Lewandowski wrócił do Bayernu Monachium

Robert Lewandowski wrócił z wakacji wraz z ósemką innych graczy bawarskiego potentata, uczestników Euro 2021. Na dzień dobry wygrał w plebiscycie magazynu „Kicker” na najlepszego piłkarza Bundesligi za sezon 2020/21. To drugie takie wyróżnienie „Lewego” z rzędu. Ostatni raz tak uhonorowano Michaela Ballacka w 2002 i 2003 roku.

Lewandowski mógł się cieszyć tego lata wyjątkowo długim urlopem. Nowy trener Bayernu Julian Nagelsmann dał mu aż 32 dni wolnego. Piłkarz odpoczywał z rodziną w Hiszpanii i we Włoszech, ale zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami stawił się w klubie w poniedziałek 26 lipca. Standardowo przeszedł badania wydolnościowe, a we wtorek zjawił się na pierwszym treningu. Oprócz „Lewego” w poniedziałek wróciło też z urlopów ośmiu innych inni uczestników tegorocznych mistrzostw Europy – Niklas Suele, Leon Goretzka, Leroy Sane, Jamal Musiala, Corentin Tolisso, Kingsley Coman, Benjamin Pavard oraz Thomas Mueller, którego obecność była sporą niespodzianką, bowiem on miał wrócić dopiero w najbliższy piątek, wraz z Manuelem Neuerem i Joshuą Kimmichem. „Na pewno nie poprzestaniemy na tym, co do tej pory osiągnęliśmy. Cały czas jesteśmy głodni sukcesów” – zapewniał w wypowiedziach dla mediów Lewandowski, a inni gracze wtórowali mu w tych deklaracjach. Zespół Bayernu rozegranych w trakcie letnich przygotowań sparingach przegrał z FC Koeln 2:3 i zremisował 2:2 z Ajaksem Amsterdam, a w środę ma zaplanowany kolejny mecz kontrolny, z Borussią Moenchengladbach. Na pewno nie wystąpią w nim gracze, którzy dołączyli do ekipy w poniedziałek, w tym także „Lewy”, lecz Nagelsmann wreszcie będzie mógł na treningach popracować z zawodnikami z podstawowego składu.
W najbliższą sobotę w sparingu z SSC Napoli też raczej Lewandowski nie zagra, ale być może znajdzie się już w meczowej kadrze na mecz Pucharu Niemiec z V-ligowym Bremer SV, który Bayern ma rozegrać 6 sierpnia. Rozgrywki w Bundeslidze rozpoczną się tydzień później, a obrońcy tytułu rozpoczną zmagania 13 sierpnia od wyjazdowej potyczki z Borussią Moenchengladbach, a cztery dni później z mierzą się w meczu o Superpuchar Niemiec z Borussią Dortmund.
Ostatnim akordem minionego sezonu było ogłoszenie w niedzielę wyników plebiscytu magazynu „Kicker” na najlepszego piłkarza poprzednich rozgrywek. Po raz drugi z rzędu laureatem został Robert Lewandowski, stając się pierwszym obcokrajowcem, który wygrał w plebiscycie magazynu „Kicker” dwukrotnie z rzędu. Ale to rzadki wyczyn także wśród niemieckich zawodników, bo do tej pory może się nim pochwalić tylko pięciu z nich – Guenter Netzer (1972 i 1973), Sepp Maier (1977 i 1978), Matthias Sammer (1995 i 1996), Oliver Kahn (2000 i 2001) oraz wspomniany już Michael Ballack (2002 i 2003). Z zagranicznych piłkarzy po jednym razie wygrywali Brazylijczyk Ailton, Francuz Frank Ribery, Brazylijczyk Edinaldo Batista Libano „Grafite”, Holender Arjen Robben i Belg Kevin de Bruyne.
W obu wygranych przez siebie plebiscytach „Lewy” triumfował z przygniatającą przewagą nad konkurentami – w poprzednim roku, gdy miał na koncie sześć trofeów zespołowych i trzy tytuły króla strzelców (Ligi Mistrzów, Bundesligi i w Pucharze Niemiec), głosowało na niego 276 elektorów. W tym roku dostał aż 356 głosów, a drugi w zestawieniu Thomas Mueller tylko 41, a trzeci Norweg Erling Haaland 38. Znamienne jest jednak to, że około 200 elektorów zdecydowało się jednak oddać swoje głosy na innych piłkarzy, chociaż szósty tytuł króla strzelców Bundesligi i pobicie blisko półwiecznego rekordu Gerda Muellera w liczbie goli strzelonych w jednym sezonie (dla przypomnienia – rekord Muellera wynosił 40 goli, Lewandowski zakończył rozgrywki z dorobkiem 41 trafień, a w całym sezonie we wszystkich meczach zdobył 48 bramek i był pod tym względem najlepszy w Europie) zepchnęło w cień osiągnięcia innych graczy Bundesligi. Bayern co prawda nie obronił tytułu w Lidze Mistrzów, odpadł też z Pucharu Niemiec, lecz zdobył mistrzostwo kraju. Żadna inna niemiecka drużyna klubowa nie przebiła tych osiągnięć, ale nie od dzisiaj wiadomo, że w Niemczech media są już trochę znudzone dominacją „Lewego” i czasem dla urozmaicenia przekazu na wyrost hołubią dużo gorszych od Polaka zawodników. Redakcja „Kickera” oceniła go jednak uczciwie. „Tak jak w 2020 roku nie można było wybrać innego piłkarza niż Roberta Lewandowskiego w wyborach na piłkarza roku. Tym razem Polak nie błysnął trypletem, ale ustanowił nowy rekord w Bundeslidze i zdobył jeszcze więcej głosów” – napisano w redakcyjnym komentarzu. „Wiem, jak wielki to zaszczyt. Dla mnie to powód do dumy i radości, bo rzadko wygrywa się tę nagrodę dwa razy z rzędu” – z kolei skomentował swoje zwycięstwo „Lewy”.
Jego pojawienie się w poniedziałek w ośrodku treningowym Bayernu jakąś wielką sensacją nie było, chociaż przez ostatnie tygodnie media nieustannie produkowały spekulacje o rzekomych transferowych planach polskiego napastnika. Podawały na przykład, że jego izraelski agent, Pini Zahavi, prowadzi już negocjacje, a to z Realem Madryt, a to z Manchesterem United, a ostatnio ponoć z Chelsea Londyn. Tymczasem szefowie Bayernu ze stoickim spokojem odpowiadali, że polskiego piłkarza wiąże jeszcze dwuletni kontrakt, który bynajmniej nie musi być jego ostatnim z Bayernem, bo klub właśnie szykuje dla niego nową umowę. Nie można więc wykluczyć, że „Lewy” będzie graczem bawarskiego potentata przez jeszcze co najmniej trzy sezony, bo prawdę mówiąc to w tej chwili już nie za bardzo mu się opłaca z tego klubu ruszać.
Nowością w życiu kapitana reprezentacji Polski i jego rodziny będzie udział w filmie dokumentalny opowiadającego o jego życiu i drodze na szczyty światowego futbolu. Premiera dokumentu planowana jest w 2022 roku w serwisie Amazon. Pierwsze filmowe zajawki z tego projektu piłkarz zamieścił na portalu społecznościowym – to nagranie jak gra w piłkę z dzieciakami na szkolnym boisku. „Pozwólcie mi opowiedzieć Wam moją historię. To będzie historia wzlotów i upadków, momentów siły, ale i chwil słabości. Bez upiększania, tak jak było naprawdę” – napisał „Lewy” w komentarzu do zdjęć. Przez pierwsze trzy godziny od opublikowania post obejrzało ponad ćwierć miliona internautów.

Nowe wiatry w Bayernie

Robert Lewandowski przebywa jeszcze na urlopie, podobnie jak inni piłkarze Bayernu Monachium uczestniczący w Euro 2020/21. Ale reszta kadry pod wodzą nowego trenera Juliana Nagelsmanna szykuje się do sezonu.

Lewandowski do treningów z zespołem wróci dopiero 26 lipca, z końcem miesiąca dołączą do kadry odpoczywający po mistrzostwach Europy reprezentanci Niemiec. Bayern pierwszy mecz w nowym sezonie rozegra dopiero 7 sierpnia, z V-ligowyhm Bremer SV w Pucharze Niemiec, ale już tydzień później swoje rozgrywki rozpocznie Bundesliga. Na inaugurację bawarska jedenastka zmierzy się z Borussią Moenchengladbach.
Niemieckie media spekulują dużo o tym, jak będzie wyglądał kadrowo zespół pod wodzą Nagelsmanna oraz na jakie ustawienie taktyczne zdecyduje się ten 33-letni szkoleniowiec. W zespołach Hoffenheim i RB Lipsk, które do tej pory prowadził, preferował grę trójką środkowych obrońców, dwójką szybkich graczy wahadłowych oraz dwójka piłkarzy operujących za plecami środkowego napastnika. W Bayernie ponoć nie będzie jednak dążył do gry w takim ustawieniu, na dodatek nie będzie mógł liczyć na transfery nowych graczy o głośnych nazwiskach. Ponoć chciał ściągnąć z RB Lipsk świetnie grającego w turnieju Euro 2020/21 Hiszpana Daniego Olmo, lecz szefowie bawarskiego potentata wybili mu ten pomysł z głowy, bo RB Lipsk żąda za Olmo ponad 80 mln euro.
Nagelsmann musi zatem wycisnąć ile się da z graczy, których ma już w kadrze, szczególnie z Leroya Sane. Skrzydłowy ma pod jego ręką odzyskać skuteczność, ale ma nie tylko sam strzelać gole, ale też zbierać asysty po podaniach do Lewandowskiego. Polski napastnik pozostanie żądłem Bayernu i na jego gole ma pracować cała drużyna. Pobicie legendarnego rekordu Gerda Muellera nie zaspokoiło strzeleckich aspiracji „Lewego” i nowy trener chce to wykorzystać. Dlatego nie planuje przesunięcia Joshuy Kimmicha ponownie na prawą flankę linii defensywnej, jak zrobił to Joachim Loew w reprezentacji Niemiec podczas Euro 2020/21. W Bayernie Kimmich nadal będzie grał jako środkowy pomocnik.

Lewy ustanowił nowy rekord Bundesligi

Piłkarzom Augsburga z Rafałem Gikiewiczem i Robertem Gumnym w składzie zabrakło dosłownie sekund, aby obronić legendarny rekord Gerda Muellera. Ale w ostatniej akcji meczu fortuna w końcu uśmiechnęła się do Roberta Lewandowskiego, który w swoim 29. ligowym występie w tym sezonie strzelił 41. gola i ustanowił nowy rekord niemieckiej Bundesligi.

Gerd Mueller swoje rekordowe osiągnięcie uzyskał w rozgrywkach 1971/1972. W historii Bundesligi, która zaczęła się w 1963 roku (wcześniej mistrzów Niemiec wyłaniano w rozgrywkach międzyregionalnych), tylko Gerd Mueller zdołał w jednym sezonie strzelić 40 goli. Przez prawie 50 lat żaden inny napastnik nawet nie zbliżył się do tego osiągnięcia. „Od zawsze byłem przekonany, że rekordowy wynik Gerda Muellera nigdy nie zostanie pobity. Kolejne lata tylko umocniły mnie w tym przekonaniu. Ale w Bundeslidze pojawił się Robert. Gdy w poprzednim sezonie zdobył 34 bramki, pojawiła się pierwsza wątpliwość. Przed jego kontuzją w meczu reprezentacji byłem niemal pewny, że rekord pobije, lecz potem zwątpiłem, że da radę. Ale jak widać niepotrzebnie” – przyznał w wypowiedziach dla polskich mediów prezydent Bayernu
Karl-Heinz Rummenigge.
Już wyrównanie przez Lewandowskiego „niepobijalnego” rekordu wszech czasów Gerda Muellera uznano za wyczyn nieprawdopodobny, o którym setki jego poprzedników na niemieckich boiskach nawet nie marzyło. A on potrzebował do tego tylko 29 występów, w których strzelał gola co 60 minut, zdobywając średnio 1,41 bramki na mecz. A trzeba podkreślić, że nie zdobywał bramek we wszystkich rozegranych meczach, leczy tylko w 26. Wykręcił jednak dzięki temu wręcz obłędne statystyki. Trochę żal, że przez kontuzje stracił pięć meczów, bo pewnie jego końcowy dorobek bramkowy byłby jeszcze okazalszy.
Lewandowski dokonał wielkiego wyczynu nie tylko w skali Bundesligi. Naprawdę wąskie grono zawodników, szczególnie grających w XXI wieku w pięciu najsilniejszych ligach europejskich, może pochwalić się przekroczeniem bariery 40 goli w jednym sezonie. Takiego zawodnika nie ma we francuskiej Ligue 1, piątej siły w Europie. Najbliżej tej granicy w XXI w. był Zlatan Ibrahimović w barwach Paris Saint-Germain w sezonie 2015/2016. Wówczas strzelił 38 goli. To najlepszy wynik w historii rozgrywek – pobił rekord legendy FC Nantes Philippe’a Gondeta z sezonu 1965/1966 (36 bramek). Podobnie ma się sytuacja w Serie A, gdzie rekord należy do Ciro Immobile. Włoch w zeszłym sezonie trafiał do siatki rywali 36 razy. Wtedy pobił osiągnięcie Szweda Nilsa Gunnara Nordahla, który w sezonie 1949/1950 zdobył 35 ligowych goli dla Milanu. Na boiskach Premier League, czyli od 1992 r., nie biegał jeszcze tak bramkostrzelny piłkarz. W XXI w. Mohamed Salah był najskuteczniejszym w jednym sezonie. W porównaniu do pozostałych lig ten dorobek jest mniej okazały, ale również godny podziwu. Egipcjanin w sezonie 2017/2018 strzelił 32 gole. Rekord rozgrywek współdzielą jednak Andy Cole (1993/1994) i Alan Shearer (1994/1995) – obaj wbili w swoich rekordowych sezonach po 34 gole. Hiszpańska La Liga ma to szczęście, że przez ostatnią dekadę grało tam dwóch najlepszych zawodników na świecie – Lionel Messi i Cristiano Ronaldo. Obaj dwukrotnie przekraczali barierę 40 goli. Argentyńczyk robił to w sezonach 2011/2012 (50 bramek, rekord rozgrywek) i 2012/2013 (46). Z kolei Portugalczyk kosmiczną skutecznością popisywał się w sezonach 2010/2011 (41) i 2014/2015 (48). Do magicznej „40” doskoczył jeszcze Luis Suarez w sezonie 2015/2016. I nikt więcej. Osiągnięcie Lewandowskiego wyróżnia jednak to, że swój rekord ustanowił w lidze 18-zespołowej, podczas gdy w pozostałych czterech z Top-5 gra po 20 drużyn.
Rekordowy strzelecki dorobek „Lewego” zapewnił mu w tym sezonie już czwarty z rzędu, a szósty w ogóle tytuł króla strzelców Bundesligi. Wypada zauważyć, że pod tym względem polski piłkarz także pobił rekord Gerda Muellera, który tytuł króla strzelców zdobył wprawdzie siedem razy, ale z rzędu tylko trzykrotnie. Legendarny „Bomber” ma jednak jeszcze jeden rekord – łącznej liczby goli strzelonych w Bundeslidze. Ma ich na koncie 365, a Lewanowski po tym sezonie 278, zatem do odrobienia pozostało mu jeszcze 88 bramek. Nie jest to dla niego różnica niemożliwa do zniwelowania, ale musiałby pograć w Bundeslidze na wysokim poziomie jeszcze co najmniej trzy, a nawet cztery sezony.
W pogoni za legendarnym rekordem Lewandowski zostawił w tyle konkurentów do zdobycia słynnej „armatki” – tradycyjnej nagrody na króla strzelców Bundesligi. Wiceliderem zestawienia z dorobkiem 28 trafień został portugalski napastnik Eintrachtu Frankfurt Andre Silva, a dopiero trzecią lokatę z 27 bramkami na koncie zajął typowany na następcę „Lewego” w Bayernie norweski snajper Borussii Dortmund Erling Haaland, który w ostatniej kolejce strzelił dwa gole w zwycięskim meczu z Bayerem Leverkusen (3:1). Kolejne miejsca na liście strzelców niemieckiej ekstraklasy z dorobkiem 20 trafień zajęli Holender Wout Weghorst w VfL Wolfsburg i Chorwat Andrej Kramarić z Hoffenheim. Dopiero na ósmej pozycji z 11. bramkami na koncie w zestawieniu znalazł się kolejny gracz Bayernu Monachium, Thomas Mueller, a na 12. z 10 golami Serge Gnabry.
Co ciekawe, Lewandowski mimo rekordu bramek w Bundeslidze nie pobił swojego rekordu strzeleckiego z zeszłego sezonu. Tym razem zdobył we wszystkich rozgrywkach w klubie i reprezentacji 53 gole, co jest osiągnięciem imponującym ale o osiem trafień gorszym od wyniku z poprzedniego sezonu. „Lewy” zagrał jednak w ośmiu spotkaniach mniej niż w zeszłym sezonie, ponieważ Bayern szybko odpadł z Ligi Mistrzów i Pucharu Niemiec, a w dodatku miał przerwy z powodu kontuzji.
Ale te jego 53 gole to i tak najlepszy wynik wśród czołowych graczy. Lewandowski ma więcej trafień niż niedoścignieni dotychczas Leo Messi i Cristiano Ronaldo. Argentyńczyk zakończył sezon z dorobkiem 39 bramek we wszystkich rozgrywkach w klubie i reprezentacji, a Portugalczyk przed ostatnim w w tym sezonie meczu w Serie A z Bologną miał na koncie 40. trafień. Aspirującego do „Złotej Piłki” Francuz Kyliana Mbappe strzelił 44 gole, a Haaland 47.
Zaraz po fecie z okazji kolejnego mistrzostwa dla Bayernu Lewandowski wybrał się wraz z Karlem-Heinz Rummenigge do muzeum Bayernu, gdzie obaj spotkali się tam z żoną Gerda Muellera. „Lewy” przekazał jej koszulkę ze słynnym już nadrukiem „4ever Gerd”, który zaprezentował tydzień wcześniej po strzeleniu 40. gola, na której dopisał odręczną dedykację dla legendarnego niemieckiego piłkarza („Dla legendy Gerda, wielkiej inspiracji”). Zdjęcie napastnika Bayernu Monachium i Uschi Mueller zrobione przy ekspozycji upamiętniającej wyczyn jej męża w sezonie 1971/1972 obiegło internet. To był ładny gest i dobrze w Niemczech odebrany.

Lewandowski dogonił legendę Bayernu i wyrównał rekord 40 goli w sezonie

Robert Lewandowski w meczu 33. kolejki Bundesligi z Freiburgiem (2:2) strzelił 40. gola dla Bayernu Monachium w obecnych rozgrywkach i wyrównał rekord 40. trafień w jednym sezonie ustanowiony blisko pół wieku temu przez Gerda Muellera.

Legendarny niemiecki napastnik swoje rekordowe osiągnięcie uzyskał w rozgrywkach 1971/1972. W historii Bundesligi, która zaczęła się dopiero w 1963 roku (wcześniej mistrzów Niemiec wyłaniano w rozgrywkach międzyregionalnych), tylko Gerd Mueller zdołał w jednym sezonie strzelić 40 goli. Przez prawie 50 lat żaden inny napastnik nawet nie zbliżył się do tego osiągnięcia, a Mueller w swoim dorobku miał jeszcze sezony, w których strzelił 38 goli (1969/1970) i 36 (1972/1973). W sezonie 1976/1977 na sześć trafień do rekordu zbliżył się napastnik FC Koeln Dieter Mueller i trzeba było aż 43 laty, żeby w niemieckiej ekstraklasie pojawił się piłkarz zdolny powtórzyć jego osiągnięcie. Dokonał tego dopiero w poprzednim sezonie Lewandowski, także zdobywając 34 bramki. Ale nikt, nie tylko w Niemczech, na serio nie zakładał, że legendarny już rekord Gerda Muellera kiedykolwiek będzie zagrożony.
Tymczasem Lewandowski nie tylko go wyrównał, ale zrobił to jeszcze w kapitalnym stylu. Wystarczy spojrzeć na statystyki: Mueller 40. gola strzelił w 32. występie, strzelał średnio 1,18 gola na mecz i trafiał do siatki rywala co 77 minut. A „Lewy” pół wieku później swoja 40. bramkę zdobył w 28. występie, średnio strzelał 1,43 gola na mecz, a bramkarzy rywali pokonywał średnio co 59 minut. I może nawet zostać samodzielnym rekordzistą, bo ma jeszcze przed sobą mecz w ostatniej kolejce z Augsburgiem. Nie wiadomo tylko, czy będzie chciał całkowicie wyjść w tabelach rekordów przed Gerda Muellera. Nikt nie będzie miał o to do niego jawnych pretensji, ale już tu i ówdzie po drugiej stronie Odry pojawiły się w komentarzach nutki żalu i z trudem skrywanych pretensji, że Lewandowski dokonał skutecznego zamachu na obrosły już legendą wyczyn legendarnego „Bombera”, który przez blisko pół wieku stał się czymś w rodzaju symbolu Bundesligi.
„Lewy” w tej sytuacji znalazł się między młotem i kowadłem. Swoimi dokonaniami, zwłaszcza w poprzednim sezonie, zyskał jako piłkarz światowy rozgłos i dzisiaj miliony ludzi na całym świecie nie tylko zna jego nazwisko, ale też regularnie śledzi jego boiskowe wyczyny. Gdy przekroczył barierę 30 trafień i zaczął coraz bardziej zbliżać się do rekordu Gerda Muellera, nie mógł już odpuścić tego wyścigu, bo trwało globalne odliczanie. Nawet kontuzje i przerwy w grze nie były w stanie zapewnić mu odpowiedniego alibi. Chcąc potwierdzić, że jest graczem światowej klasy, „Lewy” nie mógł już tego odpuścić. I w końcu stało się – w 25. minucie sobotniego meczu z Freiburgiem doszło do tego historycznego momentu, gdy Lewandowski egzekwując rzut karny pokonał bramkarz rywali Marka Flekkena i zaliczył 40. trafienie w sezonie. Był na to przygotowany, bo ekipie Freiburga w przeszłości strzelił mnóstwo goli i miał prawo zakładać, że tym razem też to zrobi. Ciesząc się z rekordowego trafienie „Lewy” nie zapomniał o oddaniu hołdu Gerdowi Muellerowi i podciągając meczowy trykot zaprezentował założony pod nią T-Shirt z napisem „4ever Gerd” i podobizną legendarnego snajpera. „Lewandowski był świadomy, że ten rekord, który teraz współdzieli, jest wielki tylko dlatego, że kiedyś ktoś wielki go ustanowił. Przez długi czas Polak nie był zawodnikiem grającym szczególnie zespołowo, jego egoizm był oczywisty. Były też czasy, kiedy wolałby bronić barw Realu Madryt. To się zmieniło dopiero w ostatnich latach. I nagle został najlepszym piłkarzem roku, a teraz pobił rekord” – napisano w komentarzu w „Sueddeutsche Zeitung”. A szacowny magazyn piłkarski „Kicker” napisał: „Rekordy fascynują ludzkość od dawna i są po to, żeby kiedyś ktoś je poprawił. Nikt nie miał do tego większych predyspozycji niż Lewandowski, najbardziej kompletny napastnik tego pokolenia. Bramkostrzelny gracz Bayernu trafia prawą i lewą nogą, głową, z pola karnego i z dystansu, z rzutu karnego i rzutu wolnego. To czyni go trudnym do przewidzenia i często niezrównanym. Wzorowy sportowiec wie, jak ustawiać sylwetkę, utrzymać się przy piłce i zwykle nie potrzebuje dużo czasu ani miejsca, żeby, jak to się często mówi, trafić tym okrągłym w to prostokątne”.
Największy splendor spadł na Lewandowskiego jeszcze w trakcie meczu z Freiburgiem. Chyba nawet lekko osłupiał widząc, jak jego koledzy z zespołu oraz członkowie sztabu szkoleniowego Bayernu, na czele z trenerem Hansim Flickiem i dyrektorem sportowym Hasanem Salihamidziciem, formują szpaler honorowy i zapraszają go do środka. Lepszego sposobu na wyrażenie uznania dla piłkarza przez innych piłkarzy jeszcze nie wymyślono. Nic dziwnego, że „Lewy” był taki onieśmielony i wyraźnie speszony. Ale z pewnością honor oddany mu przez kolegów z drużyny zaliczy do najcenniejszych wyróżnień w karierze, a może nawet za najcenniejsze.

Lewy dogania Gerda Muellera

Piłkarze Bayernu Monachium w 32. kolejce Bundesligi po raz dziewiąty z rzędu i 31. w historii zostali mistrzami Niemiec. Tytuł zdobyli zanim wyszli z szatni na mecz z Borussią Moenchengladbach, bo godzinę wcześniej drugi w tabeli RB Lipsk przegrał 2:3 z Borussią Dortmund i stracił matematyczne szanse na wyprzedzenie bawarskiej drużyny.

Ekipa trenera Hansiego Flicka sama jednak przyklepała tytułu gromiąc zespół z M’gladbach aż 6:0. Połowę z tych goli strzelił Robert Lewandowski, któremu brakuje już tylko jednego trafienia do wyrównania legendarnego rekordu 40 bramek w jednym sezonie należącego od blisko pół wieku do Gerda Muellera. „Lewy” powiększył swój strzelecki dorobek w tym sezonie Bundesligi do 39 goli i przy okazji ustanowił nowy polski rekord w liczbie ligowych bramek. Do tej pory od 1927 roku rekordzistą był piłkarz Wisły Kraków Henryk Reyman, który w pierwszym ligowym sezonie rozegranym w Polsce zdobył 37 bramek i wyniku tego od 94 lat nie był w stanie nikt pobić. Cztery lata później trzy trafienia mniej w barwach Ruchu Chorzów uzyskał Ernest Wilimowski, w 1948 roku 31 goli dla Wisły Kraków strzelił Józef Kohut, a 12 lat Janusz Kowalik w barwach Chicago Mustangs zaliczył 30 ligowych trafień. Barierę 30 trafień w latach 90. ub. wieku dwukrotnie przekroczył jeszcze tylko Krzysztof „Gucio” Warzycha, który w sezonach 1992/1993 i 1997/1998 strzelił po 32 gole dla Panathinaikosu Ateny. Przebił ich osiągnięcia dopiero Robert Lewandowski. W sezonach 2015/2016 i 2016/2017 osiągnął barierę 30 trafień, w poprzednim sezonie strzelił 34 gole, a w tym już teraz z 39. trafieniami stał się polskim rekordzistą, a ma przecież jeszcze do rozegrania dwa mecze. Jeszcze nigdy legendarny rekord Gerda Muellera nie był tak zagrożony pobiciem, jak w tym sezonie. Na dwie kolejki przed zakończeniem rozgrywek jest już de facto przesądzone, że „Lewy” sięgnie w tym sezonie po szósty w karierze tytuł króla strzelców Bundesligi i przy okazji po raz pierwszy zdobędzie „Złotego Buta” – nagrodę dla najlepszego strzelca lig europejskich. Ścigający go Leo Messi, Cristiano Ronaldo, Erling Haaland i Andre Silva mają zbyt wielką stratę, żeby byli w stanie dogonić Polaka w klasyfikacji. Drugi w zestawieniu argentyński gwiazdor FC Barcelona ma na koncie 28 goli i trzy mecze do zakończenia rozgrywek.
Piłkarze Bayernu Monachium o tym, że właśnie zdobyli dziewiąte z rzędu mistrzostwo Niemiec dowiedzieli się w szatni Allianz Areny w Monachium, w której przygotowywali się do zaplanowanego w sobotę o 18:30 meczu z Borussią M’gladbach. Zwycięstwo Borussii Dortmund nad RB Lipsk 3:2 zakończył wyścig o prymat w Bundeslidze w obecnym sezonie i bawarska jedenastka mogła sobie pozwolić nawet na trzy porażki w ostatnich trzech ligowych kolejkach. Lecz najwyraźniej ekipa Hansiego Flicka srodze się wynudziła nieróbstwem w poprzedni weekend (miała wolne, bo nie grała już ani w Pucharze Niemiec, ani w Lidze Mistrzów), a że miała dość czasu nie tylko na relaks i wypoczynek, ale także na solidny trening, nie dziwi zatem iż do meczu z Borussią M’gladbach przystąpiła z niesamowitym animuszem.
Gracze ekipy „Źrebaków” do soboty szczycili się, że mają skuteczny sposób na powstrzymanie Lewandowskiego. Polski snajper Bayernu faktycznie miał z nimi problem. W sumie przeciwko Borussii w Bundeslidze rozegrał 17 meczów – zaliczył w nich 5 goli i asystę. To zdecydowanie nie są osiągnięcia, jakie notował w starciach z innymi zespołami Bundesligi. Pierwszego gola tej drużynie zdobył co prawda w 2011 roku, kiedy był jeszcze zawodnikiem Borussii Dortmund, ale na kolejne trafienie czekał aż do marca 2019 roku – Bayern wygrał wtedy z ekipa BMG na wyjeździe 5:1, a nasz piłkarz zdobył dwie bramki. Warto podkreślić, że cztery ze swoich pięciu goli strzelonych ekipie z M’gladbach „Lewy” strzelił w ostatnich pięciu występach przeciwko tej drużynie. Ale chcąc choćby tylko wyrównać rekord Gerda Muellera, kapitan reprezentacji Polski musiał w sobotę zaliczyć przynajmniej „dwupak”.
Lewandowski zaczął sobotni mecz z impetem, strzelając pierwszego gola już w 2. minucie. Ale chociaż było widać, że bardzo mu zależy na kolejnych bramkach i pobiciu rekordu Muellera, to jednak ponad swoje osobiste ambicje stawiał interes drużyny. Gdy Kingsley Coman znalazł się na lepszą pozycję, zagrał mu piłkę i Francuz zdobył bramkę. Mając już hat-tricka przy stanie 5:0 mógł pokusić się o czwartą bramkę, ale na lepszej pozycji był Serge Gnabry i to jemu „Lewy” tak dograł piłkę, że z akcji wyszła bramkowa sytuacja zamieniona na szóstego gola przez Leroy’a Sane’a. Za swój występ Polak dostał w niemieckich mediach notę „1” (klasa światowa), ale on sam bardziej podkreślał fakt, że Bayern zdobył dziewiąty mistrzowski tytuł. Dłużej trwa tylko zwycięska seria zespołu Łudogorca Razgrad, który w tym sezonie sięgnie po dziesiąte z rzędu mistrzostwo Bułgarii. Inni „seryjni mistrzowie”, jak Juventus Turyn we Włoszech i Celtic Glasgow w Szkocji, po dziewięciu triumfach z rzędu w tym sezonie zostali zrzuceni z tronów.

Wymiana trenerów po bawarsku

Hansi-Dieter Flick miał być trenerem Bayernu Monachium co najmniej do końca czerwca 2023 roku, ale wdał się w konflikt z dyrektorem sportowym bawarskiego potentata Hasanem Salihamidziciem i nie dotrwa do końca umowy. Po tym sezonie odejdzie, a jego miejsce zajmie 33-letni Julian Nagelsmann.

Niemieckie media już od kilku miesięcy rozpisywały się o narastającym konflikcie między Salihamidziciem a Flickiem, ale szefowie bawarskiego klubu studzili emocje zapewnieniami, że nie ma to żadnego wpływu na funkcjonowanie zespołu. Nie zmienili tonu nawet wówczas, gdy pojawiły się plotki, że Hansi Flick jest najpoważniejszym kandydatem do objęcia posady selekcjonera reprezentacji Niemiec po Joachimie Loewie, który odejdzie po tegorocznych mistrzostwach Europy bez względu na wynik osiągnięty w turnieju. Ale po 17 kwietnia nie mogli już udawać, że sprawy nie ma. Tego dnia po wygranym przez Bayern 3:2 wyjazdowym meczu z VfL Wolfsburg Flick na pomeczowej konferencji odpalił „medialna bombę” ogłaszając, iż po tym sezonie będzie chciał odejść z Bayernu. Jako przyczynę swojej decyzji podał „brak porozumienia z dyrektorem sportowym Hasanem Salihamidziciem i fakt, że nie miał realnego wpływu na politykę transferową klubu”.
Członkowie zarządu Bayernu Karl-Heinz Rummenigge oraz Oliver Kahn zareagowali oświadczeniem, że Flick ma kontrakt ważny jeszcze przez dwa sezony, ale jednocześnie podkreślili, iż nie maja zamiaru zatrzymywać szkoleniowca na siłę. Obie strony umówiły się na rozmowę w tej sprawie po sobotnim spotkaniu z FC Mainz. Trudno stwierdzić jak na temperaturę tego spotkania wpłynęła niespodziewana porażka bawarskiej jedenastki z Mainz (1:2), ale gdy Flick w poniedziałek o 10 rano stawił się w siedzibie klubu na Saebener Strasse, jego spotkanie z zarządem Bayernu nie trwało nawet godziny. Rummenigge po tym spotkaniu dał mediom do zrozumienia, że wypracowano porozumienie, które zadowoliło obie strony.
Co ciekawe, w tym rozstrzygającym momencie swoje trzy grosze nieoczekiwanie wtrącili działacze niemieckiej federacji piłkarskiej (DFB). Rainer Koch, wiceprezes DFB kategorycznie zaprzeczył w mediach, aby związek zamierzał płacić kwotę odstępnego za jakiegokolwiek trenera, któremu chciałby powierzyć prowadzenie reprezentacji narodowej. A nie było już żadną tajemnicą, że w DFB jeśli chodzi o następców Loewa najwyżej stały akcje Hansiego Flicka i Juliana Nagelsmanna, ale oni obaj mieli ważne kontrakty w klubach – Flick w Bayernie, a Nagelsmann w RB Lipsk. „Niemiecki Związek Piłki Nożnej nie zapłaci za rozwiązanie kontraktu trenera, bo nigdy wcześniej tego nie robiliśmy, a poza tym w naszym budżecie nie ma na to pieniędzy” – stwierdził Koch i zapewnił, że DFB nie zamierza doprowadzać do zrywania obowiązujących kontraktów, aby pozyskać selekcjonera.
Najwyraźniej jednak w zaciszach gabinetów rozmowy prowadzono w bardziej konstruktywnej formie. Najpierw Nagelsmann niespodziewanie poprosił szefów RB Lipsk o wyrażenie zgody na wcześniejsze rozwiązanie z nim kontraktu, a potem gruchnęła wieść, że Bayern porozumiał się z szefami tego klubu w sprawie kwoty odstępnego i zgodził się zapłacić za jego wcześniejsze zwolnienie 25 mln euro. Ale o kwocie odstępnego za wcześniejsze zwolnienie Flicka nie było już ani słowa, poza enigmatyczną informacją, że DFB planuje jeszcze w tym roku rozegranie towarzyskiego meczu reprezentacji Niemiec z Bayernem Monachium, z którego całkowity dochód ma przypaść Bayernowi. Ciekawe czy mecz przy pełnych trybunach na Allianz Arena, z wpływami z reklam i praw telewizyjnych przyniesie zarobek co najmniej 25 mln euro…
Na razie jednak to 33-letni Nagelsmann stał się najdroższym trenerem piłkarskim na świecie. Podpisał z Bayernem pięcioletnią umowę, ale w tej chwili trudno stwierdzić, jak sobie poradzi w naszpikowanym gwiazdami zespołem. Manuel Neuer jest od niego rok starszy, a Robert Lewandowski i Thomas Mueller są tylko o rok młodsi.
Dla Lewandowskiego Nagelsmann w Bayernie Monachium będzie już siódmym trenerem, z którym przyjdzie mu pracować. Odkąd trafił do bawarskiego potentata w lipcu 2014 roku trenował po okiem Pepa Guardioli (2014-2016), Carlo Ancelottiego (lipiec 2016 – wrzesień 2017), Willy’ego Sagnola (wrzesień 2017 – październik 2017), Juppa Heynckesa (październik 2017 – czerwiec 2018), Niko Kovaca (lipiec 2018 – listopad 2019) oraz Hansa-Dietera Flicka (listopad 2019 – czerwiec 2021). Lewandowski nie bawił się w dyplomatyczne gierki. Pytany o Flicka w niemieckich mediach mówił na ogół tak: „Z nim w roli trenera to był mój najlepszy czas w Bayernie. Hansi zawsze jasno przedstawiał nam, czego oczekiwał . On jest nie tylko świetnym trenerem, ale przede wszystkim świetnym człowiekiem” – komplementował Flicka polski napastnik. Faktycznie, „Lewy” pod wodzą tego trenera w 68 meczach zdobył 78 bramek i zaliczył 21 asyst, wygrał też wymarzoną Ligę Mistrzów i zgarnął wszystkie najważniejsze indywidualne wyróżnienia za poprzedni sezon. Flick poprowadzi go jeszcze w trzech ostatnich spotkaniach ligowego tego sezonu i być może zapisze się też w historii jako trener, którego piłkarz pobił legendarny rekord Gerda Muellera 40 goli w jednym sezonie.
Nie wiadomo także jak będzie wyglądała kadra Bayernu przed nowym sezonem i czy nadal będzie w niej Lewandowski, bo ostatnio można odnieść wrażenie, jakby Polakowi znów zaczynało być ciasno w bawarskim grajdołku. Niemieckie media donoszą nawet, że szefowie Bayernu na odczepnego rzucili nawet w świat kwotę odstępnego za Lewandowskiego – ponoć w wysokości 80 mln euro.
Może więc to jest powód, że „Lewy” nie przesadza komplementami pod adresem nowego szkoleniowca. „Nie znam dobrze Juliana Nagelsmanna i mogę o nim powiedzieć tylko tyle, co inni. Zawsze udaje mu się podnieść zespoły do ​​poziomu, którego nikt się nie spodziewał, że osiągnie. Wyniki zespołów Nagelsmanna są najczęściej powyżej oczekiwań i powyżej sumy jakości pojedynczego gracza” – stwierdził „Lewy” na łamach „Sport Bildu”.
Nagelsmann oficjalnie przejmie obowiązki trenera Bayernu 1 lipca tego roku. Jeśli Lewandowski pozostanie w Bayernie, o swoją pozycję w zespole pod rządami nowego szkoleniowca raczej może być spokojny. „On nie musi już niczego trenować. Potrafi wszystko, musi tylko utrzymywać świeżość i formę, by czerpać radość z dobrej gry w każdy weekend” – tak ocenia „Lewego” nowy trener Bayernu Monachium. Prawda, że źle to nie brzmi?

Lewy będzie miał trenera w swoim wieku

Potwierdziły się medialne spekulacje w sprawie zmiany trenera Bayernu Monachium. Władze bawarskiego klubu przystały na prośbę Hansiego Flicka i zgodziły się skrócić jego kontrakt o rok. Jego miejsce na ławce trenerskiej od nowego sezonu zajmie 33-letni Julian Nagelsmann, obecnie szkoleniowiec RB Lipsk.

Kontrakt Nagelsmanna ma obowiązywać do 30 czerwca 2026 roku, a ekipie z Lipska za zgodę na wcześniejsze rozwiązanie umowy bawarski potentat zapłaci 25 mln euro odstępnego. To nowy rekord transferowy na trenerskim rynku pracy. Dotychczas najdroższym trenerem w historii futbolu był Portugalczyk Andre Villas-Boas, wykupiony latem 2011 roku przez Chelsea Londyn z FC Porto za 15 mln euro.
Urodzony w 1987 roku Nagelsmann jest tylko o rok starszy od Roberta Lewandowskiego, ale jego trenerska kariera to ewenementem na skalę światową. W wieku 33 lat ma już za sobą pięcioletnia karierę w zespołach Bundesligi – w latach 2016-2019 prowadził TSG Hoffenheim, a w dwóch ostatnich sezonach RB Lipsk. Nagelsmann zapisał się w historii futbolu jako najmłodszym trener w Bundeslidze (debiutował w wieku 28 lat) oraz w Lidze Mistrzów (zadebiutował w wieku 31 lat).

Lewandowski wrócił i strzelił, ale Bayern przegrał

Po blisko miesięcznej przerwie spowodowanej kontuzją Robert Lewandowski wrócił do gry. Z powrotu mógł być jednak zadowolony połowicznie. Bo chociaż w meczu z FC Mainz strzelił swojego 36. ligowego gola, to Bayern przegrał w fatalnym stylu 1:2.

Przypomnijmy, że Lewandowski doznał urazu 28 marca w meczu reprezentacji Polski z Andorą (3:0). Naciągnięcie więzadła w kolanie wyłączyło go z gry w najważniejszych momentach tej części sezonu. Nasz piłkarz nie zagrał z biało-czerwonymi przeciwko Anglii na Wembley (1:2), zabrakło go w obu ćwierćfinałowych meczach Bayernu w Lidze Mistrzów z Paris Saint-Germain (2:3 i 1:0), a w Bundeslidze opuścił spotkania z RB Lipsk (1:0), Unionem Berlin (1:1), VfL Wolfsburg (3:2) i Bayerem Leverkusen (2:0).
Gdyby Bayern wygrał w sobotę z FC Mainz, mógłby już świętować kolejny mistrzowski tytuł bez czekania na wynik niedzielnego meczu wicelidera Bundesligi RB Lipsk. Podopieczni trener Hansiego Flicka, chociaż wreszcie mogli zagrać niemal w najsilniejszym składzie, nieoczekiwanie zagrali bardzo słabo. Ekipie Mainz na dodatek sprzyjała tego dnia fortuna, bo już w 3. minucie objęła prowadzenie po zdumiewającym błędzie Manuela Neuera, który przepuścił piłkę po przypadkowo oddanym strzale przez Jonathana Burkardta. Poirytowani takim obrotem sprawy gracze Bayernu zaczęli się coraz bardziej gubić, bijąc bezskutecznie w mur skonstruowany przez duńskiego trenera Mainz Bo Svenssona.
Nie ulega jednak wątpliwości, że największym winowajcą porażki Bayernu był trener Flick. Zajęty swoja prywatną wojenką z dyrektorem sportowym bawarskiego klubu Hasanem Salihamidziciem chyba nie znalazł dość czasu, żeby odpowiednio przygotować swój zespół do spotkania z ekipą z Moguncji. A powinien, bo chociaż FC Mainz wciąż broni się przed spadkiem, to Flick nie mógł nie wiedzieć, jaką dobrą robotę z tym zespołem wykonał w tym roku trener Svensson. Duńczyk przejął zespół po 14. kolejce na przedostatnim miejscu w tabeli, ale pod jego wodzą w 15 meczach drużyna zdobyła aż 25 punktów. Wygrana z Bayernem to nie był więc żaden fuks, tylko efekt solidnie wykonanej trenerskiej pracy. Svensson zadbał nawet o takie „drobiazgi”, jak odcięcie Lewandowskiego od podań, które jego piłkarze wzbogacili jeszcze o regularne rąbanie polskiego napastnika po nogach przy każdej nadarzającej się okazji.
Przeczulony na tym tle po świeżo zaleczonej kontuzji „Lewy” tym razem nie czekał aż sędzia poskromi nadgorliwych rywali, tylko sam zaczął ich prać po twarzach. Najbrutalniej potraktował najbardziej zawziętego w kopaniu Luksemburczyka Leandro Barreiro, za co obejrzał żółtą kartkę. Ale warto było oddać nieregulaminowo ciosy, bo jakich szkód może narobić taki nadgorliwy grajek, Lewandowski przekonał się w meczu z Andorą.
Inna sprawa, że nasz piłkarz był wyraźnie sfrustrowany przebiegiem spotkania z Mainz i bezradnością drużyny Bayernu. Do samego końca nie doczekał się żadnego dobrego podania od kolegów, a gola gola na 2:1 strzelił już w doliczonym czasie gry wykorzystując błąd defensywy Mainz. Nieładnie wobec niego zachował się Flick, który na pomeczowej konferencji wyraził rozczarowanie faktem, że Lewandowski niczym się nie wyróżnił. Może nie zauważył strzelonego przez polskiego napastnika gola? Ale skoro Flick zrzuca winę za swoje błędy na najlepszego gracza w zespole, to rzeczywiście nie ma już dla niego przyszłości w Bayernie.
Ale póki co wciąż jest jeszcze trenerem bawarskiej jedenastki. Ekipa Bayernu musi trochę poczekać ze świętowaniem mistrzostwa Niemiec, ale ma tak wielką przewagę nad wiceliderem tabeli RB Lipsk, że w trzech ostatnich spotkaniach potrzebują zdobyć tylko dwa punkty, aby móc otwierać szampany. A Lewandowski będzie miał jeszcze trzy okazje do poprawienia swojego bramkowego dorobku i całkiem możliwe, że wbrew okolicznościom i złemu losowi jednak zdoła przynajmniej wyrównać blisko półwieczny już rekord 40 goli w jednym sezonie Bundesligi ustanowiony przez Gerda Muellera. Bayern czekają mecze z Borussią M’Gladbach (8 maja), SC Freiburg (15 maja) oraz FC Augsburg (22 maja). Z tych trzech drużyn najmniej goli wbił ekipie z Moenchengladbach, bo w 15 występach przeciwko niej trafił tylko pięć razy. Ale Freiburgowi w 16 meczach strzelił dotąd 18 goli, zaś Augsburgowi w 15 spotkaniach aż 20.
Za plecami Lewandowskiego walkę o tytuł wicekróla strzelców Bundesligi toczą Erling Haaland z Borussii Dortmund i Andre Silva z Eintrachtu Frankfurt. Po 27. kolejkach obaj mają na koncie po 25 trafień. Tyle samo goli strzelili też Leo Messi dla Barcelony i Cristiano Ronaldo dla Juventusu, a za tą czwórką z 23. golami plasuje się najskuteczniejszy we Francji Kylian Mbappe z Paris Saint-Germain. Żaden z nich nie ma realnych szans na dogonienie polskiego snajpera.

Lewandowski wraca do gry

Bayern Monachium w minioną środę oficjalnie potwierdził, że Robert Lewandowski po raz pierwszy od końca marca trenował z zespołem. Trener Hansi Flick zapowiedział powrót Polaka do gry w sobotnim meczu z FC Mainz.

Lewandowski nie trenował z kadrą Bayernu Monachium od końca marca, gdy wrócił ze zgrupowania reprezentacji Polski z kontuzją doznaną w meczu z Andorą. Z tego powodu nie zagrał w obu ćwierćfinałowych spotkaniach Ligi Mistrzów, z Paris Saint-Germain(2:3 i 1:0) oraz opuścił cztery mecze w Bundeslidze. „Po miesiącu od ostatniego meczu i zwycięstwa 4:0 ze Stuttgartem, Bayern w końcu może powitać swojego najlepszego napastnika!” – napisano na stronie internetowej bawarskiego klubu.
„Lewy” ma wrócić do gry w najbliższą sobotę w meczu 31. kolejki Bundesligi z FC Mainz. „Trenuję na pełnych obrotach od kilku dni i plan jest taki, żebym zagrał już w ten weekend” – wyjawił Lewandowski. Najlepszy snajper bawarskiej jedenastki ma na koncie 35 goli, więc żeby pobić legendarny rekord 40 trafień w jednym sezonie należący do Gerda Muellera, musi w czterech ostatnich spotkaniach zdobyć co najmniej sześć bramek. „Nie wiem, czy uda mi się tego dokonać. Mam nadzieję, że gdy wrócę na boisko, to od razu zacznę strzelać gole z taką regularnością, jak robiłem to przed kontuzją, ale na razie to wielka niewiadoma. Mam cztery mecze i sześć goli do strzelenia. Zobaczymy czy sprostam takiemu wyzwaniu” – stwierdził Lewandowski.
Polak wraca do zespołu w najlepszym momencie, bo Bayern już w sobotę może sobie zapewnić kolejny tytuł mistrza Niemiec, jeśli wygra z FC Mainz. Na cztery kolejki przed końcem sezonu bawarska jedenastka ma 71 punktów i nad drugim RB Lipsk ma już 10 punktów przewagi. Do końca sezonu Bayern zmierzy się jeszcze z Borussią M’gladbach (8 maja), Freiburgiem (15 maja) i Augsburgiem (22 maja).
Wyniki 30. kolejki Bundesligi:
Borussia Dortmund – Union Berlin 2:0, Hoffenheim – Borussia M’gladbach 3:2, VfB Stuttgart – VfL Wolfsburg 1:3, Werder Bremen – FC Mainz 0:1; FC Koeln – RB Lipsk 2:1, Arminia Bielefeld – Schalke 1:0, Bayern – Bayer 2:0, Eintracht Frankfurt – Augsburg 2:0. Mecz Herthy Berlin z Freiburgiem został przełożony.

Flick chce odejść latem z Bayernu

W ekipie mistrza Niemiec od jakiegoś czasu wrze jak w kotle. W miniony weekend ciśnienie podniosło oświadczenie trenera Hansiego Flicka, który na konferencji prasowej po wygranym 3:2 meczu z VfL Wolfsburg ogłosił, że po zakończeniu tego sezonu zamierza poprosić władze bawarskiego klubu o wcześniejsze rozwiązanie kontraktu.

Deklaracja szkoleniowca, chociaż spodziewana od jakiegoś czasu z powodu nasilającego się konfliktu między nim a dyrektorem sportowym Bayernu Hasanem Salihamidziciem, wywołała jednak w bawarskim klubie ogromne poruszenie, a w niemieckich mediach falę spekulacji. Flick przejął zespół w listopadzie 2019 roku, zastępując zwolnionego za słabe wyniki Niko Kovaca. Początkowo miał być tylko trenerem tymczasowym, ale gdy zespół pod jego wodzą zaczął gromić kolejnych rywali, w kwietniu 2020 roku szefowie Bayernu podpisali z nim kontrakt do końca czerwca 2023 roku. Była to znakomita decyzja, bo bawarska jedenastka pod ręką Flicka zdobyła sześć trofeów, czyli wygrała wszystko, co było do wygrania – Ligę Mistrzów UEFA. Klubowe Mistrzostwo Świata FIFA, Superpuchar Europy oraz mistrzostwo, Puchar i Superpuchar Niemiec. Skorzystał na pracy z nimi także Robert Lewandowski.
W tak dobrze funkcjonującym pod okiem Flicka piłkarskim mechanizmie w tym sezonie coś jednak zaczęło szwankować. Narastający od dawna konflikt między trenerem a dyrektorem sportowym eksplodował w najmniej korzystnym momencie, gdy Lewandowski wrócił ze zgrupowania reprezentacji Polski z poważną kontuzją i powiększył już i tak liczną grupę graczy niezdolnych do gry. Pierwszy mecz ćwierćfinałowy Ligi Mistrzów z Paris Saint-Germain wypadł właśnie w momencie największego osłabienia zespołu i francuski zespół bezwzględnie to wykorzystał wygrywając 3:2. Tydzień później sytuacja kadrowa Bayernu była już zdecydowanie lepsza i wygrali rewanż w Paryżu 1:0, ale odpadli gorszym bilansem bramek zdobytych na wyjeździe. Wyszło więc na to, że w sporze Salihamidzicia z Flickiem rację miał szkoleniowiec, gdy po zakończeniu poprzedniego sezonu domagał się nie tylko utrzymania w kadrze wszystkich graczy, ale jeszcze jej wzmocnienia kilkoma klasowymi zawodnikami. Salihamidzić sprowadzał do Bayernu graczy tak zwanych przyszłościowych. Do furii doprowadził jednak Flicka nieeleganckim potraktowaniem zasłużonego dla Bayernu Jerome’a Boatenga, którego odejście po sezonie zapowiedział wbrew sugestiom szkoleniowca.
Po odpadnięciu z Pucharu Niemiec i Ligi Mistrzów Bayern w tej chwili walczy już tylko na jednym froncie – w obronie tytułu mistrza Bundesligi. W poprzednim tygodniu z 28. kolejce monachijczycy niespodziewanie zremisowali u siebie 1:1 z Unionem Berlin, zaś najgroźniejszy konkurent do tytułu, RB Lipsk, pokonał na wyjeździe 4:1 Werder Brema i zmniejszył różnicę punktową do pięciu „oczek”. Ale w miniony weekend sytuacja się odwróciła, bo Bayern na wyjeździe zwyciężył 3:2 VfL Wolfsburg, natomiast RB Lipsk tylko zremisował u siebie z Hoffenheim 0:0. I znowu bawarska jedenastka ma siedem punktów przewagi, a do zakończenia rywalizacji pozostało już tylko pięć kolejek. Na dodatek lada moment do gry ma wrócić Lewandowski, zatem można w ciemno założyć, że Bayern w tym sezonie po raz dziewiąty z rzędu wywalczy mistrzostwo Niemiec, natomiast polski napastnik po raz szósty w karierze sięgnie po koronę króla strzelców Bundesligi. Jedyną niewiadomą w jego przypadku jest tylko liczba goli. Do końca rozgrywek kibice po obu stronach Odry będą pewnie z zapartym tchem czekać na pobicie przez kapitana reprezentacji Polski legendarnego rekordu 40 goli ustanowionego pół wieku temu przez Gerda Muellera.
Na razie jednak w Niemczech większe emocje budzi zapowiedź Flicka, że po tym sezonie odejdzie z Bayernu. Z medialnych spekulacji i wieści docierających z różnych mniej i bardziej wiarygodnych źródeł wynika, że Flick po Euro 2021 przejmie reprezentację Niemiec zastępując na posadzie selekcjonera swojego dawnego szefa, Joachima Loewa, którego był asystentem w latach 2006-2014. Problem w tym, że jego kontrakt z Bayernem wygasa dopiero w czerwcu 2023 roku, zatem bez zgody władz bawarskiego klubu nie będzie mógł przejść do pracy w niemieckiej federacji. „Moja przyszłość wcale nie jest taka jasna i oczywista. Nie było żadnych rozmów na ten temat. Oczywiście, prowadzenie reprezentacji to opcja, którą każdy trener na pewno rozważy, jeśli taką ofertę otrzyma i ja nie będę wyjątkiem. Ale teraz muszę przemyśleć kilka rzeczy, bo ostatnie tygodnie nie były dla mnie łatwe” – przyznał Flick. A wedle niemieckich mediów najpoważniejszym kandydatem do zajęcia jego miejsca w Bayernie jest Julian Nagelsmann, aktualnie trener RB Lipsk.