Skubanie Lewandowskiego

Robert Lewandowski, Manuel Neuer i Kevin De Bruyne zostali nominowani do nagrody „Piłkarza Roku UEFA”. Zwycięzca plebiscytu zostanie ogłoszony 1 października podczas ceremonii losowania fazy grupowej Ligi Mistrzów. Raczej na pewno wygra zawodnik Bayernu Monachium, ale nie jest pewne, że będzie nim „Lewy”, bo wokół niego w Niemczech nagle zgęstniała atmosfera.

Gdyby do tych najbardziej spektakularnych osiągnięć dopisać wszystkie mniejsze wyróżnienia czy pobite rekordy, lista sukcesów „Lewego” w miniony sezonie robi się tak imponująca, że nieprzyznanie mu nagrody „Piłkarza Roku UEFA” byłoby wręcz niegodziwością. Chyba nawet większą niż odwołanie przez redakcję „France Football” tegorocznego plebiscytu „Złotej Piłki”. Zwłaszcza, że „Lewy” zaczął nowy sezon udanym występem w spotkaniu inauguracyjnym Bundesligi z Schalke Gelsenkirchen, strzelając gola i zaliczając dwie asysty w wygranym 8:0 spotkaniu (czwartkowy mecz Bayernu o Superpuchar Europy z FC Sevilla zakończył się po zamknięciu wydania). Wyboru laureata plebiscytu UEFA dokonają trenerzy 80 klubów uczestniczących w fazie grupowej Ligi Mistrzów i Ligi Europy oraz 55 dziennikarzy – po jednym z każdego kraju zrzeszonego w UEFA. Wiadomo już, że w kategorii „Trener Roku UEFA” na pewno wygra niemiecki szkoleniowiec, bo na placu boju została już tylko trójka nominowanych: Hansi Flick (Bayern), Juergen Klopp (FC Liverpool) i Julian Nagelsmann (RB Lipsk).
Lewy wszedł na sportowy szczyt
Nie ulega wątpliwości, że Lewandowski, nawet jeśli z powodu działania „złej strony mocy” nie zostanie jednak, jako pierwszy polski piłkarz w historii, zwycięzcą tego prestiżowego plebiscytu, to i tak sama jego obecność w finałowej trójce jest dowodem, iż w wieku 32 lat w końcu wspiął się na sam szczyt futbolowej hierarchii. Na razie w Europie, ale być może wkrótce także na świecie, bo przecież swój własny plebiscyt jesienią jak co roku przeprowadzi także FIFA i Polak raczej na sto procent znajdzie się w jego czołówce.
Wielu piłkarskich ekspertów zastanawia się teraz, czy miniony sezon był szczytowy w karierze kapitana reprezentacji Polski. On sam przekonuje, że jest w stanie grać na takim wysokim poziomie jeszcze przez kilka lat, bo pod względem fizycznym i mentalnym wciąż robi postępy. Niedawno zwrócił na to uwagę trener RB Lipsk Julian Nagelsmann, który stwierdził, że Lewandowski nie musi już niczego trenować, bo wszystko potrafi robić na najwyższym światowym poziomie, a jego jedynym zadaniem jest utrzymanie fizycznej formy i właściwej motywacji do gry.
Nic dziwnego, że nawet przesadnie wymagające wobec „Lewego” branżowe media w Niemczech chcąc nie chcąc musiały zweryfikować jego rynkową wartość. Najbardziej opiniotwórczy pod tym względem portal internetowy Transfermarkt.de w zamiast po raz kolejny obniżyć wycenę transferową polskiego napastnika, nieoczekiwanie podniósł ją o cztery miliony do kwoty 60 mln euro.
Przy ustalaniu wycen zawodników eksperci Transfermarkt.de jako główne kryterium uznają wiek piłkarzy. Dlatego też Lewandowski pod względem transferowej wartości jest w kadrze Bayernu dopiero szósty, a w całej Bundeslidze na ósmym miejscu. A tak wygląda czołowa dziesiątka tego zestawienia: 1. Jadon Sancho (Borussia Dortmund) – 117 mln euro; 2. Serge Gnabry (Bayern Monachium) – 90 mln euro; 3. Joshua Kimmich (Bayern) – 85 mln euro; 4. Erling Haaland (Borussia Dortmund) i Alphonso Davies (Bayern) – po 80 mln euro; 6. Leroy Sane (Bayern) – 70 mln euro; 7. David Alaba (Bayern) – 65 mln euro; 8. Robert Lewandowski (Bayern), Leon Goretzka (Bayern) i Dayout Upamecano (RB Lipsk) – po 60 mln euro.
Warto zauważyć, że wartość 20-letniego Jadona Sancho od ostatniego notowania zmniejszono o 13 mln euro, zaś wartość 25-letniego Serge’a Gnabry’ego podniesiono o 18 mln euro, a również 25-letniego Joshuy Kimmich o 10 mln euro. Najbardziej na wartości zyskał jednak 19-letni boczny obrońca Alphonso Davies, którego wycena poszybował w górę o 20 mln euro, do kwoty na jaką wyceniono aktualną wartość 19-letniego norweskiego snajpera Borussii Dortmund Erlinga Haalanda. Ale w grupie zawodników po „30” Lewandowski jest jedynym, którego wartość mimo wieku wzrosła.
W zarobkach też w czołówce
Transferowe wyceny nie zawsze przekładają się na zarobki futbolowych gwiazd. Magazyn „Forbes”, który regularnie monitoruje najlepiej zarabiających przedstawicieli różnych profesji, w najnowszym rankingu najlepiej zarabiających piłkarzy na szczycie zestawienia umieścił Leo Messiego. Argentyński as FC Barcelona mimo próby odejścia z tego klubu zarobił w ostatnich 12 miesiącach 126 milionów dolarów, z czego 92 miliony to jego wynagrodzenie za grę w piłkę, a 34 miliony z umów reklamowych i sponsorskich. Barierę stu milionów dolarów przekroczył jeszcze tylko Portugalczyk Cristiano Ronaldo, któremu kontrakt z Juventusem gwarantuje gażę w wysokości 70 mln dolarów, natomiast ze sprzedaży swojego wizerunku reklamodawcom i sponsorom zarobił dodatkowo 47 milionów, co w sumie dało mu 117 mln dolarów. Blisko za tą dwójką futbolowych krezusów jest jeszcze tylko Brazylijczyk Neymar, wciąż najdroższy piłkarz w historii (PSG zapłacił za niego Barcelonie 222 mln euro), który zarobił 96 mln dolarów (na boisku 78 mln, ze sprzedaży wizerunku 18 mln). Ale kolejny z graczy z Top 10 zestawienia, Francuz Kylian Mbappe (PSG), wzbogacił się już „tylko” o 42 miliony dolarów (28 z kontraktu, 14 z reklam). Dalej na liście są Egipcjanin Mohammed Salah (FC Liverpool) – 37 mln dolarów (24+13); Francuz Paul Pogba (Manchester United) – 34 mln dolarów (28+6); Francuz Antoine Griezmann (FC Barcelona) – 33 mln (28+5); Walijczyk Gareth Bale (Real Madryt) – 29 mln (23+6), a na 9. miejscu uplasował się Lewandowski, którego zarobki „Forbes” oszacował na 24 mln dolarów z kontraktu z Bayernem oraz cztery miliony dolarów z umów reklamowych i sponsorskich), czyli łącznie na 28 mln dolarów. Zestawienie zamyka hiszpański bramkarz David De Gea (Manchester United) – 27 mln dolarów (24+3).
Na tegorocznej liście stu najbogatszych Polaków wg. „Wprost” Lewandowski z majątkiem szacowanym na ponad pół miliarda złotych znalazł się na 80. miejscu zestawienia. Jeśli przez najbliższe pięć lat jedynie utrzyma obecny poziom zarobków, zostanie pierwszym polskim sportowcem, który w trakcie kariery zawodniczej zarobi ponad miliard złotych. Dla zwykłego śmiertelnika są to kwoty astronomiczne.
W kręgach biznesowych popularne jest powiedzonko, że „wielkie pieniądze lubią ciszę”. Lewandowski do tej pory dość skutecznie przestrzegał tej zasady, lecz to się może wkrótce zmienić za sprawą desperackich działań jakie przeciwko „Lewemu” podjęli jego byli agenci – Cezary Kucharski oraz współpracujący z nim Niemiec Maik Barthel. Jako pierwszy napisał o tym tygodnik „Der Spiegel”, a za nim tropem podążyły media po obu stronach Odry. Niemiecki periodyk doniósł że Kucharski i Barthel domagają się od Lewandowskiego 9 mln euro, lecz piłkarz uznaje te żądanie za nieuprawnione i nie zamierza im zapłacić. Byli agenci dostarczyli więc redakcji „Der Spiegela” ksero potwierdzeń przelewów z należącej do Lewandowskiego firmy RL Management z niemieckich na polskie konta, bez informowania niemieckiego urzędu skarbowego. Kucharski wręcz donosi, że najlepszy piłkarz Bundesligi oszukał fiskusa. W Polsce natomiast Kucharski złożył w Wydziale Gospodarczym Sądu Okręgowego w Warszawie pozew przeciwko Lewandowskiemu i jego firmie RL Management, informując w nim m.in., że piłkarz Bayernu używał firmowych pieniędzy do celów prywatnych.
Nie chce dać się oskubać?
Po publikacji niemieckiego tygodnika Kucharski nabrał wody w usta i jak na razie odmawia jakichkolwiek komentarzy. To samo zresztą robi Lewandowski, bo w jego imieniu odpowiedziała tylko rzeczniczka prasowa Monika Bodnarowicz: „Wszelkie rozliczenia podatkowe zarówno osobiste jak i spółek Roberta Lewandowskiego prowadzone są zawsze zgodnie z prawem. Prawidłowością rozliczeń w Niemczech zajmuje się licencjonowany, niemiecki doradca podatkowy, który dba o to, aby wszelkie wymagane dokumenty były zawsze przedstawione organom podatkowym w Niemczech, a podatek prawidłowo rozliczony i zapłacony w terminie” – napisała w oświadczeniu dla mediów.
Na razie trudno przewidzieć jak zakończy się ta bulwersująca sprawa. Kucharski już zanotował w tym starciu straty, bo przypięto mu już łatką donosiciela, a jeszcze na światło dzienne zaczęły wychodzić fakty, które burzą sielankowy obraz jego trwającej przez blisko dekadę współpracy z Lewandowskim. Okazuje się, że wcale nie był dla niego dobrotliwym przewodnikiem w świecie profesjonalnego futbolu, tylko bezwzględnym wyzyskiwaczem, który brał za swoje najdrobniejsze menedżerskie usługi sowite prowizje. Kucharski jako agent „Lewego” zarobił wielokrotnie więcej pieniędzy niż sam zarobił jako piłkarz przez całą długą karierę. A pewnie zarobiłyby jeszcze więcej, gdyby Lewandowski w końcu nie połapał się z kim ma do czynienia i nie zaczął wycofywać się ze współpracy, którą ostatecznie zerwał w 2018 roku.
Ile może „Lewy” stracić przez ten konflikt, zależy od tego, co na niego doniósł i co jeszcze może donieść Kucharski. Ale jeśli faktycznie wszystko ma w papierach w porządku i żadna kontrola niczego nieprawidłowego się w nich nie doszuka, to pewnie nie zostawi tak tej sprawy bez rewanżu. A ma dość środków i możliwości, żeby zafundować swoim byłym agentom długą i zapewne kosztowną dla nich sądową batalię.

Kucharz grilluje Lewego

Bayern Monachium w meczu otwarcia nowego sezonu Bundesligi zdeklasował zespół Schalke 8:0. Jedną z bramek zdobył z karnego Robert Lewandowski, który zaliczył też dwie efektowne asysty. Kapitan reprezentacji Polski nie mógł jednak w pełni cieszyć się z udanego początku rozgrywek, bo jego były agent Cezary Kucharski tego dnia złożył na niego doniesienie do niemieckiego urzędu skarbowego oraz wystąpił z roszczeniem o zapłatę rzekomo należnych mu od „Lewego” 9 mln euro.

Broniący mistrzowskiego tytułu Bayern pokazał moc już w pierwszej ligowej kolejce. Hat-trickiem popisał się Serge Gnabry, a po jednym golu dorzucili Robert Lewandowski, Leon Goretzka, Thomas Mueller, Leroy Sane i Jamal Musial. W ekipie trenera Hansiego Flicka nie było słabych punktów, ale niemieckie media podkreślały znakomity występ „Lewego”, który zdobył bramkę z wywalczonego przez siebie rzutu karnego, a ponadto zaliczył dwie asysty, z których jedna była szczególnej urody, gdy zagrał piłkę do Muellera tzw. raboną (przekładając prawą nogę za lewą).
Zachwycone wygraną Bayernu są niemieckie media, które doceniły kapitalny występ drużyny Flicka. Z graczy wyjściowej jedenastki jedynie Manuel Neuer, Lucas Hernandez i Benjamin Pavard nie otrzymali od „Bilda” oceny „1”, oznaczającej grę na poziomie światowym. Pozostali zawodnicy dostali najwyższe możliwe noty, wśród nich także Lewandowski. Równie wysoko kapitana reprezentacji Polski ocenili dziennikarze portalu sport.sky.de. Od nich Polak także otrzymał „1”. W komentarzach podkreślano, że Lewandowski w szóstym sezonie z rzędu strzelił gola w meczu otwarcia, że było to już jego 163. trafienie w Bundeslidze, co oznacza, że w klasyfikacji strzelców Bayernu wszech czasów wyprzedził właśnie szefa Bayernu, Karla-Heinza Rummenigge. Teraz przed nim w tym zestawieniu jest już tylko legendarny Gerd Mueller.
Ale w dniu startu rozgrywek Bundesligi nad głową „Lewego” pojawiły się ciemne chmury. Jego były agent, a jak się teraz okazuje także wspólnik w interesach, Cezary Kucharski, wedle doniesień niemieckich mediów miał złożyć zawiadomienie do urzędu skarbowego, że Lewandowski jako piłkarz Bayernu Monachium nieprawidłowo rozliczał się z przelewów na konto swojej polskiej firmy RL Management, wykorzystując pieniądze firmowe do celów prywatnych. Zdaniem niemieckiego magazynu „Der Spiegel” Kucharski domaga się od firmy Roberta Lewandowskiego odszkodowania w wysokości 9 milionów euro (ponad 39 mln złotych). Zdaniem reporterów „Spiegla”, są dokumenty wskazujące na to, że z niemieckich kont Roberta Lewandowskiego wychodziły przelewy na jego polskie konta, a nie o wszystkich wiedziała niemiecka skarbówka. Do tego dochodzi również sprawa pożyczki, jaką Anna Lewandowska miała otrzymać od firmy RL Management. Mowa o kwocie 2,5 mln euro, czyli ponad 10 milionów złotych! Ponoć nie musiała potem już zwracać tych pieniędzy, dzięki czemu ta kwota zniknęła z bilansów firmy Roberta Lewandowskiego, a pieniądze miały wylądować na tajemniczym koncie. Firma RL Management przelewała podobno również pieniądze na prywatne konta naszego napastnika.
Ani Lewandowski, ani też jego żona na razie nie zabrali osobiście głosu w tej sprawie. W ich imieniu wstępne wyjaśnienie opublikowała ich rzeczniczka prasowa Monika Bondarowicz. (…)„Wszelkie rozliczenia podatkowe zarówno osobiste jak i spółek Roberta Lewandowskiego prowadzone są zawsze zgodnie z prawem. Prawidłowością rozliczeń w Niemczech zajmuje się licencjonowany, niemiecki doradca podatkowy, który dba o to, aby wszelkie wymagane dokumenty były zawsze przedstawione organom podatkowym w Niemczech, a podatek prawidłowo rozliczony i zapłacony w terminie. Ponieważ pan Cezary Kucharski poinformował Państwa, że skierował sprawę do sądu, uprzejmie informujemy, że wszelką dokumentację księgową i podatkową przedstawimy sądowi. Pan Cezary Kucharski próbuje wymusić na Robercie Lewandowskim zapłatę nienależnych mu środków. Ustosunkowywanie się do ewentualnych zarzutów na łamach mediów traktujemy jako próbę wywierania nacisku na nas poprzez szkalowanie reputacji Roberta Lewandowskiego i tworzenie fikcyjnego wyobrażenia o sprawie co miałoby w przyszłości wpływać na postrzeganie tejże sprawy przez sąd. W tym miejscu warto ponownie przypomnieć, że der Spiegel w ramach opisu sprawy przesłał nam informację, że pozew został złożony, co według naszej wiedzy nie jest prawdą. Jeśli jednak jest założona sprawa sądowa, to wszelką dokumentację przekażemy do sądu. Prawdziwą ocenę i wnioski można wyciągnąć tylko i wyłącznie na podstawie pełnej dokumentacji i wszystkich informacji związanych z rozliczeniem. Pojedyncze wątki zaburzają prawdziwy obraz sprawy i całej sytuacji”.
Lewandowski do tej pory nie był uwikłany w żadne afery. Kucharski ewidentnie chce go zniszczyć, ale chyba zapomniał o zasadzie, że kto mieczem wojuje, od miecza też ginie…

Lewy zaczyna nowy sezon

W piątek 18 września niemiecka Bundesliga zainaguruje nowy sezon. Zgodnie z tradycją w meczu otwarcia wystąpi aktualny mistrz kraju. Przeciwnikiem Bayernu będzie drużyna Schalke Gelsenkirchen, a spotkanie na Allianz Arenie w Monachium odbędzie się z udziałem publiczności, chociaż będzie to obecność symboliczna – na trybunach mogących pomieścić 75 tysięcy widzów zasiądzie zaledwie 7,5 tysiąca fanów.

Przerwany w marcu z powodu wybuchu pandemii koronawirusa poprzedni sezon Bundesliga dokończyła przy pustych trybunach. Przed startem nowych rozgrywek niemal do ostatniej chwili trwały w tej sprawie negocjacje z władzami federalnymi i krajów związkowych. Politycy nie chcieli wyrazić zgody na otwarcie stadionów dla publiczności, bo w Europie pandemia Covid-19 znów zaczęła przybierać na sile. Wypracowano jednak kompromis i Bundesliga uzyskała warunkową zgodę na otwarcie trybun, ale tylko do 20 procent ich pojemności. W meczu otwarcia na Allianz Arenie Bayern nie mógł jednak wykorzystać dopuszczalnego limitu, bowiem w związku z dużą ostatnio liczbą wykrywanych w Monachium zakażeń premier Bawarii Markus Soeder i burmistrz Monachium Dieter Reiter wyrazili zgodę na wypełnienie trybun jedynie w 10 procentach. Piłkarzom Bayernu nie będzie więc dane zacząć nowego sezonu przy pełnej widowni.
Mecz z Schalke będzie pierwszą potyczką o stawkę zespołu trenera Hansiego Flicka od czasu sierpniowego triumfu w Lidze Mistrzów, nic zatem dziwnego, że spotkanie budzi ogromne zaciekawienie także dlatego, że ma dać odpowiedź na pytanie w jakiej formie i z jaką motywacją do nowego sezonu przystąpią Robert Lewandowski i jego koledzy, którzy w poprzednim sezonie wygrali przecież wszystko, co mieli do wygrania. Po takim sukcesie nawet topowe zespoły zaliczają czasem regres, a bawarska jedenastka na dodatek w przerwie między sezonami straciła Ivana Perisicia, Philippe Coutinho i Alvaro Odriozolę, a jeszcze może z niej odejść Thiago Alcantara. Nic dziwnego, że trener Flick w jednym z niedawnych wywiadów stwierdził, że po takich ubytkach przydałoby się dokonać kilku wzmocnień. Stanowisko władz Bayernu w tej kwestii jest jednak odmienne, co dobitnie wyraził emerytowany już wprawdzie, lecz wciąż wpływowy działacz bawarskiego potentata Uli Hoeness. „Nie potrzebujemy nowych piłkarzy. Spójrzcie na inne drużyny, ja nie widzę żeby dokonywały wielkich wzmocnień. FC Barcelona nie ma pieniędzy, Real Madryt nie ma pieniędzy, także Manchester City jest nieaktywny na transferowym rynku. My wygraliśmy Ligę Mistrzów i utrzymaliśmy kluczowych graczy. A nawet gdyby odszedł Thiago Alcantara, to przecież na jego miejsce mamy Kimmicha, Goretzkę i Muellera. Nie zapominajmy, że dla Bayernu gra również Corentin Tolisso” – stwierdził Hoeness.
Szefowie monachijskiego klubu nie kryją, że powodem powściągliwości w zatrudnianiu nowych graczy jest niepewna sytuacja powodowana przeciągającą się pandemią. Jeśli wierzyć doniesieniom niemieckich mediów, tylko z powodu gry przy pustych trybunach Bayern w poprzednim sezonie stracił 60 mln euro. Dlatego jedynym graczem z zewnątrz, który dołączył we wrześniu do zespołu, był pozyskany wcześniej z Manchesteru City Leroy Sane, który według medialnych doniesień kosztował Bawarczyków około 50 milionów euro. A Flick dostał polecenie, by sięgał po młodych graczy z zaplecza kadry, jak Joshua Zirkzee, Sarpreet Singh i Oliver Meier.
Takie stanowisko oznacza, że szefowie Bayernu są przekonani, iż w nowym sezonie Lewandowski będzie równie skuteczny jak w poprzednim. A przypomnijmy, że Polak w 47 występach strzelił 55 goli i zaliczył 10 asyst oraz zdobył trzy korony króla strzelców – w Lidze Mistrzów, Bundeslidze i Pucharze Niemiec. Za te osiągnięcia został uznany za piłkarza roku w Niemczech, a ostatnio w plebiscycie przeprowadzonym wśród fanów Bayernu został wybrany na najlepszego gracza tego klubu w minionym sezonie. „Lewy” otrzymał 51 procent głosów, a drugi w plebiscycie Alphonso Davies ledwie 16 procent. Dopiero trzecią lokatę fani przyznali ikonie bawarskiego klubu Thomasowi Muellerowi (dostał 14 procent głosów). Warto też wspomnieć, że w minionym sezonie Bayern przeprowadzał na swojej stronie internetowej głosowania na piłkarza miesiąca. Lewandowski triumfował w tych plebiscytach aż pięciokrotnie w dziesięciu edycjach.
Przebić te osiągnięcia w nowym sezonie będzie kapitanowi reprezentacji Polski piekielnie trudno. Ma tego świadomość, bo sam często podkreśla, że łatwiej jest wejść na futbolowy szczyt, niż się na nim utrzymać. Ale jednego chyba w jego przypadku możemy być pewni – na pewno będzie do tego dążył ze wszystkich sił.

Lewy piłkarzem roku w Niemczech

Robert Lewandowski po raz pierwszy w karierze został laureatem prestiżowego w Niemczech wyróżnienia, przyznawanego przez branżowy tygodnik „Kicker” tytułu „Piłkarza Roku”. W głosowaniu polski napastnik Bayernu Monachium zwyciężył z dużą przewagą nad drugim w zestawieniu kolegą z zespołu Thomasem Muellerem.

Lewandowski wygrał plebiscyt „Kickera” uzyskując 276 głosów elektorów, podczas gdy drugi Thomas Mueller otrzymał tylko 54 głosy, a trzeci Joshua Kimmich 49. Tuż za podium zajętym w całości przez graczy Bayernu Monachium uplasował się Kai Havertz z Bayeru Leverkusen oraz Timo Werner z RB Lipsk.
Za najlepszego trenera w Niemczech uznano, co nie jest niespodzianką, szkoleniowca Bayernu Hansiego Flicka, za nim znalazł się m.in. coach zespołu mistrza Anglii FC Liverpool Juergen Kloppa. Nas „Piłkarkę Roku” wybrano natomiast gwiazdę zespołu VfL Wolfsburg Dunkę Pernillę Harder.
Jeśli coś w wygranej „Lewego” może nas zaskakiwać, to chyba tylko to, że po 10 pełnych sukcesów sezonach spędzonych w Bundeslidze został dopiero teraz nagrodzony tytułem „Piłkarza Roku”. Ale jego wyczynów w minionym sezonie już nawet „Kicker” nie mógł nie docenić.

Bayern zdetronizował Real Madryt

Triumf Bayernu Monachium w Lidze Mistrzów zaowocował awansem niemieckiego klubu na pozycję lidera klubowego rankingu UEFA. Bawarczycy wyprzedzili w zestawieniu dwa hiszpańskie zespoły – Real Madryt i FC Barcelona. Z polskich zespołów w czołowej setce znalazła się tylko Legia Warszawa, która została sklasyfikowana jednak na odległym 90. miejscu.

Odniesione w minioną niedzielę w Lizbonie zwycięstwo w finale Ligi Mistrzów w potyczce z Paris Saint-Germain (1:0) zapewniło Bayernowi nie tylko solidny przypływ gotówki (w sumie na udział w tej edycji mistrzowie Niemiec zarobili ponad 82 mln euro), ale też awans w klasyfikacji europejskich klubów. Ranking UEFA tworzony jest na podstawie wyników z ostatnich pięciu sezonów w europejskich pucharach. Każda drużyna otrzymuje dwa punkty za zwycięstwo oraz jeden punkt za remis. Z powodu pandemii koronawirusa zmieniono zasadę liczenia punktów za wyniki w Lidze Mistrzów. Zmiany w regulaminie regulowały zasady liczenia punktów za spotkaniach rozgrywanych bez rewanżów. zespoły, które odniosły w nich zwycięstwa w regulaminowym czasie gry lub dogrywce otrzymywały trzy punkty, dwa przyznawano za remis w dogrywce, a jeden punkt za porażkę w regulaminowym czasie gry lub w dogrywce. Przyznawano także dodatkowe punkty za awans do ćwierćfinału, półfinału oraz finału. Za kwalifikację do fazy grupowej Ligi Mistrzów UEFA nagradza czterema punktami bonusowymi, zaś za awans do rundy pucharowej daje pięć punktów bonusowych.
W poprzednim notowaniu po sezonie 2018/2019 Bayern zajmował trzecią lokatę, teraz z dorobkiem 136 punktów awansował na pierwsze miejsce przed Real Madryt (134 pkt) i Barcelonę (128 pkt). Kolejne lokaty w czołowej dziesiątce zestawienia zajęły: 4. Atletico Madryt (127 pkt), 5. Juventus Turyn (117 pkt), 6. Manchester City (116 pkt), 7. Paris Saint-Germain (113 pkt), 8. FC Sevilla (102 pkt), 9. Manchester United (100 pkt) i 10. FC Liverpool (99 pkt).
Daleko w tyle znalazło się także miejsce dla jednego z klubów PKO Ekstraklasy. W przeciągu ostatnich pięciu sezonów Legia Warszawa w ostatnich pięciu sezonach zdobyła w europejskich rozgrywkach zaledwie 17 punktów, co dało jej 90. pozycję w rankingu. To najwyżej z polskich klubów, bo kolejne ex aequo z dorobkiem 3,225 pkt sklasyfikowano na 299. miejscu. Są to: Piast Gliwice, Lechię Gdańsk, Cracovię, Jagiellonię Białystok, Górnik Zabrze, Arkę Gdynia, Zagłębie Lubin i Śląsk Wrocław.
Niemcy walczą o Lewego
Robert Lewandowski spełnił wreszcie swoje wielkie sportowe marzenie i do kolekcji swoich piłkarskich trofeów dołączył triumf w Lidze Mistrzów. Ma jednak jeszcze wielką szansę zgarnąć w tym roku drugi z wymarzonych laurów, czyli nagrodę dla piłkarza roku. Wiadomo już, że tytułu przyznawanego od 1956 roku przez „France Football” w tym roku nie dostanie, bo redakcja tego francuskiego tygodnika zrezygnowała z przyznawania „Złotej Piłki” w 2020 roku. I ostatnio potwierdziła, że zdania nie zmieni, chociaż jest z tego powodu powszechnie na całym świecie krytykowana. Ale plebiscyt „FF” to nie jedyne przecież wyróżnienie indywidualne w światowym futbolu. Nie mniejszą wartość i ciężar gatunkowy ma nagroda dla piłkarza roku przyznawana przez FIFA i wszystko wskazuje, że w tym roku dostanie ja właśnie Lewandowski. Takie przekonanie wyraził ostatnio m.in. prezydent Bayernu Monachium Herbert Hainer. „ Robert w pełni zasłużył na to, by zgarnąć nagrodę dla najlepszego piłkarza na świecie. Rozegrał znakomity sezon. Wygrał wszystko, a został najlepszym strzelcem w trzech rozgrywkach, w tym w Lidze Mistrzów, strzelił najwięcej goli w całym sezonie, a ponadto wykonał świetną robotę w finale z Paris Saint-Germain. Nie widzę nikogo, kto mógłby w tym roku odebrać Lewandowskiemu tytuł najlepszego piłkarza na świecie” – powiedział Hainer na łamach sportbild.bild.de.
Kapitan reprezentacji Polski został królem strzelców Bundesligi (34 gole), Pucharu Niemiec (sześć goli) i Ligi Mistrzów (15 goli), zatem w barwach Bayernu w minionym sezonie zdobył 55 bramek. Trudno zaprzeczyć, że są to mocne argumenty za przyznaniem mu nagrody „Piłkarza Roku FIFA”.
Utrzymać się na szczycie
Jeśli rzeczywiście „Lewy” ją dostanie, byłby to dopiero drugi wyłom w trwającej ponad dekadę dominacji Lionela Messiego i Cristiano Ronaldo, którzy w ostatnich latach zgarniali niemal wszystkie indywidualne wyróżnienia. W 2018 roku wszedł im w paradę Chorwat Luka Modrić, któremu trochę na wyrost przyznano tytuł Piłkarza Roku FIFA” i „Złotą Piłkę” po zdobyciu przez zespół Chorwacji wicemistrzostwa świata w Rosji. Teraz przed szansą przełamania hegemonii Argentyńczyka i Portugalczyka stoi Lewandowski, mocno wspierany tym razem przez Bayern Monachium i całą niemiecka Bundesligę, której dla celów marketingowych taka indywidualna nagroda dla występującego w niej piłkarza jest bardzo potrzebna.
Wymuszona przez pandemię nietypowa forma dokończenia rozgrywek w Lidze Mistrzów przyniosła sukces zespołom z niżej dotąd cenionych Bundesligi oraz Lique 1. W półfinale doszło przecież do dwóch potyczek niemiecko-francuskich, a wcześniej z rywalizacji odpadły zespoły hiszpańskie, włoskie i angielskie, wśród których byli też finaliści Ligi Mistrzów z poprzedniego sezonu, czyli Tottenham i FC Liverpool).
W tej chwili trudno przewidzieć, czy w obecnej edycji Champions League Bayern Monachium zdoła powtórzyć sukces. Cytowany już wyżej prezes klubu uważa, że tak. „To może być początek nowej ery Bayernu. W ostatnich latach odmłodziliśmy zespół w ściśle ukierunkowany sposób. Dokonaliśmy zmian po czasach Arjena Robbena i Francka Ribery’ego. Mamy młody, utalentowany zespół, w którym nie brakuje też doświadczonych i klasowych zawodników, jak Manuel Neuer, Thomas Mueller i Robert Lewandowski. To naprawdę dobra mieszkanka i co najważniejsze, jeszcze nie wypalona. Dlatego jestem dobrej myśli także jeśli chodzi o wyniki w nowym sezonie” – zapewnia Herbert Hainer.
Piłkarze Bayernu dostali wolne do 7 września, a do gry wrócą już 11 września, w meczu 1. rundy Pucharu Niemiec z FC Dueren. Potem podopieczni Hansiego Flicka zagrają z Schalke w meczu inaugurującym 1. kolejkę Bundesligi, zaś później czeka ich mecz z FC Sevilla o Superpuchar Europy.

Messi rozpoczął niebywałą zadymę w Barcelonie

Klęska zespołu Barcelony 2:8 z Bayernem Monachium w ćwierćfinale Ligi Mistrzów zapoczątkowała lawinę zdarzeń w katalońskim klubie, których skutków nie da się nawet w tej chwili przewidzieć. Z wieści jakie docierają z Camp Nou zdecydowanie jednak na pierwszy plan wybija się jedna wiadomość, że Leo Messi, któremu za rok kończy się kontrakt z „Dumą Katalonii”, postanowił odejść już tego lata.

To nie jest pierwsza taka przepychanka Messiego z szefami Barcelony, ale każda wcześniejsza zawsze kończyła się ugodą i przedłużeniem kontraktu. Dlatego kwestia zmiany barw klubowych przez argentyńskiego piłkarza był dotąd uważany za piłkarskie science-fiction. Wygląda jednak na to, że tym razem awantura może zakończyć się rozstaniem. Argentyńczyk decyzję o opuszczeniu Camp Nou miał podjąć po porażce 2:8 z Bayernem w ćwierćfinale Ligi Mistrzów. To nie był żaden „wypadek przy pracy”, tylko trzeci raz z rzędu, gdy zespół „Dumy Katalonii” skompromitował się w tych rozgrywkach. Dwa lata temu ośmieszyła go AS Roma, a rok później to samo zrobił FC Liverpool, który po pierwszym meczu przegrywał 0:3, ale w drugim wygrał 4:0. Messi za te słabe wyniki wini przede wszystkim fatalną politykę kadrową prowadzoną przez szefów klubu, z prezydentem Josepem Bartomeu na czele. I wedle doniesień hiszpańskich mediów po powrocie z Lizbony postawił sprawę na ostrzu noża – zażądał wręcz ustąpienia Bartomeu oraz zatrudnienia w roli trenera dawnego kolegi z boiska Xaviego, na pewno bardziej legendarną postacią Barcelony od Ronalda Koemana, którego Bartomeu wbrew woli Messiego zatrudnił w miejsce zwolnionego Quique Setiena.
Tego było już za wiele i argentyński gwiazdor posłał do klubu oficjalne pismo z żądaniem jednostronnego rozwiązania kontraktu, co miał zagwarantowane w obowiązującej obecnie umowie z katalońskim klubem. Ale władze Barcelony w ogóle nie rozważają odejścia Messiego i przypomniały mu, że jego tzw. klauzula odejścia opiewa na kwotę 700 mln euro. Za taką kwotę transferową Messi może odejść gdzie chce, sęk w tym, że nie ma na świecie klubu, który byłby skłonny zapłacić taką górę pieniędzy za piłkarza co prawda wciąż genialnego, lecz już jednak 33-letniego.
Messi ma w umowie zapis o możliwości rozwiązania kontraktu z Barceloną, ale miał obowiązek poinformować o tym władze klubu do 10 czerwca. Prawnicy piłkarza twierdzą jednak, że wydłużenie przez FIFA i UEFA sezonu z powodu pandemii koronawirusa do 31 sierpnia dotyczy także klauzuli. Obie strony okopały się na swoich pozycjach, co zwiastuje długą wojnę, na której pewnie stracą obie strony.
Konflikt Messiego z szefami Barcelony chce wykorzystać Manchester City, gotowy zaoferować argentyńskiemu gwiazdorowi kilkuletni kontrakt z opcją przeprowadzki do New York City FC – partnerskiego klubu „The Citizens” w amerykańskiej MLS.

Lewandowski wreszcie spełnił marzenie

W niedzielny wieczór 23 sierpnia Robert Lewandowski jako piąty polski piłkarz w historii podniósł w górę puchar za zwycięstwo w Lidze Mistrzów (wcześniej Puchar Europy). Przed nim zdobywcami tego trofeum byli Zbigniew Boniek (Juventus Turyn), Józef Młynarczyk (FC Porto), Jerzy Dudek (FC Liverpool) i Tomasz Kuszczak (Manchester United).

Dla nikogo chyba nie ulega wątpliwości, że Bayern Monachium wygrał Ligę Mistrzów zasłużenie. Bawarska jedenastka była niepokonana w tych rozgrywkach i zwyciężyła we wszystkich 11 rozegranych spotkaniach. Robert Lewandowski wystąpił w 10 spotkaniach (zabrakło go tylko w ostatnim grupowym meczu, z Tottenhamem), a w dziewięciu strzelił gole – w sumie aż 15. To drugi wynik w historii Champions League, więcej razy w jednym sezonie trafił tylko Cristiano Ronaldo w rozgrywkach 2013/2014, w których zdobył 17 bramek. Ale Portugalczyk dokonał tego wyczynu w normalnym sezonie z 13 meczami. „Lewy” wyrównał jednak niezwykłe osiągnięcie innego z futbolowych gigantów – Johana Cruyffa z sezonu 1971/1972 i tak samo jak legendarny Holender skompletował trzy strzeleckie korony: króla strzelców w lidze i krajowym pucharze oraz w najważniejszym z europejskich pucharów. Potrójną koronę króla strzelców zdobył jeszcze grający w barwach FC Porto Brazylijczyk Mario Jardel w sezonie 1999/2000, ale on nie wygrał Ligi Mistrzów, bo portugalski zespół odpadł wówczas w ćwierćfinale. W zakończonym w minioną niedzielę sezonie Lewandowski zagrał w 47 meczach Bayernu, licząc wszystkie klubowe rozgrywki, w których strzelił w sumie 55 goli i zaliczył 10 asyst. Pod tym względem na naszym kontynencie nie miał sobie równych. Do zdobycia króla strzelców Bundesligi potrzebował 34 trafienia, w Pucharze Niemiec sześć, a w Lidze Mistrzów 15.
Wypada jedynie żałować, że nie zdobył bramki w finałowej potyczce z Paris Saint-Germain, bo byłoby to wspaniałym ukoronowaniem jego najlepszego jak dotąd sezonu w karierze. „Lewy” rozegrał znakomite zawody, jak zwykle należał do najlepszych graczy w swoim zespole i zagrał lepiej od dwóch wielkich gwiazd paryskiego zespołu, Neymara i Kyliana Mbappe. Przez całe spotkanie mocno pracował też w defensywie, ale jak na napastnika przystało przede wszystkim dążył do strzelenia gola. Miał dwie doskonałe ku temu okazje, ale przy pierwszej trafił w słupek, a w drugiej jego strzał głową jakimś cudem odbił bramkarz PSG Keylor Navas. Naszemu napastnikowi po prostu tego dnia nie dopisało snajperskie szczęście, co zresztą zostało zauważone, więc w zdecydowanej większości pomeczowych recenzji występ „Lewego” został wysoko oceniony. Niemiecki „Kicker” przyznał mu notę „1,5”, czyli bliską ideału (ta redakcja przyznaje noty w skali 6-1, gdzie 1 odznacza klasę światową, a 6 występ poniżej krytyki). Tylko „France Football” nie docenił polskiego piłkarza i swoich relacjach oraz komentarzach skrupulatnie pomijał jego nazwisko, a noty przyznał niemal tak takie same, jak Neymarowi i Mbappe, chociaż w ocenie innych światowych mediów obaj gwiazdorzy PSG totalnie zawiedli oczekiwania. Najwyraźniej redaktorzy „France Football” prowadzą jakąś osobistą wojenkę z Lewandowskim, ale w tym swoim zacietrzewieniu dawno przekroczyli już granicę dopuszczalnego subiektywizmu w ocenach, za którą jest już tylko dyskwalifikująca fachowe pismo niekompetencja.
Ale już według „L’Equipe” na najwyższą notę w Bayernie zasłużył Manuel Neuer (9), a znakomite oceny (8) dostali również Thiago Alcantara i Kingsley Coman. Na 7 zasłużył Joshua Kimmich, a pozostali piłkarze dostali niższe oceny – Robert Lewandowski i Leon Goretzka 6, a 5 przyznano Serge’owi Gnabry’emu, Thomasowi Muellerowi, Davidowi Alabie i Alphonso Daviesowi. W ekipie PSG najlepiej oceniony został Thiago Silva (7), a szóstki przyznano Keylorowi Navasowi, Juanowi Bernatowi i Joelowi Kimpembe. Brytyjski dziennik „Daily Mail, który dał „Lewemu” notę 7,5 (w skali 1-10, w której 10 jest najwyższą oceną). Taką samą ocenę dostał niespodziewanie Manuel Neuer, a także Joshua Kimmich i Alphonso Davies, zaś najlepiej oceniono strzelca zwycięskiego gola Kingsleya Comana. Surowiej Lewandowskiego ocenił „The Guardian”, przyznając mu notę „6”. Lepsze noty dostali Neuer i Coman (8), a „7” Kimmich, Davies i Thiago. Hiszpański dziennik „Marca” w ocenie graczy używa gwiazdek – najlepsza ocena to trzy gwiazdki, jej brak oznacza żenujący występ. Po finale Ligi Mistrzów „Marca” trzy gwizdki przyznała Neuereowi, Kimmichowi i Comanowi, a po dwie dostali Lewandowski, Goretzka, Thiago i Alaba. Wątpliwe by złośliwość redaktorów „France Football” była w stanie zepsuć Lewandowskiemu radość z osiągnięcia sportowego celu, do którego od lat dążył. Wygranie Ligi Mistrzów to dla każdego piłkarza najważniejszy laur w klubowej karierze. Jak bardzo pragnął go „Lewy” świadczy choćby radość, z jaką celebrował wraz z kolegami odebranie pucharu. „Dedykuję ten puchar mojej rodzinie – żonie, dzieciom oraz mojemu zmarłemu tacie, który na pewno patrzył na mnie z góry i życzył mi sukcesu. Zawsze marzyłem o wygraniu Ligi Mistrzów i wierzyłem, że w końcu osiągnę ten sukces” – mówił tuż po spotkaniu
Dla Paris Saint-Germain był to pierwszy w historii finał Ligi Mistrzów. Paryski zespół musiał jednak uznać wyższość Bayernu Monachium i na triumf w najbardziej prestiżowych klubowych rozgrywkach w Europie będzie jeszcze musiał poczekać. Porażka sprawiła, że po meczu na ulicach Paryża doszło do zamieszek i starć pomiędzy pseudokibicami PSG i policją. Porządek w centrum Paryża zabezpieczało 3000 funkcjonariuszy policji. Pomagała też żandarmeria wojskowa i strażacy. Fani mistrzów Francji oglądali mecz także w pobliżu stadionu Parc des Princes. Im bliżej było końca meczu, tym atmosfera robiła się coraz bardziej gorąca. Gdy skończyło sie spotkanie zirytowani porażką PSG fani zaczęli demolować miasto. Zamieszki trwały kilkadziesiąt minut. W ich trakcie podpalano samochody, wybijano witryny sklepowe i okradano je. Policja używała gazu łzawiącego.
Bayern Monachium po raz drugi w historii wygrał w jednym sezonie wszystko, co było do wygrania, czyli mistrzostwo Bundesligi, Puchar Niemiec i Ligę Mistrzów. A przed Lewandowskim i jego kolegami z drużyny otworzyła się szansa na zdobycie dwóch kolejnych trofeów, których im brakuje w dorobku – Superpucharu Europy (zagrają o niego z Sevillą, który wygrała Ligę Europy) oraz zwycięstwa w Klubowych Mistrzostwach Świata. Bayern może się teraz nazywać najlepszą drużyną w Europie, a sprawił to trener Hansi Flick, który przejął zespół 3 listopada 2019 roku. Od tego czasu bawarska jedenastka odniosła 33 zwycięstwa w 36 meczach i wspięła się na sam szczyt europejskiego futbolu.

Starcie zabójczych tercetów

Niedzielny finał Ligi Mistrzów zapowiadano jako wielkie starcie ofensywnych graczy Bayernu Monachium i Paris Saint-Germain, które miało też wyłonić najlepszego piłkarza tego sezonu. W niemieckim zespole mieli to być głównie Robert Lewandowski, Serge Gnabry i Thomas Mueller, a w paryskim Neymar, Kylian Mbappe i Angel di Maria.

Bayern stawał do walki po swój szósty triumf w tych elitarnych rozgrywkach, zaś PSG po pierwszy w historii. Ekipa mistrzów Niemiec do finału przeszła jak burza, zmiatając po drodze Chelsea Londyn, Barcelonę i Olympique Lyon, ale przed finałową potyczką futbolowi eksperci większe szanse na zwycięstwo dawali francuskiej drużynie. Owszem, doceniali niesamowite strzeleckie osiągnięcie Roberta Lewandowskiego, który w obecnej edycji Champions League w drodze na szczyt strzelił 15 goli, zauważyli też, że w cieniu polskiego napastnika wyrósł Bayernowi drugi znakomity snajper, Serge Gnabry, zdobywca dziewięciu bramek.
Z prostego rachunku wynikało, że obaj ci piłkarze razem zdobyli 24 bramki, czyli ponad połowę z 42 strzelonych przez Bayern w tej edycji Ligi Mistrzów. Ustanowili w ten sposób nowy rekord tych rozgrywek, bo wcześniej najskuteczniejszym duetem w historii byli Cristiano Ronaldo i Gareth Bale, którzy w sezonie 2013/2014 zdobyli dla Realu Madryt 23 gole (Ronaldo 17, Bale 6). Mimo to uważano, że Neymar i Mbappe w decydującym starciu okażą się lepsi. Podkreślano jednak, że duże znaczenie może też mieć postawa graczy wpierających te dwa snajperskie duety – w paryskim zespole tym trzecim jest Angel di Maria, zaś w Bayernie Thomas Mueller.
Jak było faktycznie? Wrócimy do sprawy w następnym numerze, bo mecz Bayernu z Paris Saint-Germain zakończył się po zamknięciu wydania.

Bayern i PSG w wielkim finale

Nie było sensacji w półfinałowych meczach rozgrywanego w Lizbonie turnieju Champions League. Paris Saint Germain rozbił 3:0 RB Lipsk, a Bayern Monachium także 3:0 pokonał Olympique Lyon. W niedzielę dojdzie więc do trzeciego, decydującego starcia w niemiecko-francuskiej wojnie futbolowej, w jaką raczej dość nieoczekiwanie przerodziła się toczona w Lizbonie rywalizacja w tzw. Final Eight. Wynik potyczki Bayernu z PSG wykreuje też zapewne piłkarza sezonu 2019/2020 i piłkarza roku 2020. Ogromną szansę na zgarnięcie obu tych indywidualnych nagród ma Robert Lewandowski, który w spotkaniu z Lyonem zdobył swoją 15. bramkę w tym sezonie Ligi Mistrzów.

Szefowie redakcji „France Football” zapewne plują sobie teraz w brodę, że tak pochopnie zrezygnowali z przyznania w tym roku nagrody „Złotej Piłki”. Inna sprawa, że chyba nie za bardzo znają się na futbolu, skoro nie przewidzieli, że dwie francuskie drużyny dojdą do półfinału, a jedna z nich zagra w wielkim finale o zwycięstwo w Lidze Mistrzów. Przyzwyczajeni od ponad dekady do nagradzania tylko Leo Messiego i Cristiano Ronaldo, nie chcieli przyznać nagrody nikomu innemu, a już zwłaszcza Polakowi, który wyrósł na największą gwiazdę niemieckiej Bundesligi. Trochę szkoda, ale mówi się trudno i żyje dalej. Z okazji skorzystała FIFA, która już zapowiedziała, że swoją doroczną nagrodę dla „Piłkarza Roku” ( FIFA World Player of the Year) jednak mimo pandemii koronawirusa przyzna i wręczy ją na planowanej na październik tego roku uroczystej gali. Nagroda FIFA jest nawet bardziej wiarygodna od „Złotej Piłki” „FF”, bo jej laureat wyłaniany jest głosami trenerów i kapitanów reprezentacji narodowych, natomiast redakcja francuskiego tygodnika organizuje plebiscyt jedynie wśród dziennikarzy.
Zostali tylko Neymar i Mbappe
Tak czy owak Robert Lewandowski, który w tym sezonie jest w życiowej formie i swoimi boiskowymi wyczynami z pewnością zasłużył na takie wyróżnienie. Tym bardziej, że w 1/8 finału Ligi Mistrzów wraz z Juventusem z wyścigu o tytuł „Piłkarza Roku” odpadł Cristiano Ronaldo, a w ćwierćfinale po klęsce 2:8 z Bayernem także Leo Messi. Oprócz nich szanse stracili też typowani przez media do tej nagrody snajper Realu Madryt Karim Benzema oraz as Manchesteru City Kevin De Bruyne. Z piłkarzy czterech zespołów, które dotarły do półfinału (Bayernu, RB Lipsk, Olympique Lyon i Paris Saint-Germain), zagrozić „Lewemu” w zdobyciu tego trofeum realnie mógłby tylko któryś z jego kolegów z Bayernu, choćby Serge Gnabry lub Thomas Mueller, albo jeden z dwójki asów Paris Saint-Germain, najdroższych aktualnie piłkarzy na świecie – Neymar lub też Kylian Mbappe.
Jak podał niemiecki „Bild”, światowa federacja piłkarska poda nominacje do nagrody „FIFA World Pleyer of the Year” jeszcze w sierpniu. Lewandowski rzecz jasna nie może być pewny zwycięstwa w tym plebiscycie, ale z całą pewnością znajdzie się wśród nominowanych. W kończącym się sezonie zagrał dotąd w 46 spotkaniach licząc wszystkie klubowe rozgrywki, w których strzelił 55 goli i zaliczył 10 asyst, został też królem strzelców Bundesligi (34 trafienia), Pucharu Niemiec (sześć goli) i już na prawie sto procent także w Lidze Mistrzów. W meczu z Lyonem „Lewy” zdobył 15 bramkę w obecnej edycji Champions League, a z graczy, którzy pozostają jeszcze w grze, najbliżej niego w klasyfikacji strzelców jest Serge Gnabry, ale ma jednak na koncie tylko 9 goli i raczej na pewno nie zdoła odrobić tej straty w finałowym meczu z Paris Saint-Germain.
Paryżanie rzucili rękawicę
Prowadzony przez niemieckiego trenera Thomasa Tuchela zespół Paris Saint-Germain w lizbońskim turnieju rozkręca się z meczu na mecz. Jeszcze w ćwierćfinałowym spotkaniu z Atalantą Bergamo, wygranym z trudem 2:1, widać było w jego grze sporo mankamentów, zrozumiałych zważywszy na fakt, że paryżanie od marca nie grali w piłkę, bo liga francuska nie wznowiła przerwanych przez pandemię rozgrywek. Ale już w półfinałowej potyczce z solidnym przecież zespołem RB Lipsk Neymar, Mpappe i spółka śmigali już po boisku z ogromną werwą, co rusz zaskakując rywali nieszablonowymi zagraniami, ale też rzadką u nich wcześniej widywaną uporczywością w walce o piłkę. Można w ciemno założyć, że akurat w niedzielnym finale z Bayernem paryżanie osiągną apogeum formy, co kibiców powinno tylko cieszyć, bo niewykluczone, że obejrzą przed telewizorami być może epokowe piłkarskie widowisko.
Spotkanie z RB Lipsk ekipa PSG wygrała 3:0 i przy okazji ustanowiła nowy rekord, bo strzelała w każdym z ostatnich 34 przynajmniej jednego gola. Wcześniej rekordzistą z 33. takimi meczami z rzędu był Real Madryt. Tak na marginesie – Bayern także poprawił rekord ustanowiony kiedyś przez drużynę „Królewskich” – w liczbie goli strzelonych w jednej edycji LM. W obecnych rozgrywkach bawarska jedenastka zdobyła już 42 bramki w 10 meczach, co daje nieprawdopodobną średnią 4,2 gola na jedno spotkanie.
Pilnowanie Lewego straciło sens
To rzecz jasna nie czyni zespołu Bayernu faworytem, ale trenerowi Tuchelowi z pewnością powinno dać do myślenia. Nie ulega bowiem kwestii, że bawarska drużyna pod wodzą Hansiego Flicka przestała być uzależniona od skuteczności Lewandowskiego. To paradoks, bo polski piłkarz przecież w tym sezonie strzela jak natchniony i ma już 55 goli, z czego tylko w Lidze Mistrzów 15, ale może właśnie dlatego jest taki skuteczny, że do siatki rywali zaczęli też trafiać jego koledzy. Pokazują to ostatnie mecz w Champions League – z Chelsea Londyn (4:1) „Lewy” trafił dwa razy, z Barceloną (8:2) zdobył jednak tylko jedną bramkę, podobnie jak w spotkaniu z Olympique Lyon (3:0). Z 15 goli tylko cztery były dziełem kapitana reprezentacji Polski. Tylko tyle, bo rywale delegowali do przeszkadzania mu grze po kilku swoich zawodników, ale dzięki temu inni piłkarze Bayernu mieli więcej swobody.
Poza tym wypada podkreślić, że Lewandowski wszystkie swoje osobiste ambicje odłożył na bok i całkowicie podporządkował się nadrzędnemu celowi, jakim jest wygranie Ligi Mistrzów. To jednak per saldo mu się opłaci, bo będzie przemawiało na jego korzyść w oczach uczestników plebiscytu FIFA.
Kto zgarnie cała pulę?
Bayern Monachium czekał siedem lat, żeby ponownie zagrać w finale Ligi Mistrzów. Żadnemu z piłkarzy bawarskiego klubu na pewno nie zabraknie motywacji, ale po drugiej stronie boiska stanie do walki drużyna równie mocno zmotywowana, bo katarscy szejkowie już zbyt długo czekają na sukces w tych najważniejszych klubowych rozgrywkach w Europie. Poza względami sportowymi, które same z siebie i tak z pewnością mocno nakręcają piłkarzy i trenerów do walki, wszyscy maja też świadomość jak wielkie pieniądze są do wygrania w finale. Już za sam udział w tych prestiżowych rozgrywkach UEFA wypłaca klubom 15,25 miliona euro, a kolejne miliony piłkarze mogą „podnieść” z murawy w każdym z meczów grupowych, bo za zwycięstwo jest premia 2,7 miliona euro, a za remis 900 tysięcy euro. Awans i przejście każdej kolejnej rundy rozgrywek to kolejne bonusy – za awans do 1/8 finału 9,5 miliona euro, za ćwierćfinał 10,5 miliona, za półfinał 12 milionów, dla finalisty kolejne 15 milionów, a dla zwycięzcy 15 mln euro. O pełną pulę gra już jednak tylko Bayern, który wygrał wszystkie dotychczasowe mecze i jeśli w niedzielę Lewandowski i spółka zdobędą puchar, to bawarski klub zarobi w sumie aż 82,5 miliona euro.

Decydujące starcia w Lizbonie

W środę zespoły Bayernu Monachium i Olympique Lyon zmierzą się w Lizbonie w półfinałowym meczu Ligi Mistrzów. O ile obecność niemieckiej ekipy na tym poziomie rozgrywek trudno uznać za sensację, to obecność francuskiej drużyny z pewnością tak. Nawet gracze bawarskiej jedenastki przyznali, że byli już nastawieni na potyczkę z Manchesterem City i zwycięstwo Olympique Lyon było dla nich szokiem.

Po tym jak Bayern w miniony piątek rozprawił się 8:2 z Barceloną, kibice już ostrzyli sobie apetyty na półfinałowe starcie mistrzów Niemiec z prowadzoną przez Pepa Guardiolę ekipą Manchesteru City. Tymczasem w sobotę „The Citizens” sensacyjnie przegrali 1:3 z Olympique Lyon. „Wiedzieliśmy, że w półfinale trafimy na silnego przeciwnika i nic się w tym względzie nie zmieniło, bo zespół Lyonu pokazał swój wielki potencjał eliminując Juventus Turyn, a teraz Manchester City. Ale, jak wszyscy, także i my byliśmy jednak zaskoczeni porażką angielskiego zespołu” – przyznał obrońca Bayernu Jerome Boateng podczas prasowej wideokonferencji.
W ćwierćfinałowych bojach rozgrywanego w Lizbonie turnieju Ligi Mistrzów także w innych meczach nie brakowało emocji i sensacyjnych rozstrzygnięć. FC Barcelona odpadła po bezprecedensowym laniu jakie sprawił jej Bayern, dzielnie walcząca w tym sezonie Atalanta Bergamo dopiero w końcówce meczu z faworyzowanym Paris Saint-Germain dała sobie wydrzeć zwycięstwo, bo prowadząc 1:0 w kilka minut straciła dwa gole i awans do 1/2 finału. O awansie paryżan przesądziła jakość piłkarzy sprowadzanych za największe pieniądze:Neymara, który asystował przy pierwszym golu i znakomitym podaniem do Kyliana Mbappe dał początek akcji zwieńczonej drugiem trafieniem. Wcześniej Neymar szesnaście razy (rekord Ligi Mistrzów) mijał obrońców Atalanty pokazując, że na najważniejsze mecze tego sezonu zbudował doskonałą formę.
Więcej zimnej krwi od graczy Atalanty zachowali piłkarze RB Lipsk, którzy w 51. minucie objęli prowadzenie z wyżej notowanym Atletico Madryt, ale dwadzieścia minut później stracili je po rzucie karnym wykorzystanym przez Joao Felixa. Nie dali się jednak zdominować ekipie trenera Diego Simeone i w 88. minucie po raz drugi objęli prowadzenie, które tym razem dowieźli już do ostatniego gwizdka.
Tym sposobem w najlepszej czwórce turnieju znalazły się dwa zespoły, na które nikt chyba nie stawiał. Los sprawił, że w półfinale zobaczymy dwie potyczki francusko-niemieckie. We wtorek Paris Saint-Germain zagrał z RB Lipsk (spotkanie zakończyło się po zamknięciu wydania), a w środę Bayern zmierzy się z Olympique Lyon.
Zaskoczenie jest zrozumiałe, bo jednak porażkę „The Citizens”, którzy w 1/8 finału dwukrotnie pokonali Real Madryt, trzeba jednak uznać za największą niespodziankę decydującej fazy rozgrywek w Champions League. Trener angielskiej drużyny Pep Guardiola już czwarty sezon z rzędu nie potrafi osiągnąć sukcesu w tych najważniejszych klubowych rozgrywkach na naszym kontynencie. Hiszpański szkoleniowiec w meczu z Lyonem znów przekombinował z taktyką, czym zaskoczył nie tyle przeciwników, co raczej swoich piłkarzy, wyraźnie gubiących się podczas szybkich kontrataków francuskiego zespołu.
Czy fani Bayernu powinni odczuwać niepokój przed środową potyczką ich ulubieńców z Lyonem? Bawarski zespół przyjechał do Lizbony w rewelacyjnej formie, co jest zasługą trenera Hansiego Flicka i odpowiedzialnego za przygotowanie fizyczne piłkarzy Holgera Broicha. Zgniótł drużynę Barcelony pressingiem, jakiego nie doznała od lat i na jaki zdecydowanie nie jest teraz przygotowana. Szef bawarskiego klubu Karl-Heinz Rummenigge zdradził, że gdy po meczu z Barceloną wszedł do szatni swojej drużyny, zdziwił go panujący w niej spokój, jakby przed chwila skończyli zwykły ligowy mecz. Nie było euforii, głośnej muzyki i tańców, jak zawsze gdy zespół dokonuje jakiegoś niesamowitego wyczynu. „Zobaczyłem zimnych profesjonalistów, którzy chwilę po triumfie już myślą o kolejnym wyzwaniu. Dlatego jestem spokojny o wynik meczu z Olympique Lyon, bo dla naszych piłkarzy będzie to kolejna przeszkoda w drodze do głównego celu, jakim jest wygrani Ligi Mistrzów” – stwierdził sternik Bayernu.