Kownacki na zakręcie kariery

Dawid Kownacki w planach Jerzego Brzęczka miał do odegrania w turnieju Euro 2020 znaczącą rolę na prawym skrzydle. Niestety, występujący obecnie w barwach Fortuny Duesseldorf piłkarz doznał kontuzji więzadeł i wiadomo już, że w tym sezonie na pewno nie zagra. Ale to tylko jeden z powodów przez które jego kariera uległa wyhamowaniu.

Kownacki doznał urazu więzadeł w kolanie na początku lutego, gdy podczas treningu zespołu Fortuny zderzył się z innym zawodnikiem. Obaj zwalili się na murawę z dość sporym impetem, ale Polak miał mniej szczęścia, bo jego kolega całym ciężarem ciała upadł mu na nogę. Więzadła nie wytrzymały obciążenia i uległy zerwaniu, co potwierdziły jednak dopiero szczegółowe badania przeprowadzone w szpitalu. Lekarze uznali, że leczenie nieinwazyjne nie gwarantuje powodzenia i zalecili operację. Sztab medyczny Fortuny po zapoznaniu się z diagnozą doszedł do tego samego wniosku i reprezentant Polski w środę 12 lutego ma przejść zabieg rekonstrukcji uszkodzonych więzadeł. Agent Kownackiego, Marcin Kubacki, pytany przez media po obu stronach Odry o dalsze losy swojego podopiecznego, stwierdził krótko, że po operacji czekają go trzy miesiące przerwy, a potem żmudny proces odbudowy formy.
Kontuzja 23-letniego napastnika to spory kłopot dla trenera kadry Polski Jerzego Brzęczka, ale nie tak wielki, jak dla szkoleniowca Fortuny Duesseldorf. Kownacki jest najdroższym piłkarzem tego klubu w historii. Trafił do niego z Sampdorii Genua na zasadzie wypożyczenia zimą ubiegłego roku i przez pół roku spisywał się na tyle dobrze, że w letnim oknie transferowym 2029 Fortuna zdecydowała się na transfer definitywny i wykupiła polskiego piłkarza za blisko osiem milionów euro.
Niestety, Kownacki jak na razie nie spełnia pokładanych w nim nadziei. Zerwane więzadła to już jego trzecia poważna kontuzja odkąd jest zawodnikiem drużyny z Duesseldorfu. Wcześniej miał problemy z mięśniem uda i mięśniem przywodziciela, a te urazy na dodatek przytrafiały mu się akurat wtedy, gdy trzeba było jechać na zgrupowania reprezentacji Polski przed meczami eliminacyjnymi do Euro 2020. Trener Fortuny Friedhelm Funkel nie tracił jednak nadziei, że niewątpliwy piłkarski talent Kownackiego w końcu eksploduje, ale tego nie doczekał, bo gdy drużynie zajrzało w oczy widmo degradacji, został zwolniony, a jego miejsce zajął Uwe Rosler.
Nowy szkoleniowiec zaniechał eksperymentów z ustawianiem Polaka na skrzydle i w pierwszej kolejce rundy wiosennej wystawił go w ataku. Kownacki nie wykorzystał szansy, zagrał słabo i po przerwie został zmieniony. Do momentu odniesienia kontuzji stracił też miejsce w podstawowym składzie i na boisku pojawiał się w roli zmiennika. W sumie w tym sezonie zagrał w Bundeslidze w 18 spotkaniach, goli jednak nie strzelał, więc atmosfera wokół niego zaczęła gęstnieć od coraz mniej zawoalowanych pretensji, zwłaszcza że drużynie dalej nie szło i w końcu utknęła na dobre w strefie spadkowej.
Kiepska forma Kownackiego prezentowana w tym sezonie zapewne i tak zniechęciłaby Jerzego Brzęczka do wysłania mu zaproszenia do kadry na mistrzostwa Europy, co byłoby porażką dla tego piłkarza, którego po mundialu w Rosji, gdzie pokazał się z dobrej strony, uznano za wielką nadzieję biało-czerwonych. Tych nadziei jak na razie nie potwierdzi i całkiem niewykluczone, że już się nie potwierdzą. Nie wszyscy piłkarze po kontuzji więzadeł potrafią wrócić do najwyższej formy, czasem po takim urazie załamują się nawet bardzo obiecujące kariery. Doświadczył tego na przykład Michał Żyro, który styczniu 2016 roku przeszedł z Legii Warszawa do Wolverhampton. W debiucie w angielskim zespole zdobył dwie bramki i natychmiast stał się ulubieńcem kibiców. Niestety, po kilku tygodniach doznał zerwania więzadeł, a po wyleczeniu nie tylko że nie wrócił do pierwszego składu „Wilków”, ale nawet Polsce idzie mu kiepsko – w Pogoni Szczecin i Koronie Kielce nie dał rady, a teraz wylądował w I-ligowej Stali Mielec. Kownacki będzie miał teraz kilka miesięcy na przemyślenie paru spraw. Nie ulega wątpliwości, że do tej pory nie dbał o formę i swój organizm jak Robert Lewandowski, co zresztą wytknął Kownackiemu poprzedni trener Fortuny Friedhelm Funkel sugerując, że to jest główną przyczyną jego częstych kontuzji.
Dwadzieścia trzy lata to jeszcze nawet nie środek piłkarskiej kariery i możliwe, że Kownacki za pół roku wróci na boisko odmieniony. Z Fortuną wiąże go kontrakt do końca czerwca 2023 roku, ale dla niemieckiego klubu to teraz tylko kłopot, bo jeśli spadnie, to kontrakt Polaka będzie dużym obciążeniem. Ale transfer raczej nie wchodzi w rachubę. I to nie tylko z powodu kontuzji więzadeł. W rankingu piłkarzy Bundesligi po rundzie jesiennej sporządzonej przez magazyn „Kicker” Kownacki został sklasyfikowany na przedostatnim miejscu. Czyli pod względem piłkarskim już znalazł się na dnie…

Nasi w Pucharze Niemiec

W ćwierćfinale Pucharu Niemiec zagra tylko dwóch polskich piłkarzy – Robert Lewandowski z Bayernem Monachium oraz Rafał Gikiewicz z Unionem Berlin. Odpadli natomiast Łukasz Piszczek i Krzysztof Piątek.

Szansę na występ miałby też Dawid Kownacki występujący w barwach Fortuny Duesseldorf (wygrała w 1/8 finału z FC Kaiserslautern 5:2), ale nabawił się kontuzji więzadeł i na pewno nie zdąży wrócić do gry w marcu na spotkania 1/4 finału Pucharu Niemiec, bo po czekającej go wkrótce operacji przyjdzie mu pauzować co najmniej trzy miesiące. Na sto procent w następnej rundzie nie zagrają natomiast Łukasz Piszczek i Krzysztof Piątek. Obrońca Borussii Dortmund z ławki rezerwowych przyglądał się, jak jego koledzy przegrywają 2:3 wyjazdową potyczkę z Werderem Brema.
Razem z nim do przerwy ławę grzał też rewelacyjny Erling Haaland, ale Norweg po zmianie stron wszedł do gry i w swoim czwartym kolejnym występie w zespole z Dortmundu także zaliczył trafienie, już ósme w tym roku. Nic jego gol jednak Borussii nie dał, bo odpadła z dalszych rozgrywek.
Pierwszą bramkę dla Herthy Berlin w swoim drugim występie w barwach tego klubu zdobył natomiast Krzysztof Piątek. „Il Pistolero” miał więc pierwszą okazję do zaprezentowania na niemieckich stadionach swojej firmowej piłkarskiej „cieszynki” z imitowaniem strzelania z pistoletów. Polak rozegrał świetny mecz, ale jego zespół przegrał z Schalke Gelsenkirchen 2:3, chociaż do przerwy prowadził 2:0.
Na placu boju z polskich piłkarzy zostało tylko dwóch. Bramkarz Unionu Berlin Rafał Gikiewicz zachował czyste konto w spotkaniu z IV-ligowym SC Verl, lecz jego koledzy z pola nie popisali się w starciu ze słabeuszem, bo Union awansował wygrywając z trudem 1:0. Robert Lewandowski w meczu z Hoffenheim strzelił dwa gole, ale Bayern Monachium, chociaż prowadził już 4:1, to ostatecznie wygrał tylko 4:3. Dla mistrzów Niemiec najważniejszy był jednak awans, bo w tym sezonie za cel stawiają sobie zdobycie także Pucharu Niemiec.

Lewemu przybywa rywali

Niewielką kolonię polskich piłkarzy w Bundeslidze w miniony piątek zasilił Krzysztof Piątek, którego Hertha Berlin wykupiła z AC Milan. Ale w 20. kolejce z biało-czerwonych po staremu błyszczał tylko Robert Lewandowski, który w spotkaniu z FC Mainz (3:1) zdobył 22. bramkę w tym sezonie i umocnił się na prowadzeniu w klasyfikacji strzelców.

Kapitan reprezentacji Polski w trzech rozegranych w tym roku ligowych kolejkach strzelał po jednym golu w każdym meczu i powiększył swoje konto do 22 trafień. Taki dorobek bramkowy zapewniał koronę króla strzelców aż w 22 sezonach niemieckiej ekstraklasy, lecz w obecnych rozgrywkach zwycięzca tej rywalizacji pewnie przebije barierę 30 goli, a kto wie, może nawet zaatakuje 40-bramkowy rekord Bundesligi legendarnego Gerda Muellera z sezonu 1971/1972.
Lewandowskiemu w obecnych rozgrywkach do niedawna kroku dotrzymywał jedynie grający w RB Lipsk Timo Werner, który rundę jesienną zakończył z 18. trafieniami, a w pierwszej tegorocznej kolejce zdobył dwie bramki i na moment nawet „Lewego” doścignął. Potem jednak w dwóch kolejnych spotkaniach ligowych 23-letni reprezentant Niemiec nie powiększył swojego dorobku. W 20. kolejce zaliczył „pusty przebieg” w meczu z Borussią Moenchengladbach, zakończonym remisem 2:2. Stracone dwa punkty dla ekipy RB Lipsk oznaczały zjazd na drugie miejsce w tabeli, za zespół Bayernu Monachium, który w trzech tegorocznych meczach zdobył komplet punktów (bilans bramkowy 12:1), co pozwoliło mu po 153 dniach przerwy odzyskać pozycję lidera. Na razie tylko z jednym punktem przewagi nad ekipą z Lipska (Bayern ma 42, a RB 41 punktów), ale w najbliższy weekend bawarska jedenastka podejmie na Allianz Arenie w Monachium drużynę RB Lipsk i będzie to hit 21. kolejki. Do gry o mistrzowski wróciła też Borussia Dortmund, która po wygranej 5:0 z Unionem Berlin awansowała na trzecie miejsce i traci do Bayernu tylko trzy punkty.
Haaland rzuca wyzwanie Lewemu
Lewandowski strzelił gola w meczu z FC Mainz już w 7. minucie, tym razem po perfekcyjnym uderzeniem piłki głową z podania Benjamina Pavarda. Było to jego jubileuszowe 150. trafienie w barwach Bayernu uzyskane w 179. występie. W sumie w Bundeslidze zdobył już 224 bramki (74 dla Borussii Dortmund) w 310 spotkaniach. W obecnym sezonie licząc wszystkie rozgrywki klubowe kapitan reprezentacji Polski ma na koncie 33 gole (22 w Bundeslidze, 10 w Lidze Mistrzów i jedną w Pucharze Niemiec). W klasyfikacji „Złotego Buta”, nagrody dla najbardziej bramkostrzelnego piłkarza lig europejskich, polskiego napastnika wyprzedza jednak napastnik Lazio Rzym Ciro Immobile, a i przewaga nad Wernerem nie jest jeszcze tak znaczna, żeby ten wyścig można było uznać za rozstrzygnięty.
Zwłaszcza, że w Bundeslidze pojawił się „Lewemu” nowy rywal, pozyskany zimą przez Burussię Dortmund z RB Salzburg Erling Haaland. 19-letni Norweg zalicza w Bundeslidze prawdziwe „wejście smoka”. W trzech dotychczasowych występach, a w żadnych nie spędził na boisku 90 minut, zdobył już siedem bramek. W minioną sobotę po raz pierwszy pojawił się w wyjściowej jedenastce ekipy z Dortmundu (był też w niej Łukasz Piszczek) i zanim został zmieniony w 77. minucie zdążył strzelić polskiemu bramkarzowi Unionu Berlin Rafałowi Gikiewiczowi dwa gole. Jego nieprawdopodobna wręcz skuteczność zaskakuje i jeśli dłużej będzie zdobywał gole w takim tempie, to niewykluczone, że może nawet włączyć się do walki „Lewego” i Wernera o koronę króla strzelców.
Niemożliwe? Niekoniecznie. Haaland w tym sezonie już przebił Lewandowskiego w liczbie zdobytych bramek w rozgrywkach klubowych. W rundzie jesiennej w barwach RB Salzburg łącznie w 22 meczach zdobył 28 bramek, z tego 16 w lidze austriackiej, cztery w krajowym pucharze i osiem w Lidze Mistrzów. Warto przypomnieć, że po fazie grupowej Norweg jest wiceliderem klasyfikacji strzelców, za… Lewandowskim, który ma na koncie 10 trafień. Jeśli doliczymy mu siedem trafień w Bundeslidze, to wychodzi, że Haaland ma na koncie 35 bramek, zatem o dwie więcej od „Lewego”.
Zdumiewające, że Borussia Dortmund za transfer tak skutecznego napastnika zapłaciła austriackiemu klubowi zaledwie 20 mln euro. Inna sprawa, że w zamian działacze niemieckiego klubu zgodzili się ponoć na wpisanie do tzw. klauzuli odstępnego kwoty 75 mln euro. Za tyle będzie można norweskiego piłkarza wykupić, więc jeśli nie zatraci skuteczności, to zapewne długo miejsca w Bundeslidze nie zagrzeje.
Haaland od Lewandowskiego ma w Bundeslidze w tej chwili o 15 bramek mniej, ale bilansie sezonu już tak wiele mu nie ustępuje, bo jak już zostało wspomniane, w RB Salzburg strzelił jesienią 28 goli, a w tym roku dla Borussii siedem, czyli w sumie ma już na koncie 35 goli. Na tym polu ma zatem szansę na wygranie rywalizacji z polskim gwiazdorem Bayernu.
Piątek nadzieją Herthy
Strzelecki fart nie jest jednak rzeczą daną napastnikowi raz na zawsze. Tacy gracze, jak Leo Messi, Cristiano Ronaldo i Robert Lewandowski są w tym względzie wyjątkami, a jak trudno wskoczyć na ich poziom przekonał się boleśnie choćby Krzysztof Piątek. Po udanym dla niego poprzednim sezonie, w którym jesienią regularnie trafiał dla Genoi, a wiosną dla AC Milan, latem gdzieś jego skuteczność się ulotniła i w obecnych rozgrywkach Serie A zdobył tylko cztery bramki, w tym trzy z rzutów karnych. Rozczarowani jego grą szefowie mediolańskiego klubu zimą zatrudnili szwedzkiego weterana, 39-letniego Zlatana Ibrahimovicia, a Piątka wystawili na sprzedaż. Wedle medialnych spekulacji Polaka bardzo chciały pozyskać angielskie kluby, między innymi Tottenham, lecz ku zaskoczeniu wszystkich „Il Pistolero” ostatecznie wylądował w Herthcie Berlin. Wedle niemieckich mediów berliński klub zapłacił za jego transfer 22 mln euro plus bonusy, a wedle włoskich 27 mln euro plus bonusy. Tak czy owak nawet niższa kwota i tak była transferowym rekordem Herthy.
Nic dziwnego, że napastnik reprezentacji Polski został przez trenera berlińskiej drużyny Juergena Klinsmanna od razu rzucony do walki i Piątek już w miniony, nomen omen, piątek zaliczył blisko półgodzinny debiut w meczu z Schalke Gelsenkirchen (0:0). Został powitany przez fanów Herthy owacją i chociaż nie strzelił gola, to zebrał za swój krótki występ pochlebne recenzje. „Piątek, który trafił do Herthy w czwartek, na boisku był zwinny, aktywny i agresywny, a w 73. minucie był bardzo bliski zdobycia premierowej bramki” – ocenił występ 24-letniego polskiego napastnika branżowy tygodnik „Kicker”.
Obiektywnie rzecz ujmując nie było to jednak „wejście smoka” na miarę Erlinga Haalanda. Już mecz z Schalke dobitnie pokazał, że Piątek w Herthcie, z którą związał się 4,5-letnim kontraktem, będzie miał w rywalizacji o koronę króla strzelców niewielkie szanse nie tylko w tym sezonie, co jest oczywiste, ale też w kolejnych, bo berlińska drużyna znana jest z niedużej aktywności w ofensywie i ma na koncie najmniej celnych strzałów w lidze. Gra głównie z kontrataku, co być może pod wodzą trenera Klinsmanna, wybitnego przecież kiedyś napastnika, będzie powoli się zmieniało na bardziej odważne taktyczne schematy, ale na razie to odległa perspektywa. „O tym, czy Piątek jest w stanie regularnie strzelać gole, na razie za wcześnie przesądzać. W spotkaniu z Schalke nie potwierdził opinii specjalisty od zapewniania swojej drużynie zwycięstw 1:0 po jego trafieniach. Nie można go za to potępiać, bo musiał poradzić sobie z trudnościami związanymi z transferem i aklimatyzacją w nowym klubie, a poza tym musimy pamiętać, że wszedł z marszu do źle już wcześniej funkcjonującego zespołu” – napisał w komentarzu pomeczowym „Berliner Zeitung”.
Na kolejną okazje do gry Piątek nie będzie czekał długo, bo już w najbliższy wtorek ma wyjść w pierwszym składzie przeciwko Schalke w spotkaniu trzeciej rundy Pucharu Niemiec.
Kownacki nadal rozczarowuje
Wypada trzymać kciuki, żeby mu się w Herthcie powiodło, chociaż ten klub z dawnych czasów ma opinię wykańczalni dla polskich piłkarzy. Nie powiodło się tu kilku reprezentantom naszego kraju – Bartoszowi Karwanowi, Piotrowi Reissowi, Arturowi Wichniarkowi, Tomaszowi Kuszczakowi, a nawet Łukaszowi Piszczkowi, chociaż jemu akurat najmniej. Póki co Piątek może się jednak cieszyć pozycją najdroższego polskiego piłkarza kupionego przez niemiecki klub. Przed nim numerem 1 był 23-letni Dawid Kownacki, za którego Fortuna Duesseldorf latem ubiegłego roku zapłaciła Sampdorii Genua 7,5 mln euro. Był to rekordowy transfer w jej historii. Dzisiaj działacze tego klubu zaczynają pluć sobie w brodę, bo Kownacki zawodzi ich oczekiwania. W tym roku po nieudanym początku wylądował na ławce rezerwowych. W minioną sobotę w meczu z Eintrachtem Frankfurt (1:1) pojawił się na boisku dopiero na ostatnie 20 minut.
Trzeba zatem się cieszyć, że Lewandowski, chociaż trafił do Bundesligi z Lecha Poznań tylko za skromne 4,5 mln euro, jest dzisiaj już niekwestionowaną megagwiazdą niemieckiej ekstraklasy.

Siódmy gol Lewego

Robert Lewandowski najwyraźniej tylko w kadrze Jerzego Brzęczka ma problem ze zdobywaniem bramek. W meczu Byaernu Monachium z RB Lipsk w 4. kolejce Bundesligi trafił do siatki już w 3. minucie spotkania. Było to już jego siódme ligowe trafienie w tym sezonie. „Lewy” prowadzi w klasyfikacji strzelców niemieckiej ekstraklasy.

W sobotnim meczu 4. kolejki Bundesligi z RB Lipsk (1:1) Robert Lewandowski zdobył już siódmą ligową bramkę w sezonie i jest jak na razie najskuteczniejszym graczem niemieckiej ekstraklasy. Zajmujący drugą lokatę w zestawieniu Paco Alcacer z Borussii Dortmund i Timo Werner z RB Lipsk mają po pięć goli, a Marco Reus (Borussia Dortmund), Goncalo Paciencia (Eintracht Frankfurt), Wout Weghorst (VfL Wolfsburg), Yuya Osako (Werder Brema), Ruben Vargas (Augsburg), Niclas Fuellkrug (Werder Brema) i Sebastian Andersson (Union Berlin) mają na koncie po trzy gole. Kapitan reprezentacji Polski każdy z ośmiu ostatnich sezonów Bundesligi kończył na podium klasyfikacji strzelców, ale żadnego z nich nie zaczął tak dobrze jak obecnego, w którym siedem trafień w dorobku ma już po czterech kolejkach. Najszybciej siedem goli strzelił w rozgrywkach 2015/2016, wtedy potrzebował na to pięciu występów.

Sobotnią potyczkę z prowadzącym w rozgrywkach RB Lipsk bawarski zespół zaczął imponująco, bo po dwójkowej akcji Thomasa Muellera z Lewandowskim Bayern objął prowadzenie. Mistrzowie Niemiec starali się pójść za ciosem, ale choć mieli kilka świetnych okazji do podwyższenia wyniku, to jednak gola już nie zdobyli. Do tego w ostatniej minucie pierwszej połowy popełnili błąd. Po faulu Lucasa Hernandeza w polu karnym sędzia podyktował rzut karny dla gospodarzy, którego na wyrównującego gola zamienił Emil Forsberg.

Bayern po przerwie nie grał już tak dobrze jak w pierwszej połowie, co przyznał szczerze sam Lewandowski. „W pierwszej części spotkania zagraliśmy super, a do rzutu karnego rywale nie widzieli naszej bramki. W ostatniej minucie straciliśmy bramkę w głupiej sytuacji, a w drugiej połowie nie zagraliśmy już na takim poziomie, jak w pierwszej. To są głupio stracone punkty” – narzekał nie bez powodów „Lewy”. Nie ulega jednak wątpliwości, że jeśli bawarski zespół ustabilizuje swoja formę na poziomie prezentowanym do przerwy spotkania z RB Lipsk, dla rywali w Bundeslidze może okazać się nie do pokonania. A przecież już w tym tygodniu rozpoczynają się zmagania w Lidze Mistrzów.

Mająca ambicje przełamania hegemonii Bayernu Borussia Dortmund rozgromiła w 4. kolejce u siebie Bayer Leverkusen 4:0. W ekipie BVB zabrakło kontuzjowanego Łukasza Piszczka. Całe spotkania rozegrali natomiast Dawid Kownacki w Fortunie Duesseldorf (1:1 z Wolfsburgiem) i Rafał Gikiewicz w bramce Unionu Bertlin (1:2 z Werderem Brema). Gikiewicz obronił nawet karnego.

 

 

Lewandowski budzi podziw

Bayern Monachium zaczął sezon od remisu z Herthą Berlin u siebie 2:2, ale tydzień później w drugiej kolejce wygrał na wyjeździe z Schalke Gelsenkirchen 3:0. Wszystkie gole dla bawarskiej jedenastki w obu tych meczach strzelił Robert Lewandowski. Nasz piłkarz już na początku sezonu demonstruje rewelacyjną formę.

Tegoroczne wakacje były pierwszymi od wielu lat, gdy nazwisko Lewandowski nie pojawiało się w spekulacjach transferowych. „Lewy” odpoczywał w gronie rodziny, a w tym czasie jego agent negocjował z szefami Bayernu przedłużenie kontraktu. Obecna umowa kapitana reprezentacji Polski wygasała z końcem czerwca 2021 roku. Monachijski klub ma zasadę, że z zawodnikami po trzydziestce nie przedłuża umów na dłużej niż jeden sezon. I tak też chcieli postąpić jego szefowie w przypadku Lewandowskiego, lecz natrafili na zdecydowany sprzeciw. „Lewy”, który 21 sierpnia obchodził 31 urodziny, domagał się nowego kontraktu z datą ważności do końca czerwca 2023 roku. Przełom w negocjacjach nastąpił po meczu z Herthą. W świat poszła wieść, że Lewandowski będzie zawodnikiem bawarskiego potentata jeszcze przez cztery sezony. Takie umowy w praktyce oznaczają też podwyżkę uposażenia, ale wścibskie zwykle w tych sprawach niemieckie media tym razem nie drążyły tego tematu.

Nikt w Niemczech tego stanu rzeczy negatywnie nie komentuje. Odkąd Lewandowski przestał zabiegać o transfer, a zaczął wychwalać jakość swojego życia w Monachium oraz sugerować, że jest gotów do końca kariery grać w Bayernie, gorąca atmosfera wokół niego wystygła, a jeśli coś ją podgrzewa, to tylko kolejne gole „Lewego”. Mecz z Schalke był popisem kapitana reprezentacji Polski. Pierwszego gola strzelił z karnego, drugiego z rzutu wolnego, a trzeciego po indywidualnej akcji w polu karnym rywali. Hat-trick był jego kapitalną odpowiedzią na strzelecką szarżę napastnika Borussii Dortmund Paco Alcacara. Hiszpan w piątkowym meczu z FC Koeln (3:1) zaliczył trafienie i z trzema bramkami na koncie objął prowadzenie w klasyfikacji strzelców Bundesligi. W sobotę Lewandowski dobitnie udowodnił, że w tym sezonie także zamierza walczyć o strzelecką koronę – już piątą w jego dorobku.

Na pomeczowej konferencji trener Bawarczyków Niko Kovac z uznaniem skomentował wyczyn Lewandowskiego. „Jego skuteczność, która wynika z umiejętności zachowania zimnej krwi pod bramką przeciwników, są godne podziwu. Mogę mieć tylko nadzieję, że Robert utrzyma tę dyspozycję w kolejnych meczach” – stwierdził szkoleniowiec ekipy Bayernu.
W meczu z Schalke Polak skradł show nowym graczom, których na boisku pojawiło się trzech – Lucas Hernandez, Philippe Coutinho i Ivan Perisić. Podziw dla polskiego gracza na Twitterze wyraził Philippe Coutinho. „On jest legendą i wielkim piłkarzem. Widziałem już jak strzela gole na treningach. Dziś zdobył hat-tricka. Gratuluję mu” – napisał Brazylijczyk.
Tak jak Lewandowski utrzymał pozycję lidera w tabeli strzelców Bundesligi, tak pierwsze miejsce utrzymała też Borussia Dortmund, która wygrała na wyjeździe 3:1 z FC Koeln. Asystę przy golu na 2:1 zapisał na swoje konto Łukasz Piszczek, który rozegral całe spotkanie i otrzymał za swój występ wysokie oceny.

Cały mecz w barwach Unionu Berlin rozegrał też bramkarz Rafał Gikiewicz, a grający w Fortunie Dawid Kownacki w spotkaniu z Bayerem Leverkusen (1:3) pojawił się na boisku dopiero w 59. minucie, gdy jego zespół przegrywał już 0:3.

 

Neymar przecenił swoją wartość

Narzuconego swego czasu przez UEFA europejskim klubom tzw. finansowe fair play, wciąż jest skutecznie omijane, skoro transferowym szaleństwo trwa. Od 1 lipca swoje rekordy w wydatkach na nowych piłkarzy pobiło 30 klubów z najbogatszych europejskich lig. Ten rynek szacowany jest na ponad 3 mld euro, więc największe transakcje jeszcze przed nami.

Najdroższym obecnie piłkarzem na świecie i w ogóle w historii futbolu, jest Brazylijczyk Neymar. Dwa lata temu Paris Saint-Germain, a bardziej adekwatne byłoby stwierdzenie, że katarscy właściciele paryskiego klubu, wykupili tego 25-letniego wówczas gracza z FC Barcelona za rekordowe 222 mln euro. Nie była to jednak udana inwestycja, bo w dwóch kolejnych sezonach brazylijski gwiazdor dziwnym trafem doznawał kontuzji stopy w najważniejszej części sezonu, gdy trzeba było walczyć o wymarzone przez mecenasów Paris Saint-Germain najwyższe laury w Lidze Mistrzów. W tym roku sytuacja się powtórzyła – w lutym Neymar znów miał problemy z kostką i nie pomógł w walce w Champions League, w maju został oskarżony przez jedną z rodaczek o gwałt, przez co w czerwcu trener Tite najpierw odebrał mu opaskę kapitana reprezentacji Brazylii, a potem w ogóle usunął z zespołu pod pozorem odnowienia się urazu. Jak wiadomo ekipa canarinhos wygrała turniej Copa America. Ten sukces był potężnym ciosem w piłkarski wizerunek Neymara.

Inni znani piłkarze w takich niesprzyjających im okolicznościach próbują „odrobić straty” jak najlepszymi występami w klubowym zespole, ale nie Neymar. On postępuje wręcz przeciwnie – mając za sobą wybitnie nieudany sezon, sądowe sprawy za gwałt i niezapłacone podatki, postanowił w tak trudnym momencie swojej kariery zmienić pracodawcę.

Nawet gwiazdy nie wszystko mogą

Medialne spekulacje najczęściej sugerują, że Brazylijczyk chce już w tym okienku transferowym wrócić do FC Barcelona. Nie będzie to jednak takie proste, jak być może piłkarzowi i jego najbliższemu otoczeniu się wydaje. Po pierwsze, nawet jeśli szefowie Paris Saint-Germain na to się zgodzą, z pewnością zażądają za transfer co najmniej 222 mln euro, co już może stanowić problem, bo po dwóch nieudanych sezonach Neymar nie jest wart takich pieniędzy. Zresztą on sam poniekąd znacznie przecenił swoją wartość, bo jak wieść niesie w negocjacjach z szefami FC Barcelona zgodził się ponoć na obniżkę wynagrodzenia o połowę.

I ta właśnie informacja doprowadziła do furii prezesa PSG Nassera Al-Khelaifiego, który dość spokojnie znosił wcześniejsze wybryki brazylijskiego gwiazdora – tygodniowe spóźnienie z urlopu, odmowę podjęcia treningów z zespołem czy występów w spotkaniach sparingowych, a nawet jego skandaliczne wypowiedzi w mediach społecznościowych, jak ta o najlepszym wspomnieniu z dotychczasowej kariery, w której stwierdził, że jest nim występ w barwach Barcelony w wygranym 6:1 meczu z… Paris Saint-Germain w Lidze Mistrzów. Katarski miliarder nie zdzierżył jednak wieści, że piłkarz, któremu on rocznie płaci 47 mln euro, jest gotów grać w Barcelonie za połowę tej kwoty.

Zagroził więc Neymarowi, że zgotuje mu los jakiego doświadczył Adrien Rabiot, czyli odeśle do rezerw, może nawet do końca kontraktu. Katarczyka niewątpliwie stać na taką rozrzutność, więc Neymar spuścił z tonu i wrócił do PSG. Ale negocjacje w sprawie jego odejścia nadal trwają. Co ciekawe, FC Barcelona w ramach rozliczenia transferu Neymara jest ponoć skłonna oddać do paryskiego klubu dwóch swoich zawodników, którzy okazali się przepłaconymi pomyłkami transferowymi – Brazylijczyka Philippe Coutinho oraz Francuza Ousmane Dembele.

Czy coś z tego wyjdzie, na razie nie wiadomo, ale agent Neymara zaoferował usługi swojego klienta także innym potentatom na europejskim rynku – Realowi Madryt, Juventusowi Turyn, Bayernowi Monachium i Manchesterowi United. Wątpliwe jednak by któryś z tych klubów był skłonny wyłożyć aż 222 mln euro, chociaż faktem jest, że ceny za piłkarzy wciąż rosną w szaleńczym tempie.

Piłkarze coraz drożsi, ale czy lepsi?

Tego lata swoje rekordy transferowe pobiło już 30 klubów z najbogatszych lig europejskich, a szacuje się, że łączna kwota przeprowadzonych transakcji do zamknięcia „okienka transferowego” może przekroczyć nawet granicę 3 mld euro. W Anglii poza Manchesterem City (Rodriego Hernandez – 70 mln euro) i Tottenhamem (Ndombele – 60) swoje rekordy pobiły np. Leicester City (Youri Tielemans – 45), Wolverhampton (Raul Jimenez – 38) czy Aston Villa (Wesley – 25). W Bundeslidze obok Bayernu Monachium (Hernandez – 80) i Borussii Dortmund (Hummels – 30,5) rekordy pobito w Bayerze Leverkusen (Kerem Demirbay – 32) i Eintrachcie Frankfurt (Djibril Sow – 9), a nawet w Fortunie Duesseldorf (Dawid Kownacki – 8 mln euro). W Hiszpanii poza Atletico (Felix – 126) swoje rekordy pobiły na razie tylko FC Sevilla (Jules Kounde – 25) i Espanyol Barcelona (Matias Vargas – 10,5), ale wszystkie kluby Primera Division wydały na nowych zawodników już ponad miliard euro.

We Włoszech na razie nie pobito ubiegłorocznego rekordowego wydatku Juventusu Turyn na Cristiano Ronaldo (111 mln euro plus bonusy), ale turyński klub w minioną środę sfinalizował transfer 19-letniego holenderskiego obrońcy Ajaksu Amsterdam Matthijsa de Ligta, płacąc za niego 75 mln euro plus 10 mln euro bonusów za wyniki osiągnięte w trakcie pięcioletniego kontraktu. Na tym tle transferowe rekordy Sampdoria Genua (Emil Audero – 20 mln euro), Genoi (Stefano Sturaro – 16,5), Atalanty Bergamo (Luis Muriel – 15), Bologny (Riccardo Orsolini – 15) i SPAL 2013 (Andrea Petagna – 12 mln euro) nie wypadają może okazale, potwierdzają jednak znakomicie obowiązującą tendencję.

 

Kadra U-21 poniosła klęskę

Klęska naszej młodzieżowej reprezentacji w meczu z Hiszpanami 0:5 przekreśliła marzenia jej piłkarzy o medalu w mistrzostwach Europy oraz o awansie do turnieju olimpijskiego w Tokio. Nie to jednak jest najgorszą konsekwencją tej sromotnej porażki.

Wygrane przez biało-czerwonych podczas turnieju we Włoszech mecze z Belgią (3:2) i gospodarzami imprezy (1:0) na pewno zasługują na uznanie, ale z pewnością nie na podziw. Nasi młodzi piłkarze mieli w tych spotkaniach po prostu mnóstwo szczęścia i dość sił, żeby uporczywym bieganiem za piłką trochę zrównoważyć brak umiejętności gry w piłkę. Ich styl gry raził siermiężnością i schematyzmem, bo trener Czesław Michniewicz miał tylko jeden taktyczny pomysł, obrazowo przez futbolowych znawców nazwany „autobusem”. Polegał ona na tym, że na linii pola karnego ustawiał jeden rządek obrońców, a dwadzieścia metrów dalej drugi. Zadaniem graczy ustawionym w tych zasiekach jak słupy było przede wszystkim przeszkadzanie rywalom w oddaniu strzału na bramkę strzeżoną przez prezentującego znakomitą formę Kamila Grabarę. W tej koncepcji istotną rolę miał też odegrać wystawiony samotnie na szpicy Dawid Kownacki, niestety, tuż przed turniejem doznał kontuzji i ani w meczu z Belgami, ani Włochami swojej roli porządnie nie odegrał, a z Hiszpanami już nawet nie zagrał, bo odezwał się niezaleczony do końca uraz i nie było sensu narażać chłopaka na jego pogłębienie.

Rywalizacja drużyn juniorskich i młodzieżowych jest prowadzona po to, żeby wychować i wyszkolić zawodników na potrzeby pierwszej reprezentacji. A skoro tak, to rozpaczliwe „murowanie bramki” i gra w stylu „obrony Częstochowy” wymuszone przez Michniewicza to nie jest najlepszy pomysł na przyszłość. Wiadomo jednak, że obecnym władzom PZPN na potrzeby wizerunkowe bardzo potrzebny był sukces w tegorocznych mistrzostwach świata U-20 rozegranych na przełomie maja i czerwca w Polsce oraz mistrzostwach drużyn do lat 21 obecnie rozgrywanych we Włoszech i San Marino. I to sukces wymierny, czyli medale lub jak w przypadku młodzieżówki Michniewicza awans do turnieju olimpijskiego. Bo z takim wynikiem w dorobku obecna ekipa rządząca polską piłką w najbliższych wyborach mogłaby odrzucić sztandarowy zarzut opozycji pod swoim adresem, że markuje zaangażowanie w szkolenie młodzieży i że nie ma na tym polu żadnych wymiernych osiągnięć.
Niewykluczone, że dla tego celu Michniewicz poświęcił sportowe ambicje Grabary, Bielika, Żurkowskiego, Szymańskiego czy Kownackiego i zamiast pozwolić im na beztroskie pogranie w piłkę z rówieśnikami z Belgii, Włoch i Hiszpanii, zmusił tych chłopaków do ośmieszenia się nakazując im grać topornie i bez najmniejszego wdzięku. Włosi i Belgowie z Polakami co prawda przegrali, ale wszyscy widzieli, że to oni lepiej grali w piłkę. Wynik w kategoriach młodzieżowych jest sprawą drugorzędną, liczy się piłkarska jakość, technika panowania nad piłką, odwaga w podejmowaniu boiskowych decyzji i fantazja w konstruowaniu akcji ofensywnych. Piłkarzy tak grających kluby pożądają i takich kupują za dziesiątki milionów euro.

Jeśli o coś jeszcze można mieć pretensje do Michniewicza, to o to, że chociaż w kadrze na MME 2019 wybrał grupę utalentowanych zawodników, to w trakcie imprezy „orał” tylko kilkunastoma z nich (Grabara, Pestka, Bielik, Wieteska, Żurkowski, Szymański, Fila, Michalak, Dziczek zagrali we wszystkich trzech spotkaniach). Dla porównania, trener Hiszpanów po wygranym meczu z Belgią przeciwko Polakom wystawił skład z pięcioma nowymi zawodnikami, a na dodatek nie znalazł miejsca dla nominalnego napastnika. Bo słusznie doszedł do wniosku, że schematyczny „autobus” Polaków najlepszym sposobem będzie słynna tiki-taka wypracowana wiele lat temu przez zespół Barcelony pod wodzą Pepa Guardioli. Najgorsze jest jednak to, że chociaż Hiszpanie już do przerwy prowadzili 3:0, selekcjoner biało-czerwonych swojej taktyki do końca nie zmienił.
Dlatego trochę dziwi fakt, że prezes PZPN Zbigniew Boniek jeszcze przed turniejem we Włoszech wbrew swoim zwyczajom przedłużył Michniewiczowi kontrakt na kolejne dwa lata i powierzył kolejny rocznik U-21. Może myśli, że nikt już w Polsce nie pamięta, że ten facet był swego czasu mocno zaprzyjaźniony z niesławnej pamięci Ryszardem F., ps. Fryzjer, z czego Michniewicz nigdy się publicznie nie wytłumaczył. Może nie należy już czegoś takiego oczekiwać od kogoś, kto prowadzi wprawdzie kadrę młodzieżową, ale złożoną z zawodowych piłkarze zarabiający miliony złotych?

 

Dostali tęgie lanie na pożegnanie

Hiszpańscy piłkarze dość bezceremonialnie przerwali krótki sen o potędze młodzieżowej reprezentacji Polski i jej trenera Czesława Michniewicza. Biało-czerwoni przegrali z nimi 0:5 i ostatecznie w mistrzostwach Europy do lat 21 zajęli nic nie dające 3. miejsce w grupie A.

Pięć bramek nie odzwierciedla różnicy klas dzielących oba zespoły. Hiszpanie przy większym szczęściu mogli zdobyć jeszcze drugie tyle goli. Trener polskiej drużyny Czesław Michniewicz nic nie zmienił w taktyce, jaka przyniosła mu zaskakujące powodzenie we wcześniejszych spotkaniach z Belgami (3:2) i (1:0). Ponownie ustawił swoich piłkarzy w dwóch liniach i kazał im bronić strefowo dostępu do pola karnego. Tej taktyki nie zmienił do końca spotkania, chociaż już w pierwszym kwadransie rywale oddali na bramkę Kamila Grabary aż 11 strzałów. W końcu osiągnęli efekt w 16. minucie objęli prowadzenia, a na przerwę schodzili z przewagą trzech goli, która zapewniała im pierwsze miejsce w grupie A, awans do półfinału mistrzostw Europy oraz olimpijskie paszporty do przyszłorocznych igrzysk w Tokio.

Biało-czerwoni zagrali w spotkaniu z Hiszpanią bez swojego najskuteczniejszego strzelca i lidera zespołu Dawida Kownackiego, któremu w meczu z Włochami odnowiła się kontuzja. Ale nawet z nim w składzie wybrańcy trenera Michniewicza nie mieliby żadnych szans na wywalczenie korzystnego rezultatu, czyli co najmniej remisu. Nasi piłkarze odstawali od swoich hiszpańskich rówieśników nie tylko umiejętnościami gry indywidualnej i zespołowej, w technice operowania piłką czy w kreatywności przy konstruowaniu akcji ofensywnych, lecz także pod względem kondycyjnym, a nawet w poziomie zaangażowania. Reprezentacja U-21 wraca zatem z mistrzostw na tarczy i na dodatek upokorzona.

 

Zaskakujący sukces młodzieżówki

Od niedzieli 16 czerwca we Włoszech i San Marino trwają mistrzostwa Europy drużyn do lat 21. Reprezentacja Polski w pierwszym spotkaniu dość nieoczekiwanie pokonała faworyzowaną Belgię 3:2. W drugim meczu grupy A Włosi pokonali Hiszpanię 3:1. W środę biało-czerwoni zmierzą się z gospodarzami turnieju. Awans do półfinału turnieju zapewnia promocje do przyszłorocznych igrzysk olimpijskich w Tokio.

W mistrzostwach Europy reprezentacji młodzieżowych, od 1978 roku rozgrywanych w formule U-21, nasi młodzi piłkarze ani razu nie przebili się do półfinału turnieju, nie mają zatem w dorobku żadnego medalu tej imprezy. Dwa lata temu młodzieżowcy walczyli o prymat w Europie na polskich stadionach. Niestety, PZPN nie potrafił przygotować na ten turniej odpowiednio mocnej drużyny. Biało-czerwoni prowadzeni przez Marcina Dornę nie wyszli nawet z grupy. Była to sportowa porażka, bo Dorna nie miał w kadrze nieudaczników. Dowodzi tego choćby fakt, że z tamtej ekipy Jerzy Brzęczek powołuje dzisiaj Tomasza Kędziorę, Jana Bednarka, Karola Linettego, Dawida Kownackiego, Przemysława Frankowskiego i Krzysztofa Piątka, a oprócz nich o kadrę otarli się lub ocierają Jarosław Jach, Paweł Dawidowicz, Paweł Jaroszyński, Adam Buksa, Bartosz Kapustka i Mariusz Stępiński.

Prezes PZPN Zbigniew Boniek czasem potrafi uczyć się na własnych błędach, a że osobiście bardzo mu zależało, żeby w dwóch tegorocznych imprezach z udziałem reprezentacji młodzieżowych dobrze wypaść, do prowadzenia kadry U-20, która na przełomie maja i czerwca wystąpiła w roli gospodarza rozgrywanych w naszym kraju mistrzostw świata, zatrudnił byłego trenera Legii Warszawa Jacka Magierę, natomiast do prowadzenia kadry U-21 trenerskiego weterana Czesława Michniewicza.

Michniewicz lepszy od Magiery

Magiera miał łatwiej, bo jego zespół jako gospodarz mundialu U-20 nie musiał przebijać się przez eliminacje, lecz może właśnie dlatego zbudowany przez niego zespół zdołał tylko wyjść z grupy i odpadł w 1/8 finału. Michniewicz miał zadanie nieporównanie trudniejsze, bo musiał ze swoją ekipą awans do turnieju we Włoszech i San Marino wywalczyć. Dokonał tego dopiero w barażach, w których biało-czerwoni pokonali Portugalczyków, rywali także w futbolu młodzieżowym z górnej europejskiej półki. W losowaniu grupowych przeciwników nasi młodzi piłkarze nie mieli szczęścia, bo trafili do grupy A z gospodarzami turnieju Włochami, Hiszpanią i Belgią. Dlatego nikt nie stawiał przed nimi wygórowanych żądań.

Sytuację zmienił zwycięski mecz z reprezentacją Belgii, której pierwsza reprezentacja jest obecnie numerem 1 w rankingu FIFA (Polska zajmuje w nim 19. miejsce). W tym kraju szkolenie młodych piłkarzy stoi na wysokim poziomie i trener Johan Walem miał znacznie większy wybór wysokiej klasy zawodników niż Michniewicz, dlatego w jego kadrze zabrakło kilku znanych już graczy z tego rocznika, regularnie powoływanych do pierwszej reprezentacji kraju. Bez nich też jednak byli uważani za faworytów, a już na pewno w spotkaniu z Polakami.

Porażka 2:3 była dla Belgów szokiem. „Na tym poziomie margines błędu jest bardzo mały. Nie wystarczy dobrze grać przez pierwsze 25 minut. Zaczęliśmy doskonale, a później straciliśmy dobry rytm i pojawiało się coraz więcej problemów. Pierwszy gol dla Polaków nigdy nie powinien paść, a ich drugie trafienie podcięło nam skrzydła” – narzekał trener Johan Walem przed kamerami telewizji RTBF. Złości nie kryli też belgijscy piłkarze. Strzelec drugiej bramki dla Belgów Dion Cools stwierdził: „Polacy zaskoczyli nas golem z rzutu rożnego i gra się posypała”. Bardziej nieuprzejmy w ocenie rywali był obrońca Elias Cobbaut: „Polacy strzelili nam szmaciane gole. Mieli cztery okazje i trafili trzy razy”.

Czesław Michniewicz, dla którego dobry wynik w mistrzostwach Europy może okazać się punktem zwrotnym w podupadłej ostatnio trenerskiej karierze, po spotkaniu z Belgami stonował optymizm. „W każdej rywalizacji trzeba mieć trochę szczęścia, a my tego wieczoru mieliśmy wszystko” – ocenił na łamach serwisu internetowego PZPN. W środę 19 czerwca biało-czerwonych czeka jednak jeszcze trudniejsze wyzwanie – mecz z gospodarzami turnieju Włochami. Tym razem Polacy nie mogą liczyć na efekt zaskoczenia, bo ich zwycięstwo nad Belgami zostało w Italii zauważone i szeroko komentowane.

Przejmą kadrę za dwa lata?

Włosi wierzą w wygraną swojego zespołu, ale doceniają siłę polskiego zespołu i podkreślają, że kilku graczy z kadry Michniewicza już występuje w zagranicznych klubach (Dawid Kownacki jest graczem Sampdorii Genua wypożyczonym do Fortuny Duesseldorf, Kamil Grabara z FC Liverpool został wypożyczony do duńskiego AGF Aarhus), Krystiana Bielika Arsenal wypożyczył do trzecioligowego Charlton Athletic, Karol Świderski ostatni sezon spędził jako zawodnik PAOK Saloniki i Jakub Piotrowski z KRC Genk), kolejni latem pójdą w ich ślady (po transferach są już Sebastian Szymański, który odejdzie z Legii Warszawa do Dynama Moskwa, Szymon Żurkowski sprzedany przez Górnika Zabrze do Fiorentiny oraz Konrad Michalak oddany przez Lechię Gdańsk do rosyjskiego klubu Achmat Grozny, a do zmiany klubów szykują Robert Gumny z Lecha Poznań, Patryk Dziczek z Piasta Gliwice i Mateusz Wieteska z Legii Warszawa, a chęć na to mają też pozostali gracze kadry.

Warto zapamiętać te nazwiska, bo po Euro 2020 piłkarze z tego pokolenia zaczną wypierać z pierwszej reprezentacji zawodników dzisiaj już mających trzydzieści i więcej lat, jak Łukasz Fabiański, Kamil Glik, Kamil Grosicki, Jakub Błaszczykowski czy Grzegorz Krychowiak. Trener Brzęczek lub jego następca może mieć wkrótce prawdziwy kłopot bogactwa na każdej pozycji. Niestety, będzie się musiał sporo po Europie najeździć, bo w kadrze nie będzie miał ani jednego zawodnika z naszej ekstraklasy.

 

Kadra Brzęczka trochę się sypie

Z 28 piłkarzy powołanych przez Jerzego Brzęczka na mecze z Macedonią Północną i Izraelem, z kadry wypadli z powodu kontuzji Wojciech Szczęsny i Arkadiusz Reca, zaś Dawida Kownackiego, Sebastiana Szymańskiego i Roberta Gumnego selekcjoner odesłał na zgrupowanie szykującej się do mistrzostw Europy reprezentacji młodzieżowej.

Po marcowych meczach reprezentacja Polski prowadzi w grupie G z kompletem sześciu punktów i bilansem bramkowym 3:0 (z Austrią 1:0, z Łotwą 2:0). Najbliżsi przeciwnicy naszych piłkarzy zajmują dwa kolejne miejsca w tabeli. Drugi Izrael wygrał z Austrią 4:2 i zremisował ze Słowenią 1:1 (4 pkt, bramki 5:3), a trzecia Macedonia Północna pokonała 3:1 Łotwę i zremisowała 1:1 ze Słowenią (4 pkt, bramki 4:2). Oczywiście kibice w tych krajach nie dopuszczają nawet myśli, że ich drużyny przegrają z Polakami.

U nas też panuje powszechne przekonanie, że chociaż ostatnio reprezentacja nie zachwyca swoją grą, to w tej grupie Lewandowski i spółka „nie mają z kim przegrać”, dlatego oczekuje się od ekipy Brzęczka dwóch kolejnych zwycięstw. „Zdajemy sobie sprawę, że w marcowych spotkaniach z Austrią i Łotwą nie zagraliśmy tak, jak oczekiwaliśmy. Przeanalizowaliśmy te mecze i wiemy, co powinniśmy poprawić, żeby wejść na poziom, który ta drużyna jest w stanie zaprezentować. Ale mecze o punkty to nie jest czas na eksperymenty. Naszym celem jest zakwalifikowanie się do mistrzostw Europy, a sześć punktów jeszcze awansu nie daje, musimy w czekających nach meczach zagrać z maksymalnym zaangażowaniem. Macedonia i Izrael nie należą do światowej czołówki, ale to solidne drużyny. Trzeba będzie z nimi zagrać z maksymalnym zaangażowaniem, bo myślenie, że wystarczą tylko umiejętności, to wielki błąd” – mobilizuje swoich graczy Brzęczek.

W podobny ton uderzył też kapitan naszej reprezentacji Robert Lewandowski, ale on ostatnio apele o maksymalna mobilizację powtarza przed każdym zgrupowaniem. Niestety, nie zawsze są to apele skuteczne. Tym razem „Lewy” przypomniał kolegom, że w przeszłości nasza drużyna miała problemy z utrzymaniem koncentracji zwłaszcza w drugich spotkaniach, granych w krótkim odstępie czasowym po pierwszym meczu. Tym razem biało-czerwoni będą w tym drugim starciu walczyć z zespołem Izraela.

Czy to wystarczy, przekonamy się już w najbliższy piątek. Do gry o punkty eliminacji Euro 2020 zostało Brzęczkowi 23 zawodników, z których drobne problemy zdrowotne mają Kamil Glik (przeciążenie ścięgna Achillesa) i Maciej Rybus (naciągnięcie mięśnia dwugłowego). Pozostali są ponoć w pełni sił, chociaż na różnym poziomie wytrenowania, bo rozgrywki ligowe w Europie skończyły się w maju. Kamil Grosicki na przykład ostatni mecz zagrał na początku maja, potem zdążył wyskoczyć na dwutygodniowy urlop, z którego przyjechał prosto do Polski i ponownie podjął treningi.

Selekcjoner biało-czerwonych zapewniał jednak na zwyczajowej konferencji prasowej, że jest zadowolony stanem fizycznym kadrowiczów. „Większość piłkarzy zakończyła sezon więcej niż dziesięć dni przed meczami z Macedonią i Izraelem, dlatego też zaczęliśmy zgrupowanie nieco wcześniej. Intensywność czwartkowych i piątkowych treningów była już bardzo wysoka” – zapewniał Brzęczek. Uciął też spekulacje na temat obsady reprezentacyjnej bramki pod nieobecność Szczęsnego. „W tej kwestii sprawa jest jasna. Numerem jeden jest Wojtek, ale mamy wspaniałych zawodników na tej pozycji. Teraz podstawowym bramkarzem będzie oczywiście Łukasz Fabiański, który jest zawodnikiem na podobnym poziomie” – zakończył trener Jerzy Brzęczek.