Neymar przecenił swoją wartość

Narzuconego swego czasu przez UEFA europejskim klubom tzw. finansowe fair play, wciąż jest skutecznie omijane, skoro transferowym szaleństwo trwa. Od 1 lipca swoje rekordy w wydatkach na nowych piłkarzy pobiło 30 klubów z najbogatszych europejskich lig. Ten rynek szacowany jest na ponad 3 mld euro, więc największe transakcje jeszcze przed nami.

Najdroższym obecnie piłkarzem na świecie i w ogóle w historii futbolu, jest Brazylijczyk Neymar. Dwa lata temu Paris Saint-Germain, a bardziej adekwatne byłoby stwierdzenie, że katarscy właściciele paryskiego klubu, wykupili tego 25-letniego wówczas gracza z FC Barcelona za rekordowe 222 mln euro. Nie była to jednak udana inwestycja, bo w dwóch kolejnych sezonach brazylijski gwiazdor dziwnym trafem doznawał kontuzji stopy w najważniejszej części sezonu, gdy trzeba było walczyć o wymarzone przez mecenasów Paris Saint-Germain najwyższe laury w Lidze Mistrzów. W tym roku sytuacja się powtórzyła – w lutym Neymar znów miał problemy z kostką i nie pomógł w walce w Champions League, w maju został oskarżony przez jedną z rodaczek o gwałt, przez co w czerwcu trener Tite najpierw odebrał mu opaskę kapitana reprezentacji Brazylii, a potem w ogóle usunął z zespołu pod pozorem odnowienia się urazu. Jak wiadomo ekipa canarinhos wygrała turniej Copa America. Ten sukces był potężnym ciosem w piłkarski wizerunek Neymara.

Inni znani piłkarze w takich niesprzyjających im okolicznościach próbują „odrobić straty” jak najlepszymi występami w klubowym zespole, ale nie Neymar. On postępuje wręcz przeciwnie – mając za sobą wybitnie nieudany sezon, sądowe sprawy za gwałt i niezapłacone podatki, postanowił w tak trudnym momencie swojej kariery zmienić pracodawcę.

Nawet gwiazdy nie wszystko mogą

Medialne spekulacje najczęściej sugerują, że Brazylijczyk chce już w tym okienku transferowym wrócić do FC Barcelona. Nie będzie to jednak takie proste, jak być może piłkarzowi i jego najbliższemu otoczeniu się wydaje. Po pierwsze, nawet jeśli szefowie Paris Saint-Germain na to się zgodzą, z pewnością zażądają za transfer co najmniej 222 mln euro, co już może stanowić problem, bo po dwóch nieudanych sezonach Neymar nie jest wart takich pieniędzy. Zresztą on sam poniekąd znacznie przecenił swoją wartość, bo jak wieść niesie w negocjacjach z szefami FC Barcelona zgodził się ponoć na obniżkę wynagrodzenia o połowę.

I ta właśnie informacja doprowadziła do furii prezesa PSG Nassera Al-Khelaifiego, który dość spokojnie znosił wcześniejsze wybryki brazylijskiego gwiazdora – tygodniowe spóźnienie z urlopu, odmowę podjęcia treningów z zespołem czy występów w spotkaniach sparingowych, a nawet jego skandaliczne wypowiedzi w mediach społecznościowych, jak ta o najlepszym wspomnieniu z dotychczasowej kariery, w której stwierdził, że jest nim występ w barwach Barcelony w wygranym 6:1 meczu z… Paris Saint-Germain w Lidze Mistrzów. Katarski miliarder nie zdzierżył jednak wieści, że piłkarz, któremu on rocznie płaci 47 mln euro, jest gotów grać w Barcelonie za połowę tej kwoty.

Zagroził więc Neymarowi, że zgotuje mu los jakiego doświadczył Adrien Rabiot, czyli odeśle do rezerw, może nawet do końca kontraktu. Katarczyka niewątpliwie stać na taką rozrzutność, więc Neymar spuścił z tonu i wrócił do PSG. Ale negocjacje w sprawie jego odejścia nadal trwają. Co ciekawe, FC Barcelona w ramach rozliczenia transferu Neymara jest ponoć skłonna oddać do paryskiego klubu dwóch swoich zawodników, którzy okazali się przepłaconymi pomyłkami transferowymi – Brazylijczyka Philippe Coutinho oraz Francuza Ousmane Dembele.

Czy coś z tego wyjdzie, na razie nie wiadomo, ale agent Neymara zaoferował usługi swojego klienta także innym potentatom na europejskim rynku – Realowi Madryt, Juventusowi Turyn, Bayernowi Monachium i Manchesterowi United. Wątpliwe jednak by któryś z tych klubów był skłonny wyłożyć aż 222 mln euro, chociaż faktem jest, że ceny za piłkarzy wciąż rosną w szaleńczym tempie.

Piłkarze coraz drożsi, ale czy lepsi?

Tego lata swoje rekordy transferowe pobiło już 30 klubów z najbogatszych lig europejskich, a szacuje się, że łączna kwota przeprowadzonych transakcji do zamknięcia „okienka transferowego” może przekroczyć nawet granicę 3 mld euro. W Anglii poza Manchesterem City (Rodriego Hernandez – 70 mln euro) i Tottenhamem (Ndombele – 60) swoje rekordy pobiły np. Leicester City (Youri Tielemans – 45), Wolverhampton (Raul Jimenez – 38) czy Aston Villa (Wesley – 25). W Bundeslidze obok Bayernu Monachium (Hernandez – 80) i Borussii Dortmund (Hummels – 30,5) rekordy pobito w Bayerze Leverkusen (Kerem Demirbay – 32) i Eintrachcie Frankfurt (Djibril Sow – 9), a nawet w Fortunie Duesseldorf (Dawid Kownacki – 8 mln euro). W Hiszpanii poza Atletico (Felix – 126) swoje rekordy pobiły na razie tylko FC Sevilla (Jules Kounde – 25) i Espanyol Barcelona (Matias Vargas – 10,5), ale wszystkie kluby Primera Division wydały na nowych zawodników już ponad miliard euro.

We Włoszech na razie nie pobito ubiegłorocznego rekordowego wydatku Juventusu Turyn na Cristiano Ronaldo (111 mln euro plus bonusy), ale turyński klub w minioną środę sfinalizował transfer 19-letniego holenderskiego obrońcy Ajaksu Amsterdam Matthijsa de Ligta, płacąc za niego 75 mln euro plus 10 mln euro bonusów za wyniki osiągnięte w trakcie pięcioletniego kontraktu. Na tym tle transferowe rekordy Sampdoria Genua (Emil Audero – 20 mln euro), Genoi (Stefano Sturaro – 16,5), Atalanty Bergamo (Luis Muriel – 15), Bologny (Riccardo Orsolini – 15) i SPAL 2013 (Andrea Petagna – 12 mln euro) nie wypadają może okazale, potwierdzają jednak znakomicie obowiązującą tendencję.

 

Kadra U-21 poniosła klęskę

Klęska naszej młodzieżowej reprezentacji w meczu z Hiszpanami 0:5 przekreśliła marzenia jej piłkarzy o medalu w mistrzostwach Europy oraz o awansie do turnieju olimpijskiego w Tokio. Nie to jednak jest najgorszą konsekwencją tej sromotnej porażki.

Wygrane przez biało-czerwonych podczas turnieju we Włoszech mecze z Belgią (3:2) i gospodarzami imprezy (1:0) na pewno zasługują na uznanie, ale z pewnością nie na podziw. Nasi młodzi piłkarze mieli w tych spotkaniach po prostu mnóstwo szczęścia i dość sił, żeby uporczywym bieganiem za piłką trochę zrównoważyć brak umiejętności gry w piłkę. Ich styl gry raził siermiężnością i schematyzmem, bo trener Czesław Michniewicz miał tylko jeden taktyczny pomysł, obrazowo przez futbolowych znawców nazwany „autobusem”. Polegał ona na tym, że na linii pola karnego ustawiał jeden rządek obrońców, a dwadzieścia metrów dalej drugi. Zadaniem graczy ustawionym w tych zasiekach jak słupy było przede wszystkim przeszkadzanie rywalom w oddaniu strzału na bramkę strzeżoną przez prezentującego znakomitą formę Kamila Grabarę. W tej koncepcji istotną rolę miał też odegrać wystawiony samotnie na szpicy Dawid Kownacki, niestety, tuż przed turniejem doznał kontuzji i ani w meczu z Belgami, ani Włochami swojej roli porządnie nie odegrał, a z Hiszpanami już nawet nie zagrał, bo odezwał się niezaleczony do końca uraz i nie było sensu narażać chłopaka na jego pogłębienie.

Rywalizacja drużyn juniorskich i młodzieżowych jest prowadzona po to, żeby wychować i wyszkolić zawodników na potrzeby pierwszej reprezentacji. A skoro tak, to rozpaczliwe „murowanie bramki” i gra w stylu „obrony Częstochowy” wymuszone przez Michniewicza to nie jest najlepszy pomysł na przyszłość. Wiadomo jednak, że obecnym władzom PZPN na potrzeby wizerunkowe bardzo potrzebny był sukces w tegorocznych mistrzostwach świata U-20 rozegranych na przełomie maja i czerwca w Polsce oraz mistrzostwach drużyn do lat 21 obecnie rozgrywanych we Włoszech i San Marino. I to sukces wymierny, czyli medale lub jak w przypadku młodzieżówki Michniewicza awans do turnieju olimpijskiego. Bo z takim wynikiem w dorobku obecna ekipa rządząca polską piłką w najbliższych wyborach mogłaby odrzucić sztandarowy zarzut opozycji pod swoim adresem, że markuje zaangażowanie w szkolenie młodzieży i że nie ma na tym polu żadnych wymiernych osiągnięć.
Niewykluczone, że dla tego celu Michniewicz poświęcił sportowe ambicje Grabary, Bielika, Żurkowskiego, Szymańskiego czy Kownackiego i zamiast pozwolić im na beztroskie pogranie w piłkę z rówieśnikami z Belgii, Włoch i Hiszpanii, zmusił tych chłopaków do ośmieszenia się nakazując im grać topornie i bez najmniejszego wdzięku. Włosi i Belgowie z Polakami co prawda przegrali, ale wszyscy widzieli, że to oni lepiej grali w piłkę. Wynik w kategoriach młodzieżowych jest sprawą drugorzędną, liczy się piłkarska jakość, technika panowania nad piłką, odwaga w podejmowaniu boiskowych decyzji i fantazja w konstruowaniu akcji ofensywnych. Piłkarzy tak grających kluby pożądają i takich kupują za dziesiątki milionów euro.

Jeśli o coś jeszcze można mieć pretensje do Michniewicza, to o to, że chociaż w kadrze na MME 2019 wybrał grupę utalentowanych zawodników, to w trakcie imprezy „orał” tylko kilkunastoma z nich (Grabara, Pestka, Bielik, Wieteska, Żurkowski, Szymański, Fila, Michalak, Dziczek zagrali we wszystkich trzech spotkaniach). Dla porównania, trener Hiszpanów po wygranym meczu z Belgią przeciwko Polakom wystawił skład z pięcioma nowymi zawodnikami, a na dodatek nie znalazł miejsca dla nominalnego napastnika. Bo słusznie doszedł do wniosku, że schematyczny „autobus” Polaków najlepszym sposobem będzie słynna tiki-taka wypracowana wiele lat temu przez zespół Barcelony pod wodzą Pepa Guardioli. Najgorsze jest jednak to, że chociaż Hiszpanie już do przerwy prowadzili 3:0, selekcjoner biało-czerwonych swojej taktyki do końca nie zmienił.
Dlatego trochę dziwi fakt, że prezes PZPN Zbigniew Boniek jeszcze przed turniejem we Włoszech wbrew swoim zwyczajom przedłużył Michniewiczowi kontrakt na kolejne dwa lata i powierzył kolejny rocznik U-21. Może myśli, że nikt już w Polsce nie pamięta, że ten facet był swego czasu mocno zaprzyjaźniony z niesławnej pamięci Ryszardem F., ps. Fryzjer, z czego Michniewicz nigdy się publicznie nie wytłumaczył. Może nie należy już czegoś takiego oczekiwać od kogoś, kto prowadzi wprawdzie kadrę młodzieżową, ale złożoną z zawodowych piłkarze zarabiający miliony złotych?

 

Dostali tęgie lanie na pożegnanie

Hiszpańscy piłkarze dość bezceremonialnie przerwali krótki sen o potędze młodzieżowej reprezentacji Polski i jej trenera Czesława Michniewicza. Biało-czerwoni przegrali z nimi 0:5 i ostatecznie w mistrzostwach Europy do lat 21 zajęli nic nie dające 3. miejsce w grupie A.

Pięć bramek nie odzwierciedla różnicy klas dzielących oba zespoły. Hiszpanie przy większym szczęściu mogli zdobyć jeszcze drugie tyle goli. Trener polskiej drużyny Czesław Michniewicz nic nie zmienił w taktyce, jaka przyniosła mu zaskakujące powodzenie we wcześniejszych spotkaniach z Belgami (3:2) i (1:0). Ponownie ustawił swoich piłkarzy w dwóch liniach i kazał im bronić strefowo dostępu do pola karnego. Tej taktyki nie zmienił do końca spotkania, chociaż już w pierwszym kwadransie rywale oddali na bramkę Kamila Grabary aż 11 strzałów. W końcu osiągnęli efekt w 16. minucie objęli prowadzenia, a na przerwę schodzili z przewagą trzech goli, która zapewniała im pierwsze miejsce w grupie A, awans do półfinału mistrzostw Europy oraz olimpijskie paszporty do przyszłorocznych igrzysk w Tokio.

Biało-czerwoni zagrali w spotkaniu z Hiszpanią bez swojego najskuteczniejszego strzelca i lidera zespołu Dawida Kownackiego, któremu w meczu z Włochami odnowiła się kontuzja. Ale nawet z nim w składzie wybrańcy trenera Michniewicza nie mieliby żadnych szans na wywalczenie korzystnego rezultatu, czyli co najmniej remisu. Nasi piłkarze odstawali od swoich hiszpańskich rówieśników nie tylko umiejętnościami gry indywidualnej i zespołowej, w technice operowania piłką czy w kreatywności przy konstruowaniu akcji ofensywnych, lecz także pod względem kondycyjnym, a nawet w poziomie zaangażowania. Reprezentacja U-21 wraca zatem z mistrzostw na tarczy i na dodatek upokorzona.

 

Zaskakujący sukces młodzieżówki

Od niedzieli 16 czerwca we Włoszech i San Marino trwają mistrzostwa Europy drużyn do lat 21. Reprezentacja Polski w pierwszym spotkaniu dość nieoczekiwanie pokonała faworyzowaną Belgię 3:2. W drugim meczu grupy A Włosi pokonali Hiszpanię 3:1. W środę biało-czerwoni zmierzą się z gospodarzami turnieju. Awans do półfinału turnieju zapewnia promocje do przyszłorocznych igrzysk olimpijskich w Tokio.

W mistrzostwach Europy reprezentacji młodzieżowych, od 1978 roku rozgrywanych w formule U-21, nasi młodzi piłkarze ani razu nie przebili się do półfinału turnieju, nie mają zatem w dorobku żadnego medalu tej imprezy. Dwa lata temu młodzieżowcy walczyli o prymat w Europie na polskich stadionach. Niestety, PZPN nie potrafił przygotować na ten turniej odpowiednio mocnej drużyny. Biało-czerwoni prowadzeni przez Marcina Dornę nie wyszli nawet z grupy. Była to sportowa porażka, bo Dorna nie miał w kadrze nieudaczników. Dowodzi tego choćby fakt, że z tamtej ekipy Jerzy Brzęczek powołuje dzisiaj Tomasza Kędziorę, Jana Bednarka, Karola Linettego, Dawida Kownackiego, Przemysława Frankowskiego i Krzysztofa Piątka, a oprócz nich o kadrę otarli się lub ocierają Jarosław Jach, Paweł Dawidowicz, Paweł Jaroszyński, Adam Buksa, Bartosz Kapustka i Mariusz Stępiński.

Prezes PZPN Zbigniew Boniek czasem potrafi uczyć się na własnych błędach, a że osobiście bardzo mu zależało, żeby w dwóch tegorocznych imprezach z udziałem reprezentacji młodzieżowych dobrze wypaść, do prowadzenia kadry U-20, która na przełomie maja i czerwca wystąpiła w roli gospodarza rozgrywanych w naszym kraju mistrzostw świata, zatrudnił byłego trenera Legii Warszawa Jacka Magierę, natomiast do prowadzenia kadry U-21 trenerskiego weterana Czesława Michniewicza.

Michniewicz lepszy od Magiery

Magiera miał łatwiej, bo jego zespół jako gospodarz mundialu U-20 nie musiał przebijać się przez eliminacje, lecz może właśnie dlatego zbudowany przez niego zespół zdołał tylko wyjść z grupy i odpadł w 1/8 finału. Michniewicz miał zadanie nieporównanie trudniejsze, bo musiał ze swoją ekipą awans do turnieju we Włoszech i San Marino wywalczyć. Dokonał tego dopiero w barażach, w których biało-czerwoni pokonali Portugalczyków, rywali także w futbolu młodzieżowym z górnej europejskiej półki. W losowaniu grupowych przeciwników nasi młodzi piłkarze nie mieli szczęścia, bo trafili do grupy A z gospodarzami turnieju Włochami, Hiszpanią i Belgią. Dlatego nikt nie stawiał przed nimi wygórowanych żądań.

Sytuację zmienił zwycięski mecz z reprezentacją Belgii, której pierwsza reprezentacja jest obecnie numerem 1 w rankingu FIFA (Polska zajmuje w nim 19. miejsce). W tym kraju szkolenie młodych piłkarzy stoi na wysokim poziomie i trener Johan Walem miał znacznie większy wybór wysokiej klasy zawodników niż Michniewicz, dlatego w jego kadrze zabrakło kilku znanych już graczy z tego rocznika, regularnie powoływanych do pierwszej reprezentacji kraju. Bez nich też jednak byli uważani za faworytów, a już na pewno w spotkaniu z Polakami.

Porażka 2:3 była dla Belgów szokiem. „Na tym poziomie margines błędu jest bardzo mały. Nie wystarczy dobrze grać przez pierwsze 25 minut. Zaczęliśmy doskonale, a później straciliśmy dobry rytm i pojawiało się coraz więcej problemów. Pierwszy gol dla Polaków nigdy nie powinien paść, a ich drugie trafienie podcięło nam skrzydła” – narzekał trener Johan Walem przed kamerami telewizji RTBF. Złości nie kryli też belgijscy piłkarze. Strzelec drugiej bramki dla Belgów Dion Cools stwierdził: „Polacy zaskoczyli nas golem z rzutu rożnego i gra się posypała”. Bardziej nieuprzejmy w ocenie rywali był obrońca Elias Cobbaut: „Polacy strzelili nam szmaciane gole. Mieli cztery okazje i trafili trzy razy”.

Czesław Michniewicz, dla którego dobry wynik w mistrzostwach Europy może okazać się punktem zwrotnym w podupadłej ostatnio trenerskiej karierze, po spotkaniu z Belgami stonował optymizm. „W każdej rywalizacji trzeba mieć trochę szczęścia, a my tego wieczoru mieliśmy wszystko” – ocenił na łamach serwisu internetowego PZPN. W środę 19 czerwca biało-czerwonych czeka jednak jeszcze trudniejsze wyzwanie – mecz z gospodarzami turnieju Włochami. Tym razem Polacy nie mogą liczyć na efekt zaskoczenia, bo ich zwycięstwo nad Belgami zostało w Italii zauważone i szeroko komentowane.

Przejmą kadrę za dwa lata?

Włosi wierzą w wygraną swojego zespołu, ale doceniają siłę polskiego zespołu i podkreślają, że kilku graczy z kadry Michniewicza już występuje w zagranicznych klubach (Dawid Kownacki jest graczem Sampdorii Genua wypożyczonym do Fortuny Duesseldorf, Kamil Grabara z FC Liverpool został wypożyczony do duńskiego AGF Aarhus), Krystiana Bielika Arsenal wypożyczył do trzecioligowego Charlton Athletic, Karol Świderski ostatni sezon spędził jako zawodnik PAOK Saloniki i Jakub Piotrowski z KRC Genk), kolejni latem pójdą w ich ślady (po transferach są już Sebastian Szymański, który odejdzie z Legii Warszawa do Dynama Moskwa, Szymon Żurkowski sprzedany przez Górnika Zabrze do Fiorentiny oraz Konrad Michalak oddany przez Lechię Gdańsk do rosyjskiego klubu Achmat Grozny, a do zmiany klubów szykują Robert Gumny z Lecha Poznań, Patryk Dziczek z Piasta Gliwice i Mateusz Wieteska z Legii Warszawa, a chęć na to mają też pozostali gracze kadry.

Warto zapamiętać te nazwiska, bo po Euro 2020 piłkarze z tego pokolenia zaczną wypierać z pierwszej reprezentacji zawodników dzisiaj już mających trzydzieści i więcej lat, jak Łukasz Fabiański, Kamil Glik, Kamil Grosicki, Jakub Błaszczykowski czy Grzegorz Krychowiak. Trener Brzęczek lub jego następca może mieć wkrótce prawdziwy kłopot bogactwa na każdej pozycji. Niestety, będzie się musiał sporo po Europie najeździć, bo w kadrze nie będzie miał ani jednego zawodnika z naszej ekstraklasy.

 

Kadra Brzęczka trochę się sypie

Z 28 piłkarzy powołanych przez Jerzego Brzęczka na mecze z Macedonią Północną i Izraelem, z kadry wypadli z powodu kontuzji Wojciech Szczęsny i Arkadiusz Reca, zaś Dawida Kownackiego, Sebastiana Szymańskiego i Roberta Gumnego selekcjoner odesłał na zgrupowanie szykującej się do mistrzostw Europy reprezentacji młodzieżowej.

Po marcowych meczach reprezentacja Polski prowadzi w grupie G z kompletem sześciu punktów i bilansem bramkowym 3:0 (z Austrią 1:0, z Łotwą 2:0). Najbliżsi przeciwnicy naszych piłkarzy zajmują dwa kolejne miejsca w tabeli. Drugi Izrael wygrał z Austrią 4:2 i zremisował ze Słowenią 1:1 (4 pkt, bramki 5:3), a trzecia Macedonia Północna pokonała 3:1 Łotwę i zremisowała 1:1 ze Słowenią (4 pkt, bramki 4:2). Oczywiście kibice w tych krajach nie dopuszczają nawet myśli, że ich drużyny przegrają z Polakami.

U nas też panuje powszechne przekonanie, że chociaż ostatnio reprezentacja nie zachwyca swoją grą, to w tej grupie Lewandowski i spółka „nie mają z kim przegrać”, dlatego oczekuje się od ekipy Brzęczka dwóch kolejnych zwycięstw. „Zdajemy sobie sprawę, że w marcowych spotkaniach z Austrią i Łotwą nie zagraliśmy tak, jak oczekiwaliśmy. Przeanalizowaliśmy te mecze i wiemy, co powinniśmy poprawić, żeby wejść na poziom, który ta drużyna jest w stanie zaprezentować. Ale mecze o punkty to nie jest czas na eksperymenty. Naszym celem jest zakwalifikowanie się do mistrzostw Europy, a sześć punktów jeszcze awansu nie daje, musimy w czekających nach meczach zagrać z maksymalnym zaangażowaniem. Macedonia i Izrael nie należą do światowej czołówki, ale to solidne drużyny. Trzeba będzie z nimi zagrać z maksymalnym zaangażowaniem, bo myślenie, że wystarczą tylko umiejętności, to wielki błąd” – mobilizuje swoich graczy Brzęczek.

W podobny ton uderzył też kapitan naszej reprezentacji Robert Lewandowski, ale on ostatnio apele o maksymalna mobilizację powtarza przed każdym zgrupowaniem. Niestety, nie zawsze są to apele skuteczne. Tym razem „Lewy” przypomniał kolegom, że w przeszłości nasza drużyna miała problemy z utrzymaniem koncentracji zwłaszcza w drugich spotkaniach, granych w krótkim odstępie czasowym po pierwszym meczu. Tym razem biało-czerwoni będą w tym drugim starciu walczyć z zespołem Izraela.

Czy to wystarczy, przekonamy się już w najbliższy piątek. Do gry o punkty eliminacji Euro 2020 zostało Brzęczkowi 23 zawodników, z których drobne problemy zdrowotne mają Kamil Glik (przeciążenie ścięgna Achillesa) i Maciej Rybus (naciągnięcie mięśnia dwugłowego). Pozostali są ponoć w pełni sił, chociaż na różnym poziomie wytrenowania, bo rozgrywki ligowe w Europie skończyły się w maju. Kamil Grosicki na przykład ostatni mecz zagrał na początku maja, potem zdążył wyskoczyć na dwutygodniowy urlop, z którego przyjechał prosto do Polski i ponownie podjął treningi.

Selekcjoner biało-czerwonych zapewniał jednak na zwyczajowej konferencji prasowej, że jest zadowolony stanem fizycznym kadrowiczów. „Większość piłkarzy zakończyła sezon więcej niż dziesięć dni przed meczami z Macedonią i Izraelem, dlatego też zaczęliśmy zgrupowanie nieco wcześniej. Intensywność czwartkowych i piątkowych treningów była już bardzo wysoka” – zapewniał Brzęczek. Uciął też spekulacje na temat obsady reprezentacyjnej bramki pod nieobecność Szczęsnego. „W tej kwestii sprawa jest jasna. Numerem jeden jest Wojtek, ale mamy wspaniałych zawodników na tej pozycji. Teraz podstawowym bramkarzem będzie oczywiście Łukasz Fabiański, który jest zawodnikiem na podobnym poziomie” – zakończył trener Jerzy Brzęczek.

 

Kadra na Izrael i Macedonię

Selekcjoner reprezentacji Polski Jerzy Brzęczek na czerwcowe mecze eliminacji mistrzostw Europy z Macedonią Północną i Izraelem powołał 28 zawodników. W kadrze zabrało tym razem Jakuba Błaszczykowskiego, który leczy kontuzję.

Biało-czerwoni po dwóch marcowych kolejkach spotkań są liderami grupy G z sześcioma punktami na koncie. Dla przypomnienia – najpierw pokonali na wyjeździe Austrię 1:0, a potem w Warszawie na Stadionie Narodowym wygrali z Łotwą 2:0. Gole dla naszej drużyny strzelili w kolejności Krzysztof Piątek, Robert Lewandowski i Kamil Glik. W drugiej odsłonie zmagań polska reprezentacja zmierzy się z zespołami, które po dwóch pierwszych meczach zajmują dwa kolejne miejsca w grupie – 7 czerwca w Skopje zagra z trzecią w tabeli Macedonią Północną , a trzy dni później na Narodowym zmierzy się z wiceliderem grupy Izraelem. Oba zespoły mają na koncie po cztery punkty.

Trener Brzęczek w porównaniu z powołaniami na mecze z Austrią i Łotwą dokonał w kadrze jedynie minimalnych zmian. Znaleźli się w niej nieobecny w marcu z powodu kontuzji Maciej Rybus, chociaż ostatnio znowu ma problemy zdrowotne, oraz utalentowany nastolatek z Legii Sebastian Szymański, natomiast tym razem powołania nie dostał rehabilitujący się po operacji Jakub Błaszczykowski, zabrakło także Szymona Żurkowskiego z Górnika Zabrze.

W tej sytuacji naszą rodzimą ekstraklasę na zgrupowaniu kadry reprezentować będzie jedynie trzech zawodników – z Legii Warszawa Artur Jędrzejczyk i wspomniany już Sebastian Szymański oraz Robert Gumny z Lecha Poznań. Trochę dziwi nieobecność choćby jednego gracza z mistrzowskiej drużyny Piasta Gliwice, na przykład Patryka Dziczka, ale to nie jedyna niezrozumiała decyzja kadrowa selekcjonera.

Brzęczek na przykład tradycyjnie już powołał notorycznie grzejącego ławę w Atalancie Bergamo Arkadiusza Recę, nie wiedzieć po co wysłał też powołania trzem kluczowym graczom młodzieżowej kadry U-21, Dawidowi Kownackiemu oraz wymienionym już Gumnemu i Szymańskiemu. Chyba byłoby lepiej, żeby ci gracze szykowali formę do czerwcowych mistrzostw Europy U-21 pod okiem trenera Czesława Michniewicza. Żaden z nich, może poza Kownackim, raczej nie ma szans na występ w spotkaniach z Macedonii Północną i Izraelem.

Trener kadry tak tłumaczył swoją decyzję: „Problemy zdrowotne niektórych kadrowiczów i wątpliwy udział w zgrupowaniu m. in. kontuzjowanego Macieja Rybusa sprawiły, że sięgnęliśmy po piłkarzy z kadry Czesława Michniewicza. Wymieniona trójka wróci do reprezentacji do lat 21 najpóźniej dzień po meczu z Izraelem, ale istnieje szansa, że któryś z nich dołączy do drużyny trenera Michniewicza jeszcze wcześniej” – zapowiedział Brzęczek w wypowiedzi dla portalu „Łączy Nas Piłka’. Tak na marginesie, wyznaczone przez UEFA terminy meczów eliminacyjnych są mało fortunne, bo w prawie wszystkich ligach rozgrywki ligowe już się zakończyły i kadrowicze pewnie woleliby pojechać na wakacje.

Kadra Polski
Bramkarze:
Łukasz Fabiański (West Ham United, Anglia), Łukasz Skorupski (FC Bologna, Włochy), Wojciech Szczęsny (Juventus Turyn, Włochy);
Obrońcy:
Jan Bednarek (FC Southampton, Anglia), Bartosz Bereszyński (Sampdoria Genua, Włochy), Thiago Cionek (SPAL 2013, Włochy), Kamil Glik (AS Monaco, Francja), Robert Gumny (Lech Poznań), Artur Jędrzejczyk (Legia Warszawa), Marcin Kamiński (Fortuna Duesseldorf, Niemcy), Tomasz Kędziora (Dynamo Kijów, Ukraina), Michał Pazdan (Ankaragucu, Turcja), Arkadiusz Reca (Atalanta Bergamo, Włochy), Maciej Rybus (Lokomotiw Moskwa, Rosja);
Pomocnicy:
Przemysław Frankowski (Chicago Fire, USA), Jacek Góralski (Łudogorec Razgrad, Bułgaria), Kamil Grosicki (Hull City, Anglia), Damian Kądzior (Dinamo Zagrzeb, Chorwacja), Mateusz Klich (Leeds United, Anglia), Grzegorz Krychowiak (Lokomotiw Moskwa, Rosja), Karol Linetty (Sampdoria Genua, Włochy), Damian Szymański (Achmat Grozny, Rosja), Sebastian Szymański (Legia Warszawa), Piotr Zieliński (SSC Napoli, Włochy);
Napastnicy:
Dawid Kownacki (Fortuna Duesseldorf, Niemcy), Robert Lewandowski (Bayern Monachium, Niemcy), Arkadiusz Milik (SSC Napoli, Włochy), Krzysztof Piątek (AC Milan, Włochy).

 

Polski mecz w Bundeslidze

Bayern Monachium po zwycięstwie nad Fortuną Duesseldorf 4:1 odzyskał prowadzenie w Bundeslidze. W meczu zagrało trzech reprezentantów Polski – Robert Lewandowski, Marcin Kamiński i Dawid Kownacki, ale żaden z nich nie wpisał się na listę strzelców.

Bawarski zespół w poprzedniej kolejce rozgromił u siebie Borussię Dortmund 5:0, ale ich najgroźniejsi konkurenci w sobotę pokonali FC Mainz 2:1 i Bayern nie mógł pozwolić sobie na stratę punktów w niedzielnej potyczce z dobrze się w tym sezonie spisującą Fortuną Duesseldorf. W wyjściowym składzie Bayernu wyszli obaj uczestnicy nagłośnionej przez niemieckie media bójki na treningu – Robert Lewandowski i Francuz Kingsley Coman, w zespole gospodarzy znaleźli się natomiast stoper Marcin Kamińskiego i napastnik Dawid Kownacki. W Bundeslidze już dawno nie było meczu z udziałem takiej liczby polskich piłkarzy. Show reprezentantom Polski skradł jednak wyraźnie pobudzony i skory do gry Coman, jakby chciał swoja grą zatrzeć niedawne spięcie z Lewandowskim. Francuz mógł strzelić gola już w 5. minucie, ale trafił w słupek. Co się odwlecze, to nie uciecze. W 15. minucie Coman zdobył bramkę na 1:0. A na boisku iskrzyło coraz mocniej,bo Javi Martinez przywalił z łokcia Kownackiemu, po czym Polak musiał szukać pomocy u klubowego lekarza. Gdy tylko się pozbierał, postanowił sam wymierzyć sprawiedliwość piłkarzom Bayernu, za co w 20. minucie zobaczył żółta kartkę. Godzinę później trener zdjął go z boiska.

Lewandowski w tym meczu gola nie strzelił, choć kilka razy był bliski szczęścia. W 23. minucie minimalnie przestrzelił z rzutu wolnego, a w 66. minucie z bliska wpakował piłkę wprost w ręce bramkarza. Tym samym tradycji stała się zadość, bo Fortuna to jedyny zespół w Bundeslidze, któremu „Lewy” jeszcze nie strzelił gola. Będzie z tym musiał poczekać do następnego sezonu. A w niedzielę w rolę snajperów, oprócz Comana, który zaliczył dwa trafienia, wcielili się ponadto Serge Gnabry i Leon Goretzka. Bayern znów jest liderem z przewagą jednego punktu nad Borusssią Dortmund.

 

Brzęczek wyłożył karty

Jerzy Brzęczek ogłosił skład kadry na marcowe mecze eliminacyjne Euro 2020 z Austrią i Łotwą. Selekcjoner biało-czerwonych w zasadzie nie zaskoczył powołaniami, choć nie bardzo wiadomo po co na zgrupowanie zaprosił aż 28 graczy.

O ile może dziwić obecność w kadrze grzejącego notorycznie ławę w Atalancie Bergamo Arkadiusza Recy, to trudno uznać za sensację powrót do kadry Michała Pazdana. Piłkarz ten po odejściu z Legii zaczął w tureckim Ankaragucu grać regularnie, co już samo w sobie okazało się wystarczającym powodem do przywrócenia reprezentacyjnych uprawnień, chociaż powodem tej decyzji selekcjonera jest raczej niepewność co do aktualnej formy Kamila Glika. Wieloletni filar defensywy biało-czerwonych w tym sezonie gra słabo jak cała drużyna AS Monaco i wcale nie jest powiedziane, że to on będzie partnerem Jana Bednarka na środku obrony. Pozycja zbierającego znakomite recenzje w Premier League stopera Southamptonu wydaje się w tej chwili nie do podważenia.

W odwodzie Brzęczek ma jeszcze prezentującego w tym roku solidną formę w Fortunie Duesseldorf Marcina Kamińskiego, regularnie grającego w Serie A Thiago Cionka i ewentualnie Artura Jędrzejczyka z Legii, chociaż ten piłkarz jest raczej polisą ubezpieczeniową na lewej obronie. Z obsadą tej pozycji selekcjoner ma pod nieobecność kontuzjowanego Macieja Rybusa największy kłopot, którego z pewnością nie będzie w stanie rozwiązać wspomniany Reca. Oprócz Jędrzejczyka opcją jest jeszcze próbowany już w przeszłości na lewej flance Bartosz Bereszyński. Jego przeniesienie nie osłabi prawej flanki, bo tam spokojnie można zaufać grającemu regularnie i dobrze w Dynamie Kijów Tomaszowi Kędziorze, a w odwodzie jest jeszcze wyrwany trochę na wyrost z młodzieżówki Robert Gumny z Lecha.

Z obsadą bramki Brzęczek ma tylko taki kłopot, że będzie musiał w końcu ustalić hierarchię i wybrać bramkarza numer 1, co tej chwili de facto oznacza wybór między Wojciechem Szczęsnym a Łukaszem Fabiańskim. Każdy z nich, a także ten trzeci, Łukasz Skorupski, gwarantują wysoki poziom.

Bałagan w linii środkowej

Kluczową formacją w naszym reprezentacyjnym zespole jest linia środkowa, ale akurat w niej panuje największy chaos. Przyjmując, że Brzęczek z Austrią pozostanie przy ustawieniu 1-4-2-3-1 oraz sugerując się aktualną formą zawodników i ich specjalizacjami, optymalny skład linii pomocy w tej chwili rysuje się tak: Grzegorz Krychowiak i Mateusz Klich w roli dwójki defensywnych pomocników, Przemysław Frankowski na prawym skrzydle, Kamil Grosicki na lewym i Piotr Zieliński w środku. A z przodu rzecz jasna Robert Lewandowski.
Problem w tym, że w kadrze są jeszcze rewelacyjnie skuteczni w tym sezonie Krzysztof Piątek i Arkadiusz Milik, a nawet wyrwany z młodzieżówki Dawid Kownacki, który na nieszczęście doznał kontuzji w ostatnim ligowym meczu i prawdopodobnie na zgrupowanie kadry nie przyjedzie. To spora strata, bo Kownacki jest graczem uniwersalnym i może być wystawiany do gry także jako prawoskrzydłowy.

Brzęczek miał pół roku, a zatem dosyć czasu, żeby wyciągnąć odpowiednie wnioski ze swoich ubiegłorocznych niepowodzeń. Kadra pod jego wodzą jak pamiętamy nie wygrała jeszcze meczu, a w sześciu występach zanotowała trzy remisy (z Włochami 1:1, Irlandią 1:1 i Portugalią 1:1) oraz trzy porażki (z Czechami 0:1, Portugalią 2:3 i Włochami 0:1). Selekcjonera biało-czerwonych chyba ma jednak wciąż mętlik w głowie i co gorsza – najwyraźniej słabą orientację w aktualnej formie kadrowiczów, bo gdyby był pewny swoich wyborów, nie wzywałby na zgrupowanie aż 28 zawodników.

Nie wypada nie awansować

Faza grupowa eliminacji Euro 2020 rozpocznie się w marcu i potrwa do listopada 2019 roku. Po dwa najlepsze zespoły z każdej grupy awansują bezpośrednio do turnieju finałowego, a pozostałych czterech uczestników wyłonią baraże, zaplanowane na marzec 2020 roku z udziałem najlepszych drużyny z poszczególnych dywizji Ligi Narodów, które nie zakwalifikowały się do mistrzostw Europy w eliminacjach. Biało-czerwoni rozpoczną zmagania w grupie G od wyjazdowego meczu z Austrią 21 marca, a trzy dni później zmierzą się na Stadionie Narodowym w Warszawie z Łotwą. W tej grupie rywalizuję jeszcze Izrael, Macedonia i Słowenia.

Kadra Polski:
Bramkarze:
Łukasz Fabiański (West Ham, Anglia), Łukasz Skorupski (Bologna, Włochy), Wojciech Szczęsny (Juventus Turyn, Włochy);
Obrońcy:
Jan Bednarek (Southampton, Anglia), Bartosz Bereszyński (Sampdoria Genua, Włochy), Thiago Cionek (SPAL 2013, Włochy), Kamil Glik (AS Monaco, Francja), Robert Gumny (Lech Poznań), Artur Jędrzejczyk (Legia Warszawa), Marcin Kamiński (Fortuna Duesseldorf, Niemcy), Tomasz Kędziora (Dynamo Kijów, Ukraina), Michał Pazdan (Ankaragucu, Turcja), Arkadiusz Reca (Atalanta Bergamo, Włochy);
Pomocnicy:
Karol Grosicki (Hull City, Anglia, II liga), Damian Kądzior (Dinamo Zagrzeb, Chorwacja), Mateusz Klich (Leeds United, Anglia, II liga), Grzegorz Krychowiak (Lokomotiw Moskwa, Rosja), Karol Linetty (Sampdoria Genua, Włochy), Damian Szymański (Achmat Grozny, Rosja), Piotr Zieliński (SSC Napoli, Włochy), Przemysław Frankowski (Chicago Fire, USA), Jacek Góralski (Łudogorec Razgrad, Bułgaria), Jakub Błaszczykowski (Wisła Kraków), Szymon Żurkowski (Górnik Zabrze);
Napastnicy:
Dawid Kownacki (Fortuna Duesseldorf, Niemcy), Robert Lewandowski (Bayern Monachium, Niemcy), Arkadiusz Milik (Napoli, Włochy), Krzysztof Piątek (AC Milan, Włochy).

 

Wyścig snajperów w polskiej kadrze

Na czele aktualnego rankingu najskuteczniejszych polskich piłkarzy znajduje się Robert Lewandowski, który w tym sezonie zdobył już 25 bramek. Tuż za nim z 23 trafieniami w barwach Genoi i AC Milan plasuje się rewelacja włoskiej Serie A Krzysztof Piątek. Trzeci w tym zestawieniu Kamil Wilczek strzelił dla Broendby Kopenhaga 16 goli, a czwarty Arkadiusz Milik dla SSC Napoli zdobył 13 bramek.

Lewandowski i Piątek odskoczyli innym polskim napastnikom w liczbie strzelonych goli, ale trener reprezentacji Polski Jerzy Brzęczek powinien na bieżąco śledzić także dokonania graczy z dalszych miejsc na liście, bo sezon jest wyczerpujący, ryzyko kontuzji przez to wielkie, więc trzeba zakładać, że eksploatowanych do maksimum w klubowych zespołach snajperów może przed marcowymi meczami biało-czerwonych dopaść jakieś nieszczęście, choćby kontuzja.

Pierwsze miejsce „Lewego” w wyścigu polskich snajperów nie jest zaskoczenia. W obecnym sezonie kapitan naszej reprezentacji zdobył już dla Bayernu Monachium 25 bramek w 29 meczach. Krzysztof Piątek jest jednak od niego gorszy tylko o dwa trafienia (w sumie strzelił już 23 gole). Kolejny w zestawieniu jest Kamil Wilczek, który zdobył dla Broendby 13 bramek, a w sumie ma ich na koncie 16, co czyni go drugim pod względem skuteczności zawodnikiem duńskiej ekstraklasy. Tuż za nim sklasyfikowany jest napastnik SSC Napoli Arkadiusz Milik, autor 13 trafień w tym sezonie (12 w Serie A i jedno w Pucharze Włoch). Jedenaście goli na koncie (dziewięć dla Jagiellonii Białystok i dwa dla PAOK Saloniki) ma na koncie Karol Świderski, a o jedno mniej występujący nieregularnie w bułgarskim Łudogorcu Razgrad Jakub Świerczok (ma trzy bramki w lidze, dwie w Pucharze Bułgarii, aż cztery w kwalifikacjach Ligi Mistrzów i jedną w fazie grupowej Ligi Europy).

Poza kadrą Polski znajduje się Łukasz Zwoliński (z 9 golami jest w zestawieniu za Świerczokiem), który w chorwackiej lidze walczy o tytuł króla strzelców, więc może nie warto tracić go z pola widzenia. Zwłaszcza że powołany na jesienne mecze Adam Buksa z Pogoni Szczecin ma gorsze osiągnięcia od niego, bo tylko sześć trafień na koncie, tyle samo co trochę zapomniany Mariusz Stępiński, który jednak te bramki zdobył w Serie A, na dodatek w najsłabszym w tej lidze zespole Chievo Werona. A przecież nie można wykluczyć, że do tego grona dołączą wkrótce przeżywający obecnie trudne dni Łukasz Teodorczyk i Dawid Kownacki.

W tej chwili obaj prowadzący w wewnętrznej rywalizacji polskich snajperów gracze mogą spodziewać się powołania na marcowe mecze. Bez obaw na decyzję trenera Brzęczka czeka też Milik. Kamil Wilczek wypadł z kadry jeszcze za kadencji Adama Nawałki, a jego następca nawet nie raczył napastnika Broendby Kopenhaga sprawdzić, chociaż Wilczek w rundzie jesiennej imponował strzelecką formą.

Nie da się jednak zaprzeczyć, że jeśli chodzi o polskich snajperów to w ostatnich tygodniach najgłośniej było o Piątku, ale najrówniej z nich grał jednak Lewandowski. Wartość kapitana biało-czerwonych wychodzi zwłaszcza przy tzw. punktacji kanadyjskiej, w której liczą się łącznie bramki i asysty. „Lewy” jest w niej poza konkurencją, bo w tym sezonie zaliczył już 11 asyst, co w połączeniu z golami sprawia, że przyczynia się do zdobycia gola przez Bawarczyków co 72 minuty. „El Pistolero”, jak nazywają Piątka Włosi, który jako jedyny stara się nadążyć za narzuconym przez „Lewego” tempem w zdobywaniu bramek, ma na koncie tylko jedną asyst. Inni nasi snajperzy nie są wiele lepsi. Dlatego królem w tym towarzystwie wciąż jest Lewandowski.

 

Bayer pokonał Bayern

To nie był udany weekend dla polskich piłkarzy grających w Bundeslidze. Borussia Dortmund z Łukaszem Piszczkiem zremisowała 1:1 z Eintrachtem Frankfurt, a Bayern Monachium z Robertem Lewandowskim przegrał z Bayerem Leverkusen 1:3.

Bayern walczył o ósme z rzędu ligowe zwycięstwo, by w korespondencyjnym pojedynku odrobić część strat do Borussii Dortmund, która mierzyła się z piątym w tabeli Eintrachtem Frankfurt. Tak się jednak nie stało, choć dortmundczycy stracili dwa punkty tylko remisując we Frankfurcie. Bawarczycy jeszcze mocniej pokpili sprawę, bo w Leverkusen zostawili komplet punktów, chociaż do przerwy prowadzili 1:0 po golu Leona Goretzki. Drugiego tuz przed przerwą strzelił Robert Lewandowski, ale sędzia po konsultacji z VAR trafienie unieważnił twierdząc, że Polak był na spalonym.

Trener Bayernu Niko Kovac miał o to do arbitra ogromne pretensje. „Trudno jest ocenić tę sytuację. Prawda jest jednak taka, że gdyby gol zostałby zaliczony, to prowadzilibyśmy do przerwy 2:0, co byłoby wynikiem sprawiedliwym, bo w pierwszej połowie Bayer na boisku nie istniał. Wynik nie odzwierciedla tego, co się działo na boisku także po przerwie. My stworzyliśmy sobie wiele okazji strzeleckich, a nasi rywale oddali cztery strzały i zdobyli z nich trzy gole” – stwierdził 47-letni chorwacki szkoleniowiec. W końcówce spotkania Kovac przeprowadził trzy zmiany, posyłając do boju Serge Gnabry’ego, Alphonso Daviesa i Renato Sanchesa. Po zejściu z boiska Muellera, opaskę kapitana przejął Lewandowski, co nie jest sensacją, bo w przerwie zimowej rada drużyny ustaliła z trenerem, że „Lewy” będzie w zespole trzecim kapitanem – po Neuerze i Muellerze.

Na potknięciu Bayernu skorzystała Borussia Moenchengladbach, która pokonała 2:0 Schalke 04 Gelsenkirchen na Veltins Arena i awansowała na drugie miejsce. Oba zespoły maja na koncie po 42 punkty i stracą do prowadzącej Borussii Dortmund siedem „oczek”. Dortmundczycy, w barwach których cały mecz rozegrał Łukasz Piszczek, też w starciu z Eintrachtem Frankfurt objęli prowadzenie po golu Marco Reusa w 22. minucie, ale 14 minut później wyrównał Luka Jović. Dla pierwszego ze strzelców było to 13., a dla drugiego 14. ligowe trafienie. Obaj są na czele klasyfikacji strzelców, na trzecim miejscu znajdują się na spółkę Lewandowski i Paco Alcacer z Borussii Dortmund, którzy mają po 12 goli na koncie.

W zespole Fortuny Duesseldorf zabrakło w kadrze na mecz Hoffenheim (1:1) obu polskich piłkarzy – Marcina Kamińskiego i świeżo pozyskanego z Sampdorii Genua Dawida Kownackiego.