Grzywna za obronę praw kobiet?

Nie pomogło zachowanie odstępów i ubiór zgodny z wymogami czasów pandemii – maseczki oraz rękawiczki. Policjanci nie dali się również przekonać, że lewicowe i feministyczne działaczki realizowały ważne potrzeby życiowe, sprzeciwiając się antykobiecej ustawie firmowanej przez Kaję Godek.

Relację z policyjnej interwencji wobec osób, które przyszły pod Sejm 16 kwietnia, przesłała mediom aktywistka społeczna i związkowa (dane do wiadomości redakcji).

Demonstrowali w odstępach

– Zachowaliśmy wszelkie środki ostrożności, tj. mieliśmy maseczki, rękawiczki, trzymaliśmy dystans przynajmniej 2 metrów od siebie i innych osób. Pod koniec wydarzenia przejechaliśmy na rowerach trzymając baner „PIEKŁO KOBIET = WYZYSK KOBIET” oraz baner OZZ Inicjatywa Pracownicza – „PRAWA REPRODUKCYJNE = PRAWA PRACOWNICZE”. Udało nam się przejechać całą długość kolejki do sklepu Cezar, co wywołało aplauz stojących tam osób . Za zakrętem zatrzymaliśmy się, żeby zwinąć baner. Gdy chcieliśmy odjechać, podjechało do nas czterech funkcjonariuszy Policji w dwóch nieoznakowanych samochodach. Jeden z nich złapał mnie tak, że prawie spadłam z roweru. Zaczęli na nas krzyczeć, że co my robimy i gdzie niby jedziemy, czy nie wiemy, jaka jest sytuacja i że z banerem to na pewno nie załatwiamy niezbędnych potrzeb życiowych.
Grupa aktywistów związanych z warszawskim Skłotem Przychodnia – gdzie, notabene, w ostatnich tygodniach odbywało się również wolontariackie szycie maseczek – próbowała przekonywać, że protest w sprawie prawa antyaborcyjnego to jak najbardziej potrzeba życiowa, a na pewno podstawowe prawo obywatelskie. Policjanci pozostali niewzruszeni. Nie pomogło także przypomnienie, jak wyglądały obchody 10. rocznicy katastrofy smoleńskiej z udziałem Jarosława Kaczyńskiego i czołowych polityków PiS.

Dwie kary za to samo?

– Odwoływaliśmy się też do ich pracy i sumień, mówiąc, żeby wyobrazili sobie te wszystkie sprawy, które prowadzą związane z gwałtami oraz czy chcieliby, żeby ich partnerki / siostry / matki były zmuszane do rodzenia w takich sytuacjach bądź donoszenia ciąży, która zagraża im życiu i zdrowiu. Prosiliśmy, by skończyło się na pouczeniu. Niestety, nie skutkowało to i policjanci powiedzieli, że skierują wnioski o ukaranie do sądu i do sanepidu. Zaczęliśmy się więc odwoływać do podstawowych zasad prawnych, takich jak to, że nie można być karanym dwa razy za to samo. Pytaliśmy też, czy uważają, że to w porządku, żeby naszą sprawę rozpoznawał sanepid, który nie jest sądem i nakłada kary, które są skandalicznie wysokie i natychmiastowo ściągalne – relacjonuje dalej demonstrantka.

Aktywistka, podobnie jak jej koledzy z organizacji, znajdzie się w ogromnym kłopocie, jeśli faktycznie otrzyma pismo z wezwaniem do zapłaty. Kara za złamanie przepisów sanitarnych może wynieść nawet 30 tys. złotych. Nawet grzywny w dolnych granicach (5 tys.) poważnie utrudnią życie lewicowych obrońców praw kobiet. – Mówiliśmy, że przecież nie stanowimy dla nikogo zagrożenia, że większość z nas straciła pracę w gastronomii i teraz nie ma za co żyć – tak kończy się relacja z bezowocnej wymiany zdań z policją.

Po proteście 15 kwietnia policja skierowała do sanepidu 45 wniosków o nałożenie grzywny. Jeśli sanepid przychyli się do takiego wniosku, kara jest ściągana w trybie administracyjnym, natychmiast. Można się odwołać, ale pieniądze muszą zostać zapłacone. Niezależnie od tego funkcjonariusze skierowali 15 wniosków do sądy o ukaranie z art. 54 Kodeksu wykroczeń – naruszenie przepisów porządkowych o zachowaniu się w miejscach publicznych.

Policja eskaluje przemoc Wywiad

1 września oprócz oficjalnych obchodów rocznicy wybuchu II wojny światowej, odbyła się antywojenna i antyfaszystowska pikieta organizowana przez działaczy lewicowych. Policja nie przeszkadzała, dopóki trwały ich przemówienia pod pomnikiem Mikołaja Kopernika, ale gdy zgromadzeni zamierzali spontanicznie ruszyć dalej, zostali otoczeni kordonem. Dwóch działaczy zatrzymano. Z Piotrem Ciszewskim, liderem kampanii Historia Czerwona, aktywistą Warszawskiego Stowarzyszenia Lokatorów rozmawia Małgorzata Kulbaczewska-Figat (strajk.eu).

Wasz wiec antywojenny, mimo wcześniejszych trudności z rejestracją, do pewnego momentu toczył się według planu. Przemówili działacze i działaczki ze środowisk antyfaszystowskich, wolnościowych, LGBT. Ty mówiłeś ostatni, o fałszowaniu historii, o wydatkach na zbrojenia. 

Kiedy skończyłem, ktoś zawołał, żeby przejść pod bramę uniwersytetu. Ruszyliśmy grupą. Wtedy sformował się policyjny kordon, przegrodził Krakowskie Przedmieście. Próbowaliśmy go minąć…

Chcieliście dojść na Plac Zamkowy?

Tak, został rzucony taki pomysł. Ale zostaliśmy błyskawicznie otoczeni.
Wtedy usłyszałem, że jeden z policjantów krzyczy, że „ten” – czyli ja –  naruszył jego nietykalność. Potem się okazało, że to był dowódca całej akcji. Tymczasem ja szedłem z czerwoną flagą w jednej ręce, a w drugiej miałem transparent „NATO STOP”, który nieśliśmy z kolegą. Nie ma możliwości, żebym np. popchnął czy potrącił tego policjanta. To jest fizycznie niemożliwe.
Nie było nawet przypadkowego kontaktu?
Nie potrafię powiedzieć, w jakiej odległości od niego byłem, ale jestem pewien: bezpośredniego kontaktu nie było. Musiałbym zresztą być co najmniej nierozsądny, żeby naruszać nietykalność funkcjonariusza, który jest ode mnie wyższy, a wtedy był w kamizelce taktycznej i w rękawicach. Nie miałem jednak czasu tego wytłumaczyć. Zostałem błyskawicznie przewrócony na ziemię, skuty plastikowymi kajdankami.

Na nagraniu widać jak trzech policjantów powala cię na chodnik, wokół inni skandują, by przestali cię dusić.

Jeden z funkcjonariuszy przyduszał mnie kolanem do ziemi, chociaż nie stawiałem żadnego oporu. Bałem się, że połamią mi ręce, bo zakuwali mnie w te kajdanki bardzo nieumiejętnie. Również przy wyprowadzaniu do radiowozu działali tak pośpiesznie, że cieszę się, że nie doszło np. do wywichnięcia barku. Potem przy budynku Teatru Polskiego zostałem przeprowadzony do drugiego radiowozu i ostatecznie trafiłem na komisariat przy ul. Wilczej.
Skoro twierdzisz, że nic nie zrobiłeś, to dlaczego zatrzymano właśnie ciebie?
Podejrzewam, że mogło chodzić o transparent NATO STOP, ale to raczej domysły. Kolega, który niósł go razem ze mną, został tylko otoczony kordonem, nie zatrzymano go. Zastanawiam się, czy nie padło na mnie, bo byłem stosunkowo najbliżej…

Tylko dlatego?!

Tak, bo w ten sposób policja poprawia sobie statystyki, poprawia wykrywalność. „Przy okazji” nęka się ludzi, którzy biorą udział w demonstracjach, zniechęca do protestowania. Zarzut naruszenia nietykalności jest jak wytrych, można pod niego podciągnąć wszystko, nie trzeba udowadniać, że funkcjonariusz naprawdę ucierpiał.

Przywieziono cię na Wilczą. Co było dalej?

Kilkakrotnie prosiłem, żeby zdjęto mi plastikowe kajdanki, bo po pewnym czasie one zaczynają strasznie uwierać (Piotr demonstruje ślady na nadgarstkach). Z tym też nie od razu sobie poradzili, musieli poszukać nożyczek. W końcu się udało, zamieniono kajdanki plastikowe na zwykłe. Do samego zachowania policjantów na komisariacie nie mam specjalnych zastrzeżeń. Spędziliśmy – ja i drugi aresztowany aktywista – ponad trzy godziny na posterunku, głównie siedząc na korytarzu przed celami. Tyle trwała cała biurokratyczna procedura zatrzymania.

Od lat bierzesz udział w różnych protestach. Byłeś już kiedyś w podobnej sytuacji?

Z tym, że policja działa agresywnie, stykałem się już wiele razy, choćby w obronie lokatorów, gdy mundurowi nie raz występowali po stronie kamieniczników przeprowadzających nielegalne eksmisje. Byłem wynoszony z takich protestów, zatrzymywany, ale nigdy dotąd nie oskarżono mnie o naruszenie nietykalności.

Uważasz, że policja w Polsce staje się coraz bardziej brutalna?

Tak. Co więcej, czuje się też bardziej bezkarna. Podejście mundurowych do tego, że ich także obowiązują jakieś przepisy, jest niepokojące: oni naprawdę zdają się wierzyć w to, że można takim traktowaniem demonstrantów wyrabiać sobie statystyki. Przecież nasza demonstracja była pokojowa. Nie było zagrożenia zamieszkami. Nawet jeśli chcieliśmy wyminąć kordon, to tak agresywna reakcja nie była konieczna.
Policjanci mówią: musieliśmy interweniować, bo spontaniczne zgromadzenie kierowało się do strefy zamkniętej, potencjalnie mogło być zagrożeniem dla zagranicznych delegacji przebywających w Warszawie.

Policja ma wszelkie możliwości zablokowania przejścia bez stosowania przemocy.

Pamiętam warszawski antyszczyt NATO albo antyszczyt Ekonomicznego Forum Europejskiego. To były o wiele większe demonstracje, a jednak pozwolono im maszerować przez miasto; policja tylko pilnowała, żeby nie wkraczać bezpośrednio do stref zamkniętych. My znajdowaliśmy się w odległości dobrych kilkuset metrów od tej strefy. Oskarżając nas, policja przykrywa własną nieudolność i to, że sama sprowokowała groźnie wyglądającą sytuację. Znamienne jest również to, że jeszcze przed naszą demonstracją pod pozorem podejrzenia obrażania głowy państwa i propagowania faszyzmu skonfiskowano jeden z transparentów, który miał być eksponowany: z Trumpem i Hitlerem trzymającymi drut kolczasty. Takie sytuacje wcześniej się nie zdarzały. To już nie jest zabezpieczanie wydarzeń, zapewnianie pokojowego przebiegu zgromadzeń, tylko eskalowanie i wyrabianie statystyk.

Nie ma jednak porównania między policją polską a np. policją francuską pacyfikującą Żółte Kamizelki czy hiszpańską – pamiętamy sceny z Katalonii.

Dodałbym do tej czarnej listy policję belgijską czy niemiecką – i tak, faktycznie na ulicach Warszawy jeszcze takie rzeczy się nie dzieją. Ale tendencja do narastania przemocy wydaje się jasna. Podobnie jak inna okoliczność: funkcjonariusze są najbardziej „stanowczy”, kiedy demonstrują ludzie pokojowo nastawieni – nie było żadnej porównywalnie agresywnej interwencji podczas pochodu nacjonalistów czy jawnych neofaszystów, z transparentami o jednoznacznie nienawistnym przekazie. Policja uderza w mniejsze, wolnościowe zgromadzenia. Na nich może sobie więcej pozwolić.