Lewandowski rządzi w Bundeslidze

W minioną sobotę obyła się ostatnia, 34. kolejka niemieckiej ekstraklasy piłkarskiej. Bayern Monachium wygrał na wyjeździe 4:0 z VfL Wolfsburg, a jedną z bramek zdobył Robert Lewandowski. Było to jego 34. ligowe trafienie w tym sezonie. Z takim wynikiem Polak po raz piąty zdobył tytuł króla strzelców, został też uznany za najlepszego gracza sezonu.

W głosowaniu przeprowadzonym przez oficjalny serwis internetowy Bundesligi Lewandowski zwyciężył przeważającą liczbą głosów. W plebiscycie uczestniczyli kibice, ale też znaczący wpływ na wynik głosowania miały wskazania ekspertów. Polski napastnik Bayernu Monachium otrzymał 57 procent oddanych głosów. Daleko za jego plecami uplasował się angielski gwiazdor Borussii Dortmund Jadon Sancho (13 procent), a na najniższym stopniu podium stanął niemiecki pomocnik Bayeru Leverkusen Kai Havertz (12 procent). To pierwsze takie wyróżnienie w karierze Lewandowskiego. Oprócz wymienionej trójki nominacje do nagrody piłkarza sezonu dostali jeszcze Amine Harit (Schalke Gelsenkirchen), Serge Gnabry (Bayern Monachium), Timo Werner (RB Lipsk) oraz Erling Haaland (Borussia Dortmund). Lewandowskiego doceniono za znakomity sezon, w którym zdobył 34 ligowe bramki, wyrównując osiągnięcie Dietera Muellera z sezonu 1976/1977. Więcej ligowych goli strzelonych w jednym sezonie od tych dwóch graczy ma tylko legendarny Gerd „Bomber” Mueller”, który częściej trafiał w sezonach 1971/1972 (40 razy), 1969/1970 (38 razy) oraz 1972/1973 (36 razy).
To nie jedyne indywidualne wyróżnienie Lewandowskiego w ostatnich dniach. Wcześniej został już wybrany piłkarzem sezonu Bundesligi. Jego pozycję na niemieckich boiskach potwierdza także ranking „Kickera”, stworzony na podstawie średniej ocen pomeczowych, wystawianych w każdej kolejce. Ostateczna nota „Lewego” wyniosła 2,43 (gdzie 1 to najwyższa ocena). Drugie miejsce w zestawieniu zajął bramkarz Bayeru Leverkusen Lukas Hradecky (2,74), a podium uzupełnił klubowy kolega Lewandowskiego – Joshua Kimmich (2,78).
Nic dziwnego, że niemieckie media poświęcają Lewandowskiemu w ostatnich tygodniach mnóstwo miejsca, przypominając jego dokonania, cytując statystyki i nie skąpiąc komplementów. Wygląda na to, że po 10 latach występów na boiskach niemieckiej Bundesligi „Lewy” wreszcie wspiął się na sam szczyt. Wydaje się wręcz niewiarygodne, że stało się to dopiero teraz, chociaż w 462 występach w barwach Borussii Dortmund i Bayernu Monachium zdobył 338 bramek, a w samej Bundeslidze w 321 meczach strzelił 236 goli,co daje mu trzecią pozycję w klasyfikacji strzelców wszech czasów. Przed nim są tylko Klaus Fischer – 268 trafień i Gerd Mueller – 365.
Zdobyte w tym sezonie 34 ligowe gole to najlepszy wynik „Lewego” w historii występów na niemieckich boiskach. Drugiego w klasyfikacji strzelców, Timo Wernera z RB Lipsk, wyprzedził o sześć trafień i pewnie zdobył po raz trzeci z rzędu, a piąty w karierze słynna replikę armaty, nagrodę dla zdobywcy tytułu króla strzelców niemieckiej ekstraklasy. Pięć tytułów króla strzelców Bundesligi to też niecodzienne dokonanie. Lepszy od niego pod tym względem jest już tylko Gerd Mueller, który najskuteczniejszy w lidze był siedmiokrotnie.
Z 10 sezonów spędzonych dotąd w Bundeslidze Lewandowski aż osiem kończył jako mistrz Niemiec – sześciokrotnie z rzędu z Bayernem Monachium, a wcześniej dwukrotnie z Borussią Dortmund. W dwóch pozostałych sezonach też nie było źle, bo jeszcze w barwach ekipy z Dortmundu kończył rozgrywki jako wicemistrz Bundesligi. „Lewy” znalazł się w elitarnym gronie piłkarzy, którzy mogą się pochwalić ośmioma tytułami mistrza Niemiec. O jeden więcej od niego mają w tej chwili przebywający już na futbolowej emeryturze Francuz Franck Ribery oraz dwaj jego koledzy z obecnego zespołu Bayernu – Thomas Mueller i Austriak David Alaba.
Warto też odnotować, że Lewandowski 4 lipca stanie przed szansą na zdobycie kolejnego trofeum, bo tego dnia Bayern na Stadionie Olimpijskim w Berlinie zmierzy się w finale Pucharu Niemiec z Bayerem Leverkusen. Nasz piłkarz ma w swojej kolekcji trzy triumfy w tych rozgrywkach i dużą szansę na czwarty. Jeśli w finale zdobędzie bramkę, obejmie też samodzielne prowadzenie w klasyfikacji strzelców Pucharu Niemiec, a w tej chwili pierwsze miejsce dzieli z Rouwenem Henningsem z Fortuny Duesseldorf (obaj strzelili po cztery gole).
W ostatnich pięciu sezonach Polak zdobył 215 bramek dla Bayernu oraz 35 w narodowych barwach, co daje razem 250 trafień. To więcej niż w tym samym czasie strzelili dwaj futbolowi giganci – Leo Messi (241 goli) i Cristiano Ronaldo (236). Te wszystkie liczby potwierdzają tylko klasę Lewandowskiego. W polskim futbolu więcej niż 34 ligowe gole w jednym sezonie ma tylko legendarny Henryk Reyman, a rekord ten ustanowił w pierwszym sezonie polskiej ligi w 1927 roku. Lewandowski jednak od soboty jest samodzielnym rekordzistą pod względem liczby tytułów króla strzelców wywalczonych przez Polaka w zagranicznych ligach. Do tej pory dzielił się miejscem z Łukaszem Sosinem, który cztery razy był najlepszym snajperem w ekstraklasie Cypru. Oprócz tej dwójki jeszcze tylko sześciu naszych piłkarzy sięgało po ten laur w ligach zagranicznych.
W statystykach wygląda to teraz tak: Robert Lewandowski (20 goli w sezonie 2013/2014, Borussia Dortmund, 30 w sezonie 2015/2016, 28 w sezonie 2017/2018, 22 w sezonie 2018/2019 i 34 w obecnym – cztery ostatnie w barwach Bayernu); Łukasz Sosin (21 w 2003/2004, 21 w 2004/2005, 28 w 2005/2006 jako gracz Apollonu FC) oraz 16 w 2007/2008 w barwach Anorthosis Famagusta); Krzysztof Warzycha (24 w 1993/1994, 29 w 1994/1995, 32 w 1997/1998 – wszystkie jako gracz Panathinaikosu Ateny); Janusz Kowalik (30 w 1968 w barwach Chicago Mustangs); Marek Czakon (16 w 1990 w barwach fińskiego FC Ilves); Andrzej Kubica ( 21 w 1998/1999 jako gracz Maccabi Tel Awiw); Radosław Gilewicz ( 22 w 2000/2001 w barwach Tirolu Innsbruck); Wojciech Kowalczyk ( 24 w 2001/2002 w barwach Anorthosis Famagusta oraz Łukasz Teodorczyk ( 22 w 2016/2017 jako zawodnik Anderlechtu Bruksela). Warto też odnotować, że Lewandowski ma też na koncie jeden tytuł króla strzelców polskiej ekstraklasy (18 goli dla Lecha Poznań w sezonie 2009/2010), w sumie zatem ma w dorobku sześć takich trofeów i pod tym względem także jest liderem wśród polskich piłkarzy, mając za plecami nie tylko wspomnianego Sosina, lecz także tak uznanych graczy, jak Włodzimierz Lubański, Kazimierz Kmiecik, Krzysztofa Warzycha i Tomasz Frankowski, którzy także mają w dorobku cztery tytuły najlepszego snajpera rozgrywek (Warzycha był raz królem także w polskiej ekstraklasie, w barwach Ruchu).
A to przecież jeszcze nie koniec kariery „Lewego”. Trudno będzie poprawić jego rekordy.

Lewandowski jest królem Bundesligi

Ligowe emocje w Bayernie Monachium opadły, gdy w środku tygodnia zespół przyklepał ósmy z rzędu mistrzowski tytuł. W lidze ekipa trenera Hansiego Flicka ma już tylko jeden cel – wspieranie Roberta Lewandowskiego w jego walce o trzeci z rzędu, a piąty w karierze tytuł króla strzelców.

Niemcy nie mają już obaw, że Polak pobije pomnikowy rekord 40 goli w sezonie ustanowiony blisko pół wieku temu przez legendarnego napastnika bawarskiego klubu Gerda Muellera. „Lewy” na osłodę w sobotnim meczu z Freiburgiem ustanowił inny rekord Bundesligi – z 33. golami na koncie został najskuteczniejszym obcokrajowcem w historii niemieckiej ekstraklasy. Wcześniej rekordzistą z 31. trafieniami był Gabończyk Pierre-Emerick Aubameyang, którego osiągnięcie w miniony wtorek w 32. kolejce Lewandowski wyrównał, a w sobotę w przedostatniej serii ligowej dwoma kolejnymi bramkami pobił. I nie jest powiedziane, że na tym poprzestanie, bo w ostatniej ligowej kolejce Bayern zmierzy się z szóstym zespołem Bundesligi VfL Wolfsburg.
Kapitan reprezentacji Polski w normalnych okolicznościach pewnie by w tym spotkaniu dostał wolne, zwłaszcza że jego najgroźniejszy konkurent to tytułu króla strzelców, Timo Werner z RB Lipsk, zaliczył w sobotę „pusty przebieg” w przegranym przez jego zespół 0:2 spotkaniu z Borussią Dortmund, pozostał zatem z dorobkiem 26 goli. A to oznacza, że musiałby w ostatnim meczu tego sezonu zdobyć co najmniej siedem bramek żeby dogonić „Lewego”, a osiem żeby go przegonić. To zadanie niewykonalne.
Lewandowski ma zatem piątą „armatę” praktycznie w kieszeni, za występ przeciwko Freiburgowi otrzymał po raz kolejny w tym sezonie notę „1”, oznaczającą w Niemczech „klasę światową”. Wszystko wskazuje, że zostanie uhonorowany tytułem „piłkarza sezonu” w Bundeslidze. Ale „Lewy” chce być nie tylko najlepszy w Niemczech, lecza także w Europie. Na razie jest liderem klasyfikacji „Złotego Buta”, nagrody dla najskuteczniejszego gracza w ligowych rozgrywkach na naszym kontynencie, ale chociaż pewnie prowadzi z dorobkiem 33 goli i 66 punktów, a jego najgroźniejszy konkurent Włoch Ciro Immobile z Lazio Rzym ma na koncie 27 trafień i 54 pkt, to należy pamiętać, że Serie A dopiero w minionym tygodniu wznowiła rozgrywki i ma jeszcze do rozegrania 12 ligowych kolejek. Zatem Immobile będzie miał dość okazji na przegonienie polskiego napastnika Bayernu. Nie wolno też zapominać o dwóch kolekcjonerach „Złotego Buta”, czyli Cristiano Ronaldo i Leo Messim. Oni mają w tej chwili po 21 goli na koncie, ale Portugalczyk, jak Immobile, będzie miał jeszcze 12 okazji do poprawienia tego wyniku, a Argentyńczyk osiem. Dlatego Lewandowski chce grać do końca, żeby zbudować jak największą przewagę, bo on w swojej bogatej kolekcji jeszcze „Złotego Buta” nie ma.
Kapitan reprezentacji Polski bije się w tym sezonie o najwyższe indywidualne laury, czyli „Złotą Piłkę” redakcji „France Football” i tytuły „Piłkarza Roku” przyznawane przez UEFA i FIFA, ale te trofea zgarnie raczej bohater zaplanowanych na sierpień w Lizbonie finałowych rozgrywek Ligi Mistrzów. Bayern nie jest faworytem, lecz będzie miał komfortowe warunki na przygotowanie się do imprezy w stolicy Portugalii. 4 lipca zespół trenera Flicka zagra w finale Pucharu Niemiec, a potem piłkarze dostaną 12 dni wolnego. Po powrocie będą mieli ponad dwa tygodnie na przygotowanie się do rewanżowego meczu 1/8 finału Ligi Mistrzów z Chelsea (w Londynie wygrali 3:0) i prawie miesiąc na zbudowanie odpowiedniej formy na turniej w Lizbonie.
Wracając zaś do Bundesligi, to w 33. kolejce Łukasz Piszczek i jego koledzy z Borussii Dortmund pokonując na wyjeździe 2:0 RB Lipsk zapewnili sobie wicemistrzostwo Niemiec. Oba gole dla ekipy BVB strzelił 19-letni Norweg Erling Haaland. Były to jego 12 i 13 trafienia w Bundeslidze w tym sezonie, ale licząc z bramkami zdobytymi jesienią w lidze austriackiej, ma ich na koncie w sumie 29. Jeśli latem nie odejdzie z Borussii, to w przyszłym sezonie jego rywalizacja z Lewandowskim może być ekscytująca.

Ósmy mistrzowski tytuł dla Bayernu i Lewego

Zespół Bayernu Monachium na dwie kolejki przed końcem rozgrywek zapewnił sobie mistrzostwo Niemiec – ósme z rzędu, a 30. w historii. Zwycięskiego gola w spotkaniu z Werderem Brema (1:0) strzelił Robert Lewandowski.

Dla Lewandowski to także ósmy w karierze tytuł mistrzowski w Bundeslidze. Sześć z nich wywalczył z Bayernem, a wcześniej dwa z Borussią Dortmund. Spotkanie Bayernu z Werderem odbyło się we wtorek, natomiast najgroźniejsi rywale bawarskiej jedenastki w walce o mistrzowski tytuł, Borussia Dortmund i RB Lipsk, swoje mecze w ramach 32. kolejki Bundesligi rozgrywały w środę. Znając wynik Bayernu najwyraźniej gracze tych zespołów stracili motywację, bo Borussia przegrała u siebie 0:2 z broniącym się przed spadkiem FC Mainz, zaś RB Lipsk zremisował z również zagrożoną degradacją ekipą Fortuny Duesseldorf 2:2. Najgorszym graczem w zespole BVB okazał się Łukasz Piszczek, który zawalił przy obu bramkach i został zmieniony w 54. minucie. Natomiast występujący w drużynie Fortuny Dawid Kownacki całe spotkanie w Lipsku spędził na ławce rezerwowych. Skoro o polskich piłkarzach mowa, to bramkarz beniaminka Bundesligi Unionu Berlin Rafał Gikiewicz zachował czyste konto w wygranym przez jego zespół 1:0 spotkaniu z już zdegradowanym z ligi Padeborn i zapewnił sobie utrzymanie w najwyższej lidze, natomiast Krzysztof Piątek, chociaż rozegrał cały mecz w barwach Herthy Berlin, niczym się nie wyróżnił w przegranej 1:2 wyjazdowej potyczce z Freiburgiem. Trener Herthy Bruno Labaddia odebrał mu nawet przywilej wykonywania karnych, więc honorowe trafienie dla berlińskiego zespołu z „jedenastki” zaliczył konkurent Piątka Vedad Ibisević.
Ta więc póki co nic się nie zmienia w hierarchii polskich piłkarzy grających obecnie w Bundeslidze i numerem 1 wśród nich niezmiennie jest Lewandowski. Kapitan reprezentacji Polski notuje kolejny znakomity sezon w karierze. Zapewniając Bayernowi wygraną z Werderem, zdobył 31. ligową bramkę w obecnym sezonie, ustanawiając tym samym swój nowy życiowy rekord w liczbie trafień (dotąd jego najlepszym wynikiem było 30 goli w sezonach 2015/2016 i 2016/2017). „Lewy” jest też coraz bliżej zdobycia trzeciego z rzędu, a piątego w karierze tytułu króla strzelców Bundesligi. Co prawda jego jedyny poważny konkurent do zdobycia tego trofeum, Timo Werner z RB Lipsk, także strzelił gola w 32. kolejce, lecz było to jego 26. gol i raczej w dwóch ostatnich kolejkach nie odrobi pięciobramkowej straty do Lewandowskiego.
Teraz piłkarze Bayernu Monachium mogą już skupić się na finale Pucharu Niemiec i szlifować formę na sierpniowe zmagania w Champions League. „To nie był łatwy sezon, długo walczyliśmy o tytuł. Mam nadzieję, że wkrótce będziemy świętować z kibicami na stadionie. Pokazaliśmy, że jesteśmy najlepszą drużyną w Niemczech i chcemy grać jeszcze lepiej w Lidze Mistrzów” – powiedział Lewandowski w wywiadzie zamieszczonym na stronie internetowej Bayernu.

Atak na Lewego

Timo Werner nie skorzystał z okazji, że Robert Lewandowski w 31. kolejce musiał pauzować za żółte kartki i nie zmniejszył pięciobramkowej straty jaką ma do niego w klasyfikacji strzelców Bundesligi. Kapitana reprezentacji Polski zaatakował natomiast niespodziewanie jego były agent, Cezary Kucharski.

Bayern Monachium mógł już w miniony weekend po 31. kolejce świętować mistrzostwo Niemiec, musiał tylko wygrać u siebie z Borussią Moenchengladbach, zaś druga w tabeli Borussia Dortmund przegrać na wyjeździe z Furtuną Duesseldorf. Koronację trzeba było jednak odłożyć, bo chociaż Bayern bez pauzujących za żółte kartki Roberta Lewandowskiego i Thomasa Muellera wygrała 2:1, to ekipa Łukasza Piszczka także zwyciężyła (1:0 po golu Erlinga Haalanda). Najgroźniejszy konkurent „Lewego” w wyścigu po koronę króla strzelców, Timo Werner z RB Lipsk, nie wykorzystał przymusowej absencji napastnika Bayernu i w wygranym przez jego zespół 2:0 wyjazdowym spotkaniu z Hoffenheim nie powiększył swojego bramkowego dorobku. Tym samym na trzy kolejki przed końcem rozgrywek Bundesligi Lewandowski z 30 golami na koncie ma nadal pięć trafień przewagi nad Wernerem i chyba nikt już nie wątpi, że to Polak w tym sezonie po raz piąty w karierze zdobędzie statuetkę zabytkowej armaty, będącej nagrodą dla króla strzelców Bundesligi.
Kapitan reprezentacji Polski w środku poprzedniego tygodnia potwierdził niebywałą formę, strzelając zwycięskiego gola dla Bayernu w wygranym 2:1 meczu półfinałowym Pucharu Niemiec z Eintrachtem Frankfurt. Była to jego piąta bramka w tych rozgrywkach. W finale zaplanowanym na 4 lipca bawarska jedenastka zmierzy się z Bayerem Leverkusen. „Lewy” również w Pucharze Niemiec jest liderem strzelców, a ponadto przewodzi też na liście snajperów Ligi Mistrzów, ma też na koncie najwięcej bramek zdobytych łącznie we wszystkich rozgrywkach klubowych w Europie – trafienie w spotkaniu z Eintrachtem było jego 45. w obecnym sezonie.
Nic dziwnego, że o Lewandowski dużo się ostatnio dobrego mówi i pisze nie tylko w Niemczech. W Polsce jednak w ostatnich dniach w mediach i na portalach społecznościowych wałkowano na okrągło zarzuty, jakie pod jego adresem w jakimś niszowym programie wygłosił Cezary Kucharski. Były menedżer i wspólnik „Lewego” najwyraźniej nie może przeboleć, że dwa lata temu piłkarz zerwał z nim trwającą przez niemal dekadę współpracę.
Kucharski w programie „Futbolownia” po raz kolejny przekonywał, że to jemu Lewandowski najwięcej zawdzięcza. Został jego agentem gdy był jeszcze anonimowym graczem drugoligowego Znicza Pruszków, następnie pilotował jego transfery do Lecha Poznań, Borussii Dortmund i Bayernu Monachium. „Zajmowałem się całością interesów Roberta – sportowymi, reklamowymi i wszystkimi pobocznymi, tak, by mógł się skupić tylko na piłce nożnej. Ale tam gdzie jest sukces, pojawia się grono życzliwych osób, trzeba było to filtrować, dla jego dobra. Stałem się więc niejako wrogiem dla tych wszystkich, którzy chcieli się ogrzać przy Lewandowskim” – powtarzał znane ze swoich wcześniejszych wypowiedzi tezy. Dorzucił jednak zupełnie nowy wątek – ten z pretensjami. „Mówię o tym pierwszy raz publicznie. To dziś może brzmieć absurdalnie, ale decydującym momentem był ten, kiedy Robert podpisał nową umowę z Bayernem, największą w historii polskiego sportu, wartą 100 milionów euro za pięć lat gry. Wtedy zażądał ode mnie dodatkowych pieniędzy z mojej prowizji. Gdy się nie zgodziłem, postanowił zrezygnować ze współpracy. Wiem, że to nieporozumienie było kluczowe, może przelało czarę goryczy między nami. Wiedziałem już, że jeśli mamy w stresie i pretensjach funkcjonować, to raczej nie ma to sensu. Starałem się zdobyć jego zaufanie, to się chyba jednak ostatecznie nie udało” – wyżalił się Kucharski. I ten fragment jego wypowiedzi zrobił właśnie taki rozgłos w polskich mediach, w których przez kilka dni bezkarnie i z nieskrywaną złośliwością go powtarzano.
Lewandowski na razie nie odpowiedział Kucharskiemu, chociaż pewnie nie było mu przyjemnie czytać, jakim to okazał się niewdzięcznikiem. Może poszuka innych sposobów na odegranie się na swoim byłym agencie, ale to już ich wewnętrzna sprawa. Jesli coś w tej historii może zdumiewać, to przekonanie Kucharskiego, że bez niego „Lewy” nie zrobiłby takiej kariery, jaką zrobił. Otóż, zrobiłby, może nawet większą, bo po latach widzimy, jaka jest skala jego talentu i jakim jest on człowiekiem i sportowcem. A co do pieniędzy, no cóż, jako agent Lewandowskiego Kucharski zarobił wielokrotnie więcej niż sam zarobił w trakcie swojej własnej piłkarskiej kariery, zatem to on powinien być wdzięczny „Lewemu”, a nie tej wdzięczności od niego oczekiwać.

Lewy zadziwia świat

W 30. kolejce Bundesligi Bayern Monachium wygrał na wyjeździe z Bayerem Leverkusen 4:2. Jedną z bramek dla monachijskiej drużyny zdobył Robert Lewandowski, dla którego był to 30. ligowy gol w bieżących rozgrywkach, 44. w sumie trafienie tym sezonie oraz jubileuszowa 400. bramka w karierze w barwach klubowych.

Każde z tych osiągnięć jest godne uznania. Granicę 400 bramek w rozgrywkach klubowych z czynnych zawodników przekroczyli przed Lewandowskim jedynie Cristiano Ronaldo (627 goli), Leo Messi (626) i Zlatan Ibrahimović (460). Na dorobek „Lewego” złożyło się 235 bramek zdobytych dla Bayernu, 103 dla Borussii Dortmund, 41 dla Lecha Poznań i 21 dla Znicza Pruszków.
Z kolei 44 gole strzelone w 38 spotkaniach w obecnym sezonie we wszystkich rozgrywkach klubowych to nowy rekord życiowy kapitana reprezentacji Polski. Lewandowski już w tej chwili jest zdecydowanie najskuteczniejszym piłkarzem na Starym Kontynencie. Już w poprzedniej kolejce Bundesligi dwoma trafieniami w meczu z Fortuną Duesseldorf (5:0) wyrównał swój życiowy rekord z sezonu 2016/2017, w którym strzelił 43 gole w 57 występach. W miniony weekend w spotkaniu z Bayerem Leverkusen poprawił swoje najlepsze osiągnięcie o jedną bramkę, ale z pewnością do końca sezonu swój rekord znacznie wyśrubuje. Będzie miał na to jeszcze co najmniej pięć szans: trzy w lidze, jedną w półfinale Pucharu Niemiec i jedną w rewanżowym meczu 1/8 finału Ligi Mistrzów.
A jeśli Bayern awansuje dalej, co wydaje się raczej pewne, bo gra rewanż z Chelsea u siebie, a w pierwszym meczu w Londynie wygrał 3:0, „Lewy” zyska kolejne okazje do powiększenia snajperskiego dorobku. Warto podkreślić, że nasz piłkarz granicę 40 goli przekroczył już w piątym sezonie z rzędu, czego z czynnych graczy przed nim dokonali tylko Cristiano Ronaldo i Leo Messi, a teraz ma realną szansę na przebicie kolejnej granicy – 50 bramek.
No i wreszcie 30. bramka w Bundeslidze w tym sezonie. „Lewy” wyrównał tym samym swoje życiowe rekordy strzeleckie z sezonów 2015/2016 i 2016/2017, w których zdobywał tytuły króla strzelców właśnie z dorobkiem 30 trafień. Wszystko wskazuje, że chociaż z powodu przekroczenia limitu żółtych kartek w następnej kolejce w meczu przeciwko Borussii Moenchengladbach będzie musiał pauzować, to na ustanowienie nowego życiowego rekordu w Bundeslidze będzie miał jeszcze okazje w trzech ligowych spotkaniach. Wygląda też na to, że Lewandowski zdobędzie swój piąty w karierze tytułu króla strzelców Bundesligi, bo jego najgroźniejszy konkurent, napastnik RB Lipsk Timo Werner, w meczu 30. kolejki z Padeborn (1:1) zaliczył pusty przebieg i nadal ma 25 goli, czyli jego strata do „Lewego” urosła do pięciu trafień. Teoretycznie jest do odrobienia, ale chyba tylko teoretycznie.
Tak więc Lewandowski w tej chwili jest liderem klasyfikacji strzelców Bundesligi (30 goli), Ligi Mistrzów (11 goli), a z 44 golami we wszystkich rozgrywkach klubowych prowadzi na liście najskuteczniejszych piłkarzy w Europie. Kolejni w tym zestawieniu są wspomniany Timo Werner (31 goli), napastnik Paris Saint-Germain Kylian Mbappe (30 goi) i napastnik Lazio Rzym Ciro Immobile (30 goli). W tym kontekście nie ma co narzekać, że Lewandowski nie pobije już w tym sezonie legendarnego rekordu Gerda Muellera 40 ligowych trafień. Musiałby w trzech meczach zdobyć aż 10 bramek, co jest nierealne nawet dla niego.
Realne za to do pobicia jest osiągnięcie innego Muellera – Dietera, który w sezonie 1976/1977 został królem strzelców Bundesligi z dorobkiem 34 trafień. To czwarty wynik w historii niemieckiej ekstraklasy, bo trzy najlepsze należą do Gerda Muellera: 40 goli w sezonie 1971/1972, 38 goli w sezonie 1969/1970 i 36 goli w sezonie 1972/1973.
Drużyna Bayernu też może pobić rekord zdobytych bramek w jednym sezonie, ustanowiony w rozgrywkach 1971/1972 przez monachijską jedenastkę. Gerd Mueller, Franz Beckenbauer i spółka strzelili wtedy 101 goli, a obecna ekipa po 30 kolejkach ma na koncie 90 trafień i cztery mecze do końca rozgrywek. Wystarczy, że utrzyma średnią goli na mecz i przejdzie do historii. Ale w następnym spotkaniu, z Borussią M’gladbach może mieć z tym kłopot, bo oprócz Lewandowskiego za żółte kartki pauzował w tym meczu będzie też Thomas Mueller.
Dla Lewandowskiego wygrana z Bayerem Leverkusen i strzelony tej drużynie gol miały też aspekty ambicjonalne. W rundzie jesiennej „Aptekarze” utarli nosa ekipie Bayernu, pokonując ją w 13. kolejce w Monachium 2:1. Polski napastnik przed tym spotkaniem błysnął w meczu Ligi Mistrzów z Crveną Zvezdą Belgrad (6:0) i w euforii napisał na portalu społecznościowym, że jest uzależniony od strzelania goli. „Możemy ci pomóc to uleczyć” – zakpili na swoim profilu „Aptekarze” i cel osiągnęli, bo „Lewy” gola im nie wbił. Tym razem ich „lekarstwo” okazało się nieskuteczne.

Lewy i Bayern grają jak z nut

Robert Lewandowski w rozegranym w środku tygodnia ligowym meczu z Borussią Dortmund nie zdobył bramki, ale już w sobotę odrobił stratę strzelając dwa gole w wygranym przez Bayern Monachium 5:0 spotkaniu z Fortuną Duesseldorf. Nasz piłkarz ma już na koncie 29 trafień w Bundeslidze.

Bayern jest coraz bliższy obrony mistrzowskiego tytułu. W czterech meczach rozegranych w Bundeslidze po restarcie rozgrywek bawarska jedenastka zdobyła komplet punktów, pokonując kolejno Union Berlin 2:0, Eintracht Frankfurt 5:2, Borussię Dortmund 1:0 i teraz w miniony weekend Fortunę Duesseldorf 5:0. Ekipa prowadzona przez trenera Hansiego Flicka ma na koncie 67 punktów i taką już przewagę nad ścigającymi ich w tabeli konkurentami, że właściwie prezes Karl-Heinz Rummenigge może już kazać mrozić szampany. Podobnie jak Lewandowski, który w tych czterech spotkaniach nie zdobył bramki jedynie w wyjazdowym starciu z Borussią, ale pokonując dwukrotnie bramkarza Fortuny utrzymał średnią jednego gola na mecz. W sobotę zdobył swoje bramki nr 28 i 29 w tym sezonie Bundesligi i umocnił się na pozycji lidera klasyfikacji strzelców. Tak liczba goli, jaką już w w tym sezonie strzelił „Lewy”, to dorobek zapewniający koronę króla strzelców aż w 44 sezonach Bundesligi. Tylko w 12 z 56 sezonów zdarzyło się, by ktoś wygrał tę prestiżową rywalizację większą liczbą trafień. A przecież przed Lewandowskim jeszcze pięć ligowych kolejek i tyleż okazji do powiększenia dorobku. Rekordu wszech czasów Gerda Muellera, który w sezonie 1971/1972 został królem strzelając 40 goli, „Lewy” juz nie pobije, ale ma ogromne szanse na poprawienie swojego najlepszego osiągnięcia – jego życiowy rekord w Bundeslidze to 30 goli strzelonych w sezonach 2015/1016 i 2016/2017.
Lewandowski ma jednak szansę dorównać legendarnemu napastnikowi Bayernu i reprezentacji Niemiec. Jeśli zdobędzie w tym sezonie tytuł króla strzelców, będzie to jego piąte takie trofeum w karierze oraz trzecie z rzędu. A trzy razy z rzędu nagrodę dla najlepszego snajpera Bundesligi odbierał dotąd tylko wspomniany Gerd Mueller (w sezonach 1971/1972, 1972/1973 i 1973/1974). Warto też odnotować, że „Lewy” w spotkaniu z Fortuną osiągnął niebywałą liczbę 300 punktów w klasyfikacji kanadyjskiej, a na ten dorobek złożyło się 230 goli oraz 70 asyst. Potrzebował do tego 317 meczów w Bundeslidze. Poza tym Lewandowski wykreślił drużynę z Duesseldorfu ze swojego rejestru zespołów występujących w niemieckiej ekstraklasie, którym jeszcze nie strzelił gola. Teraz ma już „na rozkładzie” wszystkie 18 ekip, włącznie z Bayernem, któremu strzelał jeszcze jako napastnik Borussii Dortmund. Trzeba też koniecznie przypomnieć, że „Lewy” w tym sezonie jest najskuteczniejszym strzelcem w ligach europejskich – we wszystkich rozgrywkach strzelił 43 gole (do 29 w Bundeslidze dołożył 11 w Lidze Mistrzów i 3 w Pucharze Niemiec).
W cieniu wyczynów Lewandowskiego powoli odbudowuje swoją strzelecka formę jego dubler w reprezentacji Polski Krzysztof Piątek. Grający obecnie w Herthcie Berlin 24-letni napastnik po wznowieniu rozgrywek stracił miejsce w wyjściowej jedenastce berlińskiej drużyny, bo jej nowy trener, Bruno Labaddia, postawił na 35-letniego Bośniaka Vedada Ibisevicia. Piątek we wszystkich czterech rozegranych dotąd po restarcie spotkaniach wchodził na boisko po przerwie, ale w dwóch ostatnich zdobywał bramki. Ta zdobyta w minioną sobotę była jednak szczególna, bo zdobyta z gry. To pierwsze takie trafienie Piątka w Bundeslidze, bo chociaż miał już na koncie dwie zdobyte bramki, to obie z rzutów karnych. Na gola z akcji nasz piłkarz musiał czekać przez 377 dni. Po raz ostatni pokonał bramkarza nie z karnego 19 maja ubiegłego roku jeszcze jako zawodnika AC Milan, w spotkaniu z Frosione Calcio (2:0). Potem w Serie A strzelił jeszcze tylko trzy gole, ale wszystkie z „jedenastek”, podobnie jak dwa kolejne w Bundeslidze po przeprowadzce do Herthy. W miniona środę dzięki skutecznie wykonanemu rzutowi karnemu zapewnił swojej drużynie cenny remis w wyjazdowym spotkaniu z RB Lipsk, ale jedyną nagrodą za to był dłuższy niż w trzech wcześniejszych spotkaniach występ w sobotnim meczu z Augsburgiem. Piątek wszedł na boisko w 64. minucie za Dodiego Lukebakio, przy prowadzeniu gospodarzy 1:0 po golu strzelonym w 24. minucie przez Javairo Dilrosuna. Gdy Polak pojawił się na placu gry, trener Labaddia odesłał do szatni Ibisevicia, który w dwóch pierwszych meczach po restarcie zaimponował skutecznością i w obu zaliczył po jednym trafieniu, lecz w dwóch ostatnich już swojego dorobku nie powiększył, a zatem Piątek ma teraz tyle samo goli co jego rywal do miejsca w ataku Herthy.
Dzięki sobotniemu zwycięstwu nad drużyną Augsburga berliński zespół pozostał niepokonany po restarcie rozgrywek i dzięki wywalczonym 10 punktom w czterech spotkaniach awansował w tabeli na dziewiąte miejsce i do zespołu VfL Wolfsburg, który zajmuje dającą prawo gry w kwalifikacjach Ligi Europy szóstą lokatę, traci już tylko cztery punkty.

Rosną oczekiwania wobec Lewego

Robert Lewandowski nie zmarnował czasu podczas przymusowej przerwy spowodowanej przez pandemię koronawirusa. W pierwszym meczu po restarcie Bundesligi, z Unionem Berlin, należał do najlepszych graczy Bayernu Monachium. Gola strzeliłz rzutu karnego, ale było to jego 26. trafienie w obecnych rozgrywkach niemieckiej ekstraklasy i zarazem 40. w obecnym sezonie licząc wszystkie rozgrywki. Granicę 40 bramek w sezonie osiągnął po raz piąty z rzędu, co stawia go w jednym rzędzie z największymi gigantami współczesnego futbolu – Leo Messim i Cristiano Ronaldo, bo tylko oni w XXI wieku w jednym sezonie także pięciokrotnie z rzędu przekraczali barierę 40 trafień.

To wcale nie musi być ostatnia bariera w strzeleckich dokonaniach, jaką Lewandowski w tym sezonie przekroczy. Występ w niedzielnym spotkaniu 26. kolejki Bundesligi z Unionem Berlin był 24. ligowym meczem „Lewego” w obecnych rozgrywkach, o oznacza, że strzelił dotąd więcej goli niż rozegrał meczów. Przed nim jeszcze osiem spotkań w Bundeslidze, więc jeśli utrzyma regularność, powinien po raz trzeci w karierze osiągnąć granicę 30. trafień w niemieckiej ekstraklasie w jednym sezonie.
Ale już 26 goli strzelonych w 24 ligowych występach jest wyczynem godnym podziwu. Dość powiedzieć, że aż w 36 z 57 wcześniejszych sezonów Bundesligi tyle trafień wystarczyło do zgarnięcia tytułu króla strzelców. Sam Lewandowski strzelił więcej goli w rozgrywkach 2015/2016 (30), 2016/2017 (30) i 2017/2018 (29).
Rekord Muellera poza zasięgiem
Do wyrównania legendarnego już strzeleckiego rekordu Gerda Muellera, który w jednym sezonie zdobył 40 bramek, brakuje kapitanowi reprezentacji Polski jeszcze 14 goli. W Niemczech chyba większe emocje towarzyszą właśnie temu zagrożeniu, jakie stanowi polski napastnik dla owianego sławą wyczynu ikony niemieckiego futbolu sprzed blisko pół wieku (sezon 1971/1972). Tak na marginesie – Mueller dwa sezony wcześniej zdobył tytuł króla strzelców z dorobkiem 38 trafień, w sezonie 1972/1973 strzelił 36 goli, a jeszcze dwukrotnie kończył rozgrywki z 30. trafieniami na koncie. Najbardziej jednak na wyobraźnię działa owe 40 bramek, bo to osiągnięcie w dzisiejszych czasach zdawało się nie do pobicia.
I nadal jego pobicie wydaje się nieosiągalne nawet dla Lewandowskiego, bo musieliby mu w tym pomóc wszyscy gracze Bayernu, a na to „Lewy” chyba nie ma raczej co liczyć. Chociaż odkąd zrezygnował z marzeń o Realu Madryt i całe serce oddał bawarskiemu klubowi, jego pozycja w zespole umocniła się, a relacje z kolegami znacznie ociepliły, to chyba nie na tyle, żeby wszyscy nagle zaczęli go traktować jak gracze Barcelony traktują Messiego, a gracze Juventusu (wcześniej Realu Madryt) Cristiano Ronaldo. Lewandowski nie dostanie raczej w Bayernie takich specjalnych praw, ani też nie statusu największej gwiazdy zespołu, nawet jeśli dla kibiców i mediów już jest taką wyjątkową postacią jak Argentyńczyk i Portugalczyk.
W szatni Bayernu wciąż jednak więcej znaczą od niego Thomas Mueller, Manuel Neuer, Joshua Kimmisch czy Leon Goretzka. I na boisku też to będzie widoczne – nie będą szukać „Lewego”, nie będą mu zagrywać piłki za każdym razem, bo w Bayernie każdy piłkarz czuje się gwiazdą.
Dlatego nie ma co się nastawiać, że kapitan reprezentacji Polski w kolejnych meczach znowu zacznie strzelać po dwa czy trzy gole, a tylko w ten sposób byłby w stanie wyrównać lub pobić rekord Gerda Muellera.
Dobrze, że chociaż Lewandowski wciąż w drużynie Bayernu jest numerem 1 na liście egzekutorów rzutów karnych. Ten właśnie przywilej pozwolił mu zaliczyć trafienie w spotkaniu z Unionem Berlin. Przy okazji warto podkreślić, że „Lewy” jest w tej chwili chyba najlepszym, a na pewno najpewniejszym wykonawcą „jedenastek” na świecie.
Mistrz rzutów karnych
Rzut karny w meczu z Unionem, w bramce którego stał Polak, Rafał Gikiewicz, był 42. egzekwowanym przez Lewandowskiego w barwach Bayernu. Nie wykorzystał z nich tylko dwóch – w marcu 2018 roku przeniósł piłkę nad poprzeczką w meczu z Hamburgerem SV, a w styczniu 2019 roku trafił w słupek w spotkaniu z VfB Stuttgart. Czterdzieści pozostałych „jedenastek” zamienił na bramki, co jest wyczynem naprawdę wymykającym się nawet z reguł rachunku prawdopodobieństwa. Co ciekawe, doprowadził też do mistrzostwa swoją oryginalna technikę mylenia bramkarzy przed strzałem. Tylko w sześciu przypadkach na 42 golkiperzy potrafili odczytać jego zamiary i rzucali się we właściwy róg. Ostatnim, który trafnie wybrał, był Gikiewicz, ale i tak nie zdołał zapobiec nieszczęściu.
Lewandowski nie może rzecz jasna liczyć, że w każdym spotkaniu sędziowie będą dyktować „jedenastki” dla Bayernu. Jeśli chce po raz piąty w karierze zdobyć tytuł króla strzelców Bundesligi, musi też zdobywać bramki z gry. Jeśli nie dostanie wsparcia od kolegów, będzie miał z tym problem w każdym z ośmiu pozostałych do rozegrania spotkań. A to może zrodzić poważne problemy, z czego doskonale zdaje sobie sprawę trener monachijskiego zespołu Hansi Flick. On po meczu z Unionem przyznał, że osobiście uważa, iż Lewandowski jest w stanie pobić rekord Gerda Muellera. „To nie będzie łatwe, ale Robert ma odpowiednią jakość. Jeśli ktoś może tego dokonać, to właśnie on” – stwierdził w wypowiedzi dla portalu Goal.com.
Atak norweskiego nastolatka
Utrzymanie przez „Lewego” strzeleckiej formy będzie jak zawsze w ostatnich sezonach kluczowym czynnikiem w walce o mistrzostwo Niemiec, która póki co nie została jeszcze rozstrzygnięta. W 26. kolejce swój mecz wygrała także Burussia Dortmund, chyba najgroźniejszy obecnie przeciwnik bawarskiego potentata w wyścigu po tytuł, która ma cztery punkty straty. A we wtorek 26 maja ekipa BVB gościć będzie Bayern w 28. kolejce ligowej. Co prawda wcześniej, w weekend, w ramach 27. kolejki bawarska jedenastka zagra u siebie z Eintrachtem Frankfurt, zaś ekipa z Dortmundu na wyjeździe z VfL Wolfsburg, więc ta różnica punktowa może się zmienić, niemniej jednak dopiero bezpośrednie starcie zespołów Lewandowskiego i Łukasza Piszczka da odpowiedź na pytanie, który z nich ma obecnie większą moc.
Ale można już teraz zakładać, że nie tylko w Niemczech, w Polsce i w Norwegii kibice będą jednak bardziej ekscytować się wielkim pojedynkiem Lewandowskiego z Erlingiem Haalandem. Norweski nastolatek przebojem wszedł na salony Bundesligi i zdobywa bramki z taką samą regularnością, jak polski snajper Bayernu. Czy stary mistrz wyjdzie z konfrontacji z pretendentem, przekonamy się już za niespełna tydzień.

Klose potrenuje Lewego

Kadra Bayernu Monachium szykuje się do restartu rozgrywek 1. Bundesligi, ale wydarzeniem minionego weekendu w ekipie mistrzów Niemiec była wiadomość, że od lipca asystentem trenera Hansiego Flicka będzie 41-letni Miroslav Klose, najskuteczniejszy napastnik w historii reprezentacji Niemiec.

Urodzony w Opolu Miroslav Klose w 1987 roku jako dziewięcioletni chłopak wyemigrował z całą rodziną do Niemiec, gdzie został jednym z najwybitniejszych piłkarzy w historii reprezentacji tego kraju. Zadebiutował w niej 24 marca 2001 roku w meczu z Albanią i od razu strzelił swoją pierwszą bramkę. W sumie do 2014 roku rozegrał w niemieckich barwach aż 137 meczów i zdobył w nich 71 goli, co czyni go najskuteczniejszym strzelcem w historii piłkarskiej reprezentacji naszych zachodnich sąsiadów. Przed nim przez kilka dziesięcioleci rekordzistą z dorobkiem 68 trafień był legendarny Gerd Mueller.
Imponująca jest też lista jego osiągnięć z niemiecką drużyną. W 2002 roku na mundialu w Korei i Japonii zdobył z nią wicemistrzostwo świata, a sam zdobywając w tym turnieju 5 bramek został wicekrólem strzelców. Cztery lata później w mistrzostwach świata rozegranych w Niemczech wywalczył z ekipa gospodarzy brązowy medal, ale z pięcioma bramkami na koncie został królem strzelców turnieju. Ponownie brązowy medal reprezentacja Niemiec zdobyła w 2010 roku w Republice Południowej Afryki, a Klose powiększył swój łączny bramkowy dorobek w światowych czempionatach o kolejne cztery trafienia. W 2012 roku znalazł się w kadrze na rozgrywany w Polsce i na Ukrainie mistrzostwa Europy (Niemcy zdobyli w tym turnieju trzecie miejsce, a cztery lata wcześniej, na Euro 2008 w Austrii i Szwajcarii wywalczyli wicemistrzostwo). 7 września 2013 roku w wygranym 3:0 spotkaniu z Austrią w eliminacjach MŚ 2014 Klose strzelił gola i było to jego 68 trafienie w barwach niemieckiej reprezentacji, co oznaczało, że wyrównał rekord Gerda Muellera. 21 czerwca 2014 na mundialu w Brazylii w meczu Niemcy – Ghana zaliczył 15 bramkę i wyrównał rekord strzelonych goli w finałach mistrzostw świata należący do Brazylijczyka Ronaldo, ale już 8 lipca w słynnym spotkaniu Brazylia – Niemcy (1:7) zdobył jedną z bramek bramkę i z 16. trafieniami do dzisiaj jest samodzielnym rekordzistą w liczbie goli strzelonych w turniejach o mistrzostwo globu. Po rozegranym 13 lipca 2014 roku meczu finałowy z Argentyną, wygrany przez Niemców po dogrywce 1:0, mógł w wieku 36 lat świętować w końcu mistrzowski tytuł. Po tym spotkaniu zakończył reprezentacyjna karierę z imponującym dorobkiem 137 występów – lepszy od niego jest tylko Lothar Matthaeus, który rozegrał 150 meczów. W liczbie strzelonych goli jest jednak rekordzistą.
W swojej piłkarskiej biografii Klose ma też bogaty w sukcesy kilkuletni okres występów w Bayernie Monachium. Trafił do tego klubu z Werderu Brema latem 2007 roku jako król strzelców Bundesligi z sezonu 2005/2006 i piłkarz roku 2006 w Niemczech. W klubie z Bremy rozegrał łącznie 131 meczów, strzelił w nich 63 gole i zanotował 47 asyst. Ale dopiero w Bayernie mógł święcić największe klubowe sukcesy w swojej karierze – dwukrotnie zdobywał z bawarska drużyną mistrzostwo Niemiec i Puchar Niemiec, a po razie Superpuchar Niemiec i Puchar Ligi, zaś w sezonie 2009/2010 doszedł do finału Ligi Mistrzów, w którym Bayern przegrał z Interem Mediolan. W barwach monachijskiego klubu Klose we wszystkich rozgrywkach rozegrał 150 meczów, w których strzelił 53 gole i zaliczył 28 asyst.
W 2011 roku odszedł z Bayernu i podpisał kontrakt z Lazio Rzym. W barwach włoskiego klubu występował już do końca piłkarskiej kariery, którą zakończył oficjalnie 1 listopada 2016 roku. W Lazio rozegrał łącznie 171 meczów, w których strzelił 64 bramki i zaliczył 35 asyst.
Gdy tylko zawiesił buty na kołku, selekcjoner niemieckiej reprezentacji Joachim Loew natychmiast zaproponował mu posadę swojego asystenta, obok już współpracującego z nim w tej roli Hansiego Flicka. Obecny trener Bayernu Monachium nie miał nic przeciwko temu, bo Klose już wcześniej, u schyłku swojej reprezentacyjnej kariery, miał w kadrze Niemiec specjalny status i często uczestniczył w taktycznych naradach z Loewem i Flickiem. Ponoć potrafił zaskoczyć swoich szefów błyskotliwymi spostrzeżeniami i sugestiami.
Klose jeszcze jako aktywny zawodnik nie ukrywał, że zamierza zostać trenerem. Realizacji marzeń nie odkładał na później. Dlatego bez wahania przyjął ofertę Loewa, a w 2018 roku po ukończeniu odpowiednich kursów podjął pierwszą samodzielną pracę – poprowadził juniorską drużynę Bayernu U-17 i zaczął z nią osiągać bardzo obiecujące wyniki. Gdy Hansi Flick na poczaąku listopada ubiegłego roku przejął po Niko Kovacu pierwszy zespół bawarskiego potentata, a w następnych miesiącach umocnił swoją pozycje na tyle, że władze klubu podpisały z nim trzyletni kontrakt, od razu zaczął zabiegać o włączenie Klosego do swojego sztabu szkoleniowego. „Z Hansim znamy się dobrze z pracy w sztabie reprezentacji, więc ufamy sobie zawodowo i prywatnie. To dla mnie kolejny krok w mojej trenerskiej karierze. Chciałbym pomóc Bayernowi osiągnąć wytyczone cele dzieląc się w swojej pracy doświadczeniem jakie zebrałem przez lata na boisku” – podkreślił z kolei Klose.
Niemieckie media natychmiast zaczęły spekulować jak Klose ułoży sobie współpracę z Robertem Lewandowskim. Raczej nikt nie przewiduje komplikacji, nie tylko dlatego, że obaj są Polakami. Klose do tej pory w publicznych wypowiedziach oceniał „Lewego” bardzo dobrze, nawet potrafił przyznać, że pod względem piłkarskich umiejętności reprezentant Polski znacznie go przewyższa. „On jest wyjątkowy, łączy w swojej grze po trochu wszystko, co powinien mieć klasowy napastnik. Naprawdę trudno znaleźć u niego jakąś słabszą stronę” – komplementował Lewandowskiego w jednym z wywiadów. Czy będzie w stanie jeszcze ulepszyć maszynę do strzelania goli, jaką jest kapitan reprezentacji Polski? Będzie to trudne, bo Lewandowski to w tej chwili już w pełni ukształtowanym piłkarz, uważany za najlepszego na świecie na swojej pozycji, a niedocenianego poza Niemcami tylko dlatego, że Bayern w ostatnich latach nie odnosił sukcesów w europejskich pucharach, a reprezentacja Polski poziomem znacznie odstaje od europejskiej i światowej czołówki. Z pewnością jednak Klose będzie w stanie jakieś niuanse poprawić – może grę głową, może umiejętność wychodzenia na pozycję, a może dostrzeże coś, z czego nawet „Lewy” nie zdaje sobie jeszcze sprawy. Przekonamy się o tym jeszcze w tym roku, bo Klose ma zacząć pracę w sztabie pierwszego zespołu od 1 lipca.

Tak będą grali w czasie zarazy

Piłkarze Bundesligi już ostro trenują, chociaż na razie w małych grupach. Tygodnik „Der Spiegel” opublikował niedawno opracowany przez Niemiecki Związek Piłki Nożnej (DFB) zestaw zasad, które trzeba będzie respektować po wznowieniu rozgrywek. Podobny regulamin szykuje też PZPN dla klubów ekstraklasy oraz I i II ligi.

Od kilku tygodni działa specjalny wydział Niemieckiego Związku Piłki Nożnej kierowany przez Tima Meyera, który jest przewodniczącym Komisji Medycznej DFB. Jak do tej pory opracowano dwa dokumenty. Pierwszy dotyczył niezbędnych zabezpieczeń przy organizacji wznowionych po przerwie treningów. To w nim wydano m.in. słynna już instrukcję, by piłkarze ćwiczyli w małych, odizolowanych od siebie grupach, nie korzystali z szatni, klubowych łazienek i nie spożywali wspólnie posiłków. Znacznie więcej wymogów sformułowano w dokumencie regulującym szczegółowo zasady organizacji meczów, które z powodu pandemii koronawirusa mają być rozgrywane przy pustych trybunach, ale jednak z udziałem całkiem sporej grupy zaangażowanych przy obsłudze osób. Ich liczbę ograniczono do 300 ludzi na każdym spotkaniu.
„Der Spiegel” donosi, że opracowane wytyczne są bardzo szczegółowe i obejmują wszystkie związane z meczem czynności – od przygotowania do meczu, wyjścia na boisko, po pracę mediów i służb porządkowych. Autorzy dokumentu, który ma pełnić rolę swoistego podręcznika dla wszystkich klubów, pewnie nie tylko Bundesligi, bo zapewne z opracowania będą chciały skorzystać też ligi innych krajów, także nasza PKO Ekstraklasa, zdefiniowali m.in. ile osób może przebywać na stadionie, jak mają być wyposażone obiekty sportowe, w jaki sposób powinni zachowywać się pracownicy hoteli, w których przebywają drużyny, na co mają zwracać uwagę piłkarze i trenerzy w domu, co powinni robić chorzy członkowie drużyny, jak powinni zachowywać się pracownicy telewizji podczas realizacji transmisji i w kontaktach z zawodnikami.
Każdy stadion ma zostać podzielony na trzy strefy. Strefę boiska łącznie z tunelem, pomieszczeniami technicznymi w sąsiedztwie murawy, strefę trybun i strefę poza boiskiem. Ściśle określono liczbę osób, które mogą przebywać na obiekcie, a także sprecyzowano o jakich porach. W porze rozpoczęcia spotkania w pierwszej strefie może być obecnych 98 osób, w drugiej – 115, a w trzeciej – 109. Łącznie na jednym meczu we wszystkich trzech strefach może przebywać nie więcej niż 300 osób.
Zrezygnowano z wielu przedmeczowych rytuałów. W meczach w „wersji koronawirusowej” zespołom wychodzącym na boisko nie będą towarzyszyły dzieci, na będzie na boisku i w drodze do szatni klubowych maskotek, zabronione będzie robienie wspólnych zdjęć, ściskanie dłoni na powitanie, także arbitrów i trenerów. Prezentacja zespołów zostanie ograniczona do absolutnego minimum.
Fotoreporterzy będą mogli robić zdjęcia tylko zza bramek. Ich liczba, podobnie jak liczba akredytowanych dziennikarzy, także zostanie ograniczona. Priorytet otrzymają oficjalni nadawcy Bundesligi. Pracownicy telewizji i inne osoby z obsługi medialnej będą musiały jednak za każdym razem wypełniać bardzo szczegółowy protokół medyczny. W kwestionariuszu są zobowiązani do informowania o jakichkolwiek symptomach występujących w przypadkach zarażenia wirusem Covid-19. Taki rygorom będą musieli poddać się także pracownicy hoteli, w których gościć będą zespoły przyjezdne.
Według niepotwierdzonych oficjalnie informacji Bundesliga ma wznowić rozgrywki już 9 maja. Piłkarze wszystkich klubów trenują regularnie w małych grupach od 7 kwietnia, ale ponoć już od najbliższego poniedziałku drużyny będą mogły ćwiczyć w pełnych składach.
Bundesliga przerwała rozgrywki po 25. kolejce, z jednym zaległym meczem Eintrachtu Frankfurt z Werderem Brema. Liderem jest Bayern Monachium (Robert Lewandowski), który prowadzi z dorobkiem 55 punktów i o cztery wyprzedza drugą w tabeli Borussię Dortmund (Łukasz Piszczek). Trzecie miejsce zajmuje RB Lipsk (50 pkt), a czwarte Borussia Moenchengladbach (49 pkt). Cztery pierwsze lokaty na koniec rozgrywek gwarantują miejsce w fazie grupowej Ligi Mistrzów.
W Polsce liczba osób na meczach po wznowieniu rozgrywek ma być dużo mniejsza, bo na stadionie będzie mogło przebywać maksymalnie 50 osób, wliczając w to piłkarzy, sędziów, lekarzy, masażystów i trenerów. Piłkarze i sędziowie nie będą musieli zakładać w trakcie gry maseczek. Nasze Ministerstwo Zdrowia długo nie chciało się zgodzić na wznowienie rozgrywek sportowych. Ponoć jego urzędników przekonał argument, że transmisje piłkarskie zatrzymają wielu ludzi w domach przed telewizorami, nawet przy ładnej pogodzie.

Bundesliga znów trenuje

Chociaż w Niemczech epidemia koronawirusa wciąż nie słabnie, to piłkarska Bundesliga mimo to szykuje się do wznowienia rozgrywek. Niemieckie media podają, że ma to nastąpić w maju, a mecze będą rozgrywane bez publiczności. W miniony poniedziałek do treningów wrócili piłkarze Bayernu Monachium, a wraz z nimi wyleczony już Robert Lewandowski.

Niemieckie drużyny są bardzo zdeterminowane, aby rozegrać sezon do końca. Według pesymistycznych prognoz ekspertów wskutek przerwy w grze zagrożonych likwidacją jest aż 10 klubów Bundesligi. Stąd też presja na jak najszybsze wznowienie przerwanych na początku marca rozgrywek.
Wedle najnowszych spekulacji medialnych może to nastąpić już 2 maja, ale bardziej prawdopodobny jest następny weekend, czyli 8-10 maja. Te daty mogą dziwić w kontekście informacji, jakie docierają z Niemiec o rozwoju pandemii w tym kraju. W miniony wtorek Instytut im. Roberta Kocha (RKI) w Berlinie poinformował, że w ciągu ostatniej doby na terenie RFN zmarły 173 osoby zakażone koronawirusem. Łączna liczba ofiar śmiertelnych w kraju od początku epidemii wzrosła do 1607, a liczba zidentyfikowanych zakażeń wzrosła w ciągu ostatniej doby o 3834 przypadki.
W sumie u naszych zachodnich sąsiadów odnotowano już 99 225 infekcji koronawirusem. Położona na południowym wschodzie kraju Bawaria jest krajem związkowym najbardziej dotkniętym przez epidemię. W granicach tego landu zarejestrowano 26 163 zakażonych (26 procent wszystkich zakażeń w kraju) i 481 zgonów.
W poniedziałek kanclerz Angela Merkel poinformowała, że jest jeszcze stanowczo za wcześnie, żeby łagodzić wprowadzone przez rząd obostrzenia obowiązujące w Niemczech ze względu na pandemię koronawirusa.
Klubom Bundesligi udzielono jednak zezwolenia na organizowanie zamkniętych dla osób postronnych zajęć w ośrodkach treningowych. Treningi muszą się odbywać z zachowaniem wszelkich rygorów sanitarnych, ale dzięki tej furtce piłkarze Borussii Dortmund (Łukasz Piszczek), Schalke 04 Gelsenkirchen, Unionu Berlin (Łukasz Gikiewicz), a od poniedziałku także lidera Bundesligi Bayernu Monachium, w kadrze którego po wyleczeniu urazu pojawił się też Robert Lewandowski, mogli wrócić na boiska.
Zajęcia prowadzone przez wszystkie zespoły są organizowane w podobny sposób. Zawodnicy są dzieleni na kilka grup, które nie mają ze sobą żadnej styczności, albo trenują o różnych godzinach. Piłkarze ćwiczą na ogół w parach, zachowując między sobą należytą odległość.
Kadra Bayernu Monachium w poniedziałek stawiła się w komplecie w klubowym ośrodku przy Sabenerstrasse. Wśród 21 zawodników był też Lewandowski, dla którego były to pierwsze zajęcia na boisku od momentu odniesienia kontuzji kolana, co miało miejsce 25 lutego podczas meczu Ligi Mistrzów z Chelsea Londyn (3:0). Większość jego kolegów miała krótszą przerwę, bo czterotygodniową, ale wszyscy bez wyjątku nie kryli radości z faktu, że znów mogą wspólnie trenować, chociaż zostali porozrzucani w małych grupkach po całym boisku.
Zajęcia dostosowano do wymogów obowiązujących w Niemczech w związku z epidemią SARS-CoV-2. Piłkarzy podzielono na pięć grup – cztery czteroosobowe i jedną pięcioosobową, w której znalazł się m.in. Lewandowski. Każda z grup zbierała się w innej części podziemnego garażu, wszyscy przyjechali już przebrani w stroje treningowe, a po zajęciach od razu musieli wracać do swoich domów i dopiero w nich mogli brać prysznic. Siłą rzeczy te pierwsze treningi nie mogły być zbyt intensywne, raczej chodziło w nich o umożliwienie zawodnikom kontaktu z pełnowymiarowym boiskiem i wykonanie podstawowych ćwiczeń z piłkami.
Lewandowski nie mia już żadnych problemów zdrowotnych, co wydaje się oczywiste, bo przecież jego powrót do gry po kontuzji i tak był planowany na 4 kwietnia, bo tego dnia wedle pierwotnego terminarza Bayern miał grać na wyjeździe z Borussią Dortmund. „Lewy” z powodu urazu kolana opuścił tylko trzy mecze, ale w tym czasie jego najgroźniejsi konkurenci do korony króla strzelców Bundesligi (Timo Werner z RB Lipsk) i „Złotego Buta” (Woch Ciro Immobile z Lazio Rzym) nie powiększyli swojego bramkowego dorobku, a zatem po ewentualnym wznowieniu rozgrywek rywalizacja o te laury wystartuje z poziomu sprzed kontuzji Lewandowskiego.
Kluby naszej rodzimej piłkarskiej ekstraklasy powinny z uwagą przyglądać się rozwojowi wydarzeń w Bundeslidze. Skoro za Odrą, chociaż przebieg pandemii jest tam wielokroć bardziej burzliwy niż w Polsce, a mimo to klubom zezwolono na treningi, to może dałoby się zrobić podobnie także i u nas.