Temat zastępczy

Spór o wiek emerytalny jest tematem zastępczym idealnym dla neoliberalnej prawicy z PiS i PO. Obie partie udają prosocjalne sprzeciwiając się podniesieniu wieku emerytalnego, a to nic nie zmienia, bo emeryci w Polsce i tak muszą pracować!

Mamy minimalne emerytury na granicy minimum socjalnego, które dają wegetację i zmuszają seniorów do oddawania mieszkań w zastaw za wyższe świadczenia. Mamy setki tysięcy osób, które dostają poniżej emerytury minimalnej…

To są ludzie sprowadzani przez PiS do roli żebraków, którym rzuca się jakieś „trzynastki” tuż przed wyborami, by MOŻE mogli sobie kupić nowe buty raz na dziesięć lat. Czy Ci wyzyskiwani ludzie pracy przejdą na tę głodową emeryturę w wieku 30 czy 70 lat jest już totalnie bez znaczenia. Tyrać trzeba i będzie trzeba aż do śmierci, bo tego chce i tak działa ten system.

Warto pamiętać jeszcze o jednym. Ludzie, którzy są obecnie u władzy (plus w zasadzie cała prawica) wyświęcają II RP, gdzie na porządku dziennym były getta ławkowe dla Żydów i obozy koncentracyjne dla politycznej opozycji.

Nietykalna w mainstreamie II RP to prawdziwa inspiracja prawicy, której marzy się powrót do dyktatury.

Wiele nie brakuje byśmy wrócili do tamtych „wspaniałych” czasów z analfabetyzmem i przewrotem wojskowym. Gdyby nie otoczenie międzynarodowe i UE nie skończyłoby się na samych groźbach, odczłowieczaniu i prześladowaniach, czy na groźbach z maczetą.

I to narodowy wstyd, że do tego dopuściliśmy.

Hańba Berezy Kartuskiej

Tak prorządowa Gazeta Polska w dn. 19 VI 1934 uzasadniała powstanie obozu w Berezie Kartuskiej: „Wiemy co natomiast musi być w Polsce, bo my tak chcemy. Musi być porządek. Musi być powaga i będzie. Obozy koncentracyjne. Tak. Dlaczego? Dlatego, że widać owych osiem lat pracy nad wielkością Polski, osiem lat przykładu i osiem lat osiągnięć, osiem lat krzepnięcia – nie wystarczyło dla wszystkich”.

Czy po upływie prawie stulecia nad Wisłą, Odrą i Bugiem znów nie brzmią podobne frazy?

Mija 86 rocznica podpisania przez prezydenta II RP Ignacego Mościckiego dekretu o utworzeniu tzw. Miejsca Odosobnienia (MO) w Berezie Kartuskiej. Mówiąc dzisiejszym językiem i operując współczesnymi pojęciami – obozu koncentracyjnego. Sanacja, zwolennicy, a potem kontynuatorzy politycznych wizji Józefa Piłsudskiego, prawica sterująca z czasem ku rozwiązaniom bliskim faszyzmowi, spowodowała, iż sytuacja ówczesnej Polski była nad wyraz trudna. Złożona struktura etniczno-wyznaniowa (Polacy stanowili niepełne 2/3 populacji, na tzw. kresach byli często w zdecydowanej mniejszości), dramatyczne podziały polityczne i nabrzmiałe problemy społecznezderzały się stale z centralistycznymi, nacjonalistycznymi (siłowa polonizacja i katolicyzacja) ciągotami elity.
Miarą destabilizacji autorytarnego państwa były gwałtowne protesty rzesz bezrobotnych czy przeraźliwie biednej ludności wiejskiej, krwawo tłumione przez policję. Do tego kraj był skonfliktowany ze wszystkim sąsiadami.

Sanacyjna elita za główny środek utrzymywania władzy uważała nagą siłę. Bereza Kartuska to tylko jeden z symboli tej polityki. Jak przyznawali sami pomysłodawcy, w obozie panowały złe warunki sanitarno-bytowe oraz ostry reżim. Pobudka latem przypadała o godz. 3.30, a zimą o 4.00. Po apelu przydzielano do grup roboczych. Osoby, dla których danego dnia nie starczało zajęcia, poddawano permanentnej gimnastyce. Przerwa obiadowa trwała dwie godziny, praca – pięć godzin z wyjątkiem niedziel i świąt. Wyżywienie obejmowało poranną zupę lub czarną kawę i 75 dkg. chleba na resztę dnia. Typowy obiad składał się z kapuśniaku i gulaszu z kaszą.
Odosobnieni nie naruszający regulaminu mogli korzystać z biblioteki oraz wysyłać i otrzymywać listy (cenzurowane). Jednak to, czy zostało się oskarżonym o naruszanie regulaminu, zależało od widzimisię personelu. Wtedy następowały kary: nagana, pozbawienie prawa czytania książek przez 14 dni, pozbawienie prawa do korespondencji, pozbawienie prawa otrzymywania paczek, tygodniowe zmniejszenie racji żywnościowej, post (chleb i woda do 7 dni), tzw. twarde łoże (brak pościeli do 7 dni), karcer (do 7 dni). Szykany omijały najczęściej polskich narodowców oraz ukraińskich nacjonalistów. Znacznie gorzej mieli komuniści oraz socjaliści. Do Berezy trafiali również aktywiści ruchu chłopskiego i niezwiązani z jakąkolwiek partią krytycy reżimu. W 1939 r. spotkało to np. konserwatywnego dziennikarza Stanisława Cata-Mackiewicza (pod zarzutem „osłabiania ducha obronnego Polaków”).

Tak odbywało się przyjęcie osadzonego do obozu w Berezie Kartuskiej: „Po wstępnych formalnościach, w czasie których obrzucano go wyzwiskami, kierowano do izby przejściowej na kwarantannę, która trwała 3 dni. Izba przejściowa była nieumeblowana, okna do połowy były zabite dyktą, a górne były otwarte, przez co w zimie panowała tam zawsze temperatura poniżej zera. Podłoga była betonowa. Przez cały dzień osadzeni musieli stać zwróceni twarzami do ściany. W nocy mogli położyć się bez przykrycia na betonowej podłodze, jednak co pół godziny policjant budził osadzonych, każąc im wstawać, stawać pod ścianą w szeregu, odliczać, biegać, padać, skakać. Po tym więźniowie mogli znowu położyć się na pół godziny. Jakiekolwiek uchybienie w postawie, które dowolnie oceniał policjant, powodowało natychmiastowe bicie pałką. W tym pomieszczeniu bicie było stałym, bez jakiegokolwiek powodu, elementem pobytu. Ludzi masakrowano do krwi”. Czynności fizjologiczne załatwić można było raz na dobę, rano, na komendę.

Celem pracy w obozie było psychiczne złamanie więźniów. Najbardziej uciążliwe było pompowanie wody przy użyciu kieratu, którego orczyki były zamocowane tak, że więźniowie musieli pracować w głębokim pochyleniu. Wykonywali też prace zupełnie bezsensowne jak kopanie i zakopywanie rowów lub przenoszenie ciężkich kamieni z miejsca na miejsce. Po obozie musieli poruszać się biegiem i nie wolno im było ze sobą rozmawiać. Katorgą było zatrudnienie przy walcu. Było to kilkutonowe urządzenie do ubijania dróg, poruszane normalnie za pomocą traktora lub wielokonnego zaprzęgu. Tu zaprzęgano do niego ludzi.

Po upadku II RP emigracyjny rząd na wniosek ministra sprawiedliwości, socjalisty Hermana Liebermana, stwierdził, że obóz był bezprawiem i jednomyślnie przyjął rozporządzenie formalnie likwidujące Miejsce Odosobnienia. Zapowiedziano zbadanie sprawy po wojnie oraz ewentualne odszkodowania dla osób, które doznały szkód na zdrowiu, czci lub majątku. Dziś jednak IPN-owska narracja historyczna woli Berezę uzasadniać. Każde państwo, poucza, ma obowiązek zwalczać anarchię, dywersję i pospolity bandytyzm w interesie spokoju i bezpieczeństwa obywateli, nawet takimi środkami. Zapomina tylko, że administracyjne, wielomiesięczne odosobnienie bez wyroku sądu, nie mówiąc już o szykanowaniu więźniów, nie ma nic wspólnego z demokratycznym ustrojem państwa.

Ta rocznica jest tym bardziej znamienna, że w naszym kraju rządzi dziś ekipa jawnie odwołująca się do tradycji II RP, zafascynowana tamtymi politykami i tamtymi metodami rządzenia. „Miejsc odosobnienia” jeszcze brakuje, ale izolacja, auto-inwigilacja zaaplikowane społeczeństwu na kanwie epidemii koronawiursa, rozprawa ze środowiskami nie chcącymi się podporządkować władzy wykonawczej, wzrastająca brutalność organów państwa, retoryka różnych ośrodków i przedstawicieli władzy są tego jawną zapowiedzią. Zwolennicy i admiratorzy – także na lewicy – Józefa Piłsudskiego milczą dyskretnie na temat efektów jakie dała Polsce tzw. polityczna „myśl Marszałka”, i czym w ostatecznym rozrachunku zaowocowała.

Warto, by wstydliwa rocznica jednak nas czegoś nauczyła.

Przed stu laty narodził się Związek Literatów Polskich

Życie literackie w międzywojennej Polsce, przecież pod wieloma względami bujne i owocne, rozwijało się w warunkach nieprostych. Zszyta z ziem trzech zaborów odrodzona Rzeczpospolita była państwem etnicznie nader niejednorodnym: podczas spisu ludności w 1921 roku wśród 27 milionów mieszkańców 69 proc. podało narodowość polską, 14 proc. – ukraińską, 8 proc. – żydowską, 4 proc. – białoruską, także 4 proc. – niemiecką, 1 proc. – inną.

Była ta Polska krajem niebogatym, a z biegiem czasu jej sytuacja gospodarcza wcale nie ulegała poprawie: nawet w najlepszych latach jej produkcja przemysłowa nie przekraczała poziomu sprzed I wojny światowej (w 1938 roku w przeliczeniu na 1 mieszkańca wynosiła 82 proc. tej z 1913 roku), a jej udział w produkcji światowej nie wzrastał, lecz malał. W 1921 roku aż 33 proc. osób w wieku powyżej 10 lat nie umiało czytać ani pisać (a o dalszych 5 proc. nie było wiadomo, czy posiadają te umiejętności); w 1931 roku liczbę analfabetów udało się zmniejszyć do 23 proc. . Publiczność literacka obejmowała w dwudziestoleciu międzywojennym od 7 proc. do 10 proc. dorosłych Polaków. Liczba tytułów wydawanych książek z 3,6 tys. w 1921 roku sięgnęła w 1938 roku 5,5 tys. przy globalnym nakładzie 35 mln egzemplarzy (pół wieku później, w 1988 roku wydaliśmy 10,7 tys. tytułów w nakładzie 245 mln egzemplarzy).
Ukształtowany z czasem autorytarny, a pod pewnymi względami faszyzujący reżim polityczny, ukoronowany Brześciem i Berezą Kartuską i wyróżniający się wysoką liczbą więźniów politycznych (w 1935 roku miała ich Polska około 16 tysięcy), dla życia umysłowego i artystycznego oznaczał też bezpardonową cenzurę represyjną (np. w dziesięcioleciu 1926-1935 naczelny organ PPS „Robotnik” ulegał konfiskacie około 500 razy, a endecka „Gazeta Warszawska” około 260 razy; jeszcze bardziej dotkliwie represjonowano prasę radykalnej lewicy i mniejszościową).
Polska literatura piękna wkraczała w międzywojenne dwudziestolecie w drużynie licznej i silnej. W dalszym ciągu działał niegdysiejszy ideolog polskiego pozytywizmu Aleksander Świętochowski (1849-1938), czynni byli wybitni twórcy generacji Młodej Polski – Stefan Żeromski (1864-1925), Gabriela Zapolska (1857-1921), Jan Kasprowicz (1860-1926), Kazimierz Przerwa Tetmajer (1865-1940), Władysław Reymont (1867-1925), Stanisław Przybyszewski (1868-1927), Andrzej Strug (1871-1937), Karol Irzykowski (1873-1944), Wacław Berent (1873-1940), Tadeusz Boy-Żeleński (1874-1941), Leopold Staff (1878-1957); dawali już o sobie znać młodsi od nich Zofia Nałkowska (1884-1954), Juliusz Kaden-Bandrowski (1885-1944), Maria Dąbrowska (1889-1965), Jarosław Iwaszkiewicz (1894-1980), Julian Tuwim (1894-1954). Wielu z wymienionych od razu zaangażowało się w różnorakie poczynania zmierzające do powołania ogólnopolskiej organizacji ludzi pióra, reprezentującej interesy i działającej na rzecz tak samych autorów, jak i polskiej literatury w całości; z entuzjazmem sekundowali im w tym liczni twórcy najmłodsi i jeszcze mało znani, wśród których szczególnie czynni byli Wanda Melcer (1896-1972) i Ksawery Glinka (1890-1957).
Poczynania te ostatecznie przyniosły efekt w roku 1920: w dniach 12-14 maja (a więc kilka dni po zajęciu przez polskie wojska Kijowa) w sali warszawskiego ratusza przy placu Teatralnym zebrał się Wszechdzielnicowy Zjazd Literatów Polskich. Powołano na nim Związek Zawodowy Literatów Polskich i przyjęto jego statut, określający go jako „organizację bezpartyjną i apolityczną”, która za cel stawia sobie „zrzeszanie literatów polskich dla wspólnej obrony interesów materialnych, prawnych, moralnych i kulturalnych”. Na Zjeździe obszernie debatowano też nad przedstawioną przez Stefana Żeromskiego inicjatywą utworzenia Akademii Literatury (miałaby zając się ustaleniem pisowni, wydaniem słownika języka polskiego, biblioteki pisarzy polskich oraz biblioteki przekładów z języków obcych); w celu dalszych prac nad tym projektem, który ostatecznie zmaterializował się dopiero trzynaście lat później, i to w mocno odmiennej postaci, powołano specjalną komisję. Uchwalono również wnioski postulujące zniesienie cenzury, ustanowienie emerytur dla twórców, utworzenie za granicą specjalnych placówek popularyzujących polską kulturę, upaństwowienie głównej sceny dramatycznej w stolicy.
Odrębna uchwała Zjazdu protestowała przeciw zamiarom likwidacji utworzonego jeszcze u schyłku 1918 roku Ministerstwa Sztuki i Kultury (od razu powiedzmy tu, że protest ten okazał się daremny – w latach 1921-1922 zadania Ministerstwa Sztuki i Kultury zostały przejęte przez Ministerstwo Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego).
Odczytana została na Zjeździe opublikowana później w „Robotniku” i „Trybunie” obszerna deklaracja grupy pisarzy lewicowych (wśród sygnatariuszy byli m. in. Gustaw Daniłowski, Jerzy Hulewicz, Witold Hulewicz, Karol Irzykowski, Jan Lechoń, Mieczysław Limanowski, Zofia Nałkowska, Bronisława Ostrowska, Leon Schiller, Edward Słoński, Stanisław Stande, Andrzej Strug, Emil Zegadłowicz, Stefan Żeromski); głosiła ona m. in.: „Jesteśmy przekonani, że po religijnym ongi zrównaniu wszystkich ludzi przed obliczem bóstwa, po obywatelskim zrównaniu ich przed prawem i po politycznym wyzwoleniu, przyjść musi również, w tej czy innej formie, i ekonomiczne wyzwolenie człowieka, wyzwolenie pracy, myśli, talentu i twórczości z jarzma, jakie im ustrój współczesny narzuca (…) Z oburzeniem przeto piętnujemy uprawianą przez reakcję metodę zwalczania wszelkich, czy to rewolucyjnych, czy nawet pokojowych, dążeń do zmian społecznych, przez zohydzenie walczących o wolność, zarzucanie im zdrady kraju i przypisywanie celów niszczycielskich i anarchistycznych (…) Stwierdzamy zarazem, że nie wolno Polski całej utożsamiać z tą pianą, która dziś płynie wierzchem prądu jej życia”.
Majowy warszawski Zjazd wybrał też w tajnym głosowaniu Zarząd Związku Zawodowego Literatów Polskich, który przybrał kształt następujący: prezesem został Stefan Żeromski, wiceprezesem – Stefan Krzywoszewski, sekretarzem – Ludwik Skoczylas, skarbnikiem – Karol Irzykowski, członkami – Ksawery Glinka, Zygmunt Kisielewski, Zofia Nałkowska, Władysław Reymont, Wacław Sieroszewski i Andrzej Strug. Po ukonstytuowaniu prace Zarządu wnet zostały na kilka miesięcy przerwane z powodu mobilizacji; wznowiono je po zakończeniu działań wojennych i podpisaniu rozejmu z radziecką Rosją w Rydze. Stanowisko sekretarza przejął wtedy młody poeta i prozaik Edward Kozikowski, by sekretarzować organizacji prawie dziewiętnaście lat, aż do wejścia do Warszawy hitlerowców. W listopadzie 1920 roku z funkcji prezesa zrezygnował Żeromski, tłumacząc tę swą decyzję stanem zdrowia i trudnościami z dojazdem z Konstancina, gdzie od niedawna mieszkał; jego następcą został Sieroszewski.
Powstały w Warszawie Związek miał w zamierzeniu stanowić organizację, jednoczącą pisarzy całej Rzeczypospolitej; w rzeczy samej jednak początkowo przez kilkanaście lat działało, skądinąd blisko ze sobą współpracując, kilka autonomicznych lub nawet odrębnych zrzeszeń pisarskich o tej nazwie: obok tego warszawskiego – we Lwowie, Krakowie i Poznaniu, później też w Wilnie i Lublinie. Najważniejszy i najbardziej aktywny był Związek Warszawski, na czele którego stali po Żeromskim i Sieroszewskim kolejno Strug, Kaden-Bandrowski, znów Sieroszewski, Nałkowska, znów Strug, a po jego śmierci Dąbrowska. Formalne zjednoczenie ZZLP nastąpiło w 1935 roku; na czele wybranego wówczas Zarządu Głównego stanął Ferdynand Goetel (Warszawa), wiceprezesem został Stanisław Pigoń (Kraków), sekretarzem generalnym – Edward Kozikowski (Warszawa), skarbnikiem – Julian Wołoszynowski (Warszawa), członkami zaś Zofia Nałkowska (Warszawa), Leon Pomirowski (Warszawa), Leon Kruczkowski (Kraków), Włodzimierz Jampolski (Lwów), Ostap Ortwin (Lwów), Zenon Kosidowski (Poznań), Jan Emil Skiwski (Poznań) i Tadeusz Łopalewski (Wilno). Co do liczebności Związku, dysponujemy precyzyjnymi danymi za rok 1930: warszawski ZZLP miał wtedy 186 członków, poznański – 62, krakowski – 53, lwowski – 42, wileński – 38; w sumie więc do tych pięciu organizacji należało 381 osób. Jak pisze Stefan Żółkiewski, wśród warszawskich działaczy ZZLP najpierw przeważali pisarze lewicy oraz pisarze demokratyczni, choć sympatyzujący z Piłsudskim; dopiero na początku lat trzydziestych decydującą rolę zaczęli odgrywać eksponowani zwolennicy sanacji. Na prowincji w zarządach związkowych stale przeważali pisarze związani z prawicą.
Czym w międzywojniu zajmował się ZZLP? Przede wszystkim zgodnie ze swą nazwą sprawami zawodowymi: brał energiczny udział w pracach nad uchwalonym przez Sejm w 1926 roku prawem autorskim, walczył o honoraria i tantiemy dla pisarzy (w 1929 roku np. podpisał w tych sprawach bardzo ważną umowę z Polskim Radiem), tropił nadużycia popełniane wobec autorów przez niesolidnych wydawców, usiłował (choć bezskutecznie) doprowadzić do stworzenia systemu zabezpieczenia emerytalnego literatów, organizował (skutecznie) pomoc socjalną w postaci zapomóg losowych, wywalczył dla pisarzy prawo do ulgowych paszportów, zniżki w opłatach za użytkowanie telefonu, za leczenie uzdrowiskowe, za bilety do teatrów i kin, załatwił prawo do obniżenia wymiaru zajęć lekcyjnych dla uprawiających działalność literacką nauczycieli szkół średnich. Ale też raz po raz zabierał głos w sprawach ogólniejszych: potępił (choć nie gremialnie) zamordowanie prezydenta Narutowicza, w czasie zamachu majowego poparł Piłsudskiego, ale wkrótce potem podjął zabiegi o uwolnienie więźniów politycznych. Warto też wspomnieć, że wśród przedsięwzięć podejmowanych przez pozawarszawskie ogniwa ZZLP wyróżniały się cieszące się wielką popularnością cykliczne akcje upowszechnieniowe – Środy Literackie w Wilnie (1927-1939) i Czwartki Literackie w Poznaniu (1934-1939).
Po wyzwoleniu spod okupacji hitlerowskiej ZZLP wznowił swą działalność już w sierpniu 1944 roku w Lublinie, a w roku 1949 przybrał nazwę, pod którą znamy go dzisiaj – Związek Literatów Polskich…

Korfanty do kompletu

Czekał długo. Pamiętam rozmowy o zamiarze wmurowania tablicy pamiątkowej w Warszawie, choćby tablicy. Pomysłodawcy dowiedzieli się o mojej z Korfantym koligacji i szukali u mnie wsparcia na początku pierwszej dekady XXI wieku, tuż po moim odejściu z ministerstwa kultury. Na ile mogłem, starałem się pomagać..

W 2009 roku wreszcie tablicę odsłonięto na murze domu, gdzie przed wojną mieścił się szpitala, w którym przywódca III powstania śląskiego zmarł. Ale na pomnik w Warszawie wciąż czekał. Pierwszy pomnik Wojciecha Korfantego wystawiło miasto Jego urodzenia – Siemianowice Śląskie i to już w roku 1986. Pomnik w Katowicach odsłonięty został w 1999, a we Wrocławiu (miasto studiów Korfantego) w 2014. W piątek 25 października 2019 projektem Karola Badyny do miast tych dołączyła Warszawa.

Aleja Ojców Niepodległości

Usytuowanie pomnika jest nieprzypadkowe. Ta część alej Ujazdowskich bywa nazywana Aleją Ojców Niepodległości. Powszechnie uważa się że było ich sześciu. Jako pierwszy wizerunek otrzymał Józef Piłsudski; na terenie Akademii Wychowania Fizycznego, niedługo po Jego śmierci, ustawiono kolumnę z rzeźbiarskim portretem Marszałka, dłuta Alfonsa Karnego; stała tam do września 1939. Władze AWF przywróciły ją na to miejsce w 1990 roku. Tuż przed wybuchem II wojny, z funduszy ofiarowanych między innymi przez Jana Wedla, odlano rzeźbę Ignacego Jana Paderewskiego lecz nie zdążono jej już posadowić, a tym bardziej odsłonić. Przechowywana w magazynach dopiero w 1976 stanęła na dziedzińcu Muzeum Narodowego; rok później przeniesiono ją w okolice Uniwersytetu Muzycznego im F. Chopina (wówczas PWSM). Po siedmiu latach, w 1985, rzeźbę przeniesiono na teren Parku Ujazdowskiego. Pomnik Paderewskiego tym różni się od pozostałych, o których za chwilę, że autor Michał Kamieński, usadził Paderewskiego w wygodnym fotelu. A pierwsze skojarzenie sugeruje, że premier, ale przecież pianista winien siedzieć na taborecie koncertowym, przy klawiaturze… W tym samym 1985 roku odsłonięto sześciometrowy (najwyższy z omawianych) pomnik Wincentego Witosa. Monumentalne dzieło Mariana Koniecznego, który sprawował wówczas mandat posła, stanęło na placu Trzech Krzyży. W roku 1995 odsłonięty został, wedle projektu Tadeusza Łodziany, pomnik Piłsudskiego vis a vis placu Jego imienia, a trzy lata później trzeci już warszawski monument Marszałka, dłuta Stanisława Kazimierza Ostrowskiego, przy Belwederze. Kolejny Ojciec Niepodległości Roman Dmowski doczekał się, w 2006 roku, pomnika autorstwa trojga rzeźbiarzy (Wojciecha Mendzelewskiego, Marii Marek-Prus i Wojciecha Prusa). Rzeźba ustawiona w pobliżu Placu na Rozdrożu budziła od początku szereg sprzeciwów; politycznych, nie artystycznych. Nie negując zasług Dmowskiego dla odrodzenia Polski zarzucano Mu (Marek Edelman czy Maria Janion) najdelikatniej ujmując „egoizm narodowy”. Pomnik bywał oblewany farbami, oprotestowywany pikietami. Piąty „Ojciec Niepodległości” Ignacy Daszyński uhonorowany został dopiero w roku 2018. Pomnik wedle projektu Jacka Kucaby, stoi ukryty w zieleni skweru przy Placu na Rozdrożu, opodal Trasy Łazienkowskiej, niewidoczny dla przechodzących Alejami Ujazdowskimi. 25 października 2019 też przy Placu na Rozdrożu, ale od strony Agrykoli do wszystkich wcześniej wymienionych dołączył Korfanty. Na Trakcie Królewskim, najbardziej wysunięty na południe, przy Belwederze, stoi Piłsudski; na północy góruje Witos, po drodze doń prawie niewidoczny Paderewski na siedząco wita spacerujących po Parku Ujazdowskim, a dalej jeszcze raz Piłsudski tym razem przy Hotelu Europejskim…

Rozdroże

Daszyński, Dmowski, Korfanty, Paderewski i Witos nie porzucili swych pierwotnych poglądów, idei i celów, byli im wierni przez całe życie, i mimo wielu różnic potrafili jednoczyć się dla spraw najważniejszych. Daleko od młodzieńczych, socjalistycznych idei odszedł Piłsudski. Pomyślałem więc, że dla tych trzech pomników Piłsudskiego najwłaściwszą lokalizacją byłby Plac na Rozdrożu. Gdyby wszystkie one tam się znalazły nazwa placu zyskałaby rangę symbolu, przypominając jak krótko trwała początkowa jedność i porozumienie „Ojców Niepodległości”, wspólne ich działania na rzecz Ojczyzny. W niedługim czasie drogi ich rozeszły się, a wzajemne relacje, z winy Piłsudskiego, przeobraziły we wrogość. Wrogość tych, którzy po 1926 roku dzierżyli władzę wobec swoich dawnych sojuszników.

Barwy historii

Nie jestem zwolennikiem opisywania historii jedynie w biało czarnych barwach. Druga Rzeczpospolita to bezdyskusyjnie sukces, powód do dumy z racji odzyskania niepodległości, odbudowania struktur państwowych, scalenia ziem podzielonych między zaborców, Ale Czytelnikom Trybuny, nie trzeba przypominać zabójstwa Narutowicza, Twierdzy Brzeskiej, Berezy Kartuskiej, krwawo tłumionych strajków chłopskich, okupionego ofiarami przewrotu w 1926 roku, czy narastającej, w latach trzydziestych, fali antysemityzmu. Zaskakująco negatywną ocenę II RP przedstawiła w niedawnym wywiadzie prasowym Krystyna Zachwatowicz Wajda: „[…] przez świadectwo mojej mamy, przez książkę Miłosza Powrót w dwudziestolecie, przez to co Józio Czapski opowiadał, uważam, że dwudziestolecie międzywojenne było koszmarem”. I tu przypomniała mi się wypowiedź Andrzeja Łapickiego z 1989 roku, z kampanii wyborczej. Wyrażał nadzieję, że jest szansa na powrót do zapamiętanej z dzieciństwa atmosfery II RP, która kojarzyła mu się błogo i radośnie z amarantem, z zapomnianym w latach PRL kolorem zdobiącym ułańskie mundury i wojskowe sztandary. Koszmar i amarant, amarant i koszmar…

Pomnik z życia

Los nie szczędził Korfantemu ciosów w zasadzie przez całe Jego życie. Zaczęło się w 1903 roku odmową udzielenia Mu ślubu na terenie Śląska przez niemieckich duchownych. Zawarł go w Krakowie. Na pewno koszmarem (używając nomenklatury Krystyny Zachwatowicz) była dla Wojciecha Korfantego druga połowa dwudziestolecia międzywojennego. Po roku 1930 został aresztowany i wraz z posłami Centrolewu osadzony w Twierdzy Brzeskiej gdzie poddawano go upokarzającym i poniżającym represjom tak fizycznym jak i psychicznym. Był zmuszany czyścić więzienne latryny. Mimo, że ostatecznie wyłączono go z postępowania sądowego i zwolniono to w roku 1935, w obawie przed powtórnym aresztowaniem, zmuszony był opuścić Polskę udając się na samotną emigrację do Czechosłowacji. Spotkał tam w tej samej roli Wincentego Witosa. W roku 1938 nie pozwolono mu przyjechać do Polski na pogrzeb syna Witolda. Po aneksji Czechosłowacji chcąc uniknąć aresztowania, tym razem ze strony Niemców, wyemigrował do Francji dołączając do porozumienia Sikorskiego, Paderewskiego, Witosa i Hallera zwane Frontem Morges. W obliczu zagrożenia wybuchem wojny, w kwietniu 1939, Wojciech Korfanty wrócił do Polski deklarując gotowość włączenia się w działalność na rzecz obrony kraju. Odpowiedzią władz sanacyjnych było osadzenie Korfantego na Pawiaku. Po blisko trzech miesiącach, w stanie agonalnym, został przewieziony z aresztu do szpitala gdzie, sześć dni po operacji, zmarł 17 sierpnia. Jeden z lekarzy wydał opinię, iż operowana wątroba pacjenta nosiła znamiona otrucia organizmu arszenikiem. Pogrzeb w Katowicach, mimo prób przeciwdziałania przez władze, był wielką kilkutysięczną manifestacją zwolenników zmarłego.
Jesienią 1939, wdowa po Korfantym Elżbieta, oraz żona jego drugiego syna Zbigniewa, moja ciotka Eugenia, wraz z trzyletnimi synkami Wojciechem i Feliksem (bliźniacy) otrzymali włoskie paszporty. Podobnie jak rodziny Sikorskiego i Hallera. Był to ratunek przed zagrożeniem ze strony okupanta. Z wyjątkiem wdowy Wojciecha, która wróciła po wojnie do Katowic, reszta rodziny Korfantego pozostała na emigracji. Od polowy lat 70. zaczęli odwiedzać co kilka lat Polskę i zamieszkałą tu rodzinę. Feliks Korfanty w roku 1997 odebrał z rąk prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego przyznany jego dziadkowi Order Orła Białego.

Piędź ziemi

Data odsłonięcia monumentu Wojciecha Korfantego była nieprzypadkowa, to 101. rocznica Jego słynnego przemówienia w Reichstagu, wygłoszonego niemal w przededniu upadku Rzeszy, w przededniu odrodzenia Polski. Zażądał wówczas zjednoczenia wszystkich ziem polskich z dostępem do morza. „Mości panowie, nie chcemy ani piędzi ziemi niemieckiej. Żądamy jedynie, w myśl postanowień punktu trzynastego programu Wilsona, własnej, jednej, złożonej z ziem trzech zaborów Polski”. W uroczystości zorganizowanej przez prezydenta Warszawy Pana Rafała Trzaskowskiego (pomnik sfinansowano ze środków Stolicy) wziął udział wnuk Wojciecha – Feliks z żoną Jolandą. Podróż z USA obfitowała w szereg przeciwności, zamiast dwa dni wcześniej, Państwo Korfantowie wylądowali w Warszawie na trzy kwadranse przed zaplanowaną godziną odsłonięcia pomnika. Zdążyli, a Feliks Korfanty pięknie przemówił częściowo po polsku i częściowo po angielsku, przepraszając że językiem ojczystym nie włada tak jak chciałby, gdyż od śmierci swego brata i matki nie ma już z kim rozmawiać po polsku. Feliks i Jolanda Korfantowie, przebywali w Polsce jeszcze przez kilka dni. W Sejmie spotkali się z Panią Marszałek Małgorzatą Kidawą-Błońską. Dwaj pradziadkowie Pani Marszałek, prezydent Stanisław Wojciechowski i premier Władysław Grabski, nie należeli do ulubieńców Piłsudskiego, a szczególnie Wojciechowski. Obaj dobrze znali Wojciecha Korfantego, który z Grabskim (jako minister skarbu) był w składzie drugiego rządu Witosa. Ciekawe czy potomkowie tych wybitnych polityków rozmawiali tylko o Drugiej Rzeczpospolitej? Czy tylko o przeszłości?

Powstanie w śmietanie

„W” jak Warszawa i walka, „w” jak wypaczanie pamięci, „w” jak wynocha zdrowy rozsądku, wreszcie „w” jak wydymani na własne życzenie.

Sporo tego, a przecież historia zawsze ta sama, natomiast zmianom ulega narodowa mitologia, karykaturalnie zniekształcając dziejową optykę. W ujęciu patriotycznym tamto powstanie prawie wgniotło okupacyjne siły niemieckie w ziemię, o czym obecnie zaświadczają rozliczne defilady prawie zwycięstwa i wspomnienia co rok młodniejących prawie kombatantów, których kabaretowe portrety na potrzeby obowiązującego kursu polityki historycznej dziatwa może przyswajać np. dzięki serialowi „Czas honoru”.
Zaiste, honor to wielki, siłami niespełna 40 tys. młodziaków, z których jedynie około 5 tys. miało w rękach coś, co mogło pretendować do miana broni, wywołać u okupanta stan białej gorączki, dając okazję do wymordowania 150-200 tys. cywilów, wywózki 50 tys. do obozów zagłady i kolejnych 100-150 tys. na roboty przymusowe, a wszystko kosztem zaledwie 16-18 tys. zabitych i mniej więcej 20 tys. rannych powstańców. Oni walczyli nie o zwycięstwo, lecz o wolność.
Tylko czyją i jaką?
Restauracja II RP w połowie roku 1944, jako wynik „negocjacji” przywódców akowskiej ruchawki ze Stalinem była taką samą mrzonką, jak mityczna wolność w krótkim okresie jej chwiejnego trwania. Obraz międzywojennej Polski to prawdziwa sielanka. O tak, było do czego tęsknić.
Granice II RP tworzono w krwawym znoju do roku 1921. W skrócie wyglądało to tak: wojna polsko-ukraińska trwająca od listopada 1918 do września 1919 (to właśnie ten konflikt oraz późniejsze polskie represje wobec ludności ukraińskiej odbiły się bolesną czkawką na Wołyniu w latach 1943-1944), powstanie wielkopolskie na przełomie 1918 i 1919, zatarg o Śląsk Cieszyński z Czechami (styczeń-luty 1919), wojna polsko-bolszewicka (1919-1920), trzy powstania śląskie (sierpień 1919, sierpień 1920, maj-lipiec 1921), spór z Litwą o Wilno (w październiku 1920 na polecenie Piłsudskiego gen. Żeligowski urządza prowokację, będącą pretekstem do zajęcia przez armię polską należącego do Litwy miasta), niekorzystne dla Polski wyniki plebiscytów na Warmii i Mazurach. W październiku 1938, wykorzystując fatalną sytuację polityczną zagarnianej przez Hitlera Czechosłowacji, polskie wojsko zajęło Zaolzie, czym rząd polski chciał sobie powetować straty po starciu z roku 1919.
Konstytucja marcowa (17 marca 1921) tworzyła sytuację, w której sejm dominował nad władzą wykonawczą. Towarzysząca temu ordynacja proporcjonalna i polityczne swary doprowadziły do permanentnego braku sejmowej większości mogącej podtrzymać rząd. Efekt – od listopada 1918 do maja 1926 Polacy cieszyli się aż czternastoma gabinetami.
Kołomyjce stanowisk kres położył chwilowo zamach majowy Piłsudskiego, który jednakowoż odmówił wcześniej kandydowania na prezydenta. Wybrany prezydentem 9 grudnia 1922 Narutowicz został zamordowany kilka dni później w trakcie trwającej przeciw niemu kampanii Narodowej Demokracji (sic!). Do przełomu 1924 i 1925 przez kraj przetacza się fala strajków robotniczych. Szaleje hiperinflacja. W starciach z policją i wojskiem w Krakowie (listopad 1923) ginie 18 cywilów i 14 żołnierzy. W związku z coraz gorszą sytuacją ekonomiczną kraju w 1925 upada gabinet Grabskiego, a niedługo po nim Skrzyńskiego. Potem prawicowy rząd Witosa zostaje obalony przez Piłsudskiego. Bilans walk na ulicach Warszawy, trwających od 12 do 15 maja, to niemal 400 zabitych i około 1000 rannych.
1 maja 1926 Zgromadzenie Narodowe wybiera Piłsudskiego prezydentem. Jednak ten odmawia, woląc pociągać za sznurki zza kulis. Prezydentem zostaje wskazany przez niego Mościcki, będący w istocie jedynie marionetką. Po trwających cztery lata przepychankach, PPS, PSL Wyzwolenie, PSL Piast, Stronnictwo Chłopskie, NPR i Chrześcijańska Demokracja tworzą partyjny blok nazwany Centrolewem, którego głównym celem jest zwalczanie dyktatorskich ambicji sanacji. Piłsudski podejmuje decyzję o przedterminowym rozwiązaniu sejmu, a w nocy z 9 na 10 września 1930 przywódcy Centrolewu zostają aresztowani i osadzeni w twierdzy brzeskiej.
Od tej chwili (po wyborach wygranych w listopadzie 1930 przez wspierany przez rząd Bezpartyjny Blok Współpracy z Rządem) aż do śmierci marszałka w 1935, trwają tzw. rządy pułkowników. Rządzili twardą ręką — ciała ofiar tamtego okresu odnaleźli później przypadkowo hitlerowcy, którzy tak jak polscy pułkownicy uznali Las Kabacki za dogodne miejsce egzekucji i grzebania martwych opozycjonistów.
Od 1934 do 1939 w Berezie Kartuskiej działał obóz koncentracyjny przeznaczony wyłącznie dla przeciwników rządów sanacyjnych. Choć nie tak rozległy i działający na mniejszą skalę niż późniejsze obozy hitlerowskie, to jednak i jego więźniowie nie mogli narzekać na brak atrakcji. Bicie i poniżanie były tam normą. Opornych politycznie tłuczono drewnianymi pałkami m.in. w stopy, rozciągając torturowanych na tzw. koziołku; wylewano na nich pomyje w nieogrzewanych celach, zrzucano ze schodów ze związanymi z tyłu rękami itp. Na terenie obozu funkcjonował „karcer”, w istocie głęboki dół wypełniony fekaliami, w którym niektórzy więźniowie spędzali niekiedy nawet trzy dni. Z relacji świadków wynika, iż pewnej listopadowej nocy zamarzło tam co najmniej dwóch skazańców.
Oficjalna liczba zabitych w Berezie to jedynie 17 osób. Ilu ich było naprawdę? Zapewne nigdy się nie dowiemy. Przez obóz przeszło wedle szacunków polskich historyków od 3 do 4 tys. ludzi. Wielu z nich wyszło stamtąd jako złamane psychicznie kaleki, którym opozycyjna działalność polityczna na dobre z głów wywietrzała.
Choć II RP podpisała w Wersalu tzw. traktat mniejszościowy (18 czerwca 1918), gwarantujący mniejszościom narodowym w Polsce prawo do zakładania szkół uczących w językach narodowych, oraz dofinansowanie rządowe dla tego typu placówek publicznych, to faktycznie zapisy te pozostały martwe. Konstytucja marcowa w szumnie brzmiących słowach zrównywała wobec prawa wszystkich obywateli Polski, mimo to sejm nigdy nie uchwalił przepisów wykonawczych umożliwiających praktyczną realizację górnolotnych deklaracji dotyczących praw mniejszości do tworzenia organów samorządowych.
Nie powstały też szkoły dla mniejszości, finansowane ze środków państwowych. Działające oficjalnie bojówki endeckie dopuszczały się aktów przemocy wobec Żydów, Białorusinów i Ukraińców. Na uczelniach funkcjonowało tzw. getto ławkowe – studentom pochodzenia żydowskiego nie wolno było usiąść na zajęciach, a złamanie zakazu groziło pobiciem. Przekonał się o tym m.in. prof. Tadeusz Kotarbiński, zaatakowany przez endeków za to, iż zaoferował swoje krzesło zmuszonej do słuchania wykładu na stojąco żydowskiej studentce. Potem przez wiele lat musiał korzystać z ochrony.
Wspierana przez armię polską brutalna akcja kolonizacyjna na Kresach Wschodnich doprowadziła do tego, iż Polacy byli przez tubylców znienawidzeni, tych w istocie sprowadzono bowiem do roli obywateli drugiej kategorii. Osiedlaniu Polaków towarzyszyły pacyfikacje wsi, zabójstwa i gwałty, wysadzanie cerkwi dynamitem.
Dla przedstawicieli mniejszości awans społeczny w Polsce okresu międzywojnia był zablokowany. Nie mieli dostępu do posad państwowych. Byli marginalizowani, traktowani jak problem, z którym zajęty sobą rząd polski po prostu nie miał czasu się ostatecznie uporać. Z tego kłopotu wybawiła go dopiero niemiecka okupacja.
Skłócona niemal ze wszystkimi sąsiadami, Polska osuwała się w otchłań niepodległościowego delirium, opierając swą politykę zagraniczną na iluzorycznych sojuszach z Francją i Wielką Brytanią.
Dzisiejsza propaganda roztacza przed młodymi Polakami wizję II RP jako legendarnej krainy miodem i mlekiem płynącej, gdzie ludziom żyło się szczęśliwie i dostatnio, królowały zaś społeczna równość, pluralizm polityczny i tolerancja. Ów raj odebrali nam podstępni agresorzy, w których roli Polacy rzekomo nigdy wcześniej nie występowali.
Opowieści o warszawskim zrywie to już jeno szemranie wyschłego strumyka. Czy w zbolałej głowie kilkunastolatka, zmuszonego patrzeć, jak rozgrzani wódką Ukraińcy w mundurach SS robią z cnoty jego dzielnej koleżanki-łączniczki jesień średniowiecza, zaświtała myśl: „Po co nam to było?” Czy gdy mu już tę głowę użynali dla zabawy bagnetem, myślał o wolnej Polsce? Czy animatorzy tego szaleństwa zastanawiali się, ilu takich żółtodziobów nie wróci już do swych zrozpaczonych matek? Dziś nikogo to już nie obchodzi.
Dopóki siedzieli okrakiem na barykadzie, świeciło słonko, a nad głową powiewał biało-czerwony sztandar, mogli przenosić góry.
Potem przyszło się zmierzyć z rzeczywistością, a ta zawsze boleśnie weryfikuje nacjonalistyczną megalomanię. Nie było pięknej i dobrej Rzeczpospolitej, nie było wyśnionego zwycięstwa. Zakłamywanie historii poprzez gloryfikację niegdysiejszych klęsk czyni nas narodem wyjątkowym, ale na pewno nie godnym szacunku i naśladowania.
Zważywszy rozmiary tragedii, syreny powinny wyć nie przez minutę, ale bez przerwy przez 63 dni.