Imperium Donalda Trumpa znalazło się w sytuacji niekomfortowej. Dało się podpuścić Izraelowi. Miała być szybka wojna z Iranem, krótka pokazówka siły i kolejny konflikt sprzedany światu jako dowód, że Ameryka wciąż rozdaje karty. Tymczasem zamiast błyskawicznego sukcesu wyszedł imperialny kryzys, który pożera czas, ogromne zasoby i polityczny kapitał.
Dlatego dziś z Waszyngtonu płynie lament, że Europa nie pomaga. Mimo że Amerykanie z Izraelem weszli w wojnę z Iranem nie tylko bez realnych konsultacji z europejskimi partnerami, ale także w trakcie negocjacji i wbrew elementarnej logice. Ormuz nie zablokował się przecież sam. To amerykańsko-izraelska agresja, początkowo kłamliwie uzasadniana wyzwoleniem ludności irańskiej, pomogła zamienić cieśninę w globalny problem, a teraz rachunek próbuje się wysłać innym. Wielu sojuszników było tej wojnie przeciwnych, lecz potraktowano ich jak statystów. Teraz Trump co chwila pyta, dlaczego USA mają być dla NATO, skoro NATO nie jest dla USA, a sekretarz wojny Pete Hegseth tłumaczy, że w sprawie Ormuzu to „nie jest sprawa tylko amerykańskiej marynarki” i inni też powinni wziąć większą odpowiedzialność. Jakby tego było mało, odmówił też jasno potwierdzić, czy Stany Zjednoczone automatycznie staną w obronie sojuszników w ramach art. 5 NATO.
A przecież NATO nie jest sojuszem napastniczym, tylko obronnym. Nie powstało po to, by automatycznie dołączać do każdej wojny rozpętanej przez Waszyngton, zwłaszcza prowadzonej bez konsultacji i wbrew interesom sojuszników. I właśnie dlatego nie chodzi tu tylko o pretensję do Europy. Chodzi o próbę przerzucenia na nią części winy za wojnę, która miała być pokazem siły USA, a coraz bardziej odsłania polityczną katastrofę i ograniczenia samego Waszyngtonu. Po polsku brzmi to tak: wleźliśmy w kosztowną wojnę, sami ją rozkręciliśmy, ale teraz chcemy wmówić światu, że problemem jest cudza bierność, a nie nasze własne słabnięcie.
Ale Biały Dom najwyraźniej myśli już o tym, co dalej. Ten sam Hegseth opowiada o „Wielkiej Ameryce Północnej” i wyznacza „bezpośredni perymetr bezpieczeństwa” USA od Grenlandii po Ekwador i od Alaski po Gujanę. W tej logice mieszczą się więc także Kanada, Kuba, Panama i cała przestrzeń, którą Waszyngton coraz wyraźniej traktuje jak własne strategiczne podwórko. Kiedy sekretarz wojny mocarstwa mówi takim językiem, nie opisuje świata, tylko go sobie mentalnie grodzi. Stawia płotki, wbija tabliczki i daje do zrozumienia, że to nasze, tamto też nasze, a reszta ma się przyzwyczajać. To nie brzmi jak zwykła dyplomacja, tylko jak plan kilku nacisków i kilku politycznych „porządków” do zrobienia, zanim trumpowskie okno czasu zacznie się zamykać.
I wtedy pretensje do Europy stają się całkiem czytelne. Nie chodzi o żadną romantyczną solidarność Zachodu. Chodzi o interes imperium, które ugrzęzło na jednym froncie, a już patrzy na następne. A konkretnie imperatora. Trump coraz bardziej się niecierpliwi, bo zbliża się 4 lipca 2026 roku, czyli 250-lecie niepodległości USA — data wielka, symboliczna i wręcz stworzona dla narcyza marzącego o tym, by zapisać się w historii jakimś „wielkim” ruchem. Przekaz do Europejczyków jest więc prosty: pomóżcie nam domknąć Iran, żebyśmy mogli odzyskać swobodę działania gdzie indziej.
Kolejne podboje czekają, a Europa ma tu być nie sojusznikiem, lecz pomocnikiem szeryfa. A pomocnik szeryfa, jak wiadomo z dawnych westernów, pierwszy dostaje kulę.











