan powie szczerze, czy wolałby Pan zostać skazany w tym procesie o obrazek z Jezusem? Wtedy musiałby Pan zapłacić, ale mógłby Pan ukazać się tłumowi jako poszkodowany przez cenzurę. Czy jednak wolałby Pan uniewinnienie i święty spokój?

Na razie wszystko wskazuje na to, że jest to korzystny dla mnie wyrok. Amnesty International się tym zajmuje, Stowarzyszenie Dziennikarzy RP występuje w mojej sprawie do międzynarodówki dziennikarskiej, broni mnie Wyborcza, jak Pan wspomniał, bronią mnie ludzie w internecie, choć ja nie za bardzo wiem, co tam się dzieje. Wygląda na to, że po raz kolejny zostałem uratowany od politycznej śmieci naturalnej. W tym wyroku jest zresztą coś zadziwiającego. Gdyby mi dali 10 tys. złotych grzywny, to nikt nie zwróciłby na to uwagi. Nie było rozsądne dawanie mi grzywny, która rozbudza wyobraźnię.

Smutna monachomachia naszych czasów

Krytycy, a raczej kręgi potępiające film „Kler” Wojciecha Smarzowskiego odmawiają mu wiarygodności, określając go jako antyklerykalną czy nawet antykatolicką i antyreligijną agitkę propagandową, „atak na Kościół”.

 

Używają przy tym argumentu, według którego spiętrzenie w tym filmie katalogu najgorszych zjawisk z życia polskiego kleru, jednostronna kumulacja wyłącznie niemal jego przywar, ohydy i okropności, odbiera temu utworowi prawdę. Gdyby stosowanie tego rodzaju argumentu było uzasadnione, to większość dzieł literackich czy filmowych, zaliczanych do nurtu realizmu musiałaby zostać wykreślona z tego nurtu w sztuce.

 

Czym jest realizm?

Rolą dzieła sztuki nie jest jednak literalne dokumentowanie całego spektrum zjawisk w danym społeczeństwie i w poszczególnych jego warstwach, w jakiejś epoce. Nie byłaby bowiem powieścią realistyczną „Lalka” Bolesława Prusa, skoro jej bohaterem jest zdeklasowany szlachcic bogacący się jako kupiec, jego perypetie uczuciowe stanowią istotny składnik powieści, a spektrum zjawisk i postaci daleki jest od pełnej panoramy społecznej ówczesnego, bytującego pod zaborem rosyjskim społeczeństwa polskiego, a nawet tylko Warszawy schyłku XIX wieku. Już sam tylko całkowity niemal brak w fabule powieści jakichkolwiek znaków przemożnej przecież obecności rosyjskiej, mógłby podważyć realistyczną kwalifikację tej powieści. Nie można by też uznać za wielkie dzieło rosyjskiego realizmu krytycznego „Martwych duch” Mikołaja Gogola, bo zawarta w nim syntetaza ducha XIX-wiecznej Rosji wyłania się z dziwnej groteskowej opowieści z życia dziwadeł ludzkich na tamtejszej głuchej prowincji, a kupiecki koncept skupowania „martwych dusz” nijak się ma do rzeczywistych problemów narodu rosyjskiego tamtych czasów. Na podobnej zasadzie można by podważyć realizm „Ojca Goriot” Honoriusza Balzaca, gdyż z powieściowego pensjonatu pani Vauquer położonego w zaułku na ówczesnych peryferiach Paryża i z historii córek okrutnie traktujących swojego ojca, bynajmniej nie da się wywieść literalnej, spełniającej kryterium realizmu, panoramy duchowej i społecznej ówczesnej Francji, a jednak takie miejsce ma to dzieło w historii literatury powszechnej. Podobnie jest z „Klubem Pickwicka” Charlesa Dickensa, który w ramie silnie nasyconej groteską opowieści o wędrówce dziwacznych panów po wiktoriańskiej, prowincjonalnej Anglii pomieścił wiele charakterystycznych rysów społecznych, ekonomicznych i moralnych epoki. Podobnie jest z filmem. „M-morderca” Fritza Langa z 1930 roku, realistycznym kryminałem dotykającym wąskiej kwestii ścigania seryjnego – mordercy psychopaty, a mimo to uznanym za przeczucie zbliżającego się hitleryzmu. Dzieła włoskiego neorealizmu z „Ziemia drży” Luchino Viscontiego, „Rzymem, miastem otwartym” Roberto Rosseliniego czy „Złodziejami rowerów” Vittorio de Sica też dalekie były od reprezentatywności w ukazywania powojennego społeczeństwa włoskiego, a mimo to nie tylko nikt im nie odmawiał przynależności do realizmu, ale metoda według której zostały zrealizowane stała się na długie lata ważnym punktem odniesienia a nawet wzorem dla europejskiego kina. Podobnie było z amerykańskim „kinem drogi” przełomu lat 60-tych i 70-tych („Swobodny jeździec” Dennisa Hoppera, „Nocny kowboj” Johna Schlesingera czy „Strach na wróble” Jerry Schatzberga), których twórcy w formułę opowieści o wędrówkach włóczęgów i wyrzutków społeczeństwa wpisali niepokoje całej ówczesnej Ameryki. A – by odwołać się na koniec do przykładów rodzimych – czyż dramatyczna historia prowincjonalnego przodownika pracy w „Człowieku z marmuru” Andrzeja Wajdy, daleka przecież od pełnej panoramy polski bierutowskiej, nie stała się, pars pro toto, odniesieniem do kluczowych problemów PRL na przestrzeni całego ówczesnego ćwierćwiecza? I czy odmawiano atrybutów realizmu, iście gogolowskiego, koronnemu dziełu nurtu „moralnego niepokoju”, „Wodzirejowi” Feliksa Falka, który smutną panoramę schorzeń Polski „przedsierpniowej” zawarł w historii prowincjonalnego pracownika frontu rozrywki estradowej i jego otoczenia? Realizm w sztuce to nie realizm reportażu, newsa dziennikarskiego, książkowej monografii naukowej czy opowieści dokumentalnej. Skrót jest w nim uprawniony, poza tym że zwyczajnie konieczny. Smarzowski jest wybitnie wrażliwym sejsmografem nastrojów, niepokojów czy przeczuć społecznych. Przeczuł zatem, że w katolickim polskim społeczeństwie dojrzał już imperatyw, by bez złudzeń spojrzeć na instytucję, z którą jego ciągle znacząca część jest mniej czy bardziej związana. Krytycy filmu pytają, dlaczego Smarzowski zajął się zepsuciem występującym akurat w konkretnej społeczności, w grupie zawodowej jaką jest kler, a nie w innej, skoro wybór – rzekomo – jest tak duży. A otóż zajął się już inną grupą: w „Drogówce” i niewykluczone, że zajmie się też kiedyś inną grupą, n.p. światem polskiego biznesu, dziennikarzami, prawnikami czy nauczycielami. Jest natomiast bardzo silny argument za tym, że celowe i uzasadnione było zajęcie się w pierwszym rzędzie klerem. Otóż ani biznesmeni, ani dziennikarze, ani nauczyciele, ani przedstawiciele żadnej innej profesji nie kreują się, głównie samozwańczo, przy biernej na ogół akceptacji społecznej, na „pierwszych w narodzie”, jako kapłani najważniejszego i masowego wyznania religijnego, na nauczycieli, wychowawców i przewodników milionów „owieczek”. Z tego to przecież tytułu kler uzyskał w Polsce po 1989 roku wyjątkowo uprzywilejowaną pozycję w systemie prawnym, wymiarze ekonomicznym oraz w wymiarze prestiżu społecznego. A – zgodnie ze znaną formułą – „komu wiele dane, od tego wiele się wymaga”. Moralność osobista właścicieli sklepów spożywczych, kolejarzy czy artystów nie rozstrzyga w końcu o kształcie społecznej budowli, a weryfikacji podlegają te grupy wtedy, jeśli ich przedstawiciele łamią prawo. Kler natomiast uważa się i przez wielu jest uważany za „sól ziemi” polskiej, drogowskaz moralny, a na dodatek przypisywana mu jest – w dużym stopniu przesadzona i zniekształcona – rola historycznego wspornika narodowej egzystencji.

 

Nie dajcie się zwieść  zwiastunowi tego filmu

To, co uderza już po kilkunastu minutach oglądania „Kleru”, to powód do kompletnego zaskoczenia, jakie może być udziałem kogoś, kto przed pójściem do kina oglądał w telewizji czy w sieci trailera (zwiastuna) tego filmu. Sklepany z nielicznych skrawków sprawia wrażenie, jakby „Kler” był zrealizowany (scena prześmiewczej piosenki odgrywanej przez bohaterów filmu, ostro balujących bawiących na parafii czy strzelanie z procy przy akompaniamencie nucenia: „Oto wielka tajemnica wiary, złoto i dolary”) w hipersatyrycznej stylistyce totalnej „szydery”, w stylistyce charakterystycznej dla takich pism jak tygodniki „Nie”, „Fakty i mity” czy francuski „Le Canard Enchainé”. Jednak ci, którzy spodziewali się po „Klerze” szampańskiej zabawy typu „głupi i głupszy” albo zjadliwej komedii środowiskowej, jakich dziesiątki powstają choćby w USA, mogą być zaskoczeni.

 

Wybitne kino społeczne

Film Smarzowskiego został zrealizowany w stylistyce i estetyce ascetycznej, dyskretnej, surowej, maksymalnie oszczędnej, w szarobrudnej, nieefektownej kolorystyce obrazu i w rytmie bynajmniej nie stymulującym emocji. Tempo filmu jest, jak na obecnie obowiązujące standardy, powolne (w niczym nie przypomina dynamicznego, pędzącego trailera), zastosowane zostały długie ujęcia, a montaż sprawia wrażenie jakby rozmyślnie nieco siermiężnego, wolnego od efektownych sztuczek. Dialogi dalekie są od stylistyki antyklerykalnych skeczów kabaretowych. Przez przeważającą część trwania filmu, jego akcji nie towarzyszy muzyka, co wzmaga odczucie realizmu i uwalnia od dodatkowej presji emocjonalnej na widza. Zrealizowany został w tonacji spokojnej, bez jakichkolwiek efekciarskich grepsów. Do tej poważnej tonacji dostroili się aktorzy (m.in. kapitalni Arkadiusz Jakubik i Jacek Braciak, czy nie mniej wyborni Robert Więckiewicz, Stanisław Brejdygant, Joanna Kulig, Iwona Bielska). Grają swoje postacie serio, jak w dramacie społeczno-psychologicznym z prawdziwego zdarzenia, nie jak w satyrze. Jedynie biskupowi Mordowiczowi nadał grający go Janusz Gajos rys satyryczny, zastosowany jednak przez aktora w sposób bardzo delikatny, bez cienia szarży. Poświadczają to zresztą widzowie: podczas dwugodzinnego seansu nie było ani chichotu, ani jednego wybuchu śmiechu, o rechocie nawet nie wspominając. Stylistyka „Kleru” przypominała fragmentami skromne, wyciszone kino obyczajowe czechosłowackiego czy węgierskiego nurtu małego realizmu, jakie w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych robili choćby Milos Forman czy Marta Meszaros, polskie „kino moralnego niepokoju”, angielskie kino nurtu „młodych gniewnych”, Lindsaya Andersona, Karela Reisza czy Tony Richardsona czy społeczno-polityczne kino włoskie po neorealizmie Francesco Rosiego (n.p. „Ręce nad miastem” i „Szacowni nieboszczycy”) czy Damiano Damianiego (n.p.„Zeznanie komisarza policji przed prokuratorem Republiki”). „Kler” może też fragmentami budzić skojarzenia ze quasi-dokumentalną stylistyką „cinema verité” („kina prawdy”), jednego z nurtów kina europejskiego przełomu lat 60-tych i 70-tych. Smarzowski wykorzystał zresztą fragmenty dokumentalnych nagrań ze stanu wojennego czy pojawiający się w ciągu całego filmu motyw ukrytej kamery. Te asocjacje nie zmieniają zresztą faktu, że Smarzowski ma własną, indywidualną kaligrafię. „Kler” to film o ludziach nieszczęśliwych, samotnych, żałosnych, pogubionych na różne sposoby, ludziach w całej swej małości i złu nie pozbawionych rysów, odruchów dobroci i uczciwości. Ale i tak brzydkich i żałosnych, także z estetycznego punktu widzenia, jak otaczająca ich rzeczywistość. Dramatycznej tonacji filmu dopełnia finałowa, dramatyczna scena publicznego, na oczach tłumu wiernych i biskupa, samospalenia się księdza, jak się można domyśleć, w proteście przeciw złu panoszącemu się w jego instytucji. Wśród ateistów czy nawet tylko antyklerykałów ten film może nawet wywołać uczucie niedosytu czy nawet sprzeciwu: ani na jotę nie jest ani antyreligijny, ani nawet antyklerykalny. To dramat humanistyczny, którego bije prawda.

 

„Monachomachia” biskupa Krasickiego była weselsza

Tematyka „Kleru” może prowokować do skojarzeń z tradycjami artystycznymi związanymi z krytyką religii, Kościoła, kleru. W polskiej tradycji, w odróżnieniu od francuskiej, takich utworów jest niewiele. Poza „Matką Joanna od Aniołów” Jerzego Kawalerowicza, „Drewnianym różańcem” Ewy i Czesława Petelskich i „Urzędem” Janusza Majewskiego czy drugorzędnymi epizodami w kilku filmach, polskie kino nie tylko nie podejmowało, ale nawet nie dotykało tej problematyki. Może też się zdarzyć, że komuś przypomni się „Monachomachia” biskupa Ignacego Krasickiego, wydany przeszło dwa wieki temu, heroikomiczny epos, w którym w parodię „Iliady” Homera wpisana została wielopiętrowa drwina z przywar polskiego kleru zakonnego epoki saskiej. Ten archaiczny już dziś utwór, spetryfikowany przez stulecia jako lektura poczciwa, narodowa i prawie patriotyczna, przez dziesięciolecia także szkolna, nigdy tak naprawdę nie spełnił przewidzianej dla niego roli wyrzutu sumienia, choć dotykał spraw w Polsce akurat bardzo żywotnych i kluczowych. Jednak nawet krytyczna, satyryczna wymowa „Monachomachii” została złagodzona u samych początków i prześwietlona przez pogodną, słoneczną osobowość biskupa warmińskiego. Dlatego nawet jeśli komuś „Kler” skojarzy się z tamtym dziełem, to jako „monachomachia” naszych czasów, smutna, ponura, podła i nie pozostawiająca żadnych złudzeń. Odwracając oczy od „Kleru” i potępiając film, kler i wszyscy jego adherenci tracą okazję do spojrzenia w szczere zwierciadło, które mogłoby im pomóc. A widownia i tak masowo głosuje za „Klerem” swoją obecnością w kinach całej Polski. Niedługo być może już ponad milion Polaków zafunduje sobie długo w cichości serca wyczekiwaną odtrutkę od toksyn Kościoła katolickiego. W tym filmie jest wszystko, co miliony Polaków od dawna chciało pomyśleć i powiedzieć o Kościele, ale nie miało na to śmiałości i odwagi.

 

„Kler”, dramat społeczno-psychologiczny, film produkcji polskiej, Profil Film 2018, scenariusz (wspólnie z Wojciechem Rzehakiem) i reżyseria Wojciech Smarzowski, 133 min.

„Skarb” państwa PiS

„Twoja pojebana religia to najgorsza choroba Polski. Jesteście ideologicznymi spadkobiercami najgorszych morderców w historii, w imię swojego wymyślonego bożka pomordowaliście setki tysięcy niewinnych ludzi. I wy śmiecie mówić o moralności? Wszystkich was należy pozabijać i spalić wasze świątynie. Przeklęci faszyści co nawet swojej „świętej książeczki” nie czytali. Księża na Księżyc. Obyś zdechł”.

 

Takiego adresowanego do siebie wpisu internetowego doczekał się ksiądz Tadeusz Isakowicz-Zaleski. Tak się składa, że akurat ten ksiądz, czego by o nim nie sądzić, należy do grona rozsądniejszych i mniej antypatycznych przedstawicieli swojego stanu.
Na mój gust byłoby bardziej zrozumiałe, gdyby adresatami tych słów stali się raczej osobnicy typu Rydzyka czy księży Oko czy Henryka Zielińskiego z „Salonu dziennikarskiego” Karnowskich w TVP Info. I właśnie dlatego „joby”, jakie zebrał nawet „bogu ducha winny” ksiądz Isakowicz-Zaleski świadczą o tym, że kumulowana i tłumiona przez dziesięciolecia energia resentymentu i nienawiści do kleru wybuchła w końcu ze zwielokrotnioną siłą. Lata demonstrowanej pychy, chciwości, przecherstwa, rozpychania się w życiu publicznym, tolerowania wołających o pomstę do nieba praktyk instytucji, którą Joanna Senyszyn określiła jako „trzy razy be”: „Bogaty, bezideowy i bezczelny” zrobiły swoje.
Ten wybuch niechęci do Kościoła kat., a ściślej biorąc do jego sług, która przez dziesięciolecia przefiltrowywała się przez lekturę tygodników „Nie” czy „Fakty i Mity”, która zaznaczała się w formach relatywnie umiarkowanych i miarkowanych, teraz, pod wpływem jawnie proklerykalnych rządów PiS, wychodzenia na jaw afer pedofilskich i prawdy o moralności kleru, czerpania przezeń całymi garściami z kasy państwowej i wielu innych „grzechów Kościoła”, jak bywa to eufemistycznie określane, objawiła się z całą mocą. I już raczej nie ucichnie.
Na dobre rozpoczął ją „Czarny Protest” sprzed dwóch lat. Później nastąpił potężny marsz z marca 2018 roku przeciw ponownej próbie zaostrzenia zakazu aborcji oraz emocje objawione tak silnie, że siedziby Prymasa Polski przez kilka dni bronił kordon policji. Teraz kolejną falę niechęci do Kościoła kat. wywołał „Kler” Wojciecha Smarzowskiego. Film, który jest jednocześnie rezultatem i membraną tych nastrojów. Film, który przy całym swoim satyrycznym przerysowaniu, oddaje ducha czasu.

 

Front obrony deprawacji

Tymczasem w mediach prawicowo-klerykalnych istny front obrony kleru.
W tygodniku Karnowskich „Sieci” taka oto tajemnicza uwaga w anonimowym tygodniowym przeglądzie wydarzeń politycznych: „W mediach antykościelnie. Ludzie, którzy bardzo często nie umieją pokierować swoim życiem, którzy kończą, kupując samotnie wieczorem w sklepie „flaszkę i parówki”, niszczą jedną z niewielu instytucji, które prowadzą ludzi do dobra. Teraz klaszczą uszytemu na urbanoidalną miarę filmowi „Kler” Wojciecha Smarzowskiego”. Dalibóg, kogo miał na myśli autor tej uwagi? Bo chyba nie chodziło o samego reżysera, który ma dzieci i stwierdził, że to one m.in. zainspirowały go do nakręcenia tego filmu?
Smarzol, wieczorem, po flaszę i parówki? Na swoim portalu „w polityce” Karnowski w patetycznej inwokacji wzywa do obrony „naszych kochanych księży, którzy wyświadczyli nam i naszym dzieciom tyle dobra, przed atakami lewactwa”. „Nie możemy zostawić ich samych” – woła. Także w tygodniku „Gazeta Polska” Tomasza Sakiewicza dumna odpowiedź na „Kler”, a raczej na plakat do niego. Na okładce najnowszego „Gapola” deklaracja z napisem „Kler. Nasz skarb w walce z nazizmem, komunizmem, LGBT i islamistami”, na tle wizerunków Wyszyńskiego, Wojtyły, Popiełuszki i Kolbego wykadrowanych i ustawionych w konfiguracji nawiązującej do sposobu zaprezentowania postaci na afiszu filmowym. Także prezes TVPiS Kurski, który jeszcze rok temu chciał nagradzać Smarzowskiego za „Wołyń”, teraz określił jego kolejny film jako „prymitywny kicz propagandowy”.

 

Młodzieżowe „Non possumus”

Wydaje się jednak, że ta obrona jest na dłuższą metę daremna, bo jeszcze trochę i nie będzie miał kto przejąć owego „skarbu”. Najnowsze badania Kantar Millward Brown pokazały, że w najmłodszej grupie respondentów (15-19 lat) aż 61 procent uczniów jest przeciw lekcjom religii w szkole (23 procent jest „za”), podczas gdy w grupie wiekowej obejmującej badanych do 75 roku życia te proporcje procentowe układają się w wynik 46 procent (za utrzymaniem religii w szkołach) do 39 procent (przeciw). Ten wynik potwierdza ogłoszone kilka miesięcy temu wyniki badań Pew Research Center wskazały na radykalnie i rekordowo w skali światowej malejącą religijność młodzieży w Polsce. Koreluje to z wynikiem przeprowadzonych przez ośrodek IPSOS badań dotyczących stosunku Polaków do prawa do aborcji.
Wskazują one, że 46 procent respondentów jest za prawem do legalnej aborcji na żądanie, a przeciw niemu 43 procent. Jeszcze dwa lata temu, przed „Czarnym Protestem” , za prawem do legalnej aborcji na żądanie było zaledwie 18 procent pytanych. Co prawda na początku lat dziewięćdziesiątych było ich przeszło 50 procent, ale zmasowana propaganda religijna Kościoła kat. i organizacji „prolajf” zazwyczaj wspierana przez państwo, doprowadziła do zmiany społecznego nastawienia.
Jednak wydarzenia ostatnich dwóch lat i wejście na agorę debaty publicznej młodego pokolenia odwróciło ten trend. Pod wpływem perspektywy radykalnego zakazu aborcji w Polsce młodzi ludzie powiedzieli „non possumus”.

 

Będzie „Skarb2”?

A co do wspomnianego frontu obrony kościelnych deprawatorów ze strony klerykalno-pisowskich mediów. Tuż po wojnie (1948) powstała popularna komedia „Skarb” w reżyserii Leonarda Buczkowskiego. Jeśli potentaci medialni Karnowscy (spółka „Fratria”), a nawet lekko ostatnio podupadły Sakiewicz połączą swoje siły finansowe i moralne z poddanym „dobrej zmianie” Polskim Instytutem Sztuki Filmowej oraz ministrem-wicepremierem Glińskim, to są w stanie doprowadzić do realizacji filmu, który będzie odpowiedzią na „Kler” Smarzowskiego. Tytuł mogliby zapożyczyć od Leonarda Buczkowskiego. Udało się ze „Smoleńskiem”, uda się i tym razem. Będzie beczka śmiechu. Jak przystało na „Skarb”.