Grzechy autokratów

Autokracja jest zapewne tak stara jak ludzkość, chociaż przywództwo wśród stadnych zwierząt też „od zawsze” było widoczne. Nie zgadzam się z tymi, którzy autokrację wiążą tylko z zarządzaniem państwem. Autokratą można być (albo próbować być) kierując małą firmą, korporacją, partią polityczną, państwem, ale także gminą, probostwem i całym kościołem – nie tylko katolickim.

Skłonność do autokracji jest niewątpliwie cechą charakteru, ale także przekonania, że w ogóle, albo w konkretnym czasie i miejscu koncentracja władzy we wszystkich dziedzinach, jest najlepszym rozwiązaniem, lub jest wręcz konieczna.

Autokrata działający w skali państwa może być uważany za „dobrego” autokratę, jeśli konsekwentnie, ale względnie łagodnie realizuje powierzone mu lub zdobyte zadania władzy i osiąga korzystne dla „poddanych” wyniki. Staje się „złym” autokratą i na ogół przekształca stopniowo w dyktatora, jeżeli świadomie lub instynktownie traktuje podstawę zarządzania, czyli „delegowanie uprawnień”, jako niepotrzebną fikcję. O wszystkim decyduje sam. Popełnia wtedy błędy, które już nie budzą uznania i grożą mu nie tylko utratą pozycji, ale raptownym upadkiem. Zaczyna też wymuszać posłuszeństwo coraz bardziej brutalnymi metodami.

Autokrata jednak nie musi przekształcić się w dyktatora. Autokratą – piszę to z bojaźnią – jest każdy papież, chociaż wypracowany przez dwa tysiące lat wewnętrzny system ograniczeń i kontroli zapewnia względną sprawność jego działania. Autokratą, aby posłużyć się pozytywnym przykładem, próbował być w czasie wojny premier Winston Churchill. Autokratami, a potem dyktatorami, była większość władców Rzymu i królów – także polskich – jeszcze do xv – Xvi wieku.

Grzech główny

Wchodzenie w rolę autokraty najczęściej zaczyna się od przeświadczenia, często podtrzymywanego przez najbliższe otoczenie, że jest się człowiekiem znacznie inteligentniejszym od innych – w tym także uznanych autorytetów. To oczywiście przesada, ale jest też prawdą, że autokraci mają wysokie IQ i muszą mieć to, co nazywamy charyzmą. Następstwem przesady w ocenie inteligencji jest przekonanie, że w każdej sprawie ma się rację, że właśnie ta racja jest najlepsza dla jego firmy czy kraju. Ci, którzy się z tym nie zgadzają, a nawet mają tylko wątpliwości, przestają być lubiani, a jeśli się sprzeciwiają – stają się wrogami. Jeśli tych wrogów zwalcza się wszystkimi, nie zawsze zgodnymi z prawem i dobrymi obyczajami metodami, to znaczy, że już się przekracza jedną z granic między autokracją a dyktaturą.

Własna ideologia

W makroskali, a więc w skali określonego państwa czy narodu przekraczanie tej granicy staje się bardziej niebezpieczne, jeżeli tenże autokrata ma wymyślone przez siebie idee i koncepcje funkcjonowania państwa, wzmacniania pozycji jego narodu, patriotyzmu i definiowania sprawiedliwości. Najczęściej szczerze w nie wierzy, tak jak Hitler wierzył w wyższość Aryjczyków, a zwłaszcza Germanów, nad innymi rasami i narodami. To uzasadniało niszczenie niepotrzebnych światu „podludzi” w rodzaju Żydów i mniej posłusznych Słowian, oraz naturalne prawo Germanów do zawłaszczania potrzebnej przestrzeni życiowej. Wierzył też, że przez odpowiednie krzyżowanie tą przodującą, germańską rasę można jeszcze ulepszyć, tak jak tworzy się i ulepsza nowe rasy psów. Niesmacznie zażartuję, że wiem coś o tym, bo mam w domu efekt takich, ponad stuletnich krzyżówek – Niemieckiego Teriera Myśliwskiego.

Aby osiągnąć wyznaczone przez te idee cele, dyktatura powstała z autokracji może stopniowo ograniczać swobody obywatelskie, obsadzać wszystkie ważniejsze stanowiska posłusznymi wykonawcami, podporządkowywać media w taki sposób, aby zawsze pochwalały działania władzy, ustalać, co jest i co nie jest sprawiedliwe i za co należy karać. Może także – w trosce o korzystne dla swoich następców ukształtowanie poglądów młodzieży – ukierunkowywać sztukę i kulturę, łącznie z z przekształcaniem związanych z nimi obiektów w takie, które będą tą młodzież „odpowiednio” wychowywały.

Przekształcanie

Autokrata na ogół realizuje swoje koncepcje i upodobania, ale musie się jednak liczyć z opiniami nawet osłabionych struktur demokratycznych państwa, a w mikroskali np. rad nadzorczych i zarządów firm. Moment, w którym w skali państwa z autokraty staje się dyktatorem jest często trudny do uchwycenia. Moim zdaniem następuje to wtedy, kiedy zaczyna otwarcie kwestionować opinie i decyzje innych, formalnie nadal istniejących organów władzy, a potem znajdować coraz mniej legalne metody ich pomijania.

Dyktator – ciągle moim zdaniem – niemal zawsze ma początkowy okres, w którym jest „tylko” autokratą. U tych, w najnowszej historii Europy, zdobywali władzę legalnie, jak Hitler czy Mussolini, ten okres jest dłuższy. U tych, którzy zdobywali ja siłą, w drodze wojskowego czy politycznego zamachu stanu – jak Franco, Lenin a potem Stalin albo Castro, trwa nieco krócej. Oni nie mieli bowiem pewności, że „stara” administracja państwowa i resztka demokratycznych struktur kontroli będzie w stosunku do nich lojalna. Muszą więc szybciej dokonywać zmian, pozwalających na jej opanowanie i zapewnienie posłuszeństwa.

Jest wiele interpretacji różnic między autokracją i dyktaturą. Moim zdaniem autokrata staje się dyktatorem, jeżeli doprowadza do sytuacji, w której nawet istniejące organy kontroli nie mogą lub boją się go kontrolować, albo doprowadza do ich zaniku. To może być proces powolny, w którym zaczyna się np. najpierw kwestionować kompetencje a potem celowość istnienia władzy sądowniczej, a władza ustawodawcza przyjmuje poglądy i decyzje autokraty, jako nienaruszalną podstawę prawnych regulacji.

Po II wojnie, rozpadzie ZSRR i śmierci generała Franco wydawało się, że w Europie i Ameryce Północnej systemy demokratyczne tak dalece się umocniły, że już im nie zagrażają powroty do autokracji i dyktatury. Zapominano przy tym, że dwie, przedwojenne europejskie dyktatury powstawały w sposób legalny, były najpierw autokracją i stały się dyktaturami w wyniku poparcia zdecydowanej większości społeczeństwa.
Przypomnijmy otwarcie, choć to społecznie naganne, że najbardziej krwawy dyktator Europy – Adolf Hitler – wygrał wybory w 1933 roku i otrzymał nominację na kanclerza Niemiec z rąk prezydenta Hindenburga. Zdobył władzę całkowicie legalnie. Przypomnijmy też, że zarządzał krajem bardzo sprawnie, doprowadził do szybkiej odbudowy i rozbudowy mocno zdewastowanego w czasie pierwszej wojny przemysłu, rozwoju produkcji uzbrojenia, organizacji odnowionej armii – mimo traktatowych ograniczeń. Przez rozwój inwestycji gospodarczych i budowę autostrad niemal zlikwidowano bezrobocie, dochód narodowy i poziom życia ludności znacząco wzrastał.

Podobnie Mussolini, który już wcześniej, lansując hasła o uporządkowaniu kraju po pierwszej wojnie światowej i ochronie przed socjalizmem i komunizmem, utworzył partię faszystowską i w 1922 roku zorganizował jej „marsz czarnych koszul” na Rzym. Głównie z obawy przed krwawymi rozruchami król Wiktor Emanuel wręczył mu wtedy nominację na premiera. Też więc zdobył władze legalnie, choć stosując metodę zorganizowanego, społecznego nacisku.

Możemy tego nie zauważać i może nam się to nie podobać, ale Hitler w latach 1933 – 1939 cieszył się nie tylko poparciem, ale wręcz uwielbieniem zdecydowanej większości ludności Niemiec, a także wszystkich kościołów protestanckich i kościoła katolickiego. Sądzę, że gdyby nie zaczął II wojny przez atak na Polskę, powodując włączenie się do niej Francji, Anglii i USA, nie zaatakował później ZSRR, nie dopuścił do holokaustu i stosowania terroru, to mimo stania się dyktatorem wewnątrz Niemiec, autentyczne poparcie ludności z upływem lat nico by słabło, ale nadal było by wysokie. I zamiast słusznego wymazywania go z pamięci, jego pomniki stałyby teraz w Niemczech, jako zbawcy narodu.

Przywiązanie do władzy

Kolejnym grzechem autokratów na etapie ich przekształcania w dyktatorów jest niechęć do oddawania zdobytej władzy. Niemal klinicznym przykładem jest ostatnio Białoruś. Jeszcze 10 lat temu A. Łukaszenka cieszył się poparciem znacznej większości Białorusinów. Inteligencja białoruska zdawała sobie wprawdzie sprawę z już wprowadzanych ograniczeń w wolności słowa i grożącego więzieniem głoszenia innych poglądów, ale przeważały zalety rządów Łukaszenki. Porządek i czystość w miastach, widoczne zmiany w wyglądzie białoruskich wsi, zaniedbanych także przed wojną, dobre drogi, dobrze działająca służba zdrowia, znakomite sanatoria, niezły rynek i stabilizacja cen. Za zaletę uważano, że trzon gospodarki stanowiły nadal rentowne państwowe gospodarstwa rolne i że nie sprywatyzowano wielkich przedsiębiorstw przemysłowych. Moi znajomi Białorusini (w tym profesorowie) podkreślali równi3ż, że Łukaszenko – mimo wielu nacisków – nie dopuścił do ponownej utraty suwerenności Białorusi, która przez wiele lat była częścią ZSRR, a przed wojną także Polski.

Jednak w społeczeństwie stopniowo narastało niezadowolenie z ograniczeń swobody poglądów, tłumienia wszelkich prób rozwijania opozycji i stosowania represji wobec tych, którzy próbowali ją tworzyć. Czarę goryczy przelało ewidentne sfałszowanie wyników wyborów prezydenckich. Ktoś przesadził. Gdyby „ustalono” ich wyniki na umiarkowane zwycięstwo dotychczasowego prezydenta uzyskaniem np. 55%, czy nawet tak, jak w Polsce, minimalną przewagą głosów, to prawdopodobnie masowych objawów niezadowolenia i żądań „odejścia” prezydenta by nie było. Ale są. Gdyby Łukaszenko złożył rezygnację po pierwszej czy drugiej fazie tych protestów, to zapewne już żyłby spokojnie, w przyzwoitej willi, jako emerytowany prezydent. Ale nie chciał odejść i zdecydował się zostać „prawdziwym” dyktatorem, opierającym swą władzę tylko na lojalności siłowych struktur państwa, czyli służbach bezpieczeństwa i wojsku.

Instrumenty władzy – ludzie i ich poglądy

Istotnym grzechem autokracji bywa zmienianie upodobań ludności i mentalności młodzieży na takie, które zdaniem autokraty są właściwe i korzystne dla kraju. Autokrata może to osiągać albo przez nieustanne podkreślanie zasług, albo odwrotnie – przez krytykowanie i odrzucanie określonych grup społecznych. Może wspierać się odpowiednim interpretowaniem religii przeważającej w danym kraju, opiniami naukowców i pseudonaukowców, w końcu pomocą członków swojej „gwardii”. Chętni do współpracy zawsze się znajdą.

W końcu ostatnim z ważnych, i zawsze występujących grzechów autokraty, jest klasyfikowanie ludzi obejmujących kluczowe stanowiska w państwie w mniejszym lub zerowym stopniu według ich kompetencji, a bardziej według oceny ich wierności. Wprowadzanie też niepisanych zasad, że powinno się ich chronić przed konsekwencjami błędów a nawet przestępstw, tolerować wśród nich wzajemny protekcjonizm zwłaszcza w lokowaniu członków rodzin na dobrze płatnych posadach, czyli to, co nazywamy nepotyzmem.

Można zapytać, po co napisałem ten tekst? Czy grozi nam autokracja?
Ona zawsze i wszędzie może się zdarzyć. Nawet w USA, stanowiącej wzór demokracji i wszechstronnej kontroli władzy. Jej początki, coś w rodzaju wieku niemowlęcego, widoczne są – nadal moim zdaniem – także w Polsce. Mogą w naturalny sposób zanikać, ale mogą się też niebezpiecznie rozwinąć. I dlatego warto je obserwować.

Generał Franco – fetysz polskiej prawicy

Przeglądając, choćby pobieżnie, teksty prawicowych publicystów bez trudu można zauważyć, jaka zagraniczna postać historyczna cieszy się wśród nich największym szacunkiem – to bez wątpienia generał Francisco Franco. Jego postać jak w soczewce skupia w sobie największe i najbardziej skrywane marzenia polskiej prawicy.

Biografii Franco nie trzeba nikomu przedstawiać. Obalił on zbrojnie demokratycznie wybrany rząd, pogrążył kraj w krwawej wojnie domowej,uczynił z własnej ojczyzny poligon doświadczalny dla hitlerowskiej machiny wojennej oraz przez prawie 40 lat stał na czele wojskowo – klerykalnego reżimu terroryzującego Hiszpanię. Jego zbrodnie kosztowały życie ok. 200 000 ludzi, przede wszystkim bezbronnych cywilów, mordowanych w trakcie wojny domowej i po jej zakończeniu. Zorganizowany aparat terroru gen. Franco i niczym nieograniczone okrucieństwo jego żołnierzy bez litości topiły każdą zdobywaną prowincję we krwi. Pozbawił wszelkich praw ludzi pracy i kobiety, a całe społeczeństwo poddał absolutnej władzy generalskiej junty i hierarchów Kościoła Katolickiego. Rany zadane przez dyktatora Hiszpanii nie zabliźniły się po dziś dzień.

Te wszystkie ,,osiągniecia” bardzo imponują polskiej prawicy.
Nie mówię tutaj bynajmniej o kibolskich marszach czy tajnych spotkaniach radykałów. Artykuły chwalące dyktatora pojawiają się bez skrępowania na łamach mediów, mających na prawicy rangę opiniotwórczych.
Inicjatorem ,mody na Franco było środowisko dziennikarzy tygodnika ,,Do Rzeczy”. Tamtejszy miesięcznik pseudohistoryczny już w 2014 r. uczynił generała okładkowym bohaterem jednego z numerów (10/2014), tytułując go mianem ,,pogromcy komuny”. W peanach na jego cześć przodował sam redaktor naczelny Piotr Zychowicz. Nazywa on wygraną lewicy w demokratycznych wyborach ,,największym zagrożeniem w historii Płw. Iberyjskiego. Znacznie poważniejszym niż podbój przez Rzymian, najazd Wizygotów, późniejsze panowanie Arabów czy inwazja Napoleona”. W jego mniemaniu generał ratował ojczyznę ,,przed pogrążeniem się w czerwonym bagnie. Chciał przywrócić w niej ład, harmonię i bezpieczeństwo” i ,,był jednym z największych mężów stanu swojej epoki”. Jego żołnierzy Zychowicz nazywa ,,heroicznymi obrońcami najbardziej chwalebnych europejskich wartości”.

Zbrodnie frankistów kwituje uwagą, że ,,spadły one głównie na ludzi zaangażowanych w czerwony aparat przemocy”. Za przykładem Zychowicza idą re(d)akcyjni koledzy. Maciej Rosalak w swoim tekście oburza się na ,,kłamliwą lewacką propagandę wymierzoną w generała” i w odpowiedzi serwuje czytelnikom własną litanię ,,zasług” Franco.

Miałyby być to: uchronienie kraju przed kolejną wojną domową (?), pacyfikacja lewicowej partyzantki i ,,obrona wiary”. Na koniec określa Hiszpanię pod rządami generała mianem ,,dobrze prosperującego i pojednanego wewnętrznie państwa”. Dla Tomasza Terlikowskiego Franco to ,,Zniesławiony bohater”, a Sławomir Cenckiewicz, członek kolegium IPN, Opublikował na Twitterze zdjęcie republikanów celujących do religijnej figurki wraz z opisem: ,,Generale Franco wielka wdzięczność za zatrzymanie tych barbarzyńców! Pamięć na zawsze!”. Inny autorytet polskiej prawicy, Rafał Ziemkiewicz, pochwalił się zdjęciem z kawiarni w Tangerze, gdzie ,,w czasie swej afrykańskiej służby pijał poranną kawę gen Franco, wieczna mu chwała!”.

Jan Żaryn, który ostatnio na pocieszenie po przegranych wyborach do senatu otrzymał od PiS-u posadę arcykapłana kultu Dmowskiego i ONR-u, w wywiadzie dla ,,Rzeczpospolitej” otwarcie przyznaje się do swoich frankistowskich sympatii. O generale mówi, że ,,bronił cywilizacji chrześcijańskiej”, jego żołnierzy zaś nazywa ,,obrońcami najważniejszego i najdoskonalszego w Europie systemu ładu społecznego, budowanego na wartościach chrześcijańskich”. Nie ukrywa także, że ,,ma problem z nazywaniem ludzi generała Franco zbrodniarzami”, a większość oskarżeń wobec nich ,,ma charakter czysto ideologiczny i propagandowy”. Publicysta ,,Sieci”, Łukasz Adamski, idzie w swoich laudacjach na cześć Franco jeszcze dalej. Pisze: ,,fakty są takie, że Franco uratował Hiszpanię i prawdopodobnie Europę przed stalinowskim totalitaryzmem. Był (…) obrońcą tradycji i chrześcijańskiej cywilizacji” i nazywa generała ,,wybitnym mężem stanu i wizjonerem”.

Sprawa jest o wiele poważniejsza, niż mogłoby się wydawać. Franco umarł, ale wizja narodowo – katolickiego autorytaryzmu ma się całkiem dobrze. Ta nieskrywana sympatia większej części polskiej prawicy obrazuje zagrożenie, które nazwał słoweński filozof Slavoj Žižek – wdzieranie się tzw. lekkiego faszyzmu do głównego nurtu debaty. Wyrażanie się z podziwem o Hitlerze czy Mussolinim ciągle jest nieakceptowane, dlatego prawica w swoich autorytarnych ciągotach ucieka się do promowania mniej znanych dyktatorów jak Franco, Salazar, Horthy czy Pinochet. Idealizując te postaci stara się oswoić ludzi z postulatami autorytarnymi i tym samym podkopać fundamenty naszej demokracji, które nie powinny podlegać dyskusji. Od chwalenia krwawych dyktatorów już bowiem tylko krok do wzięcia ich postulatów na swoje sztandary.

Przyglądając się nagłówkom tekstów o Franco rzuca się także w oczy powtarzalność sformułowań w stylu ,,pogromca”, ,,zbrojnie poskromił”, ,,zdeptał łeb lewicy” , ,,unicestwił” ,,rycerz” czy ,,krzyżowiec”. Jak widać, żeby zostać idolem prawicy nie trzeba przekonać do swoich poglądów większości społeczeństwa, tylko zbrojnie obalić legalny rząd oraz zdobyć władzę, topiąc kraj we krwi. Powinno to przypomnieć nam, że dla większości konserwatystów demokracja nie jest ani naturalna, ani pożądana. Funkcjonują w niej , jednak gdy tylko pojawi się szansa na prawicowe rządy autorytarne, z ochotą ruszając im służyć. Było tak w przypadku hiszpańskich konserwatystów, którzy po porażce wyborczej w 1936 roku tłumnie przyłączyli się do puczystów Franco oraz zasilili kadry jego biurokracji i aparatu terroru. Obecna służalczość prawicowych mediów wobec rządów PiS-u stanowi jedynie kolejne potwierdzenie tego faktu.

Polskie wtręty w hiszpańskie sprawy

Prawicowy historyk, zasiadający w Kolegium IPN, na Twiterze zachwyca się dokonaniami generała Franco i wyraża „wielką wdzięczność”. Czy nie powinien przypadkiem odpowiedzieć za publiczne propagowanie zakazanego ustroju?

 

„Generale Franco wielka wdzięczność za zatrzymanie tych barbarzyńców! Pamięć na zawsze!” – napisał 22 lipca na Twitterze „wybitny” historyk, funkcjonariusz IPN oraz członek Rady Muzeum II Wojny Światowej.

A internauci, szerując tweeta, doprecyzowali: „za 140 000 ‘zaginionych’? W ostatnich latach w Hiszpanii trwają ich ekshumacje”; „za wydanie 6 tysięcy Żydów nazistom i przymiarki do dołączenia do Państw Osi – pamięć po wieki!”; „za prześladowanie Basków oraz Katalończyków, jakiejkolwiek opozycji, za to, że bycie katolikiem było wymagane do tego by dostać dobrą pracę, analogicznie do naszego PZPRu, za brutalnie pacyfikowanych studentów, za odebranie kobietom ich praw do uczestniczenia w życiu publicznym”; „za faszyzm i kilkadziesiąt lat dyktatury..?! Wie Pan jak wyglądała Hiszpania za jego rządów i tuż po ich zakończeniu?”.

Ten nagły wybuch internetowego uwielbienia dla generała Franco miał zapewne podłoże w demonstracjach, które zwarły się na terenie bazyliki pod Madrytem, gdzie generał został pochowany. Nowo wybrany rząd Hiszpanii planuje bowiem usunięcie szczątków Francisco Franco z państwowego mauzoleum – Doliny Poległych.

– Hiszpania nie może zezwalać na symbole, które dzielą Hiszpanów. Coś, co jest niewyobrażalne w Niemczech lub we Włoszech, a więc w krajach, które również zostały dotknięte przez faszystowskie dyktatury, powinno być także wyobrażalne w naszym kraju – oznajmił w swoim pierwszym wywiadzie szef rządu Hiszpanii Pedro Sanchez. Nie podał wprawdzie konkretnego terminu ewentualnej ekshumacji, ale w całym kraju zawrzało.

W ubiegłą środę siedmiu wnuków generała wystosowało list do opactwa benedyktyńskiego zarządzającego bazyliką. Oświadczyli, że miejsce pochówku dziadka jest „nienaruszalne”. W sobotę i niedzielę zarówno zwolennicy ekshumacji generała, jak i antyfrankiści protestowali w Valle de los Caidos. Kilkaset osób starło się ze sobą, interweniowała policja.

Rzecznik partii socjalistycznej Oscar Puente powiedział, że „mauzoleum powinno zostać przekształcone w miejsce pojednania, pamięci, dla wszystkich Hiszpanów, a nie przeprosin za dyktaturę”.