Wystarczy nie kraść

Byłem na nagraniu w lokalnej TVP. Oczekując na panią, która przypudruje mi łysinę, by nie „blikowała” na wizji, wziąłem do ręki zestaw gazet obowiązujący w ośrodku. A tam: tygodniki „Do Rzeczy” i „Wprost”. Wprost dołuje wśród tygodników (ok. 14 tys. sprzedanych tygodniowo egzemplarzy). Kilka dni temu wydawca tych dwóch, prawicowych tygodników, Michał Lisiecki, został aresztowany z podejrzeniem popełnienia poważnych przestępstw skarbowych na kwotę 29 mln. złotych. Musiało być „grubo”, bo za zwolnienie z aresztu zażądano 500 tys. złotych kaucji. W zestawie była też „Rzeczpospolita”. Dziennik z górnej półki. Dla zrównoważenia był tam też dziennik z dolnej półki. „Gazeta Polska Codziennie” (13 tys. sprzedawanych egzemplarzy”. Jest ona liderem w spadkach sprzedaży. – 22 proc. porównując rok do roku. Tak oto polityczny nadzór w ośrodku funduje dziennikarzom jednostronny przekaz dnia. Biedni dziennikarze, zarobki mizerne i sami pewnie gazet nie mają za co kupić. „Gazeta Polska Codziennie” godna jest oglądnięcia, bo czytać tam nie ma specjalnie czego. Sam fakt, że drukowana jest dużą czcionką, a odstępy między wierszami są jeszcze większe wskazuje na brak tematów i marność dziennikarzy, których jest tam aż nadto. Godna uwagi jest natomiast ilość reklam tam zamieszczonych. Brylują w płatnych ogłoszeniach spółki skarbu państwa i różne instytucje związane z centralną władzą. Tak więc pisanie marne, kupować gazety nie chcą, a reklamy wylewają się ze szpalt. Oto fenomen gazety.
Wydawcą tego dziennika jest Grzegorz Tomaszewski, krewniak prezesa Kaczyńskiego. To on na nagraniach Birgfellnera skarżył się, że mu się budżet w gazecie nie spina i trzeba będzie interes zamknąć. Pewnie poszły polityczne wytyczne, by reklam było jeszcze więcej, to może będzie mniej źle. Grupa marnych dziennikarzy płodzi gnioty, których nikt nie czyta, ale kieszenie ma pojemne. I dlatego budżet się nie spina. By ratować sytuację trzeba więc za spółek transferować pieniądze do prawicowych gazet i z budżetu państwa miliardy do tzw. publicznej telewizji. Tak oto w praktyce wygląda PiS-owskie hasło „Wystarczy nie kraść”. Dla porządku dodam, że szefem rady nadzorczej wydawnictwa jest europoseł Czarnecki. Ostatnio kluby „Gazety Polskiej”, specjalnym pociągiem i z wielką pompą zorganizowały sobie wyjazd do Budapesztu. To nie są małe pieniądze, jak powiada Ferdek Kiepski, a których marna gazeta sama nie jest w stanie wypracować. Trzeba więc reklam jeszcze więcej. Firmy pod politycznym przymusem finansują gazetę, która jest politycznym orężem PiS, ale czytelnicy jakoś się nie garną. Swego czasu, na podwrocławskiej wsi, poszukując „Trybuny”, zobaczyłem jak starsza pani kupuje dwa egzemplarze „Gazety Polskiej”. Ciekawa gazeta? Zagadnąłem.. „Ja tego panie nie czytam. Proboszcz prosił, aby kupować ile kto może….”.
A ja od lat namawiam, by ludzie lewicy kupowali „Trybunę”. Ale jakoś moje namawianie za bardzo nie skutkuje. Z czego wniosek, że my Polacy, od prawa do lewa, czytać nie lubimy i czytamy coraz mniej. I takie to były moje refleksje po nagraniu w telewizji.

Bigos tygodniowy

17 kwietnia 1917 roku na zebraniu działaczy bolszewickich w Piotrogrodzie, Włodzimierz Ilicz Lenin wygłosił tezy kwietniowe. 9 marca 2019 roku Jarosław Kaczyński wygłosił w Jasionce na Podkarpaciu tezy marcowe. O seksualizacji. Nie dodał tylko, że seksualizacja dzieci na największą skalę odbywa się w parafiach.

Mateusz Morawiecki powiedział w wywiadzie dla „Rzeczypospolitej”: „Chcemy dać Polakom dać święty spokój i dostatnie życie”. Dobra perspektywa. Miejmy nadzieję, że święty spokój od molestowania Polaków przez męczący Kościół kat.

Po decyzji rady miasta Gdańska o odebraniu prałatowi Henrykowi Jankowskiemu wszystkich zaszczytów, solidarnościowi obrońcy czci pedofila z Karolem Guzikiewiczem na czele, odgrażając się, że wrogów do kościoła świętej Brygidy nie wpuszczą, wzięli pomnik prałata na postronek, załadowali na ciężarówkę i wywieźli do miejsca odosobnienia. O co właściwie ten krzyk z pedofilią kleru katolickiego. W końcu realizują tylko wezwanie wypowiedziane przez ich najgłówniejszego Szefa, Jezusa Chrystusa: „Pozwólcie dzieciom przyjąć do mnie”

Pożal się Boże minister kultury Gliński określił ogłoszenie przez ZNP terminu strajku nauczycieli jako „awanturę polityczną”. Polityczną awanturą (a także zgorszeniem i głupstwem) to jest fakt, że ktoś taki jak pan Gliński został ministrem kultury. Brrr.

Sędzia Łukasz Biliński uniewinnił Obywateli RP, którzy swego czasu blokowali marsz ONR i tzw. Młodzieży Wszechpolskiej. Uzasadnił to m.in. antysemityzmem organizacji maszerujących. Stawiam dolary przeciw orzechom, że sędzia Biliński stanie niedługo przed komisją dyscyplinarną PiS dla sędziów, którą kieruje w Sadzie Najwyższym niegdysiejszy współzałożyciel i aktywista fundamentalistycznej organizacji proklerykalnej Ordo Iuris, niejaki Aleksander Stępkowski.

Kolega redaktor Piotr Gadzinowski zainspirował mnie swoim skojarzeniem filmu „Popiół i diament” Andrzeja Wajdy z tematyką „żytwusów”, czyli „żołnierzy wyklętych”. Otóż faktem jest, że żaden wizerunek fotograficzny któregokolwiek z „żytwusów” nie znalazł miejsca w zbiorowym zasobie pamięci czy masowej wyobraźni i żaden z nich nie jest (jeśli nie liczyć garstki maniaków i wyznawców historii „żytwusów”) wizualnie identyfikowany. Natomiast do zbiorowej pamięci należą wizerunki „żytwusów” ze wspomnianego filmu, w kreacjach Zbigniewa Cybulskiego, Adama Pawlikowskiego, Bogumiła Kobieli i Ignacego Machowskiego. Proponuję więc, żeby wizerunek najsławniejszego z nich, Zbigniewa Cybulskiego, który zagrał „wyklętego” Maćka Chełmickiego uczynić ikoną „żytwusów”. Najlepiej w kadrze ze słynnej sceny przy barze, z zapalonymi szklaneczkami ze spirytusem, albo w momencie gdy strzela do komunisty Szczuki. Pozostali odpadają, bo Pawlikowski był TW, Kobiela miał zbyt śmieszny nos, a Machowski został po latach etatowym Leninem w polskim filmie i teatrze telewizji. A propos: IPN przestawił wajchę i od tej pory Romuald Rajs „Bury” nie jest mordercą, ale bohaterem pisowskiej Polski.

W Paryżu coraz trudniej o Francję-elegancję, niestety między innymi przez Polaków. Trzej naukowcy: Jacek Leociak i Andrzej Leder z Polski oraz Jan Tomasz Gross z USA, uczestnicy konferencji naukowej o antysemityzmie, zostali wykrzyczani, wytupani, zelżeni przez polską hołotę (częściowo miejscową, a częściowo być może przyjezdną) pod kierownictwem jakiegoś klechy. Naukowcy – ujmując rzecz w największym skrócie – mówili, że poza tymi Polakami, którzy ratowali Żydów za okupacji, były też ich liczne tysiące, które Żydów mordowały lub wydawały Niemcom. Działo się to przede wszystkim nie w kulturalnej Warszawie, ale w interiorze polskiej prowincji. Burdę tę urządzono w szacownej siedzibie College de France, gdzie odbywała się konferencja. Niespełna półtora wieku wykładał tam Adam Mickiewicz, ale bez wysłuchiwania polskich bluzgów. Ewidentnie w skali ogólnej jako naród Polacy się obsunęli. „Ideał sięgnął bruku”, jak napisał inny Polski paryżanin, Cyprian K. Norwid.

Po wańce-wstańce, gdańskim pomniku prałata-pedofila Henryka Jankowskiego zaistniała inna forma walki czynnej, czyli znikająca i powracająca tablica poglądowa „Układ Kaczyńskiego”, ustawiona w Sejmie przez posłów opozycji, Platformy Obywatelskiej konkretnie. Czynu społecznego kradzieży tablicy dokonał nie dziedzic pruski, lecz Marek Suski.

Pamiętacie comiesięczne „Zbliżamy się do prawdy”? Jęty szałem bliźniak i setki cynicznych cwaniaków, tuczących się na jego rozpaczy: Macierewicz, Binienda, Karnowscy… Miliony dla hochsztaplerów, by zaspokoić paranoję nieszczęśnika” – napisał na twitterze profesor Wojciech Sadurski. Nic dodać, nic ująć. A poza tym, jakże mi żal zwischenrufów „Niesioła”, którego tak kiedyś, w czasach gdy ZCN zbliżał się, nienawidziłem za jego katolicki fundamentalizm. Jego tyrad, bezpardonowych najazdów na PiS brakuje mi tak, jak Hamletowi kpinek, krotochwil i igraszek zmarłego błazna Yorricka. Mam nadzieję, że z tym płatnym seksem i fasolką po bretońsku, to bujda i zemsta pisiorskich łapiduchów i moja ulubiona czaszka znów się odezwie.

Ostatnio wysyp pobożności i konserwatyzmu wśród sportsmenek. Zofia Klepacka okazuje niechęć do osób LGBT. Jednak w wywiadzie dla organu Sakiewicza „Gazecie Polskiej” powiedziała, że jej dziadek do końca życia bał się mówić, że był w AK i powstaniu warszawskim. To chyba że dziadek pani Zofii zmarł przed 1956 rokiem. Po tej dacie można było o tym w PRL otwarcie mówić, pisać artykuły, wydawać książek i robić filmy o AK i PW, ile dusza zapragnęła.

Krzysztof Mieszkowski na Twitterze: „Kaczyński jest manipulatorem i homofobem. Dla utrzymania władzy poświęci każdego człowieka, każdą demokratyczną wartość. To zimny populistyczny autokrata, któremu strach zajrzał w oczy. Demokratyczna, otwarta, różnorodna Europa to nasz program na najbliższe wybory”. Nic dodać, nic ująć.

W roli wisienki humorystycznej: wspomniany wyżej poseł Marek Suski zrównał zarobki nauczycielskie z uposażeniami poselskimi. Gdy ten pierwszy komik parlamentu RP szarpał się ze sławną tablicą, przypomnieli mi się słynni komicy amerykańscy: Charlie Chaplin, Buster Keaton, Flip i Flap a także Harold Lloyd i jego komiczny świat.

Głos prawicy

Ballada o misiu

Co do byłego rzecznika MON to ze względu na ataki na Antoniego Macierewicza jak tylko zaczęło się jego grillowanie, chciałem, by usunął się z funkcji. Z tego powodu byłem gotowy zatrudnić go nawet w swojej firmie, byle tę awanturę zakończyć. Żałuję, że zbyt późno mnie posłuchano – pisze Tomasz Sakiewicz.
Do zatrzymania byłego współpracownika Antoniego Macierewicza Tomasz Sakiewicz odniósł się na łamach najnowszego numeru tygodnika „Gazeta Polska”.
„Żałuję, że zbyt późno mnie posłuchano”
„Sprawa aresztowania byłych urzędników MON i PGZ nie jest dla mnie taka oczywista. Do jednego worka wrzucono różne osoby. Nie wiem, jaki mają ze sobą związek i czy rzeczywiście trzeba było zabiegać aż o takie środki prawne” – pisze Sakiewicz. Redaktor naczelny „Gazety Polskiej” przyznaje, że ze względu na ataki na Antoniego Macierewicza wywołane „grillowaniem” Bartłomieja M., uważał że rzecznika MON należy usunąć ze stanowiska. Jak tłumaczy, z tego właśnie powodu chciał go nawet „zatrudnić w swojej firmie”, byle tylko zakończyć tę „awanturę”. „Żałuję, że zbyt późno mnie posłuchano” – dodaje.
Publicysta pisze, iż „nie chodziło o tego młodego człowieka, lecz o sprawę, którą prowadzi Antoni Macierewicz, czyli wyjaśnienie tragedii smoleńskiej”. „Bez względu na okoliczności ona ma zostać wyjaśniona. Nikt nas z tego obowiązku nie zwolnił i nie może zwolnić” – podkreśla.
Sakiewicz komentuje również reakcję różnych mediów na zatrzymanie Bartłomieja M. „Patrzę na radość przedstawicieli mediów również po prawej stronie, którzy parę lat temu szydzili z wyjaśnienia tragedii smoleńskiej, a nawet na dzisiejsze publiczne wypowiedzi pokazujące, że ci, którzy chcieli tą sprawą się zajmować, teraz pójdą na dno. To byli dziennikarze TVN, TOK FM, autorzy wywiadów z Urbanem, wieczni zdrajcy, a nawet członkowie mafii, którzy zmieniali nieustannie barwy partyjne albo pracodawców w zależności od interesów. Namnożyło się ich dzisiaj sporo po prawej stronie w mediach. Jeżeli ktoś w PiS-ie na nich liczy, to się przeliczy” – twierdzi publicysta.
Bartłomiej M. i były poseł PiS Mariusz Antoni K. usłyszeli we wtorek w Prokuraturze Okręgowej w Tarnobrzegu zarzuty powoływania się wspólnie na wpływy w instytucji państwowej i podjęcia się pośrednictwa w załatwieniu określonych spraw celem uzyskania korzyści majątkowej w kwocie ponad 90 tys. zł.
Bartłomiej M. i była urzędniczka MON Agnieszka M. usłyszeli też zarzuty przekroczenia swoich uprawnień jako funkcjonariuszy publicznych i działania na szkodę spółki PGZ w związku z zawartą przez nią umową szkoleniową. Według prokuratury podejrzani doprowadzili do wyrządzenia koncernowi szkody w wysokości prawie 500 tys. zł.
Info z dorzeczy.pl

Idź się utop

Refleksje z kraju topielców

 

„W tym kraju nawet nie można spokojnie się utopić” – powiedział Janusz Korwin-Mikke, zniesmaczony oburzającym czynem ratowników, którzy pomogli mu wydobyć się z Bałtyku, w którym szarpał się w szkwałach, pod czerwoną flagą, miotany prądem, który nie pozwał mu wydobyć się z bałwanów na brzeg.

Uznanie należy się tym, którzy zaalarmowali ratowników, że rozpoznali tego bałwana pośród bałwanów morskich. Co do mnie, gdybym był wtedy w tym miejscu i rozpoznałbym Korwina w szarpiącym się w szkwałach łysielcu, nikogo bym nie alarmował. Korwin jest fanatycznym zwolennikiem ideologii życiowej, zgodnie z którą każdy jest wyłącznym kowalem własnego losu. Warto zauważyć, że Korwin, choć prawol do bólu, jest religijnym sceptykiem, a może nawet ateistą. Najpewniej nie życzy sobie, by nawet sam Bóg nie wpieprzał mu się w życie.

 

Szwedzi, kiedyś w Warszawie, a dziś się dziwią

W którymś z krajów skandynawskich, bodaj w Szwecji, pisano o Polsce jako o „kraju topielców”. W Szwecji, który jest krajem tysięcy jezior, niczym nasze Mazury i Suwalszczyzna, a może jeszcze bardziej, liczba topielców jest minimalna. Tymczasem w Polsce, czy to zima, czy gorące lato, liczba ofiar utopień czyli topielców, przypomina statystykę pól bitewnych. Dla naszych topielców nawet lód nie jest przeszkodą. Kieślowski nawet nakręcił o tym film w ramach cyklu „Dekalog” („Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną”). Zazwyczaj jako przyczynę tego stanu rzeczy wymienia się głupotę, lekkomyślność, brawurę i alkohol. Ale przecież Szwedzi nie należą do nacji wylewających za kołnierz i piją wódkę na sposób skandynawski czyli po polsku. Mimo to topielców tam na lekarstwo. Zatem być może to dyspozycje psychiczne, które bardzo różnią Polaków i Szwedów, są przyczyną kolosalnej różnicy w statystykach topielców. Głupota, lekkomyślność, brak wyobraźni, brawura akurat u Szwedów nie występują w stopniu tak intensywnym jak u Polaków, przynajmniej w wymiarze życia społecznego i politycznego, bo co tam Szwed robi w swoim domku, to tego nie wiemy.

 

Kto następny? Kandydaci na topielców

Skoro jednak wyżej mowa jest o topiącym się polityku, to nietrudno wyobrazić się w podobnych opałach także innych polityków polskich, także tych dużo bardziej prominentnych niż upadły Korwin. Którego z nich zatem można sobie wyobrazić jako kandydata na topielca? Jako pierwszy łacno może przyjść do głowy prezydent Andrzej Duda. Jego uparty, godny lepszej sprawy wniosek o referendum konstytucyjne aż prosi się o nieszczęście. PiS już teraz chce je utopić, a gdyby jednak tak się nie stało, to utopi je totalna absencja przy referendalnych urnach, co do tego nie ma wątpliwości. Nie pójdzie do niego elektorat opozycyjny, nie pójdzie też pisowski, w którym nurt złości na „Dudaczewskiego” jest silny, zwłaszcza w klubach „Gazety Polskiej”, czyli sakiewszczyzny. Prezes PiS nie ma nawet szans, by zbliżyć się do wody ze swoim „kolanem” (he, he), sam bez wątpienia nie umie pływać, ale za to może spełnić rolę topiciela, pchając Dudę, Mateusza Morawieckiego, Kuchcińskiego, Karczewskiego, Ziobrę i kilkoro innych, m.in. „dobrą panią” Szydło, w przyszłe objęcia Trybunału Stanu, a nawet sądów karnych za delikt łamania konstytucji. Jego samego bowiem może utopić już tylko sam Przedwieczny. Skądinąd Andrzej Duda, którego cechują wyraźne rysy niedojrzałości emocjonalnej (m.in. infantylny narcyzm) zachowuje się jak rozkapryszony bachor, który najpierw zniszczył zabawkę (konstytucję), a już za chwilę z histerycznym tupaniem i usmarkanym wrzaskiem dopomina się od mamusi i tatusia, by mu kupili drugą taką samą, a może jeszcze droższą. Kandydatem na topielca jest też Joachim Brudziński, szef MSW. Zachował co prawda resztki rozsądku po najściu policji na sympozjum filozoficzne w Pobierowie, ale chyba tylko ze wstydu, bo gospodarzem był tam jego dawny uniwersytecki profesor „Joja”. Wstyd go jednak opuścił i obecnie brnie w absurdy, już to pozwalając stawiać absurdalny (jak z Barei) zarzut (propagowanie totalitaryzmu) w stosunku do osoby, która ozdobiła napisem jedno z biur PiS, już to zapowiadając ściganie posła Szczerby, który ujawnił dane jednego ze szczególnie brutalnych policjantów spod Sejmu, do czego poseł miał najoczywistsze prawo. Utopieni są właściwie już teraz marszałkowie Sejmu i Senatu Kuchciński i Karczewski, którzy będąc formalnie drugą i trzecią osobą w państwie, dają się używać do najbrudniejszych posług. Oni w szlamie są już po pas co najmniej. Premier Morawiecki zdawał się być kandydatem na pełnowartościowego topielca po uchwaleniu osławionej styczniowej ustawy o IPN. W końcu jakoś się wybronił, ale topi się teraz jako komiczny w swojej megalomanii „wizjoner” gospodarczy i być może jako kandydat na następcę Prezesa. Jego rozhulane gigantomańskie ambicje mogą kiedyś gospodarkę jeśli nie utopić, to co najmniej podtopić. Jednym z kandydatów na jednego z najbardziej spektakularnych kandydatów na topielca jest Zbigniew Ziobro. Przed laty od utopienia (Trybunał Stanu) uratowali go nie wiedzieć czemu posłowie także z wrogiego obozu, ale skala deliktów i bezczelna dezynwoltura z jaką nadal łamie on konstytucję i liczne wynikające z niej prawa spowodują, że jego los po utracie władzy przez niego samego i jego obóz będzie tak ciężki, że nie powinno się go życzyć najgorszemu wrogowi. Ale to wszystko nieprędko. W te upalne wakacje topielcami nie będą osoby tak wysoko postawione. Nic się nie zmieni także w wakacje przyszłe. Trudno przewidzieć co będzie w wakacje 2020-2023, ale przyjdzie i taki sezon, w którym zaroi się od potężnych kiedyś, znanych i dostojnych topielców. W języku ulicy używany był kiedyś, w moim dzieciństwie i młodości (a może funkcjonuje nadal) niegrzeczny zwrot „Idź się utop” (mniej więcej odpowiadający wezwaniu: „Spierdalaj”). Jak widać w Polsce nikogo nie potrzeba do tego zachęcać.

Głos prawicy

Jutro będzie futro

Dziennikarz „Gazety Polskiej” Wojciech Mucha wyraził słuszne oburzenie z powodu wycofania się PiS z zakazu hodowli zwierząt na futra:
O tym, że lis hodowany na futro jest „super spoko”, bo taki tłusty, że nie jest w stanie biegać. I że frajerzy mogą se włączyć filmik Prezesa na Youtube. I że certyfikat. I w ogóle.
Od jakiegoś czasu czułem pismo nosem. Widziałem, jak posłowie deklarujący miłość do „wszelkich stworzeń” unikają rozmowy. Mówiono mi, żebym odpuścił, bo sprawa już jest przegrana. Kiedy przeprowadzaliśmy w „Gazecie Polskiej” wywiad z ministrem rolnictwa Janem Ardanowskim, byłem prawie pewien. Wczoraj klamka zapadła. PiS wycofa się z zakazu hodowli zwierząt przeznaczonych na futra. Zakazu, który stawiałby nas w szeregu cywilizowanych gospodarek i byłby szansą nie tylko na to, by w naszym kraju nie zabijano milionów zwierząt, ale i na to, by z ulgą mogli odetchnąć mieszkańcy wielu miejscowości, od lat protestujący przeciwko tym wątpliwym symbolom potęgi polskiego rolnictwa.
Wiedziałem, że nic z tego, gdy na łamach „GP” minister rolnictwa o protestujących mieszkańcach bez żadnego zażenowania wypowiedział się pogardliwie, porównując ich do garstki kodziarzy, którzy krzyczeli wówczas pod Sądem Najwyższym. Jakby nie widział, że w przeciwieństwie do Pawła Kasprzaka i jego ekipy, zdesperowani protestujący właśnie nie chcą, by „było tak, jak było”, że chcą normalności.
Ale to nie koniec. Minister rolnictwa Jan Ardanowski w rozmowie z „Gazetą Polską” używał repertuaru argumentów znanego doskonale z potyczek z tuzami futrzarskiej propagandy. Sugerował więc, że kto broni zwierząt, zapewne nie ma empatii do abortowanych nienarodzonych, opowiadał o mitycznym zagrożeniu ze strony „niemieckich utylizatorów”, wreszcie opowiadał niestworzone rzeczy na temat rzekomych miliardów wpływów do budżetu czy dziesiątkach tysięcy miejsc pracy „w przemyśle”.
Tyle że przez ostatni rok te wszystkie mity roznieśliśmy z Jackiem Liziniewiczem w pył na łamach mediów Strefy Wolnego Słowa. Jeden po drugim, w zasadzie nim jeszcze cała dyskusja na dobre się rozpoczęła. Nie otrzymaliśmy w zamian żądania sprostowania, żadnego pozwu, jak ma to miejsce z tekstami opisującymi nieprawdziwe fakty. Co więcej, hodowcy odmawiali kolejnych spotkań z nami w programach publicystycznych i ogłaszali pisma, w których stwierdzali, że nie będą udzielać nam informacji. Jeden raz przysłali (chyba tylko pro forma) pismo, z którego wynika tyle, że sami nie wiedzieli, czego chcą. Innym razem straszyli, jeszcze kiedy indziej pogardliwie śmiali się w nos. Cóż – mieli rację.
Mieli rację, że nie muszą się martwić. Sprawą nie zajęło się na poważnie ani ministerstwo, ani politycy. Nie ma spisu inwentarza, nie wiadomo, ile właściwie jest w Polsce wszystkich futerkowych. Szacunki mówią o 10 mln, ale kto to policzy? Ile z nich jest szczepionych? Jak często prowadzone są kontrole na oddzielonych od świata wysokimi murami fermach? Co jedzą norki? Bo że m.in. odpady z krajów Trzeciego Świata, to ujawniliśmy. Co dzieje się na fermach, które widzimy w zasadzie w okresie zimowym, gdy hodowcy chcą się pochwalić stadami podstawowymi, nim jeszcze narodzą się młode.
Niestety. Drobne, ale krzykliwe lobby, które na eksporcie surowych skór zarabia miliardy złotych, okazało się silniejsze niż zdrowy rozsądek. Silniejsze niż fakty, silniejsze niż obrońcy zwierząt, mieszkańcy wsi. Wreszcie silniejsze niż prezes PiS Jarosław Kaczyński. Dostosowana do prawicowego odbiorcy pseudopatriotyczna retoryka w połączeniu z nachalnym promowaniem „przemysłu” przez część mediów poskutkowała. Okazało się, że wystarczy kilku gości z kasą, wtyki w Toruniu i już można rozporządzać tym, jak ma wyglądać ustawa. Wody w usta nabrali posłowie, którzy dotychczas opowiadali się za zakazem. Jakby gromy ciskane z eteru i wizji rzeczywiście działały paraliżująco.
Minister rolnictwa Jan Ardanowski przekonywał wczoraj, że „hodowle zostają, ale warunki się zaostrzą”. O tym, jaka będzie rzeczywistość, niech świadczą inne jego słowa. Oto usłyszeliśmy, że hodowle zwierząt futerkowych będą poddawane szczególnej kontroli i że „polepszy się dobrostan zwierząt”, które – przypomnijmy – żyją w małej klatce tylko po to, by trafić do wózka z gazem, a potem na plecy nowobogackich. Poprawa warunków to oczywiście bzdura, którą minister mógł sobie darować. Nie sposób zapewnić zwierzętom futerkowym dobrostanu, by szedł on jednocześnie w parze z opłacalnością produkcji. Zresztą, w depeszy PAP czytam: „Minister rolnictwa zapowiedział równocześnie, że fermy futerkowe zostaną poddane certyfikacji, jeśli będzie trzeba międzynarodowej, która sprawi, że zwierzęta będą utrzymywane w warunkach adekwatnych do ich wymagań”. Spieszę wyjaśnić Państwu, że to zmiana w stosunku do tego, co kilkanaście dni temu minister deklarował w rozmowie z „GP”, w której przekonywał, że certyfikacja międzynarodowa jest pewnikiem. Za chwile okaże się zapewne, że certyfikacja wcale nie jest potrzebna. Będzie tak, jak było.