Marzenia o władzy absolutnej

Przez kilkadziesiąt lat myślałem, że żyję w państwie, które wprawdzie nazywa siebie „demokratycznym, a w rzeczywistości udaje demokrację, stale naruszając jej podstawy. Różne było nasilenie tej choroby. Jeszcze 6 lat temu wydawało mi się, że szczyt został osiągnięty w pierwszych latach PRLu. Wtedy jednak używano pojęciowego koktajlu, tłumacząc mniej świadomej części obywateli, że dążymy jednocześnie do demokracji, ale nie rezygnujemy z „dyktatury proletariatu”. Taka polityczna bajeczka służąca głównie do uwodzenia „klasy robotniczej”.

Tęsknota za lepszym ustrojem

W ostatnich sześciu latach wkroczyliśmy w podobny dualizm ustrojowy. Władza tłumaczy narodowi i zagranicy, że jesteśmy wzorcową demokracją. W przeciwieństwie do USA nie biją u nas murzynów i nie przeżywamy częstej strzelaniny w szkołach, Czasem tylko ktoś się słusznie zezłości na tych nienormalnych z LGBT i niechcący kogoś uderzy na ich niesmacznych demonstracjach. Jednocześnie jednak wykształcamy nowy ustrój, który można nazwać „autokratyczną demokracją”, czyli autokratyzm, wykorzystujący zasady demokracji tam, gdzie to możliwe bez utraty władzy.

W ostatnich miesiącach obserwuję jednak pewne niepokojące zmiany. Czołowe ośrodki władzy są już znudzone tym dualizmem i zaczynają szczerze wyjaśnić, że jednak autokracja jest im bliższa, że będziemy jednak tworzyć ustrój bardziej zbliżony do „cywilnej” dyktatury, albo monarchii absolutnej.

O takiej tendencji świadczyły liczne posunięcia aktualnie rządzącej, choć coraz mnie zjednoczonej prawicy. Temu miała służyć reforma wymiaru sprawiedliwości, polegająca głównie na podporządkowaniu wiernym reprezentantom „partii i rządu” wszystkich ogniw sądownictwa, nie wyłączając Trybunału Konstytucyjnego i Sądu Najwyższego. Taki był ukryty cel obsadzania kierowniczych stanowisk w spółkach skarbu państwa wyłącznie „swoimi” ludźmi, najczęściej pozbawionymi innych kwalifikacji. Temu służyły prezenty dawane za posiadanie dzieci, tak podlewane propagandą, aby naród personifikował je z jakże inteligentnym i odpornym na wszelkie pokusy szefem rządzącej partii. Sądzę, że temu też miały służyć tworzenie wokół tej osoby otoczki uwielbienia i troski, widoczne m.in. w liczbie chroniących jego osobę i miejsce zamieszkania policjantów, niekiedy mieszczących się z trudem w kilkudziesięciu samochodach. Naród miał zrozumieć, że tak chroni się władców absolutnych. I aby mógł to z podziwem porównać z kilkuosobową ochroną wysokich urzędników większych od nas państw europejskich, trzymających się zasad gnijącej demokracji.

Chcemy autokracji?

Mimo narastania objawów dążenia do usankcjonowanej autokracji, do niedawna nikt z „obozu władzy” tego wyraźnie nie powiedział. Dopiero niedawno prezes rządzącej partii i zarazem wicepremier, Jarosław Kaczyński, dał do zrozumienia, że on właśnie jest autokratą, dzierżącym rzeczywistą władzę. Powiedział – wprawiając w osłupienie całą polską i zagraniczną inteligencję, – że polski premier jest premierem tylko, dlatego, że on go namaścił i ma jego poparcie. Jak go przestanie popierać, to już nie będzie premierem.

Fakt ten był tajemnicą poliszynela, ale takie otwarte, publiczne stwierdzenie w państwie, które jeszcze kurczowo udaje demokrację, stworzyło zadziwiającą i śmieszną sytuację. Jeśli premier jest tylko wykonawcą poleceń szefa partii i zarazem swego zastępcy, to znaczy, że cały rząd jest tylko grupą bezwolnych urzędników, wykonujących wypowiedziane, a nawet niewypowiedziane życzenia „władcy”.

Trochę w zyciu czytałem i wydaje mi się, że nawet wzorcowi europejscy dyktatorzy – Hitler, Stalin, Mussolini i Franco – oficjalnie nie twierdzili, że mają władzę absolutną. Przeciwnie – stwarzali pozory liczenia się z opiniami i decyzjami organów państwa i partii, której byli członkami. Dosadniej o monopolistycznym dzierżeniu władzy wypowiedział się tylko Ludwik IVX, mówiąc w 1686 roku „państwo to ja”, i rzeczywiście doprowadzając do posiadania władzy absolutnej.

„My Naród” powoli dojrzewamy do takiego stanu. W obozie władzy i wśród jej zwolenników pan Prezes uchodzi za nieomylnego, bez reszt oddanego „sprawie”, jedynego nieskażonego pogonią za mamoną. Nikt nie ośmiela się oceniać ważnych dla kraju zdarzeń i decyzji, dopóki prezes nie wyrazi swojej opinii. Potem wszyscy. entuzjastycznie ją powtarzają. Jeśli powie, że coś trzeba zmienić albo „usprawnić” to może być pewien, że natychmiast znajdzie się grupa posłów, która wymyśli odpowiednią ustawę, podpowie Trybunałowi Konstytucyjnemu i SN, jaki wyrok w określonej sprawie jest pożądany, kogo trzeba uhonorować, a kogo uderzyć i próbować zniszczyć.
Obraz stopniowego przechodzenia na rządy autokratyczne widoczny j3st jednak nie tylko w parlamencie i centralnej administracji. Widać go także w zachowaniach prokuratury, która najchętniej trzymałaby wszystkich niepraworządnych obywateli w wielomiesięcznych, a nawet wieloletnich aresztach śledczych. Praworządnych, – czyli sprzyjających władzy najchętniej by nie zauważała, albo miała niemożliwe do pokonania przeszkody, aby się nimi zająć.

Śladami prokuratury zaczyna podążać policja. Jej wkład w tworzenie i umacnianie autokracji koncentruje się na dwóch, nowych dla niej. działaniach. Pierwsze dotyczy marketingowego blichtru władzy. Policja zawsze wspomagała ochronę jej „najwyższych” przedstawicieli władzy, ale w warunkach demokracji starała się to robić dyskretnie. Teraz – wzorem innych państw autokratycznych – swoją przesadnie liczną obecnością, podnosi w oczach ludu znaczenie autokraty i jego najbliższych pomocników. Próbujemy doganiać w tym zakresie prezydentów USA, składających wizyty w mniej przyjaznych lub gorzej zorganizowanych krajach. Jestem przekonany, że nie chodzi tylko o ochronę. Znaczna część ludu jest tym zafascynowana, traktuje to jako demonstrację siły naszego mocarstwa i wartości chronionych osób. Czekają na takie obrazki w telewizorze, w których będzie widać jak policja roznosi w pył przeciwników autokraty, nie tylko zagrażających jego życiu lub zdrowiu, ale także, ośmielających się czynem lub słowem przeszkadzać mu w pełnieniu obowiązków.

Druga nowość w działaniach policji, to, – dobrze, że na razie sporadyczne, – bicie kobiet. niegrzecznie się odzywających i ośmielających się sprzeciwiać jej poleceniom. W moich ślepnących oczach żadne tłumaczenia ich nie usprawiedliwiają. Mimo równouprawnienia kobiety są najczęściej fizycznie słabsze. Bicie ich pałką a następnie przewracanie na ziemię i uciskanie kolanami plami każdego mężczyznę, a zwłaszcza mężczyznę w mundurze. I nieodwracalnie plami ten mundur. Generalicja policyjna powinna więc jak najszybciej rozważyć popularną kiedyś w gimnazjach hamletowską wątpliwość – „Bić czy nie bić – that is the question?”.

Od autokracji do dyktatury

Autokracja była zawsze podłożem dyktatury, ale może też do niej nie doprowadzać. Różnica – moim zdaniem – polega na tym, że autokrata stara się utrzymywać pozory demokracji i funkcjonowanie organów państwa, które formalnie ją zapewniają. Obsadzone jego zwolennikami wiedzą, czego od nich oczekuje. I nawet nie musi wydawać im wyraźnych poleceń. Wystarczy, że wskaże kierunek w wywiadzie lub parlamentarnym wystąpieniu.

Dyktator nie dba już o te pozory. Jest władcą absolutnym. Dawno minęły czasy monarchistyczne – współcześnie powinien być prezydentem albo premierem rządzącym zgodnie z odpowiednio przeredagowaną konstytucją. Musi mieć czas na dokonanie zmian ustrojowych i szczerze wierzyć w większą skuteczność dyktatury, niż demokracji.

Najbliższe mu zaplecze polityczne jest najczęściej zorganizowane według wzorów mafijnych. Organizacja formalna nie zawsze pokrywa się z organizacją nieformalną. Ulubieńcy wodza nie zawsze muszą zajmować wysokie stanowiska. Wystarczy, że wszyscy wiedzą o ich dobrej pozycji w umyśle i sercu władcy. Czy to nas czeka? Nie można tego wykluczyć, bo nasi czołowi kandydaci na władców absolutnych, już od dawna przebierają nóżkami, chcąc osiągnąć taką pozycję. Ciągle jednak napotykają na przeszkody w postaci historycznie uwarunkowanej niechęci suwerena do każdej formy zamordystycznych rządów i braku powszechnego uznania, że właśnie oni są tymi geniuszami, którym opatrzność powierza remont drogi do szczęścia Narodu.

Można więc mieć nadzieję, że całkowite wpychanie nas w autokratyzm nie zostanie uwieńczone powodzeniem. Przybudówki polityczne ich zawiodą, opozycja powstrzyma swoje ambicje i stworzy jednolity front obrony, a potem kontrataku, Europa zapomni o naszych błędach, strumienie finansowego zasilania się powiększą i nawet Rosja wyciągnie do zgody delikatną, choć spracowaną, dłoń Putina.

Wtedy niepokoić nas może tylko nieśmiertelny Koronawirus i sentymentalne śpiewy oddziałów nudzących się armii na granicy ukraińsko – rosyjskiej. A już Napoleon mawiał, że nie ma nic gorszego, niż wojsko, które się nudzi.

Lewica = przedsiębiorczość

Władza nie lubi, jak każe się jej słuchać prawdy na swój temat. Woli żyć iluzją, że tylko nieliczni źle jej życzą, a cała reszta jest jej z gruntu przychylna. M. in. dlatego, w jedenastą rocznicę katastrofy smoleńskiej, władza urządziła obchody sama dla siebie. A wszystkich tych, którym dzięki władzy wali się świat i interesy życia idą w ruinę, spacyfikowała za pomocą aparatu represji. I od razu zrobiło się więcej miejsca dla własnego ego.

Strajk przedsiębiorców i Paweł Tanajno chcieli wykrzyczeć w twarz premierowi i prezesowi, że polityka lockdownu zabija. Dosłownie. Nie wierzycie? Dwa przykłady sprzed paru dni. Nastolatka nałykała się paracetamolu. Gdyby czasy i procedury były względnie normalne, zrobiono by jej płukanie żołądka i po sprawie. Dziewczynka miała jednak pecha, bo była covid dodatnia, bezobjawowa. W takich wypadkach wszczęta została procedura. Ta mówi, że wpierw trzeba ją przyjąć na covidowy oddział. Te są oczywiście przepełnione. Efekt? Dziewczynę wożoną z punktu A do punktu B. Teraz czeka na przeszczep wątroby i nie wiadomo czy doczeka. Przykład numer dwa. Zdrowa kobieta w 36-tym tygodniu ciąży ze zdrowym dzieckiem, dostaje krwawienia z dróg rodnych. Gdyby nie było covidowej procedury, w każdym szpitalu położniczym przystąpiono by od razu do czynności. Niestety, pani miała dodatni covid, o czym dowiedziała się na miejscu, gdyż także nie miała żadnych objawów. I tak jak w poprzednim przypadku-wożenie karetką ze szpitala do szpitala. Bo procedura. Dziecko wyciągnięto mocno niedotlenione, z ubytkiem kości ciemieniowej i zgniłymi kiszkami. Jeśliby wpierw ratowano je i matkę, zapewne ciążę udało by się donosić i urodziłoby się zdrowe, a tak czeka teraz w inkubatorze na szybką śmierć, bo dostało 1 punkt w skali Apgar i nikt nie chce się podjąć operacji. Mało Wam? Pójdziecie do znajomego lekarza i zapytajcie go przy wódce, czy nie słyszał u siebie o czymś podobnym.
W biznesie, małym i nieco większym, podobne dramaty też się dzieją. Nie dziwi więc wściekłość ludzi, którzy tracą dorobki swojego życia oraz desperacja, do jakiej rząd i prezydent ich doprowadzają. Doskonale ich rozumiem. Podobnie, jak rozumiem Piotra Ikonowicza, który walczy o zwalnianych z zakładów pracowników, tylko dlatego, że odważyli się zachorować. Chciałbym jednak, żeby spróbował również walczyć o tych wszystkich, którzy zwalniają ludzi nie przez ich ułomność i wątłe zdrowie, ale przez opresję Państwa polskiego, która nie pozostawia im wyboru. Jak już wielokrotnie pisałem, czasy pandemii uprzytomniają wszystkim ludziom myślącym, że konflikt nie biegnie, jak chciałoby wielu dogmatyków, po osi wiecznego sporu kapitał-pracownik, a bardziej człowiek versus państwo.

Człowiek; mikroprzedsiębiorca, samozatrudniony, pracownik umysłowy, fizyczny czy sezonowy. Ich główny oprawcą jest nienasycona urzędniczo-etatystyczna hydra, trzymana na pasku przez bezdusznych polityków pokroju Morawieckiego. Nie trusty, kartele i nierówność społeczna, ale Państwo, które dla obywatela jest niestety uświadomioną koniecznością. Tam gdzie są ludzie Lewicy, musi być też wyczulenie społeczne na niegodziwość i niesprawiedliwość, której doznają dziś także ci, którzy pozostają w orbicie zainteresowań Korwina. Nie może być tak, że jak komuś nie w smak wysokie podatki i socjalizm, nie należy się o niego upominać. Więcej, należy dziś stawać po stronie małych przedsiębiorców jak nigdy dotąd, bo jeżeli będziemy tolerować rządową grandę ubieraną w covidowy drelich, za chwile przedsiębiorcy staną się bezrobotnymi, a wraz z nimi rzesze pracowników, na których nie nastarcza z tarczy pomocowej. Wolę mieć więc Państwo, gdzie przedsiębiorca nie pójdzie głosować na Lewicę ale da zarobić prostaczkom, niż mieć za chwilę biedotę, którą Lewica będzie mogła zagarnąć pod spódnicę i wspólnie popłakiwać nad swoim nędznym losem. I tego głosu na Lewicy naszej bardzo mi dziś brakuje; że głośno nie krzyczy, że dzieje się krzywda, bo ludzie nie mogą pracować. Owszem, są pomysły z zasiłkami, ale na miły Bóg, dajmy ludziom zarobić na chleb swoimi rękami, a nie zasiłkami i tarczami. Oni naprawdę mają poukładane w głowach i chcą sami decydować o swoim losie. Chcą też dawać zarobić innym. Trudno jednak wymagać od murarza, żeby budował piękne domy, kiedy na rok zabiera się mu cement i kielnię. Całe to pomocnictwo na nic się zda. Naszym bogactwem są ludzie, a nie pełne budżety i nadwyżki z ropy czy gazu. Trzeba pozwolić ludziom wrócić do pracy, a chyba o to winno Lewicy chodzić, czyż nie? O pracę. O jej sens. O przywrócenie godności człowieka pracującego i poszanowanie jego praw.

Kiedy naród próbuje pokazać swoje niezadowolenie rządzącym, ci osłaniają się przed nim kordonem policji, tak, żeby przypadkiem w relacjach rządowej telewizji, nie przedostał się żaden transparent z ośmioma gwiazdkami. Policjanci, ściągani z całego miasta i z sąsiednich garnizonów, chronią władzę przed obywatelami, w czasie, w którym mogliby ścigać złodziei albo dilerów. Ścigają tymczasem ludzi za brak maseczek. Patrolują puste parkany i place zabaw, z nadzieją, że może gdzieś tam czai się bezmaseczkowy anarchista. Jeżdżą i sprawdzają, czy ktoś nie wyszedł po zakupy, bo przebywa na kwarantannie. Bronią i służą. Tylko kto na to wszystko zarobi i kto wyżywi?

8 marca – dzień walki

Kobiety zamykane w kordonach, spisywane, odwożone na komisariat, potężne siły policji zaangażowane do powstrzymywania marszy – tak wyglądał dzień kobiet w 2021 r. Władza mogłaby usłyszeć od obywatelek ostre słowa, a tego przecież nie lubi.

Organizatorki warszawskiego protestu z Ogólnopolskiego Strajku Kobiet musiały w ostatniej chwili zmienić miejsce zbiórki, żeby protest mógł w ogóle się rozpocząć. Rondo Dmowskiego, nazywane przez aktywistki Rondem Praw Kobiet, zostało całkowicie obstawione przez radiowozy. A i grupa demonstrujących na Rondzie Czterdziestolatka, gdzie przeniesiono demonstrację, została już po godzinie protestu otoczona szczelnym kordonem. Uczestnicy zgromadzenia odpowiedzieli na to niepochlebnymi dla policji okrzykami i kontynuowali protest w formie ironicznej zabawy: z samochodu protestacyjnego grała muzyka, zebrani tańczyli. Przed 19 policja zaczęła wyciągać z odciętej grupy pojedyncze osoby, doszło do przepychanek. Następnie ogłosiła, że kto chce opuścić protest, będzie mógł po wylegitymowaniu to zrobić. Zebrani korzystali z tej możliwości, ale najwytrwalsze kobiety pozostały na rondzie do północy. Inne protestowały przed komisariatami na Zakroczymskiej i Wilczej, dokąd odwieziono wyciągnięte z tłumu, zatrzymane osoby.

Strajk Kobiet protestował 8 marca również we Wrocławiu. Tam również policja robiła wszystko, by demonstracja nie mogła przejść ulicami miasta. Na ul. Kazimierza Wielkiego drogę zastawił jej sznur radiowozów. Kobiety i wspierający je mężczyźni próbowały obejść je bocznymi ulicami. Policjanci ruszyli w pościg za tą grupą demonstrantów, część protestujących usiadła na ziemi. Doszło do szarpaniny, w ruch poszedł gaz łzawiący, a wśród poszkodowanych znaleźli się fotoreporterzy. – Policja zrobiła kordon, żebyśmy nie przeszli. On chciał przejść. Rzucili go na ulice, użyli gazu, w pięciu się na nim położyli i dusili – tak jeden z uczestników relacjonował zatrzymanie reportera Strajku Kobiet. Mężczyzna został odwieziony na komisariat, gdzie szybko zebrała się demonstracja solidarnościowa. I jej uczestnicy zostali spisani.

Na tym tle zupełnie spokojny przebieg miała Sląska Manifa w Katowicach, chociaż i tam policja się pojawiła. Pierwszym wydarzeniem tego wieczoru był performance, w którym wzięło udział kilkanaście aktywistek. Były one przebrane w stroje inspirowane dystopijną powieścią Margaret Atwood „Opowieści podręcznej” – miały na sobie identyczne czerwone peleryny oraz białe czepki. Przeszły przez Galerię Katowicką (galerię handlową znajdującą się tuż przy dworcu PKP), a następnie przez centrum miasta aż do rynku. Tam nastąpił punkt kulminacyjny – aktywistki odegrały scenę porodu. Trwała też zbiórka podpisów pod projektem liberalizującym prawo aborcyjne.

Policja, która w pewnym momencie zaczęła spisywać kobiety przebrane za podręczne, ale z pomocą przyszła im marszałek Senatu Gabriela Morawska-Stanecka.

W reakcji na działania policji uczestnicy spontanicznie utworzyli pochód i udali się na tradycyjny spacer koło regionalnego biura Prawa i Sprawiedliwości.

Kto cię słucha???

Najgłupszym, co może zrobić człowiek innemu, to wmawiać mu, że wie, jak ten pierwszy się czuje, kiedy widać jak na dłoni, że nie ma o tym zielonego pojęcia. Współczuć, zasromać się, pochylać nad losem innego. Mówić: wiem jak ci ciężko. Mówić, dla mówienia. Czasami więc lepiej zamilknąć, żeby nie robić z siebie błazna.

Prezydent Polski Duda udzielił niedawno wywiadu dla telewizji komercyjnej. To już dało komentatorom życia politycznego w naszym kraju powody do zastanowienia. Czyżby próba otwarcia się na drugą stronę? Czasy są wymarzone, żeby zaczynać odrywać z siebie pisowską łatkę i stroić się we własny drelich, bo im gorzej, tym lepiej. Dość szybko jednak prezydent pokazał, że uniformu zmieniać nie zamierza i nadal będzie dziarsko maszerował, ramię w ramię, przy „Marszałku”. Taki pieszczotliwy pseudonim ma Jarosław Kaczyński u swoich najbardziej oddanych mołojców. Żeby jeszcze prezydent zaczął mówić, za co kocha Jarosława i jego partię, to niech tam sobie gada po próżnicy, bo kto go słucha, chyba babka głucha. Andrzej Duda poszedł w wywiadzie o krok dalej, i jął się silić na artykułowanie swoich własnych przemyśleń. I tu sprawa się rypła.
Zapytany o przedsiębiorców, którzy otwierają swoje biznesy wbrew zakazom, prezydent oświadczył, że rozumie ich desperację, ale łamania rządowych zakazów nie pochwala. Jak wychowawca w klasach 1-3, który napomina dziatwę: rozumiem, że troszczysz się o dobro szkoły i naskarżyłeś na Piotrusia, że nie zmienił butów, ale donosicielstwa nie lubię. Rozumiem, dobrzy ludzie, że jest Wam ciężko, 18 filmów o tym zrobiłem, ale samowolki nikt mi tu robił nie będzie. Od porządku jest policja. No właśnie, o policji też pan prezydent się zająknął. Zapytany o przemoc, gaz i teleskopowe pałki na protestach Strajku Kobiet oświadczył, że tam, gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą. Innymi słowy, jak się idzie na zadymę, trzeba się liczyć z tym, że się dostanie pałą przez plecy. Tak było, jest i będzie. A na tle innych państw, nasze organa władzy milicyjnej wypadają jak harcerstwo. Niech się więc ci wszyscy, co oberwali miotaczem gazu cieszą, że się skończyło tylko tak, bo jakby trafili na francuskiego stróża prawa, co się w tańcu nie pir…oli, to inaczej byśmy rozmawiali. Jeśli jednak komuś nadal w naszym demokratycznym kraju źle, to nikt nikogo pod pistoletem nie trzyma. Jeszcze. Może zmienić otoczenie, jeśli tylko otworzą na oścież lotniska. Podobnie, jeśli komuś nie w smak bycie prokuratorem, może się przeflancować na adwokata, radcę prawnego albo komornika. Pan prezydent wie to najlepiej, bo sam odebrał gruntowne, prawnicze wykształcenie, i jeśli tylko zechce, zawsze będzie mógł wrócić do zawodu. Przecież do końca życia nie będzie prezydentem, więc z czegoś trzeba żyć na starość. Woli człowiek bardziej osiadły tryb życia, to zostaje adwokatem. Jak lubi przygodę, adrenalinę i niepewność jutra, wybiera dla siebie zawód np. prokuratora albo księdza, bo zarówno jednego jak i drugiego jego przełożeni mogą przesuwać z parafii do parafii, z prokuratury do prokuratury, kiedy zajdzie taka potrzeba. I mylą się ci wszyscy, którzy widzą w delegowaniu prokuratorów do odległych jednostki elementy politycznej dintojry. Ot, po prostu są wakaty, więc minister musi je kimś zapełnić. Przecież nie pośle do pracy piekarzy czy zdunów. O co więc ta afera? Trzeba było zostać piekarzem, to by nikt człowieka po Polsce nie ganiał, jak psa z pęcherzem.

I tak przez dzień boży cały, plótł prezydent swe pochwały. Dla rządu i rządzących ma się rozumieć. Dla stylu i poszanowania przezeń prawa i obyczaju. Zdobył się też na niemały gram empatii, zapewniając przedsiębiorców o swoim dlań ciepłym serduszku, ale cóż on, jako prezydent może zrobić. Radzi zacisnąć zęby, te które jeszcze ludziom zostały, i przeczekać w spokoju do wiosny a później się zobaczy. Wizjoner.
Jak się chodzi na wywiady do prezydenta, bo do prezydenta u nas się chodzi, a nie prezydent chodzi po telewizjach, wprzódy wywiad taki dość szczegółowo się przygotowuje. Normą na tym szczeblu jest wcześniejsze zaznajomienie pytaego z pytaniami, ewentualnie z obszarami tematycznymi, które będą w rozmowie poruszane, żeby człowiek mógł się przygotować. Zastanawiam się, czy może coś mi umknęło i dziś jest już inaczej, czy ktoś tu pokpił sprawę i nie przygotował się z prezydentem do rozmowy. A może było tak, że prezydent poszedł na żywioł i mówił, co naprawdę myśli. Ale jeśli tak właśnie miałoby być, to po tym, cośmy usłyszeli, pora umierać.

Wrócił Strajk Kobiet…

… a razem z nim policja, która zakuwa i rzuca na ziemię pokojowych demonstrantów. W środę wieczorem zatrzymano ponad 20 osób, a dwójka reporterów została spryskana gazem.

Protesty, wymierzone w zasadzie przeciwko całokształtowi polityki PiS, rozpoczęły się w stolicy (i kilku innych miastach) wieczorem. Protestowały kobiety, przedsiębiorcy domagający się zakończenia lockdownu oraz antyfaszyści. Ci ostatni zgromadzili się pod hasłem sprzeciwu wobec odbierania możliwości nieprzyjęcia mandatów, ostrzegając, że jeśli projekt ten nie spotka się z odporem, to za chwilę w Polsce nie będzie już żadnych demonstracji.

Demonstrantkom udało się na pewien czas zablokować rondo Dmowskiego i rondo de Gaulle’a w ścisłym centrum Warszawy. Otaczali policję, która nie odpuściła. Doszło do co najmniej czterech zatrzymań.

Następnie zgromadzeni ruszyli pod Sejm, gdzie tym bardziej nikt nie zamierzał z nimi rozmawiać. Policja użyła gazu. 21 stycznia rano przekonywała, że stało się tak w odpowiedzi na podobny akt agresji z tłumu protestujących. Ci przyznają się co najwyżej do rzucania w kierunku funkcjonariuszy śnieżkami. Według relacji obecnych na miejscu policjanci nie tylko używali gazu, ale też rzucali zatrzymanych na topniejący śnieg i wykręcali im ręce.

Do godzin nocnych kilkadziesiąt osób protestowało pod komisariatem przy ulicy Wilczej, domagając się wypuszczenia zatrzymanych uczestników protestów. W rozmowach i przemówieniach wybrzmiewały gniew i frustracja. Padały oskarżenia w stronę policji. – Cała ta formacja jest oparta na założeniu, że kara jest metodą wychowawczą – mówiła jedna z kobiet.
Na miejscu były posłanki: reprezentantka Lewicy Monika Falej oraz wybrana z list Koalicji Obywatelskiej Klaudia Jachira. Próbowały negocjować, nie zapobiegło to jednak użyciu siły przez mundurowych, którzy wyciągali z demonstracji kolejne osoby. Jakimś pocieszeniem jest fakt, że sam przebieg przesłuchań na komisariacie obył się prawdopodobnie bez dodatkowych szykan – jak wiemy, w przeszłości bywało różnie. Ostatni zatrzymani opuścili komendy po drugiej nad ranem.

Złamana ręka

Złamanie spiralne z odłamem pośrednim trzonu kości ramiennej lewej – to efekt agresji funkcjonariusza policji wobec uczestniczki środowej demonstracji. Prawnicy z Krajowego Mechanizmu Prewencji Tortur uważają, ze sprawca w mundurze powinien zostać postawiony przed sądem.

Do zdarzenia doszło w środę 8 grudnia , podczas demonstracji antyrządowej „Spacer do przyszłości” w Warszawie. Tematem protestu było m.in. zaniechanie rządu na gruncie polityki klimatycznej. W zgromadzeniu na Alejach Ujazdowskich uczestniczyło sporo młodych osób – to właśnie im przyjdzie żyć w świecie dotkniętym postępującymi zmianami.

Policja, do czego już zdążyła przyzwyczaić w ostatnim czasie, protestującą młodzież potraktowała jak przestępców. Ponownie zastosowano zamykanie w „kotle”, czyli otaczanie demonstrantów przez policję, uniemożliwienie ucieczki. Relacja uczestniczki zdarzenia jest drastyczna.

”Najpierw trafiłam do kotła, w którym policja zamknęła kilka osób. Potem zostałam przyduszona poprzez ciągnięcie mnie przez funkcjonariusza za szalik, następnie zaprowadzona siłą do radiowozu. Po drodze wykręcona została mi zupełnie niepotrzebnie lewa ręka – i tak byłam eskortowana przez kilku z nich, nie stawiałam oporu” – wspomina 19-latka.
Dziewczynę czeka operacja. Po zabiegu okaże się, czy „stróż prawa” zafundował jej trwały uszczerbek na zdrowiu.

„Policjant który to zrobił, zrobił to z taką siłą, że złamał mi rękę, konkretniej, zacytuję, jest to ‚złamanie spiralne z odłamem pośrednim trzonu kości ramiennej lewej – kwalifikujące się do leczenia operacyjnego’. Co to oznacza? Że moja ręka jest złamana w kilku miejscach, unieruchomiona na trzy miesiące i muszę poddać się operacji, a także mogę mieć w tej ręce zaburzenia unerwienia lub krążenia” – podsumowuje.
Sprawą zainteresowali się prawnicy z Krajowego Mechanizmu Prewencji Tortur, zespołu podlegającego Rzecznikowi Praw Obywatelskich.

„Obowiązkiem funkcjonariuszy Policji jest działanie w sposób proporcjonalny, gwarantujący poszanowanie godności ludzkiej oraz przestrzeganie podstawowych praw człowieka” – czytamy w ich oświadczeniu. Prawnicy akcentują fakt, że dziewczyna, mimo tego, że dosłownie wyła z bólu, nie mogła liczyć na szybkie wezwanie pomocy medycznej przez policjantów.

„Funkcjonariusze powinni przewieźć zatrzymaną na Szpitalny Oddział Ratunkowy. Tymczasem, pierwsze próby wezwania karetki pogotowia, zgodnie z oświadczeniem zatrzymanej, zostały podjęte około pół godziny od zdarzenia” – wskazuje Krajowy Mechanizm Prewencji Tortur.

Co na to dowództwo policji? Znowu udaje, że nic się nie stało.

Czyja policja?

Joseph Fouché, książę Otranto, minister policji za panowania Napoleona Bonaparte mawiał, że każde społeczeństwo ma taką policję, na jaką zasługuje. Jest w tym ziarno prawdy. Niemcy, którzy wybrali w legalnych wyborach Hitlera i NSDAP zafundowali sobie Gestapo.

Działania policji, wobec spontanicznych protestów społeczeństwa, wywołały powszechne oburzenie a także dyskurs o tym co policji wolno a co jest przekroczeniem prawa. Uprawnienia naszych stróżów porządku opisuje Ustawa z dnia 6 kwietnia 1990 r. o Policji oraz nowelizacje i powiązane z nią akty prawne. Pierwszy punkt tej ustawy określa cel powołania służby, a brzmi:

Tworzy się Policję jako umundurowaną i uzbrojoną formację służącą społeczeństwu i przeznaczoną do ochrony bezpieczeństwa ludzi oraz do utrzymywania bezpieczeństwa i porządku publicznego.

Siły policyjne od wieków są powoływane do życia przez różne formacje polityczne i systemy sprawowania władzy. Niewątpliwie są potrzebne tak długo jak spełniają treść zawartą w cytowanym punkcie ustawy.

Niestety kolejne partie władzy powołując się na swój demokratycznie zdobyty mandat wykorzystują policję i inne służby, przeznaczone do walki z określonymi patologiami, do realizacji swoich politycznych celów.

Jak temu przeciwdziałać i kto ma to robić? Nie sądzę, aby odwoływanie się do organów odpowiedzialnych za nadzór nad policją było skuteczne. Przecież pan premier Kaczyński, odpowiedzialny za bezpieczeństwo, pan minister Ziobro, który upolitycznił prokuraturę i niszczy niezawisłość sądownictwa, czy też pan Kamiński zamieszany w afery służb związanych z agentem Tomkiem tego nie zrobią. Właściwym organem państwa, który może naprawić prawo powinien być Sejm RP gdyż ma on mandat suwerena. Tego suwerena, który jest pałowany, gazowany, legitymowany i karany mandatami na ulicach polskich miast za to do czego ma prawo, do wyrażania swojej opinii.

Widzę potrzebę zdecydowanego działania parlamentarnych partii, które w swoich programach i deklaracjach ideowych wyrażają zasady praworządności, przestrzegania praw człowieka i wolności obywatelskich do zainicjowania działań mających na celu uzdrowienie funkcjonowania policji.

Przykładowo:
Uniemożliwienie wykorzystywania jednostek specjalnych (antyterrorystycznych paramilitarnych itp.) w sposób niezgodny z celem ich powołania;

Zakaz dokonywania czynności policyjnych wobec obywateli, przez nieumundurowanych, nieposiadających właściwych oznaczeń funkcjonariuszy, z wyjątkiem przypadków, gdy dochodzi do zbiorowych aktów o charakterze przestępczym takich jak niszczenie mienia i akty przemocy.

Precyzyjne zdefiniowanie i określenie pojęcia „naruszenie nietykalności funkcjonariusza” oraz „znieważenie funkcjonariusza”. Obywatel naruszenie swojej nietykalności musi udowadniać przed sądem na podstawie obdukcji. Policja wykorzystuje ten zarzut nadmiernie, często jako formę represji a udowodnienie przestępstwa jest oparte o arbitralne twierdzenie policjanta, bez dowodów i oceny niezawisłego sądu, co w mojej opinii jest niedopuszczalne;

Ograniczenie stosowania broni gładko lufowej jedynie do interwencji przeciw zamieszkom o charakterze przestępczym skierowanym przeciwko mieniu i zdrowiu obywateli oraz wprowadzenie nakazów jej stosowania w sposób zabezpieczający osoby postronne.

Władza, rządowe media i organa policji odpowiedzialne za wizerunek robią co mogą, aby ten wizerunek poprawić. Mamy policjantów przeprowadzających kaczuszki przez jezdnię, odbierających porody na pustkowiu i liczne produkcje telewizyjne o dzielnych kryminologach, funkcjonariuszach drogówki i prewencji, którzy walczą z podstępnym wrogiem społecznym, a tu spod dywanu wyłazi bezprawie.

Kilka przykładów ujawnionych przez niezależne media:
W Lubuskim (współpraca z kierowanym przez gangstera gangiem „laweciarzy”). Seksafera w rzeszowskim. Sprawa Beaty Cygan, która ewidentnie nosi ślady manipulacji lokalnej policji. Stosowanie niedopuszczalnych metod przymusu, które we Wrocławiu zakończyły się śmiercią Igora Stachowiaka czy też opowieść niesłusznie skazanego Tomasza Komendy o wymuszaniu zeznań biciem. Jak wyjaśnić matactwa policji w sprawie rodziny Olewników?

Czy we wszystkich przypadkach właściwie zadziałała prokuratura i sądy?
Drodzy czytelnicy, nie musimy pałać do policji szczególną empatią, ale powinna przynajmniej wzbudzać chłodny szacunek z odrobiną wdzięczności za wykonywanie bardzo trudnej i jednak potrzebnej służby społecznej, a tego mi brak.

Policja nie przeprasza

Nadinspektor Paweł Dobrodziej, Komendant Stołeczny Policji, w specjalnym liście do rektora Politechniki Warszawskiej wyraził ubolewanie z powodu wkroczenia podległych mu funkcjonariuszy na teren uczelni, o czym pisaliśmy w poprzednim numerze „Dziennika Trybuna”. Naruszenie autonomii szkoły wyższej nastąpiło 28 listopada, gdy policjanci rozbijali kolejny protest kobiet.

28 listopada policja otoczyła zgromadzonych ludzi w okolicach stacji metra Politechnika, by uniemożliwić im marsz w kierunku budynków Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i starała się zamknąć ich w „kotle”. Część demonstrantek zaczęła uciekać przed legitymowaniem przez płot oddzielający od ulicy i Pola Mokotowskiego teren Wydziału Inżynierii Chemicznej i Procesowej. Policja odepchnęła zgromadzonych od ogrodzenia, a następnie ruszyła w pościg za ludźmi, którzy byli już na terenie uczelni.

Władze Politechniki Warszawskiej wystosowały w sprawie list protestacyjny, podkreślając, że autonomia uczelni od dziesięcioleci nie została w Polsce naruszona w podobny sposób. Szybko pojawiły się również porównania z rokiem 1968 r., gdy milicja wkraczała na tereny warszawskich szkół wyższych i biła studentów.

– Zapisy tej ustawy mówią, że służby państwowe odpowiedzialne za utrzymanie porządku publicznego i bezpieczeństwa wewnętrznego mogą wkroczyć na teren uczelni wyłącznie w dwóch przypadkach: na wezwanie rektora lub w przypadku bezpośredniego zagrożenia życia lub zdrowia ludzkiego lub klęski żywiołowej. Według naszej wiedzy nie zachodziła żadna z tych okoliczności, czyli incydent miał charakter nieuprawnionego wtargnięcia – napisał rektor PW w swoim stanowisku.

Teraz policja przekonuje, że mundurowi… nie wiedzieli, co robią. Komendant Paweł Dobrodziej zapewnia, że funkcjonariusze nie zamierzali pogwałcić autonomii politechniki ani działać przeciwko społeczności akademickiej. Twierdzi również, że policjanci nie zdawali sobie sprawy z tego, że wkraczają na teren uczelni wyższej, a gdy tylko zorientowali się w sytuacji, wycofali się. Poprzestał na wyrazach ubolewania – na przeprosiny się nie zdobył.

Policja nie przeprosiła również za zachowanie nieumundurowanego i nieoznakowanego oddziału, przeznaczonego do konfrontacji z najbardziej niebezpiecznymi przestępcami, na demonstracji kobiet 18 listopada. Funkcjonariusze w cywilu użyli wówczas pałek teleskopowych i działali w taki sposób, że demonstrantki w pierwszej chwili sądziły, że mają do czynienia z kibolską lub nacjonalistyczną bojówką. Przeprosin ze strony komendanta doczekali się tylko dziennikarze, którzy podczas relacjonowania Marszu Niepodległości zostali spałowani, trafieni gumową kulą (to spotkało reportera „Tygodnika Solidarność”) lub spryskani gazem.

Ludzie przestaną ufać policji

– Jeśli są przesłanki do postawienia policjantom zarzutów po akcji 18 listopada, to je postawmy. Wtedy nie ucierpi cała jednostka, tylko ktoś, kto zrobił błąd, Jeśli to nie zostanie przeprowadzone i będzie eskalować, to gwarantuję, że kiedy się zmieni władza, to ktoś tę jednostkę zlikwiduje – mówi insp. Wojciech Majer, były szef Biura Operacji Antyterrorystycznych, w rozmowie z Maciejem Wiśniowskim i Piotrem Nowakiem (Strajk.eu).

Wstyd być dziś policjantem?

Nie. To nie jest misja związana tylko i wyłącznie z neutralizacją tłumu. Policjanci wykonują wiele pożytecznych rzeczy: ci z prewencji, z którymi się zazwyczaj tłum konfrontuje (albo oni się konfrontują z tłumem) tak naprawdę chodzą tylko i wyłącznie w służbach patrolowych, wspomagają społeczeństwo w normalnych sytuacjach, w normalnym życiu. Ludzie ich bardzo potrzebują.

Zapewne, ale przyzna Pan, że na odbiór społeczny policji ostatnie wydarzenia, na dodatek mocno eksponowane w mediach, mają ogromny wpływ. Niemal każdy ma znajomego, który chodzi na strajk kobiet, każdy więc sobie łatwo wyobraża, że to jego bliska osoba mogła zostać zdzielona pałką teleskopową przez głowę zupełnie za nic. W tym kontekście hasło, które miało się znaleźć na radiowozach “pomagamy i chronimy” w tej chwili brzmi jak ponury żart, nie sądzi Pan?

Jasne, teraz ono straciło na wiarygodności. Ale warto podkreślić, że my cały czas mówimy o emocjach. Racjonalne myślenie, zarówno po stronie społeczeństwa, jak i policjantów w tych sytuacjach o wysokim poziomie stresu, jest osłabione. A emocje, które teraz dominują przenoszą się nie tylko na to, co się dzieje w trakcie tych zdarzeń, ale wychodzą poza te ramy. Ja to nawet rozumiem. Ale jej ofiarą padają ludzie, którzy na to nie zasłużyli. Mówię tu o Darku Ziębie.

Jest pan o nim dobrego zdania?

Bardzo. W tej sytuacji, o której rozmawiamy, a przy której jego nazwisko jest wykorzystywane jako synonim wszystkiego złego, co tam się stało, jest całkowicie niewinny.

Mało tego, uważam, że gdyby on był 18 listopada na miejscu dowodzenia tymi zespołami taktycznymi, to do tej sytuacji by nie doszło.

Po co w ogóle tam była wasza jednostka? Kompletnie bez sensu…

Nieprawda. Tego typu sytuacje zabezpieczaliśmy od lat. Już po 11 listopada 2011 roku, kiedy był ten pierwszy bardzo intensywny marsz narodowców było wiadomo, że jesteśmy i będziemy potrzebni. Od 2012 nasze zespoły działały w tłumie.

Ale jakoś wtedy nie biliście przypadkowych uczestników metalowymi pałkami…

Zespoły te miały wówczas i za każdym razem postawione bardzo precyzyjne zadania, były bardzo dobrze odprawiane, były koordynowane z dobrym systemem łączności, byliśmy nawet potem monitorowani tzw. pinezkami. Każdy zespół był widoczny na GPS-ie, dowódcą był liniowy funkcjonalny dowódca naszej jednostki, czyli albo ja jako zastępca do spraw bojowych, albo dowódca, który ogarniał całość. Mówiąc krótko, byliśmy świetnie przygotowani do służby.

Proszę powiedzieć, jak w teorii powinno wyglądać przygotowanie takiej jednostki jak wasza, do działania po cywilnemu w tłumie?

Tego typu jednostka nigdy nie działa samodzielnie. Zawsze jest powiązana z innymi ogniwami policyjnych struktur, ma jakieś otoczenie. Otoczenie to np. komórki organizacyjne policji, które zajmują się rozpoznaniem, rekonesansem – czyli obserwują tłum, widzą, jakie jest zagrożenie i punkty zapalne, wskazują, gdzie pojawia się potrzeba ingerencji policji prewencyjnej, działań medycznych, a także, gdzie i kiedy muszą wkroczyć antyterroryści. Nikt przecież nie zagwarantuje, że w tłumie nie pojawi się nagle człowiek z maczetą. Konfrontacja z takim człowiekiem bez użycia specjalnych środków nic nie da, a może prowadzić do tragedii. Wtedy właśnie potrzebny jest zespół taktyczny, który taką sytuację zgasi. To samo dotyczy człowieka z granatem czy samobójcy. I wtedy trzeba oddziałów specjalnych używać.

Zespół kontrterrorystyczny jest przygotowany do takich działań. Sytuacja z 18 listopada była jednak inna.

Dlaczego?

BOA (to nieprecyzyjna nazwa, ale używajmy jej dla jasności wywodu), został na tę akcję przeniesiony do dyspozycji komendy stołecznej policji, ale bez swojego elementu dowodzenia. Mówiąc inaczej, zostali oddani pod kuratelę zupełnie innej strukturze organizacyjnej.

Według naszych źródeł, dowodził szef stołecznej SPAT (Samodzielny Pododdział Kontrterrorystyczny Policji w Warszawie – red.) i to on stawiał zadania funkcjonariuszom BOA. Czy 18 listopada były przesłanki do bezpośredniej interwencji w tłumie?

Zarzewiem całego konfliktu było pojawienie się nieumundurowanego policjanta. Nieidentyfikowalnego na dodatek. Ów policjant podjął takie a nie inne działania, które przyniosły fatalny skutek. Jeśli człowiek odwrócony plecami do tłumu wyciąga przedmiot przypominający pałkę teleskopową, to może wzbudzić niepokój wśród ludzi. Policjant w momencie interwencji musi być rozpoznawalny jako funkcjonariusz.

Czyli ten gość, który wyciągnął pałkę nie będąc oznaczonym, postąpił według pana nieprofesjonalnie?

W ocenie obserwatora, uczestnika takiego marszu ten człowiek nie był policjantem. Wyjmując tę pałkę odbył najpierw taki taniec godowy – przeszedł przez tłum, rozejrzał się, odwrócił się do tego tłumu tyłem i wyjął pałkę, więc nawet inni policjanci powinni odebrać go jako zagrożenie. Tego zachowania nie da obronić.

Podkreślam jednak jeszcze raz, że ten incydent nie powinien przełożyć się na oceny całej jednostki i nie powinien posłużyć jako pretekst do zniszczenia człowieka, który jest tej jednostki dowódcą.

Powiedział pan, że on tutaj nie ponosi żadnej odpowiedzialności. Pojawiły się w mediach sugestie, że ci funkcjonariusze BOA, którzy pojawili się w Warszawie 18.11, przejawiali szczególną niechęć do kobiecych protestów.

To są manipulacje.

Dziennikarskie?

Myślę, że nie. Manipulacje przedstawione przez informatorów. Dziennikarze mają swoje źródła mniej lub bardziej rzetelne – które nie tyle chcą przekazać informację, a ją ukierunkować. W ten sposób wyrządzają ludziom krzywdę. Oddelegowanie funkcjonariuszy z poszczególnych zespołów polega na tym, że oddelegowuje się wydziały, a nie konkretnych ludzi. Ich poglądy nie są tu żadnym kryterium.

Więc skąd się pojawiają takie sytuacje? To był jednostkowy wypadek, czy to jest rezultat obniżania standardów? Efekt klimatu politycznego?

Do tej pory wydawało mi się, że jednostka, nawet taką refleksję miałem przed tymi zdarzeniami, że jednostka jest całe szczęście odsunięta od tych zdarzeń, że ci policjanci mieszkają blisko rodzin, tam funkcjonują i wszyscy myślą, że to jest dla nich sprawa prestiżowa, jeżdżenie do Warszawy i realizacji tych zadań w ramach oddziału prewencji. Nie, oni przed rodzinami muszą się tłumaczyć z tego, co się dzieje, te rodziny też mają swoje poglądy na sprawy kobiet, oni też nie są w komfortowej sytuacji. Do tej pory omijało to BOA, bo oni mieli te zadania prestiżowe. Nie ma co kwestionować, że w tych zasobach zadań jest też neutralizacja bojówek kibolskich, bo ktoś musi się z nimi zmierzyć, oni są bardziej mobilni i dynamiczni, są to cechy które powodują że mogą te zadania lepiej zrealizować niż normalnie przygotowani funkcjonariusze. Tyle, że tutaj to się załamało. Skuteczność BOA i jego dowódcy Darka, została w poprzednim okresie udowodniona, ktoś więc być może pomyślał, że warto wykorzystać tę skuteczność, ale już bez dowódcy, żeby splendor spłynął na kogoś innego. Takie są moje odczucia. I wyszło, jak wyszło.

Jak się podejmuje interwencję, to są do niej podstawy, przesłanki, zatrzymane osoby, cały proces, skierowanie aktu do sądu itd. itd. Też można się spytać, czy takie elementy zostały podjęte, czy została udzielona pomoc osobom poszkodowanym w wyniku interwencji policyjnej, kto im pomógł – to są rzeczy, które należy wyjaśnić. Nie po to, żeby tą jednostkę czy policję zdyskredytować, tylko żeby oczyścić atmosferę. Nie wolno od trudnych sytuacji uciekać, trzeba je po prostu wyjaśnić.

A teraz obserwujemy ucieczkę od prób wyjaśnienia?

W dniach następujących po wydarzeniach na Placu Powstańców ewidentnie tak.

Pokazywane są twarze policjantów. Imiona, nazwiska, często adresy. Jak pan to ocenia?

Jestem w stanie zrozumieć emocje. Sam dostałem kilkadziesiąt informacji ze zdjęciem Darka Zięby, choć przecież jego tam nie było. Policjant, który został zdekonspirowany gdzieś przecież mieszka, funkcjonuje w jakiejś mikrospołeczności. Niemożliwe, żeby to na nim nie robiło wrażenia. A jednocześnie minister sprawiedliwości mówi, że będzie wyciągać konsekwencje z ujawniania danych policjantów biorących udział w akcji 18 listopada. Teraz się obudzili?

To ja się pytam: gdzie był minister i jego poprzednicy z tej ekipy, jak ujawniali akta IPN policjantów, którzy pracowali w operacjach specjalnych, realizowali głęboko zakonspirowane zadania, kiedy ujawniano nasze dane? Gdzie oni byli? Gdzie byli, kiedy ujawniono całą agenturę WSI?

Ma pan cały czas przyjaciół w jednostce. Czy oni czują dyskomfort związany z praca pod presją polityczną? Ona istnieje, przecież jednostka jest używana w celach politycznych. Pacyfikacja takiej demonstracji to jednak jest cel polityczny…

To nie tak. To była ochrona manifestacji. Nielegalnej czy legalnej, nie będę w to wchodził – do tej pory żaden sąd nie uznał, że uczestnicy nielegalnej manifestacji są winni. Ale teraz jest tak, że do dwóch swoich stałych wrogów: środowisk przestępczych i kiboli doszła trzecia grupa: ludzie, którzy mają prawo od policji oczekiwać wsparcia, czuć się przy niej bezpiecznie. A oni policję postrzegają jako niebezpieczeństwo i zagrożenie.

Dziwi im się pan?

Nie dziwię, tylko mówię o tym, że policja w pewnym momencie zostanie pozostawiona sama sobie. Władza umyła ręce i to nie jest dalekokowzroczne.

Nie ma podziałów politycznych wewnątrz jednostki?

Tak się nie da. Ludzie mają 7, 15 lat stażu pracy, albo i 3. Poglądy naprawdę nie mają znaczenia.

Jakie generalne wnioski wyciągniecie z wydarzeń 18 listopada?

Nastroje w jednostce są złe. Dopóki się tego nie wyświetli, nie przepracuje, tak jak po Magdalence, to zostanie zadra. Jeśli zostały popełnione błędy, to trzeba je wyświetlić. Jeśli jest potrzeba wyciągnięcia konsekwencji dyscyplinarnych, to trzeba to zrobić. Jeśli są przesłanki do postawienia zarzutów, to je postawmy. Wtedy nie ucierpi cała jednostka, tylko ktoś, kto zrobił błąd, Jeśli to nie zostanie przeprowadzone i będzie eskalować, to gwarantuję, że kiedy się zmieni władza, to ktoś tę jednostkę zlikwiduje.

Chcielibyśmy podzielać Pański optymizm, że znajdzie się wola do wyjaśnienia tej sytuacji, ale przychodzi nam to z trudem. Dziękujemy za rozmowę.

Kto kogo?

Historia kołem się toczy, wszystko już było, nihil novi sub sole – mamy w języku wiele takich tekstów wyrażających przekonanie, że to, co teraz się dzieje nastąpiło już kiedyś w przeszłości.

Czy jednak na pewno? Czy takie prawdy obiegowe można zastosować do tłumaczenia zachowania polskiej policji wobec protestujących przeciwko orzeczeniu Trybunału Konstytucyjnego pani Przyłębskiej — zgodnie z prawem — młodych Polek i Polaków?

A tak się dzieje. W prasie można spotkać wiele wypowiedzi przywołujących rok 1968 i to, co działo się w Warszawie na Uniwersytecie. To wtedy tak zwany aktyw robotniczy na wezwanie Władysława Gomułki rozpędzał studentów krzycząc – studenci do nauki, pisarze do piór, dość warcholstwa, tylko pracą zbudujemy pomyślność naszej socjalistycznej ojczyzny. W użyciu były grube kable, uderzenie kablem robiło krechę na plecach na całe tygodnie.

Teraz w użyciu są stalowe pałki teleskopowe służące do łamania kości lub nawet zabicia przeciwnika. Ci funkcjonariusze, których użyto ostatnio w Warszawie do rozpędzenia protestujących kobiet i wspierających je mężczyzn, to byli ludzie szkoleni do walki z gangsterami, uzbrojonymi bandytami gotowymi użyć broni w walce z policją. To, że tacy ludzie zostali wysłani do rozpędzania pokojowego protestu, manifestacji kobiet na ulicach Warszawy, to nowa jakość. Tego nie było ani kiedyś, ani teraz. Protest kobiet trwa już trzy tygodnie; pamiętamy, jak policja zabezpieczała maszerujących a policjantki biły brawo przechodzącym, sielanka.

To co się zmieniło, co spowodowało taką zmianę zachowań polskiej policji?

Zmienił się jej przełożony na najwyższym szczeblu władzy, bo na szczeblu rządowym. Jarosław Kaczyński, prezes PiS, do niedawna zwykły poseł, został powołany (powołał się sam) na stanowisko wicepremiera ds. bezpieczeństwa i to jemu podlegają resorty sprawiedliwości i spraw wewnętrznych, a więc i policja, i służby specjalne. Oraz ministerstwo obrony, a więc wojsko. Jarosław Kaczyński ma realną władzę, nie tylko przez wpływ, przez polityczne zwierzchnictwo nad rządem — ma władzę konkretną, realizowaną wydawaniem poleceń służbowych ministrom resortów siłowych.

No i stało się, skończyła się sielanka, a zaczęła się twarda polityka.

Powiem szczerze – nie jestem tym zaskoczony, zaskoczony byłem wtedy, gdy przez całe tygodnie władza zachowywała się tak jak zachowywała a policja była miła i uprzejma. Jednak po marszu „niepodległości”, gdy nie reagowano na brutalność i agresję kiboli — nastąpiła zmiana. Teraz policja zatrzymuje nastolatkę, aresztuje niepełnoletniego pod zarzutem naruszenia nietykalności funkcjonariusza policji (zarzutem zagrożonym paroletnim więzieniem), robi „kocioł” otaczając grupy demonstrantów pod pretekstem potrzeby ich wylegitymowania i wzywając jednocześnie do natychmiastowego rozejścia się – czysty absurd.

Krzysztof Łoziński wzywa do opracowania małego podręcznika dla protestujących, podręcznika jak zachować się wobec policjantów, jakie mamy prawa – na wzór takich powielanych broszur jakie „chodziły” w stanie wojennym. To też może być argument za prawdziwością tezy, że wszystko już było.

Było, ale tylko podobnie – teraz nie trzeba powielać tego w papierze, wystarczy wrzucić do sieci. Podobnie jak te pałki teleskopowe, które zastąpiły prymitywne kable. Wszystko już istotnie było, ale inaczej. To nie zataczanie tych samych kręgów, tych samych wydarzeń i procesów a rozwój po spirali, zupełnie jak w pełnej mistycyzmu teorii Pierre’a Teilharda de Chardina.

Ale to już zupełnie inna bajka.

I co dalej?

Dalej to samo, ale nie tak samo. Protest kobiet będzie trwał, zmieniać się będą jego formy. Klęska w walce z epidemią, klęska okupiona tysiącami zgonów i bankructwem wielu firm wywoła nowe pole konfliktu. Ta władza może stawać się coraz bardziej okrutna, ale nie będzie coraz bardziej sprawna w rozwiązywaniu naprawdę ważnych problemów. A pojawiające się coraz to nowe przykłady jej nieudolności — patrz afera ze Szpitalem Narodowym na stadionie narodowym w Warszawie — każe spojrzeć nowym okiem na małe afery z zakupem respiratorów od handlarza bronią czy maseczek od instruktora narciarstwa, który uczył ministra jazdy na nartach.

To są jak strumyki wody przeciskające się przez wielką konstrukcję, jaką jest władza państwowa. Strumyki rosną, zwiększają swą moc i tama zawsze pada powodując powódź ze wszystkimi jej konsekwencjami.

Teraz jesteśmy na etapie nasilających się represji, różnych szykan, którym poddawani są protestujący ludzie. Trwa próba sił, jeżeli ludzie odpuszczą to władza odtrąbi zwycięstwo i będzie nawet skłonna poluzować reżymy.

Jeżeli jednak wytrwamy — to w samym obozie władzy nastąpią ruchy tektoniczne, zachowania ratunkowe i ta władza upadnie. Jak każda władza.